- Hermiona, przywieźli nowych!
Matthew Madliner zapalił nagle światło w pokoju uzdrowicieli Szpitala św. Munga. Hermiona brutalnie wybudzona z drzemki, usiadła nagle na kanapie.
- Nie śpię - wymamrotała mrużąc zmęczone oczy.
- Pośpiesz się.
Nie zawsze pozwalała sobie na sen podczas nocnych dyżurów. Uważała, że jej zadaniem i powinnością jako uzdrowiciela jest stać na straży i zachować czujność.
Matthew zniknął na korytarzu. Hermiona wstała powoli z kanapy spoglądając na zegarek. Dochodziła trzecia w nocy.

W korytarzu rozległ się huk. W kominku, który był przeznaczony do transportu nagłych przypadków pojawiło się zakrwawione ciało. Uzdrowiciele natychmiast przenieśli je na jedno z łóżek. Hermiona dopadła do ledwie oddychającego czarodzieja.
- Akcja aurorów. Cała jednostka uderzeniowa została rozbita. Będzie ich za chwilę więcej - rzucił Matthew w jej kierunku.
W tym samym czasie w kominku wylądował kolejny. Tym razem porwana i nadpalona szata nie miała aż tylu śladów krwi.
- Jak się nazywasz? - Hermiona podniosła powiekę mężczyzny, który wylądował na noszach. Jego twarz pokryta była strupami, a oderwany płat skóry na policzku odkrywał nadpalone mięśnie.
- John. John Stevens.
- Potrzebujemy wywaru z heliotropu i eliksiru na zatrzymanie krwawienia. Wiesz czym dostałeś John?
- Nie do końca - wychrypiał mężczyzna - Nogi...Nie czuję nogi.
Hermiona spojrzała na nogi mężczyzny. Jego lewa kończyna kończyła się na wysokości kolana.
- Matt! - Hermiona krzyknęła w kierunku kolegi - może uda się rekonstrukcja!
W korytarzu pojawiło się więcej uzdrowicieli i pielęgniarek. Pięć noszy lewitowało przy ścianie, a nerwowy hałas przerywany był kolejnym hukiem z kominka.
- Zamieńmy się! - krzyknął Matt.
- Będzie dobrze John.
Hermiona wyminęła nosze z nieprzytomnym mężczyzną. W zaciśniętej dłoni ściskał różdżkę i wyglądał jakby została zamrożony.
- Nic mi nie jest, nic mi nie jest - powtarzała jasnowłosa kobieta siedząca na jednych z lewitujących noszy - Naprawdę. Zajmijcie się innymi.
Hermiona dopadła do niej i poświeciła jej w oczy strumieniem światła ze swojej różdżki. Kobieta miała sporo zadrapań na twarzy, a jej lewa ręka wisiała bezwładnie pod dziwnym kątem.
- Jak się nazywasz?
- Jennifer Rose. Naprawdę, zajmijcie się innymi.
Hermiona zignorowała jej zapewnienia i dotknęła lewego ramienia Jennifer. Kobieta natychmiast syknęła z bólu.
- Nic ci nie jest, tak?
- To tylko złamanie. Są w gorszym stanie. Zaraz zobaczysz.
Kolejny huk z kominka wywołał krzyk przerażenia jednej z pielęgniarek. Zakrwawiony mężczyzna był przepołowiony w poprzek ciała, a z jego czaszki sączyła się czarna maź.
- Zabierzcie go! - krzyknął Matthew z drugiego końca korytarza. Prowadząc nosze z rannym mężczyzną, razem z dwoma sanitariuszami zniknął za drzwiami jednej z sal.
- Co się wydarzyło?
- Słyszałaś o "Latających Szkotach"? Młodych, gniewnych z przedmieść Aberdeen?
Hermiona kiwnęła głową.
- Potrzebuję tutaj maści z krwawnika. To złamanie jest tak podłe, że mogło uszkodzić naczynia i żyły.
- Nic mi nie jest - kobieta powtórzyła po raz kolejny do pielęgniarki, która natychmiast podeszła do noszy.
