Karta przy jego łóżku Harry'ego wskazywała zmiany dawek podawania eliskirów. Zgodnie z zaleceniami Halla zniknęły eliksiry przeciwbólowe.
Zawsze ufała wyliczeniom i badaniom. Tym razem nie dawało jej spokoju dziwne przeczucie, że taka zmiana leczenia nie była korzystna.
Zajrzała do sali bliźniaków. Wysoki, czterdziestoletni mężczyzna zapinał Michaelowi bluzę, podczas gdy Robert kręcił z się tandetnym mugolskim workiem na plecach. Pakunek obijał się o jego plecy wywołując co chwila śmiech chłopca.
Mężczyzna podniósł głowę w kierunku Hermiony.
- Właśnie wychodziliśmy.
Michael podbiegł do niej i objął ją na tyle ile mógł sięgnąć. Zmierzwiła mu włosy.
- Jedziemy do wujka - powiedział podekscytowany - Będziemy u niego mieszkać!
Mężczyzna wyciągnął w jej kierunku rękę.
- Tyler Scott, to pani opiekowała się maluchami...
- Tak, to prawda - Hermiona uśmiechnęła się - Czasami.
Blizny na policzkach maluchów już się wygoiły pozostawiając jedynie zaczerwienione ślady. Nie brakowało im energii i od kilku dni szaleli na oddziale dając w kość pielęgniarkom.
- Dziękuję. Wiem, że to był... trudny dla nich czas.
Miała ochotę dodać, że nie tylko dla nich.
- Mama Roberta i Michaela jest... jest moją siostrą - dodał Scott cicho.
- Jak się czuje?
- No... nie spędzimy razem świąt... jest na oddziale zamkniętym cztery piętra wyżej.
- Przykro mi...
Zamilkli na chwilę.
- Mam coś dla ciebie - Robert przerwał jej ciągnąc za rękaw. Podał jej kawałek papieru z dziecięcym rysunkiem. To był jej portret. Rysunkowa postać zamrugała i poruszyła się lekko falując burzą brązowych loków.
- Naprawdę? - Hermiona kucnęła obok niego - To bardzo piękny prezent.
- Mam jeszcze jeden dla pana Matta od piernikowych traszek - pokazał jej drugą kartkę. Rysunkowy Matthew był wysoki jak żyrafa i miał całkowicie nieproporcjonalne ręce i nogi, ale uśmiechnął się z kartki papieru.
- Jest w gabinecie...
Nie zdążyła dokończyć, bo Robert z Michaelem popędzili do pokoju uzdrowicieli.
- Nie widziałam, żeby w tym wieku ożywiać rysunki... - zaczęła pokazując dzieło wujkowi bliźniaków.
- Robert ma takie zdolności odkąd nauczył się stawiać pierwszą kreskę na papierze. Michael nie przepadał za rysowaniem, wolał klocki - Scott uśmiechnął się wziął walizkę z drobiazgami chłopców. Oboje wyszli na korytarz.
- Naprawdę dziękujemy... Opowiadali o was tutaj... - dodał.
Bliźniaki wybiegły z pokoju uzdrowicieli. Za nimi wyszedł Matthew z rysunkiem w ręku.
- I tak będę odwiedzał Eden... Mamę chłopaków, więc...
Hermiona zakryła niepewność uśmiechem. Po co była jej ta informacja?
- Wesołych świąt - urwała - Muszę wracać do pracy.
Robert i Michael jeszcze raz dopadli do niej ściskając mocno.
- Dobrych prezentów - powiedziała przytulając ich oboje.
- Tobie też - rzucił Robert.
- Żebyś dostała naprawdę wyjątkowy prezent - dodał Michael.
Na jej biurku w pokoju uzdrowicieli leżała teczka. W pokoju akurat był jeden ze stażystów, przeglądał w kącie opasły tom o ziołolecznictwie.
- Ktoś był do mnie, szukał mnie? - zapytała siląc się na beztroski ton.
Stażysta pokręcił przecząco głową. Hermiona otworzyła wypełniony papierami dokument - to był raport aurorów. Spojrzała na podpis "Jennifer Rose".
Raport dotyczył znalezionych pod Londynem zwłok czarodzieja. Miał pociętą klatkę piersiową i wypaloną dziurę na miejscu serca. Spojrzała na fotografię zmuszając się do zachowania chłodnego wyrazu twarzy. Mężczyzna wyglądał makabrycznie. Musiał mieć najwyżej 20 lat.
"Podejrzenie użycia czarnej magii nieznanego rodzaju. Przybyli na miejsce rekonstruktorzy potwierdzają hipotezę. Zaklęcie ma charakter uderzeniowy i zaciera za sobą ślady informacyjne."
Odtwarzanie miejsca zbrodni było trudną sztuką, ale byli od tego specjaliści - rekonstruktorzy. Zawsze jednak, żeby móc znaleźć konkrety, trzeba zawsze wiedzieć czego się szuka. Nie przy wszystkich sytuacjach czas otwierał się przed rekonstruktorami jak książka.
Swoją drogą czy Hermiona ma prawo mieć dostęp do tego raportu? Spojrzała na daty - zwłoki znaleziono 20 grudnia, więc trzy dni temu. Na pewno nie powinna się tym zajmować. Nie od kiedy odeszła z Biura Aurorów - obiecywała, że już nigdy nie będzie... Tylko, że to wszystko po części dotyczyło też Harry'ego.
- Co tam? - Matthew bezceremonialnie usiadł naprzeciwko jej biurka.
- Nic - odpowiedziała automatycznie zamykając teczkę.
- Widziałem, że uroniłaś łezkę widząc swój portret...
Hermiona machinalnie schowała teczkę do jednej z szuflad.
- Portret?
Matthew wskazał jej palcem rysunek, jaki wisiał na tablicy na ścianie. Obok przypiętego grafiku znajdowały się rysunki bliźniaków jakie regularnie dostarczali im przez ostatnie dni. Rysunkowa Hermiona uśmiechnęła się do nich i poruszała burzą loków.
- A... - westchnęła lekko - nie bardziej niż ty. A tak poza tym... przyznaj się - co kupiłeś siostrze?
- Dam jej swoją braterską uprzejmość - wyszczerzył zęby - Nie no, nic nie kupiłem... Co można kupić kobiecie, która ma wszystko? Kolejną niepotrzebną rzecz?
Westchnęła.
- A co ty kupiłaś mężowi? Sweter? Czy też dajesz mu... - mrugnął do niej - swoją miłość.
- Nie powiem ci.
- Weasley, taka duża, a taka wstydliwa - zaśmiał się szczerze - Szczęśliwa mężatka, a czasami...
- A ty nie powinieneś już znaleźć sobie żony?
- Nie mogę znaleźć wystarczająco ładnej i inteligentnej - zaśmiał się jak zawsze.
- Pani doktor - pielęgniarka pojawiła się w drzwiach pokoju uzdrowicieli - Black się wybudza.
W pokoju zapadła natychmiastowa cisza. Matthew i Hermiona spojrzeli na siebie i zerwali się ze swoich miejsc.
Kaszlał jakby nie mógł złapać oddechu. Próbował skulić się, ale jego ciało zapomniało co to jest za ruch.
