- Nie ruszaj tego!
Znowu stała pośrodku wrzosowiska. Zimno przenikało przez całe jej ciało, a mgła przesłaniała całą przestrzeń dookoła jej. Odwróciła się w kierunku głosu. To był głos Harry'ego. Chciała coś powiedzieć, ale nie mogła wydobyć z siebie żadnego dźwięku.
- Nie wtrącaj się!
Nagle na jego klatce piersiowej pojawiły się cięte rany, a z nich wylała się czarna maź. Upadł na ziemię.
- NIE! - krzyknęła podbiegając do niego.
- Hermiona!
Ron potrząsał jej ramieniem, otworzyła nagle oczy. Obudziła się tak gwałtownie, jak gwałtowny jest pierwszy oddech osoby, która za długo była pod wodą i której śmiertelnie zaczynało brakować powietrza. Jej koszula była mokra od potu.
- Krzyczałaś przez sen - wymamrotał.
Przytuliła się do niego, wciąż po części będąc na wrzosowisku.
Biblioteka szpitala św. Munga była jednym z jej najbardziej nieoczekiwanych odkryć. Dostęp do tego miejsca mieli tylko i wyłącznie uzdrowiciele i stażyści. Zbiory były imponujące i czasami przypominały jej Hogwart, choć z biblioteką w szkole nic nigdy nie będzie mogło się równać.
Hermiona przeszła przez długi korytarz między regałami. Wraz jej krokami zapalały się dookoła lewitujące świece, czujnie śledząc kierunek w którym zamierza się udać. Przystanęła przy dziale niebezpiecznych zaklęć i uroków. Miała jednak przeczucie, że nic co znajdzie w znanych tomach nie będzie ją do końca satysfakcjonowało.
Gdyby odpowiedzi były takie proste pewnie ktoś z nas by na nie wpadł przeszło jej przez głowę. Przeszła dalej. Wzięła do ręki stary, oprawiony w skórę tom "Leczenie zakażeń krwi". Do tego dołożyła jeszcze "Zioła, które oczyszczają" i kłaniając się lekko starszemu pracownikowi biblioteki przeszła do wyjścia.
Weszła do sali Harry'ego bez pukania.
- Jak się… - urwała widząc przy łóżku pacjenta Jennifer Rose.
- Dzień dobry - Jennifer uśmiechnęła się do niej ciepło.
Harry siedział na łóżku oparty na poduszkach. Wydawał się być w dobrej energii, całkowicie innej niż kilka dni temu kiedy błagał ją o środki uśmierzające ból. Od czasu świąt podała mu je jeszcze cztery razy razy. Za każdym razem skrzętnie odmierzała dawki, czasem rozcieńczała krople. Sprawdziła pięć razy jakie są dopuszczalne proporcje i ile może wynosić pojedyncze podanie dla dorosłego mężczyzny. Odnotowywała wszystko w głowie pamiętając, że jest to nie tylko silny lek, ale również silnie uzależniający. I nawet jeśli powtarzała sobie "to po raz ostatni" to wykrzywiona grymasem cierpienia twarz Harry'ego przekonywała ją, że działa właściwie.
- Nie wiedziałam, że ma… pan… gości - wyjąkała Hermiona wycofując się. Fiolki z eliksirem z kadzidłowca zagrzechotały w kieszeni jej fartucha. Harry zmierzył ją spojrzeniem. Nie znała tego wzroku.
- Mogę przyjść później - powiedziała powoli Jennifer patrząc na mężczyznę.
- Nie, całkowicie nie - odpowiedział szybko.
- Pacjentom przydaje się towarzystwo - skwitowała Hermiona. Chciała wyjść z sali, ale dziwnym trafem nie potrafiła się ruszyć z miejsca - Chciałam… chciałam tylko zapytać jak samopoczucie i…
- Czuję się dobrze. Rozmawiałem z ordynatorem, powiedział że jutro mogę spróbować wstać.
Hermiona zamrugała gwałtownie.
- Wstać?
- To świetnie - dodała Jennifer z uśmiechem - To chyba dobra wiadomość, prawda?
- No nie wiem…
- Nie chcę zajmować pani czasu, pani uzdrowiciel - przerwał Harry patrząc jej prosto w oczy. Poczuła na sobie zaskoczone spojrzenie Jennifer.
Hermiona kiwnęła krótko głową. Nie spodziewała się takich słów od swojego przyjaciela. Wycofała się przymykając za sobą drzwi.
- To nie było do końca miłe - usłyszała słowa Jennifer - Ona jest naprawdę w porządku, rozmawiałam z nią kilka razy.
Harry mruknął jej coś w odpowiedzi. Hermiona zacisnęła powieki. Czyli teraz była dorosłą kobietą, uzdrowicielką, która podsłuchuje pod salą pacjenta. Skarciła sama siebie w myślach.
- Wszystkiego dobrego w nowym roku! - zaczepił ją Matthew. Usiadł naprzeciwko jej biurka i sięgnął do puszki piernikowych traszek, która stała na blacie. - Tobie też Matthew, cieszę się że cię widzę. Mam nadzieję, że wypocząłeś - dodał przedrzeźniając jej głos.