Kolejny huk z kominka. W palenisku zdematerializował się sanitariusz z rannym na noszach.
- Będzie jeszcze trzech - sanitariusz rzucił w kierunku Hermiony - Nieprzytomny, brak kontaktu, źrenice nie reagują, ale oddycha.
Hermiona dopadła do noszy z zakrwawionym ciałem. Skórzana kurtka mężczyzny była pełna wypalonych dziur. Na klatce piersiowej z ogromnej rany sączyła się brudna krew. Człowiek, który rzucił to zaklęcie życzył drugiemu bardzo bolesnej śmierci.
Hermiona poświeciła różdżką i wraz z pierwszym promieniem światła całkowicie zamarła.
- Próbowałem oczyścić ranę, ale nic z tego. - powiedział sanitariusz - Nie znam tego zaklęcia.
Kolejny huk z kominka.
- Pani doktor?
Hermiona spojrzała na sanitariusza.
- Słyszałam - wychrypiała.
Dotknęła twarzy mężczyzny i podniosła jego powiekę odsłaniając oczy, które tak dobrze znała. Źrenice nie zareagowały na światło.
- Ekstrakt z męczennicy cielistej, srebro koloidalne i złoty płyn oczyszczający - Hermiona rzuciła w kierunku pielęgniarki obok. Zabierzmy go na trójkę. Szybko, póki jeszcze oddycha.
- Zajmij się nim - jasnowłosa kobieta ze złamaną ręką wstała ze swojego miejsca - Błagam, zajmijcie się nim! - krzyknęła w kierunku lekarki.
Hermiona zniknęła za drzwiami sali numer trzy.

Za dwadzieścia siódma. Stała pod prysznicem od piętnastu minut patrząc z otępieniem jak woda znika w odpływie brodzika. Od kilku minut kręciło jej się w głowie, ale nie była w stanie ruszyć się z miejsca. Przed oczami miała cały czas widok nie reagujących na światło źrenic, otoczonych zielonymi tęczówkami.
Harry Potter, ty skurwysynu.
Ostatnio widziała go ponad dwa lata temu. Spotkali się w mugolskiej kawiarni tuż obok stacji metra Victoria. Powiedział, że potrzebuje pogadać i prosił żeby nie mówiła nikomu o tym spotkaniu. Nie poznawała wtedy jego wyrazu twarzy. Zaciskał usta i pięści jakby powstrzymywał się od jakiegokolwiek wybuchu. Kiedy zniknął, jego syn miał trzy miesiące. Ron długo wypytywał ją czy miała jakikolwiek kontakt z Harrym. Dotrzymała słowa, nie powiedziała, że widzieli się wtedy w mugolskiej kawiarni tuż obok stacji metra Victoria.
"Lepiej żeby nie wracał" warknął do niej Ron kiedy kilka tygodni później wnosił walizkę swojej siostry do ich wspólnego domu. Ginny i mały James wprowadzili się wtedy do Hermiony i Rona zajmując pokój gościnny na parterze.
"Przecież jej nie wyrzucę, nie widzisz w jakim jest stanie?" Mówił jej za każdym razem Ron, kiedy Hermiona prosiła, aby porozmawiał z siostrą. Po roku wspólnego mieszkania Ginny zaczęła pracować jako reporterka w Proroku Codziennym, a kolejne zlecenia zaczęły stawiać ją na nogi. Ron praktycznie zamieszkał w sklepie założonym przez swoich braci bliźniaków, a mały James był przekazywany z rąk do rąk.
Harry Potter, ty cholerny skurwysynu.

- Weasley?
Matthew rzucił jej pod nos teczkę z dokumentacją medyczną.
- Możesz dokończyć jutro. Twój dyżur skończył się o szóstej.
Hermiona zastygła w bezruchu nad wypełnianiem dokumentu przyjęcia do szpitala.
- Jak rekonstrukcja nogi?
- Niestety.
Matthew usiadł na przeciwko niej, po drugiej stronie biurka.
- Przykro mi - dodała.
- Mi też. Wprowadziliśmy go w śpiączkę. Będzie bolało...
