31. UTRACONY RAJ


Tom obudził się następnego ranka i ziewnął ze zmęczenia. Nawet nie zauważył, kiedy odpłynął. Przewrócił się na bok i ku swojemu niezadowoleniu zobaczył puste łóżko. Usiadł i rozejrzał się po dormitorium. Nigdzie nie było Hermiony. Właściwie to był sam w pokoju. Najwyraźniej współlokatorzy mieli na tyle rozsądku w głowie, żeby nie wracać na noc do sypialni. Nie wiedział, gdzie przenocowali i, szczerze mówiąc, miał to gdzieś. Zastanowił się za to, dokąd pomaszerowała dziewczyna, z którą spał.

Zupełnie nagi wstał z łóżka i wrócił wspomnieniami do ostatniej nocy. Była całkiem przyjemna, prawda? Oczywiście, poranek byłby jeszcze radośniejszy, gdyby został przywitany widokiem nagich piersi. Uśmiechnął się, przywołując w pamięci szczegóły ponętnego kobiecego ciała.

Można powiedzieć, że teraz widział dosłownie wszystko. Naturalnie, w okamgnieniu zrozumiał, że gdy zaczęła się z nim całować, wcale nie zamierzała posuwać się tak daleko, ale najwidoczniej nie mogła mu się oprzeć. Zachichotał, gdy przypomniał sobie, jak miękka i podatna na pieszczoty była jej skóra oraz to, jak pojękiwała z przyjemności przy każdym dotyku.

Z pewnością powinien wziąć zimny prysznic. Westchnął i ruszył do łazienki. Gdy wrócił do rzeczywistości, doszedł do wniosku, że najprawdopodobniej dobrze się stało, że wróciła na noc do swojego dormitorium. Gdyby postąpiła inaczej, jej przygłupi przyjaciele od razu podnieśliby alarm i może nawet byliby w stanie wezwać aurorów do zbadania sprawy. Oczywiście, w pierwszej kolejności oskarżyliby go przynajmniej o uprowadzenie. Zaśmiał się na tę myśl. Może kiedyś naprawdę powinien to zrobić i obserwować, jak świat staje w płomieniach? To mogłaby być całkiem niezła zabawa…

Wszedł do łazienki i zamknął za sobą drzwi. Zbliżył się do umywalki ze złotymi kranami. Hermiona ma rację, pomyślał z rozbawieniem. Ślizgoni są estetami. Nie, żeby przeszkadzał mu ten wszechobecny luksus. Kiedy spojrzał w lustro, musiał kilka razy zamrugać, żeby zdobyć pewność, iż nie ma przewidzeń. Na czole miał odbite usta umalowane krwistoczerwoną szminką. Pochylił się do przodu, odwrócił lekko głowę i odsunął zabłąkane kosmyki, aby lepiej się przyjrzeć. Rzeczywiście, grzeszny jaskrawy ślad wciąż nie zniknął, stając się namacalnym dowodem wspólnie spędzonej nocy. Mimowolnie się uśmiechnął.

Mała wiedźma.

Czy został naznaczony? Zaśmiał się pod nosem, uzmysłowiwszy sobie coś jeszcze. Hermiona się nie malowała, a więc nie nosiła w torbie kosmetyczki. Naturalnie więc musiała uciec się do czarów. Potrząsnął w niedowierzaniu głową i wszedł pod prysznic.

Dwadzieścia minut później wyszedł z dormitorium ze wciąż lekko wilgotnymi włosami. Gdy zszedł po schodach do pokoju wspólnego, z rozbawieniem zobaczył śpiącego na czarnej kanapie Lestrange'a. Najwyraźniej pozostali współlokatorzy znaleźli sobie miejscówkę gdzieś indziej. Zignorował Primusa i wyszedł na korytarz.

W Wielkiej Sali tradycyjnie przywitał go wszechobecny gwar, hałas i stukot sztućców. Zatrzymał się na moment w drzwiach i omiótł wzrokiem wszystkich zgromadzonych. Spora część uczniów siedziała na swoich miejscach, ale Tom nie był nimi nawet w najmniejszym stopniu zainteresowany. Gdy zerknął na stół Gryffindoru, prawie od razu wypatrzył pochłoniętą rozmową z przyjaciółmi Hermionę.

Nie mógł się powstrzymać od wyniosłego uśmiechu. W jakiś niewytłumaczalny sposób musiała poczuć na sobie pożądliwe spojrzenie, ponieważ nagle podniosła wzrok. Kiedy go zobaczyła, natychmiast mocno się zarumieniła, co zarejestrował z niemałym rozbawieniem. Mimo wszelkich przesłanek nie odwróciła wzroku, a się doń uśmiechnęła. Zanim się zorientował, co wyprawia, odwzajemnił gest. Nim do reszty stracił swą ślizgońską dumę i zamienił się w bezmózgiego gryfona, mrugnął do niej z kpiną. Co interesujące, zaczerwieniła się jeszcze gwałtowniej. Nie mogąc się powstrzymać, parsknął śmiechem.


– Czemu wczoraj wróciłaś tak późno? – zainteresowała się Rose.

Hermiona tylko coś chrząknęła w odpowiedzi. Po cichu żałowała, że współlokatorki nalegały, aby towarzyszyć jej w drodze na śniadanie.

– Już wiem, przecież to oczywiste! – wykrzyknęła podekscytowana Lucia, niemal wybuchając głośnym chichotem. – Byłaś z Riddle'em, prawda?

Zmrużyła oczy. Jak na jej gust koleżanki były zdecydowanie zbyt rozmowne, jak na wczesny poniedziałkowy poranek. Co gorsza, Reeves podeszła doń bliżej, objęła ją w pasie i wyszeptała konspiracyjnie do ucha.

– Zdradź nam prawdę. Chłopak nie pozwolił ci odejść, prawda?

Cóż, poniekąd, podsumowała, wracając myślami do poprzedniego wieczoru. Jakby na złość, trochę się zaczerwieniła, a współlokatorka pisnęła z podekscytowania.

– Co robiliście? – Rose postanowiła skorzystać z okazji, żeby poznać kilka pikantnych szczegółów.

– Całowaliście się, czy coś więcej? – zapytała Lucia, wymierzając jej przyjacielskiego kuksańca w bok.

Na te słowa Smith wybuchnęła szaleńczym chichotem, a Hermiona poczuła potrzebę wyciągnięcia różdżki.

– Masz wielkie szczęście. Riddle to dobra partia, prawda?

– No mówże! – Reeves nie mogła wytrzymać. – Czemu wróciłaś tak późno?

Oczywiście, nie zamierzała się wygadać przed największymi plotkarami w szkole. W milczeniu więc znosiła docinki koleżanek, aż wreszcie dotarły do Wielkiej Sali. Szybko omiotła spojrzeniem stół Slytherinu, ale nie była zaskoczona nieobecnością Toma. Jakby nie patrzeć, była wczesna godzina, a przecież lubił sobie pospać. Szybkim krokiem podeszła do swojej ławy, bardziej niż szczęśliwa, że wreszcie mogła odsunąć się od natrętnych współlokatorek. Niemal od razu wypatrzyła Longbottoma, Weasleya i Lupina.

– Cześć. – Uśmiechnął się Amarys, podnosząc wzrok znad Proroka Codziennego.

Odwzajemniła gest.

– Dzień dobry – odpowiedziała uprzejmie, zajmując miejsce. Sięgnęła po dzbanek z kawą i nalała sobie filiżankę, po czym sięgnęła po jajecznicę.

– Wydajesz się dziś całkiem wesoła – zagaił Lupin, rzucając jej badawcze spojrzenie.

Gdy zauważyła, że nuciła pod nosem bliżej niezidentyfikowaną melodię, natychmiast przestała i zastygła w bezruchu. Mimowolnie się zarumieniła.

Jakie to upierdliwe!

– Cóż, jest ładna pogoda, prawda? – zapytała, starannie unikając świdrującego wzroku przyjaciół.

Merlinie, zachowuję się idiotycznie!

– Yhym. – Na szczęście Longbottom nieświadomie wyratował ją z opresji. – To idealny dzień na trening quidditcha! – dodał radosnym tonem, a Weasley, który próbował na raz zjeść kilka kiełbasek, natychmiast mu przytaknął. – Może powinniśmy zrezygnować z obrony przed czarną magią – kontynuował w zamyśleniu, patrząc na zaczarowany sufit i oceniając sytuację pogodową. – I zorganizować dodatkowe ćwiczenia. Co o tym myślicie?

– Idealnie, stary! – Uśmiechnął się Richard, sięgnąwszy po następną partię parówek.

Kujońskie skłonności Hermiony po raz kolejny dały o sobie znać, ponieważ natychmiast zmrużyła oczy i zmarszczyła brwi.

– Wykluczone. W żadnym wypadku nie będziecie dla sportu opuszczać zajęć – zaoponowała władczym tonem. – Z takim nastawieniem w pewnym momencie staniecie przed olbrzymimi problemami związanymi z Owutemami.

– Nie bądź popsuj–zabawą. – Longbottom wbił w nią spojrzenie proszącego szczeniaczka. – Owutemy są dopiero na siódmym roku, a my jesteśmy na szóstym. Nie musimy zawracać sobie nimi głowy aż do następnego roku.

Usłyszawszy równie marną wymówkę, prychnęła z oburzeniem, zaś Lupin zaśmiał się pod nosem nad swoją gazetą, wyraźnie rozbawiony poziomem konwersacji. Już miała wytłumaczyć przyjacielowi, oczywiście, w bardzo miły i uprzejmy, ale również dobitny sposób, iż niepoważne traktowanie szkoły i obowiązków to wybitnie zły pomysł, gdy poczuła na sobie palące spojrzenie. Powstrzymała się przed zaczęciem tyrady i zmarszczyła lekko brwi. Kiedy omiotła Wielką Salę, zauważyła że Tom stoi przy głównym wejściu i otwarcie pożera ją wzrokiem. Mimowolnie przywołała w głowie wspomnienia minionej nocy i gwałtownie się zarumieniła. Naturalnie, nie byłaby sobą, gdyby przyznała się do zawstydzenia i odwróciła wzrok. Wyglądał cholernie przystojnie w szkolnym mundurku, nawet z aroganckim uśmieszkiem przyklejonym do twarzy. Kiedy jednak mrugnął doń sugestywnie, spurpurowiała jeszcze bardziej.

Cholerny ślizgon!

Przez resztę śniadania próbowała skupić się na teraźniejszości i uparcie walczyła z nieustannie powracającymi rumieńcami. Jakkolwiek irytowała ją ta nieznośna czerwień, nie mogła się powstrzymać przed zadowolonym uśmiechem za każdym razem, kiedy przez przypadek zerknęła na stół Slytherinu.

Gdy nadszedł czas na pierwszą lekcję, Hermiona pomaszerowała do lochów razem z przyjaciółmi. Czuła się wybitnie nieswojo, kiedy zaczęli dyskutować na temat warzonego na zaliczenie eliksiru, który był dlań źródłem nieszczęścia.

– Nareszcie możemy przejść do następnego etapu. – Lupin był entuzjastycznie nastawiony. – Tkwi w nim pewien szkopuł, o którym trzeba pamiętać, żeby wszystko się powiodło, jak należy. Otóż tatarak zwyczajny w normalnych okolicznościach nie zadziałałby w połączeniu z zielem gniazdnicy. Te dwa składniki raczej wzajemnie niwelują swe działanie. Właśnie dlatego musimy dodać do kociołka brodawkolepa, który będzie dlań doskonałą przeciwwagą.

Za każdym razem, gdy Amarys wspominał o Ortusie, Hermionę po prostu mdliło. Musiała przygotować plan, który pozwoli jej na sabotowanie eliksiru.

– Wiesz. – Weasley szturchnął Longbottoma. – Naprawdę się cieszę, że jest w naszej grupie. – Tu wskazał palcem na Lupina. – W przeciwnym razie na pewno spektakularnie byśmy oblali.

– Całkowita racja. – Mark pokiwał gwałtownie głową. Nie do końca zdołał jednak powstrzymać się od śmiechu, bo chwilę później zarechotał.

– Nie zamierzam wykonywać za was całej pracy, panowie.

– Nie możesz nam tego zrobić, stary druhu! Wtedy zawalimy eliksiry. – Longbottom udał spanikowanie. – Czy naprawdę chcesz mieć na sumieniu czyjeś dobro psychiczne i zaprzepaszczoną świetlaną karierę?

Mimo swoich obaw dziewczyna zachichotała. Chwilę później została złapana za rękę. Zatrzymała się w miejscu i odwróciła, aby zobaczyć Toma. Uśmiechnął się doń olśniewająco, ale zupełnie to zignorowała, skupiwszy się na łagodnym błysku w oczach. Automatycznie splotła ich palce razem i się rozluźniła. Kątem oka zauważyła, że jej przyjaciele również przystanęli i zainteresowali się spotkaniem. Wtem ślizgon się pochylił.

– Dzień dobry, Hermiono – wyszeptał jej wprost do ucha. – Wyspałaś się dzisiaj? – zapytał z sugestywnym uśmieszkiem.

Nie mogąc się powstrzymać, podniosła rękę i odgarnęła mu z czoła kilka zabłąkanych ciemnych kosmyków, odsłoniwszy miejsce, gdzie wieczorem zostawiła ten absurdalny ślad po czerwonej szmince. Elegancko zmarszczył brwi.

– Ano, owszem. Całkiem dobrze – odpowiedziała, uprzednio doń mrugnąwszy.

– Czego chcesz, Riddle? – Wyglądało na to, że Longbottom osiągnął kres swojej cierpliwości i po prostu musiał wtrącić się do rozmowy.

Tom zmrużył oczy i drgnął, zupełnie jakby miał ochotę jednym ruchem przyciągnąć dziewczynę bliżej i pokazać do kogo należy, ale na szczęście się powstrzymał. Ostatecznie zadowolił się rzuceniem blondynowi mrocznego spojrzenia.

– Nie czuję potrzeby usprawiedliwiania się przed bezmózgimi gryfonami – zadrwił.

Hermiona westchnęła ciężko, gdy zdała sobie sprawę, iż wbrew temu, co wczoraj powiedział, Mark nigdy nie zaakceptuje jej związku z Riddle'em. Prawdę powiedziawszy, była cholernie szczęśliwa, gdy wreszcie dotarli do sali eliksirów. Mimo że ślizgon w gruncie rzeczy zachowywał się całkiem przyzwoicie, miał ognisty temperament i zmienny charakter. Gdyby Longbottom nacisnął nieodpowiedni guzik, z pewnością gorzko by tego pożałował.

Kiedy weszli do klasy, Tom wzmocnił uścisk i pociągnął ją do stanowiska, które okupowali we troje. Malfoy siedział już w ławce, ale gdy podeszła bliżej, rzucił jej chłodne, kalkulujące spojrzenie, którego nienawidziła. Usiadła więc obok swojego chłopaka i spróbowała ignorować drugiego ślizgona. Wyłożyła na stół pióro, pergamin i wszystkie potrzebne do warzenia przedmioty. Gdy skompletowała cały zestaw, do sali wszedł nauczyciel.

– Witajcie, drodzy uczniowie. – Uśmiechnął się wesoło. Nie otrzymawszy zbyt radosnej odpowiedzi, odwrócił się do tablicy i machnął różdżką, przez co wyczarował następne instrukcje. DeCerto prawie jęknęła z frustracji, gdyż miała wrażenie, iż ten eliksir będzie jej zgubą. – Zanim dziś zaczniecie, wspólnie przeanalizujemy poszczególne kroki – kontynuował Slughorn. – Spójrzmy na pierwszy. Pocięcie tataraku wydaje się całkiem prostym zadaniem, ale nie dajcie się wyprowadzić w pole. – Zaczął spacerować po klasie. – Jeżeli nie posiekacie go symetrycznie, efekt dramatycznie spadnie, a tym samym ilość potrzebnych cząstek będzie niewystarczająca na dalszym etapie. Oczywiście, będziecie w stanie uratować wasz eliksir, dodając więcej korzenia, ale dokonanie obliczeń i oszacowanie potrzebnej ilości jest skomplikowane i wymaga dużego doświadczenia. Najlepszym sposobem…

Hermiona się wyłączyła i wbiła wzrok w przygotowany kociołek. Miała ochotę wyciągnąć różdżkę i posłać małe, niewinne Reducto na gotującą się ciecz. Naturalnie, musiała się powstrzymać. Już wcześniej zdecydowała, że powinna wziąć na wstrzymanie i przypuścić atak w najbardziej dogodnym momencie, to znaczy gdzieś pod koniec warzenia eliksiru, żeby nie było czasu na zaczęcie od nowa. Potrzebowała opracować dobrą strategię. Ostatnim krokiem zapisanym w instrukcjach było dodanie do mikstury skórki boomslanga i skrzydełek elfa. To składniki ciężkie do sabotowania. Zmarszczywszy lekko brwi, nieświadomie zakręciła loczka na palec. Może powinna spojrzeć w innym kierunku i zrobić coś znacznie prostszego, coś, czego zupełnie nikt się nie spodziewa.

