I know I stand in line
Until you think you have the time
To spend an evening with me
And if we go some place to dance
I know that there's a chance
You won't be leaving with me
Then afterwards we drop into a quiet little place
And have a drink or two
And then I go and spoil it all
By saying somethin' stupid like, „I love you"
(Frank Sinatra Sinatra: Somethin' Stupid)
Severus czekał na nią w jasnej plamie światła wpadającego z korytarza na rozległy taras. Ich własny taras, w ich własnym domu, który sam znalazł i zrewitalizował. Dla niej. Nigdy wcześniej nie wydawał jej się taki zakłopotany, taki bezbronny jak wtedy. Nawet sobie nie wyobrażała, że jego twarz potrafi się ułożyć w taki skomplikowany wyraz. Było tak, jakby cały swój los składał w jej ręce.
– Kocham cię – wyznał.
– Ja ciebie też, Severusie.
Tak długo na to czekała i się nie zawiodła. Cudownie było to w końcu powiedzieć na głos. Nie jako żart czy sarkastyczny komentarz, ale zwykły fakt. Wiele w życiu przeżyła, ale nigdy dotąd nie czuła się tak odsłonięta. To było o wiele bardziej intymne od wszystkich dotychczasowych zbliżeń. Wyzwalające, ekscytujące i… absolutnie straszne uczucie.
Patrzyła prosto na niego roziskrzonymi oczami, on również nie próbował odwrócić wzroku. Przyciągnął ją do siebie, a Yenlla ani trochę się nie opierała. Pocałował ją delikatnie, z zaskakującą nieśmiałością, jednak to było dla niej o wiele za mało. Wplotła palce w jego włosy i przycisnęła się do niego bardziej zdecydowanie, jakby chciała – wreszcie i ostatecznie – stopić się z nim w jedno.
Dobrze, że sypialnia znajdowała się tak blisko, bo rzeczywiście wylądowaliby na chropowatej podłodze niewykończonego tarasu. I o ile księżycowe kąpiele sauté mogą wydawać się romantyczne, to w pewnym wieku już niekoniecznie wygodne. Nie wypadało z nich korzystać szanownemu profesorowi i jego życiowej partnerce, skoro postanowili w końcu prowadzić się przyzwoicie…
Wolne żarty!
Następnego dnia Yenlla obudziła się pierwsza i odruchowo zebrała włosy w praktyczny węzeł na czubku głowy. Niedzielne poranki zaczynały się nieznośnie wcześnie, nadal nie mogła się do tego przyzwyczaić. Ziewnęła, zerkając na zegarek, po czym sięgnęła do nocnej szafki. Wyciągnęła z szuflady fiolkę eliksiru, który służył jej od tylu lat i zawiódł tylko raz. Nie miała mu tego za złe.
Odkorkowała buteleczkę i westchnęła smutno, zanim podniosła ją do ust. Nie zdążyła wypić swojej porcji. Severus przycisnął się do jej pleców i pocałował w szyję.
– Zostaw to.
Odebrał jej eliksir i odrzucił na bok. Spojrzała na niego okrągłymi ze zdumienia oczami. W porannym świetle wydawały się nieco jaśniejsze, czasami nawet pojawiały się nich dość znajome iskierki.
– Rozpatrzyłeś mój wniosek formalny?
– Owszem.
– Z jaką konkluzją?
– Spróbujemy, jeśli tak ci zależy, ale nie obiecuj sobie za wiele.
– Wiem.
– Narodziny Al to niemal cud, który może się nie powtórzyć.
– Mam tego świadomość, Sever.
– Poza tym… Jeśli cokolwiek będzie nie tak, jeśli poczujesz się gorzej, jeśli pojawią się jakiekolwiek komplikacje…
Przerwała mu, zasłaniając usta dłonią. Pokornie kiwała głową, ale uśmiechała się przy tym w taki sposób, że nie żałował swojej decyzji. Znowu szedł na ustępstwa, ale ponieważ nie spodziewał się sukcesu, nie bardzo mu to dolegało.
– Nic się nie stanie – zapewniła go Yenlla. – Będę pod stałą kontrolą.
Potwierdził ruchem głowy. Zamierzał tego pilnować, żeby na pewno go nie oszukiwała. Pozostał jeszcze najtrudniejszy problem do omówienia. Znał jej wahania nastrojów, te ciągłe wzloty i upadki. Musiał trzymać rękę na pulsie.
– A jeśli nic z tego nie wyjdzie… – zaczął.
– To trudno. – Wzruszyła ramionami. – Los tak chciał.
– Nie chcę żadnych histerii. Pretensji, żalów, darcia kotów. Niespodziewanego pakowania walizek.
– Nigdy w życiu!
– Znam cię, słońce dni moich. Wiem, do czego jesteś zdolna.
– Będę bardzo grzeczna – zapewniła go, popychając z powrotem na poduszki i układając się na nim wygodnie. – Czy raczej… niegrzeczna. W końcu chcemy mieć dziecko.
Obiecywała, obiecywała…
Przez pierwsze trzy miesiące była radosna niczym skowronek. Całymi dniami śpiewała i tańczyła, niemal unosiła się nad ziemią. Miała dość energii, żeby ciężko pracować, bo – świadomie czy nie – próbowała dokończyć wiele pilnych projektów przed nieuniknioną przerwą. Nie angażowała się w nic nowego, porządkowała zaległe sprawy. Nalegała na zwiększenie intensywności prób i przyspieszenie premiery spektaklu, naciskała na sesje zdjęciowe i usiłowała jak najwcześniej wywiązać się z warunków kontraktu reklamowego. Nie było jej w domu całymi dniami, za to, gdy wracała, wykańczała go nocami.