Hermiona nawet nie podniosła głowy.
- Wszystkiego dobrego w nowym roku - odpowiedziała mechanicznie.
Matthew zmarszczył czoło.
- Co czytasz?
- Nic takiego.
Wyciągnął rękę w kierunku książki, żeby móc sobie odchylić okładkę.
- "Leczenie zakażeń krwi"? Po co czytasz coś, co znasz na pamięć
Obrzuciła go spojrzeniem.
- Bardzo zabawne.
- Pani Weasley, byłbym w ciężkim szoku, gdyby okazało się, że jest jakaś książka, z której uczyliśmy się na stażu, a której pani nie zna na pamięć.
Hermiona westchnęła i zatrzasnęła tom.
- Masz rację.
- Jesteś i zawsze byłaś kujonem - mruknął z satysfakcją.
- Masz rację, że tutaj nie znajdę odpowiedzi. To byłoby za proste.
- Tego nie powiedziałem. Jak twoje święta?
- Jego stan jest stabilny, ale nadal zły, rozumiesz? I skarży się na ból. Skoro się skarży, to ból naprawdę musi być ogromny, a do tego… te rany… Próbowałam dowiedzieć się czym dostał i czy coś sobie jest w stanie przypomnieć, ale… on nic… nic nie pamięta…
- Zapytałem jak twoje święta.
- Dobrze. I jest już silniejszy, to prawda. Ale te rany… Przy takiej zmianie opatrunków powinniśmy zobaczyć jakiekolwiek zmiany, choć jakikolwiek ślad gojenia, a tutaj, to wszystko idzie powoli. I ta krew… ona staje się czarna. Ataki bólu występują zazwyczaj w nocy, za każdym razem tak samo - jakby to coś na nowo wyżerało jego organizm, rozumiesz? I im bardziej się staramy, tym bardziej nie jesteśmy w stanie…
Urwała widząc wzrok Matthew. Było tam coś na pograniczu "oszalałaś", "jesteś pijana" albo "chyba nie spałaś od czterech dni".
- Rozumiem, że nie jesteś w stanie przerwać swojego…
Matthew urwał, bo drzwi do pokoju uzdrowicieli się otworzyły i do środka weszła Lisa Kramer. Uprzejmie skinęła głową w ich kierunku. Matthew odprowadził ją spojrzeniem.
- Pani Weasley, może przejdziemy się do bufetu? - zapytał głośno. Hermiona uśmiechnęła się.
- …pracowałaś w święta zamiast spędzać czas z rodziną. Mówiłaś, że weźmiesz wolne pod koniec roku, a ty teraz bełkoczesz znad książki. - wypalił kiedy tylko wyszli na korytarz.
Hermiona westchnęła. Przeszli kilka kroków.
- To nie tak. Martwię się o tego pacjenta.
- Jak będziesz się martwić o każdego pacjenta, to sama staniesz się pacjentką, ale oddziału dla niepoczytalnych.
Hermiona zatrzymała się - na końcu korytarzu zauważyła znajomą sylwetkę.
Z gabinetu Halla właśnie wychodził Kingsley Shacklebolt. Szef Biura Aurorów spojrzał na nią bez słowa. Jego twarz pozostawała spokojna, nieprzenikniona, a w jego spojrzeniu było coś, co przypominało ostrzeżenie.
Kingsley nie zatrzymał się, nawet nie skinął głową. Po prostu ruszył wzdłuż korytarza. Zniknął za rogiem, zanim zdążyła się odezwać.
- Wszystko w porządku? - zapytał Matthew - Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha.
Hermiona potrząsnęła nagle głową.
- Przypomniałam sobie… Idź sam… Zapomniałam…
Matthew wzruszył ramionami, kiedy Hermiona szybkim krokiem ruszyła w stronę Kingsleya.
- Możemy porozmawiać?
Jennifer Rose dosłownie wyrosła przed nią. Hermiona aż odskoczyła zaskoczona.
- Przepraszam jeśli przeszkodziłam rano… - aurorka zaczęła od razu, ale Hermiona jej przerwała.
- Nie, to ja przepraszam. Powinnam była zapukać.
- Wiem, że nie jestem żadną krewną Syriusza, ani… bliską osobą, ale… Jaki jest jego stan?
To było pytanie na które Hermiona nie miała odpowiedzi. Teoretycznie rekonwalescencja Harry'ego postępowała zgodnie z planem. Dzisiaj wydawał się mieć więcej sił. Jeśli tak dalej pójdzie Hall będzie naciskał na wypis w przeciągu 14 dni. Nocą nadal jednak zdarzały mu się ataki bólu, rany na klatce piersiowej otwierały się. Przy tym wszystkim wydawał się być przykry, rozgoryczony, zniecierpliwiony…
- Myślę, że jest lepiej i… z każdym dniem będzie lepiej. Będzie nabierał sił.
- Wydajesz się… wydajesz się nie być przekonana.
Hermiona westchnęła.
