Kielich w dłoni Dorei poszybował w górę.

– Jedyne, co stałe w życiu, to zmiana – zacytowała jedno z ulubionych powiedzeń męża, nie tyle z umiłowania dla Heraklita, co raczej z uwagi na łatwość wpasowania tej mądrej skądinąd maksymy w niemal każdą życiową sytuację. Nierzadko, jak dziś, w sytuację alkoholową. – Za Departament Magicznych Wypadków i Katastrof, oby okazał się godny swego nowego nabytku!

James wzniósł swoją butelkę.

– I niech nie skąpi na zabezpieczenie pracownicze i świąteczne premie – uzupełnił ze śmiechem, po czym kontynuował z udawaną powagą. – Oby każde kolejne zawodowe wyzwanie było wartym wykucia na blachę ośmiu tomów instrukcji dopuszczalności użycia Confundusa w realizacji postanowień paragrafu 14a Międzynarodowego Kodeksu Tajności!

I ta część spotkała się z gromkim aplauzem.

– A nas niechaj Merlin uchowa od bliższego zaznajomienia z przedmiotem twojego przyszłego zawodowego zainteresowania! – dodał od siebie Syriusz, porozumiewawczo puszczając oko do obydwu przyjaciół.

– Za najbardziej nieadekwatnie do posiadanych kompetencji, niespawiedliwie licho opłacanego podinspektora w historii Departamentu! – Rzecz jasna włączyła się również Lily i przepijając zieloną herbatą w kierunku Remusa ciągnęła niestrudzenie. – Za najbardziej nieasertywnego podwładnego, jakiego przełożeni mogli sobie wymarzyć oraz niewątpliwie przyszłą sławę Komisji… eee… – Zawiesiła się nagle, całą sobą najwyraźniej skupiona na wyciągnięciu z nie wypoczętej głowy właściwej informacji. – Hmm, Kolektywu?

– KŁaMu! – dokończyli chórem tu obecni ex-Huncwoci i trzy butelki kremowego uderzyły lekko o lampkę wina oraz filiżankę z herbatą, wieńcząc toast.

– Że co, proszę?

– KŁaM – podjął Remus i uprzejmie rozwinął – Skrót od Komitetu Łagodzenia Mugoli.

Lily prychnęła.

– Właśnie to wymyśliliście.

– Nie, chociaż nie z braku inwencji. – Lupin wyprostował się i uderzył w kujońskie tony. – Nazwa funkcjonuje w oficjalnym ministerialnym obiegu służbowym od reformy organizacyjnej Leacha. Ogólnie słuszna idea, jak by nie patrzeć pergamin jest drogi, a niektóre nazwy jednostek tak absurdalnie długie…

– Bo masz fart – włączył się James – że nie pracujesz w Centrum Innowacji i Udzielania Licencji Eksperymentalnych. Albo w Dziale Ulepszania Patentów Alchemicznych.

– Dobra. Czuję się… ekhm… przekonana – ucięła Lily, odkasłując herbatę, która najwyraźniej popłynęła w dół przełyku niewłaściwą drogą.

– W tym przypadku KŁaM jest całkiem na miejscu, skoro jednostka zajmuje się zasadniczo… – Remus wzruszył ramionami nieco niezręcznie, jakby wciąż miał jakiś wewnętrzny zgrzyt. – Cóż, konfabulowaniem.

– Za kasę i w majestacie prawa. Smok, jaki smok, panie mugolu? Toż to był piorun kulisty. – Bardzo wspierająco, w obliczu remusowego zgrzytu moralnego, Syriusz wyszczerzył komplet idealnego uzębienia. – Wygrałeś życie, stary.

Prawda była taka, że ta robota nie sprowadzała się bynajmniej do niskich lotów łgania. Sednem zadania inspektorów KŁaMu było – w oparciu o wszechstronną ocenę sytuacji – znalezienie na tyle akceptowalnego wytłumaczenia nieprawdopodobnego dla mugoli zdarzenia, by nie narazić żadnej ze społeczności na nieodwracalne, tragiczne następstwa złamania zasad tajności. Pomijając niefortunne okoliczności, które wymusiły to nagłe przekwalifikowanie zawodowe, ta praca – wprost stworzona dla zdroworozsądkowego analityka zaznajomionego z mugolskim światem – była bliższa kwalifikacjom i osobowości Remusa niż aurorska służba.

Nawet jeśli sam Syriusz potrzebował prawie tygodnia, by to przetrawić, a James ewidentnie przechodził cichą żałobę za wymarzonym partnerem, którego nie dane mu było mieć u boku nawet przez jeden dzień.

Skoro o tym…

– Jak przyjął to Urquart? – zagaił Syriusz i po zmianie w ich oczach wywnioskował, że dwaj jego przyjaciele od razu wychwycili, iż nie było to pytanie kurtuazyjne.

– Mogło być gorzej – zakomunikował Lupin. – Czekałem na niego w drzwiach z kawą, co by przygotować dobry grunt pod dobrą ściemę. Dał mi wydusić z siebie może dwa zdania, zanim zapytał wprost, czy zamiast bezproduktywnie pałętać mu się pod nogami przez kolejne tygodnie nie wolałbym się przenieść ze skutkiem natychmiastowym, bo nawet kawę parzę lichą. Pokiwałem głową, on machnął mi parafkę na kwitach i dał wolne na załatwienie sprawy w kadrach. I oto od poniedziałku… witajcie magiczne katastrofy.

– Cóż... – James ewidentnie nie popierał remusowego umiarkowanego optymizmu. – Może i stary nie robił przeszkód, ale taki obrót spraw go nie uszczęśliwił. Warczał na mnie przez resztę dnia, ochrzanił Alice za samowolne posprzątanie mu biurka i nawet Frankowi się oberwało za zbyt głośne myślenie. Jak wychodził, to drzwi prawie wyszły z futryn razem z nim.

Cholera, pomyślał Syriusz, choć na zewnątrz nic nie dał po sobie poznać.

Nie czas to ani miejsce na snucie czarnych wizji, a reakcja starego aurora nie była znowu czymś, czego nie można się było spodziewać, znając człowieka. I niczym, z czym nie mogliby sobie z Sevem poradzić, gdyby jednak do tego przyszło. Chociaż lepiej, żeby Urquart okazał się na tyle rozsądnym czarodziejem, by dobrze czytać znaki i zapomnieć o Greenwich.

Skoro najwyraźniej cała reszta świata miała sobie poradzić bez wtajemniczenia w bliższe szczegóły.

– Może starego gryzie, że znowu dostanie kogoś z uzupełnień, jak Longbottomowie – rzucił James, wyczuwając mimo wszystko syriuszowe rozterki. – Znowu jakiś czas będziemy się docierać, zanim grupa odzyska zdolność operacyjną.

– Może – zgodził się Syriusz i korzystając z podsuniętej sposobności swobodnie pociągnął temat. – Swoją drogą Longbottomowie to niezła historia. Skąd ich przyniosło?

– A po co ci to?