- Chciałabym żebyś spojrzał jeszcze na złamanie...
- Jennifer Rose? Widziałem. Jeszcze będzie długo używała tej ręki. Chyba, że ktoś znowu spróbuje... Wszystko w porządku?
Hermiona spojrzała na niego. Matthew pracował w szpitalu od pół roku, ale od początku lubiła jego towarzystwo. Zawsze starali się tak układać dyżury, aby móc pracować wspólnie.
- Tak... - wymamrotała - Pójdę sprawdzę jeszcze tego pacjenta na trójce...
- Syriusza Blacka... - Matthew podał jej teczkę - Byłem u niego.
- Syriusza...?
- Jest nieprzytomny. Dane podała jego koleżanka.
Hermiona jednym ruchem chwyciła teczkę. Niemożliwe.
- Dzięki - rzuciła wychodząc na korytarz.
- Przypominam, że twój dyżur skończył się dwie godziny temu! - zawołał Matthew za nią.
Syriusz Black.

Hermiona spojrzała na nieprzytomne ciało Harry'ego. Musieli obandażować mu klatkę piersiową, ale wcale nie było łatwo oczyścić zakrwawioną ranę. Zaklęcie było silne i działało jak trucizna w jego ciele. Poświeciła różdżką w jego zielone oczy, ale źrenice nadal nie reagowały. Dyskretnie odgarnęła jego włosy z czoła, ale po znajomej bliźnie została tylko mała, jasna kreska. W końcu to ona była jego znakiem rozpoznawczym.
Jego twarz była dwa razy szczuplejsza niż zwykle, a szczęki pokrywał szorstki, ciemny zarost. Ciało zdawało się zapadać samo w sobie, jakby od dawna nie zaznało spokoju. Wychudzone i powykręcane, teraz pokryte było warstwą bandaży i jasnym prześcieradłem.
Obudzi się.
Dwa lata praktyki jak uzdrowiciel w Szpitalu św. Munga nauczyło ją cierpliwości i pokory. Nadal wierzyła w swoje zdolności, ufała wiedzy i książkom, ale widziała już ludzi, którzy poddawali się chorobie. Do tej pory straciła trzech pacjentów, a jeden z nich nie wybudził się ze śpiączki. Chociaż jego organizm zdawał się działać bez zarzutu, to jego dusza postanowiła już nigdy nie wrócić. Chłopak miał 17 lat i jasnoniebieskie oczy.
Pamiętała jak kiedyś w namiocie obcinała mu włosy. Pamiętała ile godzin spędzili razem w bibliotece i pamiętała jak rozśmieszał ją kiedy chciało jej się płakać po odejściu Rona. Przecież się obudzi.
Dlaczego zmieniłeś imię i nazwisko?
Wtedy, w mugolskiej kawiarni długo milczał. Powiedział jej, że po raz pierwszy nie daje już rady. "Chodzi o Ginny? O Jamesa?" Pytała. Miał dom, kochającą dziewczynę i synka. Planowali ślub.
"Harry..." powiedziała mu wtedy "Masz wszystko"
Pamięta, że uśmiechnął się smutno.
"Może i mam" odpowiedział "Masz rację, może i mam..."
Zniknął. Może mogła go wtedy zatrzymać?

- Dzień dobry, kochanie - rzucił do niej Ron kiedy pojawiła się w kuchni. W jednej ręce trzymał kanapkę, a w drugiej nowe wydanie "Proroka Codziennego".
Hermiona rzuciła okiem na okładkę. "Nieudana akcja aurorów pod Aberdeen" krzyczał nagłówek.
- Ciężki dyżur?
Ron odłożył gazetę przykrywając artykuł kubkiem kawy.
- Ciężki. Muszę się położyć.
- Zawsze jak bierzesz nocne dyżury, to tylko mijamy się w kuchni - powiedział do niej Ron chwytając ją za rękę. Przyciągnął ją do siebie obejmując w pasie.
- Czasem muszę.
- No tak - rzucił całując ją w policzek - Molly będzie za pół godziny żeby zająć się Jamesem. Ginny jest w pracy, a maluch jeszcze śpi.
