It's so nice to have a man around the house
Oh so nice to have a man around the house
Someone sweet whose glad he found you
Who will put his arms around you
And his kisses just astound you, it's so nice

Oh, a house is just a house without a man
He's the necessary evil in your plan
There are many things about him
You just cannot do without him
Though it's just a constant game of cat and mouse
It's so nice to have a man around the house
(Della Reese: It's so nice to have a man around the house)

Syriusz Black nie czekał na zaproszenie ani zachętę, której mógł się nie doczekać. Bez ostrzeżenia wparował do wnętrza niekoniecznie gościnnego domu profesora Snape'a, chwytając Yen w ramiona i wykonując wraz z nią kilka tanecznych kroków wzdłuż korytarza. Pozostali domownicy przyglądali się im w stanie wyraźnego szoku.

– Yenka, królowo, czas się dla ciebie zatrzymał! – Łapa okręcił partnerkę w szalonym piruecie. – Jak ty to robisz? Zdradź swój sekret i pozwól mi go spieniężyć.

– Cześć, Syri. – Gospodyni zdobyła się na oszczędny uśmiech. – Cóż to za rzadki i niespotykany zaszczyt. I CO TO ZNACZY, ŻE CIĘ ZESTRZELILI?! Kto, jak i dlaczego?

– Oj, drobiazg, skarbie. Drobiazg!

Black wyglądał absolutnie okropnie i podobnie zresztą śmierdział. Miał na sobie podarte ubranie, a jego osmoloną twarz znaczyły ślady krwi płynące z rozcięcia na czole. Wszystko to zdawało mu się ani trochę nie przeszkadzać w bezczelnym uwodzeniu żony dawnego szkolnego kolegi (no, powiedzmy). Ponownie okręcił Yen wokół własnej osi, po czym widowiskowo przechylił ją tuż nad podłogę. Przyglądał jej się uważnie i z wyraźną przyjemnością… Do czasu.

Szybko zauważył ten lekko zakłopotany wzrok, błyszczące oczy i zaróżowione policzki, które o czymś mu przypominały. Przywiodły mu na myśl pewien bardzo konkretny epizod z odległej przyszłości, kiedy również zjawił się pod dachem mistrza eliksirów bez zapowiedzi. Rzucił kontrolne spojrzenie na Snape'a i jego krzywo zapięte guziki, pozbywając się resztek wątpliwości. Nieważne, ile lat mijało, najwyraźniej za każdym razem wpadał nie w porę. Miał ochotę jakoś to skomentować, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. Pewien wpływ na to miały trzy pary ciekawskich oczu wpatrujących się w niego z bezpiecznych pozycji gdzieś za plecami mistrza eliksirów. Wszystkie te wielkie, okrągłe ślepia wyglądały bardzo yenllowato, z tym że jeden komplet okazał się czarny jak noc.

– Niech mnie! – zawołał energicznie Black, stawiając Yen do pionu. – To są wasze dzieciaki? Niewiarygodne, wszystkie śliczne jak z obrazka. Widzę, że geny tatusia nawet nie podjęły walki.

– Khm.

Cokolwiek zdezorientowany pan domu wreszcie się ocknął, zaznaczając swoją obecność w typowy dla siebie sposób. Emerytowany Huncwot w końcu porzucił partnerkę, zwracając się z kolei do szanownego małżonka.

– No, no, Snape! Nie próżnowałeś, stary drapieżniku.

– Wypraszam sobie podobne insynuacje.

– Ile jest tych dzieci? Trójka?!

– Trójka to bardzo rozsądna liczba – orzekł autorytarnym tonem profesor. – Zapewnia zastępowalność pokoleń i przetrwanie gatunku.

– Aha, GATUNKU. Tak to się teraz nazywa? Zawsze podejrzewałem, że stary pies z ciebie… czy raczej Nietoperz. Ale, ale! – Black ponownie zerknął na przygładzającą włosy i wymięta spódniczkę Yen. Uważne omiótł ją wzrokiem od stóp do głów, zanim skonstatował: – Serio aż trzy egzemplarze? To musi być magia!

– Och, bez przesady, Syri! – broniła się wyraźnie zachwycona komplementami Yenlla. – Nie musisz się aż tak podlizywać.

– Dziewczynki są przeurocze. Będziecie musieli je zamknąć w wysokiej wieży do pełnoletności, bo inaczej dojdzie do zamieszek!

Najmłodsza i najbardziej zdezorientowana z powodu zamieszania latorośl delikatnie pociągnęła Severusa za nogawkę spodni.

– Tatusiu, kto to jest?

Black dostrzegł swoją szansę. Klęknął obok Emilki z otwartymi ramionami.

– Jak to kto? Wujek Syriusz! Daj buziaka!

– Bleee! – podsumowała go mała.

Severus zareagował jeszcze szybciej, chwytając córkę wpół i zdecydowanie wynosząc daleko poza zasięg łap wroga.

– Żaden wujek – warknął obronnie. – Tylko zbłąkany wędrowiec.

– Na to chyba za wcześnie – zauważyła przytomnie Alicja.

– Racja – podchwycił Severus, wężowym ślizgiem przysuwając się do Yen. – Czy w takim razie możemy go wyrzucić? – upewnił się.

Żona spiorunowała go wzrokiem.

– Zachowuj się!

– Nie chcę.

Nie wytrzymała i wybuchnęła śmiechem, bez ostrzeżenia z uciechy cmokając go w nos. Niepokorna Alicja nie powiedziała jednak ostatniego słowa. Przyjrzała się uważnie gościowi, po czym wypaliła odkrywczo:

– Pan jest tym facetem, co nie chciał ciotki Ros?

– Ciii!

Yen spacyfikowała kolejną córkę, odruchowo zasłaniając jej usta dłonią i odciągając na bok. Ledwo mogła się przy tym powstrzymać od śmiechu, skoro mina Blacka wreszcie nieco zrzedła. Al potrafiła zaorać każdego przeciwnika, miała to we krwi. Ku zgrozie Yenlli, Łapa wreszcie skojarzył, z kim ma do czynienia.

– Alicja! – rozpoznał jej. – Wyrosłaś jak Wierzba Bijąca… i to dość dosłownie! Kiedy ostatnio cię widziałem, byłaś całkiem malutka. Ale wyglądasz zupełnie jak na zdjęciu, kropka w kropkę.

Nagle i niespodziewanie zapadła ciężka cisza, której nikt nie zamierzał zbyt szybko przerywać – szczególnie Yen, która twardo wpatrywała się w ścianę, udając, że niczego nie widzi i niczego nie słyszy.

– Jakim zdjęciu? – zagadnął Severus niemal uprzejmie.

– W portfelu u wujka Remusa, naturalnie – odpowiedział niewinnie Syriusz, nie uświadamiając sobie, że właśnie wyjął zawleczkę z granatu. – Zawsze się chwali, gdy dostaje aktualne.

Pani Snape wciąż bardzo pilnie nie zauważała ognistego spojrzenia swojego małżonka, które niemal się przez nią przepalało.

– Yenlla…

– Cudownie! – Klasnęła w ręce szelma, kompletnie go ignorując. – To czemu zawdzięczamy tę mocno wątpliwą rozkosz, Syriuszu? – skupiła się na gościu, aktualnie mniej kłopotliwym niż wkurzony gospodarz.

– Już mówiłem. Ktoś mnie zaatakował, gdy wracałem do Londynu. Nic mi się nie stało, ale motor solidnie oberwał.

– M-motor – szepnął zaaferowany Fifi, wychodząc z cienia za nogami ojca z szeroko otwartymi oczami. – Prawdziwy motor?

– Oczywiście! – Błysnął zębatym uśmiechem Black.

