When the band began to play
The stars were shining bright
Now the milkman's on his way
It's too late to say good night
So, Good Morning
Good Morning
Sun beams will soon smile through
Good Morning
Good Morning to you and you and you and you
(Singing in the Rain: Good Morning)
Gryzipiórki w całym Królestwie ćwierkają namiętnie, że zachwycająca Yenlla Snape szykuje się do kolejnej premiery. Wiosną zobaczymy ją na scenie w familijnym, ponadczasowym arcydziele, jakim są „Dźwięki muzyki", które Gwiazda uważa zresztą za swój ulubiony musical.
„Szczególnie teraz", podkreśliła z uśmiechem szczęśliwa matka trójki pociech oraz żona kontrowersyjnego mistrza eliksirów.
Nie jest to jedyna niespodzianka, którą szykuje dla swoich fanów, ponieważ właśnie wyszło na jaw, że pięknej aktorce na deskach teatru będzie towarzyszyła córka, która wcieli się w rolę słodziutkiej Gretl, najmłodszego dziecka Kapitana von Trappa.
„Bardzo się z tego cieszę", oświadczyła Yenlla podczas konferencji prasowej. „Próby trwają wiele godzin, a ja nie chciałam rozstawać się z Emilką na tak długo. Jest jeszcze malutka i naturalnie niezwykle do mnie przywiązana".
Na pytanie o to, co w tym czasie dzieje się z pozostałymi dziećmi, odpowiedziała bez wahania, że z opieką nad nimi świetnie radzi sobie tata.
„Od samego początku sprawiedliwie dzielimy się obowiązkami. Biorąc pod uwagę nasz aktywny tryb życia, jest to po prostu nieuniknione", zaznaczyła.
Piękna aktorka nie odniosła się jednak do plotek na temat coraz liczniejszej parady opiekunek przewijających się przez rodzinną posiadłość państwa Snape. Podobno w tym przypadku życie błyskawicznie dogoniło sztukę, ponieważ żadna pracownica nie jest w stanie długo wytrzymać na posadzie u wymagających rodziców.
Wszyscy niecierpliwie oczekujemy wiosennej premiery. Mała Emilka Snape z pewnością może liczyć na entuzjastyczne recenzje po swoim sceniczny debiucie, skoro jej matką chrzestną jest sama Rita Skeeter, prawdziwa legenda i potęga prasy w jednej osobie. Żaden dziennikarz w magicznym świecie nie odważy się przecież zadrzeć z absolutną Ikoną.
W sobotę Yen wstała wcześnie, przynajmniej jak na swoje możliwości. Liczna rodzina, która dość dużym przypadkiem spadła na jej głowę, niestety nie zawsze sprzyjała leniwym porankom. Na panią domu czekały rozliczne obowiązki – dzieci do ogarnięcia, mąż do dręczenia, nianie do zwolnienia… Obowiązki, które zwykle radośnie ignorowała. Cały ten majdan często ją przerastał. Chyba tylko Severusowi to wszystko nie przeszkadzało. Niezniszczalny bydlak zawsze zrywał się pierwszy, nieważne, ile czasu zmarnował w nocy.
Yenlli już nawet nie dziwiło, że znowu obudziła się sama. Przeciągnęła się, poszukała czegoś do ubrania i szybko wybrała się na poszukiwanie Sensu Swojego Życia, żeby nie zebrać kolejnej bury za zawalenie dyżuru. Groził, że zacznie ją z nich rozliczać na poważnie.
Schodziła właśnie po schodach owinięta raczej oszczędnie uszytym szlafrokiem, gdy uświadomiła sobie, że w domu panuje zagadkowe ożywienie. Zaledwie moment później wpadła prosto na praktykantów profesora Snape'a, którzy w pocie czoła znosili do piwnicy jakieś tajemnicze skrzynki. Na ten widok w piękną szelmę wstąpiły nowe siły. Rozpuściła związane byle jak włosy, pozwalając spłynąć bujnym, kruczoczarnym splotom na ramiona, i poluzowała nieco pasek od szlafroka. Dopiero gdy była gotowa, przechyliła się malowniczo przez poręcz.
– Cześć, pracy! – zawołała.
Głowy dwóch młodocianych nieszczęśników uniosły się ku niej niczym kwiaty do słońca. Ten efekt nigdy jej się nie nudził.
– Och, pani Snape!
– Dzień dobry, pani Snape.
Yen niemal spłynęła z ostatnich kilku stopni, wdzięcząc się i wijąc niczym tancerka egzotyczna. Lubiła mieć w domu młodych ludzi, musiała na kimś ćwiczyć.
– Dzień dobry, Liam. Witaj, Archie – powitała ich po królewsku, a oni zarumienili się zgodnie z protokołem. – Nie miałam pojęcia, że będę miała okazję cieszyć się dzisiaj waszym widokiem.
– Bardzo przepraszamy, że nachodzimy panią w dzień wolny.
– Niestety, mamy w laboratorium nagły wypadek.
– Ale może napije się pani kawy? – zaproponował lepiej wytresowany Liam.
Być może kogoś mogłoby zdziwić, że to goście oferują gospodyni napoje w jej własnym domu, a nie na odwrót, jednak to świadczyłoby wyłącznie o tym, że nie ma bladości pojęcia, jak działa to specyficzne gospodarstwo. We wszechświecie Miss Hogwarts wszystko zawsze układało się tak, żeby jej było wygodnie.
Praktykanci natychmiast zapomnieli o tym, co robili, gdy trafiła się ciekawsza rozrywka. Rozanielona szelma chwyciła Liama pod zaoferowane sobie ramię, po czym pozwoliła eskortować się do kuchni. O wiele bardziej nieśmiały i wycofany Archie zamykał pochód, wpatrując się w nią z cielęcym zachwytem. Musiała pochwalić obu, bo świetnie orientowali się w przestrzeni. Potrafili już swobodnie odnaleźć drogę do ekspresu, śmietanki i syropu karmelowego.
W tym czasie Yenlla rozsiadła się na krześle, beztrosko flirtując oraz pracowicie unikając oceniającego spojrzenia Błyskotki. Skrzatka zatrzymała się w progu z wojowniczą miną, ale niepoprawna pani odesłała ją ruchem ręki. Była zajęta zupełnie czym innym.
– Nagły wypadek, tak? – zatroskała się. – Bardzo niedobrze. Profesor Snape nie może mieć dzisiaj żadnych nagłych wypadków. Jesteśmy umówieni na spotkanie z dyrektorem w Hogwarcie.
– To na pewno nic takiego – uspokajał ją Liam, podczas gdy Archie próbował dostarczyć do stołu filiżankę cappuccino, nie rozlewając niczego po drodze. Jak na aspirującego mistrza eliksirów miał dość drżące dłonie, ale Yen pochlebiała sobie, że tylko ona tak na niego działa.
Gdy kawa dotarła bezpiecznie w jej dłonie, pociągnęła testowy łyk i skrzywiła się nieświadomie.
– Za mocna? – przeraził się Archie.
– Może jeszcze pianki? – zareagował czujnie Liam.