Pytanie zabrzmiało nieprzyjemnie szortko. I chyba tak miało zabrzmieć, z zaskoczeniem zdał sobie sprawę Syriusz, mierząc się z chmurnym spojrzeniem Jamesa. Jakby brązowe oczy próbowały wysondować, ile w syriuszowym pytaniu było zwykłej ciekawości, a ile czegoś innego.

– Franka kojarzę ze spotkań Zakonu, kiedy jeszcze się tam pojawiałem – wytłumaczył się Black, jakby tym razem musiał. – A to takie dziwne, że ciekawi mnie, z kim pracuje mój najlepszy przyjaciel? I nie wypytuję przecież o żadne super tajne sekrety organizacji, z której formalnie chyba nigdy nie zostałem wykopany. Zresztą, gdyby to była zastrzeżona informacja, zaklęcia poufności nie pozwoliłyby ci pisnąć słowa.

Potter wymienił spojrzenia z Lupinem, a tamten tylko wzruszył ramionami, niewykluczone, że sam nie mniej spragniony informacji, których ostatnio mu skąpiono i jednocześnie niepewny, do których wolno mu być dopuszczonym.

Od tych cholernych tajemnic w ich życia zaczynała wpełzać paranoja.

– Oboje są w Zakonie, Alice też dołączyła jakoś z półtora roku temu, kiedy ty się wymiksowałeś – wydukał wreszcie James i zawahał się. Skoro jednak magiczna przysięga go nie blokowała, kontynuował. – W organizacji nie mieliśmy wspólnych misji i dopiero w Biurze się poznaliśmy bliżej niż na cześć. Frank… jest specyficzny, ale to miły gość. Typ naukowca, jest przed trzydziestką, a poza tytułem mistrzowskim z transmutacji ma też dwa inne fakultety. Jeden z teorii tranfiguracji abstrakcyjnej, a drugiego nawet nie powtórzę. Wcześniej był niezależnym konsultantem naukowym. Robił jakieś analizy i symulacje na zlecenia różnych Departamentów.

– Dla Departamentu Tajemnic też?

– Nie wiem. Może – przyznał auror. – Ale to nie to, co ci chodzi po głowie.

– Skąd wiesz, co mi chodzi po głowie? – zacietrzewił się Black.

– W swej paranoi uważasz, że za przeniesieniem Longbottomów do oddziału Elphinstone'a Urquarta stoi jakiś gruby spisek. Ale to nie to. – James wywrócił oczami. – Alice jest aurorką pięć lat dłużej niż ja, tylko miała przerwę. A Frank wystarał się o przydział razem z żoną, bo wystraszył się po akcji ze świstoklikami i taki postawił warunek jej powrotu do pracy. Chciał być w pobliżu, żeby ją chronić.

– On… ją? – wyrwało się Remusowi.

– Frank… wyrobi się. Jest bystry, szybko się uczy. Mógłby być szybszy w starciu i bardziej decyzyjny, to jednak głównie sprawa doświadczenia. Ale fakt, to Alice z tej dwójki jest tą bardziej niebezpieczną. W walce nie daje forów i jest diabelnie utalentowana w łamaniu zaklęć, chociaż czasami coś przypadkowego rozkleja ją z byle powodu. Ogólnie… oboje są przeuroczymi ludźmi. I mają małe dziecko.

Ostatnie zabrzmiało ostrzej, niosąc jednoznaczny, niewerbalny przekaz. Nawet nie myśl o wciągnięciu Longbottomów w to gówno.

Dziwną wymianę niewerbalnych znaków i nierozumiejących pomrukiwań między zgromadzonymi przy stole przerwały słowa Lily:

– Alice i Frank muszą być naprawdę niesamowici. Dobrze dla nich, że potrafili znaleźć jakieś wyjście pośrodku.

Zdawała się szczerze zaintrygowana i było w tym coś więcej. Raczej nieprzypadkowo uciekła przed przenikliwym spojrzeniem Dorei, obracając twarz w stronę męża.

Longbottomowie byli zamożnym starym rodem, nie sympatyzującym w żadnym razie z Czarną Magią, ale hołdującym tradycji. A w tradycyjnych rodzinach czystej krwi poza przypadkami skrajnej biedy kobiety rzadko udzielały się zawodowo, a nawet jeśli, to najwyżej do czasu założenia rodziny. Żadna z syriuszowych babć, ciotek czy kuzynek nigdy nie pracowała zarobkowo, ani przed, ani po ślubie, chociaż – oddając sprawiedliwość – kobiety z krwi Blacków cieszyły się nadzwyczaj dużą niezależnością, bo dziedziczyły w linii żeńskiej i zachowywały odrębność majątku wniesionego w posagu. Efektem tego, trzymając rękę na przeważającej części małżeńskich funduszy, nierzadko współdecydowały albo wręcz narzucały swoją wolę mężom, ale i to odbywało się bez świadków, za zamkniętymi drzwiami. I nawet te obdarzone buntowniczą naturą nie przekraczały pewnych granic.

Od pracy koncepcyjnej, przynoszącej zaszczyty, zasługującej na powszechne uznanie i gwarantującej siadywanie u stołu blisko Ministra Magii byli szacowni mężowie. Od pozostałej – skrzaty domowe.

Panie… realizowały się towarzysko. Ewentualnie, jeśli miały szczęście i dostały w swoje ręce niezłą pulę genetyczną z dobrze rokującym magicznym potencjałem – dołączały do rywalizacji między sobą na najbardziej udany projekt. Czy jak kto woli – oddawały się macierzyństwu.

Jeśli z kolei chodziło o Lily – ambitną mugolaczkę, którą cieszyły tylko zasłużone komplementy, a od bezczynności robiła się chora – ta niewątpliwie miała daleką od powyższej, własną wizję reszty swojego życia.

I nie był to chyba obszar rozważań dla Jamesa nowy i niezbadany, bo poczochrał włosy z firmowym krzywym uśmiechem.

– U nich to jakiś drażliwy temat, a ja nie wypytuję o sprawy rodzinne, bo sam nie zamierzam się odwzajemniać – wyjaśnił zdawkowo. – Kiedyś zapytałem tak po prostu, jak to ogarniają organizacyjnie. Usłyszałem od Franka, że małego zostawiają pod opieką rodziców Alice i na razie to działa. A powrót do pracy jest lepszy dla niej niż dalsze tkwienie w domu, bo jeśli uśmierci kogoś na służbie, to w majestacie prawa i przynajmniej za to jej nie zamkną. Ani jego za współudział. I to chyba nie był żart.

Spojrzeli po sobie we czwórkę – choć w różnym stopniu – skonsternowani.

Za to Dorea prychnęła i upiła wina, zanim wypowiedziała powoli:

– Augusta Priscilla po mężu Longbottom, z domu Blishwick.

– Mamo?

– Gdybym była hazardzistką, a to przecież damie nie przystoi… – uśmiechnęła się ironicznie, bardzo po blackowemu – postawiłabym naszyjnik z opalami po babce Alexii, że Augusta jest powodem, dla którego młoda pani Longbottom trzyma swoją rodzinę jak najdalej, przynajmniej na kilka godzin dziennie, od rodzinnej posiadłości.