– Mogę zobaczyć?

– Później – uciął Severus, w jednej chwili jakby mniej uprzejmy. – Czy ten złom zalega teraz w MOIM ogrodzie?

Właściciel złomu beztrosko wzruszył ramionami.

– Musiałem lądować awaryjnie. I wtedy przypomniałem sobie, że mieszkacie w okolicy. Wybrałem chroniony teren, byłoby niefajnie spaść na głowę przypadkowym mugolom, nie? Za dużo potem papierkowej roboty.

– Jakim cudem przedostałeś się przez osłony?

– Rem mnie tu kiedyś przyprowadził, nie pamiętasz? Pewnie nadal działa zasada wyjątku.

– Co za tragiczne niedopatrzenie. Trzeba będzie jak najszybciej naprawić ten błąd.

– Gościnny jak zawsze, Snape.

– Mój dom, moja twierdza, Black.

– Panowie! – Wkroczyła pomiędzy nich rozjarzona jak lampka choinkowa Yen. – Tylko spokojnie.

– A my porozmawiamy poważnie na osobności – ostrzegł ją Severus. – Konkretniej o tym, gdzie i dlaczego trafiają zdjęcia MOICH dzieci bez MOJEJ zgody.

– Ups – szepnął złośliwie Syriusz prosto do jej ucha, chętnie obejmując ją ramieniem, żeby jeszcze bardziej podrażnić pana domu. – Ktoś ma kłopoty.

– Odczep się! – Zamachała rękami w proteście rumiana Yenlla. – To wszystko twoja wina! Musisz tak tu wpadać… i gadać… i… UGH!

– Naprawdę nie miałem wyboru. Chodzi o to, że… – Black nieoczekiwanie spoważniał, zniżając głos i zerkając znacząco na dzieci. – To jest grubsza sprawa. Nie wiem, na ile zdajecie sobie sprawę z tego, co się dzieje. Przyszedłem was ostrzec.

– Co się znowu dzieje? – zaniepokoiła się Yen.

Niestety, nie mogli rozmawiać swobodnie. Dzieci natychmiast wyczuły zmianę nastroju i zaczęły jeszcze intensywniej strzyc uszami. Nieprzeznaczone dla nich sekrety zawsze budziły największe zainteresowanie.

– Słyszeliście o Nowej Sprawiedliwości? – zapytał cicho Syriusz.

Yen i Severus zgodnie pokręcili głowami.

– Nie jesteśmy na bieżąco z polityką. Nie bardzo mamy czas.

– A macie chociaż internet?

Spojrzeli na niego jak na wariata – ponownie bardzo zgodnie i w idealnej synchronizacji.

– Nie żartujcie! – zawołał wstrząśnięty. – To brzmi jak dla Yenki.

– Mam swoją stronę i tak dalej, ale przecież nie prowadzę tego sama – rzuciła zarozumiale. – Mój agent zajmuje się promocją.

– No to najwyższy czas wyjść z lochów na świat, moi drodzy, bo nie jest dobrze – stwierdził poważnie. – Kurde, w takim razie będę musiał zacząć od początku… Tylko lepiej, jeśli załatwimy to na osobności.

– Oczywiście.

Yenlli nie trzeba było więcej tłumaczyć. Zaczęła zagarniać niezadowolone z obrotu sprawy pociechy i wzywać Błyskotkę do pomocy, podczas gdy Syriusz i Severus nadal patrzyli na siebie wilkiem. Skrzatka błyskawicznie pojawiła się u boku swojej pani.

– Proszę, zabierz dzieci i podaj podwieczorek w salonie, a my…

Nie zdążyła nawet dokończyć tej prośby, gdy z miejsca zalała ją fala żywiołowych protestów.

– Nie, mamo!

– Nie teraz.

– Nie mówcie niczego bez nas!

– A przynajmniej niczego ciekawego, mamusiu, dobrze?

– Spokojnie, to tylko na chwilę – starała się stłumić bunt. – Zaraz do was wrócimy i wypijemy razem kakao.

– Z nowym wujkiem? – chciała wiedzieć Emilka.

– Nawet z dwoma – rzuciła Yen dla świętego spokoju. – Umowa stoi?

– No… Ostatecznie.

Filip najdłużej trzymał się jej spódnicy, patrząc błagalnie wielkimi oczami, które zostały do tego wprost stworzone. Emi uparcie wachlowała rzęsami w stronę Syriusza, a ten – niepoprawny łobuz – odpowiadał jej tym samym. Tylko Alicja marszczyła w zamyśleniu brwi. Jako najstarsza zrozumiała najwięcej z wcześniejszej rozmowy i pewnie już rozważała, w jaki sposób podsłuchać resztę.

– Może pójdziemy do gabinetu? – zaproponowała umęczona Yenlla. – Tam będzie najbezpieczniej.

– Zapraszam. – Snape wzniósł się na absolutne wyżyny uprzejmości, kłaniając się lekko i wskazując gościowi drogę w górę schodów.

Trudna rozmowa wygasła samoczynnie, gdy Black w końcu miał nieco czasu, aby dobrze rozejrzeć się po wnętrzu. A skoro już zaczął, nie mógł przestać, skupiając się na podziwianiu… wszystkiego. Na piętro prowadziły imponujące, szerokie schody wyłożone grubą, świetnie tłumiącą dziecięce tuptania, dywanową wykładziną i wykończone ozdobnymi, rzeźbionymi poręczami – aktualnie częściowo okręconymi sznurami kolorowych lampek.

– Dopiero zaczynamy dekorować dom na święta – wyjaśniła zakłopotana gospodyni. – Nie mamy kiedy się za to zabrać.

– WOW. – To był jedyny komentarz, na jaki zdobył się Syriusz. – Nie pamiętam, żeby ostatnim razem było tu tak… tak… – Zwyczajnie zabrakło mu słów.

– Wykańczanie trochę trwało, ale chyba wreszcie skończyliśmy.

– Kuchnia wymaga remontu – wtrącił Severus.

Mocno objął żonę w talii, przyciągając do siebie i z dala od konkurencji. Być może naprawdę był to odruch, a nie kolejna demonstracja na użytek Łapy. Yenlla chętnie do niego przylgnęła.

– Chyba trochę przesadzasz, kochanie – zauważyła.

– Powstała jako pierwsza. Zdążyła się zużyć.

– Oj nie, nie mam na to siły. Dość remontu!

– Jest niepraktyczna i niedostosowana do potrzeb twoich skrzatów.

– Trudno, muszą jakoś z tym żyć.

– Niesamowite – szepnął Black, który przyglądał im się z czystą fascynacją. – Wy na serio jesteście…

– Uroczy? – Uśmiechnęła się przymilnie pani Snape.

– Zajęci? – prychnął pan Snape.

– Jesteście prawdziwą rodziną – dokończył ewidentnie zszokowany, niezależny obserwator.

– Doprawdy? – Brew Severusa pojechała do góry w komicznym wyrazie zdziwienia. – Co też doprowadziło cię do wyciągnięcia tego przenikliwego wniosku? Tuzin dzieci czy kredyt hipoteczny na sto lat?

– Sever, zachowuj się – spacyfikowała go żona. – To co konkretnie nie pasuje ci w kuchni?

– Cóż, nie tylko tam. Mam też pewne zastrzeżenia do łazienki na piętrze. Instalacja…

Syriusz przestał słuchać. Gdy państwo Snape zajęli się sobą, w dalszym ciągu podziwiał efekty ich starań: wysokie na całą ścianę witrażowe okno zdobiące półpiętro oraz stojące lampy i żyrandole wykonane z artystycznego szkła, zapewniające nastrojowe światło. Z kolei ściany na pierwszym piętrze pokrywały po równo wymyślne tapiserie, modne grafiki współczesnych artystów, a także – starannie oprawione i odpowiednio doświetlone – dzieła dziecięcej wyobraźni. Tu i tam znalazł się też skrawek przestrzeni na co bardziej atrakcyjne wizualnie plakaty z przedstawień pięknej Yen.