– Nie, nie! – zaśmiała się, strzelając do nich zalotnie oczami. – Siadajcie, chłopcy – zaprosiła ich łaskawie. – Opowiedzcie mi coś ciekawego. Jak sobie radzicie? Profesor Snape nie znęca się nad wami przesadnie?
– Oczywiście, że nie!
Kwaśne miny nie bardzo przystawały do żywiołowego zaprzeczenia, zatem Yen ani trochę im nie uwierzyła.
– Nie krępujcie się, mnie możecie powiedzieć prawdę. Nikomu nie powtórzę. – Mrugnęła zawadiacko, a kusy szlafrok spłynął z jednego ramienia z idealnym wyczuciem czasu.
Roześmiana, zaróżowiona i zadowolona z siebie Yen wyglądała ślicznie i świeżo w promieniach słońca zalewającego kuchnię przez odsłonięte okna. Mówi się, że po dzieciach łatwiej poznać wiek, ale w wypadku atrakcyjnej żmii jak zawsze wszystko było na opak – wciąż sprawiała wrażenie bardzo młodej i beztroskiej. Pewnie nikt nie spodziewał się, że mając tak małe dzieci, może liczyć aż tyle wiosen. Dzięki temu jej wiek pozostawał tajemnicą dla kolejnych pokoleń praktykantów nieodmiennie zauroczonych młodą żoną profesora…
Aktualne wyjątkowo niezadowolonego profesora, który obserwował kawiarniany teatr spod mrocznie zmarszczonych brwi. Podejrzane wybuchy śmiechu ściągnęły go do kuchni i bardzo nie spodobało mu się to, co tam zastał.
– Khm.
Młodzieńcy nie potrzebowali obszerniejszego komentarza. Na dźwięk najbardziej charakterystycznego chrząknięcia w multiversum poderwali się niczym do musztry.
– W korytarzu nadal poniewierają się skrzynki, które dawno temu powinny trafić do mojej pracowni – rzucił chłodno pozornie do nikogo, ale nie musiał powtarzać.
Praktykanci spuścili nosy na kwintę i czym prędzej opuścili pole bezpośredniego rażenia. Kolejne groźne spojrzenie Severus przeznaczył dla Yen, która niewiele sobie z tego robiła. Wciąż siedziała przy stole, z nogą założoną na nogę i podrygiwała stopą do taktu, który tylko ona słyszała. Odpowiadała mistrzowi eliksirów psotnym spojrzeniem znad filiżanki ze zdobycznym cappuccino.
– Nie masz za grosz wstydu, Yenlla – odezwał się wreszcie.
– Ani trochę – zgodziła się.
– Mogłabyś być ich matką, gdybyś zabrała się do dzieła w prawidłowym czasie.
– Cóż ja na to poradzę? Czekałam na ciebie, kochanie. Całe wieki czekałam, aż w końcu dojrzejesz do odpowiedzialności.
Przewrócił oczami, czując, jak uchodzą z niego resztki sił.
– Kto to mówi?
– I z jakiej racji dzisiaj pracujesz? – Yen przeszła do ataku, wyczuwając moment osłabienia przeciwnika. – Wiesz, że mamy sprawy do załatwienia. Jeśli upierasz się posłać Al do Hogwartu rok wcześniej, musimy to omówić z Dumbledore'em. Zostało tylko pół roku, a trzeba się będzie do tego przygotować. Tymczasem odwlekasz to w nieskończoność, mimo że to był twój własny pomysł.
Severus nie skomentował, tylko przyglądał się jej chłodno, w pozycji obronnej, z ramionami splecionymi na piersi. W końcu odwrócił się na pięcie, wracając po swoich śladach.
– Śniadanie czeka w jadalni – zakomunikował. – Podobnie jak dzieci. I czekolada, której byłaś łaskaw sobie zażyczyć. Jeśli skończyłaś robić z siebie widowisko, możesz do nas dołączyć.
– Spóźnimy się. Znowu.
– Cóż, gdyby ktoś nie postanowił nagle pracować w sobotę…
– Nie zwalaj winy na mnie.
– Mimo że tyle razy obiecywał, że nie będzie.
– Mam nienormowany czas pracy.
– Och, TY masz nienormowany czas pracy?!
– Przypominam, że nie musisz mi towarzyszyć. Sam mogę rozmówić się z Dumbledore'em.
– Jasne, oczywiście! Najchętniej zamknąłbyś mnie w domu i pozbawił wszelkich rozrywek. Tyran!
– Patrz pod nogi, bo się przewrócisz, słońce dni moich.
– Nie muszę. Ile razy mam ci tłumaczyć, jak działają Hexeny? Nie kosztują tyle bez powodu, Sever.
Yen za żadne skarby świata nie darowałaby sobie wycieczki do Hogwartu. W przeciwieństwie do tajnej, ale zdecydowanie ciut cieplej położonej lokalizacji, gdzie znajdowała się posiadłość państwa Snape, w Szkocji spadł już pierwszy śnieg. Krajobraz prezentował się malowniczo i wprost zachęcał do rekreacyjnego spaceru. Nie bez znaczenia był również fakt, że dawna Miss Hogwarts obudziła się tego dnia w sentymentalnym nastroju, a zatem miała wielką ochotę ponownie obejrzeć swoją dawną szkołę, która nieodmiennie kojarzyła jej się ze szczęśliwym dzieciństwem, wielkim powrotem oraz pewnym humorzastym Śmierciojadem. Nawet cień Voldemorta nie mógł jej tego zepsuć.
Owinięta ciepłym płaszczem oraz dwoma szalikami kroczyła żwawo przyklejona do ramienia Severusa, który z każdym krokiem bardziej pochmurniał. W nim powrót do znienawidzonej instytucji edukacyjnej budził o wiele bardziej mroczne wspomnienia związane z latami zmarnowanymi na kiepskiej posadzie, niekończącymi się dyżurami i niedającym się zapomnieć uczuciem zatrzaśnięcia w pułapce bez wyjścia.
– Nadal nie rozumiem, dlaczego koniecznie musimy iść okrężną drogą przez Hogsmeade – narzekał pod nosem. – Marnujemy tylko czas.
– Bez przesady, powinniśmy zajrzeć do Ros. To kwestia dobrego wychowania.
Snape miałby pewnie sporo do powiedzenia na ten temat, ale brakowało mu siły, żeby się z nią kłócić. Wszelkie rezerwy zostawiał sobie na starcie z dyrektorem.
Magiczna wioska niewiele się zmieniła, zabytek tej klasy był chroniony prawnymi obwarowaniami. Ciekawe urozmaicenie stanowił jedynie sklep z mugolskimi słodyczami i innymi szkolnymi artykułami, który błyskawicznie zaskarbił sobie popularność. Mógł konkurować nawet z prężnie rozwijającą się franczyzą braci Weasley . W gorącym okresie świątecznym właściciele niespecjalnie interesowali się oddziałem zamiejscowym, skupiali się raczej na organizowaniu świątecznych akcji promocyjnych w centrum na ulicy Pokątnej. W tym sezonie Yenlla wypuszczała w porozumieniu ze spółką specjalną linię gadżetów i już nie mogła się doczekać efektów.