Nic z tego. Minął rok, a efektów tych starań nadal nie było widać. Frustracja Yen rosła z każdym dniem, aż nie była w stanie dłużej jej ukrywać.
Nie dotrzymała słowa.
Pewnego dnia po powrocie do domu Snape już na progu nadział się na Błyskotkę, która tylko spojrzała na niego wymownie. Alicja skończyła już dwa lata i korzystając z uroków czerwca, biegała za motylami po ogrodzie pod czujnym okiem Newtona. Yen nie było nigdzie w pobliżu, nie miała okazji cieszyć się tym widokiem.
– Gdzie? – zapytał tylko.
Skrzatka wskazała w górę.
Pistacjowy salonik stał pusty, podobnie jak sypialnia, ale gdy stanął przed drzwiami łazienki, usłyszał lejącą się wodę.
– Yenlla?
Zero odpowiedzi.
Przynajmniej nie zamknęła się przed nim na amen. Miał już serdecznie dość wyważania, wykopywania i wysadzania własnych drzwi, kiedy dostawała kolejnego napadu humoru. Zatrzymał się w progu, oceniając zniszczenia. Rozrzucone kosmetyki, poniewierające się po podłodze ręczniki, rozbite lustro. Podarte opakowania środków higienicznych rozwleczone wszędzie dookoła. Sama Yen kuliła się w wannie, kołysząc monotonnie w tył i w przód, a woda z prysznica lała się na jej pochyloną głowę.
– Wyjdź – poleciła, przecierając oczy i rozmazując sobie po twarzy resztki spływającego makijażu. Obraz nędzy i rozpaczy.
– Prosiłem cię o coś.
– Nie chcę o tym rozmawiać.
Ukląkł obok, zakręcił wodę. Yenlla trzęsła się, chlipała i odsuwała się od niego, obejmując ramionami.
– Mieliśmy umowę – przypomniał. – Obiecałaś, że będziesz nad sobą panować.
– Nic nie rozumiesz.
– Nie jesteś rozsądna. Jak zwykle stawiasz sprawę na ostrzu noża, to nikomu nie wychodzi na zdrowie.
– Przepraszam, że chciałam być matką.
Od dawna nie czuł tak silnej ochoty, aby nią potrząsnąć. Teraz już nigdy tego nie robił, ale w takich momentach aż świerzbiła go ręka.
„Musisz być wobec niej cierpliwy", radziła mu w listach Kitty, do której zwracał się o radę w momentach desperacji. „Ona cię kocha, ale zamiłowanie do dramy zawsze zwycięży. Wiesz, jaka jest Yenka. Jak żywioł, nie do opanowania. Na szczęście zawsze w końcu idzie po rozum do głowy. Pozostaje się modlić, żeby zdarzało jej się to częściej niż rzadziej".
Snape był cierpliwy i godził się na wszystko. Badania, konsultacje, terapie. Niektóre bywały nieprzyjemne, inne wprost uwłaczające. Musiał przekroczyć wiele osobistych granic, rozmawiając z magomedykami na intymne tematy, którymi nie zamierzał się nigdy z nikim dzielić. Zgodził się nawet spróbować sztuczki z eliksirem wielosokowym, choć Salazar świadkiem, że ten powrót do przeszłości wiele go kosztował. Rozgrzebywanie wspomnień było jak wbijanie samemu sobie szpilek we wszystkie czułe punkty: Yenlla, Lupin, ten koszmarny grudzień, jej bezduszny list.
Zresztą, i tak nic nie działało. Wyniki badań nie przyniosły żadnych odpowiedzi. Niby wszystko było w porządku, ale… Nie, po prostu się nie udawało. Teraz należało pogodzić się z faktami.
Problem w tym, że fakty nigdy nie przeszkadzały Yen.
– Jesteś matką – przypomniał jej na wypadek, gdyby zapomniała. – Masz wspaniałą córkę, ale to jak zwykle za mało. Zamiast spędzać z nią czas, wolisz wpędzać się w chorobę z idiotycznego powodu.
Poderwała głowę do góry i po raz pierwszy na niego spojrzała. Wymięta, zapłakana, rozczarowana światem. Nieważne, jak dramatyczne przedstawienie dla niego przyszykowała, tym razem Severus nie znalazł dla niej litości. Skrzywił się, mierząc wzrokiem zrujnowaną łazienkę, po czym zdecydowanie wstał.
– Mam cię dość, Yenlla.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Nigdy nie będziesz zadowolona z tego, co masz, prawda? Możesz tu siedzieć do śmierci i wzdychać nad tym, czego znowu ci brak. Nic mnie to nie obchodzi.
Coś w jego tonie sprawiło, że w końcu oprzytomniała.
– Sever?
Odwróciła się za nim, ale było za późno. Wyszedł z łazienki i nawet się na nią nie obejrzał. Zawsze źle reagował, jeśli kolejny konflikt choćby pozornie ocierał się o Alicję. Był wściekły, zły i zraniony, gdy dochodził do wniosku, że Yen nie docenia ich córki. Zajście w łazience przepełniło kielich goryczy.