– Augusta to matka Franka?

– Tak.

– Sugerujesz, że… Alice mogłaby chcieć ją…?

– O, tak.

– Daj spokój.

– Nigdy nie spotkałeś Augusty, prawda?

– Jest jakimś śmiertelnie niebezpiecznym mitycznym stworzeniem?

– Gorzej. Jest kobietą z misją. I oddaje się misji bez reszty, a postronnych niech Merlin ma w opiece. – Skrzywiła twarz w grymasie, widząc powątpiewanie na synowskim licu. – Jej mąż Harold osiwiał w ciągu miesiąca miodowego. Nie miał jeszcze trzydziestu lat.

– Wypadek z jakimś zaklęciem? – zaryzykował James. – Albo zbieg okolicz…

– Była członkinią komitetu dobroczynnego, ufundowanego z nadania Stuartów. Jej zaangażowanie doprowadziło do ustąpienia w ciągu kilku tygodni pozostałych dwunastu członków i rozwiązania komitetu z trzystu letnią tradycją.

– Plotki.

– Armando Dippet zrezygnował z funkcji dyrektora, kiedy syn Augusty trafił do Hogwartu i jego matka zgłosiła się do rady rodziców.

Pan domu Potter tego już nie zakwestionował.

Zapadła głucha cisza. Bo i co można było powiedzieć?

Syriusz poczuł z Longbottomem duchowe powinowactwo. On sam odmawiał nazywania Walburgi matką, a i tak zrządzeniem losu – albo raczej za pochopną radą przyjaciela – utkwił z nią w równie patowej sytuacji.

Z tą drobną różnicą, że Walburga Black była śmiertelnie niebezpiecznym stworzeniem. Być może nawet mitycznym, ale tego już wolał nie sprawdzać.

Atmosfera ewidentnie siadła.

I szczęśliwie, jakby za przyczyną jakiegoś szóstego zmysłu, Harry wpasował się idealnie w moment. Bo oto głośnym zawodzeniem, które dzięki czarom alarmującym poniosło się z dziecięcej sypialni aż do zimowego salonu, maluch jednoznacznie zakomunikował przebudzenie z popołudniowej drzemki.

Dorosłe towarzystwo natychmiast oderwało się od dorosłych spraw.

Niesamowite, jak w mgnieniu oka nastrój się zmienił, gdy Lily z dzieckiem na rękach dołączyła z pozostałych, a ci jakoś tak naturalnie rozmieścili się w pobliżu kanapy. Dorea zajęła wolną przestrzeń obok synowej, panowie zaś opadli na miękki dywan. Remus zachował dystans i usiadł trochę z tyłu, ale co rusz zerkał nad ramieniem Syriusza i nie potrafił powstrzymać uśmiechu od ucha do ucha.

James niespiesznie przejął Harrego od matki i wgramolił się pomiędzy dwóch przyjaciół, moszcząc sobie miejsce łokciami.

– To, mój mały, jest wujek Remus. Taaak, wreszcie. A nie mówiłem? – zagruchał łagodnie, ujmując chłopca tak, by podtrzymać mu główkę i nie ograniczać pola widzenia, bo szeroko otwarte szmaragdowe oczy wyraźnie domagały się nowych bodźców. – Gdyby nie wujek Remus, szkolne życie tatusia i wujka Syriusza byłoby nudne i puste. A gdyby nie jego skrupulatne notatki i fory u McGonagall, prawdopodobnie relegowaliby nas ze szkoły w okolicach trzeciego roku i tatuś nigdy nie miałby szansy przekonać mamusi, że poza szybkim lataniem na miotle jest niezły także w innych rzeczach.

– No to wreszcie mam winnego! – Po salonie poniósł się śmiech Lily.

– Mały, twój tatuś mocno przecenia mój wkład w jego życie – Remus konspiratorsko wyszeptał do dzieciaka. – Zdradzę ci tajemnicę, ok? No więc Minerwa McGonagall przymykała oko i przepychała go z klasy do klasy, bo ta kobieta kocha quidditch, a twój tatuś naprawdę szybko latał na miotle i zdobywał na boisku więcej punktów dla Gryffindoru niż biedny ja za naukowe osiągnięcia. A potem twój tata sobie znanym sposobem zdał egzamin aurorski lepiej od szesnastu innych rekrutów, w tym mnie, kujona z drugim wynikiem z Owutemów na roku. Więc gdybyś jednak naturalnych predyspozycji i zacięcia do nauki nie odziedziczył po mamie…

– ... to możesz być pewien – wciął się na podstawie przyznanych mu świętych praw ojciec chrzestny chłopca – że wujek Syriusz kupi ci najlepszą miotłę na świecie!

Dobry kwadrans dłużej, niż powinien, pozwolił zmysłom chłonąć radość i ciepło wypełniające tego wieczoru dom Potterów, nie potrafiąc sobie odmówić tej małej przyjemności. Dziś wszystko było na swoim miejscu. Tak jak być powinno.

I nagle, kiedy już pochłaniały go zielonkawe płomienie, pierwszy raz przyszło mu do głowy, że tak może wyglądać przyszłość, jeśli tylko wszystko pójdzie dobrze.

Jeśli oni zrobią to dobrze.

Dlatego nie ma mowy, żeby to spierdolili.


Severus trzeci raz sprawdził godzinę i przeklął. Wciąż brakowało pięciu minut, by z czystym sumieniem mógł użyć sobie słownie na spóźnialskich. Bo to, że sam był grubo przed czasem, oczywiście wynikało z daleko idącej uzasadnionej przezorności. Miejsce spotkania było mu wcześniej nieznane, więc potrzebował zrobić rekonesans.

Jedno, o czym nie pomyślał, to by zawczasu rzucić na siebie zaklęcie rozgrzewające, co aktualnie nie było już opcją. Więc teraz marzł, drżąc od listopadowego chłodu pod zbyt cienką warstwą mugolskich ciuchów, nie ważąc się wyciągnąć różdżki z kieszeni kurtki.

Front budynku, gdzie stał oparty o ścianę, był zbyt wyeksponowany od ulicy, a ta dość ruchliwa jak na tak późną porę. Przed knajpą naprzeciwko, niezdolną pomieścić wszystkich klientów, przelewało się morze w większości nietrzeźwych ludzi w biało-zielonych barwach lokalnego klubu piłkarskiego. Większość pechowców na zewnątrz wisiała przyklejona do okiennej szyby, przez którą dobrze widać było wnętrze z telewizorem ponad barowym blatem. Najwyraźniej trwający jeszcze mecz był niezwykle ważny, bo połowa mieszkańców Glasgow, których Severus dziś mijał, nosiła biel i zieleń. Albo po prostu mugole byli na punkcie piłki nie mniej kopnięci, niż czarodzieje na punkcie quidditcha.

Cokolwiek nie twierdziłby Czarny Pan na temat ułomności ludzi niemagicznych, na tym jednym polu łatwo było mu wykazać kłamstwo – czarodzieje wymyślili quidditch wiele wieków wcześniej, niż mugole zaczęli kopać piłkę.