Bliskość pubu Pod Trzema Miotłami zapowiadał kuszący zapach korzennych przypraw. Madame Rosmerta podchwyciła kilka sztuczek z okresu, gdy częściej bywała w wielkim świecie, najczęściej ograniczającym się do Londynu. Poczyniła też kilka znaczących inwestycji. Budynek został jakiś czas temu wyremontowany, oczywiście z poszanowaniem lokalnych założeń architektonicznych. Barmanka w końcu nauczyła się doceniać tradycję – przynajmniej tę zewnętrzną, bo w środku czekało na gości kilka interesujących niespodzianek.
– Yenlla, ty krowo! – Właścicielka niemal wyskoczyła z baru na przywitanie gości, których nie mogła się doczekać. – Chciałaś się przemknąć do Hogwartu niezauważona, nawet nie udawaj, że jest inaczej!
– Ros, ty wredna pindo! Zawsze podejrzewasz mnie o najgorsze.
– Już trochę cię znam, wiedźmo!
– Jak śmiesz mnie oskarżać? Kiedy ty nas ostatnio odwiedziłaś?
Strategiczne użycie liczby mnogiej nie zrobiła tak piorunującego wrażenia, jak Yen się spodziewała. Zbyt często stosowała tę sztuczkę. Rosmerta tylko buntowniczo chwyciła się pod boki.
– Jestem zajętą kobietą, nie to, co niektóre królewny!
Kobiety wstępnie zmierzyły się niezbyt przychylnym wzrokiem, ale była to tylko taka gra. Już po chwili padły sobie w ramiona z piskiem i śmiechem.
– Tęskniłam za tobą, stara ruro!
– Tylko nie stara!
– Na pewno nie młoda…
– Powiedzmy, że pochodząca ze szlachetnego rocznika.
– No ba, najlepszego!
– Khm – rozległo się za ich plecami wyjątkowo kwaśne przypomnienie, że nie znajdują się na głównej ulicy Hogsmeade zupełnie same.
Ros w udręce przewróciła oczami.
– Tak, tak, Sever. Ciebie też miło widzieć. Względnie.
– Cóż za uprzedzająca uprzejmość.
– O ile naturalnie wciąż jesteście razem – nie darowała sobie drobnej złośliwości. Znacząco zawiesiła głos, pilnie śledząc wzrokiem oboje i obserwując, jak Snape dosłownie się gotuje, gdy próbuje stłumić sarkastyczny komentarz. – Wiele się mogło zmienić od zeszłego wtorku…
– Nic się nie zmieniło, Ros – warknęła piękna pani Najwyraźniej-Jednak-Snape.
– Zawsze lepiej dopytać.
Urażona do żywego Yenlla postanowiła uszczypnąć przyjaciółkę, ale przeszkodził jej nadmiar zimowej odzieży. Rosmerta wykorzystała ten agresywny gest, aby chwycić ją za rękę i wciągnąć do Trzech Mioteł.
– Nie będziemy tak stać na mrozie. Zapraszam na grzańca.
– Słucham? – oburzył się zaraz profesor Snape, naczelny pedagog Wielkiej Brytanii. – Wiesz, która jest godzina?
Niestety, zanim się rozkręcił, ktoś inny błyskawicznie – oraz z wytrenowanym wdziękiem – pozbawił go czasu antenowego.
– Yell, laleczko! – wtrącił się nowy, energiczny głos zza kontuaru. – Jak tam, królowo, masz jakieś nowe dzieci?
Mężczyzna za barem to była zdecydowanie najbardziej rzucająca się w oczy zmiana w dobrze znanym wnętrzu.
– Gordon! – ucieszyła się na jego widok Yenlla. – Nie znudziło ci się jeszcze życie na prowincji?
– O nie, toż to jest prawdziwy raj na ziemi! Nigdy dotąd tyle nie komponowałem!
– Zauważyłam, chociaż wolałabym, żebyś mówił o muzyce, nie o kombuczy...
Trudno byłoby wyjaśnić, jak konkretnie do tego doszło, a jednak się stało. Madame Rosmerta zastąpiła Syriusza Blacka jego słynnym scenicznym wcieleniem z „Narzeczonej dla czarnoksiężnika". Wydawać by się to mogło kompletnie absurdalne, ale działało od dobrych kilku lat. Dzięki temu w losach dawnych narzeczonych można było dopatrzeć się pewnej symetrii. Black wymienił Ros na młodszy model i ona jego też. Gordon Klein osiedlił się w Hogsmeade i razem z Ros zajmował produkcją kraftowych piw oraz inszych ekscentrycznych napojów – w zależności od tego, co aktualnie było modne, i zgodnie z szeroko pojętymi zasadami fair trade. I tylko biedny Severus przy każdym spotkaniu musiał gryźć się w język, aby w obecności tej osobliwej pary nie używać zbyt często takich słów, jak: substytut, synonim czy handel wymienny. Szkoda, że marnowało się tyle żartów, które same cisnęły się na usta.
– Khm – ponownie subtelnie zaznaczył swoją obecność.
– Witaj, Severusie. Gardło ci znowu dolega, stary? Mamy świetne wino z dodatkiem porostu islandzkiego. Rewelacja! Chcesz skosztować?
– Nie, dziękuję – odpadł cokolwiek ozięble.
– W każdym razie przyjmij moje serdeczne gratulacje, Yell – zwrócił się z kolei do dawnej koleżanki z teatru. – Słyszałem, że w końcu namówiłaś Peabody'ego, żeby wystawił dla ciebie „Dźwięki muzyki". Ten musical jeszcze nigdy nie gościł w żadnym magicznym teatrze, to będzie przełom.
– Też tak myślę. Może chcesz do nas dołączyć? – zaproponowała. – Na pewno zdołam cię gdzieś wcisnąć. Byłbyś perfekcyjnym wujkiem z Wiednia.
– Nie, skarbie. Dzięki za pamięć, ale dobrze mi tu, gdzie jestem. W każdym razie musimy to uczcić. Co by tu… – W zamyśleniu rozejrzał się po półkach. – Jak myślisz, Ros, czym ich ugościmy? Może…
Postawił przed Yen kieliszek, który hojnie napełnił aromatycznym winem czerwonym jak krew. Szelma spojrzała na niego z lubością, jednak nawet nie zdążyła dotknąć naczynia. W międzyczasie Rosmerta zauważyła, jak na ten widok ostrzegawczo zadrgała brew mistrza eliksirów, więc czym prędzej zjawiła się u boku przyjaciółki. Jedną ręką odsunęła od niej wino, a drugą podsunęła na jego miejsce filiżankę z herbatą. Wokół rozszedł się niebiański aromat pomarańczy i goździków.
– Na zdrowie, Yenka.
– Dziękuję! – Kiwnęła głową, bez protestów akceptując tę drobną podmiankę.
– Nie powinnaś się upijać przed wizytą u starego Dumbla, jeszcze zrobisz coś głupiego.