– Trzecie drzwi na prawo – dyrygował wycieczką mistrz eliksirów.

Prywatny gabinet profesora również nie zawiódł oczekiwań. Ciągnące się od podłogi do sufitu regały dźwigały imponującą bibliotekę wiedzy alchemicznej, magomedycznej oraz ogólnomagicznej, jakiej nie powstydziłby się wiodące jednostki naukowe. Nie brakowało też bibliofilskich skarbów, starodruków i… kilku świadectw mroczniejszych zainteresowań pana domu. W głębi znajdowało się biurko w stylu kolonialnym, wykonane z ciemnego mahoniu, a na nim standardowe stosy papierów, elegancki zestaw przyborów do pisania (oprócz tradycyjnego pióra zawierający również mugolskie długopisy) oraz błękitna papeteria do korespondencji.

– Siad, Black – rzucił Severus nie bez satysfakcji, gdy sam zajął honorowe miejsce za biurkiem, a kąciki jego ust wyraźnie drgnęły.

Yen lojalnie przysiadła obok niego na blacie. Rzucił jej wprawdzie w odpowiedzi groźne spojrzenie, ale wcale się tym nie przejęła. Wystawiła mu język.

– Przejdźmy wreszcie do rzeczy, nie mamy całego dnia. Co to za Nowa Sprawiedliwość i co ma z nami wspólnego?

Syriusz w zakłopotaniu czochrał swoje niepokorne włosy. Miał problem z zebraniem myśli i ewidentnie nie wiedział, jak zacząć.

– Na Godryka, ciężko to wytłumaczyć. Byłoby lepiej, gdybyście zobaczyli na własne oczy, ale do tego potrzebujemy komputera.

– Trudno, wysil się i spróbuj to opisać.

– Wierzymy w ciebie, Syri – zapewniła Yenlla, idealne remedium na każdą dawkę ślizgońskiego sarkazmu.

– Nie wiem, na ile macie tego świadomość, ale… Coś się dzieje. Istnieje pewna organizacja, nazywają się Nową Sprawiedliwością i uważają, że podczas drugiej wojny z Voldemortem nie wszystkie sprawy zostały załatwione w satysfakcjonujący sposób.

– To znaczy?

Black pokręcił się chwilę na krześle, po czym zgarbił i nachylił bliżej w stronę rozmówców. Świadomie czy nie zniżył też głos.

– Pamiętasz, co tam się działo, Snape? Przecież to był czysty chaos. Jeden wielki burdel, przyspieszone procesy, niektóre dokumenty od razu utajniono.

– Nie moje – zastrzegł były Śmiercożerca. – W porozumieniu z prawnikami moje akta zostały uwolnione do wiadomości publicznej, żeby uniknąć ewentualnych problemów w przyszłości.

– Niestety, to nie do końca działa tak, jakbyśmy chcieli. Ba, to nigdy tak nie działa! Czasy się zmieniły, od wojny minęło parę lat i różni ludzie, którzy nie doświadczyli tego na własnej skórze, widzą tę sprawę nieco inaczej. Mają własną stronę internetową i forum, na którym wymieniają się dość skrajnymi opiniami. W skrócie, piszą o tym, że nie każdy dostał to, na co zasłużył. Domagają się lustracji i pełnego rozliczenia winnych.

– To absurd! – oburzyła się Yen. – Nie ma czego rozliczać, to już część historii. Można o tym przeczytać w podręcznikach.

– Nie rozumiesz, Yenka. – Syriusz uparcie kręcił głową. – Oni nie wierzą w oficjalną wersję wydarzeń. Uważają, że została zmanipulowana w taki sposób, jak pewnym ugrupowaniom było wygodnie. Trzeba przyznać, że i Knot, i Dumbledore mają swoje za uszami, nie lubili dzielić się ani swoimi planami, ani sekretami… Tak otworzyli pole do domysłów. I tak się składa, że właśnie ty i ja, Snape, znaleźliśmy się na celowniku.

– Zostaliście uniewinnieni!

– W bardzo, ale to bardzo szemrany sposób – tłumaczył Black. – Przez wiele lat byłem tym strasznym potworem, czarnoksiężnikiem z Azkabanu, który sprzedał Potterów, a potem BOOM! Szast, prast i nagle jestem bohaterem narodowym, bo winny jest jakiś tam Pettigrew. Jeśli się nad tym zastanowić, dla kogoś spoza „układu" nie brzmi to ani trochę przekonująco. Co z zeznaniami naocznych świadków? I tak dalej.

– Przecież to wszystko zostało dawno wyjaśnione.

– Wyjaśnione lub nie – odpowiedział Łapa z cieniem smutku w głosie. – Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Nowa Sprawiedliwość uważa, że sprytnie oszukałem opinię publiczną. W końcu jestem wielkim, mrocznym magiem, prawą ręką Voldemorta. Co to dla mnie rzucić tłustego Imperiusa na ministra magii i pół Wizengamotu! Teraz odgrzebują wszystkie stare artykuły na mój temat i porównują narracje. Gorzej, że… To już nie są tylko słowa. Już drugi raz ktoś mnie zaatakował i tym razem miał więcej szczęścia. W waszym ogródku leży rozwalony motor na dowód, że nie żartuję.

Blada Yenlla wyglądała na wystraszoną, gdy wpatrywała się w Severusa, jakby właśnie u niego szukała satysfakcjonującego wyjaśnienia całego tego obłędu. On z kolei nic nie dał po sobie poznać. Siedział przy biurku absolutnie spokojny, bawiąc się piórem. Zdradzały go wyłącznie zmarszczone nad nosem brwi.

– Nie bardzo rozumiem – odezwał się w końcu. – Co my mamy z tym wspólnego?

– Żartujesz? – Black zaśmiał się nerwowo. – Jesteś najbardziej medialnym Śmierciojadem w Wielkiej Brytanii. Myślisz, że ludzi nie kłuje w oczy to, że prowadzisz życie celebryty, z piękną żoną u boku i nielimitowanymi środkami finansowymi, które z pewnością nie zostały pozyskane w akceptowalny moralnie sposób? Obudźcie się, moi drodzy, musicie w pilnym trybie nadrobić wiadomości, bo… Nie jest dobrze, tyle wam powiem.

Pani Snape zagryzała usta, aż przemieniły się w wąską kreskę. Ona najlepiej wiedziała, jaką siłę ma medialny przekaz, i teraz zastanawiała się, jakim cudem mogli przegapić taką bombę. Fakt faktem, że wciągnęło ich zupełnie inne życie – przyjemne i dobre, ale jednak zamknięte dla zewnętrznego świata. Kto miał trzymać rękę na pulsie, gdy Emi miała katar, a Fifi smoczą ospę? W prywatnym kosmosie Yen działy się teraz ważniejsze rzeczy niż jakieś tam rewolucje.

– Napiszę do swojego agenta, przyda się wsparcie – zdecydowała po namyśle. – Umówię się z nim na poniedziałek i zobaczymy, co da się z tym zrobić. A tak doraźnie… Może warto sprowadzić Draco? – zaproponowała. – Internet brzmi jak coś z jego specjalizacji.

Nie musiała naciskać ani się powtarzać. Severus już sięgał po proszek Fiuu. Pani domu zwróciła się z kolei do zaniedbanego gościa.