Może cykuta…

Cykuta zostanie dodana do kociołka tuż przed wykończeniem mikstury. Jest idealna, gdyż nie sprecyzowano, w jaki sposób ją pociąć, czy też poszatkować, dzięki czemu mogłaby prosto zrujnować Ortusa. Cóż za ironia losu, podsumowała, trochę rozbawiona. Obleję zaliczenie z eliksirów za kadencji Slughorna, nie Snape'a.

Niedługo potem zauważyła, że Tom również nie zwraca uwagi na wykład i wskazówki nauczyciela. Zamiast tego patrzył na nią z głodem w oczach. Lustrował ją od stóp do głów, aż wreszcie skrzyżował zeń spojrzenie. Hermiona nagle zapomniała o niebezpiecznym eliksirze, który mógł wszystko zrujnować, zacisnęła dłoń na trzymanym piórze i spróbowała ponownie skoncentrować się na profesorze. Niestety, nadaremnie. Wróciła wspomnieniami do minionej nocy, przez co serce zabiło jej mocniej. Gwałtownie się zaczerwieniła, kiedy dłoń chłopaka przesunęła się po jej ramieniu i bezskutecznie wzbraniała się przed przyjemnymi dreszczami.

– Nadszedł czas na trochę praktyki, droga młodzieży – podsumował donośnym głosem Slughorn.

Uczniowie zaczęli się przemieszczać i rozmawiać. Hermiona wyciągnęła różdżkę i machnęła nią w kierunku eliksiru, który wciąż niepozornie bulgotał w kociołku. Ogień, podgrzewający miksturę, zapłonął mocniej. Gdy podniosła wzrok, zobaczyła, że Malfoy również zabrał się do pracy i postanowił pokroić tatarak. W przeciwieństwie do niego Tom nadal nic nie robił, tylko się na nią pożądliwie patrzył. Sprawiał wrażenie cholernie zadowolonego. Westchnęła, naprawdę chcąc się skupić na Ortusie, ale właśnie wtedy chłopak pochylił się do przodu.

– Czemu wyszłaś tak wcześnie? – wymruczał, czym sprawił, że po kręgosłupie przeszedł jej przyjemny dreszcz.

– Ja…

Znów się zarumieniła. Przez trzepoczące w brzuchu motylki miała wielką ochotę chwycić go za ramiona, popchnąć na stanowisko i całować do utraty tchu. Kiedy zdała sobie sprawę, w jakim kierunku powędrowały jej myśli, całkowicie spurpurowiała. Mimo to zaryzykowała spojrzenie na Toma. Wciąż patrzył się nań intensywnie, ale przestał zachowywać się arogancko, kiedy wyczuł jej zakłopotanie.

– Mam nadzieję, że niczego nie żałujesz… – podsumował niepewnie i z troską.

Uniosła głowę i stłumiła cisnący się na usta uśmiech.

– Właściwie to czegoś żałuję – odpowiedziała celowo nieśmiałym głosem i obserwowała jego reakcję. Tom zdołał zachować poważny wyraz twarzy, ale nieco wytrzeszczył oczy. Nie mogąc dłużej się zgrywać, mrugnęła doń zawadiacko. – To smutne, że nie zostałeś przydzielony do Gryffindoru. Wtedy nie musiałabym chodzić na palcach przez pół zamku, żeby wrócić do dormitorium.

Uśmiechnął się z ulgą.

– Jesteś iście nikczemną istotą, o ile mogę tak powiedzieć, Hermiono – wyszeptał, odzyskawszy rezon. Następnie odchylił się na krześle. – Jeżeli już, to Tiara Przydziału popełniła pomyłkę w twoim przypadku, wysyłając cię do gryfonów. Jesteś wszak prawdziwą ślizgonką.

– Och, proszę – zadrwiła. – Skończmy rozmawiać o jałowych rywalizacjach międzydomowych. – Pochyliła się w bok i położyła mu dłoń na udzie, całkiem blisko wrażliwego krocza. Na szczęście ławka wszystko zasłaniała. – Jest przecież tyle innych rzeczy, które możemy w międzyczasie porobić – dodała uwodzicielskim głosem. Była cholernie zadowolona, że wreszcie stracił część swojej nienagannej samokontroli. Powoli wypuścił oddech i oblizał usta. Czuła też, jak zadrżał. Usatysfakcjonowana, zabrała dłoń, zanim ktokolwiek cokolwiek zauważył i dodała władczym tonem: – Nie marnuj więc czasu na sprośne pogaduszki i pomóż Malfoyowi ciąć tatarak. – Wstała ze złośliwym uśmiechem, chwyciła drewnianą chochlę i odwróciła się w stronę eliksiru.

Aby odzyskać wewnętrzny spokój, Tom wziął głęboki, uspokajający oddech. Prędzej czy później doprowadzi mnie do szaleństwa, pomyślał, wciąż nań patrząc. Z wciąż błyszczącymi oczami i wrednym uśmieszkiem ostrożnie mieszała miksturę w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Łakomym wzrokiem obrysował jej różowe usta, miękką skórę szyi, a potem zakryte mundurkiem zgrabne piersi. Z trudem zwalczył potrzebę zerwania jej bluzki tutaj, w sali lekcyjnej.

Znów zatopił się w obrazach z zeszłej nocy. Wciąż czuł miękkość jej ciała pod swoimi rękoma, wyczuwał każdy ruch i każde, choćby najdelikatniejsze drżenie, któremu się z rozkoszą poddawała. Pragnął ponownie zacisnąć dłonie na jej biodrach i sprawić, żeby krzyczała. Zsunął wzrok jeszcze niżej, na smukłe nogi i westchnął pod nosem z tęsknoty, bowiem przypomniał sobie, jak znalazł się w ich objęciach.

Zmusił się, aby odwrócić głowę. Szkoda, że byli teraz w zatłoczonej klasie. Tyle dobrego, że wreszcie mu uległa. Nigdy więcej nie pozwoli, żeby się od niego odsunęła. Była mu przeznaczona, a fortuny nie sposób przecież zmienić.

Kątem oka znów nań zerknął. Nadal mieszała eliksir i w międzyczasie przyjmowała od Malfoya symetrycznie pocięte kawałki tataraku. Musiał się zebrać w sobie, żeby wrócić do rzeczywistości. Mimo że Hermiona okazała się niezłą uwodzicielką, nie mógł zapomnieć o jej licznych sekretach.

Co z niespotykanymi mocami? Była niewiarygodnie silna i potrafiła się przebić nawet przez magię strażniczą szkoły. Skąd pozyskała tę potęgę? Wtem przypomniał sobie moment, gdy naskoczyła nań, rozgniewana, że próbował przekląć Longbottoma. Posprzeczali się wówczas w Pokoju Życzeń. Nie powstrzymywał wtedy swojej magii. Wiedział, że była szalenie niebezpieczna, potrafiła niejedno i nawet zasysała powietrze, ale Hermiona wytrzymała i mu się przeciwstawiła. Jej moc również trzaskała wokół, sprawiając wrażenie zdziczałej.

Tom spojrzał na pracującą obok dziewczynę. Obecnie skrupulatnie i w idealnych odstępach czasowych dodawała do eliksiru pocięte kawałki tataraku. Co było źródłem jej potęgi? Mimowolnie powędrował wzrokiem co ciemnej różdżki, którą zostawiła na blacie. Zmrużył podejrzliwie oczy i spróbował się czegoś doszukać. Wyglądała całkiem zwyczajnie. Czy właśnie broń stała za niezwykłymi umiejętnościami, którymi dysponowała? Czy to naprawdę najpotężniejsza różdżka, jaką kiedykolwiek stworzono? Szczerze mówiąc, to wiele by wyjaśniało, począwszy od jej niesamowitej magii, a skończywszy na zainteresowaniu Ignotusem Peverellem.

Gdy niespodziewanie podniosła wzrok, natychmiast wrócił do rzeczywistości. Zmrużyła podejrzliwie oczy.

– Co? – warknęła, czym zaskarbiła sobie również zaintrygowanie Abraxasa, który wszak był obok i zdecydowanie nie był głuchy. – Zamierzasz tak siedzieć przez resztę lekcji?

– Nie zaszkodzi. – Uśmiechnął się i spokojnie oparł na krześle.

Hermiona prychnęła nań z oburzeniem, a następnie ponownie skupiła się na eliksirze i zapisanych na tablicy instrukcjach. Nie przestawał się szczerzyć, nawet kiedy Malfoy rzucił jej zdezorientowane, aczkolwiek wciąż chłodne spojrzenie.


Trochę później Hermiona wyszła z sali obrony przed czarną magią razem z przyjaciółmi. Chociaż raz była zadowolona, że te zajęcia nareszcie się skończyły. W ogóle nie mogła się skupić. Ciągle odpływała myślami i ostatecznie zupełnie nie wiedziała, o czym mówił profesor McGray.

– To było całkiem interesujące. – Lupin aż kipiał entuzjazmem. – Nawet nie przypuszczałem, że chimery można oswoić.

Longbottom spojrzał nań z niedowierzaniem.

– Jesteś stuknięty – podsumował z politowaniem. – Wreszcie koniec zajęć! – krzyknął z uśmiechem na twarzy. – Koniec z gadaniem o szkolnych pierdołach.

Amarys uniósł brew.

– Właściwie to zadano nam esej na zielarstwo i, prawdę powiedziawszy, nie chciałbym z nim zwlekać.

– Koniec ze szkolnymi bzdurami – powtórzył Mark, niezrażony postawą przyjaciela. Lupin westchnął, zaś Hermiona zachichotała. – Co będziemy dziś porabiać? – dodał w zamyśleniu.

– Cóż, za pół godziny mamy trening quidditcha – powiedział Weasley.

– Jak to? Znowu jest poniedziałek? – Longbottom spojrzał nań zdziwiony.

– Czy przed momentem próbowałeś mi wcisnąć, że to ja jestem stuknięty? – Amarys potrząsnął w niedowierzaniu głową.

– Nigdy nie twierdziłem, że jestem całkowicie zdrowy na umyśle. – Mark machnął lekceważąco ręką, a następnie odwrócił się do dziewczyny. – Chcesz może pooglądać nasz trening? To świetna zabawa.

Hermiona nieszczególnie lubiła quidditcha i zupełnie nie miała ochoty obserwować, jak jej współdomownicy, w tym również przyjaciele, próbują skręcić sobie karki na tych niesamowicie szybkich miotłach lub spaść z wysokości i się połamać. Oczywiście, zamierzała odrzucić tę ofertę.

– Właściwie to…

Nie zdążyła skończyć zdania, bo została zawołana. Gdy się odwróciła, zobaczyła nadchodzącego Toma. Wciąż się uśmiechał oraz błądził drapieżnym wzrokiem po jej ciele. Chociaż strasznie to przeklinała, znów się zarumieniła. Kiedy podszedł bliżej, spojrzał nań z rozbawieniem. Jeszcze mocniej spurpurowiała, gdy wziął ją delikatnie za rękę. Może powinnam skoczyć do jeziora, podsumowała. Chłodna woda z pewnością by mnie ostudziła.

Longbottom najwidoczniej zauważył, że jest dziwnie nieśmiała, bo natychmiast spochmurniał i zaczął piorunować ślizgona wzrokiem. Nawet nie chciała sobie wyobrażać, co pomyślał. Riddle, widząc wrogie nastawienie, uniósł kpiąco brew. Zanim zdążył otworzyć usta i powiedzieć najprawdopodobniej coś obraźliwego, ścisnęła mu ostrzegawczo dłoń, a potem była zaskoczona, że rzeczywiście usłuchał prośby. Odwzajemnił nieprzychylne spojrzenie, ale milczał niczym zaklęty. Wtem Mark się zjeżył, paskudnie skrzywił i drgnął, jakby chcąc sięgnąć po różdżkę.

Odetchnęła z ulgą, kiedy Lupin wkroczył do akcji i zażegnał nachodzącą kłótnię.

– Może spotkamy się później w pokoju wspólnym? – Uśmiechnął się doń zachęcająco. – Byłbym ci naprawdę wdzięczny za sprawdzenie mojego wypracowania na zielarstwo.

– Jasne – powiedziała z wdzięcznością. – Oczywiście pod warunkiem, że zerkniesz na mój esej.

Amarys skinął głową.

– Myślałem, że spieszycie się na trening – dodał w kierunku dwójki przyjaciół.

Longbottom nie odpowiedział, tylko gniewnie zmrużył oczy. Wyraźnie potrzebował chwili, żeby się uspokoić. Lupin znów przyszedł z odsieczą, bowiem po prostu złapał go za ramię i odciągnął. Hermiona ponownie odetchnęła z ulgą i pozwoliła się poprowadzić w przeciwnym kierunku. Tom przestał się spinać, dopiero kiedy oddalili się na pewną odległość. Wciąż nie odezwał się ani słowem.

– Dziękuję – wyszeptała, nie patrząc na niego.

– Pff, przeklęcie tego idioty to żaden wyczyn – parsknął, po czym objął ją ramieniem i przyciągnął bliżej.

Uniosła głowę i zobaczyła, że był z siebie bardzo zadowolony. Uśmiechnęła się zawadiacko i otoczyła go w pasie. Nawet z tym wyniosłym wyrazem twarzy nadal był szalenie przystojny i pociągający. Motylki w brzuchu powróciły. Był na tyle blisko, że czuła jego zapach. Nie mogąc oprzeć się pożądliwemu uczuciu, mocniej doń przylgnęła. Wbił w nią kalkulujące spojrzenie, przez co znów się zawstydziła. Szczerze mówiąc, była zirytowana reakcjami własnego ciała. Tom najwyraźniej zauważył, że coś jest nie tak, bo zmarszczył lekko brwi.

– Wszystko w porządku? – zapytał, trochę zmartwiony.

Mimowolnie przygryzła dolną wargę.

– Ja… jasne – wymamrotała.

Ta odpowiedź w żaden sposób go nie usatysfakcjonowała, a wręcz przeciwnie. Teraz sprawiał wrażenie naprawdę zatroskanego.

– Nie zamierzałem się narzucać – stwierdził z wahaniem, wciąż zaniepokojony.

Nie chciała, żeby się martwił, bo po prostu nie było takiej potrzeby. Może rzeczywiście miała wczoraj inne plany, aniżeli pójście na całość, ale ostatecznie była bardzo zadowolona z obrotu sytuacji. Spędzili czas przyjemnie, dokładnie tak, jak pragnęła. Gdy wróciła myślami do poprzedniej nocy, znów się zarumieniła.

– Rozumiem, jeżeli nie chcesz o tym rozmawiać – kontynuował, brzmiąc na nieprzekonanego. – Niemniej jednak wiedz, że możesz mi o wszystkim powiedzieć.

Hermiona spojrzała nań, ale nie usłyszała ani słowa. Wciąż była skupiona na minionych wydarzeniach. W pewnym momencie odniosła dziwaczne wrażenie, że te różowe usta ją kuszą i przyciągają. Może to właśnie było najlepsze rozwiązanie, żeby raz na zawsze pozbyć się okropnej nieśmiałości i wstydliwości. To, co zamierzała zrobić, wyglądało zdecydowanie bardziej zachęcająco, aniżeli orzeźwiający skok do hogwardzkiego jeziora.

Nie zareagowała, co pogłębiło zmartwienie na twarzy Toma. Podszedł doń bliżej, ujął jej dłoń we własną i otworzył buzię, żeby z pewnością powiedzieć coś miłego i uspokajającego, ale nie zostawiła mu na to czasu. Wyciągnęła doń ręce i przyciągnęła go do siebie. Gdy zauważył, co się święci, zamrugał, szczerze zdezorientowany, a chwilę później złączyli swe usta w pocałunku. Owinęła ramiona wokół jego szyi, a następnie pogłębiła pieszczotę. Uczucie trzepoczących w żołądku motyli natychmiast się wzmogło, a serce przyspieszyło swój rytm. Wtem poczuła, że również jest obejmowana i zamruczała, zadowolona.

Kiedy wreszcie się od siebie oderwali, z trudem łapała oddech. Tym razem rumieniec jej nie dokuczał, co zarejestrowała z triumfalnym uśmieszkiem. Tom wciąż sprawiał wrażenie lekko zdezorientowanego, ale przynajmniej przestał się niepotrzebnie martwić.

– Czyli mam rozumieć, że jednak nie jesteś na mnie zła, prawda? – zapytał z drwiną w głosie, aczkolwiek usłyszała w nim też ulgę.

Uśmiechnęła się wyniośle.

– Wiesz co? – zagaiła, ale nie dała mu czasu na sformułowanie sensownej odpowiedzi, gdyż ponownie go do siebie przyciągnęła. – Zdecydowanie za dużo gadasz.

Wpiła się w jego wargi, zaś dłonią zaczęła przeczesywać kroczoczarne włosy. Wtem zauważyła z rozbawieniem, że zupełnie nie zareagował, z jakiegoś dziwnego powodu oszołomiony.