– Bardziej niż zwykle?
Zaaferowany i mniej dostrojony do zmieniających się nastrojów Snape'a Gordon nie bardzo rozumiał, co się wydarzyło, choć bogata historia osobistych uzależnień w końcu poddała mu pewien pomysł.
– Yen, znowu masz… kłopoty?
Zaśmiała się.
– Na szczęście od dawna nie, ale Sever uważa, że strzeżonego Rowena strzeże.
– Nie wspominając o zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości, która nie radzi chlać na umór przed południem – podkreślił mistrz eliksirów, który wreszcie nieco się rozluźnił i usadowił przy barze wraz z Yen.
Rosmerta jego również poczęstowała zimową herbatą, zarabiając dzięki temu nieco przychylniejszy grymas.
– Szkoda – westchnął Gordon. – To Grona Gniewu.
– Co takiego? – zainteresowała się Yen.
– Taki nowy projekt, wiecie – ożywił się natychmiast. – Te wszystkie tereny, na których rozegrały się wielkie bitwy z Voldemortem i jego Śmierciojadami… Bez urazy, Severusie.
Snape obojętnie machnął ręką, przyzwalając na kontynuację.
– Spalona ziemia dopiero teraz powoli dochodzi do siebie i różni aktywiści postanowili to wykorzystać jako, no, rodzaj demonstracji. Hodują tam owoce, warzywa i… Rozumiecie, tak powstaje coś z niczego. Magiczne odnowienie. Życie zamiast śmierci. Odzyskanie kontroli. Takie tam filozofie. I jest taka jedna grupa, która postanowiła założyć winnicę.
– Z przesłaniem – podkreśliła Rosmerta.
– Upamiętnienie! – Gestykulował żywo Gordon. – Ocalenie od zapomnienia. Hołd dla ofiar. Zajebista inicjatywa. Zainwestowałem w to wszystkie wpływy z „Musicum Incantatores" i teraz wreszcie coś się tam dzieje. Jaramy się z Ros jak popiełki.
– Super! – Klasnęła w dłonie Yen. – Piękna inicjatywa.
– Jeśli nie wino, to… może coś zjecie? – Rosmerta również postanowiła popisać się gościnnością. – Zrobiłam pudding chia i specjalne muffiny bez jajek, za to z dodatkiem certyfikowanego kakao, którego uprawa nie powoduje szkód dla środowiska ani moralnych obiekcji. O, mam też nową kawę z takiej niewielkiej rodzinnej palarni w Bukareszcie.
Severus wymamrotał coś, co zabrzmiało niepokojąco podobnie do: "Zabij mnie, ukróć moje męki", co zmotywowało Yen do skrócenia tej intrygującej towarzyskiej przystawki przed głównym daniem w Hogwarcie.
– Bardzo chętnie, Rosie, ale trochę się spieszymy.
– Było miło, ale czas na nas. – Snape zdecydowanie podniósł się z miejsca, wyciągnąć dłoń do rozgadanej Yenlli. – Jesteśmy już…
– Spóźnieni? – zachichotała barmanka. – Wiadomo. Znasz Gwiazdellę od czterdziestu lat i nadal cię to dziwi?
– Tfu, tfu! – Zamachała rękami przerażona Yen. – Jakie czterdzieści? Wypraszam sobie!
– Dałabyś już spokój z tą dziecinadą. Z trójką dzieci nie będziesz chyba dalej udawać nastolatki?
– Właśnie! – przypomniała sobie matka na medal. – Skoczymy jeszcze do Miodowego Królestwa, prawda? – zapytała męża. – Musimy coś przywieźć dzieciakom, inaczej zjedzą nas.
– Zapakuję wam nasze testowe pierniczki – ucieszyła się gospodyni. – W procesie pozyskania tych konkretnych przypraw korzennych absolutnie nikt nie ucierpiał. Mamy na to dokumenty.
Gdy to mówiła, Gordon przyglądał jej się zauroczonym wzrokiem. Zresztą, nic dziwnego – Rosmerta wyglądała dobrze w modnie przystrzyżonej blond grzywie i obcisłych mugolskich jeansach. Długo to trwało, ale wreszcie wydawała się całkiem zadowolona z życia. Wbrew temu, co sobie dawniej wyobrażała, nie musiała w tym celu zbytnio oddalać się od domu.
Państwo Snape pożegnali się uprzejmie, po czym ruszyli w dalszą drogę do Hogwartu. Madame Rosmerta odruchowo przetarła kontuar, oparła się na nim łokciami i spoglądała z uśmiechem w ślad za przyjaciółką i jej mrocznym mężczyzną. Jakimś cudem znowu tym samym. Klein w tym czasie kręcił się gdzieś za jej plecami, bo nigdy nie potrafił długo ustać w jednym miejscu, nucąc wesoło stary szlagier: „Let's get him married".
– Niech mnie, ten koleś jest dziwny – skomentował w zmyśleniu. – Ale jej to chyba nie przeszkadza.
– Ani trochę.
Dyrektor Albus Dumbledore tradycyjnie czekał na gości w okrągłym gabinecie. Otaczały go portrety chrapiących smacznie poprzedników, stosy zgromadzonych przez lata pamiątek po różnych – mniej lub bardziej magicznych – przygodach oraz pykające cichutko alembiki, które zapewniały odpowiedni podkład dźwiękowy. Sama komnata niewiele się zmieniła, choć nie dało się tego samego powiedzieć o zajmującym ją czarodzieju. Na szacownym profesorze powoli zaczął się odbijać poważny wiek, a błękitne oczy nie jaśniały już tak radośnie jak kiedyś… Przynajmniej dopóki progu gabinetu nie przekroczyła Yenlla Snape, wówczas wyraźnie nabrały wigoru.
– Moja droga! – Dyrektor wyszedł jej naprzeciw z otwartymi ramionami, a ona niemal się nie wzdrygnęła, gdy ją obejmował. Potem przywitał się ze swoim dawnym mistrzem eliksirów, któremu mocno uścisnął dłoń. – Jak miło was widzieć!
– Wzajemnie! – Mimo braku sympatii Yen dygnęła przed nim elegancko i zdobyła się na przyjazny uśmiech. – Od czasu do czasu dobrze jest się przekonać na własne oczy, że szkoła nadal stoi.
– Prawda? – zaśmiał się całkiem młodzieńczo. – Nie da się ukryć, że kilka razy było blisko… Szczególnie za waszej kadencji. Siadajcie, proszę.
Szerokim gestem wskazał biurko i stojące przed nim krzesła. Czekała tam już herbata i ciasteczka oraz… rolka cytrynowych dropsów, pewnie w ramach prywatnego żarciku. Wizyta państwa Snape teoretycznie miała charakter „biznesowy", ale z uwagi na staż znajomości również dość nieoficjalny i bardzo towarzyski. Albus Dumbledore wpatrywał się w oboje z widoczną przyjemnością, ale też pewnym psotnym błyskiem w oku, gdy kierował uwagę na dawnego podwładnego.
– Severusie, mój chłopcze, co słychać? Jak się mają dzieci? Czy wszyscy w domu zdrowi i zadowoleni?