Młody czarodziej pokręcił głową, widząc jak uczepieni barowego okna faceci po czterdziestce wybuchają płaczem ze szczęścia, gdy przeciągły gwizdek sędziego oznajmił zakończenie spotkania.

Tej nocy celebracji nie będzie końca, a jutro połowa miasta weźmie chorobowe, prychnął Severus do siebie.

Wolałby spotkać się jak zawsze w ich stałej lokalizacji w Londynie, ale nie miał prawa zrzędzić tym razem, bo ta zmiana nie wynikała tylko z syriuszowej fanaberii. Glasgow mogło się Severusowi osobiście nie podobać, ale od strony organizacyjnej było idealne – na tyle duże, by nietutejsi łatwo wtopili się w otoczenie i – co ważniejsze – położone w odległości deportacyjnej od Hogsmeade.

Natychmiast odkleił się od ściany wytapetowanej plakatami, kiedy usłyszał z oddali głos, wyróżniający się z kakofonii dźwięków ulicy i pijackich zaśpiewów.

Kobieta w narzuconym na ramiona płaszczu, postukując wysokimi obcasami, weszła w krąg zabarwionego na wściekły fiolet światła, rzucanego przez neon ponad jej głową.

– Jestem za wcześnie, Severusie?

Podeszła kilka kroków bliżej, a czarodziej zdał sobie sprawę, że to było do niego, dopiero gdy usłyszał swoje imię. Teraz mógł zobaczyć ją w ciepłym, bardziej naturalnym oświetleniu ulicznej latarni.

Okazało się, że rozpięty płaszcz nosił odcień stonowanego granatu, a spod niego wylewał się bordowy mięsisty sweter z golfem, sięgający do połowy popielatej tweedowej spódnicy nad kolano. Zestaw więcej niż schludny, choć mocno retro – tak przynajmniej o dwie dekady, jeśli Severus miałby zdać się na swoje umiarkowane obeznanie w bieżącej mugolskiej modzie.

Z rosnącym zaintrygowaniem obserwował, jak szczupła dłoń odgarnia za ucho pasmo długich, połyskujących srebrzyście włosów, odsłaniając twarz o bardzo znajomych, łagodniejszych niż zazwyczaj rysach.

Tylko okulary pozostały te same – okrągłe, w delikatnych oprawkach.

– Minerwa?

Coś w jego niepewnej reakcji nieprzyjemnie ją zaskoczyło, bo twarz kobiety przybrała surowy wyraz, co dodało jej powagi. I lat.

– A spodziewałeś się królowej Zjednoczonego Królestwa?

– Cóż, nie spodziewałem się ciebie… hmm… takiej… odmienionej.

– Doprawdy, zaskakujące, że na wizytę w mugolskim obszarze zurbanizowanym końca dwudziestego wieku zrezygnowałam ze spiczastego kapelusza, zgrzebnej szaty i upięcia starej panny z wiktoriańskiej ryciny.

Severus nie potrzebował lustra, by wiedzieć, że jego uszy przybrały wrogie barwy klubowe. Włożył dłonie w kieszenie jeansów i uznał za najrozsądniejsze zamilknąć, żeby niechcący nie pogrążyć się bardziej.

Minerwa wyglądająca… cóż, jak nie Minerwa, chwilowo wyłączyła mu część mózgu odpowiedzialną za funkcje poznawcze.

To było takie… niezgodne z ustalonym porządkiem świata.

Jakby Minerwa nie miała prawa istnieć poza jej naturalnym, hogwarckim środowiskiem?, zakpił z własnej ignorancji.

– Przepraszam. Wyglądasz bardzo ładnie. – Odchrząknął, bo dotarło do niego poniewczasie, że jego reakcja była nie tyle nietaktowną, co raczej godną troglodyty. – Chodziło mi o to, że jesteś osobą o dość mocno ukształtowanym wizerunku. To niecodzienne widzieć cię taką… nie hogwarcką.

– A w Hogwarcie jestem od zawsze Starą Kocicą – skwitowała już inaczej, raczej posępnie niż gniewnie. – Prawda. Nawet gdy odwiedzam domy uczniów z mugolskich rodzin, robię to oficjalnie, w stroju formalnym nauczycielki szkoły magii. Takich ubrań nie miałam na sobie ze dwie dekady. – Wiedźma zerknęła niezręcznie w dół, po czym zawiesiła wzrok na afiszu. – A w kinie nie byłam jeszcze dłużej.

– Więc musimy to robić częściej – padło za ich plecami z ciemności ulicy. – Jesteśmy spóźnieni. Wiem, moja wina – pokajał się Syriusz nieco obłudnie, bo bez cienia skruchy. I przepuścił dwójkę przodem w obrotowych drzwiach. – A ubrania nadal świetnie leżą, profesorko. I jakby mnie ktoś pytał, nic nie ujmują powadze nauczycielskiej profesji.


Sev rozejrzał się po pustej sali.

– Powiesz chociaż, co to za film?

– Ponoć świetny, najlepsze recenzje – zełgał Syriusz na poczekaniu, sprawdzając na biletach tytuł. Ten by mu pewnie coś powiedział, gdyby był po angielsku. Urok kina studyjnego. – Komedia kryminalna.

Przezornie nie podzielił się informacją drobnym drukiem o specjalnym wyróżnieniu na Festiwalu Filmowym Krajów Demokracji Ludowej.

A potem zgasło światło i głowy na dużym ekranie zaczęły gadać w jakimś słowiańskim języku. Ale były napisy, wobec czego wściekłe syczenie Seva należało uznać za mocno na wyrost.

No może do chwili, kiedy wjechała Cyganka z przepowiednią.

Od tego momentu nieukontentowanie Seva można było uznać za uzasadnione, a Syriusz nie miał prawa boczyć się, że jego przyjaciel i McGonagall zupełnie stracili zainteresowanie fabułą.

On sam w sumie także, kiedy zrozumiał, co jest tematem ich przyciszonej rozmowy.

– … i chociaż wcześniej tego nie zauważyłam, tamta uwaga Filiusa dała mi do myślenia. Zwłaszcza jeśli umieścić pannę Greengrass w odpowiednim kontekście.

– To znaczy?

– Jak na asystentkę nauczyciela zaklęć i uroków panna Greengrass poświęca zadziwiająco mało czasu i energii materii zajęć, które swoją osobą powinna wspomagać. I nie budziłoby mojego niepokoju, gdyby nie wykazywała zacięcia pedagogicznego w ogóle. Nie jestem ślepa ani głucha i żadna to w końcu tajemnica, że panna Greengrass nie uzyskała posady w Hogwarcie z powodu nagle odkrytego powołania do nauczania. – Nawet jeśli ciemność kinowej sali nie pozwoliła tego zobaczyć, ton głosu McGonagall powiedział, że właśnie wywróciła oczami. – Mam wiele zrozumienia dla jej trudnej sytuacji i służyłabym jej wszelką pomocą, gdybym miała przeświadczenie, że przybyła do szkoły szukać azylu. Jednak… – zawahała się – nie kosztem bezpieczeństwa moich uczniów.