Wtem doznała olśnienia.

– Wystarczy!

Była tak zaskoczona, że puściła Toma i się odsunęła. Trochę otumaniona, odwróciła się, żeby zobaczyć, kto im przeszkodził. Mogłam się domyślać, podsumowała z irytacją. Zaledwie kilka metrów dalej, w skądinąd opustoszałym korytarzu, stała profesor Legifer. Jak zawsze wyglądała nienagannie, nawet ze wściekłym grymasem na twarzy. Hermiona poczuła przemożną potrzebę przewrócenia oczami, ale zdołała ją zwalczyć, zanim wpędziła się w jeszcze większe kłopoty. Nauczycielka sapnęła z oburzenia, a następnie szybkim krokiem doń podeszła. Co interesujące, kiedy patrzyła na uczennicę, wydawała się naprawdę rozgniewana, ale gdy przenosiła spojrzenie na przyłapanego ucznia, natychmiast łagodniała.

– Nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką bezczelnością, panno DeCerto – wysyczała z naganą. – Naprawdę nie chciałam wierzyć własnym oczom. – Spiorunowała dziewczynę wzrokiem.

Po raz pierwszy Hermiona wiedziała, o czym właściwie myśli, ale, szczerze mówiąc, miała to głęboko gdzieś. Uśmiechnęła się z uprzejmym zainteresowaniem i pełną świadomością, że to tylko jeszcze bardziej rozsierdzi nauczycielkę. Oczywiście, miała całkowitą rację.

– Czy te wszystkie godziny spędzone na szlabanie niczego pani nie nauczyły? – Legifer aż kipiała ze złości.

Nie odpowiedziała. Jedyne, co mogła zrobić, to powstrzymać się od wściekłego burknięcia „nie". Gdy milczała, frustracja nauczycielki sięgnęła zenitu.

– Jestem zniesmaczona pani zachowaniem – kontynuowała. – Jak można w ten sposób narzucać się mężczyźnie?

Hermiona zacisnęła usta w cienką linię, słysząc równie absurdalny zarzut. Co ta szalona baba sobie myślała? Że Tom został pocałowany wbrew swojej woli? Najprawdziwsza niedorzeczność! Legifer rzuciła jej chłodne spojrzenie, a potem skupiła się na chłopaku. Teraz sprawiała wrażenie szczerze zatroskanej dobrem podopiecznego.

– Wszystko w porządku, panie Riddle? – zapytała, brzmiąc na zaniepokojoną.

– Oczywiście, pani profesor – odpowiedział, przybrawszy skruszoną minę. To niesamowite, jak dobrym jest aktorem. Kiedy kontynuował, naprawdę wyglądał na diablo winnego. – Bardzo mi przykro. Ciężko stwierdzić, co we mnie wstąpiło – dodał, wyglądając na piekielnie zawstydzonego. – Obiecuję, że to się nigdy nie powtórzy.

– Nie ma potrzeby przepraszać. Wiem, że w niczym pan nie zawinił – odpowiedziała Legifer dziwnie współczującym tonem. Następnie znów zerknęła na podopieczną, tym razem z widoczną niechęcią. Dziewczyna w międzyczasie próbowała opamiętać swą magię. – Mówiłam już wcześniej, że ta panienka nie jest dla pana odpowiednia – kontynuowała w kierunku Toma. Jej głos zupełnie stracił ostrość. – Nie powinien pan spędzać z nią czasu. Panna DeCerto oznacza same kłopoty.

Legifer brzmiała, jakby próbowała przekonać chłopaka do zerwania znajomości, przez co Hermiona zagryzła zęby, żeby nie wyciągnąć różdżki. Jej magia chciała znaleźć ujście i obrać cel, ale niestety musiała się powstrzymać.

– Jedynym powodem, dla którego nie zostanie pani ukarana za ten żenujący popis, jest fakt, iż wówczas musiałabym także odebrać punkty lub zarządzić szlaban panu Riddle'owi – kontynuowała nauczycielka, dalekim od uprzejmego tonem, patrząc wymownie na uczennicę. – Ponieważ jest niewinny, nie chciałabym przysparzać mu więcej kłopotów – dodała, gwoli wyjaśnienia. W ostatnim zdaniu zgrabnie ukryła przesłanie, jakoby uważała ją za największy z problemów.

Słuchając wykładu, Hermiona zastanowiła się, dlaczego tak właściwie uparcie się kontroluje. Szaleńcy nie powinni swobodnie chodzić po wolności i zarażać swoimi maniami, prawda? Kątem oka dostrzegła, że, usłyszawszy ostatnie zdanie, Tom się trochę rozluźnił. Prawie jęknęła z nagromadzonej frustracji, kiedy zobaczyła, że znacznie się rozweselił. Gdy okazało się, że nie zostaną ukarani, chociaż nie robili niczego złego, wydawał się rozbawiony sytuacją. Nikczemny uśmieszek, który potajemnie zagościł na jego twarzy, również nie dodawał otuchy.

– Dziękuję, pani profesor – odpowiedział z udawaną wdzięcznością, wygładziwszy wcześniej mimikę. Brzmiał naprawdę przekonująco. Nic dziwnego, że ludzie łapczywie jedli mu z ręki. – Jestem pewien, że Hermiona również jest bardzo wdzięczna. – Rzucił wyżej wymienionej zdeterminowany, aczkolwiek niepewny uśmiech, a w jasnoszarych oczach zabłyszczała złośliwość. Najprawdopodobniej chciał się odegrać za przysporzenie mu wielu zupełnie niepotrzebnych zmartwień. – Wie pani – kontynuował konwersacyjnym tonem, wciąż zgrywając niewinnego. – Mimo że Hermiona bywa czasem porywcza, to naprawdę sympatyczna dziewczyna. – W tym miejscu przystopował i zdawał się nad czymś zastanawiać. Zrobił to tylko i wyłącznie dlatego, żeby móc przez chwilę napawać się chłodnym spojrzeniem, nauczycielka kobieta rzuciła podopiecznej. Ostatecznie uśmiechnął się czarująco. – Nawet jeżeli jest trochę… dominująca.

Wystarczy tego dobrego!

– Tom! – syknęła groźnie, zapowiadając tym samym piekielne katusze, jeśli wreszcie nie zamknie jadaczki.

W zamian spojrzał nań z udawanym lękiem i odsunął się o krok. Ewidentnie triumfował. Nawet gdyby się doń uśmiechnął, nie mógł być bardziej oczywisty.

– Jest jeszcze gorzej, aniżeli się spodziewałam – podsumowała to zajście Legifer, czym znów zaskarbiła sobie uwagę Hermiony. – Nie powinna pani tak traktować pana Riddle'a.

Święta racja! Powinnam go przekląć na miejscu, pomyślała, rozwścieczona głupim pouczeniem.

– Jeżeli panna DeCerto sprawi więcej problemów, proszę się nie wahać mnie poinformować. Chętnie posłużę pomocą. – Nauczycielka zwróciła się do Toma.

Ślizgon dołożył wszelkich starań, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

– Dziękuję – odparł grzecznie.

– Tak, jesteśmy bardzo wdzięczni. – Hermiona prawie krzyknęła, starając się nie stracić panowania, a następnie bezceremonialnie chwyciła chłopaka za rękę i szorstko pociągnęła go za sobą korytarzem, jak najdalej od znienawidzonej profesorki. W duchu pogratulowała sobie wytrzymałości. Naprawdę niewiele brakowało, żeby wyciągnęła różdżkę i przeklęła któreś z nich.

Gdy znaleźli się w bezpiecznej odległości, natychmiast go puściła i wyrwała się do przodu. Uwolniła swą magię, która od razu zaczęła gniewnie pulsować, ale przyniosło jej to przynajmniej odrobinę ukojenia. Za plecami słyszała kroki, tak więc miała pewność, że Tom wciąż zań podąża.

Co za tupet!, podsumowała ze złością i gwałtownie się do niego odwróciła. W oczach miała ogień.

– Jesteś z siebie zadowolony? – warknęła.

– W miarę – odpowiedział z uśmiechem.

– Czemu musiałeś się odzywać? – zagrzmiała, zaskoczona zobaczonym rozbawieniem.

Nie zareagowawszy na zaczepkę, tylko mrugnął doń arogancko. Hermiona obnażyła zęby, gdyż nie była w stanie zwerbalizować swego gniewu. Jej magia trzaskała w powietrzu. Może ciśnięcie zaklęciem złagodzi stres, podsumowała.

Wtem Tom spojrzał nań dziwnie. Automatycznie stała się podejrzliwa. Co właśnie planował? Czy chciał się dalej droczyć? Powoli omiótł ją wzrokiem, a następnie, bez żadnego uprzedzenia, gwałtownie doń doskoczył. Zmarszczyła brwi. Magia wciąż szalała wokół, ale to nijak go powstrzymywało. Najprawdopodobniej zabezpieczył się na każdą ewentualności, zawczasu przyzywając własną moc.

Kiedy wreszcie się zatrzymał, nie dała się zastraszyć i kontynuowała piorunowanie go wzrokiem. Właśnie wtedy zaczęła mieć wątpliwości, bowiem teraz zobaczyła głód w jasnoszarych oczach. Miała ochotę wyciągnąć różdżkę i trochę sobie ulżyć, ale pokrzyżował jej plany. Wyciągnął ręce i w momencie przyciągnął ją bliżej, potem wpił się w usta, a Hermiona, oszołomiona rozwojem sytuacji, na wszystko pozwoliła. Mimo wcześniejszego gniewu nie była w stanie go odepchnąć. Ich magie ścierały się równie agresywnie, teraz bez negatywnych emocji. Gdy została przyciśnięta do ściany korytarza i pogłębili pocałunek, mimowolnie jęknęła.

Tom otworzył najbliższe drzwi i, nie zaprzestając pieszczot, wciągnął dziewczynę do środka. Ledwo zarejestrowała te działania, w pełni skupiona na doznaniach. Gdy zamknął wrota, znów została przyszpilona do ściany i krzyknęła cicho, kiedy przygryzł jej dolną wargę. W międzyczasie sunął dłońmi po jej ciele, jednocześnie składając mokre pocałunki na odsłoniętej szyi. Hermiona ciężko oddychała i nie była w stanie logicznie myśleć.

Ślizgon się wyprostował i uśmiechnął. Następnie wyciągnął różdżkę i jednym sprawnym ruchem zabezpieczył oraz wyciszył klasę. Jego spojrzenie pociemniało, gdy zaczął pożerać ją wzrokiem. Ponownie machnął ręką, czym sprawił, że jej ubrania zniknęły i stanęła przed nim naga. Zanim zaprotestowała, znów została przyparta do ściany. Wszelkie możliwe protesty zostały ucięte, kiedy znów się pocałowali. Ciepłe dłonie odbierały zmysły i możliwość jakiegokolwiek protestu. Wszystkie myśli uleciały Hermionie z głowy, gdyż mogła się skupić wyłącznie na jednym, a mianowicie na zmniejszeniu dystansu. Wyglądało na to, że Tom szybciej znalazł odpowiedniejszy sposób, ponieważ po prostu złapał ją obiema rękami w talii i podniósł do góry. Automatycznie objęła go nogami i ponownie zatopiła się w namiętnych pocałunkach. Gdy zaczęła mu przeczesywać palcami włosy, jednocześnie wzmocniła uścisk. W odpowiedzi skoncentrował się na jej szyi. Sapnęła, kiedy znów została ugryziona, ale paradoksalnie nie miała nic przeciwko, a wręcz przeciwnie. To rozpaliło w niej ogień, przez co zaczęła szybciej oddychać. Uczucie trzepoczących w brzuchu motylków, które towarzyszyło jej na eliksirach, zamieniło się w palącą potrzebę. Była zdeterminowana, aby osiągnąć spełnienie.

Przesunęła dłońmi w dół, przez szyję chłopaka, aż do jego klatki piersiowej. Kiedy wyczuł ruch, spojrzał nań z nietłumionym pożądaniem. Gdy znów pochylił się do pocałunku, w jego oczach pojawił się drapieżny błysk. Dziewczyna jęknęła z rozkoszy i po omacku odnalazła sprzączkę paska spodni. Odpięła guzik i rozporek, a następnie powoli zsunęła mu spodnie i bokserki, uważając, żeby nie zahaczyć o wrażliwą erekcję. Oddech Toma przyspieszył, co jeszcze bardziej wzmogło pożądanie Hermiony. Objęła go ramionami i przyciągnęła bliżej.

Kiedy poczuła, że w nią wchodzi, przymknęła z błogością oczy. Ich magie trzaskały w powietrzu z podekscytowania, nie do końca wyciszone. Teraz się splotły razem, zupełnie jak właściciele. Nie mogła złapać tchu, dlatego też zacisnęła dłonie na szarym bezrękawniku. Gdyby nie był chroniony materiałem swetra, z pewnością poharatałaby mu paznokciami plecy.

Uczucie ruchu i falującej wokół magii były dlań za silne. Palące uczucie, pochodzące gdzieś ze środka, pochłaniało ich do reszty. Hermiona zamknęła oczy i jeszcze mocniej zacisnęła nogi wokół Toma, krzycząc z rozkoszy. Ostatecznie doszła z jego imieniem na ustach.

Wciąż ciężko oddychając, położyła mu głowę na ramieniu. Nadal drżała z przyjemności, zaś cienka warstwa potu zrosiła jej czoło. Westchnęła cicho i się doń przytuliła. Odwrócił głowę i złożył na jej szyi ostatni tęskny pocałunek, a potem wzmocnił uścisk i postawił ją na ziemi; chwilę później znów wylądowała w jego objęciach. Uniosła głowę i nań spojrzała. Uśmiechnął się z czułością. Odwzajemniła gest z szaleńczo bijącym sercem. Była też cholernie zadowolona, że tym razem znów się nie zarumieniła.

– Nie myśl, że będziesz w ten sposób rozwiązywał wszystkie problemy – powiedziała surowym głosem, chociaż wciąż się uśmiechała.

– Naturalnie – odparł, ale ewidentnie nieszczerze.

Zbyt uszczęśliwiona, postanowiła nie wykłócać się o prawdomówność. Oparła się o niego, przez co ponownie wzmocnił uścisk. To cudowne, móc dzielić się radością z bliską osobą.

W pewnym momencie zauważyła, że zaczyna marznąć i przypomniała sobie, że przecież stoi naga pośrodku nieużywanej klasy. Zamrugała, uzmysłowiwszy sobie, że Tom jakiś sposobem zdołał podciągnąć spodnie i znów był w pełni ubrany.

– Czy mógłbyś przywrócić moje ubrania? – zapytała.

– No nie wiem. – Uśmiechnął się zawadiacko. – Zdecydowanie wolę cię bez odzieży.

Gdy zgromiła go wzrokiem, zachichotał. Pochylił się do przodu i złożył na jej ustach delikatny pocałunek, po czym ostatni raz obejrzał ją sobie od stóp do głów i posłusznie machnął różdżką. Ubrania zmaterializowały się w powietrzu i zawirowały wokół niej. Moment później była całkowicie odziana. Tom się uśmiechnął i za rękę wyszli z sali.


Lubił wracać myślami do wydarzeń, które miały miejsce po konfrontacji z Legifer. Szczerze mówiąc, był trochę zaskoczony, że uniknęli kary, ale z drugiej strony zawsze był przekonujący, prawda? Nawet Hermiona nie była w stanie mu się oprzeć.

Ukradkiem nań zerknął, gdyż stała przed niewielką biblioteczką. Znajdowali się obecnie w ślizgońskim dormitorium. Tom siedział na swoim łóżku ze skrzyżowanymi nogami i próbował skończyć wypracowanie ze starożytnych run. Dziewczyna, zdeterminowana, żeby nie odrabiać przy nim pracy domowej, przeglądała książki, które zebrał przez lata spędzone w Hogwarcie.

Rozkoszował się triumfującym uczuciem. Odkąd po raz pierwszy pocałowali się podczas przerwy świątecznej, wiedział, że ją posiądzie. Musiał jednak przyznać, że podjęła pełną podziwu walkę i zmusiła go co oddania pewnej części siebie. Ostatecznie osiągnął swój cel. Jego spojrzenie pociemniało. Hermiona w międzyczasie wzięła jedną z książek i przewertowała kilka kartek, zanim odłożyła lekturę na półkę. Tom wrócił do swojego eseju, ale zupełnie nie mógł się skoncentrować. Wciąż błądził myślami. Może i rzeczywiście zdobył dziewczynę, ale nadal miał do pokonania długą drogę. Jakby nie patrzeć, skrywała zdecydowanie zbyt dużo tajemnic, które należało rozwiązać.

– Nie wmówisz mi, że kupiłeś te wszystkie książki, albo że otrzymałeś je w prezencie – podsumowała tonem znawcy i jednocześnie oskarżyciela.

Uśmiechnął się, rozbawiony. Cóż, miała rację.

– Można powiedzieć, że je nabyłem.

– Yhym, no pewnie – wymamrotała pod nosem.