– A skoro i tak musimy czekać… – Rozjarzyła się w swoim najlepszym uśmiechu. – Czy przyjmie pan zaproszenie na podwieczorek w rodzinnym gronie, panie Black?

– Z najwyższą przyjemnością!


Syriusz Black nie był najlepszą osobą do przekazywania złych wieści, bo sam niewiele z tego ogarniał. Usłyszał trochę od Harry'ego, który chyba też traktował to wszystko bardziej jako ciekawostkę niż realne zagrożenie. Potem sam coś doczytał, ale… trudno było mu wziąć sobie do serca ten stek bzdur i absurdalnych dywagacji wypisywanych przez anonimowe osoby, ewidentnie nie mające pojęcia o pojęciu.

Myślał tak do czasu, aż zaczął otrzymywać listy z pogróżkami:

Wiemy, co zrobiłeś. Nic się przed nami nie ukryje.
Dopilnujemy, abyś odpowiedział za swoje zbrodnie.
Czyste konto i rozliczenie win.
Nowa Sprawiedliwość wita i pozdrawia.

Próbował to obgadać z Remusem, ale Luniaczek miał inne priorytety. Zresztą, jako wilkołak był przyzwyczajony do gróźb, anonimów i mowy nienawiści. Sam miał już twardy, wytrenowany w bólach zadek, przecież przez jakiś czas zajmował się polityką. Nie zamierzał do tego wracać. Dumbledore poczęstował Syriusza dropsem i ciepłym słowem (pewnie nadal dąsał się za porzucenie posady nauczyciela obrony przed czarną magią), z kolei Szalonooki wprost go wyśmiał.

– Witamy w cyklu życia, Black – zdradził mu wielką, dziejową prawdę. – Dzisiaj jesteś bohaterem, jutro wrogiem numer jeden. Nie przyzwyczajaj się, bo ten cyrk będzie się powtarzać aż do śmierci… I dłużej, bo nawet solidny nagrobek nie chroni przed szarganiem dobrego imienia. Takie jest życie. Zachowaj czujność i nie zawracaj więcej dupy!

Tak właśnie zrobił, co innego mu pozostało? Swoim zwyczajem olał sprawę. Metoda sprawdzała się, dopóki nie awansował do kolejnego etapu rozgrywek. Oberwał zaklęciem w locie i spadł prosto na podwórko starego Nietoperza. W ten sposób ponownie przekonał się na własnej skórze, że ideologia może być groźna.

Nowa Sprawiedliwość była zupełnie świeżą siłą polityczną, która pojawiła się dość niespodziewanie, żeby nie powiedzieć przypadkiem – unosząc się na sprzyjającej fali zmian. Rekrutowała się w całości z dorosłych czarodziejów, ale na tle młodych, aby nie zdążyli wziąć bezpośredniego udziału w Wielkiej Wojnie. Nie znaczyło to oczywiście, że w taki czy inny sposób jej nie doświadczyli. Wręcz przeciwnie, wiele ich działań wskazywało na to, że zostali dotknięci traumą, którą dzielił cały magiczny świat. Pewne wydarzenia zapamiętali jednak zupełnie inaczej.

Niebezpieczeństwo, strach, śmierć. Niespodziewanie zniknięcia krewnych i znajomych. Stałe poczucie zagrożenia. Osobiste tragedie i… wielkie tajemnice.

Bo nie da się ukryć, że cała sprawa z Lordem Voldemortem okazała się dość tajemnicza. Najważniejsze wydarzenia ostatniej wojny rozegrały się na zamkniętym terenie prywatnej szkoły gdzieś w Szkocji – i w sekrecie! Nigdy nie ujawniono wszystkich faktów. Ówczesny minister, Korneliusz Knot, był na tym punkcie szczególnie przewrażliwiony – zarówno on, jak i powszechnie znana szara eminencja czarodziejskiego świata, niejaki Albus Dumbledore, który od lat (jeśli nie wieków!) pociągał zza kulis za sznurki. Wiele z podjętych przez obu czarodziejów decyzji trudno było logiczne uzasadnić, brakowało im kontekstu i tła.

Nowa Sprawiedliwość nie bała się zadawać odważnych pytań, na przykład o cel, jakiemu miała służyć dyrektorowi Hogwartu nie jedna, ale aż dwie prywatne organizacje paramilitarne: Zakon Feniksa oraz znacznie bardziej przyczajona i enigmatyczna Armia Dumbledore'a. W jaki sposób skromny profesor pozyskał ministerialne koneksje i jak je wykorzystywał do własnych potrzeb? Dlaczego nikt się tym nigdy nie zainteresował? I najważniejsze pytanie: jakim cudem przez dziewięć miesięcy nie zorientował się, że tuż pod jego bokiem działa Śmierciożerca przebrany za aurora i (podobno!) jego najlepszego kumpla. Czy to dlatego, że sam przez wiele lat ukrywał w Hogwarcie jednego z najbardziej niebezpiecznych i najwierniejszych zwolenników Lorda Voldemorta – słynnego Warzyciela i Lewą Rękę Mrocznego Pana? No i o co chodziło z tym dziadem Grindelwaldem, do jasnej anielki?! Ktoś powinien to wreszcie wyjaśnić!

Nowa organizacja działała jak najbardziej jawnie, przy okazji korzystając z dotąd obcych czarodziejom zdobyczy nowych technologii, co pozwoliło jej skutecznie dotrzeć do odbiorców. Działacze brzydzili się tradycyjnymi mediami, z przewagą chwiejnej i sprzedajnej prasy. Jako pierwsi odkryli potęgę sieci, gdzie można było wreszcie swobodnie rozmawiać na każdy temat, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności. Przecież nikt nikogo nie złapał za rękę, prawda?

I nikt też – naturalnie! – nie weryfikował zamieszczanych informacji.


Podwieczorek w towarzystwie licznej bandy starszych i młodszych Snape'ów był zdecydowanie przeżyciem samym w sobie. Wyszorowany do czysta, zaleczony i odświeżony Syriusz został łaskawie przebrany w mugolskie szaty Nietoperza („No, no, powodzi się Snape! Coś ciasno w kłębie"), po czym utkwił na kanapie z filiżanką czarnej jak noc kawy i talerzykiem cynamonowej tarty, uwięziony pomiędzy dwójką wyraźnie nim zafascynowanych, najmłodszych dzieciaków. Filip w dalszym ciągu próbował wypytywać go o motor, ale był dość nieśmiały, więc biedny Łapa ledwo go słyszał. Nie pomagała w tym również Emilka, która dręczyła go recytowanym z wielkim przejęciem dziecięcym wierszykiem o dość makabrycznej treści – przynajmniej na tyle, na ile zdołał zrozumieć. A cały ten spektakl rozgrywał się pod czujnym spojrzeniem Severusa Snape'a, śledzącego go wzrokiem znad kominka. Właśnie tam została zawieszona, osobiście przez Yen powiększona karta z czekoladowych żab przedstawiająca jej ulubionego mistrza eliksirów, bohatera i skandalistę w jednym. Poniżej, w ozdobnej gablocie, wyeksponowano też Order Merlina Pierwszej Klasy (własność wspólna, wszak w małżeństwie wszystko jest wspólne).

– Przepraszam za to – zauważył nieco zakłopotany pan domu. – To własna inwencja Yen.

– Oj tam! – rzuciła ani trochę niezażenowana szelma, podchodząc do niego z kubkiem gorącej czekolady. – Idealnie pasuje do wystroju.

Skrzywiony Severus miał zapewne odmienne zdanie. Z rozczarowaniem zerknął na oferowany sobie napój.

– Życzyłbym sobie kawy, jeśli to nie problem.

– Kawa ci szkodzi.