- Spróbuj oddychać głęboko - powiedział Matthew odchylając bandaże. Cięte rany na klatce piersiowej ponownie otworzyły się, a z niektórych sączyła się brudna krew. Harry otworzył oczy, kiedy nachyliła się nad jego łóżkiem. Próbował coś powiedzieć, a może tylko poruszał ustami próbując przyzwyczaić mięśnie do nowego ruchu.
Pielęgniarka podał im natychmiast napar z rumianku i stos gaz. Próbowała wytrzeć wyciekającą na białe prześcieradła brudną krew.. Hermiona zobaczyła kątem oka, jak w sali pojawiła się dwójka stażystów.
Ledwie wziął oddech. Zobaczyła jak mięśnie pod chorobliwie bladą skórą spinają się w odruchu walki o powietrze.
- Ciiiicho... - wyszeptała. Położyła mu na głowę tkaninę nasączoną w eliksirze uspakajającym.
Spojrzał na nią. Natychmiast ją rozpoznał, bo zmieniły mu się oczy.
- Dobrze, że wracasz do żywych chłopie - powiedział Matthew siląc się na wesoły ton. Oboje z Hermioną widzieli czarną maź, która wypływa z ran. Ich spojrzenia skrzyżowały się.
- Jesteś w szpitalu św. Munga. Jak się nazywasz? - zapytał Matthew.
Harry spojrzał na Hermionę. Znowu próbował coś powiedzieć, ale dźwięk wydobywający się z jego gardła nie przypominał żadnego słowa.
- Nic nie mów - powiedziała szybko.
Po drugiej stronie łóżka pojawiła się Greta. Na tacy miała kilka fiolek ze srebrnym płynem.
- Zajmę się tym - powiedziała nasączając płynem kawałki materiałów.
- To będzie nieprzyjemne, ale muszę - powiedział Matthew świecąc Harry'emu różdżką w oczy. Harry skrzywił się i próbował odchylić głowę - Syriuszu... muszę.
Hermiona zmieniła okład.
- Greto, dajmy 100 miligramów 50% wywaru kadzidłowca z czarcim pazurem.
Matthew spojrzał na Hermionę.
- Poczekaj. Co?
- Greto?
- 10% wywar wystarczy... - dodał głośno czekając na reakcję koleżanki.
Greta zniknęła z pokoju.
- Hermiona? - Matthew spojrzał na nią.
- To mój pacjent - urwała stanowczo otwierając fiolkę z napisem 50% - I nie pozwolę mu bez sensu cierpieć.
- Ale...
- Zadecydowałam. Poradzę sobie sama, dziękuję.
Harry znowu zaczął kaszleć. Fiolki pojawiły się obok nich.
- Przemyjmy najpierw rany - dodała stanowczo Greta.
Hermiona spojrzała na nią. Zamknęła fiolkę, a Matthew odsunął się od łóżka.
- Nie zapomnij wpisać dawki w kartę - rzucił jej i spojrzał na dwójkę stażystów - Co Przedstawienie?
Greta podała jej ociekający srebrną cieczą wacik i odsłoniła bandaże odsłaniając całe rany. Skóra wokół serca Harry'ego była nadal w strzępach, a niektóre rany poczerniały całkowicie. Hermiona dotknęła wacikiem jednej z nich, próbując przemyć. Harry syknął.
Spojrzała na niego i odetchnęła głęboko.
- Przepraszam - powiedziała cicho.
Greta spojrzała na nią uważnie. Hermiona otworzyła fiolkę z 50% wywarem z kadzidłowca.
- Poczujesz ulgę - powiedziała - Ufasz mi, prawda?
Kiwnął głową. Zobaczyła, że z kącika jego oczu ściekła łza.
Greta odebrała od niej brudne waciki.
- Ale będzie trzeba uważać... - powiedziała powoli zabierając eliksir.
Pielęgniarka spojrzała na Harry'ego.
- Zajrzę do niego za 10 minut - dodała wychodząc. Zamknęła za sobą drzwi.
Hermiona usiadła na skraju łóżka. Zostali sami.
- Zaraz poczujesz się lepiej.
Kiwnął głową. Obserwował ją bez przerwy. Widać było, że chce jej coś powiedzieć. Miała ochotę potrzymać go za rękę, ale jakoś dziwnie byłoby go dotknąć, nie jako uzdrowicielka. A co jeśli rozpłynie się w powietrzu?
Poczuła nagle jak jego ręka opada jej na kolano. Poruszył ustami. Hermiona nachyliła się bliżej.
- Śniłaś... mi się... - wychrypiał w końcu.
Uśmiechnęła się. Wytarła mu łzę.
- Muszę ci powiedzieć, że wyglądasz okropnie - dodała po chwili - Naprawdę okropnie.
Harry odwzajemnił uśmiech. Ścisnęła jego dłoń wstając. Nie chciał jej puścić, ale w końcu wyrwała się.
- Ty też - poruszył ustami.
Ciepło i miły zapach świątecznego piernika uderzył ją od progu własnego domu. Drzwi do salonu były otwarte, a domowy hałas wylewał się na korytarz. Zajrzała do środka.
- Hermiona! - Ginny siedziała na kanapie. Na dywanie James obłożony zabawkami gadał po dziecinnemu, a pluszowe smoki lewitowały dookoła. Obok Ginny siedział mężczyzna - Choć do nas!
Mężczyzna odwrócił się w jej stronę, wstał z kanapy.
- My się chyba znamy - uśmiechnął się w jej kierunku - Hermiona, prawda? Pracujesz w Mungu?
Hermiona weszła do salonu. Kompletnie nie kojarzyła człowieka.
- Przepraszam - dodał widząc jej minę - Kilka razy robiłem materiał z Munga i rozmawialiśmy, ale możesz mnie nie pamiętać. Olivier Brown.
Wyciągnął w jej kierunku rękę.
- Przepraszam - dodała usprawiedliwiającym tonem - Rzeczywiście...
Miała wrażenie, że ten poranek jest całkowicie inny niż każde inne w jej życiu. Oczywiście, że dzisiaj była w pracy znacznie wcześniej niż powinna. Wymknęła się z domu kiedy jeszcze wszyscy spali. Ron nawet się nie poruszył kiedy wychodziła z sypialni.
Zaraz po siódmej rano stała w progu jednej z sal w szpitalu św. Munga. Leżał na tym samym łóżku co zwykle. Oddychał powoli i miarowo. Spał. Poczuła jak cały ciężar, jaki zbierał się przez ostatnie tygodnie w jej organizmie, zaczął spływać po kręgosłupie prosto do ziemi. Teraz będzie mogła z nim porozmawiać. Dowie się. Dowie się dlaczego. Zasłużyła na to. Cierpliwie czekała, nie mieszała się, robiła co do niej należy... Zasłużyła na to.
Na karcie wpisane zostały jej wczorajsze zalecenia, dodatkowe eliksiry i zmiana opatrunku.
Jak się rozmawia z kimś kogo się tak dawno nie widziało?
- Z dobrych informacji, mamy znaczący postęp u pana Blacka - powiedział Hall chrapliwym głosem opierając się ciężko o krzesło.