– Jesteś po prostu zazdrosna, bo mam wielu przyjaciół, którzy zawsze chętnie mi sprezentują interesujące lektury. W przeciwieństwie do twoich przygłupich znajomych, którzy nawet nie wiedzą, czym jest książka – stwierdził, zwijając pergamin w rolkę. – Wiesz… – urwał, gdyż usłyszał sapnięcie i dźwięk czegoś spadającego na podłogę.

Uniósł głowę i zobaczył, że Hermiona stała obok biblioteczki i patrzyła na coś szeroko otwartymi oczami. Zmarszczył brwi, wstał z łóżka i doń podszedł. Sprawiała wrażenie szczerze spanikowanej. Czego właściwie się wystraszyła? Spojrzał na leżącą na podłodze książkę w czarnej oprawie i natychmiast dokonał rozpoznania. Kupił ten dziennik jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego, kiedy zaopatrywał się we wszystkie potrzebne przybory. Nie był szczególnie drogi, a że nie miał do dyspozycji zbyt wiele pieniędzy, był dlań cenny. Pochylił się i podniósł go z ziemi. Gdy upadł na podłogę to się otworzył, ale strony wciąż były niezapisane, więc żadna strata. Naturalnie, Tom nigdy nie napisałby przynajmniej słowa w dzienniku, którego zabezpieczenia ktoś mógł przełamać i dobrać się do jego najskrytszych planów lub myśli. Szczerze mówiąc, miał zamiar zrobić coś zgoła innego z tym przedmiotem.

– Coś nie w porządku? – zapytał łagodnie, gdy zauważył, że wciąż marszczy czoło, wystraszona.

Jakby wyrwana z otępienia, spojrzała na niego bardziej przytomnie.

– Nie – odpowiedziała stanowczym tonem, którym sprytnie maskowała strach. – Po prostu przypomniałam sobie, że jutro jest piątek i mam uroki domowe.

W jakiś sposób wiedział, że kłamała, ale zupełnie nie rozumiał dlaczego. Czego się właściwie przestraszyła? Z pewnością nie dziennika, podsumował, spoglądając z uwagą na niewielką czarną książeczkę. Nie w nim jeszcze nic specjalnego.


Następnego dnia siedziała skulona na krześle i starała się wyglądać niepozornie. Zastanawiała się, dlaczego nadal znosi tę farsę. Naprawdę powinna dawno temu zrezygnować z tych niedorzecznych zajęć. Odkąd Legifer przyłapała ich na całowaniu się w korytarzu, Hermiona starała się za wszelką cenę unikać nauczycielki. Teraz jednak nadszedł piątek i spotkanie było nieuniknione.

Ostrożnie wyjrzała zza podręcznika. Już od jakiegoś czasu przestała słuchać kolejnego bezsensownego wykładu. Nienawidzę piątków, podsumowała ze zmęczeniem. Pani profesor jak zazwyczaj była ubrana idealnie, zaś włosy związała w schludny, nieskazitelny kok. Gdy stała przed klasą i mówiła o głupotach, co chwilę potrząsając głową, nie wysunął jej się żaden zabłąkany loczek.

Wcześniej nawet nie przypuszczała, że może bardziej kogoś znielubić, a jednak okazało się to możliwe. Ten okropny szlaban sprawiał wrażenie nieskończonego. Musiała chodzić do gabinetu Legifer w każdy piątkowy wieczór, ponieważ nie skończyła analizować książki o domowej etykiecie. W normalnych okolicznościach wręcz pochłaniała lektury, ale ciężko było skończyć księgę, po której przeczytaniu paru zdań miało się ochotę powyrywać wszystkie kartki i cisnąć nimi w znienawidzoną nauczycielkę.

Los jest przewrotny. Wcześniej ganiłam Harry'ego za niechęć do Snape'a, pomyślała i uciekła myślami do Toma. Cholernie mu zazdrościła, że siedział sobie teraz na zajęciach z numerologii. Szczerze mówiąc, Gaußa też nie darzyła wielką sympatią, ponieważ był szowinistą, ale przynajmniej stosował taktykę ignorowania, zamiast dogryzania.

Jakiś czas później ucichły wszelkie rozmowy, zaś uczennice schowały pióra i pergaminy do torby. Hermiona spojrzała nań ze zdezorientowaniem. Lekcja się jeszcze nie skończyła, prawda? Sprawdziwszy zegarek, utwierdziła się w przekonaniu, że zostało im jeszcze co najmniej pół godziny. Czemu w takim razie dziewczęta się pakowały? Nachyliła się do Rose, obok której siedziała i spróbowała się dowiedzieć.

– Co się dzieje?

Współlokatorka zerknęła nań niedowierzająco.

– Uważałaś cokolwiek na zajęciach? – zapytała, a kiedy nie otrzymała odpowiedzi, zachichotała pod nosem. – Cóż, rozumiem, że trudno ci się skoncentrować. Zapewne myślałaś o Riddle'u.

Powstrzymała się od przewrócenia oczami i poszła w ślad koleżanek.

– Szybciej, drogie panie. Nie mamy całego dnia – powiedziała ostrym tonem nauczycielka.

Hermiona spojrzała na Legifer. Ta niewiarygodna perfekcja, z jaką prezentowała swoje ubrania, wystarczyła, żeby podnieść jej ciśnienie i jeszcze bardziej zdenerwować. Kobieta omiatała wzrokiem spieszące się uczennice, nie wyglądając na zadowoloną z tempa. Gdy zatrzymała się na najmniej ulubionej, zmarszczyła z niesmakiem nos. DeCerto zachowała kamienną twarz i podtrzymała kontakt wzrokowy, jednocześnie wkładając do torby ostatni kawałek niezapisanego pergaminu, a następnie bez grama gracji rzucając taśkę na podłogę. Skończywszy przedstawienie, uniosła prowokująco brwi. Prawdę powiedziawszy, zupełnie nie wiedziała, dlaczego się tak zachowuje, ale czerpała przyjemność z bycia nieuprzejmą. Legifer działała nań niczym płachta na byka, a uroki domowe były zaś dla niej wyjątkowe. Zazwyczaj usprawiedliwiała się tym, że przecież już jest źle postrzegana i może sobie pozwolić na małą bezczelność.

Może to geny mamy, pomyślała. W latach czterdziestych, kiedy była niewiele starsza, uchodziła za hipiskę. Wtedy też poznała swojego przyszłego męża. Gdy skoncentrowała się na rodzicach, mimowolnie się uśmiechnęła pod nosem. Naprawdę za nimi tęskniła.

Nim minęła dłuższa chwila, nauczycielka zrezygnowała z próg gromienia podopiecznej wzrokiem i odwróciła się do klasy.

– Przypominam, żebyście się wyjątkowo skupiły, drogie dziewczęta, ponieważ dziś będę oceniała waszą pracę.

Hermiona została wyrwana ze swoich szczęśliwych myśli, kiedy usłyszała słowo „ocena", zawsze uruchamiające tryb pilnej uczennicy. Skoncentrowała się, przynajmniej raz, na otrzymanych instrukcjach. Kobieta machnęła zdecydowanym ruchem różdżką, czym przywołała na stoliki podopiecznych po opakowaniu jajek, kilka rodzajów worków z mąką oraz parę różnych patelni.

Zmarszczyła brwi, szczerze zdezorientowana. Co tu się wyprawiało?

– Upieczecie dziś ciasto, drogie panie – oświadczyła Legifer. – Możecie użyć dowolnego przepisu, ale polecam jeden z tych, które omawiałyśmy na lekcji. – Omiotła klasę surowym spojrzeniem. – Jeżeli chcecie dostać dobrą ocenę, sugeruję, abyście dały z siebie wszystko i używały uroków, które dotąd przerobiłyśmy na zajęciach. Nie zapominajcie jednak o najważniejszym. To lekcja prawdziwego życia, a nie egzamin, który macie po prostu zdać. Gdy pewnego dnia wyjdziecie za mąż i zostaniecie żonami, to będzie część waszych obowiązków. Raczej nie chcecie rozczarować swojego przyszłego małżonka brakiem podstawowych umiejętności kulinarnych, prawda?

Yhym, to straszne, doprawdy. Mąż mógłby mnie nawet zostawić, bo nie umiem piec, pomyślała szyderczo, zanim zlustrowała kwaśnym wzrokiem leżące na stanowisku składniki. Czuła się zagubiona, zwłaszcza że inne dziewczęta przystąpiły do pracy. Diana radziła sobie doskonale. Machnęła zgrabnie różdżką, krzycząc „Foris", a jajka natychmiast wzniosły się w powietrze, zatrzymały nad miską, samodzielnie pękły i wylądowały w środku.

Hermiona westchnęła i spojrzała na własne ingrediencje. To nie tak, że nie wiedziała, w jaki sposób pieczone są ciasta. W rzeczywistości niejednokrotnie pomagała mamie, kiedy wracała ze szkoły podczas przerw wakacyjnych i świątecznych. Zasadniczy problem polegał więc na tym, że mieszkali w mugolskim domu, a forma była wkładana do piekarnika, który dokańczał całego dzieła. Przez to, że dotąd nie uważała na żadnych zajęciach, nie wiedziała niczego o zaklęciach kuchennych. Czyli to właśnie tak czuli się Harry i Ron na eliksirach, podsumowała, patrząc bezradnie na swoje zaliczenie.

Nieważne. Spróbuję szczęścia.

Sięgnęła po mąkę. W głowie miała całkiem prosty przepis na smaczne ciasto orzechowe, który chciała wypróbować. Gdy chciała wsypać skrobię do miski, zauważyła, że nauczycielka nie wyczarowała im żadnej miarki. Westchnęła, nagle niesamowicie zmęczona. To zajmie trochę czasu, pomyślała, mając wielką ochotę zrezygnować.

Jakąś chwilę później, mieszała dziwnie zabarwione ciasto drewnianym patyczkiem i właśnie ten moment wybrała sobie Legifer, żeby doń podejść. Spojrzała na wyrób z widoczną dezaprobatą i pokręciła głową.

– Ręczna robota, panno DeCerto? – zapytała, ale nie oczekiwała odpowiedzi, bowiem po sekundzie odeszła.

Hermiona zacisnęła usta w wąską linię i powstrzymała się przed posłaniem nauczycielem zaklęcia zlepiającego nogi. Z racji tego, iż jej ciasto było na tyle dobre, na ile tylko mogło być, stanęła przed następnym problemem, a mianowicie brakiem jakiegokolwiek piekarnika. Cóż, istniało sporo zaklęć, które skupiają się na cieple i zmianach temperatury. Zastanowiła się jednak, czy kiedy rzuci urok, będzie w stanie go podtrzymać przez trzydzieści minut. Wzruszyła ramionami. Czemu właściwie się przejmowała? Pieczenie powinno być wszak dobrą zabawą, a nie przykrym obowiązkiem, czy testem zaliczeniowym. To śmieszne, że w pierwszej kolejności postanowiła się wykazać i wzięła udział w tej niedorzecznej dziecinadzie. Wlała ciasto go wyczarowanej wcześniej formy, a potem pomyślała nad odpowiednim czarem.

Aestus – powiedziała, dokonawszy wyboru.

Zgodnie z oczekiwaniami, sprawa okazała się trudna. Zanim się zorientowała, zewnętrzna warstwa ciasta się spaliła. Zaklęcie okazało się na tyle silne, że zaczął się dymić również stół.

Hmm, notatka na przyszłość. Aestus nie sprawdza się w kuchni, podsumowała, machnąwszy różdżką i zakończywszy podgrzewanie.

Wyrób się zwęglił. Wszystkie jej wysiłki poszły na marne, a chciała pokazać, że też coś potrafi. Legifer byłaby szczerze zaskoczona, gdyby wyszło inaczej. Zaśmiała się na tę możliwość, a następnie odłożyła poczerniałe ciasto na talerz, usiadła wygodniej na krześle i cierpliwie poczekała na koniec lekcji.

Zanim zadzwonił dzwonek, Legifer wzięła ze swojego biurka kawałek pergaminu i pióro, po czym zaczęła się przechadzać po sali. Z uwagą przyglądała się wyprodukowanym przez dziewczęta słodkościom i zawsze coś notowała. Hermiona musiała się wysilić, żeby nie parsknąć śmiechem. Nie minęło wiele czasu, nim nauczycielka zatrzymała się przed jej stanowiskiem. Jedynie Diana upiekła ciasto z pewnością nadające się do jedzenia, a nawet ozdobiła górę rozpuszczoną, ładnie spływającą po bokach ciemną czekoladą. Oceniwszy pracę, profesorka nijak ją skomentowała. Zamiast tego zanotowała „Z" przy jej nazwisku.

Tylko Zadowalający?, DeCerto zamrugała, szczerze zirytowana. Ciasto Diany było niepodważalnie najlepsze ze wszystkich, a nie zasłużyła nawet na najogólniejszą pochwałę?

Legifer spojrzała na pracę Lucii i Rose. Zmarszczyła nos i zmrużyła oczy, gdy zobaczyła na wpół przygotowany do obróbki wyrób Reeves. Następnie zerknęła na Smith, która zatrzęsła się ze strachu. To wręcz niewyobrażalne.

– Mam nadzieję, że to nie wszystko, na co panią stać – skomentowała, szturchnąwszy czubkiem różdżki nieudany wypiek.

– Oczywiście – odpowiedziała słabo dziewczyna.

Profesorka zapisała na pergaminie „N", a Hermiona potrząsnęła głową z oburzeniem. Ciasto, które upiekła Rose, było naprawdę dobre. Gdyby dostała coś takiego w czasach, kiedy mieszkała w namiocie w dziczy, z pewnością zapłakałaby z radości i byłaby cholernie wdzięczna. Mimowolnie spojrzała na swoją formę i zastanowiła się, czy ten węgiel był zjadliwy.

– Czemu nie jestem zaskoczona?

Uniosła głowę, wyrwana z zamyślenia i spojrzała na uśmiechającą się złośliwie nauczycielkę, która, nijak to skomentowawszy, machnęła leniwym ruchem różdżką, czym sprawiła, że ciasto podopiecznej zniknęło w okamgnieniu. Szczerze mówiąc, nie sposób było jej za to winić, ale triumf na umalowanej twarzy potrafił rozsierdzić.

– Zdecydowanie wolałabym, żeby pan Riddle nie był zmuszany do jedzenia podobnej jakości wypieków. I bez tego utknął w trudnej sytuacji – podsumowała lodowatym tonem, zaś Hermiona spojrzała nań wyzywająco. – Mam też podejrzenia, że po prostu by milczał, żeby przypadkiem pani nie urazić. Wciąż mam nadzieję, że pewnego dnia się opamięta. To doprawdy największa tajemnica, co właściwie w pani widzi.

Gryfonka zagryzła język, żeby powstrzymać się przed kąśliwą odpowiedzią, która z pewnością doprowadziłaby do następnego szlabanu… albo wydalenia, całkiem możliwe, że wprost do Azkabanu. Gdy zauważyła zadowolenie nauczycielki, drgnęła, chcąc sięgnąć po różdżkę, ale w porę się opamiętała.

– Pięć punktów od Gryffindoru – oświadczyła Legifer. – Nigdy wcześniej nie widziałam równie żałosnej próby upieczenia ciasta. Czuję, że zawyżam ocenę, dając pani Trolla.

Dziewczyna zacisnęła usta w wąską linię. Jak do tej pory zdawała wszystko śpiewająco, a teraz oblała przedmiot. Oczywiście, nie liczyła wróżbiarstwa, które samo w sobie było absurdem.

Nauczycielka potrząsnęła głową i omiotła ją wzrokiem. Co jeszcze było nie w porządku? Najprawdopodobniej szukała zagnieceń na mundurku, do których mogłaby się przyczepić. Niemożliwe, po prostu niemożliwe. Zniesmaczony wyraz twarzy podpowiedział jej, że jednak coś wykombinowała.

– Jeżeli nie spróbuje się pani zmienić, znalezienie męża będzie niewykonalne. Żaden mężczyzna nie zdecyduje się na podobny mariaż – powiedziała z obrzydliwie litościwą nutą. – Nawet pan Riddle nie zniósłby tak niezdyscyplinowanej żony.

– Och, bycie niezamężną to naprawdę straszny, straszliwy los – odparła, starając się powstrzymać sarkazm.

Legifer się skrzywiła i potrząsnęła w niedowierzaniu głową. Najwyraźniej żyła w przekonaniu, że Hermiona była po prostu straconym przypadkiem. Po chwili milczenia nauczycielka wróciła do dalszego sprawdzania prac, zostawiając podopieczną niesamowicie wkurzoną.


Nieco później Hermiona gniewnie maszerowała korytarzem w kierunku biblioteki. Od czasu uroków domowych zupełnie nie mogła się uspokoić, co poskutkowało raczej nieuprzejmym zachowaniem do przyjaciół, którzy przecież niczemu nie zawinili. Żeby uchronić chłopców przed swoją złością, zdecydowała się na bezpieczną przystań. Miała też cichą nadzieję, że właśnie tam znajdzie Toma.