– Jak wszystko, co w życiu warte zachodu, słońce dni moich. Szczęśliwie powstało całe nowe ugrupowanie polityczne skupione wyłącznie na tym, aby ukrócić moje męki, więc nie ma sensu martwić się tą jedną filiżanką czarnej rozpaczy.

– Och, Sever! To zabrzmiało niemal poetycko. I zdecydowanie nie warto przejmować się jakąś bandą idiotów. Wszyscy wiedzą, że jesteś największym na świecie czarodziejem… W więcej niż jednym aspekcie.

– Mamo! – jęknęła w proteście Alicja.

Matka nie dała się jednak wytrącić z równowagi.

– Dla własnego dobra udawaj, że nie wiesz, o czym mówię, albo jeszcze szybciej trafisz do szkoły z internatem. I nie będzie to Hogwart.

Zbuntowana nastolatka na wszelki wypadek zainteresowała się swoim kakao. Z Yen można było igrać, ale tylko do określonego momentu. Pewien problem stanowił fakt, że mistrz eliksirów zwykle brał jej stronę, a później mściwie odcinał córce za karę dostęp do laboratorium.

– Nieźle – ocenił zafascynowany Syriusz, któremu młodsze dzieci powoli wchodziły na głowę, a on nie miał pojęcia, co powinien z tym zrobić. – Całkiem nieźle sobie radzisz, mamo. Kto by pomyślał?

– A ty, Syri, nie chciałbyś się w końcu ustatkować? Jak się nazywa twoja kolejna smarkata narzeczona? Katie, Jessie czy Monique?

– Bessie! – Wyszczerzył się radośnie.

– No proszę!

– Kochanie – wtrącił subtelnie Severus. – Masz świadomość, że on mówi o motorze?

– Cudownie! – napadła na niego z nową energią. – Jeszcze lepiej! Ech, miałeś dobrą kobietę, Black, i wszystkie spieprzyłeś!

– Szybko się pocieszyła, to pewne. Czy ona przypadkiem nie skończyła z tym twoim kolegą, który wygląda jak ja?

– Widzę, że jesteś poinformowany.

– Alkoholik-destylator i barmanka. Para idealna.

– Czyżby przemawiała przez ciebie zazdrość? – zauważyła słodko Yenlla. – Nie masz już dość tych małolat?

– Wciąż czekam na ciebie, złociutka. Nie znudziły ci się jeszcze lochy Nietoperza i ciepłe bambosze? Może chciałabyś odlecieć ze mną w stronę zachodzącego słońca?

– Serdeczne dzięki, jestem szczęśliwa tu, gdzie jestem.

– W porządku, w takim razie… – Syriusz udał filozoficzne zamyślenie, gdy z ciekawością rozglądał się po salonie. – Może poczekam, aż dorośnie któraś z waszych księżniczek?

Na tę bezczelną deklarację wkroczył do akcji urażony ojciec.

– Nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę, Black.

– A ty, kochanie? – podchwyciła czujnie Yenlla. – Nie chciałbyś tak jak Syriusz hulać po świecie z własnym haremem?

– Odnoszę wrażenie, że wbrew wszelkiej logice oczekujesz ode mnie odpowiedzi twierdzącej.

– Wolisz być poważnym mężczyzną na stanowisku?

– Kiedyś wydawało mi się, że nie, ale w międzyczasie zdążyłem być poważnym mężczyzną bez odpowiedniego stanowiska i to dopiero było śmieszne.

Przekomarzania pewnie trwałyby znacznie dłużej, gdyby nie przerwał ich nowy dźwięk. Tej grudniowej niedzieli państwo Snape przeżywali prawdziwe oblężenie i właśnie pojawili się kolejni goście…


Draco Malfoy trafił do dziwnego wymiaru, w którym Severus Snape najspokojniej w świecie raczył się kawą i szarlotką, podczas gdy jego największy wróg, niesławny Huncwot Syriusz Black, dźwigał jego najmłodszą córkę na grzbiecie, patatajając w tę i z powrotem po dywanie. Yenlla klęczała tuż obok, zwijając się ze śmiechu, a Alicja patrzyła na nią oceniająco znad niezwykle naukowo wyglądającej publikacji.

– O święty bazyliszku Salazara! – wypalił skończony arystokrata, chwilowo odziany w wygodny dżins i flanelę, ponieważ uparcie wypierał się swojego rodowodu. – Kto się tu opił wywaru z belladonny? Ja czy wszyscy inni?

– Wujek! – Al zerwała się z miejsca, porzucając lekturę, która chyba niezbyt ją interesowała.

– Och, Draco! – Yenlla podniosła się, żeby go powitać. – Jesteś jeszcze gorszy niż twój ojciec, a on raz omal nie stracił języka.

– Jeśli przez tyle lat nie odgryzł go sobie sam na tej popapranej francuszczyźnie, to raczej nic mu nie grozi.

– Zły, zły chłopiec! – chichotała wyraźnie uradowana.

– Niektóre to lubią.

– Jak tam Hermiona?

– Przesyła pozdrowienia. Niestety, wciąż prowadzi gościnne wykłady na Ilvermorny w każdy weekend, a dziadkowie przeżywają drugą młodość w podróży dookoła świata, więc jestem dzisiaj panem nianią.

– Masz ze sobą dzieciaki? – ucieszyła się Yen.

– Nie bardzo mogłem wyrwać się sam. Akurat dzisiaj nie spodziewałem się żadnych kryzysów politycznych, ale szczęśliwie potrafię być elastyczny.

– To cudownie! Gdzie one są?

Z charakterystycznym dla całej rodziny wyczuciem dramatyzmu młody Malfoy klasnął w ręce, a wtedy zza jego pleców wytoczył się z radosnym piskiem niespodziewany najazd dzikich Hunów, czyli najmłodsi przedstawiciele szlachetnego rodu. Ośmioletnia dziewczynka i jej o dwa lata młodszy brat czuli się w domu państwa Snape bardzo swobodne, pewny znak, że byli tu częstymi gośćmi. Od ich jarzeniowo jasnych włosów w jednej chwili pojaśniał cały salon. Szlachetna platyna Malfoyów okazała się genem dominującym.

– Rose!

Nad wiek sztywna i opanowana Alicja w jednej chwili zgubiła gdzieś całą wyćwiczoną powagę na widok swojej najlepszej przyjaciółki. Znalazła się przy niej w trzech skokach. Dziewczynki wyściskały się serdecznie, po czym strategiczne oddaliły od reszty towarzystwa, aby w spokoju wymieniać sekrety.

– Tylko żadnych więcej eksperymentów i dziur w podłodze! – Obejrzał się za nimi Severus.

– No co ty? – zdziwił się Draco. – One nawet nie mają różdżek.

– Długa historia…

Gdy Rose odeszła pod rękę z Alicją, przy Draco nadal twardo tkwił na straży dobrze wychowany młody dżentelmen, który stanowił jego niemal idealną kopię. Pewną różnicę stanowiło jedynie niezwykle melancholijne spojrzenie czekoladowych oczu, w całości i totalnie skupionych na mistrzu eliksirów.

– Dzień dobry, panie profesorze – przywitał się uprzejmie najmłodszy Malfoy. – Mam nadzieję, że cieszy się pan dobrym zdrowiem i przyjemnie spędza to rozkoszne popołudnie. Czy mógłbym się zobaczyć z Emilką? – zapytał na koniec z lekkim ukłonem.

– Właśnie! – wtrącił żywiołowo wyróżniający się o wiele gorszymi manierami Draco. – Gdzie moja przyszła synowa? Zwykle już od progu nie możemy się od niej opędzić. Co się stało?