Na dzisiejszym obchodzie było pusto - jedynie kilku stażystów gorliwie notowało słowa ordynatora. Świąteczne dyżury należały raczej do przykrych obowiązków.
- Utrzymujemy przemywanie ran, zmiany opatrunków... - wtrąciła Hermiona.
Hall pokiwał głową.
- Widzę, widzę... - powiedział Hall zaglądając do dokumentów - Utrzymałbym niskie stężenie jeżówki, srebro... Wywar z kadzidłowca?
- Pacjent skarżył się na ból - dodała Hermiona - po wybudzeniu się podaliśmy wyższe stężenie, aby ulżyć jego cierpieniu.
Hall spojrzał na nią srogo.
- Ktoś mi powie, dlaczego wolałbym unikać kadzidłowca?
Trójka stażystów popatrzyła po sobie.
- Kadzidłowiec jest przeciwbólowy i chroni układ kostny. Trucizna próbowała dostać się do... - wyrzuciła z siebie Hermiona, ale Hall uciszył ją machnięciem ręki.
- Ktokolwiek?
W pokoju panowała cisza.
- Nikt? - zapytał ponownie Hall.
- W wysokim stężeniu Kadzidłowiec może uzależniać? - dodała nieśmiało Lisa Kramer.
Hall pokiwał głową.
- Cieszę się, że pani powiedziała to głośno.
- Nie korzystaliśmy do tej pory z tego eliksiru w tym stężeniu, a ze względu na reakcję krzyżową nie chciałam wprowadzić eliksiru na bazie skoczka. Doraźne stosowanie kadzidłowca nie uzależnia - skwitowała Hermiona kąśliwie. Odzyskała uwagę Halla. - Pacjent wczoraj się wybudził ze śpiączki... Dodatkowo ze względu na wczorajsze problemy z oddychaniem postanowiłam wprowadzić wywar z lakrycji i zaklęcie natleniające. Oczywiście mamy cały czas na uwadze oczyszczanie krwi, ale powinniśmy zacząć stawiać...
- Przepraszam, że przerywam - w pokoju uzdrowicieli pojawiła się jedna z pielęgniarek - Panie Hall, pan Shacklebolt do pana.
- No tak... - Hall westchnął - I tak już kończyliśmy... Eee... W każdym razie... pani Weasley... utrzymujemy leczenie.
Hall podał Hermionie teczkę z dokumentami i nieporadnie zrobił kilka kroków w stronę drzwi.
- I gdybyśmy się nie widzieli z państwem... - zwrócił się w stronę stażystów - życzę Wesołych Świąt.
Hermiona spojrzała ze zdziwieniem na Halla, który poczłapał w głąb korytarza. Wychyliła się delikatnie widząc, że Shacklebolt stoi kilkanaście metrów dalej.
- Ja zdecydowałabym się na eliksir ze skoczka - powiedziała nagle Lisa Kramer. Hermiona zerknęła na nią.
- Tak, tak - mruknęła obserwując przez drzwi jak Hall i Shacklebolt witają się - No cóż drodzy państwo... Wesołych Świąt.
Wyszła szybko na korytarz, jak gdyby nigdy nic podchodząc do stanowiska pielęgniarek. W tym samym momencie Shacklebolt i Hall zniknęli za drzwiami gabinetu ordynatora.
- Pani Weasley? - jedna z pielęgniarek minęła ją z zestawem dwóch lewitujących obok tac z pustymi fiolkami - Pan Black o panią pytał.
Hermiona podeszła do półprzymkniętych drzwi do jego sali. Zatrzymała na się tuż przed progiem.
"Przecież to tylko kolejny pacjent" powtórzyła sobie w głowie jeszcze raz. Zrobiła krok.
W jego sali nic się nie zmieniło od rana, jedynie przez szybę wpadało odrobinę więcej światła, mimo grudniowego i dość szarego dnia. Od razu ją zauważył i uśmiechnął się lekko. Dostrzegła, że chciał podnieść rękę, ale uniósł jedynie lekko dłoń - tak jakby chciał jej pomachać z daleka.
- Hej - powiedziała w końcu podchodząc do łóżka.
- Hej - wychrypiał.
Obserwował ją uważnie.
- Wyjdziesz z tego - bąknęła.
Harry uśmiechnął się.
- Jak się czujesz? - dodała w końcu.
- Słabo.
- Przez ponad miesiąc byłeś w śpiączce, rana była całkiem rozległa, a przez długotrwałe leczenie 30% stężeniem... - wyrzuciła z siebie, ale Harry przerwał jej kręcąc głową.
- Wiem... - powiedział chrapliwie - Wiem co się stało.
Hermiona skuliła się w sobie. Poczuła, że jej strategia zasłonięcia się potokiem słów tym razem nie będzie miała szans.
- Potrzebujesz czegoś? - zapytała po chwili.
- Usiądziesz?
Kiwnęła głową. Przysunęła sobie mały stołek.
- Czy dzisiaj... - zaczął Harry, ale kaszel przerwał mu zdanie. Poderwała się podając mu szklankę wody, ale on pokręcił przecząco głową.
- Czy dzisiaj... jest wigilia?
Uśmiechnęła się. Odruchowo wygładziła trochę pościel.
- Tak. Mówiłam, że trochę spałeś.
Milczał przez moment.
- Ron... wie?
Hermiona zawahała się. Czy to oznacza, że muszą przejść do trudnej serii pytań?
- Nie.
Przyglądał jej się uważnie.
- Nie mówiłaś mu?
- Ginny też nie wie.
- Ktokolwiek?
- Nikt nie wie.
Milczał.
- Chciałabym, żebyś mi wyjaśnił kilka rzeczy zanim... - zaczęła po chwili.
- Dobrze, że... nie wiedzą - przerwał jej - Niech tak zostanie.
Harry odwrócił głowę.
Poczuła, momentalny, gorący dreszcz przebiegający po kręgosłupie.
- Dobrze, nie musimy teraz rozmawiać - wydusiła w końcu wstając ze stołka. Chwycił ją za kawałek białego kitla. Zatrzymała się.
Spojrzał jej w oczy i lekko pokręcił głową.
- Nic nie wiesz. Nie rozumiesz.
- To wytłumacz mi.
- Zostaw to. Po prostu to zostaw.
Miała ochotę go uderzyć, bo przez niego okłamywała swojego męża i Ginny. Ale z drugiej strony nigdy nie czuła takiej ulgi widząc, że ktoś o kogo życie walczyła od tygodni wypowiada w jej kierunku słowa. Tylko, że nie była to ulga jaką odczuwają uzdrowiciele na widok pacjenta, który wraca do zdrowia po skomplikowanym leczeniu.
To ulga, której nigdy wcześniej nie znała.
Harry milczał uparcie co doprowadzało ją do szaleństwa..
- Musisz odpoczywać - odpowiedziała szybko cofając się kilka kroków - Zajrzę do Ciebie później.
Na korytarzu zobaczyła znowu Halla i Shacklebolta. Zdawało jej się, że szef aurorów właśnie kieruje się do wyjścia.
- Przepraszam! - zawołała za nim idąc w ich kierunku szybkim krokiem - Przepraszam!