Może zdołam go przekląć? Jakby nie patrzeć, to połowicznie dzięki niemu Legifer była nań cięta. Zignorowała głos sprawiedliwości, który chciał gorąco zaprotestować, bo wciąż była zbyt zdenerwowana, aby logicznie myśleć. To naprawdę śmieszne zajęcia. Jak niby miała przez nie przebrnąć?

Jakim prawem dostałam Trolla?

Warknęła pod nosem, czym przestraszyła grupkę nadchodzących z przeciwka pierwszoroczniaków z Ravenclawu, którzy natychmiast uskoczyli jej z drogi.

Nawet z wróżbiarstwa nigdy nie otrzymała Trolla. Cóż, całkiem możliwe, że tylko i wyłącznie dlatego, że nie wysiedziała za długo na zajęciach z Trelawney. Niestety, zrezygnowanie z uroków domowych nie wchodziło w rachubę, gdyż przekonała się o tym na własnej skórze. Po pierwszej lekcji poszła do gabinetu Dumbledore'a i poprosiła o odgórne zwolnienie z tych niepoważnych lekcji. Wtedy spojrzał nań ze współczuciem, a potem powiedział, że to dla dziewcząt przedmiot obowiązkowy. Mimowolnie zacisnęła dłonie w pięści. Jak śmieli zmuszać ją do znoszenia szaleństwa Legifer?

Nie mogę uwierzyć, że dostałam Trolla!, podsumowała i ze złości kopnęła stojącą nieopodal zbroję. Wymamrotała ciche przeprosiny, kiedy zaczarowany przeciwnik spróbował jej oddać, wypuszczając przy tym wiązankę niewybrednych przekleństw, i szybko się oddaliła.

Wciąż słyszała w głowie współczujący głos nauczycielki.

Jeżeli nie spróbuje się pani zmienić, znalezienie męża będzie niewykonalne. Żaden mężczyzna nie zdecyduje się na podobny mariaż.

Niedorzeczność, pomyślała, rozgniewana do czerwoności. Jakim prawem jestem w ten sposób osądzana?, dodała.

Wtem zwolniła kroku. Naturalnie, wiedziała, że Legifer jest w wielkim błędzie, ale zdołała zasiać w niej ziarno niepewności. Czy w tym szaleństwie był cień prawdy? Przeczesała dłonią włosy i niechętnie postanowiła dłużej się nad tym zastanowić. Jakby nie patrzeć, utknęła w latach czterdziestych na dłużej, aniżeli z początku przypuszczała. Oczekiwania mężczyzn względem kobiet znacznie różniły się od tych prezentowanych w latach dziewięćdziesiątych. Legifer z pewnością przesadzała, prawda…? Mimo że uparcie próbowała się przekonać, niepokój nie odchodził w niepamięć. Całe to gadanie, że żona musi być bezwzględnie posłuszna mężowi, było po prostu niemożliwe do zniesienia. Gdy wreszcie dotarła do biblioteki, po głowie krążyła jej inna myśl. Czy Tom myślał podobnie? Czego właściwie od niej oczekiwał? Chcąc stłumić narastające obawy, przekroczyła próg swojego azylu.

– Dobry wieczór, panno DeCerto. – Uśmiechnęła się doń pani Peters.

– Dobry wieczór. – Odwzajemniła gest.

– Jest piątkowy wieczór. Mam nadzieję, że nie planuje pani spędzić tutaj wieczności – zagaiła bibliotekarka, gdy wzruszyła ramionami. – Musi się panienka trochę zabawić, a nie spędzać najlepszych lat młodości pośród regałów. – Westchnęła pod nosem. – To samo powiedziałam panu Riddle'owi, ale również nie chciał słuchać moich rad.

– Tom wciąż tutaj jest? – zapytała.

Twarz pani Peters natychmiast się rozjaśniła.

– Widzę, że jednak umie się panienka bawić – skomentowała z psotliwym błyskiem w oku. – Owszem, pan Riddle jeszcze nie wyszedł.

– Dziękuję – odpowiedziała grzecznie i pospieszyła w głąb biblioteki.

Co interesujące, nie zobaczyła Toma przy żadnym ze stolików. Komnata była raczej pustawa, za wyjątkiem grupki krukonów, którzy zgromadzili się wokół jednego stanowiska, najwyraźniej z zamiarem odrobienia wszystkich zaległych zadań domowych. Jakby nie patrzeć, tylko uczniowie z Ravenclawu byli na tyle zakręceni na punkcie nauki, żeby uczyć się w piątkowy wieczór.

Oczywiście, Tom również.

Gdy przemierzała bibliotekę, wróciła do poprzednich rozważań. Niepokoiła się prawdziwymi głupotami, prawda? Z pewnością chłopak nie chciał, aby była bezwolnym skrzatem domowym z trochę przyjemniejszą aparycją, co próbowała jej przekazać Legifer, prawda? Zagryzła dolną wargę. Urodził się i wychował w mniej więcej tych czasach, zaś Hermiona pochodziła z przyszłości. Żaden ze mnie materiał na zagorzałą i podporządkowaną mężowi kurę domową, podsumowała, idąc do działu ksiąg zakazanych. Jeżeli naprawdę spodziewał się czegoś podobnego, musiał się jeszcze raz zastanowić.

Albo mnie zostawić, dodała z odrętwieniem.

Minąwszy znienawidzoną sekcję, podeszła do olbrzymiego okna, ukrytego za wielkim regałem bibliotecznym. Tom niegdyś pokazał jej to miejsce. Jeżeli go tam nie znajdzie, to znaczy, że zaszył się naprawdę dobrze i nie chciał być przez nikogo znaleziony. Gdy odszukała go wygodnie wylegującego się na parapecie, mimowolnie się uśmiechnęła. Opierał się o framugę, a w dłoniach trzymał księgę w starej, skórzanej okładce.

– Witaj, Hermiono – powiedział, nawet nie podnosząc wzroku.

Uniosła w zdziwieniu brwi.

– Skąd wiedziałeś, że to właśnie ja?

Uśmiechnął się wyniośle i podniósł głowę.

– Któż inny? – zapytał z rozbawieniem.

Westchnęła, po czym doń podeszła, pocałowała niewinne w usta i usiadła obok. Otworzyła szkolną torbę i wyciągnęła podręcznik do transmutacji. Dumbledore poprosił ich na lekcji, żeby w ramach pracy domowej przeczytali rozdział o zaawansowanych sposobach przenoszenia magii na przedmioty nieożywione. Skrzyżowała nogi, a książkę położyła sobie na kolanach. Zanim jednak zagłębiła się w lekturze, rzuciła chłopakowi zaintrygowane spojrzenie.

– „Najmroczniejsze z zaklęć"? – zapytała, przeczytawszy tytuł. – Wciąż tego nie skończyłeś? – dodała z drwiną, gdy tylko nań spojrzał. – Kupiłam ci tę książkę prawie trzy miesiące temu.

– Powtarzam i utrwalam materiał. To mój drugi raz – odparł, a potem kontynuował z aroganckim uśmieszkiem przyklejonym do twarzy: – Jakże mógłbym nie zagłębić się ponownie w lekturze, którą dostałem od równie wspaniałej dziewczyny?

Widząc tę tandetę, Hermiona przewróciła oczami.

Tom się zaśmiał.

– To zaskakujące, że nie pochwalasz zapału do nauki – podsumował ze zwyczajową drwiną w głosie. – Zwłaszcza po tej spektakularnej klęsce na lekcji uroków domowych. – Uśmiechnął się pogardliwie.

– Jak się dowiedziałeś? – zapytała, szczerze zdziwiona.

Nie odpowiedział, tylko potrząsnął z politowaniem głową. Gdy się nad tym zastanowiła, doszła do wniosku, że najprawdopodobniej historię przekazały mu dziewczęta ze Slytherinu, które nieszczególnie darzyły ją sympatią. Czyli to właśnie tak spędzał czas wolny? Rozmawiając na błahe tematy z trzpiotkami w pokoju wspólnym? Wyciągnąwszy własne wnioski, zmrużyła podejrzliwie oczy, na co się uśmiechnął.

Wreszcie straciła cierpliwość.

– Chciałabym cię poinformować, że nie cała wina leży po mojej stronie.

– Yhym – mruknął sceptycznie.

Mimo że spojrzała nań surowiej, to nie sprawiło, że wyzbył się uwidocznionego na twarzy protekcjonalnego rozbawienia. Sięgnęła po zwinięty kawałek pergaminu, zawierający dzisiejsze notatki z transmutacji i w niego rzuciła.

– Ała! – krzyknął, udając najprawdziwsze zranienie. Kiedy zareagowała zbolałym jękiem, szerzej się wyszczerzył. – Już rozumiem, dlaczego jesteś taka kiepska w czarach domowych – powiedział z pogardą. – Jesteś po prostu zbyt agresywna i gwałtowna. Ja ta biedna nauczycielka ma cię czegokolwiek nauczyć, skoro praktycznie naraża swe życie, spacerując po klasie w twojej obecności?

Spróbowała zachować powagę, ale spektakularnie poległa. Zachichotała pod nosem, gdy wyobraziła sobie minę Legifer po oberwaniu upiorogackiem.

– Cóż, jeżeli dalej będzie się tak zachowywała, z pewnością znajdzie się w stanie zagrożenia – stwierdziła ze śmiechem. – W porządku, teraz skończ mi przeszkadzać. Muszę ogarnąć ten rozdział.

W odpowiedzi Tom posłał jej jeden ze swoich aroganckich uśmieszków, po czym bez słowa wrócił do przerwanej lektury. Hermiona otworzyła podręcznik i pogrążyła się w czytaniu. Nim minęła dłuższa chwila, odkryła, że ciężko jej zachować koncentrację, bowiem miała coś zupełnie innego w głowie. Zerknęła na chłopaka. Wydawał się naprawdę zafascynowany wiedzą, którą dostarczała mu książka. Kilka zabłąkanych czarnych loczków wpadło mu do oczu, ale nie zwrócił nań większej uwagi.

To doprawdy największa tajemnica, co właściwie w pani widzi, usłyszała głos Legifer.

– Tom? – zapytała z wahaniem.

– Hm? – mruknął, wciąż rozkojarzony.

Gryfonka się zapatrzyła. Gdy nie podniósł wzroku, utraciła część swej odwagi.

– Czy mógłbyś…? – urwała i dopiero to przykuło jego uwagę. Westchnęła, jakby wyjawiała wielki sekret. – Jestem cholernie kiepska w gotowaniu i pieczeniu.

– Czyli to dlatego oblejesz zajęcia? – zadrwił.

– Żadnych nie obleję! – zaprotestowała. – Nikt o normalnych zmysłach nie uzna tych bezwartościowych bzdur za prawdziwy przedmiot. To nic innego, jak farsa! – W wyrazie buntu skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała nań buntowniczo.

– W porządku, wszystko rozumiem. Poradzisz sobie ze wszystkimi zajęciami. – Uśmiechnął się doń irytująco. – Nie pojmuję jednak, co próbujesz mi powiedzieć.

Niepewność Hermiony powróciła ze zdwojoną siłą.

– Jestem naprawdę beznadziejna w urokach domowych. To nie tak, że się nieszczególnie przykładam, ale… uważam, że mimo że jestem kobietą, powinnam dzielić obowiązki z partnerem, a nie samodzielnie zajmować się domem i dziećmi.

– Tak? – Tom najwyraźniej nadal nie rozumiał, do czego zmierza.

– Mam nadzieję, że nie oczekujesz, że zrezygnuję ze wszystkiego, co dla mnie drogie. Nie zamierzam siedzieć w domu, pilnować posesji, gotować, sprzątać i wychowywać pociech – kontynuowała nieśmiało. – To się nigdy nie stanie.

Chłopak z początku nie odpowiedział, dlatego też szczerze się obawiała, że naprawdę trafiła w dziesiątkę i jej najgorsze lęki właśnie się spełniły. Kiedy wreszcie uśmiechnął się, cholernie zadowolony, spojrzała nań szczerze zdezorientowana. Zupełnie nie wiedziała, co chodzi mu po głowie.

– Czyli mam rozumieć, że planujesz ze mną przyszłość i będziemy razem nawet po ukończeniu szkoły – podsumował pół żartem, pół serio.

Hermiona gwałtownie się zarumieniła. Kiedy rozważała słowa Legifer, zupełnie o tym nie pomyślała. Zobaczywszy jej reakcję, Tom parsknął, rozbawiony, po czym wyciągnął doń rękę i przyciągnął ją do siebie.

– Nie musisz się martwić pierdołami. Jestem pewien, że nie będziemy głodowali tylko dlatego, że jesteś kiepską kucharką – powiedział miękkim tonem. – W przeciwieństwie do ciebie natura obdarzyła mnie niesamowitym talentem kulinarnym.

Zmarszczyła brwi.

– Jak to?

– Wyobraź sobie, że nauka gotowania była pierwszą rzeczą, o którą zadbałem po przyjeździe do szkoły – odparł z rozbawieniem.

Hermiona była naprawdę zaskoczona. Jak dotąd, była święcie przekonana, że w pierwszej kolejności zakradł się do działu ksiąg zakazanych i pochłonął wszystkie książki dotyczące czarnej magii, jakie wpadły mu w ręce.

– Czemu?

– Masz ogromne szczęście, że nie musiałaś się żywić w sierocińcu. Zadbałem o własne dobro, żeby nigdy więcej nie musieć jeść ochłapów, które nam dawali. – Zrobił krótką pauzę, jakby się nad czymś zastanawiał. – Byłem okropnie zirytowany, gdy dowiedziałem się, że podczas przerwy wakacyjnej niepełnoletnim uczniom nie wolno uprawiać magii.

Zachichotała i objęła go ramionami. Kiedy odwzajemnił uścisk, pochylił się do przodu i złożył na jej policzku delikatny pocałunek. Dotyk miękkich ust wywołał przyjemne dreszcze i natychmiast pożałowała, że siedzieli w bibliotece, ot na widoku. Cóż, łatwo temu zaradzić, pomyślała złośliwie i pstryknięciem palców przywołała do siebie różdżkę. Wezwała magię Czarnej Różdżki, skoncentrowała się na swoim celu i zarejestrowała ciche sapnięcie ślizgona, gdy się deportowali.

Tom był zaskoczony, gdy poczuł charakterystyczne uczucie ściskania. Gdy ciśnienie wokół się zmieniło, a parapet, na którym siedział, niespodziewanie zniknął, stracił równowagę i się przewrócił, wciąż z Hermioną w ramionach. Oboje upadli na ziemię, aczkolwiek uderzenie nie było szczególnie bolesne, bowiem zgodnie z jego przypuszczeniami twardą posadzkę biblioteki zastąpiła miękka trawa. Podparł się na łokciu i ze zdumieniem omiótł wzrokiem otoczenie, w którym się zmaterializowali. Najwyraźniej znajdowali się na czymś, co przypominało łąkę. Tu i ówdzie krajobraz zdobiły młode brzozy, a w oddali zobaczył początek lasu. Wiosenne słońce wciąż wisiało nad wierzchołkami drzew, ocieplając całą dolinę. Zmarszczył brwi, zdezorientowany, a potem spojrzał na dziewczynę, która radośnie się roześmiała. Sprawiała wrażenie rozbawionej jego zakłopotaniem. Mimowolnie zerknął na różdżkę, którą wciąż trzymała w dłoni. Najwyraźniej ponownie dokonała niemożliwego i przebiła się przez magię strażniczą Hogwartu.

– Gdzie jesteśmy? – zapytał, lekko zirytowany.

– Daleko od biblioteki – odpowiedziała z psotnym błyskiem w oku.

Zmrużył oczy. Odkąd po raz pierwszy zneutralizowała prawie odwieczną magię szkoły, zachodził w głowę, jakim cudem osiągnęła coś równie niebywałego. Znów spojrzał na ciemny oręż. Czy to naprawdę była Niezwyciężona Różdżka?

– Jak? – zapytał, chcąc wywrzeć nań presję. – Jakim sposobem możesz się deportować wewnątrz Hogwartu?

Ku jego frustracji Hermiona tylko się uśmiechnęła. Tom uniósł brew, uzmysłowiwszy sobie, że ma ochotę na coś innego, aniżeli rozmowę. Nagle chwyciła go za ramiona i się nachyliła, pocałowawszy go dość gwałtownie i z żarem. W międzyczasie błądziła dłońmi po rękach, szyi i klatce piersiowej, aż w końcu wplątała mu je we włosy. Nie zdołał na czas stłumić jęku przyjemności, bowiem zadziornie skubnęła mu dolną wargę. Gdy się odsunęła, pozostawiła po sobie poczucie straty i chłód. Otworzył oczy, które nieświadomie zamknął i spojrzał na swoją dziewczynę. Wyglądała na szalenie z siebie zadowoloną.

– Masz dwie opcje – powiedziała. – Możesz dalej bezskutecznie próbować wyciągnąć ze mnie informacje, albo wykorzystamy ten czas na małe czułości – wyszeptała mu zmysłowo do ucha, co zaś sprawiło, że po skórze przeszedł mu przyjemny dreszcz.