– Minerwo, co się dzieje?

– Ty mi powiedz. Z jakiegoś powodu to wy poprosiliście o to spotkanie. – Profesorka odezwała się ostrzej, nienawykła do kluczenia i obchodzenia nieprzyjemnych tematów bokiem. – Czy Aretha Greengrass przybyła w mury szkoły z misją, która sprowadza zagrożenie na mieszkańców Hogwartu?

– Nic o tym nie wiem – odpowiedział Sev natychmiast. – Ale jestem pewien, że dostała polecenie przynajmniej zbierania informacji. Może jakieś inne zadanie, o którym nie zostałem poinformowany.

– A jednak coś podejrzewasz, skoro rozmawiamy?

Sev nerwowo zastukał palcami o podłokietnik.

– Co dokładnie jest na rzeczy, profesorko? – Do rozmowy włączył się Syriusz, dając przyjacielowi chwilę na pozbieranie myśli, które chyba zaczynały błądzić w niebezpiecznym kierunku. – Coś konkretnego panią zaalarmowało w zachowaniu Greengrass?

McGonagall przeniosła sondujące spojrzenie z Seva na Syriusza, by odpowiedzeć z niejakim wahaniem.

– Panna Greengrass zorganizowała nieformalną grupę… Klub dla szósto i siódmorocznych uczniów. Zachęca ich do przeznaczania wolnych wieczorów na pisanie elaboratów na trzy łokcie tekstu i przesiadywania całymi godzinami w bibliotece.

– W bibliotece? Starsze roczniki, tak? Dobrowolnie? – Syriusz raczył szczerze wątpić. – Niby jak ich zmusiła?

– Cóż, nie wydaje mi się, że kogokolwiek zawlekła tam siłą. A już najmniej nastoletnich chłopców. – Wiedźma westchnęła nieomal cierpiętniczo, jak to miała w zwyczaju, gdy na swoich zajęciach trafiała na opór materii i nijakich oznak nadziei na nagłe oświecenie. – Mówimy o… Arecie Greengrass.

Aha.

Syriusz przygryzł wnętrze policzka i bardzo starał się nie ryknąć śmiechem. Ani patrzeć na Seva.

Ten nie wytrzymał.

– Uważasz, że organizuje śmierciożerczą młodzieżówkę. – Ciemne jak noc oczy były zimne i puste. – Rozpoznanie pod ewentualną rekrutację uczniów w szeregi Czarnego Pana.

Cóż, to właściwie miało wiele sensu.

Sposobność albo katastrofa. Wszystko albo nic.

Cholera.

– Nie sądzę – padło niespodziewanie z ust McGonagall.

– Więc po co innego miałaby zbliżać się do młodych Ślizgonów?

– Nie mówiłam, że w jej klubie są uczniowie ze Slytherinu.

– A kto?

– Uczniowie z Ravenclawu. I Hufflepuffu.

Syriusz zamrugał. To już było niedorzeczne. Czego Riddle mógł chcieć od nastoletnich Krukonów i Puchonów? Albo raczej – na jak durny pomysł tym razem wpadła Bellatrix?

Chyba że…

– Mówiła pani, że Greengrass przeniosła całe swoje zainteresowanie poza zaklecia i uroki. Czyżby na historię magii? W szczególności… historię Hogwartu i jego założycieli?

Opiekunka Gryffindoru powoli potaknęła i wyraźnie zaskoczona na widok szerokiego syriuszowego uśmiechu obróciła się w stronę Seva w poszukiwaniu odpowiedzi.

Ale ex-Ślizgon patrzył teraz w rozjaśnione ekscytacją szare oczy i jego własne nie były już zimne ani puste.

– Co to znaczy?

– To znaczy, że odpuścimy sobie resztę filmu, bo ja i Syriusz musimy pilnie odpowiedzieć na pewną sowę – wyłożył Sev, podnosząc się ze swojego miejsca. Zaczekał, aż pozostała dwójka opuści salę, ale nie próbował ukryć, że potrzeba działania go roznosi. – Idziesz?

Syriusz zatrzymał się w pół kroku, tknięty nagłą myślą. Przywołał obraz sprzed kilku godzin, a potem drugi, świeższy.

To był dobry dzień. Czemu by nie iść za ciosem?

– Dogonię cię. Zresztą tym razem ty możesz sprawdzić teren.

Sev tylko skinął i przyspieszył kroku w kierunku zadrzewień po drugiej stronie ulicy. Na mugolskich osiedlach czarodzieje musieli przestrzegać zasad i najgłupszym, co czarodzieje mogli zrobić, byłoby deportować się w tłumie przed wejściem do kina. Położony w centrum parku placyk z fontanną, otoczony wysokimi klonami wybrali jako dogodne miejsce teleportacji, ale uprzednio dobrze było upewnić się, że nic ich nie zaskoczy.

– Ale wyjście do kina musimy powtórzyć – zastrzegł Syriusz i zrobił krok w tył, by przepuścić damę w furtce. – Przyszły tydzień? Niech się psorka nie da prosić.

– Jak pan pewnie słyszał, jestem dość zajętą osobą i nie chadzam do kina.

– Dużo pani traci. Dobrze mieć jakieś życie poza pracą. Mnie i Sevowi dobrze robi na głowę kino, ale jeśli ktoś woli operę… – Syriusz ugryzł się w język. – Ale my nadal mówimy o kinie.

– Panie Black…

– Z wiekiem stałem się jeszcze bardziej namolny niż w szkole. – Nie zamierzał ukrywać samozadowolenia. – Złamałem Seva, więc…

Minerwa McGonagall zmierzyła go badawczym spojrzeniem, zanim powiedziała:

– Sprawdzę swój terminarz, panie Black.

Uśmiechnął się półgębkiem, prawdziwie zaskoczony niespodziewanym zwycięstwem, bo to chyba był pierwszy raz, kiedy udało mu się urobić opiekunkę Gryffindoru bez wsparcia tej części huncwockiej ferajny, którą faktycznie darzyła sympatią.

Moment.

Dlaczego, będąc wszak dwudziestolatkiem z doświadczeniami ostatnich lat, których w lepszym świecie ludzie w jego wieku mieć nie powinni, on nadal w relacji z tą wiedźmą postrzegał siebie przez pryzmat szkoły?

– Syriusz. Tak mam na imię. To od gwiazdy – podsunął bez głębszych dywagacji. I dodał, widząc jej ściągnięte usta – Ma jedną sylabę mniej niż Severus.

– Dziękuję za wyjaśnienie mi arkanów tak złożonej matematyki.

– Nadal mnie pani nie lubi. Co jest nieco małostkowe, bo nie jestem tamtym gnojkiem, co w szkole. Byłoby miło, gdyby zaczęła mnie pani traktować jak dorosłego. Bo jestem dorosły.

– Pełnoletni.

– Nigdy mi pani nie wybaczy?

– Że przez pana niemal osiwiałam i cztery razy prawie rzuciłam tę posadę?