Yenlla wytrzymała aż do podwieczorku, dopiero wtedy raczyła zejść na dół. Błyskotka podawała akurat herbatę i ciasteczka na tarasie wychodzącym bezpośrednio na ogród. Newton zaczynał ambitny projekt, który zakładał obsadzenie go dookoła sadzonkami herbacianych róż pożyczonych z An Caislean, więc całe założenie prezentowało się na razie dość żałośnie. Z wilgotnych bruzd ziemi sterczały suche badyle, które nie chciały się przyjąć ani zakwitnąć.
Alicja miała do dyspozycji szeroki wachlarz zabawek interaktywnych i/lub edukacyjnych rekomendowanych przez pedagogiczne autorytety znajdujące się po obu stronach magiczno-mugolskiej barykady oraz wszystko, co tylko oferował ogólnoświatowy marketing zainteresowany dziećmi do lat trzech. Nikogo już jednak nie dziwiło, że najbardziej lubiła się bawić szklanymi fiolkami, które sobie tylko znanym sposobem wykradała z zamkniętej pracowni profesora Snape'a…
Ach, kłamstwo! Ojciec sam ją tam zabierał, ignorując kwestie bezpieczeństwa i notoryczne upomnienia Błyskotki.
Severus siedział w cieniu, popijając herbatę i udając, że czyta jakieś wielce skomplikowane dzieło eliksiryczne, ale jego czujne oczy częściej niż na tekście, lądowały na energicznie kręcącym się wokół dziecku. Alicja napełniała fiolki różnokolorowymi płatkami kwiatów, a gotowe preparaty, nazywane w swoim własnym języku, podawała do oceny mistrzowi eliksirów.
Yen pojawiła się na tarasie cicho jak duch. Uśmiechnęła się przelotnie, choć bez przekonania, gdy siadała naprzeciwko Severusa i sięgała po ciastko. Umyła twarz, nadal wilgotne włosy zaczesała gładko na jedną stronę. Blada cera i głębokie cienie pod oczami nadawały jej mizerny wygląd, za to twarz miała zacięty wyraz. Nie łagodziła go nawet urocza sukienka w kwiecisty wzór.
– Ochłonęłaś? – zapytał Snape, unosząc pytająco jedną brew.
– Staram się.
Alicja ożywiła się na jej widok. Natychmiast podbiegła do jej nóg, wyciągając rączkę z eliksirem z żółtych płatków.
– Feliś dla mami.
Yenlla chętnie wzięła ją w ramiona i usadziła na swoich kolanach, przytuliła policzek do jej nagrzanego słońcem policzka. Mała pachniała wiatrem oraz przyjemną mieszaniną świeżej ziemi i polnej zieleni – czyli dokładnie tak samo jak ona w tym wieku.
– Jesteś głodna, kochanie? Zjesz trochę budyńku?
– Z malinkiem?
– Może być z malinkiem.
Severus uważnie śledził ją wzrokiem, dalej twardo chowając się za opasłą książką. Gdy aktywne dziecko po dwóch niepełnych łyżkach miało dosyć budyńku z malinkiem i sprytnie uciekło Yen, w końcu odłożył wiekopomne dzieło i nachylił się w stronę towarzyszki.
– Nie będziemy mieć więcej kłopotów?
– Przepraszam. – Spuściła głowę. – Czuję żal i nie potrafię tak po prostu przejść nad tym do porządku dziennego. Wiem, że nie podzielasz mojego zdania i pewnie uważasz, że dobrze się stało, ale… Spróbuj mnie zrozumieć, proszę.
– To żadna tajemnica, że zależy mi bardziej na wydłużeniu twojego życia niż jego bezsensownym skróceniu. Nie chcę, żebyś przesadnie ryzykowała.
Uśmiechnęła się do niego. Grymas wydawał się nieco wymuszony, ale stanowił krok we właściwym kierunku.
– Wyniknęła z tego przynajmniej jedna dobra rzecz. Nie muszę więcej pić swojego eliksiru, najwyraźniej już go nie potrzebuję. Poza tym… Pamiętasz moją wielką hollywoodzką przygodę? Producenci chcą, żebym powtórzyła swoją rolę. Początkowo im odmówiłam, ale w tej sytuacji…
– Nadal kręcą ten film?
– I jeszcze długo będą. Część trzecia, czwarta, dziesiąta… Dobrze płacą, honorarium wystarczy na wykończenie strychu.
– Pojadę z tobą, jeśli sobie życzysz.
– Oczywiście! – Uśmiech Yenlli poszerzył się i nabrał cieplejszych odcieni. – Zabierzemy też Al, poprosiłam Thomasa, żeby wszystko zorganizował. Nie będą nam robić żadnych problemów.
Państwo Snape przeżyli jeden z najpoważniejszych kryzysów, a jednak pogodzili się stosunkowo szybko, nie potrzebowali nawet tradycyjnych cichych dni. Latem pojechali na długie wakacje, żeby odpocząć przed kolejnym pracowitym sezonem. Skoro Yen zgodziła się na nowe projekty, potrzebowali świeżego zapasu nianiek i dużych rezerw cierpliwości. Był to niezwykle trudny i pracowity okres, dni i tygodnie mijały błyskawicznie. Zanim się obejrzeli, był już nowy rok.