Hermiona przysunęła się jeszcze bliżej i po chwili zaczęła całować go po szyi. Zadrżał z rozkoszy i natychmiast porzucił pomysł kontynuowania przesłuchania. Oczywiście, to nie znaczyło, że przestał zaprzątać sobie tym głowę, a tylko odłożył rozmowę w czasie. Z cichym pomrukiem objął dziewczynę w pasie i posadził na swoich kolanach. Jedną dłoń położył na jej policzku i wpił się w te cudownie kuszące usta. Delikatnie musnął językiem nabrzmiałe wargi, a moment później skorzystał z okazji i wsunął się do środka.

Gdy poczuł, że zmysłowo przesuwa dłonią po jego klatce piersiowej, bez wahania pogłębił pocałunek. Kiedy sięgnęła ku sprzączce paska i rozpięła mu rozporek, już ciężko dyszał. Poradziwszy sobie z dołem, przeszła do góry i sprawnie rozpięła mu koszulę. Chwilę później przejechała mu paznokciami po sutkach, co przepędziło mu z głowy resztki samokontroli. W momencie chwycił Hermionę za ramiona i popchnął na ziemię, nie zważając na cichy okrzyk zaskoczenia.


Tom siedział w Wielkiej Sali i próbował nie zasnąć. Ktoś powinien przekląć tego zadufanego w sobie pompatycznego głupca, pomyślał, patrząc na Dippeta. Gdyby wiedział, że nie zaryzykuje nadszarpnięcia swojej reputacji wzorowego ucznia i prefekta, chętnie pomógłby mu zamilknąć. Stłumił ziewnięcie, starając się przy tym podtrzymać wizerunek uważnego słuchacza.

– Wedle takich argumentów razem z zarządem szkoły doszliśmy do wniosku, że zdecydowanie powinniśmy zainicjować to wydarzenie – mówił dalej dyrektor.

To może trwać wiecznie, podsumował chłopak i odchylił się do tyłu. Dippet po prostu uwielbiał dźwięk własnego głosu.

– Zaproszenia zostały już rozesłane i powinny dotrzeć do waszych rodzin najpóźniej pojutrze. Wszystko zależy od miejsca, które zamieszkują. W przyszłą sobotę będziemy obchodzić nasz pierwszy dzień rodziców – dodał profesor.

Tom, chociaż pragnął, nie mógł powstrzymać sfrustrowanego jęku. Świetna zabawa, doprawdy, podsumował z przekąsem. Wtem, tknięty przeczuciem, przesunął wzrokiem po innych uczniach. Wydawali się obrzydliwie podekscytowani perspektywą równie bezsensownego wydarzenia. Automatycznie poczuł potrzebę przeklęcia ich wszystkich.

Idioci!

Zmrużył oczy, patrząc z gniewem po koleżankach i kolegach. Zanim się zorientował, zatrzymał się wzrokiem na stole Gryffindoru. Natychmiast odnalazł Hermionę, otoczoną przez pozornie podekscytowanych przyjaciół. Szybko zrozumiał, że chociaż się do nich uśmiechała, w głębi duszy była nieszczęśliwa. Jakby nie patrzeć, jej rodzice zginęli we Francji. Automatycznie zacisnął dłonie w pięści. Może naprawdę powinienem przekląć Dippeta, pomyślał ze wściekłością. Jakim prawem ten głupiec przypominał o toczonej w innym kraju wojnie?

Tak się poddał złości, że przeoczył fakt, iż dyrektor skończył swoją przemowę. Z mrocznych odmętów wyrwał go dopiero niepewny głos, który doń przemówił.

– Riddle…?

Odwróciwszy się, zobaczył stojącego obok Avery'ego.

– Tak? – zapytał i zmarszczył z niesmakiem nos.

– Mamy pewną prośbę…

Tom omiótł go chłodnym wzrokiem, dlatego też Ledo się skrzywił.

– Słucham.

– Całkiem możliwe, że kojarzysz Nathaniela Bowetta. Wiesz, siódmorocznego – odparł ze strachem i zamilkł, co tylko wyprowadziło Riddle'a z równowagi.

– Nie wiem, do czego zmierzasz. Czemu miałbym śledzić losy jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego idioty? – syknął, ale uspokoił trochę nerwy, kiedy podwładny się skulił.

– Oczywiście, masz całkowitą rację. Po prostu Bowett zaczął sprawiać kłopoty…

Spojrzał nań, teraz zaintrygowany.

– W jaki sposób? – zapytał, ale nie otrzymał natychmiastowej odpowiedzi. – W jaki sposób? – powtórzył z naciskiem.

Avery przełknął ślinę.

– Cóż, zobaczył nas, jak ćwiczyliśmy zaklęcia…

– Mroczne?

– Tak.

Tom odetchnął głęboko.

– Usiądź. – Wskazał dłonią puste miejsce obok siebie, a Ledo spełnił polecenie.

Nie musiał nawet pytać, dlaczego nie mieli wystarczająco oleju w głowie, żeby zobliwiatować Bowetta, zanim sprawy zaszły zdecydowanie zbyt daleko. Doskonale wiedział, że rycerze nie byli szczególnie uzdolnieni w dziedzinie magii umysłu.

Bezużyteczne gnojki!

– Jak zamierzacie wydostać się z tego bałaganu, Avery? – zapytał pozbawionym emocji głosem, aczkolwiek zdradzał go niebezpieczny błysk w oku.

– Mieliśmy nadzieję, że… nam pomożesz – wymamrotał bezradnie chłopak.

– Ja? – Uśmiechnął się złośliwie. – Czemu miałbym się wysilać?

Ledo poruszył się nerwowo, a Tom poczuł satysfakcję. Szczerze mówiąc, lubił patrzeć na czyjeś cierpienie, zwłaszcza zawinione. Mimo że twierdził inaczej, dobrze wiedział, że nie ma innego wyjścia i będzie musiał naprawić szkody oraz odwrócić sytuację. Rycerze byli z nim bezpośrednio powiązani, więc nie mógł ryzykować połączenia przez kogoś niepowołanego faktów i wyciągnięcia poprawnych wniosków. Jeżeli chłopcy zostaną zidentyfikowani i oskarżeni, bardzo szybko wyjdzie na jaw, kto im w rzeczywistości przewodzi.

– Myślicie, że Bowett zrozumiał, co kombinowaliście? – spytał, przestając się drażnić i przechodząc do rzeczy.

– Nie, ale nabrał podejrzeń. – W głosie Avery'ego słyszalna była ulga. – Jeżeli będzie to zbyt długo roztrząsał, w końcu postanowi zbadać sprawę.

Niedobrze. Jedynym sensownym rozwiązaniem wydaje się wyczyszczenie chłopakowi pamięci, przynajmniej częściowe. Wychodzi na to, że musi zająć się tym osobiście, albo użyć innych środków. Naprawdę nie chciał zasadzić się na tego puchona w jakimś ciemnym korytarzu. Z informacji, które właśnie usłyszał, wynikało, że chłopak nie miał żadnej pewności, co rycerze wyprawiali, więc nie będzie musiał wyciągnąć ostrej artylerii.

– Macie szczęście, że jestem w pobłażliwym nastroju – powiedział, aczkolwiek nie brzmiało to uspokajająco. – Oto co zrobicie. Nie obchodzi mnie w jaki sposób, ale zaczaicie się na tego idiotę i go unieszkodliwicie. Radzę wam tego nie spieprzyć. Żadnych świadków, zrozumiano?

– Oczywiście. – Avery pochylił służebnie głowę.

– Następnie napoicie go eliksirem, który dam wam później. Właśnie w ten cudowny sposób zapomni o węszeniu – kontynuował z okrucieństwem. – Problem zostanie sprawnie rozwiązany.

– Dziękujemy – powiedział Ledo, niemal się ukłoniwszy na środku Wielkiej Sali.

Tom machnął nań lekceważąco ręką. Gdy ślizgon wstał, chwycił go mocno za ramię i przytrzymał na moment w miejscu.

– Żadnych błędów, Avery – zagroził. – Jeżeli jeszcze raz coś spieprzycie, nie będę pobłażliwy i wyciągnę odpowiednie konsekwencje.

Po pospiesznie wymamrotanej obietnicy, że z pewnością nie zawiodą, chłopak się oddalił. Riddle odprowadził go twardym spojrzeniem. Moi rycerze są idiotami, podsumował ze złością. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował, było zainteresowanie Dumbledore'a potajemnym ślizgońskim stowarzyszeniem.

Spojrzał na stół Gryffindoru i zauważył, że Hermiona wciąż siedziała na swoim miejscu. Znów rozmawia z tymi przygłupami, pomyślał, wciąż rozgniewany. Może jednak rycerze nie byli tacy źli, biorąc pod uwagę konkurencję.

Nie jest już przygnębiona.

Westchnął, wstał od stołu i doń podszedł. Miał teraz chwilę wolną przed historią magii, dlatego też zamierzał skorzystać z okazji. Wiedział, że dziewczyna również ma przerwę międzyzajęciową. To idealna okazja, żeby wyciągnąć z niej kilka przydatnych informacji. Jeżeli znów się nie uda, przynajmniej przetestuje swoją teorię dotyczącą Niezwyciężonej Różdżki.

Hermiona siedziała przy stole Gryffindoru, rozmawiając z przyjaciółmi, kiedy poczuła dłoń na ramieniu. Gdy się odwróciła, zobaczyła stojącego tuż za nią Toma. Natychmiast się uśmiechnęła. Odwzajemnił gest, ignorując przy tym zaczepne wrogie spojrzenie Longbottoma.

– Skończyłaś? – zapytał.

– Właściwie to tak. – Wstała z miejsca i chwyciła szkolną torbę. – Do zobaczenia później – powiedziała do chłopców, po czym wyszli razem z Wielkiej Sali.

– Jak tam dzisiaj twoje zajęcia? – zagaił, kiedy szli korytarzem.

Trzymali się za ręce, z czego była cholernie zadowolona. Z jakiegoś powodu nie mogła powstrzymać radości.

– Całkiem w porządku – odpowiedziała, po czym zachichotała. – Tak sądzę, bo przynajmniej nikt nie stracił żadnej kończyny podczas opieki nad magicznymi stworzeniami.

– Ach, Kettleburn. – Tom pokręcił głową.

– Co sądzisz o dniu rodziców? – zapytała, kiedy nie rozwinął poprzedniego tematu i patrzyła, jak paskudnie się krzywi. – Zgodnie z moimi przypuszczeniami – podsumowała. – Wiesz, moglibyśmy w międzyczasie zrobić coś innego – dodała z zadumą. – Jak na przykład…

– Urządzić sobie wycieczkę do Londynu? – wszedł jej w słowo. – Nie, zaczekaj. To mamy już odhaczone – stwierdził z fałszywą niewinnością w głosie. – Może w takim razie zwiedzimy Edynburg?

Hermiona westchnęła, gdy spojrzał nań prowokująco.

Z racji tego, iż nie zareagowała na zaczepkę, postanowił zapytać wprost.

– Jakim cudem możesz przełamywać zabezpieczenia Hogwartu? – zażądał, ewidentnie zmieniwszy strategię.

W odpowiedzi przewróciła oczami.

– Nie powiem.

Zdenerwowany, wzmocnił uścisk na jej dłoni. Zirytował się również tym, że zignorowała jego reakcję i kontynuowała spokojny spacer. Przez chwilę szli w milczeniu. DeCerto miała nadzieję, że odpuści, ale właśnie wtedy znów się odezwał.

– Jest jeszcze jedno – powiedział głosem całkowicie wypranym z emocji. – Nigdy mi nie wyjawiłaś, co stało się z księgą, którą ukradłaś.

Zesztywniała, zatrzymała się i nań zerknęła. Odwzajemnił spojrzenie, znów przywdziawszy na twarz nieczytelną maskę. Nie zdradzały go nawet jasnoszare oczy.

– Słucham? – zapytała słabo.

– Chyba nie myślałaś, że o tym zapomniałem – odparł dziwnie chłodnym głosem.

Odwróciła wzrok i prawie skurczyła się pod wpływem poczucia winy. Szczerze mówiąc, nie dotykała manuskryptu od tygodni.

– Oczywiście, że nie, ale… – urwała, a potem zebrała się na odwagę i dodała: – Mówiłam wcześniej, że jej nie zobaczysz.

Zmrużył oczy.

– Niemniej jednak ukradłaś ją Nicolasowi Flamelowi, prawda?

Hermiona nie wiedziała, do czego właściwie zmierza, dlatego też uznała, że najlepszym rozwiązaniem będzie pozostanie przy monosylabicznych wypowiedziach.

– Tak.

Tom wreszcie pokazał jakieś emocje. Uśmiechnął się doń uspokajająco, chociaż spojrzenie, którym ją obdarzył, wydawało się niepokojące. Ewidentnie coś knuł.

– Jestem po prostu zaskoczony, że zdołałaś się włamać do pilnie strzeżonego mieszkania i wykraść Flamelowi cenny artefakt – powiedział niewinnie. – Słyszałem, że to całkiem potężny czarodziej. – Uśmieszek nie schodził mu z twarzy, gdy mimochodem dodał: – Czy wiesz, że ma ponad sześćset lat?

– Jeżeli mamy być dokładni, to sześćset osiemnaście. Oczywiście, że wiem. Jest też domniemanym właścicielem Kamienia Filozoficznego.

– Wedle założeń, owszem. To naprawdę imponujące.

Wtem Hermiona dostrzegła coś podejrzanego.

– W jaki sposób?

– Jeśli wierzyć temu wszystkiemu, to jest praktycznie nieśmiertelny. To wyczyn godny pochwały – odpowiedział z podekscytowaniem. – Naturalnie, pomysł jest daleki do doskonałości, gdyż Flamel opiera się o Kamień Filozoficzny. Gdyby przypadkiem go stracił, zginąłby. Prawdziwa nieśmiertelność oznacza, że nie można umrzeć, bez względu na to, co się wydarzy.

– Prawdziwa nieśmiertelność…? – zapytała pod nosem, bardziej do siebie, aniżeli do rozmówcy. Po kręgosłupie przeszedł jej nieprzyjemny dreszcz.

– Owszem. Powinnaś coś wiedzieć na ten temat – odparł nonszalancko.

Podniosła głowę. Co właściwie chciał przez to powiedzieć? Gdy zauważył jej zdezorientowanie, uniósł brew, zdając się obserwować w niej każdą, nawet najmniejszą zmianę.

– Zapewne przeczytałaś już księgę, którą ukradłaś – stwierdził niewinnie, aczkolwiek przypominał teraz polującego na ofiarę jastrzębia. – Jestem święcie przekonany, że Ignotus Peverell wspomniał coś o nieśmiertelności.

– Czemu miałby? – zapytała drżącym tonem, obawiając się tego, co zaraz usłyszy.

– Cóż, legenda głosi, że razem ze swoimi braćmi stworzył Insygnia Śmierci. Wedle wierzeń, czarodziej, który zbierze wszystkie trzy artefakty stanie się Panem Śmierci. – Uśmiechnął się triumfalnie. Ewidentnie był szalenie zainteresowany omawianym tematem. – Myślisz, że w tej historii jest ziarno prawdy?

Hermiona zbladła, gdy wspomniał o Insygniach. Z racji bycia uważnie obserwowaną spróbowała natychmiast pozbyć się strachu, który nią owładnął. W gruncie rzeczy nie powinna być tak zaskoczona. Jakby nie patrzeć, miała do czynienia z Tomem Riddle'em. To oczywiste, że w okamgnieniu nadrobił zaległości i zagłębił się nawet w wierzenia ludowe i baśnie. Przez chwilę milczała, zastanawiając się nad najlepszą odpowiedzią. Naprawdę nie podobało jej się to zainteresowanie.

– Pan Śmierci. – Zmarszczyła brwi. – Słyszałam o tym micie, ale nie sądzę, żeby podchodzenie do tematu dosłownie było rozsądne. – Gdy uniósł brwi, dodała: – Czytałeś tę baśń, prawda? W takim razie jestem pewna, że morał nie umknął twojej uwadze. Prawdziwy Mistrz jest daleki od nieśmiertelności. Zamiast zyskać wieczne życie, po prostu przestał bać się nieuniknionego.

Również zmarszczył brwi.

– Czyli uważasz, że Insygnia Śmierci nie zapewniają długowieczności? – zapytał, głęboko rozczarowany.

– Jeszcze inaczej. – Potrząsnęła głową, chcąc zdusić w zarodku rodzące się w nim uczucie. – Sądzę, że nieśmiertelność jest po prostu ludzkim wymysłem i w rzeczywistości nie ma racji bytu.

– Jesteś w błędzie – odpowiedział z dziwnym błyskiem w oku.

Hermiona zamrugała. Po raz pierwszy od miesięcy dostrzegła w nim coś mrocznego i szalenie niebezpiecznego.