Shacklebolt odwrócił się w jej stronę.
- Pani Weasley, w pracy w wigilię? - Kinglsey Shacklebolt uśmiechnął się służbowo.
- Dzień dobry - odpowiedziała równie fałszywym uśmiechem - Chciałam tylko powiedzieć, że pan Black już się wybudził i myślę, że...
- Już informowałem o tym pana Shacklebolta - wtrącił Hall - właśnie omówiliśmy jego stan zdrowia.
- Cieszę się, że Black czuje się już lepiej - dodał Shacklebolt - auror, który ucierpiał na polu walki... to zawsze spora...
- Osobiście będę miał na niego oko. No i mam nadzieję, że najgorsze już za nami... - dodał Hall - Wszystko wiem, wszystko rozumiem...
Wszystko? Pomyślała natychmiast.
- Informuj mnie - dorzucił Kingsley - Na mnie już pora. Wesołych...
Odwrócił się. Chciał uciec jak zawsze. Nie mogła na to pozwolić.
- Nie chce pan zobaczyć... - wtrąciła szybko Hermiona - Kingsley... Przepraszam!
Podbiegła za nim zostawiając ordynatora na środku korytarza. Hall stal tam zdezorientowany.
- Musisz mi powiedzieć o co chodzi... - Hermiona nachyliła się w kierunku Kingsleya.
- Z czym? - zamrugał gwałtownie.
- Nie zachowuj się, jakby rzucono na ciebie oblivius! Mówię o Ha...
- Którą to już mamy godzinę? - dodał Hall głośno, niby od niechcenia, ale jego teatralny ton głosu zabrzmiał zdecydowanie zbyt sztucznie - Chyba pora iść do domu...
- Zajmij się tym co umiesz najlepiej i wylecz go. Tylko tyle. Tak żeby chodził, oddychał i był sprawny - syknął Kingsley - I przestań się mieszać w nieswoje życie.
- Mieszać?! - wykrztusiła Hermiona - Chyba żartu...
- Wypisz go do domu i zapomnij. Zniknie zanim się obejrzysz.
- Shacklebolt, ja nie wierzę, że ty...
- Wesołych świąt - uciął i odwrócił się szybko.
- Hermiono! - Hall zawołał za nią i poczłapał w jej stronę - Od teraz oczekuję od ciebie dwa razy dziennie informacji o stanie zdrowia Blacka. Na moim biurku.
Hermiona poczuła się, jakby ktoś ją wdeptał w ziemię.
- I wesołych świąt - dodał Hall.
Kingsley zniknął za rogiem.
Gdyby była małą dziewczynką mogłaby tupnąć nogą. Albo rzucić zabawką o ścianę tak żeby połamała się na drobne kawałki. Wtedy smutek związany ze zniszczoną zabawką przykryłby złość i bezsilność.
"Niestety nie jestem małą dziewczynką" - powtarzała w myślach zdejmując biały fartuch.
Jej zaczarowana podobizna z rysunku jaki dostała od bliźniaków wisiała dumnie obok wieszaka. Rysunkowa Hermiona spojrzała na nią podejrzliwie.
Nora była pełna zapachów. Wiedziała, że jej spóźnienie wywoła lawinę westchnień od Molly i kilka obrażonych burknięć od Rona. Czuła, że to nadejdzie zaraz po tym jak tylko przekroczyła przez próg domu.
Pierwszy powitał ją James rzucając się jej na szyję jeszcze w korytarzu.
- Nie podnoś go! - obruszyła się Molly Weasley kiedy Hermiona wzięła dwulatka na ręce - Siadaj do stołu, zaraz jemy!
- Mama dostała szału, bo Percy z małą jednak spędzają święta u rodziców Audrey - szepnęła jej do ucha Ginny.
Hermiona podeszła do Molly całując ją w policzek.
- Nie mam czasu kochana - dodała Molly odwracając się szybko, bo w tym samym momencie z piecyka buchnęła para - Bill! Bill! Pomógłbyś na miłość Boską!
Hermiona przeszła do salonu mijając Billa z Louisem na rękach. Fleur nakrywała do stołu. Talerze wirowały dookoła stołu.
- Dobrze cię widzieć - powiedziała serdecznie w jej stronę. Victorie - najstarsza córka Billa i Fleur siedziała u szczytu stołu próbując złożyć bawełnianą serwetkę w wymyślną gwiazdę. Widać, że serwetka miała jednak inne zdanie na temat swojego przeznaczenia.
- Pomóc jakoś? - zapytała Hermiona podchodząc bliżej.
- Daj spokój, wiem że przed chwilą wyszłaś z pracy.
- A umawialiśmy się inaczej - burknął Ron za jej plecami.
- Wiem, przepraszam - dodała całując go w policzek - Musiałam załatwić jeszcze kilka rzeczy.
- Załatwić... - mruknął z niezadowoleniem.
Ginny dyskretnie pomachała jej z daleka przywołując do siebie.
- Mogę mieć do ciebie prośbę? - nachyliła się w kierunku Hermiony - Oivier zaraz będzie...
- Kto? - wypaliła bez zastanowienia.
- Olivier... - Ginny westchnęła - No... ten Olivier.
No tak. Mówiła jej o tym już kilka razy. Olivier Brown, dziennikarz z "Proroka" z którym Ginny zaczęła się spotykać. Przecież był nawet w jej własnym domu, przecież był w życiu jej szwagierki już od kilku tygodni.
- Tak, przepraszam... - bąknęła lekko zmieszana.
- Możesz się nim... no wiesz, trochę zająć... Żeby nie trafił w szpony...
- Pewnie - Hermiona uśmiechnęła się automatycznie - Nie denerwuj się tak, wszystko pójdzie dobrze.
- Łatwo ci mówić, ty nie zaprosiłaś na święta faceta który ci się podoba... - zaczęła Ginny, ale urwała w momencie kiedy James i Louis Weasley dopadli do tego samego pluszowego smoka wyrywając sobie wzajemnie maskotkę z rąk.
- Nie wiedziałem, że będzie tyle osób - powiedział Olivier odwieszając płaszcz.
Hermiona gestem zaprosiła go wgłąb Nory.
- Nie martw się, oni tylko groźnie wyglądają - dodała cicho - Ron!
Ron i George głośno dyskutowali przy oknie. Słyszała, że to jedna z tych rozmów na temat ostatniego meczu quidditcha.
- Rona już znasz... - powiedziała Hermiona - A to jest George, kolejny starszy brat Ginny.
George podał Olivierowi dłoń.
- No cóż, dużo jest tych braci... - dodał Olivier niezręcznie.
- I na twoje nieszczęście wszyscy są starsi - dokończył za niego George - Miło mi cię poznać. Jakiej drużynie kibicujesz?
- W sumie to nie jestem... - zaczął Olivier, ale szybko podeszła do nich Ginny z Jamesem na ręku.
- Nie wiedziałam, że już jesteś - dziewczyna pocałowała go w policzek - I... że poznałeś...
- Tak, zdążyłem już poznać... - Olivier objął nieśmiało Ginny
- Tylko rozmawialiśmy - George podniósł ręce wycofując się - Wolno rozmawiać... To jakiej drużynie kibicujesz?