Niestety, zima przyniosła ze sobą kolejne załamanie. Yen przechorowała ją prawie całą, poczynając od stycznia łapała coraz to nowe infekcje. Nakręciła film, ale nie zdążyła pojechać na premierę. Była słaba, na dzień przed wylotem dostała wysokiej gorączki. Wyglądała źle, jeszcze gorzej się czuła. A co gorsza, zaczęła się wycofywać. Schodziła Severusowi z oczu. Gdy tylko mogła, chowała się w pistacjowym saloniku, a to nigdy nie był dobry znak. Pomijając zawodowe zobowiązania, trudno było ją zmusić do wyjścia z domu.
Kulminacja nastąpiła w marcu, podczas eleganckiej kolacji dla uczczenia sukcesu kolejnego spektaklu. Naturalnie żadne z nich nie miało na to ochoty. Rzadko udawało im się spędzić wieczór poza domem, zwłaszcza odkąd Yen przestała o to walczyć. Dawniej upierała się przy swoich przywilejach, teraz nagle jej to zobojętniało. Nie chciała o tym rozmawiać, on nie potrafił jej zmusić, zresztą nie naciskał, bo bał się, że trafi na kolejną bombę.
W ten sposób wylądowali w absurdalnie drogiej restauracji, obrażeni na siebie i ogółem zniechęceni. Kłócili się od rana, więc nic dziwnego, że aktualnie mieli siebie nawzajem najzwyczajniej w świecie dość. Yen siedziała przy stoliku sztywna i naburmuszona, nawet na niego nie patrzyła.
– Postaraj się chociaż trochę i przestań tak wiecznie krzywić – syknął na nią Snape. – Tutaj aż się roi od dziennikarzy czy innych mętów, znowu wylądujemy na pierwszych stronach gazet.
– Co za różnica? – rzuciła obojętnie.
– Taka, że nie mam ochoty ponownie czytać o własnym rozwodzie.
– Więc nie masz się czym martwić, kochanie. – Wykrzywiła się jeszcze bardziej, specjalnie na jego użytek. – Najpierw musiałbyś się z kimś ożenić.
– Yenlla, nie przeciągaj struny.
– Bo co? Może odeślesz mnie do domu? Proszę bardzo.
– To ty chciałaś…
– Niczego od ciebie nie chciałam, dobrze o tym wiesz.
Napięta atmosfera między nimi pogarszała się z każdą chwilą, a wieczór na dobrą sprawę jeszcze się na dobre nie rozpoczął. Oboje wydzielali na tyle okropną energię, że pozostali goście, aktorzy i producenci, ledwo ważyli się do nich podejść. Gdzieś wokół toczyło się wesołe przyjęcie, trwały powitalne przemowy i toasty, ale do Yen i Severusa ledwo to docierało, byli zbyt zajęci wściekaniem się na siebie.
– Co za niespodzianka, że premiera wyznaczona na idy marcowe okazała się niespecjalnie szczęśliwa – sarkał w dalszym ciągu mistrz eliksirów. – Nie żeby sztuka była lepsza, w końcu to „Mac…"
– Szkocka sztuka – przerwała mu czujnie Gwiazda.
– Znakomity wybór.
– Przepraszam, że chciałam wykazać się ambicją w doborze repertuaru. A może uważasz, że ściągnęłam nieszczęście pod nasz dach? Nigdy nie miałam cię za człowieka przesądnego, Sever, ale może w takim razie PRZESTAŃ uparcie próbować wymówić TEN CHOLERNY TYTUŁ.
Starała się nad sobą panować, naprawdę. Uniosła głos zupełnie nieświadomie. Dopiero kiedy poczuła kierujące się na nich spojrzenia, zrozumiała, że jest źle. Wszyscy się na nich gapili, a ona nie mogła tego znieść. Czuła, jak trzęsą jej się ręce. Raz było jej zimno, za chwilę znowu gorąco. Kompletnie nie rozumiała, co się dzieje, i bardzo, ale to bardzo chciała być już w domu.
– Uspokój się, wariatko, albo naprawdę mnie poniesie! – warczał na nią doprowadzony na skraj wytrzymałości Snape.
– Nie! – wysyczała w pierwszym odruchu Yen. Schowała twarz w dłoniach, ale zaraz potem przypomniała sobie, że wszyscy patrzą, więc ponownie się wyprostowała. – Nie mogę – szepnęła nieco rozpaczliwie. – Ja… Przepraszam, nie wiem, co się ze mną dzieje. Jestem ciągle wściekła. Albo senna. Albo płaczę. Nie wytrzymam tej huśtawki nastrojów. Ja…
Spojrzała na niego jakoś tak łagodniej. Przez chwilę można by pomyśleć, że nawiązali jakiś rodzaj porozumienia i ten wieczór nie będzie spisany na straty, jednak akurat w tej chwili napatoczył się kelner z przystawkami. Szkocka sztuka pociągnęła za sobą dość tradycyjny poczęstunek. Krył on wiele intrygujących niespodzianek, jednak nie wszystkie atrakcyjne estetycznie czy też… zapachowo. Yen ledwo zdążyła zerknąć na talerz, gdy coś się z nią stało. Momentalnie zzieleniała i czym prędzej zerwała się z miejsca.
– Yenlla? – Severus odruchowo podniósł się w ślad za nią.
Niestety, nie mogła mu już odpowiedzieć. Machnęła na niego tylko nerwowo, gdy zakrywając rękami usta, przedzierała się do celu.