Ex-Gryfon odruchowo się skrzywił, ale odpowiedział rozumiejącym spojrzeniem.

– Że przekabaciłem Tiarę Przydziału, żeby mnie przydzieliła do Gryffindoru. Zawsze czułem, że w pani oczach nie pasowałem do Domu Lwów i dla pozostałych Gryfonów byłoby lepiej, gdyby mnie przydzielono po rodzinie. – Zamilkł i spoważniał, tak jak ona. – Za to nie będę przepraszał. To był pierwszy raz, kiedy miałem wybór, a Gryffindor i chłopaki… To zapewne uratowało mi życie, nawet jeśli było dla pani utrapieniem. Co do całej reszty, wszystkich kolejnych decyzji, wyborów i postępków… To wszystko wina Remusa!

I wyszczerzył się głupkowato.

Minerwa McGonagall poprawiła okulary i pokręciła głową z udawaną rezygnacją, ale kąciki jej ust zadrżały od hamowanego śmiechu.

Wziął to za dobrą monetę.

– To co z tym kinem?

– Tylko pod warunkiem, że następnym razem to nie ty wybierasz film, Syriuszu.

Już otwierał usta w świętym oburzeniu, gdy nagle poczuł charakterystyczne łaskotanie pod skórą – automatyczną reakcję jego magicznego rdzenia na silny magiczny impuls gdzieś w pobliżu. Taka, a nie inna odpowiedź jego własnej magii sprawiła, że syriuszowe serce przyspieszyło.

W bliskiej okolicy ktoś postawił magiczne bariery. Albo pole antyaportacyjne. I Syriusz był absolutnie pewien, że nie zainicjowała tych zaklęć doskonale mu znajoma magia Seva.

– Muszę… – urwał, widząc, że McGonagall też sięga po różdżkę. Napięta postawa wiedźmy jednoznacznie sygnalizowała jej zamiary. – Nie. Proszę się nie mieszać! – rzucił przez ramię i przyspieszył do biegu.


Severus nie uprzedził wydarzeń, chociaż przewidział taki ich obrót, zanim jeszcze poczuł czubek różdżki wbity w swoje plecy. Prawie na pewno był władny zareagować dostatecznie szybko, a wtedy sytuacja by się odwróciła, wówczas jednak nie byłoby już odwrotu.

Zdecydował nic nie robić, dając staremu ostatnią szansę.

– Jak? – zapytał, pozostając w bezruchu z rękami na widoku, jak było teraz z jego perspektywy najrozsądniej. O dziwo, był bardziej ciekawy niż wściekły. Jakkolwiek nie miał najmniejszej wątpliwości, kto zasadził się na niego w ciemnym parku, to niewiadomą było co innego. – Od razu zdjąłem wszystkie zaklęcia śledzące, którymi obłożyłeś mnie w Greenwich, więc jak?

– Prawda – przyznał Elphinstone Urquart, wyszarpując Severusowi różdżkę spomiędzy palców opuszczonej dłoni, nie pozwalając jednak mu się odwrócić. – Zdjąłeś wszystkie zaklęcia śledzące, które były aktywne. – Złośliwie wydął wargi. – W każdym razie wtedy.

Severus przeklął, bo o tym nawet nie pomyślał, a powinien.

– Rzuciłeś czar śledzący z czasowym przesunięciem aktywacji? – Musiał to wiedzieć na przyszłość, skoro takich nieszablonowych zagrań najwyraźniej mógł się spodziewać od innych, tych bardziej sprytnych aurorów. Wobec milczenia Urquarta sam zaczął zgadywać. – Przesunięcie skorelowane z kalendarzem księżycowym? Aktywacja jakimś konkretnym zaklęciem rzuconym przez różdżkę?

– Ty tak naprawdę? – Stary zaśmiał się zimno. – Bo ja na twoim miejscu w tej chwili skupiłbym się na bieżącym rozwoju sytuacji.

Auror szybko, jedno po drugim, rzucił kilka zaklęć wykrywających magiczną broń i zaklęte artefakty, nie dość jednak wyrafinowanych, by wykryły cokolwiek poza przeklętym sztyletem, który Severus nosił przy sobie na podobną okazję – by ujawnienie trefnego ostrza odsunęło ryzyko dalszych poszukiwań i w ich konsekwencji zidentyfikowania innych, prawdziwie cennych ukrytych atutów.

Urquart ostrożnie, nie ważąc się go dotknąć, przelewitował poza zasięg dłoni dotychczasowego właściciela nasycony Czarną Magią sztylet, po czym cisnął w niego Evanesco.

– Zadowolony? – Severus, teraz obrócony brutalnie twarzą do aurora, a plecami do zardzewiałego ogrodzenia, syknął przez zaciśnięte zęby. – No to co tym razem?

– To ja się pytam, co śmierciożerca robi sam jeden w mugolskiej dzielnicy, w mugolskim odzieniu? No, rozśmiesz mnie.

Severus wbrew sobie i niewesołym okolicznościom znalazł niespodziewanie tę sytuację niezwykle wręcz zabawną.

– Wracam z kina.

– A nie z meczu? – Elphinstone'a Urquart zaśmiał się szyderczo. – O czym był film?

– O facecie, któremu nawiedzona wariatka wygłosiła krwawą przepowiednię.

– Dobry?

– Okropny, wyszedłem w połowie.

– Taaak. – Auror sięgnął do kieszeni, by zaraz unieść wyżej przejrzystą fiolkę. – To Veritaserum czy przysięga na magię? Bo tym razem świadek nie przejdzie, choćby to była gryfońska dziewica.

– Tak bardzo chcesz mnie dojechać?

– Nie masz pojęcia. I pewnie nie wypijesz serum ani nie zaprzysięgniesz się na magię?

– Nie.

– To dokończymy tę rozmowę gdzie indziej.

– Urquart… daj sobie spokój.

Stary zupełnie zignorował wypowiedziane z powagą słowa, jakby nie zabrzmiały ani trochę jak błaganie, za to bardzo w tonie ostrzeżenia. Beznamiętnie cofnął różdżkę i zaczął rysować nią w powietrzu wzór, jednak nie zdążył wymówić inkantacji.

Zamarł z uniesioną ręką, gdy przy jego gardle znalazł się czubek obcego oręża.

I w tym momencie severusowe nadzieje na przegadanie sprawy i pokojowe rozejście się w swoje strony definitywnie poszły się paść.

Cholera.

– A martwy Gryfon może być? – padło zza pleców aurora. – Teraz sięgnę po różdżkę którą włożyłeś za pas i jeśli chcesz zachować swoją, to nie zrobisz niczego głupiego.

Syriusz powoli obszedł aurora. Nie cofając uzbrojonej prawej dłoni, drugą sięgnął po skonfiskowaną cisową różdżkę i natychmiast przekazał jej prawowitemu właścicielowi.

– Nie ma za co – rzucił z samozadowoleniem.

Severus przewrócił oczami.

– A co kazało ci myśleć, że potrzebuję wyszczerzonego wsparcia?