- Nie odpowiadaj - powiedziała natychmiast Ginny. James wyciągnął ręce w kierunku Oliviera - Chodź... poznasz... kogokolwiek innego.
- George... - Hermiona westchnęła kiedy Ginny i Oliver odeszli kilka kroków dalej - Serio...?
- Eeee... Wydaje się być spoko, ale jest strasznie strachliwy - skwitował George.
- Jest spoko - kiwnął głową Ron - James go lubi.
George pokiwał głową. Zmrużył oczy obserwując z oddali siostrę i Oliviera.
- Oni wszyscy wydają się być na pierwszy rzut oka spoko, a później...
- Przestańcie - Hermiona zaprotestowała - Serio. Dajcie... żyć...
Ron chciał objąć ją ramieniem, ale wywinęła się lekko odchodząc w kierunku kuchni.
W kuchni Molly wyjmowała właśnie szarlotkę z piecyka. Dwie blachy pełne ciasta lewitowały obok.
- Musi trochę ostygnąć, zanim się na nią rzucą - powiedziała uśmiechając się w
kierunku Hermiony.
- Może... pomogę...? - zapytała nieśmiało opierając się o kuchenny blat.
Molly nie odpowiadała przez chwilę. Zdjęła fartuch odkładając go na kuchenny blat. Hermiona poczuła w sobie jakieś ogromne zakłopotanie. Chociaż kochała święta w Norze po raz pierwszy czuła jakby jej bycie tutaj było ogromną zbrodnią.
- Już siadajmy do stołu - Molly spojrzała na nią uważnie - czas jeść.
- Oby było nas zawsze więcej - powiedziała Molly nadpijając wina ze swojego kieliszka.
- Chociaż i tak jest nas już całkiem sporo - powiedział Bill szczerząc zęby. Louis właśnie po raz kolejny wylał na siebie sok, a mały Fred próbował ściągnąć kolejnego cukierka choinki. James przyglądał się swoim kuzynom z zaciekawieniem.
- Przebiorę go - westchnęła Fleur wstając od stołu i biorąc syna od męża. Widać, że nie była zachwycona kolejną małą katastrofą.
- Pomógłbyś jej - obruszyła się Molly kiedy Fleur wyszła z pomieszczenia.
- Pomagam - burknął Bill nachylając się do pięcioletniej Dominique, która właśnie chciała mu powiedzieć coś na ucho.
- Nie mogę się doczekać tego etapu kiedy już będą w stanie zająć się sami sobą - westchnęła Angelina zabierając lukrecjową pałeczkę Fredowi - Zjadłeś już za dużo... - pogroziła mu palcem i ignorując protesty malucha oddała pałeczkę George'owi.
- A my będziemy tylko ich wołać na obiad i wściekać się, że są zbyt zajęci lataniem po podwórku - dokończyła jak gdyby nigdy nic.
- Tak, do czasu jak zaczną wracać do domu z niespodzianką... - Molly pokiwała głową - rozbitym czołem, naderwanym uchem, siniakiem na pół twarzy... Miałam tego aż za dużo w życiu.
Fred wyciągnął rączki w kierunku ojca, ale George właśnie sprawił że lukrecjowa pałeczka zniknęła i rozłożył ręce z bezradności.
- Nic nie mam - pokręcił głową w kierunku Freda.
- Dobra, ale mamy w rodzinie uzdrowiciela - Angelina mrugnęła okiem w kierunku Hermiony - Będziemy coś radzić.
- Albo grozić im, że zamkniemy je u Munga na noc - dodał George.
- George! - Molly obruszyła się
- No to może nie przejść - skwitował Ron - Znając Hermionę...
- Co? Co znając Hermionę? - odwróciła się w jego stronę.
Objął ją lekko ramieniem i przyciągnął do siebie. Nie chciała, żeby to wyglądało, że go odpycha ale miała wrażenie, że to nie jest dobry moment na taki gest. Poczuła na sobie wzrok Molly.
- Olivier, a ty... pracujesz z Ginny, prawda? - Molly spojrzała w stronę chłopaka.
- Tak, ale jestem w krajowej redakcji. Trochę inny dział - uśmiechnął się - I częściej polityka czy jakieś sprawy bieżące...
- Olivier naprawdę świetnie sobie radzi - powiedziała Ginny - Często jego teksty trafiają na pierwszą stronę.
- Bo to... bieżące tematy - powiedział szybko Olivier.
- I jest skromny - dodała Ginny.
- No to widać - Mollly machnęła ręką - Jeszcze po kawałku szarlotki kochani?
Hermiona zanurzyła pomiędzy poduszki na sofie przy kominku i zerknęła na zegarek. Było przed 22:00. Starała się nie myśleć o tym co się dzieje w Mungu.
Przy stole na drugim końcu pokoju towarzystwo wybuchnęło salwą śmiechu wywołaną anegdotą George'a. Molly zniknęła w kuchni.
- Źle się czujesz? - zapytał Ron przysiadając się obok.
Pokręciła przecząco głową.
- Nie... Chciałam tylko tak posiedzieć
Dzieciaki znowu kombinowały jak ściągnąć kolejne słodycze z choinki. Czasem wybrany przez Jamesa cukierek sam ruszał w jego kierunku ku ogromnemu niezadowoleniu małego Freda.
- Widziałaś? - Ron spojrzał na nią uważnie - Widziałaś jak James kombinuje?
W odpowiedzi uśmiechnęła się lekko.
- Niesamowite, że on już to robi... - powiedział Ron bardziej do siebie niż do niej - Zdolny jest skurczybyk.
Milczała. Dlaczego miałby nie być zdolny? Jego ojciec też był zdolny. Jest zdolny. Przecież jest i będzie. Jest, żyje, będzie...
- Chcę... Myślę, że już czas abyśmy mieli dziecko - powiedział Ron.
Odwróciła się w jego stronę nagle.
- Co?
Ron spojrzał na nią z lekkim zawodem.
- Chcesz mieć dzieci, prawda?
- Tak, tak... Po prostu... Nie myślałam o tym dawno i...
- No właśnie. Nie myślałaś.
Hermiona uśmiechnęła się chcąc zakryć swoje zakłopotanie. Ron odwrócił spojrzenie.
- Zaskoczyłeś mnie, dlatego tak...
Położyła mu rękę na kolanie.
- Czas na to - powiedział obserwując nadal Jamesa.
Przełknęła ślinę. Nie czuła się na siłach żeby o tym myśleć i rozmawiać.
- Czyli, żeby za rok nasza gromadka przy świątecznym stole się już powiększyła? - zażartowała w końcu przerywając ciszę.
Spojrzał na nią i twarz mu pojaśniała.
- I wtedy nasze będzie jeszcze bardziej zdolne - skwitował to szybko.
- Ron...
- No co?
Ron nachylił się i pocałował ją mocno.
Molly znalazła Hermionę w kuchni, jak wycierała czysty półmisek.
- Później bym się tym zajęła - skwitowała to machając różdżką. Talerze w zlewie podskoczyły nagle zanurzając się w pianie.
- Dobrze jest czasem wstać od stołu - Hermiona uśmiechnęła się starając się zamaskować w sobie ogromną chęć ucieczki.