- Bo nie jestem.
Między nimi zapadło milczenie.
- Dostałam przeniesienie do Londynu. Na stałe - Jennifer przerwała ciszę - będę teraz tutaj w biurze. I… udało mi się wczoraj pogrzebać w aktach. Mam wrażenie, że te ataki… Ostatni, ten z 20 grudnia był bardzo podobny do tego, co przytrafiło się nam… Chciałabym…
Jennifer urwała widząc nadchodzące pielęgniarki z naprzeciwka.
- Chciałam, żebyś się temu przyjrzała… Mam złe przeczucia i chcę to rozwiązać. Cokolwiek i ktokolwiek za tym stoi. Rozmawiałam o tym z Syriuszem, że mam kogoś zaufanego, kto może nam pomóc i miałam na myśli ciebie. Jeśli się zgodzisz to myślę, że powinnyśmy porozmawiać. Ale nie tutaj.
Hermiona zamilkła. Myślała teraz o tym, że rozmowa z Jennifer może być dla niej trudna z wielu względów.
- Przepraszam, jeśli moja propozycja jest zbyt…
- Nie, to nie o to chodzi - wpadła jej w słowo Hermiona.
Wieczorem znowu miał atak. Tuż przed wyjściem z pracy Hermiona zajrzała do sali Harry'ego. Leżał zlany potem, całkowicie inny od tego co widziała rano.
- Błagam - wychrypiał. Chwycił ją mocno za kawałek kitla - Zrób coś.
Hermiona miała już wypracowaną metodę. Nie zawahała się nawet przez chwilę. Dodała mu kilka kropel wywaru z kadzidłowca do szklanki wody i podała. Wypił od razu.
- Rozmawiałam z Jennifer… - zaczęła powoli.
Harry miał półprzymknięte oczy. Wątpiła nawet czy ją słyszy w momencie kiedy eliksir przeciwbólowy zaczynał działać. Mruknął coś niezrozumiałego.
Hermiona usiadła na krześle obok i wzięła go za rękę. Ścisnął ją.
- Musisz być silny, do cholery - dodała.
Nic nie odpowiedział, bo od razu zdawał się zapaść w sen. Czy to atak bólu go tak wykańczał czy raczej organizm już tak zaczął reagować na eliksir? Wygładziła prześcieradło na jego łóżku.
Kiedy wróciła do domu Ron siedział przy kuchennym stole. Miał posępną minę. Kiedy chciała go pocałować na powitanie odsunął się gwałtownie.
- Co jest? - zapytała ze śmiechem.
Ron zmierzył ją spojrzeniem. Spod gazety wysunął teczkę, którą dostała przed świętami od Jennifer.
- No właśnie, co jest? - zapytał zimno patrząc jej w oczy.
Hermiona przygryzła wargę. Poczuła, że całe jej ciało tężeje. Wpada w stan hibernacji i zamrożenia.
- Grzebałeś w… - wyjąkała
- Nie, Hermiona - przerwał jej szybko - Nie grzebałem. Nie obrócisz tego przeciwko mnie.
- Konsultowałam jedną sprawę dla… dla biura aurorów.
- Więc przyniosłaś teczkę pełną zmasakrowanych zwłok do domu?
- Musiałam pomyśleć, mówię ci… konsultowałam…
- Nie mówiłaś mi o tym.
Wzruszyła ramionami.
- A dlaczego miałabym ci mówić?
Ron spojrzał na nią z zaskoczeniem.
- Dlaczego? Wydawało mi się, że zawsze rozmawiamy i dzielimy się… I… Nie, nie będę ci tłumaczył dlaczego. Nie po tym co przeszliśmy i co ustaliliśmy.
- Ron, wściekasz się jak przynoszę pracę do domu i teraz wściekasz się jak jej… nie przynoszę? Zdecyduj się.
Między nimi zapadła gęsta cisza. Chciała przejść po tym do porządku dziennego, skończyć już temat. Ron powoli wstał z krzesła.
- Nie chcę żebyś konsultowała spraw dla biura aurorów - powiedział wreszcie
Skrzyżowała ręce na piersi. To już nie chodziło o teczkę i tajemnice.
- Nie możesz mi tego zabronić.
Był wściekły. Widziała, że za chwilę może wybuchnąć. Otworzył teczkę i podsunął jej zdjęcia zmasakrowanych ciał.
- Obiecałaś mi - wysyczał do niej - obiecałaś mi, że będziemy żyli spokojnie z dala od tego wszystkiego. Obiecywałaś, że zerwiemy wszelkie kontakty, że nie będziemy mieć nic wspólnego z tym miejscem i z tą pracą. To przez to ludzie popadają w obłęd, rodziny się rozpadają, ludzie… Wiesz dobrze jak to się kończy.
- Jak?
Ron wyszedł z impetem na korytarz. Obiecała mu przed laty, mimo tego że decyzja o porzuceniu pracy autorki wywróciła wtedy jej świat do góry nogami. Ron chciał prostego życia, dużej rodziny i ciepłego domu, co całkowicie rozumiała. Zgadzała się z nim - chciała tego samego. Przynajmniej tak zawsze mu powtarzała.