Mistrz eliksirów skrzywił się, jakby co najmniej rozgryzł kwaśnego dropsa.
– Dlaczego zawsze zaczyna pan ze mną rozmowę od tego właśnie pytania?
– To proste, nigdy wcześniej nie przypuszczałem, że kiedykolwiek będę miał okazję zwrócić się z nim akurat do ciebie. Prowadzisz piękne i pełne życie, Severusie, nawet jeśli długo nic tego nie zapowiadało, a ty sam broniłeś się przed szczęściem rękami i nogami. Nagła zmiana budzi we mnie wielką radość.
– I pokłady złośliwości, nie wątpię…
Tylko tyle zdołał wymamrotać zgnębiony Snape. Szczere i w gruncie rzeczy prawdziwe słowa skutecznie zablokowały jad, który z przyzwyczajenia już zbierał się na żmijowym języku wychowanka Slytherinu. Yen zachichotała, odruchowo zbliżając się do niego i pocieszająco poklepując po ramieniu. Państwo Snape siedzieli blisko siebie i bezustannie nawiązywali przelotny kontakt, co nie uszło uwadze zadowolonego dyrektora.
– Dzieci mają się świetnie – odezwała się w końcu szelma, która chyba po raz pierwszy poczuła się w tym gabinecie całkiem swobodnie. Rozparła się na krześle i założyła nogę na nogę. – Są zdrowe, ładne i bardzo bystre.
– W tym właśnie problem – dorzucił mistrz eliksirów.
– Hm, chyba obiło mi się o uszy coś na temat perypetii z nauczycielkami?
– Mało powiedziane, to banda kretynek! – wyrwało się oburzonemu ojcu.
Yen szybko sięgnęła w bok i chwyciła go za rękę, powstrzymując bardziej widowiskowy wybuch.
– W domowych warunkach nie jesteśmy w stanie zapewnić im odpowiedniej stymulacji intelektualnej – wyjaśniła. – Dotyczy to zwłaszcza Alicji, która już teraz wydaje się ponad swój wiek dojrzała, nie wspominając, że też bardzo zdolna.
Dumbledore pokiwał głową, przyjmując te dane do wiadomości. Nie spodziewał się niczego innego po podobnej krzyżówce genetycznej… bardzo, ale to bardzo specyficznej. Severus prawdopodobnie myślał w tej chwili o tym samym, dlatego uparcie unikał jego wzroku. Obaj dzielili sekret, który rzucał znacznie więcej światła na całą sprawę, ale wciąż pozostawał poza zasięgiem matki.
– Z tego względu rozważamy, czy w drodze wyjątku Alicja nie mogłaby trafić do Hogwartu nieco wcześniej. Takie przypadki już się zdarzały, prawda?
– Owszem, chociaż niezbyt często. Zwykle w przypadku silnie objawiających się zdolności magicznych, które stanowiłyby zagrożenie z punktu widzenia bezpieczeństwa i/lub zasad tajności. W takich okolicznościach zależy nam na tym, aby młody adept jak najszybciej nauczył się panować nad magią.
– Alicja wykazuje szczególny talent – wyraził swoją opinię profesor Snape, siląc się na profesjonalny ton, jednak od czasu do czasu zdradzały go unoszące się minimalnie kąciki ust. Był dumny, nawet jeśli z jakiegoś powodu postanowił to ukrywać przed i tak już uśmiechającym się nieznośnie domyślnie dyrektorem.
– Jest niezwykle inteligentna i ciekawa świata – reklamowała Yen. – Uczy się sama, pochłania książkę za książką, próbuje eksperymentować na własną rękę. Może już najwyższa pora, żeby…
– Naturalnie nie musi nam pan wierzyć na słowo, dyrektorze. Zgodzimy się na przeprowadzenie testów, które sprawdzą jej wiedzę i określą predyspozycje.
– Ależ nie mam najmniejszych wątpliwości, że to wyjątkowa i utalentowana młoda dama. Nie zapominajmy jednak o najnowszych zaleceniach edukacyjnych, które mówią o tym, że wcześniejsze rozpoczęcie szkoły, nawet szkoły o takim profilu jak Hogwart, nie zawsze jest korzystne. Nie ma sensu się spieszyć, gdy nie jest to konieczne. Beztroskie dzieciństwo to skarb. Zastanówcie się dobrze nad tym, moi drodzy, czy na pewno chcecie je Alicji skrócić, niezależnie od predyspozycji czy niewątpliwego potencjału. Dobrze wiecie, że semestry w szkołach z internatem trwają długo, a przerwy na wizyty w domach stanowią rzadkość. Dziewczynka musiałby wyjechać do szkoły już w przyszłym roku.
Państwo Snape pewnie sami nie zdawali sobie sprawy z tego, jak przedziwny wachlarz emocji prezentują w tej chwili ich miny. Naturalnie mieli tego świadomość, ale zupełnie inaczej było to usłyszeć tak bardzo wprost, w dodatku z ust budzącego szacunek czarodzieja na stanowisku.
– Alicja marzy o Hogwarcie – zauważył Severus.
– I z pewnością świetnie się tutaj odnajdzie… w swoim czasie. Zadajcie sobie, proszę, ważne pytanie, czy warto się tak spieszyć?
Cisza w gabinecie rozpanoszyła się na dłużej, bo naprawdę trudno było znaleźć najbardziej satysfakcjonującą odpowiedź. Wciąż należało rozważyć bardzo wiele za i przeciw… Co przypomniało Yen o wielu innych zagadnieniach, które planowała zawczasu poruszyć.
– Tak czy inaczej, jak raczył pan zauważyć, mamy aż troje dzieci. – Ożywiła się i z nową energią nachyliła w stronę dyrektora. – I wszystkie prędzej czy później trafią do Hogwartu. Jednak od czasu, gdy sami tutaj uczęszczaliśmy, świat bardzo się zmienił, dlatego zależy nam na tym, aby z wyprzedzeniem przedyskutować kilka istotnych zagadnień.
– Co masz na myśli, moja droga?
Oboje wyprostowali się na swoich miejscach, niemal przyjmując pozycje bojowe. Nagle straciły znaczenie długie lata znajomości, osobiste kontakty czy wspólne wojenne wspomnienia. Pan i pani Snape występowali z pozycji rodziców rozważających ofertę potencjalnej jednostki edukacyjnej dla swoich pociech. W związku z tym mieli pewne oczekiwania.
– Wychowujemy dzieci na sposób nowoczesny, dyrektorze – zaczęła Yenlla zarozumiale. – W duchu tolerancji i porozumienia ponad podziałami. Dzięki temu mogą czerpać to, co najlepsze, z obu światów. W domu mają kontakt z magią, ale uczęszczają też do mugolskiego przedszkola oraz innych instytucji.
– Od lat mamy w Hogwarcie zajęcia z mugoloznawstwa.