Hermiona kiwnęła głową.
- Muszę już lecieć. Poczekasz na Molly?
Znowu skinienie głową. Wzięła do ręki "Proroka Codziennego" patrząc na ruchomą fotografię Szefa Biura Aurorów. Kinglsey, którego znała od lat wyglądał na zdjęciu na zmęczonego.
- Ron...? - zaczęła podnosząc głowę znad artykułu, ale Weasley'a nie było już obok. Hermiona jeszcze raz spojrzała na Kingsleya. W tekście tłumaczył się, że w akcji wzięła udział szkocka jednostka. Trzy ofiary, siedmiu rannych, wyrazy współczucia dla rodzin i bliskich.
Z pokoju słychać było płacz małego chłopca. Hermiona odłożyła gazetę.

- Hermiona?
Molly pomachała jej z ogrodu. Hermiona zauważyła ją przez drzwi wychodzące na taras z tyłu domu. James biegał wśród kolorowych, suchych liści, a Molly nadzorowała jak grabie same zgarniają je na małe stosy.
Hermiona wyszła na zewnątrz. Okryła się swetrem i chociaż słońce mocno oświetlało ogród, to czuć było jesień w powietrzu.
- Odpoczęłaś chociaż troszkę, kochana?
Molly podeszła do niej zdejmując rękawice ogrodowe. Cmoknęła ją w policzek.
- Troszkę - kobieta odwzajemniła uśmiech zerkając na chłopca.
James miał dwa i pół roku, a od czasu jak Ginny zaczęła pracować Molly została poproszona o doglądanie wnuka. Był podobny do Pottera - tak samo szczupły o podobnie rozwichrzonych ciemnych włosach.
W domu nie mówiło się o Harrym. Ron zakazał wszystkim wspominania go w rozmowach, a Ginny nawet nie wymawiała jego imienia. Wszyscy zachowywali się tak jakby wraz ze zniknięciem Harry'ego zapadła jakaś zasłona, która wymazała go całkowicie z pamięci. Czuło się wielki ciężar niewyjaśnionego.
Hermiona szukała go. Odezwała się nawet do Kingsleya - dawnego znajomego z Zakonu Feniksa, który był szefem Biura Aurorów. Powiedział, że Potter zwolnił się z biura w trybie natychmiastowym i zniknął.
Dziwiła się, że nikt z pracy go nie szuka, ale nawet Ginny nie chciała robić prywatnego śledztwa. "Jak zmieni zdanie, to wie gdzie mnie szukać" powiedziała kiedyś między wierszami. Przez kilka otępiałych tygodni tylko płakała, a kiedy w końcu wstała z łóżka, pojawiła się w niej wielka złość. Wymazała go, a całą życiową energię włożyła w zacieranie śladów po ojcu Jamesa.
"Zawsze będziesz go broniła" Hermiona usłyszała kiedyś od Rona, kiedy po dwóch miesiącach od zniknięcia Pottera próbowała po raz kolejny podjąć temat. "Koleś zostawił rodzinę i przyjaciół, czego można się po nim spodziewać?"
"Ale to przecież Harry, może coś się stało..." powtarzała przez wiele tygodni. W końcu poddała się. Zostały jej niezręczne święta w gronie Weasley'ów i urodziny Jamesa.
"James ma mamę, wujka i ciocię" powiedział kiedyś stanowczo Ron kiedy ktoś z dawnych znajomych Ginny poruszył temat Harry'ego. "Harry'ego nie ma".
"To tak jakby nie żył, chociaż nigdy nie wyprawiono mu pogrzebu" pomyślała wtedy.
- Muszę iść do szpitala - Hermiona spojrzała na Molly - Zostaniesz z nim?
- Ginny powinna wrócić za kilka godzin. Poradzimy sobie. A ty masz znowu dyżur...?
- Sporo rannych.
- Czytałam, czytałam w porannym "Proroku Codziennym". Wielka tragedia, wiadomo coś?
- Zajmuję się tylko rannymi - Hermiona wzruszyła ramionami wymijająco - A kolejne dni będą decydujące.