- Ron! - krzyknęła za nim.
Chwycił po drodze kurtkę. Nawet się nie odwrócił.
- Przez te wszystkie tygodnie byłaś dziwna. Cały czas słyszałem, że dużo pracujesz i jesteś zmęczona. Oczywiście! Oczywiście najwięcej na całym świecie, bo jako jedyna nosisz ciężar ludzkości na swoich barkach! A teraz okazuje się, że kombinujesz jak wrócić do dawnego...
- Nic takiego nie robię! - krzyknęła - Ron!
- Naprawdę chcesz mieć rodzinę?! Czy tak jak...
- Nie wszyscy są tacy jak Ha... - wrzasnęła
- Ani mi się waż wymawiać jego imienia w tym domu.
Myślała, że ją uderzy. Cofnęła się kilka kroków.
- Chcę powiedzieć, że nie wszyscy, którzy pracują tam… że nie wszystkich to zmienia tak bardzo.
- Nie? Ciebie już zmieniło, a ponoć konsultowałaś tylko jedną sprawę.
Ron wyszedł z domu trzaskając drzwiami.
Ron nie wrócił na noc do domu. Najgorsze było to, że Hermiona przyłapała samą siebie na poczuciu pewnej ulgi. Ulgi, że nie musiała dalej ciągnąć tej rozmowy i tłumaczyć mu całej sytuacji. Odłożyła to w czasie.
Jedynie nad ranem pomyślała, że teraz naprawdę będzie jej trudno wyjawić całą prawdę. Jeśli można zapędzić się w swoich kłamstwach, to ona właśnie to zrobiła.
A przynajmniej tak się czuła.
Podczas obchodu zdawała się być nieobecna. Nie odzywała się kiedy Hall komentował jej przypadki, nie wymieniła z Matthew ani jednej uwagi, kiedy Lisa Kramer metodą "na kujonkę" zgłaszała się do każdego zadania.
- Zatrucie. Pacjentka z płytkim oddechem, zmniejszony poziom tlenu we krwi, problemy z oddychaniem – rzucił Hall przy jednej z pacjentek w sali numer cztery – proszę, Kramer, jakie działania należy podjąć?
- Zaleciłabym zwiększenie dawki eliksiru regeneracyjnego z kroplą eliksiru natleniającego. Do tego inhalacje z esencji mięty pieprzowej, aby wspomóc drogi oddechowe – odpowiedziała głośno, rzucając krótkie spojrzenie na Hermionę, oczekując jakiejkolwiek reakcji. Ta nawet nie podniosła wzroku.
Matthew spojrzał na Hermionę, jakby chciał coś powiedzieć, ale szybko zrezygnował. Zaczął go martwić jej posępny nastrój i milczenie. Stażyści bezszelestnie przeszli korytarzem do sali numer sześć.
Kiedy weszli do sali Harry'ego, on siedział na łóżku. Nogi miał opuszczone na podłogę, a ręce trzymał kurczowo na krawędzi materaca, jakby właśnie przygotowywał się do wstania.
- Pacjent wykazuje oznaki poprawy fizycznej. Rany na klatce piersiowej częściowo się zasklepiły - skomentował Hall - Wczoraj zachęcałem pana Blacka do postawienia pierwszych kroków.
- Pacjent skarżył się kilka razy na ból o różnym natężeniu - dodała Hermiona.
Jej głos zadrżał. Wyglądała jakby była gotowa do rzucenia się na pomoc. Stażyści odwrócili się w jej kierunku.
- Rozmawiałem o tym z panem Blackiem - odpowiedział Hall chrapliwym głosem - Mamy sytuację pod kontrolą. Jak się pan czuje, panie Black?
- Jak ktoś, kto od tygodni jest traktowany jak okaz do badań. Chciałbym już stąd wyjść.
- Proszę zapisać, że utrzymujemy leczenie – dodał Hall patrząc na Lisę – a panu Blackowi przypominam, że odradzamy nadmierny wysiłek. Małymi krokami, panie Black.
Harry parsknął cicho, przerywając jego słowa.
- Zanotowane jak w szkolnym eksperymencie – rzucił z przekąsem, opierając się z powrotem na łóżku.
Lisa zerknęła na Halla, jakby oczekiwała jakiejś reprymendy, ale ordynator nie zareagował.
- Pani Weasley, ma pani coś do dodania? – zapytał Hall, przerywając napiętą ciszę.
Hermiona poczuła, jak wszystkie spojrzenia grupy kierują się na nią.
- Nie, nic.
Hall pokiwał głową i grupa ruszyła za nim na korytarz. Hermiona nawet nie zaszczyciła spojrzeniem Harry'ego.
- Co się dzisiaj z tobą dzieje? - zapytał ją cicho Matthew, kiedy byli na korytarzu.
Nie odpowiedziała.
- Nie powinieneś wstawać - powiedziała pół godziny później Harry'emu.
Był w pozycji półleżącej, wsparty na poduszkach. Czytał książkę.