– Nieobowiązkowe i dostępne do wyboru dopiero na trzecim roku. Zresztą, pamiętam ich poziom… o ile akurat się odbywały – nie dała sobie zamydlić oczu. – Jak również to, jak wielki problem stanowiły moje lekcje tańca dla Żelaz… dla profesor McGonagall. Tymczasem na balet uczęszcza zarówno Emilka, jak Filip, a Al uczy się gry na skrzypcach. Przynajmniej na razie, bo już myśli o zmianie na wiolonczelę. To duży instrument. Wymaga miejsca do przechowywania oraz sali do regularnych ćwiczeń.
– Wiolonczela? – zdziwił się dyrektor. – Ambitnie. Skąd taki wybór?
– Bo tatuś woli wiolonczelę – wyrwało się matce z głębi złośliwego serduszka.
Severus odchrząknął znacząco, podczas gdy Yen ognistym spojrzeniem przekazała mu jasny komunikat: „No co? Taka prawda", po czym wreszcie spoczęła, oddając mu pole.
– Interesuje nas również to – podjął nowy temat w jej zastępstwie – jak wygląda obecnie polityka szkoły wobec uczniów ze specjalnymi potrzebami?
Dyrektor spoglądał na niego z ewidentnym zaambarasowaniem, a także milczał odrobinę zbyt długo.
– Aha – uznał Snape. – Czyli bez zmian.
– Jeśli mam być w wami szczery, nie pojmuję pytania – podjął Dumbledore po chwili. – Czy chodzi o konkretne potrzeby? Przecież wasze dzieci…
Zamilkł na widok spojrzeń, jakie w pośpiechu wymienili.
– Filip… nie wykazuje żadnych zdolności magicznych.
– Rozumiem. A Emilka?
– Z Emilką wszystko jest w porządku.
Coś w tonie obu mężczyzn poruszyło bolesny nerw w Yen, która ruszyła do ataku jak lwica.
– Z Filipem też! – zapewniła gorąco. – Po prostu potrzebuje więcej czasu. Jest wysoko wrażliwym chłopcem, delikatnym i wycofanym. Przeprowadziliśmy już poszerzoną diagnostykę w poradni przy Świętym Mungu. Rokowania są optymistyczne, eksperci zgadzają się co do tego, że zwyczajnie coś go blokuje. Z kolei mugolscy terapeuci… – Odetchnęła głęboko, zanim nieco ciszej dodała: – Podejrzewają, że znajduje się w spektrum. W procesie edukacji Filip może się mierzyć z wieloma wyzwaniami i musimy wiedzieć, że szkoła sobie z tym poradzi.
– Jesteśmy otwarci na uczniów w różnej sytuacji, kochana Yen. Nie macie się czego obawiać.
– Na to liczymy.
– Aczkolwiek… Jeśli chłopiec rzeczywiście nie ma w sobie iskry, trzeba będzie pomyśleć o alternatywnym scenariuszu, chyba zdajecie sobie z tego sprawę?
– Zapewniam, że o niczym innym nie myślę – pospieszyła z zapewnieniem Yen, a w jej głosie pojawiło się szczególne napięcie. – Ale…
– Tak, jest jeszcze czas. – Dyrektor dobrodusznie zmienił temat, wyczuwając, że aktualny tkwi między małżonkami niczym zadra. – Na razie porozmawiajmy o Alicji. Jeśli miałaby dołączyć do Hogwartu już w przyszłym roku, powinniśmy najpierw omówić formalności.
Yenlla pozwoliła, aby szczegółami zajął się Severus. Lepiej znał dyrektora i miał do niego odpowiednie podejście – czasem dość szokujące. Gdy mężczyzny pogrążyli się w biurokratycznej dyskusji, ona sama zakopała się we własnych myślach. Myślała o Filipie i jak zawsze w takim momencie bolało ją serce.
Idealny, upragniony syn, który jako jedyny nie próbował jej uśmiercić w czasie ciąży, który urodził się zdrowy i różowiutki, który nigdy nie chorował w dzieciństwie, który był śliczny, grzeczny i nadnaturalnie spokojny… przyniósł ze sobą zupełnie nowy zestaw kłopotów. Okazało się, że nie był taki cichy bez powodu. Filip nauczył się mówić, dopiero gdy skończył trzy lata, w dodatku nie szło mu najlepiej. Najczęściej wydawał z siebie osobliwe dźwięki, które tylko brzmiały podobnie do prawdziwych słów, ale nie miały żadnego sensu. A gdy w końcu udało mu się w miarę opanować ludzką mowę, pojawiły się wady wymowy – zaczął się jąkać, seplenić, połykać końcówki. Yen pracowała z nim wytrwale, chodziła na konsultacje i wychodziła z siebie, żeby jakoś wyciągnąć go na prostą. Gdyby wiedziała, że to dopiero początek długiej walki… Bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że pozbawiony daru magii chłopiec nigdy nie zostanie czarodziejem.
Yenlla się bała, czasem strach wręcz ją paraliżował. To był najgorszy, zdecydowanie najbardziej tragiczny rozwój wydarzeń. Severus wprawdzie przez wszystkie te lata bardzo się zmienił, poszedł na niewyobrażalne ustępstwa i dla niej praktycznie wyszedł ze swojej mrocznej skóry i stanął obok, jednak… Syn charłak to mogło być dla niego za wiele. Na razie niczego nie komentował, ale nie musiał. Było absolutnie jasne, że go to męczy. Niestety, problemy z maluchem nie chciały się skończyć. Z każdym dniem Filip rozwijał w sobie więcej cech, które były wprawdzie urocze i słodkie, ale oddalały go od ojca o całe lata świetlne.
W drodze powrotnej Snape był wybitnie nie w humorze, nawet bardziej niż przedtem, mimo że teraz nie groziło mu przymusowe spotkanie z Rosmertą. Yen wędrowała obok niego idealnie spokojna, uśmiechając się dyskretnie i zaczepnie trącając go ramieniem.
– Tyle lat minęło, a w tej szkole nic się nie zmieniło – narzekał.
– Siła i urok tradycji.
– Raczej lenistwo, brak pomysłu, wygodnictwo. Już za naszych czasów było źle, ale obecnie Hogwart całkiem schodzi na psy.
– Chyba jesteś zbyt surowy.
– Widziałaś te kociołki?! Klasa eliksirów nie zmieniła się ani na jotę, nadal jest zbyt ciasna i zadymiona. Stare sprzęty, śmiech na sali! Dyrektor nie kupił nic nowego od czasu, gdy sam byłem tam nauczycielem.
– Przypominam, że nie wybrałam się z wami na wycieczkę aleją wspomnień. Zostawiliście mnie z McGonagall i papierami.
To prawda, Dumbledore wykorzystał sprzyjający moment, aby wypożyczyć Snape'a na osobistą pogawędkę z dala od uszu Yen. Łączyły ich przecież liczne sprawy, o których nie miała pojęcia, a podstawowym zagadnieniem była ona sama. Dyrektor starannie wypytał o jej stan zdrowia, ewentualne kryzysy i widoki na przyszłość. Od czasu ostatniej ciąży – którą rzeczywiście przeleżała niemal od początku do końca i kilka razy żegnała się ze światem – Yenlla czuła się jednak całkiem dobrze. Pracowała mniej intensywnie, zajęła się kilkoma nowymi rzeczami i jakoś sobie to wszystko poukładała.