Dobrze, że była to jedna z tych nowoczesnych knajp z koedukacyjnym łazienkami. Gdyby Severus musiał jej szukać w damskiej toalecie, chyba wreszcie i oficjalnie trafiłby go ten obiecany od lat jasny szlag. A tak po prostu stanął przed drzwiami i zapukał.
– Yen, wszystko w porządku?
– Nic mi nie jest – nie zabrzmiała ani trochę przekonująco. – Nie służy mi ta dziwna kuchnia.
– Taaak – rzucił sceptycznie. – To z pewnością wina przystawek.
– Poza tym mówiłam ci, że źle się czuję. – Rozchwiana Yenlla ponownie zmieniła front. – Ale ty musiałeś postawić na swoim.
– Czyli to moja sprawka?
– Ja chciałam zostać w domu.
– A ja wiedziałem, jakie piekło mnie czeka, jeśli się na to zgodzę.
W końcu wyszła z łazienki, ale chyba niewiele jej to pomogło. Nadal wyglądała jak z krzyża zdjęta – wymięta, blada i wyraźnie wykończona.
– Na pewno dobrze się czujesz? – zaniepokoił się.
Fuknęła na niego, wyminęła go w drzwiach i zdążyła zrobić może trzy kroki, zanim nogi się pod nią załamały. Musiał ją podeprzeć ramieniem, żeby zgodnie ze swoim zwyczajem nie runęła na podłogę restauracji w obecności tych wszystkich, kłębiących się wszędzie ludzi, ciekawskich gryzipiórków i fotoreporterów.
Niestety, było za późno. Świadkowie sceny potrafili dodać dwa do dwóch: bladozielona Yenlla, łazienka za plecami i zdezorientowany mąż. Zgodnie z ponadczasowymi zasadami fabuły przyczyna jej dziwnego stanu – z naciskiem na słowo „stan" – mogła być tylko jedna, prawda? Wokół natychmiast rozbłysły setki fleszy. Czasy, gdy każdy idiota dysponował podręcznym aparatem, awansowały na prywatnie znienawidzone w przez mistrza eliksirów.
– Musiałaś zrobić z siebie widowisko – sarkał cicho do jej ucha. – Nie mogłaś sobie chociaż raz odpuścić weekendowej okładki, co?
– Ja… – mamrotała oszołomiona Yen. – Ja naprawdę nie… Nie wiem. Jestem zła, smutna, zmęczona, wkurzona – wyliczała, przykładając dłoń do twarzy i dzielnie walcząc z kolejną falą mdłości. – Ja… Boże, Sever, ja chyba jestem w ciąży.
– Aha, tyle sam zdołałem wydedukować.
– Jednak jestem w ciąży!
– Moje gratulacje, kochanie.
Całkiem straciła nad sobą kontrolę. Rzuciła mu się na szyję i zaczęła śmiać całą sobą. Udało się, jakimś cudem się udało! Była taka szczęśliwa, że mogłaby fruwać, gdyby nie trzymał jej tak mocno na ziemi.
I tak oto sytuacja nagle magicznie się odmieniła. Gdy Yenlla odkryła, co tak naprawdę jej dolega – i że bynajmniej nie umiera – raczkująca depresja cofnęła się samoczynnie. Wreszcie miała swoją idealną medialną ciążę i nie zamierzała sobie tego darować. Mogła biegać po wszelkich zainteresowanych redakcjach, umawiać sesje zdjęciowe i promieniować samozadowoleniem aż do samego porodu. Aby jednak nie było za słodko, Severus tym razem niestety powiedział: NIE.
– Zgodziłem się na ten cyrk raz, gdy musiałem – zapowiedział kategorycznie. – Drugi raz nie zamierzam przez to przechodzić.
Swoją postawą nieco obniżył wartość rynkową pani Snape, ale nie aż tak bardzo, aby ostudzić jej zapał. Yenlla cieszyła się swoim upragnionym odmiennym stanem, względnym zdrowiem i zainteresowaniem, którego unikała w przypadku mocno kontrowersyjnej ciąży numer jeden. Zdecydowanie czuwały nad nią niebiosa, bo mimo że zachowywała się skandalicznie nierozsądnie, nie zaszkodziła sobie ani dziecku. Niech dzięki będą Merlinowi!
Filip Filius Snape przyszedł na świat 15 października 2004 roku. Dla odmiany urodził się nieco po terminie – duży, zdrowy i różowiutki, jakby wywodził się z zupełnie innej puli genowej. Jego pojawieniu się w malowniczej, jesiennej scenerii nie towarzyszyły żadne większe dramaty…
Przynajmniej dopóki Snape, który na moment stracił czujność, nie skojarzył faktów i nie uświadomił sobie, że z typowym dla siebie poszanowaniem przyzwoitości Yen ochrzciła syna (kolejno) imionami jednego ze swoich ostatnich chłopców w Hogwarcie oraz opiekuna Ravenclawu. Awantura ciągnęła się miesiącami i w drodze z trudem osiągniętego kompromisu doprowadziła do drobnej korekty danych. Filip Filius Snape został Filipem Fideliusem Snape'em – i chociaż nikt tak naprawdę nie był zadowolony, tak już zostało.