James wywrócił się wpadając w stos suchych liści. Zaczął płakać, a Molly z babciną czułością podeszła do chłopca.

Leżał tak samo jak go zostawiła. Bezwładne ramiona, uśpiona twarz i zamknięte oczy.
- Myślę, że jest teraz bardzo daleko - powiedział Matthew podchodząc do łóżka - Sprawdziliśmy, że mózg jest aktywny. Musi tylko chcieć wrócić.
Hermiona odwróciła się zaskoczona jego obecnością.
- Czy ty wychodziłeś dzisiaj ze szpitala?
- Jeszcze nie. Zaraz wyjdę. A czy ty masz własny dom?
- Nie dawali mi spokoju. Pacjenci.
Matthew kiwnął głową. Lubiła go, bo w dużej mierze byli podobni. Tak samo kochali swoją pracę i bez reszty oddawali się temu co robią. Dotrzymywali sobie kroku od kilku miesięcy.
- Skoro jesteś, to pójdę... Gdyby coś się...
- Jasne - uśmiechnęła się.
Matthew wyszedł zostawiając ją samą przy łóżku. Hermiona sięgnęła po dłoń Harry'ego, ale zatrzymała się. Chociaż była uzdrowicielem, to poczuła że boi się go dotknąć.
- Wiem, że tam jesteś - powiedziała po cichu - Wracaj.
Od kilkunastu godzin biła się myślami, czy powiedzieć mężowi o swoim nowym pacjencie.
"Przecież to Harry" powtarzała kilka razy w swojej głowie, ale karta przy jego łóżku wskazywała inne imię i nazwisko. Ciekawe jak szybko można zmienić się w kogoś innego.
"Dlaczego?" Powtarzała jeszcze dwie godziny temu spacerując po swojej sypialni. "Dlaczego to zrobiłeś?"
Czuła potrzebę wyjaśnienia sprawy. Potrzebowała dowiedzieć dlaczego jej najlepszy przyjaciel, którego znała od lat, pewnego dnia postanowił całkowicie wyrzec się swojego życia. Dwuletnia sprawa, zakopana pod ziemię została całkowicie przykryta codziennością. Nie lubiła milczenia, nie lubiła tajemnic i złościło ją podejście Weasley'ów.
- Ron cię utłucze - powiedziała na głos.
Miała ochotę się rozpłakać widząc jego zapadniętą twarz, ale pewne odrętwienie zdawało się tamować jej wszystkie emocje.
Ktoś zapukał do pokoju lekarskiego. Hermiona podniosła głowę znad papierów. W progu stała blondowłosa kobieta, której wczoraj uratowała lewe ramię.
- Mogę?
- Jasne - Hermiona uśmiechnęła się do niej lekko zachęcając do wejścia do gabinetu - Coś się dzieje?
- Chciałam zapytać o kolegów. Nikt nie chce mi powiedzieć prawdy.
- Nie możemy.
- Syriusz jest nieprzytomny, wiem że się nim pani zajmuje.
- Syriusz... - Hermiona zaczęła powoli - O stanie zdrowia pacjentów możemy informować tylko członków rodziny. Może warto kogoś... powiadomić?
- On nie ma rodziny - odpowiedziała szybko kobieta - Jest sam.
- Żona, dziewczyna, rodzice? - Hermiona zmrużyła oczy patrząc na dziewczynę
- Samotny, sierota... Syriusz bardzo cenił swoją prywatność.
Hermiona wstała zza biurka. Postanowiła mimo wszystko spróbować.
- Napije się pani... kawy?
- W sumie...
Jeden z czajników na szafce kołysał się nad niewielkim płomieniem. Hermiona wyjęła dwa kubki i nalała jej ciepłego, ciemnego płynu. Blondynka usiadła na kanapie.
- Słodzi pani...
- Jennifer - blondynka przerwała jej - Mam na imię Jennifer.
- Hermiona.
Podały sobie dłonie, a Hermiona przekazała jej kubek.
- Jesteście z londyńskiej jednostki?