– Dobrze, dobrze. – Kiwał głową zadowolony dziadek. – Oby tak dalej. Ona nie może się forsować, musi o siebie dbać, wtedy wszystko będzie dobrze.
Severus zgadzał się z każdym słowem, nie potrzebował dodatkowego przypomnienia czy też połajanki – bo cholera wie, co to było. Ciągle jej pilnował, mimo oporu i protestów.
– Ty też na siebie uważaj, drogi chłopcze – rzucił na koniec enigmatycznie Dumbledore. – Miej oczy i uszy szeroko otwarte. Czasami demony przeszłości nie chcą spać tak spokojnie, jak byśmy sobie życzyli.
– O czym pan mówi? – nie zrozumiał kolejnej zagadki jej adresat.
– Mam nadzieję, że o niczym. W tym przypadku bardzo chciałbym się mylić. Dlatego nie będę siać paniki, tylko na wszelki wypadek cię ostrzegam. A gdyby działo się coś podejrzanego, natychmiast mnie o tym zawiadom, proszę.
– Oczywiście – zgodził się dla świętego spokoju.
Jednak nie wziął sobie tych enigmatycznych ostrzeżeń do serca. Dyrektor w ostatnim czasie znacząco się postarzał i chodziły słuchy, że zamierza przejść na emeryturę. Najwyższy czas, pewnie miał już ze dwieście lat i trochę mu się to wszystko mieszało. Każdy w końcu potrzebuje odpoczynku.
– McGonagall, tak? – Powrócił myślami do chwili obecnej i przyciskającej się do jego ramienia, patrzącej z wyrzutem Yen. – I jak przebiegło spotkanie po latach?
– Nadal mnie nie znosi. – Wydęła zabawnie usta, być może w proteście. – Ale dzieci chyba kupiły mi trochę jej sympatii. Pewnie uważa, że skoro wreszcie dałam się udomowić, to trochę znormalniałam. Przesyła pozdrowienia i górę dokumentów do wypełnienia.
– Może z nią powinienem porozmawiać o koniecznych zakupach do pracowni? Kto wie, jeszcze okaże się, że ma więcej rozsądku.
– Ale na pewno nie kasy. Sever, sam wiesz, jak wygląda planowanie budżetu.
– To prywatna szkoła, na litość! Na coś te pieniądze idą.
– Na wyżywienie? – podrzuciła szelma. – Na świece?
– Świece! – prychnął. – W XXI wieku!
– I zapewne na pensje.
– Ktoś powinien się temu przyjrzeć. Ciekawe, czy Malfoy wciąż jest w Radzie Szkoły.
– Z pewnością ustąpi ci miejsca, jeśli ładnie poprosisz.
– Yen, czy zauważyłaś, że nie ma tam nawet jednej rampy dla…
– Błagam cię, Sever! Tego chyba nie zamierzasz się czepiać?
– Dlaczego? Ty mnie nauczyłaś, że takie rzeczy są ważne. A już zdecydowanie świadczą o wysokim poziomie danej instytucji. Chyba nie po to przez tyle lat poddawałaś mnie praniu mózgu, żeby teraz wyśmiewać efekty?
– W porządku, uspokój się. Jeszcze jakieś zażalenia?
– Łudziłem się, że to dobre rozwiązanie. Stabilna edukacja w Hogwarcie, zamiast wszystkich tych przygód z mugolami i guwernantkami, ale teraz mam wątpliwości. Czy to naprawdę ma sens, Yenlla? W domu przynajmniej my możemy nad nią czuwać, a tam?
Pani Snape odwróciła głowę, aby nie dostrzegł jej szerokiego uśmiechu. Coś jej mówiło, że Severus za żadne skarby świata nie odda ukochanej córeczki do Hogwartu wcześniej, niż będzie to absolutnie konieczne.
– Uwielbiam takie wieczory – oświadczyła Yen kilka godzin później tonem, w którym wyraźnie pobrzmiewało uczucie błogości.
Kominek wesoło płonął, a ona rozsiadła się wygodnie z kubkiem herbaty na wersalce, opierając się plecami o czytającego „Nowoczesnego Warzyciela" Severusa.
– To starość – pozbawił ją złudzeń.
– Wypluj to słowo!
– Taka prawda.
– Po ludzku cieszę się, że nie muszę już dzisiaj nigdzie wychodzić. Rzadko mam wolne weekendy. W przyszłym tygodniu w piątek i sobotę mam po dwa przedstawienia dziennie.
– Ogarnę dzieci, a wieczorem wpadnę po ciebie i pójdziemy na kolację.
– Och, cudownie!
Młodszy narybek układał puzzle na dywanie niedaleko nich, Alicja półleżała na specjalnie zaaranżowanym przez siebie szerokim parapecie, na którym mogła spokojnie czytać i jednocześnie podziwiać świat – nie bez znaczenie było również to, że dzięki temu nadal uczestniczyła w szeroko pojętym życiu rodzinnym, zamiast zamykać się w pokoju. Jak przystało na niemal nastolatkę, zachowywała bezpieczny dystans, ale bez przesady. Usatysfakcjonowana obłożyła się poduszkami i pluszakami – no, jednym konkretnym nietoperzem, którego odzyskała nie bez walki.
– Po nowym roku będzie gorzej – rozważała Yenlla. – Musimy na serio zorganizować jakąkolwiek opiekę, która będzie choć minimalnie godna zaufania. Inaczej oszalejemy.
– Pomyślę o tym.
– Może któryś z twoich praktykantów?
– Bez przesady, Yenlla. Nie ma problemu, gdy nieco ich nadużywamy, ale jeśli przesadzimy, ktoś się tym zainteresuje.
– Wiem, ale… Nie widzę innego wyjścia.
– Zacznij zatrudniać własnych.
– Grudzień to kiepski okres – rozważała, puszczając ostatnią uwagę mimo uszu. – Gdy na uniwersytetach skończy się sesja, być może trafią się jakieś świeże studentki, które nie zaliczyły egzaminów albo przeżyły życiowe oświecenie. Wtedy baza potencjalnych kandydatek na pewno się zwiększy.
– Czy to nie ty ostatnio stwierdziłaś, że masz dość tych głupich dziewczuch, które wprost biją się, żeby zająć twoje miejsce?
– Mam. Jednak nikt, kto dłużej obraca się w branży, się do nas nie zgłosi. Ludzie gadają, Sever, i nie mają o nas dobrego zdania.
– Cóż, najwyżej będziesz musiała zostać mamą na pełen etat. Co ty na to, słońce dni moich?
Słońce zdecydowanie zaszło chmurami.
– Oczywiście, bardzo chętnie. Pod warunkiem, że najpierw pokażesz mi, jak się to robi. Myślę, że wystarczy… powiedzmy… dziesięć lat obserwacji? Później możemy się zamienić. Co ty na to? Weźmiesz mnie na staż?