- Coś o tym wiem - mrugnęła do niej - Powiem Ci w tajemnicy, że i tak bardziej lubię przygotowywać kolację niż później rzeczywiście siedzieć przy stole...
- Ale wszyscy to wiemy.
- Oczywiście wyprę się tego, jeśli to wypłynie na światło dzienne - dodała Molly grożąc jej palcem.
Hermiona starała się uśmiechnąć, ale czuła że niezbyt jej to wychodzi.
- Kochanie... Miałam cię już zapytać wcześniej, ale... - zaczęła Molly cicho - Czy coś się ostatnio... stało? Bo...
Obie milczały przez chwilę. Z pokoju było słychać śmiech i dziecięce krzyki.
- Molly... - Hermiona westchnęła. Chciała zacząć mówić, głos uwiązł jej w gardle. Czuła jak ma w przełyku wielką gulę.
Molly podeszła do niej i przytuliła ją mocno do siebie. Hermiona poczuła jakby miała się zatopić w jej matczynych ramionach.
- Możesz mi powiedzieć wszystko... - Molly pogładziła ją po włosach - Czy coś się wydarzyło?
Pamiętasz Harry'ego Pottera? Ojca twojego wnuka? Leży w sali numer 5 w Mungu pod fałszywym imieniem i nazwiskiem, które nikt nie wie dlaczego...
Hermiona poczuła jak w jej oczach zbierają się łzy. Bardzo, bardzo dawno nikt jej tak nie przytulał - niczego nie oczekując i nie chcąc.
- Miałam ostatnio trudny czas w pracy - Hermiona zamrugała nagle - To dlatego tak... przepraszam, że jestem taka spojrzała na nią uważnie i pokiwała głową.
- Rozumiem - dodała - Mam wrażenie, że jesteś bardzo... bardzo zmęczona.
- Chyba jestem.
Obie milczały stojąc na środku kuchni.
- Mój syn ci nie pomaga? - Molly uśmiechnęła się lekko - Mam mu przemówić do rozsądku żeby o ciebie bardziej zadbał?
- Może lepiej nie - Hermiona starała się jak najdyskretniej wytrzeć wilgotne oczy.
Molly zauważyła to i uścisnęła mocno jej rękę.
- Wiem, że wszystko będzie dobrze. Ułoży się. Wiem to.
- Wybierasz się gdzieś? - Ron zapytał ją kiedy krzątała się w przedpokoju - Jest już prawie północ.
Hermiona miała nadzieję, że uda jej się wymknąć z domu niezauważoną. Kwadrans temu wyszli z kominka wracając z Nory za pomocą sieci Fiuu.
- Muszę na chwilkę zajrzeć do szpitala.
- Wzywają cię w święta? - zdziwił się.
Zamrugała gwałtownie.
- Tak - skłamała szybko - Dostałam sowę... Ale... Szybko wrócę.
- Będę czekał - nachylił się do niej i pocałował ją w usta.
Wykręciła się delikatnie wywołując u Rona lekki uśmiech.
- Muszę iść i wrócę bardzo, bardzo szybko.
W Mungu było przeraźliwie cicho. Słabe światło jakie wydobywało się z pokoju pielęgniarek odbijało się jedynie delikatnym śladem na korytarzu. Hermiona przemknęła szybko starając się nie wydawać żadnego dźwięku. Chociaż w razie gdyby natknęła się na kogokolwiek przygotowała już pozę, która świadczyłaby o tym, że nie ma nic niezwykłego w jej obecności w miejscu pracy w samym środku nocy świąt Bożego Narodzenia.
Chciała tylko zajrzeć do jego sali.
Na stoliku przy łóżku paliła się mała lampka. Nie spał. Od razu wyczuł jej obecność, jak tylko pojawiła się w progu.
Zrobiła krok w jego stronę. W świetle lampki jego twarz zdawała się nabierać upiornego wyrazu. Powoli wypuszczał powietrze próbując kontrolować oddech.
- Hej - mruknęła.
Harry powoli wyciągnął rękę w jej kierunku.
- Boli cię coś? Coś się dzieje? - szybko zbliżyła się do jego łóżka.
- Bywało... lepiej - wymamrotał ochrypłym głosem.
- Czemu nie wzywasz pielęgniarek? Co się dzieje?
- Dostałem już coś przeciwbólowego... powiedziały, że więcej... - urwał i wypuścił powietrze krzywiąc się - że dopiero później...
Chwyciła go za rękę.
- Ciężko ci oddychać?
Kiwną głową.
Sięgnęła do ran na klatce piersiowej. Nie wyglądały najlepiej, ale w sumie - jeszcze nigdy nie wyglądały dobrze. Spojrzała na ostatnie wpisy w karcie. Wszystko zgodnie z zaleceniami Halla. O 21:00 otrzymał lekkie środki przeciwzapalne, ale wpisany w kartę eliksir przeciwbólowy nie miał wysokiego stężenia. Zrobiłaby to inaczej.
- Jak święta? - wychrypiał
- No... - zaczęła - chyba dobrze.
- Chyba?
Skrzywił się znowu i głośno wypuścił powietrze.
- Czy poza tym, że jest ci trudno oddychać dzieje się coś jeszcze?
- Boli - podniósł rękę na klatkę piersiową - I tak jakby bolały mnie... żyły...
Od dawna miała wrażenie, że zaklęcie którym go potraktowano zatruwało krew siejąc spustoszenie w całym organizmie. Naprawdę trzeba to zrobić inaczej.
- Możesz mi coś na to dać...?
Kiwnęła głową. Kiedy zrobiła krok w tył chwycił ją desperacko za kawałek płaszcza. Odwróciła się i zobaczyła w jego oczach strach
- Daleko nie idę - powiedziała.
Hermiona zdjęła płaszcz i rozejrzała się dookoła.
- Coś wymyślę - dodała.
Przemknęła przez korytarz. Obok pokoju pielęgniarek znajdowało się niewielkie pomieszczenie z eliksirami leczniczymi. Bez wahania otworzyła jedną z szafek. Odnalazła wywary z kadzidłowca i wybrała ten o stężeniu 85%.
- Poczujesz się lepiej - powiedziała podając mu eliksir. Rozpuściła kilka kropel w szklance wody. - później pielęgniarki zmienią ci opatrunek.
Pokiwał lekko głową.
- Zostaniesz chwilę? - Harry zapytał po chwili.
Hermiona przysunęła sobie stołek i usiadła obok
- Powinieneś po tym zasnąć.
Wpatrywał się w nią, a ona odwróciła wzrok.
- Byłaś w Norze? - zapytał powoli.
Przytaknęła.
- Coś się stało? - wychrypiał.
- Wiesz co... Możemy o tym dzisiaj nie rozmawiać?
Położył rękę na jej kolanie. Uśmiechnęła się. Harry zamknął oczy. Widać, że eliksir zaczął działać.
- Wesołych świąt - wymamrotał prawie przez sen.
- Wesołych świąt - odpowiedziała.
- Pani Weasley, nie wiedziałam, że ma pani dzisiaj dyżur
Ledwie zdążyła pojawić się w korytarzu, a zwróciła na siebie uwagę Lisy Kramer.