– Każdy może umrzeć. – Odwróciła się i wyjrzała przez okno. Jej wzrok błądził po szkockim krajobrazie. Potrzebowała się trochę uspokoić. – Wszyscy przymkniemy oczy, wcześniej czy później.

Kiedy nie odpowiedział, spojrzała nań z uwagą. W szarych oczach zobaczyła tylko i wyłącznie beznamiętność.

– Są pewne sposoby – odparł ze zdecydowaniem i chłodem. – Po prostu jesteś ich nieświadoma.

Nie musiała się zastanawiać, do czego nawiązywał, ponieważ dobrze wiedziała. Mówił właśnie o horkruksach.

Czemu nie widział podstawowych zależności? Dlaczego przyklasnął fałszowi i nie rozpoznał okropności, którymi w rzeczywistości były? Szczerze mówiąc, to nie zimnokrwiste morderczo czyniło je tak obrzydliwymi. Oczywiście, akt stworzenia wciąż budził wątpliwości i był nieludzi, ale tym, co w rzeczywistości czyniło je równie wypaczonymi, była cena, jaką zań płacono.

Część własnej duszy.

Na pierwszy rzut oka nie brzmiało to źle, ale jeżeliby zastąpić niezdefiniowaną „duszę" innym słowem czy określeniami, takim jak „esencja człowieczeństwa", „jestestwo", „istota", nagle przetarg staje się o wiele cenniejszy. Nieśmiertelność z pewnością była cholernie kuszącą perspektywą. Widziała zbyt wielu umierających ludzi, żeby nie rozumieć stojącego za tą możliwością pragnienia. Nieśmiertelność jest jednak iluzją. Voldemort stworzył osiem horkruksów i żaden nie zapewnił mu wiecznego życia.

Hermiona poznała obu tych mężczyzn. Voldemort był cieniem dawnego siebie, ale było na to wytłumaczenie. Próbując się uchronić przed śmiercią, w rzeczywistości zaprzedał swą duszę i zatracił się w odmętach szaleństwa.

– Nie zakładaj mojej niewiedzy – powiedziała, patrząc chłopakowi prosto w oczy. – Jestem przekonana, że jestem bardziej uświadomiona od ciebie.

Tom zamrugał, mając wątpliwości.

– Szczerze wątpię – odparł.

Podeszła doń bliżej i znów wzięła go za rękę. Pogładziła kciukiem wierzch dłoni, a następnie złożyła nań miękki pocałunek. Kiedy podnosiła głowę, mimowolnie zerknęła na złoty pierścień z czarnym kamieniem. Wydawał się dziwacznie chłodny. Zapatrzyła się nań ze smutkiem. Podczas poszukiwania horkruksów zniszczyli go w drugiej kolejności. Dumbledore zapłacił za to życiem. Na razie był po prostu zwykłą pamiątką rodzinną, ale w przyszłości stanie się czymś znacznie więcej. Gdy puściła ciepłą dłoń i podniosła głowę, zobaczyła szok w jasnoszarych oczach.

Uśmiechnęła się słabo.

– Są rzeczy, z którymi nie możemy walczyć, ani od których uciekać.


Mniej więcej tydzień później szli razem do Wielkiej Sali. Hermiona, naturalnie, narzekała na nienawidzone do cna uroki domowe, na które będzie musiała się stawić w piątek. Tom był w gruncie rzeczy szczęśliwy, że to zajęcia wyłącznie dla dziewcząt, bo brzmiały po prostu okropnie.

Gdy weszli na posiłek, natychmiast zauważyli grupkę ludzi, najwyraźniej zebranych wokół czegoś na samym środku komnaty. Kiedy ślizgon przeskanował wzrokiem salę, zauważył, że wokół nie kręcił się żaden nauczyciel. Westchnął ze zmęczenia. Zdecydowanie nie był w nastroju do przerywania głupiej kłótni jakimś trzeciorocznym. Niestety, był prefektem i musiał interweniować, jeżeli chciał podtrzymać swój wizerunek idealnego, odpowiedzialnego ucznia. Z niechęcią więc ruszył naprzód, zaś Hermiona tuż za nim.

– Z drogi! – wydał polecenie tłumowi.

Gdy uczniowie go rozpoznali, zrobili mu miejsca, dzięki czemu szybko dotarł do przyczyny zamieszania. Pośrodku Wielkiej Sali leżał chłopak. Był nieprzytomny i, na pierwszy rzut oka, nagi, o ile nie liczyć znaku, który został mu przymocowany sznurkiem do szyi.

Kiedy przeskanował wzrokiem drewnianą tabliczkę, z trudem powstrzymał się od uśmiechu. Co prawda, średnio wpasowywało mu się to w gusta, ale przynajmniej było całkiem zabawne, zwłaszcza w połączeniu ze zszokowanymi twarzami innych uczniów. Musiał się opanować, żeby nie wybuchnąć śmiechem i mimowolnie się zastanowił, czy użyto do napisu prawdziwej krwi, czy też była to tylko czerwona farba. Cóż za artystyczny sposób wyrażenia siebie, podsumował, wciąż rozbawiony. Na tablice widniało tylko jedno słowo.

SZLAMA.

– Nie!

Krzyk dobiegł z korytarza, a chwilę później do chłopaka dopadła jakaś zapłakana dziewczyna. Czemu właściwie chciała mu pomóc? Jeżeli rzeczywiście był szlamą, to dostał to, na co w pełni zasłużył. Spojrzał na mundurek uczennicy i prawie się skrzywił. Hufflepuff. Nic dziwnego, że była sentymentalną idiotką. Tym razem nie mógł ukryć cienia uśmiechu.

– Nate, Nate! – szlochała. – Obudź się, Nathaniel!

Tom skądś kojarzył to imię. Gdzie je usłyszał? Ach tak, czy przypadkiem Avery niegdyś o nim nie wspominał?

Szybko przeszukał wzrokiem zgromadzony tłum i zlokalizował swoich ślizgonów. Stali kilka metrów dalej i ledwo ukrywali swą radość. Naprawdę powinien ich ukarać za nieumiejętne zakładanie masek, ale może w późniejszym czasie. Cała ta sytuacja była po prostu przezabawna. Wyłapał wzrok wciąż zadowolonego Lestrange'a, który lekko mu się ukłonił. To właściwie wszystko, co musiał wiedzieć. Spojrzał z powrotem na nieprzytomnego chłopaka. Oto Nathaniel Bowett, uczeń Hufflepuffu, o którym mówił niedawno Avery.

Zachichotał pod nosem, gdyż Ledo pominął milczeniem fakt, iż Bowett jest szlamą. Najwyraźniej rycerze doskonale poradzili sobie z problemem. Przednia zabawa, doprawdy, pomyślał, patrząc na nagiego puchona. Jego dziewczyna, czy kimkolwiek była ta zdrajczyni krwi, przytulała go do piersi i gorzko płakała. Co za spektakl, podsumował, wciąż próbując powstrzymać cisnący mu się na usta złośliwy uśmieszek.

Spoważniał, kiedy Hermiona wkroczyła do akcji. Tom patrzył z niesmakiem, jak upada na kolana i sprawdza puls nieprzytomnego.

Kogo obchodzi, czy żyje, pomyślał, lekceważąco.

Fakt, iż dotknęła szlamy, był co najmniej odrażający. Zmarszczył z obrzydzeniem nos, kiedy położyła mu dłoń na ramieniu i spróbowała dobudzić. Czemu się wysilała? Czemu się poniżyła i dotykała tej podrzędnej kreatury?

W pewnym momencie wyciągnęła różdżkę i dotknęła czubkiem skroni puchona, najwyraźniej chcąc znaleźć powód, dla którego wciąż jest nieprzytomny. Chwilę później ściągnęła mu z szyi tabliczkę. Tom był bardzo zaskoczony, zobaczywszy na jej twarzy gniew. Kolejnym machnięciem ręki wyczarowała z powietrza koc i okryła nim nagiego chłopaka. Co, co diabła, starała się osiągnąć? Był szczerze zdezorientowany. Dlaczego chciała ocalić godność szlamy? To brudny mugolak, na litość Merlina!, podsumował, rozdrażniony. W niedowierzaniu potrząsnął głową i patrzył, jak Hermiona próbuje pocieszyć zapłakaną dziewczynę.

Miał wielką ochotę doń podejść, chwycić za rękę i odciągnąć od tłumu, ale właśnie wtedy drzwi do Wielkiej Sali otworzyły się z impetem. Odwrócił głowę, żeby zobaczyć, kto przyszedł z pomocą. Jakoś nie był zdziwiony, dojrzawszy Albusa Dumbledore'a. Mężczyzna omiótł wzrokiem komnatę i natychmiast zlokalizował sprawców całego zamieszania. Tom poczuł potrzebę parsknięcia śmiechem, gdy zauważył, że nauczyciel jest rozgniewany. Dumbledore szybko podszedł do nieprzytomnego chłopaka i zmarszczył ze złości brwi, zobaczywszy drewnianą tabliczkę. Niestety, napis wciąż się nie zatarł.

Naprawdę miał ochotę wybuchnąć śmiechem, ale musiał się powstrzymać. Opanował wesołość i ze stoickim spokojem obserwował rozwój sytuacji, rzuciwszy staruchowi wyzwanie. Najwyraźniej profesor również stracił nad sobą panowanie, ponieważ w powietrzu czuć było wibrującą magię. Ot tak na wszelki wypadek, Tom wzniósł swoje tarcze oklumencyjne. To dość oczywiste, że znów stał się głównym podejrzanym.

Cóż, to połowiczna prawda, podsumował z rozbawieniem. Za żadne skarby świata nie udowodni mu winy, bo nie przyłożył do tego ręki. Cholernie pragnął roześmiać mu się w twarz, ale powstrzymał swe zapędy i zamiast tego przywdział maskę delikatnego szoku.

Tak, to prawdziwie szokujące, że taki brud może się znaleźć w Hogwarcie, pomyślał ze złośliwością, patrząc na leżącego na podłodze chłopaka. Z zamyślenia wyrwał go dopiero donośny głos Dumbledore'a.

– Wszyscy rozejść się do pokojów wspólnych!

Uczniowie natychmiast wykonali polecenie i odmaszerowali. Tom szydził z potulnych idiotów, którzy potrzebowali wskazującego im drogę człowieka.

Oczywiście, został w Wielkiej Sali, bo nie chciał zostawiać Hermiony samej. Ku jego ogromnej frustracji wciąż tuliła w ramionach tą rozbeczaną puchonkę. Straciwszy cierpliwość, podszedł do dziewczyny, trochę się pochylił i złapał ją za ramię. Spojrzała nań, sprawiając wrażenie zakłopotanej, więc szarpnął głową w kierunku Dumbledore'a, który właśnie zajmował się nieprzytomnym chłopakiem. W mig zrozumiała przekaz i mu przytaknęła, po czym puściła zapłakaną koleżankę i pozwoliła się podciągnąć na nogi. Potem bez słowa wyszli z Wielkiej Sali. Zdecydowanie wolał być poza zasięgiem wzroku tego starego pryka.

Gdy znaleźli się na korytarzu, poszli w zupełnie inną stronę, aniżeli reszta uczniów. Tom nawet na sekundy nie puścił ręki Hermiony.

Kiedy znaleźli się poza zasięgiem słuchu i w odosobnieniu, stracił nad sobą panowanie, bo po prostu dłużej nie wytrzymał. Był cholernie z siebie dumny, że nie wymiękł w Wielkiej Sali. Cała ta sytuacja była przezabawna. Zszokowany i jednocześnie oburzony wyraz twarzy Dumbledore'a zostanie mu w pamięci na długie lata. Co więcej, nauczyciel wiedział, że poniekąd za to odpowiada, ale miał związane ręce.

Wybuchnął chłodnym śmiechem i puścił rękę dziewczyny, bo musiał przytrzymać się ściany.


Hermiona prawie wpadła na Toma, gdy się gwałtownie zatrzymał. Właśnie miała zapytać, czemu przystanął, kiedy zauważyła zamieszanie w Wielkiej Sali.

Co się stało?, zastanowiła się, zobaczywszy na twarzach uczniów złość, szok, a nawet strach.

Ślizgon wznowił kroku, więc podążyła za nim. Gdy podeszli do tłumu, kazał wszystkim zrobić przejście. Co interesujące, mimo że wydawali się znerwicowani i przestraszeni, naprawdę go posłuchali, bowiem zaraz się rozstąpili. Jakaś blondynka z Ravenclawu szlochała w ramię innego krukona. Kilka kroków dalej stał siódmoroczny puchon, blady niczym ściana, i wpatrywał się w coś leżącego na podłodze. Automatycznie się zaniepokoiła. Cokolwiek się tutaj wydarzyło, musiało być poważne.

Tom nadal szedł szybkim krokiem w stronę zamieszania, więc również przyspieszyła. Gdy dotarli na miejsce, natychmiast się zatrzymali. Hermiona wciągnęła gwałtownie powietrze i wytrzeszczyła oczy. Na podłodze leżał całkowicie nagi i pozbawiony przytomności chłopak. Targnęły nią mdłości, kiedy zobaczyła zawieszoną na jego szyi drewnianą tabliczkę. Było nań napisane jedno słowo.

SZLAMA.

Mam nadzieję, że to nie jego krew, pomyślała z przerażeniem. Na moment przymknęła powieki, żeby się uspokoić. Spanikowała, bo przypominał trupa, będąc tak bladym. Zacisnęła dłonie w pięści, gdy przed oczami mignęły jej martwe ciała towarzyszy broni. Wystarczy tej przeklętej śmierci!, podsumowała i wzięła się w garść.

Uspokoiła oddech i uważniej mu się przyjrzała. Gdy zauważyła, że miarowo oddycha, odetchnęła z ulgą. Trochę się rozluźniła, co pomogło jej zebrać myśli.

Wtem ku chłopakowi rzuciła się jakaś dziewczyna. Miała ciemne włosy i była straszliwie zapłakana. Upadła na kolana, chwyciła go za ramiona i zaczęła potrząsać. Jak się okazało, próby obudzenia były nieskuteczne.

– Nate, Nate! – szlochała. – Obudź się, Nathaniel!

Żołądek Hermiony zacisnął się z nerwów. Strach i ból tej dziewczyny był dlań taki znajomy. Niejednokrotnie była w podobnej sytuacji i wiedziała, że to naprawdę okropne uczucie. Gdy przypomniała sobie martwe ciała przyjaciół, również trochę się rozkleiła.

Szloch wyrwał ją ze szponów przeszłości i przywrócił do rzeczywistości. Zdeterminowana, rzuciła się do działania. Pospieszyła do nieprzytomnego chłopaka i wciąż płaczącej dziewczyny, uklęknęła na podłodze i sprawdziła puls. Prawie krzyknęła z ulgi, kiedy go wyczuła, aczkolwiek był słaby. Spróbowała go dobudzić, ale bezskutecznie. Pstryknęła palcami, czym przywołała do siebie różdżkę i machnęła nad nim wyćwiczonym ruchem. Zaklęcie diagnostyczne potwierdziło, że życie chłopaka nie jest w żaden sposób zagrożone. Mimowolnie westchnęła z ulgą.

Ponownie spojrzała na drewnianą tabliczkę. Gdy przeczytała obraźliwe słowa, wezbrał się w niej gniew. W przypływie złości przecięła różdżką sznur i odrzuciła tabliczkę. Następnie odwróciła się w stronę chłopaka. Teraz gdy dowiedziała się, że jego życiu nie zagraża bezpośrednie niebezpieczeństwo, zauważyła, że wciąż nie ma na sobie żadnych ubrań. Wyczarowała więc koc i szczelnie go nim opatuliła. Zrozpaczona dziewczyna nadal siedziała obok nich i płakała wniebogłosy. Objęła ją ramieniem i przyciągnęła do uścisku.

– Żyje i wyzdrowieje – wyszeptała.

Czarnowłosa mocniej doń przylgnęła.

– Co mu jest…? – wydukała pomiędzy szlochami.

– To nic poważnego. Zanim się obejrzysz, stanie na nogi i wróci do zdrowia – powiedziała uspokajającym tonem. – Wszystko będzie dobrze.

Usłyszawszy zapewnienia, puchonka trochę się wyciszyła. Z jej oczu wciąż płynęły łzy, ale teraz przestała pochlipywać. Hermiona wzmocniła uścisk, gdyż wiedziała, jakie to okropne uczucie martwić się o rannego przyjaciela.