– Trafiła jej się ciekawsza atrakcja…

Trochę trwało, zanim nadmiernie podekscytowana panienka Snape uwolniła się od nowego wujka Syriusza. Ale gdy tylko jej się udało i zdała sobie sprawę z przybycia kolejnych gości, wibrujący pisk niemal pozbawił świeżo wykończoną rezydencję wszystkich szklanych elementów dekoracyjnych.

– Lucyś!

Chłopiec podjął bohaterską próbę złożenia konwencjonalnego pocałunku na jej dłoni, ale niestety nie zdążył, gdyż został niemal natychmiast przyduszony w ciasnym uścisku.

– Tęskniłam za tobą! – ekscytowała się mała Emi.

– Ja za dobą również. Czy cieszysz się obecnie dobrym zdrowiem?

– Eee… – Emilka spojrzała na niego zezem. – Tak, tak, jasne! Chodź, musisz poznać wujka Syriusza. – Pociągnęła młodego adoratora za rękę. – Tatusiu, możemy?

– Dobre pytanie, tatusiu – podchwycił Malfoy z błyskiem w oku, kiedy Severus odprawił dzieciaki. – Może najwyższy czas podpisać kontrakt przedmałżeński, co? Tak na wszelki wypadek.

– Zwariowałeś?! – ofuknął go Snape. – Ani słowa przy Yenlli, bo żaden z nas nie dożyje wizyty u notariusza.

– Przecież to czysta formalność. Poza tym przypominam, że w seksistowskiej społeczności czarodziejów matka nadal nie ma nic do powiedzenia.

– Chcesz jej to osobiście zakomunikować? Nie krępuj się.

– Ani mi się śni. Mam już dość problemów z kobietami po tym, jak Mio próbowała namówić skrzaty do założenia związku zawodowego. Szanowna maman dostała szału! Nie wspominając, że miałem potem w domu wkurzone skrzaty i wkurzoną żonę.

– Znam ten ból, Yen spokojnie starcza za dwie.

Draco wybuchł śmiechem i z uciechy poklepał się po kolanach.

– Nie wierzę! Kto by pomyślał, że kiedykolwiek będziemy sobie tak tu stać w twoim własnym salonie, wuju, i narzekać na babki. Świat zwariował!

– Najwyraźniej! – Yenllę musiały zapiec uszy od całego tego obgadywania, ponieważ pojawiła się przy nich cicho jak duch, starając się podsłuchać, o czym rozmawiają. – Co wy tam knujecie? Jeśli nie zauważyliście, to dzieciaki same się rozproszyły, więc możemy spokojnie działać.

– Jasne, jasne. – Młody Malfoy natychmiast spoważniał. – Rozumiem, że do was też dotarła Nowa Sprawiedliwość?

– Dosłownie spadła nam na głowy – sarknął Snape. – Słyszałeś o nich?

– Niewiele. Mieliśmy z nimi przez moment do czynienia, gdy czepiali się staruszka. Lucek ma tendencję do robienia sobie wrogów, którymi się później niespecjalnie przejmuje. Prawnicy zajęli się sprawą, i tyle. Ale trochę sobie o tym dzisiaj poczytałem i… chyba od tamtej pory zdążyli się rozwinąć. Dobra, nie przedłużając! Jak dacie mi chwilę, zaraz przekonacie się na własne oczy, w czym rzecz. Mam wszystko w aucie, powiedzcie tylko, gdzie to chcecie podłączyć.

– Słyszałeś, Sever? Nawet oni mają samochód! Dlaczego my nie możemy?

– Nie wystarcza ci Fletcher i jego kolekcja automobilów?

– To zupełnie co innego!

– Szczerze wątpię. A na centrum dowodzenia najlepiej przeznaczyć gabinet – zdecydował. – Z dala od dzieci.

– No tak, bo mordercza, mugolska maszyna jeszcze pożre ich niewinne dusze – zażartował Draco.

– Nie chcę, żeby miały dostęp do tej trucizny.

– W takim razie najlepiej to rozłożyć na środku salonu, inaczej tylko je sprowokujesz. Przydałby mi się ktoś do noszenia bambetli. Może ty, Black? Przy okazji pokażesz mi zwłoki motoru.

Syriusz był więcej niż chętny i wyraźnie zafascynowany romansem Malfoya z mugolską technologią. Dzięki temu Draco nie tylko zdobył pożyteczne umiejętności, ale też uniezależnił się od humorów swojej kapryśnej rodziny. Stał się niezależny, ciągnąc ze swojej działalności określone profity.

– Potrafisz go naprawić? – zagadywał Łapa, wychodząc za Malfoyem z salonu.

– Nie odpowiem, dopóki go nie zobaczę, ale coś pewnie da się zrobić.

– Gdzie się tego nauczyłeś?

– Studiowałem! – rzucił z dumą. – Tak zupełnie serio i bez pomocy magii. Z dziesięć lat mi to zajęło, a pewnie ciągnęłoby się dłużej, gdybym nie odpadł z doktoratu. Ale to nie moja bajka, wolę majsterkować niż o tym gadać. Mio do tej pory ma focha.

– Dlaczego? Sama zrobiła ze trzy specjalizacje, wystarczy dla was obojga.

– Pewnie marzył jej się mąż na odpowiednim poziomie intelektualnym. Niestety, musiałem ją boleśnie rozczarować.

Mężczyźni wyszli na podjazd, gdzie stał przedziwny twór czarodziejskiej wyobraźni, który pierwotnie – zanim Draco się z nim rozprawił – był klasycznym wojskowym jeepem. Poprawiony rozmaitym zaklęciami stał się jednak większy, o wiele bardziej pakowny i… z jakiegoś powodu neonowo pomarańczowy.

– Nigdy nie pozwalaj dzieciom wybierać koloru – podzielił się bezużyteczną dla adresata poradą. – Wszystkie mają przerażający gust.

Black z otwartymi ze zdumienia oczami obejrzał ekscentryczny samochód, potem ponownie obejrzał się na imponujące dworzyszcze Snape'a. Nie ulegało wątpliwości, że wszędzie wokół niego życie znajomych toczyło się swoim trybem – czasami dość dziwacznie, ale zdecydowanie pozytywnie.

– To jest jak sen wariata – stwierdził w przypływie natchnienia. – Nie wierzę, że tak to się skończyło. Że za niego wyszła i…

– Nie wyszła – przerwał mu Draco z krzywym uśmiechem.

– Słucham?!

– Nie są małżeństwem.

– Co?! Myślałem, że…

– Od lat udają, cholera wie po co. – Młody Malfoy wzruszył ramionami. – Yen upiła się kiedyś z Hermioną i wszystko wypaplała.

– Jest sprytna, zostawiła sobie furtkę.

– Bynajmniej. Od tamtego czasu oboje podpisali tyle dziwnych oświadczeń, deklaracji i cywilnych umów, że nigdy się z tego nie wykręcą. W każdym razie mają to swoje drogocenne złudzenie niezależności. Niech Salazar czuwa nad obojgiem. To jak, bierzemy te paczki?

Draco pstryknął palcami, a wtedy przed Syriuszem otworzył się przepastny bagażnik. To, co tam wypatrzył, zdecydowanie wywarło na nim wrażenie.


– Nigdy bym nie pomyślał, że kopnie mnie taki zaszczyt. Właśnie ja, skromny technik-praktyk, będę miał okazję instalować kompa u samego imć Severusa Snape'a, króla konserwatystów – wyzłośliwiał się radośnie Draco Malfoy, klęcząc wśród kartonów i rozrzucając wokół mnóstwo narzędzi tajemniczego przeznaczenia. – Od razu ostrzegam, że to nie będzie łatwe. Nawet was nie podejrzewam o to, że podciągnęliście tutaj jakąkolwiek sieć…

– Wypraszam sobie! – zaprotestował dla zasady Severus, który miał tylko mgliste wyobrażenie, czego dotyczy pytanie.