- Rozmawiałem z ordynatorem Hallem, moim lekarzem prowadzącym. Powiedział mi, że to wręcz wskazane.
Hermiona weszła do sali i ostrożnie zamknęła za sobą drzwi. Widziała, że jest w lepszej kondycji już od kilku dni. Nagła poprawa zdrowia napawała nadzieją, ale z drugiej strony co noc zwijał się z bólu. Regularnie.
- Uważam, że jest na to za wcześnie.
Uśmiechnął się drwiąco. Kiedy tylko miał siłę coraz częściej obdarzał ją tym uśmiechem. Nie znała go wcześniej.
- Być może, ale z tego co rozmawiałem wczoraj z Marcusem Hallem to nadal on jest moim lekarzem prowadzącym.
Hermiona zacisnęła zęby.
- O co ci chodzi? - wypaliła
- Mi? O co chodzi tobie?
- Troszczę się o ciebie idioto. Troszczę! Masz więcej siły. Cieszę się. Ale Harry, na miłość Boską... - załamała ręce.
- Syriusz.
Podeszła do jego łóżka szybkim krokiem. Widział, że była wściekła. Jego oczy rozszerzyły się.
- Hermiono - zaczął powoli - Musisz zrozumieć jedną, podstawową rzecz. To, że tu jestem nic nie zmienia. Nic nie zmieni. Nadal się nie znamy.
- Słucham?
- Rozumiem, że się angażujesz, ze względu na… Ale to nic nie zmieni. Nadal będę Syriuszem. Nadal będę wykonywał swoją pracę.
- Masz syna.
- Wiem.
- I?
Wzruszył ramionami.
- Nie wierzę. Naprawdę nie wierzę - wydusiła rozpaczliwym tonem - Nie wierzę, że mówisz to właśnie ty.
Harry zamknął książkę.
- Gdybym miał wybór, naprawdę wolałbym nie trafić na twój oddział. Ale nikt mnie nie pytał o zdanie.
Patrzył na nią zimnym wzrokiem. Hermiona głośno wypuściła powietrze. Sięgnął ręką do jej dłoni, ale cofnęła się gwałtownie.
Kiedy cztery godziny później Hall, ordynator oddziału, pojawił się w progu pokoju uzdrowicieli, Hermiona uzupełniała karty innych pacjentów. Zaszyła się w gabinecie ze stosem papierkowej pracy. Chciała schować się dzisiaj od świata i przetrwać dyżur. Wrócić do domu, może zastać Rona przy stole w kuchni i poczuć ulgę, że jest w domu. A może lepiej byłoby właśnie nie wracać do domu - nie musieć tłumaczyć się, opowiadać, rozmawiać i roztrząsać.
Hall odchrząknął próbując na siebie zwrócić uwagę.
- Pani Weasley, mogę panią prosić na słowo?
- Proszę usiąść - pokazał jej krzesło, kiedy tylko weszli do jego gabinetu.
Hermiona posłusznie usiadła.
- Nie wiem co mam z tym zrobić, ale… nie mogę tego tak zostawić - Hall nerwowo przeszedł się po gabinecie.
- Coś się stało?
- Bardzo panią szanuję, ale… Hall usiadł wreszcie za biurkiem.
- Otrzymałem zgłoszenie… oficjalną skargę… o tym, że z szafki zniknęło kilka fiolek eliksirów… Silnie uzależniających eliksirów…
Hermiona głośno wypuściła z siebie powietrze.
- I otrzymałem… Otrzymałem informację, że wbrew wszelkim zaleceniom to pani podaje je pani jednemu z pacjentów.
- Rozumiem, że ma pan na to dowody?
Hall skrzyżował ręce na piersiach i odchylił się w swoim fotelu. Wyglądał jakby nie wierzył własnym uszom.
- Pani Weasley… Naprawdę Panią szanuję… Ale nie będziemy tak rozmawiać.
Hermiona spojrzała mu prosto w oczy. Czuła jakby wewnątrz zaczęła zamieniać się w bryłę lodu. Nie miał dowodów, nie mógł mieć. Skąd miałby je mieć?
- Zgłosiła mi to jedna ze stażystek. Zgłosiła mi, że otrzymuje je jeden z pacjentów, któremu wyraźnie zaleciłam inne leczenie… To pismo poszło od razu do góry…
Nie wiedziała co ma mu odpowiedzieć. Była ostrożna. Szybko analizowała wszystkie możliwości i poszlaki, które mogłyby wskazywać właśnie na nią.
- Hermiono - powiedział, zmieniając ton na bardziej osobisty. - Wiem, że jest pani jedną z najlepszych uzdrowicielek, jakie widziałem. Ale takie sytuacje… jaki pani bezpośredni przełożony muszę to zgłosić do rady uzdrowicieli. Musi odbyć się przesłuchanie, szczególnie w tym przypadku…
Wzięła głęboki oddech. Teraz dopiero poczuła jak krew w niej pulsuje. Poczuła przypływ adrenaliny, delikatnie rozpoczynającą się panikę. Słyszała wręcz jak wszystko w jej organizmie pracowało trzy razy szybciej.