- Z Edynburgu - Jennifer pokręciła głową - Niewielki zespół, tylko dziesięciu aurorów, ale na Szkocję zawsze wystarczyło.
- Nie wiedziałam, że w Edynburgu jest biuro...
- Długa historia. To pozostałości po czasach śmierciożerców. Wtedy obstawialiśmy każde większe miasto w Wielkiej Brytanii.
Hermiona pokiwała głową. Usiadła obok na kanapie.
- O co chodzi z Aberdeen?
Jennifer uśmiechnęła się.
- Też mam swoje tajemnice zawodowe.
- No tak - Hermiona pokiwała głową - Remis.
Obie zamilkły.
- Seryjne morderstwa mugoli ze szczególnym okrucieństwem. Szybko było widać, że to robota naszych. Do wszystkiego przyznawała się zorganizowana grupa młodych wyrzutków. Nie wskazywało na połączenie ze śmierciożercami, ale tak naprawdę nigdy nie wiadomo. Nigdy nie chodzili do Hogwartu, a mają pewne... zdolności magiczne.
- Pochodzą z rodzin czarodziejów?
- Różnie. Nikt ich nie złapał za rękę. Dowiedzieliśmy się gdzie się ukrywają, ale jak widać... Postawili spory opór.
Hermiona pokiwała głową. Napiła się kawy.
- Co jest z Syriuszem?
- Wiesz, że...
- Daj spokój - Jennifer jej przerwała - Ja też nie mogę mówić o śledztwie.
Hermiona zawahała się. Jennifer potrafiła dobrze rozegrać sprawę.
- Oberwał czymś, czego nie znamy. Szczególnie okrutne zaklęcie, które rozlało się po ciele jak trucizna. Mózg jest aktywny, ale...
- On pozostaje nieprzytomny.
- Musi chcieć, wiesz jak jest.
Jennifer parsknęła śmiechem.
- Syriusz nie chciał zbyt wielu rzeczy.
- Czyli?
- Znasz ten typ... - Jennifer uśmiechnęła się lekko - Przystojny i cholernie inteligentny, ale noszący w sobie jakąś wielką ciemną tajemnicę. Ponoć stracił rodziców jak był mały, ale... nie zwierzał się nikomu.
- Długo go znasz?
- Pracujemy razem od roku. Nie jestem stąd, do tej pory stacjonowałam w Ameryce. Syriusz to dobry człowiek, tylko... pogubiony. Dużo milczał i często w towarzystwie alkoholu.
Jennifer zamilkła.
- Chciałabym, żeby się obudził... - dodała w końcu.
- Ja też - dodała Hermiona - Też bym chciała.
- Pani doktor? - jedna z pielęgniarek zajrzała do pokoju lekarskiego - jest pani proszona na ósemkę.
- Przepraszam - Hermiona uśmiechnęła się do Jennifer - Ale...
- Dzięki za kawę - blondynka odstawiła kubek na stolik.
- To ja dziękuję - Hermiona założyła wiszący na wieszaku fartuch. Odprowadziła Jennifer wzorkiem.

- Hermiona!
Ginny Weasley stała tuż przy recepcji przestępując z nogi na nogę.
- Nie chcą mnie wpuścić, nie chcą nic powiedzieć... - zaczęła powoli - Błagam Cię, chociaż kilka słów.
Hermiona spojrzała na pielęgniarkę siedzącą za wielkim kontuarem na recepcji.
- Zajmę się tą panią - powiedziała otaczając Ginny ramieniem.
Ginny uśmiechnęła triumfalnie w stronię niezadowolonej pielęgniarki. Odeszły kilka kroków w stronę pokoju lekarskiego.
- Dzięki - powiedziała cicho - Powiedz mi coś. Cokolwiek.
Ginny starła wykręcić głowę tak, aby móc zajrzeć do sali z chorymi.
- Nie mogę Gin. Nie próbuj nawet...
- Ilu ich przywieźli, ile jest ofiar?
- Tylko Kingsley...
- Kingsley nic nie powie. A ty jesteś moją przyszywaną siostrą.