Zatopiła się w myślach, z których została wyrwana przez czyjś dotyk. Gdy podniosła głowę, zobaczyła nad sobą Toma. W szarych oczach błyszczała troska i zmartwienie, więc mimowolnie poczuła ulgę, że służy jej wsparciem. Wtem wskazał na coś głową. Odwróciła się i z zaskoczeniem zarejestrowała Albusa Dumbledore'a, kucającego obok nieprzytomnego chłopaka. W dłoni trzymał różdżkę i najprawdopodobniej przymierzał się do dokonania oględzin. Kiedy tutaj przyszedł? Tom nie zostawił jej dłuższego czasu do namysłu, bo ponownie pociągnął ją za ramię. Wyglądało na to, że chce stąd wyjść najszybciej, jak to tylko możliwe. Żadna niespodzianka, pomyślała, patrząc nań uważnie. W tym całym zamieszaniu zupełnie zapomniała, że mogą się stać głównymi podejrzanymi, gdyż Dumbledore nie pała doń wielką sympatią. Najlepiej będzie, jeżeli rzeczywiście opuszczą Wielką Salę, zanim profesor skończy badanie i przystąpi do przesłuchania. Skinęła nieznacznie głową i wypuściła z objęć zapłakaną dziewczynę, po czym pozwoliła się podnieść. Ślizgon złapał ją za rękę i wyprowadził z komnaty. Gdy tak ślepo za nim podążała, przed oczami miała wyłącznie słowo napisane na drewnianej tabliczce.

Z trudem przełknęła ślinę i wzmocniła uścisk.

Tyle zewsząd nienawiści…

Cholernie współczuła napadniętemu chłopakowi. Padł ofiarą bestialskiego ataku, tak samo jak czarnowłosa dziewczyna. Prawie się wzdrygnęła, gdy przypomniała sobie wypisane na jej twarzy niedowierzanie, strach i bezsilność.

Też niegdyś tak płakała.

Odetchnęła głęboko, chcąc zmienić kierunek, w jakim biegły jej myśli. Zdecydowanie nie chciała wracać wspomnieniami do swojej przeszłości. Skupiła się więc na otoczeniu. Dopiero teraz zauważyła, że Tom prowadzi ją jakimś odosobnionym korytarzem. Nie wiedziała, dokąd właściwie zmierza. Zmarszczyła brwi, chcąc zadać mu pytanie, ale wtem niespodziewanie puścił jej dłoń, odwrócił się doń plecami i oparł o najbliższą ścianę. Ze zmartwieniem zarejestrowała, że trzęsły mu się ramiona.

Zrobiła krok naprzód, żeby sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku, ale właśnie wtedy wybuchnął przerażającym śmiechem. Zastygła w bezruchu i spojrzała nań szeroko otwartymi oczami. Kiedy się wreszcie odwrócił, wciąż był szalenie rozbawiony. Serce Hermiony zabolało, gdy usłyszała w tym rechocie najprawdziwszą złośliwość i satysfakcję. Zamiast podejść doń bliżej, automatycznie zrobiła krok wstecz.

Gdy w końcu się uspokoił, nadal stała w dokładnie tym samym miejscu, wryta w ziemię. Kiedy nań spojrzał, na jego ustach wciąż błąkał się nikczemny uśmieszek. Prawie przestała oddychać, zobaczywszy coś mrocznego w jasnoszarych oczach i mimowolnie znów się odsunęła. W odpowiedzi uniósł z gracją brew.

– Coś nie tak? – zapytał, ewidentnie wciąż rozbawiony.

– Jak możesz się śmiać…? – wykrztusiła. – To było po prostu okropne. Ten chłopak został skrzywdzony i publicznie ośmieszony. Zostawiono go nagiego w Wielkiej Sali z przewieszoną przez szyję paskudną tabliczką – podsumowała słabo. – Jak możesz tak rechotać…?

Tom odepchnął się plecami od ściany. Był wyraźnie zdezorientowany.

– Cóż, to cholernie zabawne – odparł, jakby tłumaczył najoczywistszą rzecz na świecie.

Gdy zauważyła tę przerażającą satysfakcję, szpecącą mu twarz, niespodziewanie się przestraszyła. Praktycznie szalała z niepokoju.

Przez chwilę nie była w stanie sformułować pytania, którego w rzeczywistości wcale nie chciała zadać.

– Zaatakowałeś tego chłopaka…?

– Nie – odpowiedział swobodnie, ale nijak się rozluźniła, gdyż wciąż widziała błyszczące mu w oczach iskierki rozbawienia. – Nie byłbym tak dosadny – dodał z arogancją. – Aczkolwiek muszę przyznać, że ten pomysł z tabliczką był całkiem zabawny – parsknął mrocznie.

Gwałtownie wciągnęła powietrze, gdy doznała olśnienia.

– To robota twoich popleczników – stwierdziła bez cienia wątpliwości. Tom spojrzał nań wyczekująco, jakby oczekiwał, że zaraz rozwinie temat. Nie musiał przyznawać tego na głos, ponieważ wypaczona aprobata, którą dostrzegła w szarych oczach, była dlań wystarczającą odpowiedzią. – Wiedziałeś, że planują coś podobnego…?

– Niezupełnie. – Machnął lekceważąco ręką. – Miałem świadomość, iż coś planują, ale nie przypuszczałem, że odegrają… publiczne przedstawienie – dokończył.

Hermiona wciąż patrzyła nań oniemiała. Nie wydawał się nawet w najmniejszym stopniu zaniepokojony poziomem okrucieństwa tego „żartu", a wręcz przeciwnie – aprobował i przyklaskiwał tym metodom rozwiązywania problemów.

Tom przyjrzał się dziewczynie uważnie. Radość powoli go opuszczała, zastąpiona niebezpieczną podejrzliwością.

Zmrużył oczy.

– Czemu jesteś taka zaniepokojona? Niczego nie zauważyłaś? Chłopak jest przecież brudną szlamą! – wypluł ostatnie słowo z obrzydzeniem i ze zdziwieniem zarejestrował, że Hermiona się od niego znów odsunęła.

– Czy to coś zmienia…? – zapytała z boleśnie kłującym sercem. – Naprawdę uważasz, że to w porządku, aby przypuścić atak na kogoś, ranić i upokarzać niewinnych tylko z powodu ich mugolskiego pochodzenia?

Zmarszczył brwi, zdezorientowany pytaniem. To oczywiste.

– Owszem.

Usłyszawszy chłodne przekonanie, aż zadrżała i poczuła, że oddech więźnie jej w gardle. Przez moment musiała się skupić na oddychaniu.

– To niewłaściwe – podsumowała, przerażona kierunkiem tej rozmowy.

Tom ponownie zmarszczył gniewnie brwi, a potem doń podszedł, złapał szorstko za ramię i, zanim zdążyła się wyrwać, pociągnął w kierunku najbliższych drzwi. Otworzywszy je, weszli do środka, a potem zamknął wrota. Najwyraźniej nie chciał kontynuować tej rozmowy na korytarzu, gdzie ktoś postronny mógłby przez przypadek usłyszeć, że jego dziewczyna stanęła w obronie mugolaków. Hermiona się skrzywiła.

– Co masz na myśli, mówiąc, że to „niewłaściwe"? – syknął kąśliwie. – Nie mów mi, że litujesz się na szlamami. Ten chłopak dostał dokładne to, na co sobie zasłużył. Nigdy nie powinien był postawić stopy w Hogwarcie i splamić szkoły swoją brudną obecnością.

Usłyszawszy skrytą za pogardliwymi słowami czystą nienawiść, poddała się wszechogarniającemu chłodnemu odrętwieniu. W momencie zrobiło jej się niedobrze, przez co zapragnęła uciec stad jak najszybciej. Ta dusząca zjadliwość była dlań nie do wytrzymania. Czuła się przerażona, co tylko się pogłębiło, gdy Tom zauważył jej szok i dezaprobatę. Ponieważ nijak zareagowała, zrobił krok naprzód. Mimowolnie zadrżała, gdy wyczuła krążącą w powietrzu gniewną magię.

– Wiesz, że to prawda – kontynuował z zaciętością. – Wszyscy wiedzą, że szlamy tu nie pasują. Są bezwartościowe.

Hermiona wciąż miała szeroko otwarte oczy. W spojrzeniu chłopaka było tyle nienawiści, że aż przytłaczała. Po kręgosłupie przeszedł jej nieprzyjemny dreszcz. Tę samą zjadliwość widziała niegdyś w krwistoczerwonych oczach Lorda Voldemorta.

– Jesteś w błędzie… – powiedziała drżącym głosem, ale zmusiła się, żeby kontynuować. – Mugolacy nie są bezwartościowi. To normalni czarodzieje i czarownice. Jedyną różnicą jest to, że mają niemagicznych rodziców.

– Skończ się łudzić – poprosił. – To najzwyklejsze szumowiny! – dodał jadowicie, na co się wzdrygnęła, prawie przyjmując fizyczny ból. – Szlamy nie mają prawa panoszyć się w magicznym świecie. Powinny siedzieć po niemagicznej stronie razem ze swoim rodzajem i nie plamić czarodziejskiej społeczności plugawą obecnością!

– Ale kiedy… – urwała, patrząc na chłopka ze strachem.

W tej chwili nie był „Tomem", a „Lordem Voldemortem". Już wcześniej miała styczność z tą bezbrzeżną nienawiścią – niegdyś zniszczyła jej życie i sponiewierała cały kraj. Zacisnęła dłonie w pięści i spróbowała zwalczyć strach, który prawie wrył ją w ziemię.

Jest w błędzie!

Jak mógł powiedzieć coś takiego? Jakim prawem obrażał mugolaków i mugoli? Jak śmiał wyrażać się w ten sposób o niej samej i jej ukochanych rodzicach? Gdy się postawiła, przerażenie zamieniło się w palącą wściekłość.

– Nie są gorsi! Ani mugole, ani mugolaki! – krzyknęła ze zdecydowaniem.

Tom wykrzywił się w najczystszej nienawiści. W jasnoszarych oczach pojawił się morderczy błysk.

– Jesteś przecież czystej krwi – powiedział zastraszająco, ale nie zamierzała się cofnąć przynajmniej o krok. Ani wtedy, ani teraz. – Powinnaś być w stanie odróżnić prawdziwych czarodziejów od obrzydliwych śmieci.

Hermiona była oszołomiona. Jak śmiał…?

W momencie zagotowała się ze złości.

– Wiesz, że jesteś teraz pieprzonym hipokrytą, prawda? Jak możesz wygadywać podobne bzdury, kiedy sam jesteś półkrwi? – powiedziała, kiedy zmarszczył w dezorientacji brwi. – Owszem, wiem o twoim dziedzictwie. Co z twoim ojcem? – Widziała, że zaciska z gniewu zęby, a jego oczy zaczynają mienić się czerwienią. Miała to głęboko gdzieś i kontynuowała ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy. – Był mugolem i właśnie dlatego go zabiłeś. – Stał teraz w opuszczonej sali, patrząc nań przez pryzmat karmazynu. Szczerze mówiąc, jeszcze nie skończyła. Czemu się wściekał, skoro głosiła prawdę? – Twierdzisz, że mugolaki mają brudną, nieczystą krew? Cóż, nie zapomnij także spojrzeć na siebie, gdyż część dziedziczymy po rodzicach.

Gdy obnażył zęby, mimowolnie się cofnęła. Miała wrażenie, że Tom nie czuje niczego poza palącą nienawiścią.

– Jak śmiesz? – wyszeptał, co w gruncie rzeczy było znacznie gorsze, aniżeliby zaczął szaleć. – Jak śmiesz tak do mnie mówić?! – krzyknął niespodziewanie, a czarna magia zalała pomieszczenie i się na nią rzuciła. – Nie masz najmniejszego pojęcia, co musiałem przejść przez tego drania. Zaraził mnie brudną, mugolską krwią i zostawił na wychowanie tym obrzydliwym zwierzętom.

Hermiona nie chciała pokazać strachu.

– Mugole nie są ani brudnymi zwierzętami. To po prostu ludzie – odpowiedziała, uprzednio napiąwszy wszystkie mięśnie. – Naprawdę myślisz, że mam „nieczystą krew" lub jestem „obrzydliwym śmieciem"? – W oczach Toma pojawił się dziwny błysk, ale była zbyt rozwścieczona, aby go zauważyć. – Tak się składa, że w rzeczywistości jestem mugolaczką.

Kiedy się otwarcie zadeklarowała, magia ślizgona rozszalała się na dobre. Jej wściekłość natychmiast opadła, zastąpiona przez strach. Najgorsze, że to magiczne wyładowanie było niczym w porównaniu z morderczym spojrzeniem, którym została obrzucona.

Zanim zdążyła cokolwiek zrobić lub zareagować, podniósł rękę i wymierzył jej siarczystego policzka. Siła uderzenia była na tyle duża, że wpadła na stojącą nieopodal drewnianą szafkę, zsunęła się po ścianie i skuliła się na podłodze. Mimowolnie przycisnęła lewą rękę do bolącego miejsca i wbiła spojrzenie w swojego chłopaka, całkowicie sparaliżowana. Wtedy zdała sobie sprawę, że automatycznie przeszła do samoobrony, bowiem wyciągnęła różdżkę i weń wycelowała. Nawet nie zauważyła, że w sytuacji zagrożenia powołała się na instynkt i pstryknęła palcami.

Zamrugała, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co się właśnie wydarzyło. Jej policzek pulsował bólem, a ręka, w której trzymała oręż, drżała z napięcia. Tom nadal rozsiewał wokół siebie lodowatą aurę, patrząc nań tymi przeklętymi czerwonymi oczami. Hermiona miała ochotę wybuchnąć głośnym płaczek, ale zagryzła język, żeby nie zacząć szlochać. Ciepłe, ciche łzy spływały jej po twarzy i moczyły bluzkę.

– Nie zasługujesz na różdżkę – podsumował bezlitośnie. – Jesteś tylko brudnym szlamowatym śmieciem.

Nie dopatrzywszy się ani odrobiny skruchy, czy wyrzutów sumienia, zatraciła się w widocznej, przytłaczającej nienawiści. W momencie pożałowała, że dotąd topiła się w szczęściu i nawet nie przypuszczała, że jeszcze kiedyś będzie musiała ją znosić. Jak się okazało, była cholernie naiwna.

Oddychała nierówno, tłumiąc swą rozpacz. Gdy się trochę uspokoiła, wstała z podłogi i stanęła na chwiejnych nogach. Zaufawszy swojemu instynktowi, przycisnęła plecy do ściany i, nie opuściwszy różdżki, wycofała się w kierunku drzwi. Jedną ręką wymacała klamkę i otworzyła wrota, a potem wypadła na korytarz.

Właśnie tam zobaczyła uśmiechającą się złośliwie Melanie Nicolls. Czy słyszała tę kłótnię? Najprawdopodobniej tak, wnioskując po wypisanym na twarzy dziewczyny triumfie. Prawdę powiedziawszy, miała to gdzieś. Zignorowała ślizgonkę i pobiegła przed siebie. Chciała znaleźć się jak najdalej od tej klasy i Toma.

Nie zatrzymała się, dopóki nie dotarła do portretu Grubej Damy.

– Modliszka! – krzyknęła w pośpiechu.

Kobieta prychnęła na to niegrzeczne zachowanie i otworzyła przejście. Niczym huragan wpadła do pokoju wspólnego Gryffindoru, wciąż zatłoczonego uczniami rozmawiającymi o incydencie w Wielkiej Sali. Zignorowała ich wszystkich i pognała w kierunku schodów prowadzących do dormitorium. Za plecami słyszała głosy przyjaciół, ale nie obejrzała się przez ramię. Z ulgą przyjęła fakt, iż sypialnia była opustoszała, więc chwilę później zamknęła się w łazience. Oparła się plecami o ścianę i przestała się powstrzymywać. W momencie wybuchnęła głośnym szlochem. Nogi tak jej się trzęsły, że nie była w stanie wystać i osunęła się na podłogę. Podciągnęła kolana pod brodę i objęła się ramionami. Oparła głowę i głośno zapłakała. Policzek wciąż bolał ją w miejscu, gdzie została uderzona.

Po jakimś czasie zdołała odzyskać część samokontroli. Odchyliła głowę do tyłu i spróbowała uspokoić spazmatyczny oddech. Z trudem się podniosła, stanęła na nogach i podeszła do umywalki. Nadal drżała. Położyła dłonie na zlewie i spojrzała w lustro. Zobaczyła obraz nędzy i rozpaczy. Była cholernie blada i zasmarkana. Oczy miała zaś podpuchnięte i zaczerwienione od płaczu. Na policzku powoli pojawiał się zaróżowiony ślad, co w praktyce oznaczało, że siniak nabierał kształtu.

Wróciwszy wspomnieniami do wydarzeń z opuszczonej klasy, znów się rozkleiła. Szybko odwróciła wzrok od smętnego i załamanego odbicia, a następnie odkręciła kurek z zimną wodą. Włożyła dłonie do zlewu i przez moment po prosu stała, pozwalając się omywać. Gdy zdrętwiały jej ręce, opłukała twarz. Chłód na szczęście złagodził ból policzka. Osuszyła delikatnie buzię i wyszła z łazienki, nie patrząc ponownie w lustro. Powoli podeszła do swojego łóżka. Usiadła nań, zasłoniła kotary i zwinęła się w kłębek na miękkim materacu. Gdy zamknęła oczy, zamiast tradycyjnej ciemności, widziała tylko i wyłącznie krwistoczerwone oczy, patrzące nań z nieskrywanym obrzydzeniem i bezbrzeżną nienawiścią. Zanim się zorientowała, pomoczyła sobie poduszkę.