– Wiesz, z mojej strony to wyglądało, jak… – urwał, bo chyba sedno dotarło z opóźnieniem. – Aha. Nie zamierzałeś…? – Syriusz przygryzł wargę z konsternacją.

– Nie. Ale skoro się włączyłeś i spieprzyłeś, czyń honory.

Syriusz jak na komendę obrócił się do aurora.

– Elphinstone'a Urquart, tak? – dopytał kurtuazyjnie, jednocześnie zmrużonymi oczami wyceniając przeciwnika. – Jestem…

– … Syriusz Black – dokończył za niego Urquart, przenosząc spojrzenie z jednego na drugiego młodego mężczyznę. – Ponoć jesteś martwy.

– Nie można wierzyć we wszystko, co mówią. – Machnął ręką z nonszalancją, która była bardzo nie na miejscu. – Sytuacja wygląda tak, że…

– Nie – przerwał stary, piorunując go wzrokiem. – Po tym, co już słyszałem i widziałem, nie dam wiary w ani jedno wasze słowo, jeśli nie potwierdzi go serum prawdy albo legilimenta.

– No to mamy problem – skwitował Severus, ignorując błagalne spojrzenie Syriusza. Cóż, nie on to schrzanił.

– Czekaj – uprzedził go przyjaciel, desperacko chwytając się czegokolwiek i skupił się na aurorze. – Urquart, w twoim interesie jest się z nami dogadać. W tym układzie każdy dostaje to, czego chce i nikt nic nie traci. Severus Snape daje ci cenne informacje i okazjonalnie ratuje tyłki twoich ludzi, w zamian utrzymujesz jego układ z Biurem i trzymasz jego tyłek z dala od Azkabanu. Jeden śmierciożerca do odstrzału mniej. Co ci w tym nie pasuje?

– Jak się dogadaliście? Na jakich zasadach?

– To… tak wyszło, a dla ciebie nie ma znaczenia. Ani James, ani Remus nie są kretami i to ja sam mogę ci potwierdzić pod przysięgą. Żaden z nas nie wspiera ideologii Voldemorta, wprost przeciwnie. A Snape… Powiedzmy, że jestem w stanie przyjąć, że podjął złe decyzje, bo był młody i głupi, ma tego świadomość i próbuje… przetrwać. Dzięki jego pomocy moi przyjaciele i ja sam uniknęliśmy bolesnej śmierci, więc mam gdzieś, czy zrobił to z miłości bliźniego czy wyrachowanie licząc na wzajemność. Albo w nadziei na kupienie sobie wyjścia awaryjnego. Jest tylko idiotą, który w porę ogarnął, że ma przesrane i wybrał donosić na mrocznych czarodziejów zamiast ciskać Avadą we wszystko, co się rusza. Nie możesz mu odpuścić? Zwłaszcza że podsuwa ci niemal na tacy wrogów dużo większego formatu?

Nie dało się ukryć, że Syriusz obrał najlepszą taktykę z wciąż leżących na stole i naprawdę miał gadane. Oraz aktorskie zacięcie, bowiem drżący głos i łzawe spojrzenie tak dobrze korespondowały z chwytającą za serce przemową, że prawie przekonały samego Severusa.

Elphinstone Urquart był widać odporny na emocjonalne oddziaływanie amatorskich teatrzyków, bo wystarczyło jedno spojrzenie w niebezpieczne oczy aurora, by upewnić każdego, że stary nie kupił z tego ani słowa.

– A ja myślę, że znowu próbujecie mnie robić w wała. Albo on – wskazał głową na Severusa – robi z was idiotów, bo drań naprawdę jest dobry w tym, co robi. Cokolwiek naprawdę robi. Bo jestem Wilą, jeśli tutaj nie ma czegoś więcej. – Kontynuował ostrzej, jednocześnie przyjmując dogodniejszą pozycję do operowania różdżką. – Ostatnia szansa, Black. Nie rób nic głupiego. Bardziej głupiego. Obaj zastanówcie się dwa razy, bo jestem aurorem dłużej, niż wy chodzicie po tym świecie.

– Bez urazy, ale grozili mi groźniejsi czarodzieje. Uodporniłem się – zripostował Syriusz, ostatecznie widać pogodzony z fiaskiem pertraktacji. – Na czarną dupę bazyliszka, trzeba było zostać do końca filmu – wymamrotał nie wiedzieć do kogo. Wyrównał oddech, zanim już wyraźniej wypowiedział w stronę Severusa. – No to… ja mam to zrobić?

Urquart uprzedził odpowiedź, przemieszczając się diabelnie szybkim unikiem w lewo, by uciec z pozycji, która dawała przewagę młodszym czarodziejom. Nie przechwalał się – jak na wiek emerytalny poruszał się żwawo i instynktownie szukał okazji, zmuszając przeciwników do dwukrotnego postawienia tarcz, podczas gdy on sam pozostawał w ofensywie.

Ale Severus i Syriusz też nie byli byle amatorami.

Po pierwszym szoku odzyskali kontrolę i gdy błysk klątw zgasł w mroku nocy, trzej czarodzieje zastygli w sytuacji patowej.

I zanim któryś zdążył zrobić coś jeszcze bardziej lekkomyślnego, usłyszeli kobiecy głos.

– Naprawdę, panowie? Chcecie ściągnąć do tego parku połowę inspektorów Ministerstwa, odpowiedzialnych za egzekwowanie Kodeksu Tajności? – Karcący ton pasował do jej lekko zawiedzionego wyrazu twarzy. – Szczęśliwy zbieg okoliczności, że dziś najwyraźniej miasto świętuje i to… – sarknęła, wykonując nieokreślony ruch ręką – łatwo będzie przypisać mugolskim fajerwerkom. Inaczej do rana trzeba by rzucić Oblivate na całą dzielnicę.

– Cóż… racja. – Syriusz oczywiście wyrwał się, zanim przemyślał. I uśmiechnął się zawadiacko. – Jedno Oblivate i już nas nie ma, pani profesor.

Minerwa ściągnęła wargi, najwyraźniej nieusatysfakcjonowana i odgarnęła luźne kosmyki za ucho, zapewne dla wzmocnienia efektu piorunującego spojrzenia.

– Minnie…?

Trzy głowy obróciły się w stronę Urquarta, który stał jak spetryfikowany. Rozdziawione chwilowo usta odebrały zupełnie jego obliczu wcześniejszy, marsowy wyraz.

– Witaj, Elphinstonie – McGonagall przywitała się dziwnie miękko, chociaż w jej zachowanie wkradła się jakaś niezręczność. – Zechciałbyś opuścić różdżkę? Zanim zrobi się… nieprzyjemnie?

Brodacz zamrugał i jego twarz zaczęła się przeobrażać pod wpływem wniosków z doraźnej dedukcji. Kąciki jego ust opadły. Różdżka pozostała wycelowana w stronę młodych mężczyzn.

– Ach, a więc znowu jesteśmy tutaj. W miejscu, w którym powiesz mi coś niejasnego, co ja mylnie uznam za deklarację i dla twojego słowa i moich wyobrażeń zaprzepaszczę… ponownie… dwadzieścia lat kariery. Tylko że tym razem to się nie wydarzy. Nigdy nie robię dwa razy dokładnie tej samej głupoty.