– Naturalnie, wciąż potrzebuję nowych praktykantów. Ja też mam swoją mroczną legendę, czyż nie?
– Zaiste, jesteśmy dla siebie stworzeni.
– Każdy marzy o tradycyjnej, miłej i pokornej żonie.
– Zanudziłbyś się na śmierć z przyzwoitą kobietą, stary Nietoperzu.
– Sugerujesz, że nie jesteś przyzwoita?
– A masz jeszcze jakieś wątpliwości po tym, jak sam mnie zepsułeś?
– Chyba coś ci się pomyliło.
Rodzice tak dobrze bawili się sami ze sobą, że w końcu zaczęły się nimi interesować wyrzucone poza nawias zdarzeń dzieciaki. Najbardziej odczuła to Emilka, która niezwłocznie wpakowała się na kolana Yen z książeczką.
– Mamusiu, pocytasz?
– Oczywiście, że ci poCZytam, kochanie – poddała się. Nie miała zresztą wyboru, bo Filip już ciągnął ją za skraj spódnicy z drugiej strony.
– Mamusiu, ja też – prosił.
– Ale z tatem – nie odpuszczała Emilka.
– Z tatą – ponownie poprawiła odruchowo wykształcona specjalista od dykcji.
– Z tatą, z tatą! Na role! Próba czytana na role – wyrecytowała gładko i perfekcyjnie, popisując się teatralnym żargonem.
Severus słuchał tego wszystkiego i sprawiał wrażenie, jakby mu było słabo.
– Czy masz pojęcie, dlaczego zostałem objęty tą prośbą, słońce dni moich?
– Nie od dziś wiadomo, że masz doskonały głos, kochanie. Proponowałam ci, żebyś nagrywał ze mną audiobooki.
– Nie, dziękuję.
– Tak zawsze byłoby bezpieczniej. Wolałabym współpracować z tobą niż jakimś młodym, atrakcyjnym lektorem. Wiesz, żeby mnie nie kusiło… – Uśmiechnęła się do niego tak, że poczuł to głęboko w sobie.
– Lepiej, żeby cię nie kusiło. Dla dobra wszystkich bezpośrednio zainteresowanych.
Yen zachichotała beztrosko, wciąż przeszywając go wzrokiem pełnym ukrytych aluzji, podczas gdy zniecierpliwione dzieci krążyły wokół nich, coraz bardziej natrętnie domagając się uwagi i obiecanej bajki.
– To jaką „rolę" miałbym odegrać? – zapytał pokonany Severus.
– Zapewne księcia.
– Niemożliwe!
Wystarczyło jednak, że spojrzał w oczy Emilki, która doświadczała aktualnie jakiegoś osobliwego ataku, z powodu pochłaniającego ją niczym płomień, dzikiego podekscytowania.
– Tak! Tak! Tak!
Pisk ekscytacji narastał, więc teraz nawet Alicja odłożyła książkę i zaczęła zbliżać się ku nim ostrożnym, pozornie niezobowiązującym krokiem. W końcu przysiadła na kanapie razem z resztą.
– Przykro mi, kochanie – zauważyła fałszywie smutna Yenlla. – Nie możesz całe życie być mrocznym czarodziejem. Nadszedł czas, aby zainwestować w zbroję i białego rumaka.
– Po moim trupie.
– Ostatecznie.
Severus mógł sobie narzekać, ile tylko miał ochotę – jego marudzenia stanowiły część ustalonego rytuału. Tym razem dzieci – z naciskiem na rozochoconą Emilkę – przegłosowały stosunkowo mało ambitny repertuar. Wybór padł na „Śpiącą królewnę", którą czytała performatywnie głównie Yenlla, a Severus pod przymusem wtrącał swoje trzy grosze, gdy wymagała tego fabuła.
W końcu piękna królewna Aurora Vanillia w wyniku mrocznej intrygi ukłuła się wrzecionem w palec, po czym zasnęła kamiennym snem, zrzucając na mistrza eliksirów ciężar dalszej narracji. Przez cały czas uśmiechała się z satysfakcją, kiedy się męczył. Minęła wieczność, zanim przeszedł do rzeczy.
– I wtedy bardzo zdezorientowany książę, który powinien mieć więcej zdrowego rozsądku i nie pchać się samotnie w ewidentnie nawiedzone miejsca, ruszył na szczyt wysokiej wieży, gdzie znalazł komnatę, a w niej przeklętą klątwą wiecznego snu księżniczkę, która przez sto lat nie postarzała się ani o dzień. I to wcale nie dlatego, że uzależniła się od zaklęcia Glamour.
– Severrr – syknęła urażona królewna. – Trzymaj się tekstu.
– Niech ci będzie. Udowadniając ponad wszelką wątpliwość, że instynkt samozachowawczy jest dla niego obcą ideą, młody człowiek pochylił się i… pocałował księżniczkę.
– Wreszcie – odetchnęła z ulgą.
– Oczywiście otrzymawszy wcześniej wyraźną i wyrażoną wprost zgodę.
Yenlla nie mogła już tego słuchać. Zerwała się gwałtownie i jeszcze przed momentem kulminacyjnym otworzyła oczy.
– Wcale nie!
– Ale powinien.
– Jak miał ją zapytać? Przecież ona śpi!
Królewna usiadła prosto jak struna, mordując go wzrokiem. Odstępstwo od klasycznej linii fabularnej nie przeszkadzało jednak dzieciarni, która bawiła się świetnie. Jak zawsze.
– Sever, nie psuj historii. Oficjalne, świadomie wyrażone pozwoleństwo? Dobre sobie! Pamiętam, że kiedyś aż tak bardzo się nie przyjmowałeś.
– Pomówienia.
– Od kiedy tak ci na tym zależy?
– Nie wiem, Yenlla, być może od tego momentu, kiedy sam mam córki. To takie dziwne?
Wobec podobnej deklaracji Yen kompletnie zaniemówiła, mrugając w oszołomieniu. Nie miała pojęcia, jak zareagować. Wrodzone poczucie dramatyzmu podpowiadało, że chyba powinna się rozpłakać ze wzruszenia, ale bardziej miała ochotę rzucić mu się na szyję i pocałować. Tylko że to byłoby jeszcze bardziej niezgodne z porządkiem narracyjnym.
– Zresztą – kontynuował spokojnie Snape, pochylając się nad nią. – Nigdy nie zrobiłem nic, o co sama byś nie poprosiła, czyż nie? Wszyscy obecni w tym domu świadkami i… dowodami.
Piękna szelma wpatrywała się w niego z otwartymi ustami, rumiana jak piwonia. I dopiero wtedy, gdy była tak całkowicie rozbrojona i skołowana, zdecydował się ją w końcu pocałować.
Alicja przewróciła oczami, podczas gdy młodsze dzieci, które pewnie niewiele z tego wszystkiego rozumiały, i tak zaczęły radośnie wiwatować. Wieczorne przedstawienie jak zawsze spełniło wszelkie oczekiwania, a nawet więcej. Ile dzieci mogło się pochwalić tym, że praktycznie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę ma w domu teatr na żywo?
