Krew na moich rękach.
Nie, to nie żadna pretensjonalna przenośnia.
Prawdziwa krew, gorąca i lepka, rozlewająca się szkarłatem po mojej skórze. Krzepnąca powoli w popołudniowej waszyngtońskiej bryzie.
Nie ją przelałem, ale to ja patrzyłem w oczy tego człowieka. Byłem świadkiem gasnącego w nich życia.
Nie pierwszy raz i, niech bogowie mi wybaczą, zapewne nie ostatni.
Więc co stanowi tę istotną różnicę? Co sprawia, że tak trudno jest zaakceptować ten definitywny fakt?
To nieme oskarżenie we wzroku umierającego?
Nie wiem kto był za to odpowiedzialny: los czy ukryty rozkaz? Wątpię, bym kiedykolwiek zyskał pewność.
I mimo wszystko muszę z tym żyć.