Niestety, problemy nie chciały się skończyć. Szybko bowiem okazało się, że pod każdym innym względem doskonały, prześliczny synek Yen… nie skrywa w sobie ani odrobiny magii. Podczas gdy Alicja już w pierwszym miesiącu życia zdemolowała jedną z sal w Szpitalu im. Świętej Conainne i niewiele brakowało, aby puściła z dymem całą lecznicę, a Emilka po ukończeniu roku potrafiła lewitować kredki i skuteczne niszczyć pastelowe ściany swojego pokoju samą tylko siłą woli, Filip…
Filip został z tyłu i jak na razie nic nie zapowiadało, że ten stan się zmieni.
Yen myślała o tym wszystkim w leniwe niedzielne przedpołudnie, gdy siedziała samotnie w pistacjowym stoliku, próbując się skupić na powtarzaniu roli. Niestety, krótka wizyta w Hogwarcie rozdrapała na nowo dawne rany. Trudno jej było przewidzieć, jaki los czeka małego Filipa – dziecko pod każdym względem wyjątkowe, tylko nie w ten sposób, jaki byłby dla niej najbardziej pożądany. Mimo badań i testów, konsultacji z terapeutami oraz starań zaciskającej kciuki aż do krwi Yenlli, nic nie przynosiło pożądanych rezultatów.
Nie mogła się z tym pogodzić, dlatego gdy wyczerpała tradycyjną ścieżkę diagnostyczną, chwyciła się brzytwy. Prosiła Lunę, aby obejrzała małego pod kątem nargli czy innych magicznych pasożytów. W kółko dyskutowała sprawę z Kitty, doświadczoną matką, oraz panią Paddington. Pisała z Siobhan w nadziei, że znajdą się jakieś cudowne irlandzkie czy elfickie zielska, którymi wystarczy natrzeć Filipa, żeby zaczął promieniować pierwotną magią. Nic z tego. Nie istniała droga na skróty, można było tylko czekać i mieć nadzieję.
Więc Yen czekała.
Podeszła do okna i spojrzała na bawiące się w ogrodzie dzieci – ciepło odziane, troskliwie poowijane szalikami przez Błyskotkę. Alicja wprawiała jesienne liście w wirowy ruch, a zachwycona Emilka biegała za nimi wszędzie tam, gdzie skierowała ją starsza siostra. Filip był bardziej zainteresowany żywą przyrodą, podążał krok w krok za Newtonem, przyglądając się jego pracy.
„Zawsze to jakieś rozwiązanie", myślała rozczulona Yenlla. „Jeśli nic innego nie wypali, może zostanie ogrodnikiem?".
Jakiś czas później w pistacjowym saloniku znalazł ją Severus – nadal zamyśloną i przyklejoną do okna.
Bardzo mała, ale jeszcze bardziej żwawa Emilka kręciła się na jednej nóżce jak bąk, popisując się wirującą malowniczo spódniczką uszytą z koła. Ogólny efekt trochę psuł ciepły płaszczyk w chabrowym kolorze, ozdobiony wielkimi złotymi guzikami, które budziły jej wielki zachwyt. Wiedziała, że wygląda słodko i ślicznie. Ta absolutna pewność płynęła bezpośrednio ze szczególnego połączenia genów.
– Zrób to jeszcze raz, jeszcze raz! – prosiła, gdy opadły wszystkie liście, które jej starsza siostra lewitowała dla zabawy.
Alicja nie czuła oporów przed popisywaniem się magicznymi umiejętnościami. Motywowały ją przecież dokładnie te same geny. Powtórzyła sztuczkę, na którą Emi zareagowała radosnym piskiem. Umorusany ziemią Filip, który wcześniej pomagał Newtonowi, również się przybliżył i wpatrywał w nią okrągłymi oczami.
– Możesz czarować? – zapytał.
Alicja zaśmiała się, wyraźnie zadowolona z siebie.
– Oczywiście, przecież jestem czarownicą.
– Ale t-tata mówił, że nie wolno. Że tak można dopiero w szkole.
– Musimy gdzieś ćwiczyć, prawda?
Emilka chwyciła jeden z liści, spojrzała na niego zezem i wtedy zmienił w jej rękach kolor z sepiowego na błękitny.
– Hi, hi! Ja też umiem. Teraz ty coś zrób – poleciła bratu.
– Eee… N-nie.
– No dalej, pokaż, co potrafisz!
– Ale ja nie chcę.
– Nie chcesz czy nie umiesz? – skontrowała bystro, świdrując go wzrokiem.
– Oj, odczep się!
– Nie umiesz, nie umiesz! – przedrzeźniała go Emilka, wciąż zgrabnie podskakując na jednej nodze i zachwycając się swoją wirującą spódnicą. – Zrób tak! – śmiała się, dmuchając na liść, który ponownie zmienił kolor z niebieskiego na różowy. – Nie zrobisz, bo nie umiesz! Nie umiesz, a ja jestem od ciebie młodsza i już tyle umiem!
Nieszczęśliwy Filip wpatrywał się w nią wielkimi oczami, a jego twarz wydłużała się w poczuciu ogromnego żalu. Bo rzeczywiście nie potrafił wykonać żadnej z tych niezwyłych rzeczy, ktrymi tak chętnie popisywały się jego siostry. Alicja spojrzała na niego ze współczuciem. Przestała bawić się liśćmi i przyklękła obok, odsuwając nieco przesadnie rozochoconą Emilkę.