- Oficjalnie mnie tu nie ma, zapomniałam tylko podpisać jednego dokumentu - uśmiechnęła się szybko - Wesołych świąt panno Kramer!
Lisa odprowadziła Hermionę wzrokiem, aż ta zniknęła za rogiem korytarza.
Hermiona znowu nie mogła spać. Wczoraj wróciła do domu przed trzecią. Ron nawet się nie poruszył kiedy kładła się obok niego. Słuchała jak oddycha i liczyła kiedy zegar wybił szóstą. Miała wrażenie, że nie spała, albo spała tak lekko, że jej organizm zatracił umiejętność odróżniania snu od jawy. Ponieważ Ginny i James zostali na noc w Norze, nie obudził jej rano płacz małego chłopca czy typowy krzyk kobiety gdy jej syn wylewał kolejną porcję owsianki na swój sweter.
Jak mogło ją cokolwiek obudzić skoro nie spała?
Zanim Hermiona zdecydowała się uchylić drzwi do jego sali, rozejrzała się dobrze, czy nikogo nie ma w pobliżu. Oddział wydawał się być pogrążony w spokoju świątecznego przedpołudnia. Spokój w Mungu był zawsze złudny, ale wart każdej sekundy.
Nie spał, kiedy do niego zajrzała. W pozycji półleżącej wpatrywał się w świat za oknem.
- Mogę? - zapytała cicho.
Spojrzał na nią, chyba nawet spróbował się uśmiechnąć.
- Jak się czujesz?
- Niespecjalnie - wychrypiał.
Kiwnęła głową. Zajrzała w kartę. Wszystko odbywało się zgodnie z zaleceniami Halla.
- Bolało cię w nocy?
- Mogłem spać, więc...
Kiwnęła głową. Odłożyła jego kartę.
- Masz dzisiaj dyżur? - zapytał Harry.
Zawahała się chwilę.
- Wiesz, jak jest - uśmiechnęła się blado.
- Co z rodzinnymi świętami?
- Właśnie spędzam je z rodziną - wykonała gest w jego kierunku.
Spojrzał na nią uważnie.
- Daj spokój - skrzywił się. Nie był dzisiaj w najlepszym humorze. Poruszył się na łóżku, jakby chciał zrobić coś więcej niż usiąść, ale mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa szybciej niż się spodziewał - Nie jesteśmy rodziną.
- Boli cię?
- Boli - warknął.
Nie odpowiedziała. Nie spodziewała się takiego obrotu sprawy.
- Pomyślałam, że może czegoś potrzebujesz.
- Nie rób takiej miny jakbyś mi współczuła.
- Harry... - dotknęła jego ręki.
- Syriusz - powiedział - Jestem dla ciebie obcym człowiekiem. Niech tak zostanie. Żyj sobie dalej swoim życiem, jak wcześniej.
Szybko cofnął rękę. Zaskoczyło ją to.
- Wrócę później - dodała wstając po chwili. Nie wiedziała co innego może powiedzieć.
- Nie musisz.
Kiedy wychodziła nawet nie spojrzał w jej kierunku.
Hermiona zamknęła się w gabinecie uzdrowicieli. Usiadła przy biurku próbując uspokoić pulchniejącą w środku i dławiącą przykrość. Było jej przykro. Nie zdarzało się to zbyt często, ale dzisiaj naprawdę było jej przykro.
Zamrugała gwałtownie, bo na blat biurka kapnęła łza.
Ty skurwysynu - pomyślała i zaczęła głęboko oddychać. Zaczęła liczyć oddechy. Emocje nie są najlepszym kompanem, mogłaby za chwilę zrobić coś czego będzie żałowała.
A miała na to ochotę.
W szufladzie miała teczkę, od Jennifer Rose. Spojrzała w jej stronę, chociaż dobrze znała jej zawartość. Część jej samej była przekonana, że jeśli przeczyta ją jeszcze raz to może znajdzie odpowiedzi na wszystkie pytania. Jak pomóc Harry'emu? Jakim zaklęciem go potraktowano?
Czy z tej teczki ma szansę dowiedzieć również dlaczego jej przyjaciel zostawił rodzinę, zmienił nazwisko i przeniósł się do Szkocji?
W środku te same zdjęcia, które bardzo dobrze znała. Ofiara potraktowana nieznanym zaklęciem uderzeniowym miała wypaloną dziurę zamiast serca. Poszarpana rana przypominała kolorem te same cięcia, które miał Harry na klatce piersiowej. Przyglądała się temu już kilka razy, ale tak naprawdę bez zbadania ofiary, bez sekcji zwłok nie ma żadnej pewności. Może Harry użył odpowiedniego zaklęcia ochronnego, że zły urok sięgnął go w mniejszym stopniu i natężeniu. Może trafiło go jedynie zaklęcie odbite. Może ten, który chciał je rzucić nie miał wystarczającej siły czy praktyki żeby naprawdę zrobić Harry'emu krzywdę. Czego ma szukać? Ważne, że żyje.
Drzwi do pokoju uzdrowicieli otworzyły się.
- Myślałam, że już pani nie ma... - zaczęła Lisa Kramer przepraszającym tonem. Razem z Paulem, drugorocznym stażystą wparowali rozchichotani do środka.
- Właśnie wychodziłam - odpowiedziała machinalnie Hermiona zamykając teczkę. Wstała zza biurka i dyskretnie schowała teczkę do swojej torby.
Lisa i Paul przeszli na drugi koniec pokoju.
- Pani Weasley... - zaczęła Lisa nieśmiało - cieszę się, że pan Black się wybudził.
Hermionę zamroziło.
- Słucham?
- Był pani pacjentem, prawda? Przyjęła go pani... Cieszę się, że...
- Jest moim pacjentem - przerwała jej.
- Oczywiście - dodała Kramer - Zgodnie z zaleceniami pana Halla dostał...
- Wiem - znowu jej przerwała. Jej unik mógł być odczytany jako zwykła niegrzeczność.
Lisa cofnęła się o krok.
- Myślałam, że zechce pani wiedzieć - dodała dziewczyna.
Hermiona kiwnęła głową.
- Do zobaczenia jutro - odpowiedziała.
- Do widzenia, pani Weasley.
Hermiona wyszła na korytarz zła na samą siebie. Upchnęła teczkę do torby. Zamknęła oczy jakby chciała schować się przed własnymi emocjami.
- Pani Weasley - zaczęła Greta uprzejmie. Pojawiła się tuż obok niej - Tak myślałam, że pani tu jeszcze jest...
- Wychodzę - Hermiona uśmiechnęła się sztucznie. Zapinała ostatnie guziki płaszcza.
- A czy znajdzie pani jeszcze chwilę? Pan Black o panią pytał.
- Byłam już u niego... Pani Kramer ma dyżur, więc...
- Pan Black pytał konkretnie o panią - powtórzyła Greta dobitnie.
- Rozumiem. Byłam już u niego... - Hermiona spojrzała wymownie na zegarek.
- Pani Weasley - Greta jej przerwała stanowczym tonem.
Hermiona zamrugała gwałtownie. Nie miała wyjścia.