– Nie szkodzi, nie boję się wyzwań. Skorzystamy z mojego sprzętu, pokombinujemy z radiówką… Hm, może coś z tego wyjdzie. Jednak trzeba nieco osłabić osłony. Ten Dom Usherów jest chroniony lepiej niż Azkaban za najlepszych czasów, a magia zakłóca sygnał.

– Nie zamierzam ich zdejmować.

– No sorry, ale musimy iść na kompromis, wuju, inaczej nic z tego nie wyjdzie. Nie jestem cudotwórcą.

Dorośli czarodzieje ponownie zgromadzili się w gabinecie, wciąż wyposażeni w talerzyki z ciastem i zapas kawy. Z uwagi na towarzystwo Severus zdecydował się też wyciągnąć z szafki awaryjny zapas whisky. Po namyśle uznał, że będzie potrzebna, aby jakoś to przetrwać. Draco odmówił, twierdząc, że musi się skupić, jednak Syriuszowi i Yen natychmiast zaświeciły się oczy.

– Och tak, błagam! – jęknęła. – Nie przetrwam tego na sucho.

– Popieram – zgodził się z nią Black.

– Alkohol jest dobry. To pierwotne źródło, z którego wzięły się wszystkie nasze dzieci, czyż nie, kochanie?

– Kłamstwo – zarzucił jej Severus.

– Przynajmniej Al.

– Podłe kłamstwo! O ile dobrze pamiętam, kochanie, byłaś wtedy na odwyku po kolejnym załamaniu. Przestań wybielać historię.

– Racja! Odnośnie tego wybielania historii…

Yen pociągnęła solidny łyk z zaoferowanej sobie szklaneczki i gdy świat ponownie nabrał sensu, przysiadła się do Draco.

– Powiedz nam zupełnie szczerze – poprosiła. – Czy ta cała Nowa Sprawiedliwość jest niebezpieczna?

– Trudno ocenić. Kiedyś powiedziałbym, że nie…

– Ale?

– Ale obecny tu pan Black świadkiem, że stopniowo stają się coraz bardziej agresywni. Teraz sam nie wiem, co myśleć.

– Co możemy zrobić w takim przypadku? – rozważała w dalszym ciągu Yenlla, której alkohol nie przyniósł spodziewanej pociechy. – Mamy dzieci.

– Wszyscy mamy dzieci – zauważył Malfoy. – Dlatego to takie straszne.

– I wspaniałe zarazem! – ucieszył się nie wiadomo dlaczego Black, na którego whisky wywarła o wiele bardziej kojący wpływ. – Tylko pomyślcie, za parę lat w Hogwarcie ponownie pojawią się panowie Potter i Lupin, i nawet Snape na dokładkę! I to praktycznie na jednym roku.

W gabinecie zapadła ciężka cisza. Severus, który pochylał się nad Draco, wciąż negocjując z nim dostosowanie magicznych barier wokół domu do potrzeb internetu, nagle zesztywniał. Przeszył Blacka takim spojrzeniem, że to cud, iż nieszczęśnik nie stanął w płomieniach. Yen z nerwów prawie przegryzła szklankę, ale ponieważ z natury była niepoważna, zaraz wybuchła śmiechem.

– Cha, cha, cha! Kompletnie o tym zapomniałam! Przecież Harry też ma syna. Uroczego chłopca obdarowanego zaiste imponującym zestawem imion...

– Ani mi się waż! – ostrzegł ją Snape.

– ALBUS SEVERUS POTTER! – wykrzyknęła absolutnie sobą zachwycona. – Na cześć dwóch najdzielniejszych czarodziejów, jakich znał!

Snape przewrócił oczami i najpewniej policzył w myślach do dziesięciu, zanim odważył się to skomentować:

– Powinienem go pozwać.

– Za co?

– Za obrazę uczuć.

– Chyba majestatu – wyśmiała go Yenlla. – Każdy może nazywać dzieci, jak mu się podoba. A jeśli przy tym ma szansę uhonorować bohatera…

– Dość – westchnął udręczony Severus. – Mam przeczucie graniczące z pewnością, że to twoja sprawka.

– Niczego mi nie udowodnisz.

– Jakimś cudownym przypadkiem ty i pani Potter znalazłyście się w Mungu w tym samym czasie.

– To jeszcze o niczym nie świadczy.

– Oczywiście. – Yenlla zarobiła kolejne pełne powątpiewania spojrzenie. – Z pewnością nie masz absolutnie nic na sumieniu.

– Imiona to zabawna sprawa – rzucił filozoficznie Draco z poziomu podłogi, gdzie w dalszym ciągu wyciągał plastikowe pudła z kartonowych pudeł i rozkładał je wokół siebie niczym fort. – Byłem pewien, że Mio zmyje mi głowę za tę Rosalindę i Lukrecjusza, a tu proszę! Ojciec był zachwycony, a Hermiona awansowała na ulubioną synową, nie żeby miała specjalną konkurencję. Niby taka nowoczesna, a lubi dzieci i krzewi magiczne tradycje, niesamowite! Sprytna bestia.

– Nie bez powodu to najzdolniejsza czarownica swoich czasów – zgodziła się z nim chętnie Yen.

– Podejrzewam w tym sprężynę maman. Jako pierwszy będę wychwalał zdolności manipulacyjne kobiet. Dzięki temu życie rodzinne toczy się gładko.

– A w kwestii szczęśliwego życia rodzinnego… Co tam u Lupina? – zapytał Severus z gryzącym sarkazmem, ani na moment nie zdejmując wzroku z Yen, co upewniło ją, że nagły zwrot w konwersacji stanowi rodzaj wyrafinowanej zemsty.

Napełniony dwiema szklankami Black entuzjastycznie udzielił odpowiedzi.

– Znakomicie, dziękuję. Teddy rośnie jak na drożdżach. Tak na oko będzie chyba w wieku waszego kawalera. Ile Filip ma lat?

– Skończył sześć.

– Idealnie! Wychodzi na to, że wszyscy faktycznie znajdą się w Hogwarcie w tym samym czasie.

Yen zamilkła z bardzo dziwną miną.

– No dalej, zapytaj go – zachęcił lukrowanym tonem Severus. – Wiem, że chcesz.

– O co? – zdziwił się Syriusz.

– Czy mały jest nadnaturalnie owłosiony i wyje do księżyca.

– Wilkołactwo nie jest dziedziczne – odpowiedzieli wszyscy obecni w pokoju mężczyźni zgodnym chórem.

– Obawiam się, że moja żona miała co do tego pewne wątpliwości.

Urażona Yenlla już szykowała się do długiego pojedynku na spojrzenia (lub ewentualnie krwawej zemsty), ale nie miała okazji się rozkręcić. Trzecia z kolei szklanka whisky za bardzo pobudziła o wiele lepiej obecnie poinformowanego Blacka.

– Nie masz żony, Snape! – zarzucił mu natychmiast.

– To prawda, chociaż raz było blisko – przejęła pałeczkę Yen. – Już prawie wylądowaliśmy w urzędzie, ale… Sever miał wtedy romans z asystentką i nie był dłużej zainteresowany.

– CO? – Zakrztusił się ostatnim łykiem Syriusz, podczas gdy blady Severus już żywiołowo protestował:

– Nic mnie nie łączyło z tą kobietą!