– Daj mu spokój! Straszny dzieciak z ciebie, Emi, wiesz? Oczywiście, że Filip będzie potrafił czarować, tak samo jak ty czy ja. Jesteśmy dziećmi z czarodziejskiego domu, nie może być inaczej.
– A jeśli on nie umie? – upierała się. – To co?
– Ma jeszcze czas. – Al objęła brata, wręczając mu bukiet z jesiennych liści, którymi wcześniej się bawiła.
Zachwycony zaczął układać je po swojemu. Niewątpliwie miał do tego oko i swoisty talent. Skromna i dość przypadkowa zbieranina liści dzięki jego staraniom natychmiast nabrała uroku.
– Zaniesiemy mamie! – cieszył się.
Nieprzekonana Emilka nadal mu nie odpuszczała. Stała obok i wpatrywała się w niego natrętnie, nie potrafiąc odpuścić tematu, który wyraźnie ją zafascynował.
– Ale są na świecie niemagiczni ludzie, prawda?
– Tak, są.
Alicja wstała, otrzepała się, po czym usiadła na ławce. Odchyliła głowę do tyłu i w zamyśleniu wpatrywała się w dom, w którym powoli zapalały się światła. Zimowy zmierzch zapadał wcześnie, zbliżała się pora podwieczorku. Zaintrygowane dzieci ponownie zgromadziły się wokół niej.
– Co się stało? – zapytała Emilka, wyczuwając zmianę nastroju.
– Panna Smith mówiła… – zaczęła Alicja i urwała.
– Nie w-wolno mówić o pannie Smith! – przeraził się Filip.
– Panna Smith mówiła, że mamy szczęście, bo urodziliśmy się w czystokrwistej rodzinie, w której magia jest bardzo silna.
– Tak? – zainteresowała się Emi, bez ostrzeżenia pakując się starszej siostrze na kolana.
– Tak. Powiedziała, że tata był bardzo potężnym czarodziejem. Kiedyś, dawno temu. Tylko później źle wybrał. Zmarnował swój potencjał.
– Co to znaczy?
Brat i siostra chłonęli jej każde słowo, chociaż byli zbyt mali, aby cokolwiek z tego zrozumieć. Sama Alicja również miała pewien problem, aby poukładać sobie to wszystko w głowie. Rozmowy z panną Smith nie były łatwe. Mówiła dużo, ale bywała przesadnie tajemnicza. Lubiła rzucać różne aluzje, których później nie rozwijała, tylko uśmiechała się i przykładała palec do ust.
– Tęsknię za panną Smith – wyznała Al, wpatrując się w ciemniejące niebo i pojawiające się na nim pierwsze gwiazdy. – Panna Smith była mądra.
Filip się z nią nie zgodził. Zacisnął ubrudzone ziemią ręce w piąstki.
– Panna Smith była zła.
W pistacjowym saloniku pani Yenlla Snape miała wszystko, czego tylko mogła potrzebować do szczęścia. Wysłużony gramofon wraz z kolekcją płyt, elegancki sekretarzyk, zabytkowe zwierciadło w misternej oprawie, przepiękną lampę z weneckiego szkła oraz – a może: przede wszystkim – kolekcjonerskie wydanie dzieł zebranych Williama Shakespeare'a (noszące już wyraźne ślady intensywnego użytkowania). W ciągu lat w zbiorze pamiątek pojawiło się kilka nowych, wielce ciekawych przedmiotów. Na przykład na kominku pyszniła się miniaturowa replika Bramy Brandenburskiej, którą Snape przywiózł żonie z konferencji w Berlinie. W drodze wyjątku chciał ją tam nawet zabrać ze sobą na upojny weekend, ale tylko śmiertelnie się na niego obraziła.
– Teraz to się wypchaj, Sever – prychnęła wyniośle.
Nie pozostało mu zatem nic innego, jak obdarować ją tą złośliwą durnostojką, a ponieważ otrzymała również pierwsze wydanie „Fausta", z czasem się udobruchała. Tuż obok znajdował się tomik baśni irlandzkich ze specjalną dedykacją od wesołych pielęgniarek ze Świętej Conainne, a dalej – szczególnie wyeksponowana –„Mia w Krainie Kociołków", krótka opowieść dla dzieci napisana osobiście przez Yen dla (wtedy jeszcze malutkiej) Alicji. Nie była to jej pierwsza ani ostatnia próba pisarska, kreatywna autorka dopiero się rozkręcała. Dlatego na rozległym biurku przy oknie prężyła się dumnie gotowa do działania maszyna do pisania Seidel & Naumann (również z Berlina).
A ponieważ pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają, na środku salonu znajdowała się również zielona kanapa (co najmniej trzecia z kolei, bo zwykle nie wytrzymywały długo), na której państwo Snape obściskiwali się z dużym zaangażowaniem.
– Zamknąłeś drzwi?
– Tak.
– Na pewno?
– Yenlla…
– Zawsze mówisz, że zamknąłeś, i nigdy tego nie robisz. To już nie te czasy, kiedy…
– Zadziwiające, ile potrafisz z siebie wyrzucić na jednym oddechu.
– Trening aktorski, skarbie.
Yen uśmiechnęła się szelmowsko, ale nie pozwoliła mu na kolejny komentarz. Ułożyła się wygodniej, przyciągnęła go bliżej. Głęboki wdech i… Cóż, przekonał się nie raz i nie dwa, że ma zdrowe i pojemne płuca. Profesor Snape z wprawą wyczuł to szczególne miejsce, gdzie krótka spódnica łączyła się ze sweterkiem z przyjemnego dla skóry kaszmiru. Całkiem przypadło mu do gustu to, co odkrył pod spodem.