Uchyliła drzwi do sali. Nie spał, lampka obok jego łóżka paliła się. Zauważył ją.
- Wychodziłaś? - Harry wychrypiał powoli.
- Tak.
Zrobiła krok w kierunku łóżka. Poczuła w ustach smak złości na jego widok. Po raz pierwszy - smak prawdziwej furii. Przedtem czuła niepewność, strach, współczucie, troskę i nawet zazdrość... Nakręcała się, myślała o tym jak wywrócił ich życie do góry nogami i jak przez niego okłamuje najbliższych. Ale kiedy przychodziła do sali wiele z tego zdawało się znikać. Przecież to był on.
- Bardzo... bardzo... mnie...
Widziała, że cierpiał.
- Czy to jest ból taki jak wczoraj?
Kiwnął głową. Zaciskał zęby. Sięgnęła w kierunku jego bandaży. Cofnął się lekko, jakby zapadł w sobie.
- Muszę zobaczyć.
Rozchyliła opatrunek. Wyglądało to okropnie, jakby z ran znowu sączyła się jakaś czarna maź. Westchnęła.
- Nie... wytrzymam... - wychrypiał.
- Dostałeś już dzisiaj środki na to i...
Chwycił ją za nadgarstek. Wpatrywał się w nią tak intensywnie, że gdyby spojrzenie mogło kłuć, ona poczułaby na sobie metalowe igły.
- Proszę...
- Harry, nie mogę.
Ścisnął ją jeszcze mocniej za nadgarstek.
Hermiona wyszła na korytarz. W pokoju pielęgniarek było pusto. Miała nadzieję, że natknie się na Gretę, ta na pewno by jej pomogła. Fiolka z wywarem z kadzidłowca stała dokładnie tam gdzie ją wczoraj zostawiła. Hermiona tym razem wzięła trzy - schowała je do kieszeni płaszcza.
Od tygodni czuła się jak zdrajca, który chowa wielką tajemnicę przed najbliższymi. Tłumaczyła sobie, że nie ma wyjścia, że to wszystko dla większego dobra. Tak trzeba, tak powinna. I co może jeszcze liczyła na jakąś nagrodę od losu za chronienie przyjaciela?
Albo kogoś kto nim kiedyś był? Jaka jest granica między byłymi przyjaciółmi, a obecnymi?
Harry płakał jak dziecko. Był spocony i napięty. Prześcieradło było wygniecione, wyglądało jakby przed chwilą chciał je podrzeć swoimi dłońmi.
Hermiona podbiegła do niego. Spojrzał na nią oskarżycielskim wzrokiem.
- Wyjdź - wychrypiał.
Rozejrzała się po sali - drzwi na korytarz były uchylone, ale w budynku panowała wieczorna cisza.
- Pomogę ci.
- Nie możesz.
Odchyliła kołdrę, opatrunek na jego klatce piersiowej był przesiąknięty czarną mazią.
- Jest mi zimno - powiedział - Bardzo zimno.
Łzy leciały mu po policzkach. Jemu, dorosłemu mężczyźnie. Zajrzała do karty - wszystko zgodnie z planem Halla.
- Ten ból... - wydukał - Powiedzieli, że nic nie mogą zrobić, że... ale ja już...
Hermiona wyjęła z kieszeni fiolkę i podała mu do ust. Z pojemniczka kapnęło kilka kropel.
- Co to było?
- Nawet jak ci powiem, to i tak nie zapamiętasz - uśmiechnęła się lekko - nigdy nie byłeś najlepszy z eliksirów.
- Byłem całkiem niezły - uśmiechnął się. Przymknął oczy. Dotknęła jego spoconego czoła. Kiedy wycierała mu z policzka łzę, podniósł rękę i przytrzymał jej dłoń na swojej twarzy. Eliksir działał natychmiast. Zasypiał.
- Ale ty byłaś lepsza - mruknął na granicy snu i jawy.
Zabrała swoją dłoń. Czymkolwiek dostał, jakimkolwiek urokiem został potraktowany, jakimkolwiek jest człowiekiem i cokolwiek zrobił - był też jednak Harrym.
- Co robisz? - Ron zaskoczył ją wchodząc do sypialni. Akurat miała w ręku otwartą teczkę od Jennifer Rose. Nie miała zamiaru zabrać jej kiedykolwiek do domu - nawet odczuła złość na siebie, kiedy po powrocie zauważyła ją w swojej torbie.
- N-nic - wyjąkała lekko wytrącona z równowagi. Nadal miała przed oczami makabryczne rzeczy.
- Co czytasz?
Zamknęła teczkę zanim Ron miał szansę zobaczyć cokolwiek. Przynajmniej taką miała nadzieję. Jak gdyby nigdy nic odłożyła teczkę na szafkę.
- To z pracy - nie ważne.
Spojrzał na nią surowo. Nie byli małżeństwem pełnym wylewnych uczuć, ale tym razem powiało wręcz chłodem.
- Gdzie byłaś cały dzień?
- W pracy.
- W święta?
- Ron, błagam...
Westchnął i wyszedł do łazienki. Czuła, że musi się przygotować na jego wyrzut.
- Jesteś zły.
- Nie, wcale - burknął odkręcając wodę w kranie.
- Widzę.
- Bo dziwnie się zachowujesz.
- A ty zachowujesz się teraz całkiem normalnie?
- Byłaś dziwna, jak wspomniałem o dzieciach.
Wzięła głęboki oddech. Czyli to o tym.
- Mówiłam ci, że mnie zaskoczyłeś. Ron, nie prowadzimy takich rozmów każdego dnia. Byłam zaskoczona.
- No właśnie, nie prowadzimy - rzucił ręcznikiem o ścianę i wyminął ją w drzwiach. Przymknęła oczy.
- Jakiś czas temu do Munga przywieziono bliźniaków. Roberta i Michaela. Mieli po pięć lat. Byli w ciężkim stanie. Ich własna matka próbowała ich otruć.
Ron zatrzymał się na środku ich sypialni.
- Co?
- Trafiła na oddział dla niepoczytalnych. Przed świętami chłopcy trafili do wujka. Być może nie powinnam używać tej karty "moja praca ma na mnie wpływ", ale ma Ron. Ma. Czasami sobie nie radzę z emocjami.
- Mogłaś powiedzieć. Przecież możesz powiedzieć mi wszystko.
Podszedł i przytulił ją, ale ten mały gest sprawił że poczuła się jeszcze gorzej. Zerknęła na teczkę ponad jego ramieniem. Teczkę ze zdjęciami zmasakrowanych ciał.
Według moich obliczeń (wspartych pomocą Wikipedii) - utrzymując, że James urodził się w 2004 roku (ma obecnie 2 latka) to:
- Dzieci Billa i Fleur: Victorie (ma 6 lat), Dominique (ma 5 lat), Louis (ma 2 latka)
- Dzieci Percy'ego i Audrey: Molly (ma 2 latka), Lucy (jeszcze się nie urodziła - urodzi się za rok)
- Dzieci George'a i Angeliny: Fred (ma 2 latka), Roxanne (jeszcze się nie urodziła - urodzi się za rok)
Z premedytacją pominęłam Artura Weasley'a (w domyśle go uśmiercając. Ups.)