- Być może podjęłam decyzje, które nie są standardowe. Ale to nie była kwestia chęci łamania zasad. To była kwestia ratowania życia drugiemu człowiekowi.
Hall zamrugał gwałtowanie. Chyba był zaskoczony jej spokojnym i dobitnym tonem głosu. Wstał powoli z krzesła.
- Nie mogę pozwolić sobie na takie… samowolne działanie.
- Właśnie panu tłumaczę, że to nie jest kwestia samowolnego działania, tylko pomocy. Pomagałam pacjentowi. Od kiedy pomaganie jest zakazane?
- Dobrze Pani wie, że to nie jest rozmowa o pomaganiu.
- A o czym? - przerwała mu - Ten człowiek cierpi od tygodni. Regularne ataki bólu. Szukam odpowiedzi. Odpowiedzi, panie Hall. Nie leczenia objawów. Odpowiedzi i przyczyny tego stanu. Tak, żeby ten człowiek mógł z tego wyjść cało i żeby nie…
- Hermiono - przerwał jej ostro. Nie słyszała jeszcze u niego takiego tonu głosu - To nie jest rozmowa o jednym pacjencie. To rozmowa o pani przyszłości jako uzdrowicielki. To rozmowa o tym, że najpierw nie zastosowała się pani do poleceń przełożonego, a później na własną rękę podawała silne środki jednemu z pacjentów. Może pani być najgenialniejszą uzdrowicielką, ale są jednak pewne zasady i procedury postępowania. A to co przez ostatnie dni pani okazywała jest oznaką całkowitej ignorancji. Zarówno mnie… Jak i tego biednego człowieka, któremu pani aplikuje te eliksiry.
Przez chwilę zapadła cisza. Hall wydał się zaskoczony własnymi słowami.
- Ma pani coś do dodania?
- Jego stan się poprawił. Może pan to sprawdzić osobiście. Ściśle kontrolując stężenie i dawki możemy…
- Mówi pani o leczeniu doświadczonego aurora, który ucierpiał podczas akcji. Mówi pani o leczeniu aurora o którego regularnie dopytuje się Ministerstwo. Szef Biura Aurorów bywa u mnie częściej niż kiedykolwiek… Hermiono, naprawdę… Myślałem, że jest pani mądrzejsza.
Hermiona parsknęła śmiechem.
- I nie zadaje pan żadnych pytań? ŻADNYCH?
- Nie zadaję, bo wiem, że nie dostanę odpowiedzi. Może nawet nie chcę ich dostać - Hall westchnął - Wiem, że jest pani byłą aurorką, ale świadomie podjęła pani decyzję o zmianie zawodu. Powinienem był posłuchać Kingsley Shacklebolta i dawno odsunąć panią od Blacka. Kimkolwiek on jest.
- Bo wie pan kim on jest?
Hall spojrzał na nią.
- Nie jest to moja sprawa. Nie szukam taniej sensacji.
Wstała z fotela.
- Nie wierzę. Naprawdę! Wszyscy nabierają wody w usta, jak gdyby nigdy nic!
- Proszę zabrać swoje rzeczy, przekazać dokumentację komuś innemu… Mam nadzieję, że wyrażam się jasno i nie znajdzie tutaj pani jakiegoś nowego pola do interpretacji.
- A co, jeśli odmówię?
- Proponuję pani zawieszenie do czasu wyjaśnienia sprawy. Powinna pani zostać zwolniona z zakazem wykonywania zawodu.
- Może jeszcze za chwilę postawi pan aurorów przy drzwiach i zakaże mi wejścia do Munga?
Hall zmarszczył brwi.
- Szczerze to miałem nadzieję, że pani wszystkiemu zaprzeczy. Otrzyma pani sowę w sprawie przesłuchania. Proszę sobie przemyśleć czy nadal chce pani być uzdrowicielką.
- Co się stało? Pół Munga aż huczy…
Matthew zatrzymał się w wejściu do szatni dla uzdrowicieli, widząc Hermionę siedzącą w kącie na podłodze. Szatnia była pusta. Hermiona miała spuszczoną głowę.
- Zostałam odsunięta od pacjentów - odpowiedziała cicho, wbijając wzrok w podłogę - Zawieszona. Mam stanąć przed Radą Uzdrowicieli.
Matthew podszedł bliżej. Hermiona podniosła głowę, spoglądając na niego mętnym wzrokiem.
- Nie rozumiem.
- Mam powtórzyć?
- Nie… Nie rozumiem jak… Stażysta mi powiedział jak byłem w bufecie… Pielęgniarki...
- Nie posłuchałam Halla w kwestii leczenia jednego z pacjentów - powiedziała, unikając jego wzroku - Działałam na własną rękę.
Matthew odszedł kilka kroków i usiadł na parapecie.
- Kogo?
- Syriusza Blacka.
- Co zrobiłaś?
- Leczyłam go…
- Tak, usłyszałem - odparł z wyraźnym rozdrażnieniem - Ale tak naprawdę, co zrobiłaś?