– Koronki?
– Czarne. Znam swojego odbiorcę.
– Przestań mnie prowokować.
– Jakbyś tego nie lubił, zepsuty Nietoperzu.
Zachodzące słońce przeświecało przez zielone zasłonki, sprawiając, że cały salonik o wiele bardziej niż zwykle przypominał przyjazne hogwarckie lochy… lub wnętrze jednej z bardziej tajemniczych fiolek profesjonalnego mistrza eliksirów. Yen chichotała, gdy dobierała się do jego guzików, on udawał, że mu to przeszkadza, chociaż sam z własnej woli się tam zaplątał. Piękna szelma pachniała oszałamiająco niesławnym Y, zapachem skandalu, który w międzyczasie i przy wsparciu nowego dystrybutora doczekał się już całej linii skoligaconych kosmetyków. Dochód ze sprzedaży samych perfum prawdopodobnie wystarczyłby na pokrycie pełnych kosztów edukacji trójki pociech pary, która wciąż nie miała siebie dość.
Niestety, całkiem przyjemne popołudnie przerwał osobliwy wizg, a następnie odległy wybuch. Yenlla drgnęła, Severus poderwał czujnie głowę, z przyzwyczajenia spodziewając się najgorszego. Wszechświat go nie zawiódł. Zgodnie z oczekiwaniami zaraz rozległ się kolejny trzask, który wstrząsnął całym budynkiem.
– Oj – pisnęła Yen. – Co tym razem?
– Tych dzieci jest za dużo, słońce dni moich. Proponuję oddać połowę.
– Przypominam, że „trzy" to nie jest specjalnie łatwa do podziału liczba.
– Da się zaokrąglić.
Pani Snape zmrużyła groźnie oczy.
– Aha, już widzę tę zaokrągloną połowę. Zostałaby tylko twoja!
– Cóż, jeśli już mamy wybierać, trzeba wybrać rozsądnie.
– Idź do diabła, Sever!
Oburzona żona zrzuciła go z siebie dość brutalnie, po czym usiadła bokiem i zaczęła poprawiać na sobie ubranie. Snape natychmiast znalazł się za jej plecami, zsuwając nieco luźny rękaw sweterka i odsłaniając ramię. Poskromiona odchyliła głowę i pozwoliła mu zrobić, na co tylko miał ochotę.
– Nienawidzę cię.
– Wzajemnie, Yen.
Ponownie znaleźli się w pozycji horyzontalnej, ale szczęście nie trwało długo. Tylko do momentu, aż oboje poczuli swąd spalenizny. Ta okoliczność wymuszała zdecydowaną reakcję, tym bardziej że dokładnie w tej samej sekundzie rozległo się pukanie do drzwi.
– Proszę pani! – zawołała Błyskotka. – Coś się dzieje w ogrodzie.
– Niech to – jęknęła niezadowolona pani.
– Obawiam się, że interwencja jest nieunikniona – dodał pan.
– Chyba tak – westchnęła. – Widzę dym za oknem.
– Zawsze lepiej na zewnątrz niż w środku.
Nie potrzebowali dużo czasu, aby pozbierać się do pionu. Lata praktyki i nadmiar dzieci robią swoje. Severus otworzył drzwi, kurtuazyjnie przepuszczając Yen przodem. Obdarzyła go w nagrodę olśniewającym uśmiechem.
– Co się stało? – zwróciła się do Błyskotki.
– Nie jestem pewna. Newton czuwał nad maluchami w ogrodzie, a ja byłam w kuchni, gdy ktoś zaczął się dobijać do drzwi.
Państwo Snape ramię w ramię ruszyli imponującymi schodami prowadzącymi do głównego holu. Przy drzwiach frontowych już zgromadziła się wielce zaciekawiona dzieciarnia, którą wizja potencjalnie atrakcyjnych gości odciągnęła od zabawy. Wszystkie trzy buzie miały dokładnie ten sam niewinny wyraz, więc trudno było od razu wskazać winowajcę. Chociaż to naturalnie jeszcze o niczym nie świadczyło. Pewną wskazówkę stanowiło jednak uparcie się powtarzające się pukanie do drzwi. Może jednak sprawcy zamieszania wyjątkowo należało szukać gdzie indziej?
Yenlla i Severus wymienili zdziwione spojrzenia.
– Spodziewasz się kogoś? – zapytał.
Wzruszyła ramionami. Prowadzenie domu otwartego ma swoje prawa. Snape chyba też o tym pomyślał, bo w udręczeniu przewrócił oczami. Dopiero wtedy łaskawie odblokował zamek.
Na progu, opierając się od niechcenia o framugę, stał nie kto inny, a Syriusz Black we własnej osobie. Cały był brudny, miejscami przypalony i widocznie sponiewierany, nie przeszkadzało mu to jednak bezczelnie szczerzyć się w czarującym uśmiechu niegrzecznego chłopca.
– No cześć, śliczna – zwrócił się od razu do Yen. – Przepraszam, że tak wpadam bez zapowiedzi, ale… Właśnie zestrzelili mnie tuż nad waszym domem, więc pomyślałem sobie, że wproszę się na drinka.