Jednak pani Nie-Do-Końca-Snape już wyczuła swój moment. Odstawiła na bok pustą szklankę i stanęła na środku pokoju w wystudiowanej postawie: ciężar ciała przerzucony wygodnie na jedną nogę, druga atrakcyjnie wysunięta do przodu, ręce wzniesione w górę w geście odpowiednim do zapodania dramatycznego monologu.

– To wszystko wydarzyło się tuż po narodzinach Filipa. Biedne dziecko, niewiele brakowało, aby nie poznało ojca. Ja wciąż byłam w połogu. Biedna, słaba i wycieńczona. A ta wydra tylko czekała na swoją szansę. Gotowa kąsać, gdy tylko pojawi się okazja. Młoda, jędrna i chętna.

Severus tylko wzdychał i kręcił głową.

– Oszalałaś, słońce dni moich.

– Była ruda, Sever!

– I co z tego?

– Młoda i ruda! Przestań się wypierać.

– Powinnaś się leczyć na głowę. To mój jedyny komentarz w temacie.

– W ten sposób ślub nie doszedł do skutku – wyjaśniła Yen na użytek Syriusza, wciąż próbującego wykasłać alkohol, który trafił nie w tę dziurkę. – Niestety! – westchnęła, po czym dramatycznie przyłożyła dłoń do czoła. Zawsze, wszędzie i w każdych okolicznościach przyrody artystka w każdym calu.

– Okej, jesteśmy online. – Przerwał przedstawienie zanurzony w swoim własnym świecie Draco. – Kto będzie czynił honory?

Jakoś tak naturalnie wyszło na to, że Yenlla. Malfoy odsunął dla niej krzesło i usadził przed wielkim monitorem.

– Dobra! – Pochylił się nad nią niżej, wklepując kilka słów na klawiaturze. – Szukamy Nowej Sprawiedliwości… Od czasu do czasu zmieniają adres, odkąd zrobiło się o ich głośno i okresowo wpadają w kłopoty, ale zaraz ich wytropimy. Oho, to chyba będzie to.

Wszyscy otoczyli kołem Yen, która otrzymała pełnię władzy w postaci myszki. Strona… Nie wyglądała atrakcyjnie. Zawierała najprościej jak to tylko możliwe skonstruowane forum, a na nim wpisy zamieszczane przez użytkowników. Setki i tysiące postów, które zdawały się nie mieć końca.

– O Roweno! – westchnęła po chwili wstrząśnięta. – To jest… To…

Ta dziwka przepadła na lata, a potem nagle wróciła i jest wielką gwiazdą?, zastanawiał się ktoś w losowo przeczytanym przez Yenllę wpisie. I to akurat wtedy, kiedy postanowiła zawodowo dawać dupy wszystkim chętnym Śmierciojadom. Przypadek? Nie sądzę!

Ktoś inny dowodził:

Oboje mają krew na rękach, bez wątpienia. Swój ciągnie do swego, nie? Piszą o niej, że była w lochach Voldzia, że ją torturowali… Ktoś ma na to dowody? Słowo przeciwko słowu. Osoba, która ma media w kieszeni, może swobodnie podrasować oficjalną biografię. Napiszą o niej, co będzie chciała.

– To jest okropne – szepnęła oczerniana Gwiazda. – Jak mogliśmy to przegapić?

– Mamy ważniejsze rzeczy na głowie niż takie pierdoły. Zawsze o nas pisali i będą pisać, o kimś muszą. Sama tak mówiłaś.

– Tak, ale… Durne plotki to coś innego, to jest po prostu okrutne i złe, Sever. Zobacz, co piszą o tobie. Ani słowa prawdy! Przeżyłeś to już raz, nie powinieneś znowu przez to przechodzić!

Mordował ludzi, a oni pozwalali mu uczyć w szkole. Codziennie dopuszczali go do niewinnych dzieci. Rodzice powinni zbiorowo pozwać Hogwart o odszkodowania. Tego nie można puścić płazem.

Kolejny post okazał się bardziej osobisty. Ktoś powoływał się na własne doświadczenia oraz rodzinną tragedię:

Podczas wojny zginęła moja babcia i dziadek. Śmierciożercy zakradli się do ich domu pod osłoną nocy i dręczyli całymi godzinami. Kto mi zagwarantuje, że ten typ nie był jednym z nich? A teraz żyje sobie spokojnie, jak gdyby nigdy nic. Gdzie tu sprawiedliwość?

Będzie sprawiedliwość, odpisał mu ktoś inny. Cierpliwości. Krwawa Para dostanie za swoje.

Pan i Pani Trup, podrzucił ktoś inny.

Ona nawet nie jest taka ładna. Banalna, wulgarna uroda. Piękniejsze od niej aktorki, które zagrażały jej karierze, często znikały bez śladu. Ile takich historii zamieciono pod dywan?

Myślisz, że on je wykańczał?

A kto inny?

Albo rzucała je na pożarcie wilkołakowi XD Wszyscy wiemy, co to za jedna. Tak się puszczała, że sama nie wiedziała, kto jest ojcem tego pierwszego bękarta.

Severus, który czytał nienawistne wpisy wraz z Yen, położył opiekuńczo dłonie na jej ramionach, próbując odsunąć ją od komputera.

– Wystarczy na dzisiaj.

– Ale… Przecież…

– Szkoda nerwów – zauważył rozsądnie Draco. – Niech prawnicy się tym zajmą. Trzeba zachować czujność, obserwować sytuację i… No, niewiele więcej da się zrobić. To same anonimowe wpisy, nikogo nie da się pociągnąć do odpowiedzialności. Zresztą, co im możemy zrobić? To jacyś smutni hejterzy, którzy mieszkają w piwnicach u swoich matek, nie mają własnego życia i wylewają frustracje w internecie. Nie są groźni, raczej żałośni.

– Na pewno?

– Bez paniki, ciotka! – Uśmiechnął się do niej pocieszająco Malfoy. – Ale… Damy wam odrobinę prywatności, żebyście mogli to przetrawić, a my w tym czasie pójdziemy obejrzeć ten motor, okej? – zaproponował wyrozumiale. – Gdybyście nas potrzebowali, to jesteśmy na dole.

Wyszli, cicho zamykając za sobą drzwi. Yenlla nadal tkwiła zszokowana i smutna na swoim miejscu, nie będąc w stanie się poruszyć.

– Co ty o tym myślisz? – zapytała Severusa.

– Uważam, że Draco ma rację. To nie pierwszy raz ani ostatni. Pamiętasz ten szał po procesie? Po każdej twojej premierze? Po aferze z perfumami? Wszystko przeminęło, z tym będzie tak samo.

– No nie wiem…

– Oczywiście nie puścimy tego płazem, ale nie ma sensu stresować się bez potrzeby. W domu nic nam nie grozi, a poza… Najwyżej zainwestujemy w dodatkową ochronę. Jak po twoim rozwodzie, gdy przez miesiąc nie byliśmy w stanie bezpieczne wyjść z mieszkania. Nic nowego, słońce dni moich.

– Ale dzieci…

– Dzieciom nic się nie stanie – zapewnił, pochylając się i całując ją w czubek głowy. – Obiecuję.

Argumenty mistrza eliksirów były niezwykle rozsądne, jednak coś nie pozwalało jej ich w pełni przyjąć. Gdzieś w środku czuła, że jest inaczej. Poza tym jej wzrok wciąż krążył po ekranie komputera, padając na kolejne obraźliwe słowa. Niektóre sformułowania były bardzo obrazowe, jak to, które przeczytała jako ostatnie:

Nigdy nie odpowiedział za swoje zbrodnie. Niech zatem ktoś inny go zastąpi. Kto powiedział, że dzieci nie dziedziczą grzechów ojca? Ten bydlak i jednych, i drugich ma w nadmiarze. Czas się do nich dobrać.