Hermiona wstała i otworzyła swoją szafkę. Sięgnęła wgłąb szafki i wyjęła płócienny woreczek. W środku była jedna fiolka wywaru z kadzidłowca. Pokazała ją Matthew.
- Nie wierzę.
- Ratowałam życie! A teraz wszyscy zachowują się, jakbym popełniła zbrodnię! Podawałam pacjentowi spod szóstki wywar z kadzidłowca. Wielka rzecz do cholery!
- Co cię opętało?
- Pomagałam człowiekowi.
- Nie, nie o to chodzi. Co się z tobą dzieje? Naprawdę Hermiona. Wydawało mi się, że przyjaźnimy się. Lubię cię, a ty zachowujesz się…
- No jak?
- Jak nie ty.
- Matthew! - parsknęła śmiechem - A może mnie nie znasz!
- Tak, to zawsze jest argument - warknął - Mogli cię wywalić… Mogłaś z miejsca dostać zakaz wykonywania zawodu!
Hermiona schowała fiolkę do kieszeni. Między nimi zapadła cisza, którą można było kroić nożem.
- Jeśli miałaś jakiś problem trzeba było mi o tym powiedzieć. Przyjść i powiedzieć - powiedział spokojnie - Widzimy się codziennie. Pierdolimy głupoty o pogodzie i lunchowym menu w bufecie. A to jest poważne. Widziałam cię jak rozmawiasz z tą aurorką… Leczysz aurora, który dostał jakimś niezidentyfikowanym gównem podczas tajnej akcji. Oczywiście, że będzie się tym interesowało Ministerstwo. Oczywiście, że będą tajemnice. I wiesz co? Mam złe przeczucia, rozumiesz? Złe.
Przeszło jej przez głowę, że Ron i Matthew są w zmowie. Pomyślała, że rozmawiali razem o tej całej sytuacji i nie znając całego kontekstu zdarzeń oboje postanowili zrobić sprawę z niczego. Podniosła głowę i spojrzała na Matta. Wyglądał na zmartwionego. Nagle z jej oczu popłynęły łzy. Całkowicie tego nie kontrolowała. Po prostu zaczęła płakać. Matthew podszedł i bez słowa ją przytulił.
- Pomyśl o tym jak o przymusowym urlopie - powiedział cicho głaszcząc ją po włosach - To lepiej brzmi.
Zaśmiała się.
- Nie brzmi.
- No tak, dla ciebie to będzie tragedia. Nie możesz się tak angażować.
Tkwili w tym uścisku dobrą minutę. Długą minutę podczas której ułożyła sobie w głowie cały plan działań. Wiedziała już co musi zrobić. Kiedy odsunęła się od niego, a Matthew spróbował posłać jej krzepiący uśmiech Hermiona podała mu małą fiolkę z eliksirem.
- On będzie potrzebował pomocy.
Matthew pokręcił głową. Nie wziął od niej eliksiru.
- Nie namówisz mnie do tego - skwitował.
Już chciał wychodzić z szatni, ale w ostatniej chwili Hermiona chwyciła go za rękaw kitla. Musiała to zrobić.
- Powiem Ci coś… - wykrztusiła - ale to musi… nikomu… Może wtedy zrozumiesz dlaczego.
- Konspiracja, tak? Masz jakieś nadprzyrodzone wytłumaczenie swojej głupoty?
Hermiona wzięła głęboki oddech.
- Facet na sali numer sześć, auror po akcji. On nie nazywa się Syriusz Black. To jest Harry Potter. Mój dawny przyjaciel z Hogwartu. Facet, który bez żadnego wyjaśnienia wyparował jakieś trzy lata temu. Zniknął bez wieści. I nie wiem dlaczego…
- Ten Harry Potter? Ten legendarny Chłopiec…
- …który przeżył - parsknęła śmiechem - Tak. Facet, który z dnia na dzień spierdolił z życia nas wszystkich… Dlatego…
Matthew milczał przez chwilę.
- Ktoś jeszcze o tym wie?
- Tutaj? Shacklebolt, Hall, ale udaje idiotę. To dlatego Shacklebolt go odwiedza, dlatego sprawdza. Dlatego nagle co drugi dzień przychodzi do Munga.
- A ty?
- Pytam, ale wszyscy milczą jak zaklęci… Znam go całe swoje życie. Od razu wiedziałam... proszę cię. Matthew, proszę cię... On będzie... On potrzebuje pomocy.
Hermiona wyciągnęła w jego kierunku fiolkę z eliksirem. Matthew zawahał się, ale wziął od niej buteleczkę.
W domu było cicho. Hermiona usiadła za stołem w kuchni i rozejrzała po pomieszczeniu. Jej własny dom wydał jej się obcy, zimny i nieprzyjazny. Wychodząc z Munga nie zaszła do sali Harry'ego. Nie wiedziała co mogłaby mu powiedzieć. Że prawie wyrzucili ją z pracy, bo rzuciła się do pomocy? Że to co zrobiła było działaniem wbrew wszelkim protokołom? Wbrew jakiemukolwiek zdrowemu rozsądkowi i etyce? Że ta sprawa zdaje się być większa niż wszystkim wydawało się na początku - choć nie ma ku temu jeszcze żadnych dowodów.