- Ginny... - Hermiona przetarła twarz dłońmi - Zapisz, że jest źle. Stan pacjentów jest zły i walczą o życie.
- Imiona?
- Nic z tego. Kingsley poda w oficjalnym...
- Hermiona!
- Ginny. Oni są na oddziale... - Hermiona wycedziła przez zęby i spojrzała na swój zegarek - ...od trzynastu godzin. Trzy osoby są w śpiączce, jeden stracił nogę, a jednego nie dało się uratować. Jest źle. Nie dotarliśmy nawet do bliskich tych ludzi. Lepiej żeby dowiedzieli się pierwsi niż żeby przeczytali to w "Proroku..." prawda
Ginny kiwnęła głową.
- Masz rację, przepraszam.
Hermiona westchnęła chowając dłonie w kieszeniach białego kitla.
- Jak ty się trzymasz? - Ginny spojrzała na nią uważnie - Wyglądasz na bardzo zmęczoną.
- Jeszcze chodzę.
- Wracasz do domu?
- Za... za jakiś czas. Wiesz jak jest...
- Dobra... - Ginny wzruszyła ramionami - jak coś... Ty nic mi nie powiedziałaś.
- Nie dzisiaj...
Ginny przytuliła Hermionę i zniknęła za rogiem korytarza. Większość terenu szpitala była pokryta zaklęciami blokującymi teleportację, a jedynie hall główny umożliwiał odwiedzającym czarodziejom wykorzystanie kominków. Zabezpieczenia były podstawą ich pracy.

Hermiona schowała się w pokoju lekarskim i dokładnie zamknęła za sobą drzwi. Oparła się o ścianę i osunęła na podłogę oddychając ciężko. Poczuła jakby straciła bardzo dużo energii i jakby całe napięcie właśnie z niej spadło. Miała ochotę się rozpłakać.
Zawsze chciała być aurorem, ale kiedy Ron odszedł z biura postanowiła zrobić to samo. "Chcę mieć żywą żonę" powiedział jej wtedy patrząc w oczy. Pokiwała głową i następnego dnia umówiła się na spotkanie z dyrektorem szpitala św. Munga. Ratowanie życia... Zawsze chciała naprawiać świat, a z ratowania życia zrobiła swoją misję.
Harry'ego nie było na ich ślubie. Wtedy, kiedy widziała go po raz ostatni w mugolskiej kawiarni dużo mówiła o przygotowaniach do ceremonii. Zniknął dokładnie na pięć tygodni przed weselem.
- Pani uzdrowiciel...?
Hermiona podniosła głowę. W otwartych drzwiach pokoju stała Greta - starsza pielęgniarka.
- Tak, przepraszam...
Greta zmierzyła ją spojrzeniem. Była doświadczoną pielęgniarką, której zostało zaledwie kilka miesięcy do emerytury. Z lekką nadwagą przepływała korytarzami szpitala budząc szacunek młodszych pracowników. Krążyły o niej legendy, że ma dar jasnowidzenia, a niektóre pielęgniarki wolały zejść jej z drogi.
- Za co przepraszasz? - Greta podała jej rękę. Hermiona oparła się o jej ramię i wstała - Nie masz dzisiaj dyżuru.
- Nie, ale...
- Zgasłaś. Powinnaś odpocząć - Greta spojrzała na nią uważnie jeszcze raz. Często mówiła podobne rzeczy. Widziała ludzkie aury i odczytywała energie. Potrafiła szybko zdiagnozować innych pacjentów, ale mimo to nigdy nie miała ambicji zostania uzdrowicielem.
Hermiona nic nie odpowiedziała. W towarzystwie Grety nie zawsze czuła się bezpiecznie. Może dlatego, że ta kobieta była jak wykrywacz kłamstw.
- Nie pomożesz innym, jeśli sama jesteś w rozsypce - dodała wychodząc na korytarz zostawiając ją samą.
Hermiona przetarła zmęczoną twarz. Greta miała rację


Muzyka do czytania (i pisania) "Jednorożców":
playlist/6XVMmqrPfRdJNJPwYkfOyG?si=nEdV4ayLR3iiKfiuvnY_7A