Teczka od Jennifer znowu leżała na kuchennym stole, ale dalej nie ujawniała żadnych potrzebnych odpowiedzi. Hermiona wzięła ją do ręki żeby wrzucić ją w płomienie kominka. W ostatniej chwili zawahała się. „To byłoby dopiero głupie," skarciła siebie w myślach. Gdy usłyszała odgłosy kroków i znajome głosy Ginny i Jamesa w korytarzu, szybko ukryła teczkę pod gazetą leżącą na stole.
Ginnny. I Jamesa.
Nie byli jednak sami. Do kuchni wszedł również Olivier Brown.
- Nie wiedziałam, że już jesteś - powiedziała Ginny wymijająco.
- Wróciłam dzisiaj wcześniej - Hermiona uśmiechnęła się sztucznie.
James wyciągnął rączki w jej kierunku. Hermiona przytuliła chłopca.
- Jest Ron? - zapytała Ginny wesoło.
- Nie…
- Kurczę, szkoda… A chciałam… Chcieliśmy razem z Olivierem… - spojrzała na niego, uśmiechając się promiennie - Podjęliśmy decyzję, że razem zamieszkamy.
Hermiona zamarła. Olivier usiadł przy stole, wprost obok gazety, pod którą leżała teczka.
- To wspaniale - wybąkała Hermiona kiedy James pociągnął ją mocniej za włosy - To naprawdę…
- Ron ucieszy się bardziej. Będziecie mieli dom dla siebie - Ginny mrugnęła do niej porozumiewawczo.
- Daj spokój - bąknęła Hermiona.
W salonie obok rozległ się trzask, jakby ktoś właśnie wypadł z kominka. W drzwiach stanął Ron.
- Ron! - Ginny szczerze ucieszyła się na jego widok - Mam nowinę.
Obrzucił Hermionę spojrzeniem, ale za chwilę uśmiechnął się szeroko i gratulował Ginny i Olivierowi wspólnej decyzji.
- Tylko uważaj - pogroził Olivierowi palcem - Ginny ma wielu braci. Starszych braci.
Ginny szturchnęła Rona, a on po chwili głośno oznajmił że taka nowina wymaga otwarcia wiśniowej nalewki Molly. Hermiona została sama w kuchni z Jamesem na rękach.
Kiedy Matthew wszedł do sali numer sześć, Harry Potter siedział znowu na krawędzi łóżka.
- W twoim przypadku nadmierny wysiłek może być niebezpieczny… - zaczął Matthew od progu.
- Słyszę to dzisiaj już dziesiąty raz - powiedział chłodno Harry - Prosiłem żeby zawołano panią Weasley.
- Hermiony nie ma.
Harry oparł obie stopy na podłodze i powoli przeniósł ciężar ciała na stopy.
- Mięśnie mogły zapomnieć… W końcu ponad miesiąc…
- Wiem - warknął.
Harry zachwiał się i przytrzymał poręczy łóżka. Matthew szybkim krokiem podszedł do niego, żeby pomóc mu w razie potknięcia, ale mężczyzna go odtrącił. Matthew podniósł ręce w geście poddania i zrobił krok w tył. Na koszuli Harry'ego, w miejscu jego ran pojawiły się ciemno czerwone plamy. Widać, że rany się otworzyły. Harry spojrzał na swoją koszulę, syknął przeciągle z bólu i opadł na łóżko. Tym razem pozwolił Matthew sobie pomóc, kiedy grymas bólu wykrzywił mu twarz.
- Czy możesz zawołać… - wydyszał Harry.
- Nie mogę Potter - powiedział spokojnie Matthew.
Wyjął fiolkę z kadzidłowcem i pokazał ją Harry'emu. Potter odchylił głowę do tyłu, opierając ją na ścianie i wziął głęboki oddech.
- Skąd..?
- Hermiona została zawieszona – przerwał mu cicho - Technicznie rzecz biorąc jest na przymusowym urlopie. Odebrano jej pacjentów. Jesteś inteligentnym facetem, domyślasz się dlaczego, prawda?
Harry wpatrywał się w Matthew, a jego dłonie zacisnęły się na krawędzi łóżka.
- Mam nadzieję, że jak wróci, ciebie już tu nie będzie - dodał Matthew.
Harry odwrócił wzrok, zaciskając zęby.
- O nic ją nie prosiłem.
Matthew zaśmiał się cicho.
- Domyślam się.
Otworzył szafkę stojącą przy łóżku Pottera i wsunął tam fiolkę z kadzidłowcem.
- Dla ciebie nie będę ryzykował. Nawet jak mnie ładnie poprosisz - dodał spokojnie - Więc nie wiem skąd to masz i skąd to tu się wzięło. Może ukradłeś? I żebyś wiedział. Ten wywar bardzo łatwo można przedawkować i wtedy jest dość nieprzyjemnie…