Usta Minerwy mimowolnie drgnęły.

– Doprawdy?

Twarz aurora momentalnie stężała.

Nie było wątpliwości, że oboje są kimś więcej niż przypadkowymi znajomymi i nawiązują do spraw tylko dla nich zrozumiałych.

– Och, za drugim razem usłyszałem nie zanim skończyłem mówić. I nie zdążyłem uklęknąć, więc się nie liczy. – Odchrząknął i najwyraźniej nagle wróciło do niego, że nie są tu sami. – To… Nie widzieliśmy się trochę, ale nie wierzę, że aż tak się zmieniłaś. Nie ty. Wyjaśnij to. Wszystko.

I to był moment, w którym cokolwiek ciekawego się tu działo między tamtą dwójką, przestało mieć dla Severusa jakiekolwiek znaczenie. Musiał odzyskać kontrolę.

Ale nie zdążył.

– Nie. – Uprzedziła go wiedźma, nie odwracając nieustraszonego wzroku od aurora. – Musi ci wystarczyć moje zapewnienie, że będzie lepiej, jeśli to zostawisz. Ile się znamy, Elphinstonie?

– Przecież wiesz, Minnie. Większość twojego życia.

Co dziwne, słowa starego przywołały dziwne zaskoczenie Syriusza. Szare oczy pozostały całkowicie skupione na Minerwie, gdy wyszeptała:

– Po prostu mi zaufaj.

– Nie wiem, co wydaje ci się, że oni robią. Cokolwiek mówią… kłamią – zaczął Urquart poważnie. – Oni sami mało mnie obchodzą, ale po tym co już widziałem… Świstokliki ściągające aurorów w śmierciożercze zasadzki. Szantażowanie bezpośrednio dyrektora Departamentu. Podszywanie się pod urzędników i służby z użyciem Wywaru Wielosokowego. Porywanie siostrzeńca Minister Magii, by użyć jego tożsamości i uderzyć od środka – wyliczał, jak w transie. – Nie mam tak bujnej wyobraźni, co jeszcze innego, jak dużo gorszego Voldemort może przeciw nam wytoczyć. Jak dotkliwe zadać straty w ludziach. Więc nie. To mi nie wystarczy. – Oświadczył twardo. – I co teraz? Pozwolisz im…?

– No weź. – Syriusz przewrócił oczami. – Teraz cię zoblivatuję – poinformował aurora sucho, po czym uśmiechnął się bez wesołości, rozluźniając ramiona.

– Cóż za delikatność.

Syriusz przestał się uśmiechać.

– Bo przecież jesteśmy tymi złymi?

– Wiedzieliście o świstoklikach. Pozwoliliście zabić ośmiu aurorów.

– Gdyby nie my, zginęłoby dziesięciu. Jak sam powiedziałeś, druga strona gra ostro, więc musimy się dopasować. Nie podoba mi się to. Bardzo. Ale gramy o coś dużo większego.

– Syriusz – syknął Severus ze złością, trochę zły na siebie, że pozwolił, by te wynurzenia zaszły tak daleko. – Mógłbyś się wreszcie zamknąć?

– Przecież go zaraz zoblivatuję.

– A ja odpuszczę i za jakiś czas nie dojdę drugi raz do tych samych wniosków? – odwarknął Urquart.

Atmosfera zrobiła się co nie bądź napięta.

– Nikt nikogo nie będzie oblivatował siłą.

Severus miał na ten temat zdanie przeciwne.

– Minerwo, to nie podlega…

– Na litość Merlina! – przerwała mu, stanowcza i zdecydowana. Uchwyciła spojrzenie aurora. – Oczywiście jesteśmy wszyscy rozsądnymi ludźmi i dojdziemy do porozumienia. A ty, zdaje się, nie masz skrystalizowanych planów na dzisiejszy wieczór, prawda?

– Cóż, to zależy od rozwoju sytuacji – odparł z kpiarskim uśmiechem, nieznacznie skinąwszy na resztę napiętego towarzystwa. – A pytasz, bo…?

– W pobliżu jest kino, do którego prawie nikt nie chodzi. Można tam w spokoju spiskować. Ewentualnie obejrzeć film.

– O mężczyźnie, któremu przepowiedziano krwawą przyszłość?

– Widziałeś? – zapytała zaskoczona.

– Coś słyszałem – burknął pod nosem. – Kiedyś, zdaje się, nie chadzałaś do kina.

– Teraz najwyraźniej zdarza mi się.

– Ten film… Był dobry?

– Do połowy okropny – przyznała kwaśno, po czym uśmiechnęła się lekko. Nieśmiało. Zapatrzyła się w gwieździste niebo. – Ale może druga połowa jest lepsza. Myślę, że ostatni seans jeszcze się nie skończył.

– Hmmm… A jeśli ominęliśmy już środek?

– Elphinstonie Urquarcie, zamierzasz mnie zabrać na film czy do kina?


Jeśli Syriuszowi przyjdzie przywołać kiedyś najbardziej absurdalny moment swojego życia, to wiedział, że będzie nim ta chwila.

Oto siedział właśnie na drugim seansie z rzędu tego samego filmu w mugolskim kinie i robił za przyzwoitkę na randce swojej hogwarckiej opiekunki domu z aurorem, z którym pół godziny temu wymienili śmiertelne groźby.

I bawił się przednio.

Byłoby jeszcze lepiej, gdyby uczucia błogości nie zakłócały mu wrogie pomrukiwania Seva, siedzącego jak na szpilkach po prawej.

Och, ubaw po pachy.

– Musiałeś się wpieprzać? – wycedził Sev przez zęby, zerkając złowrogo przez prawie pustą salę wprost na szerokie plecy brodatego czarodzieja kilka rzędów niżej. – Salazarze...

– I co, myślisz, że pozwoliłbyś się parę razy szturchnąć, a potem wcisnął mu kolejny kit i odszedł w stronę zachodzącego słońca, jak wcześniej? Nie dzisiaj – odpowiedział Syriusz spokojnie, z wyrozumiałością dla uzasadnionego wzburzenia przyjaciela.

– Teraz mam problem, bo Minerwa nie będzie rada, kiedy starego dziadygę zoblivatuję. Nie wybaczy mi przez dekadę, dziękuję bardzo.

– Nie zrobisz tego – uciął Black z absolutną pewnością. – McGonagall to załatwi. Kto jak kto, ale akurat ona nigdy nie naraziłaby cię na niebezpieczeństwo, a jest na tyle mądra i zaradna, by to ogarnąć lepiej niż którykolwiek z nas. – Rozsiadł się wygodniej. – Urquart nie będzie problemem.

– Niby jak?

– Nie wiem jak, ale wiem na pewno.

– Wiesz coś, o czym ja nie wiem?

– O, tak.

– No to słucham.

– Nie powiem ci. Ale na twoim miejscu wrzuciłbym na luz. Bo Elphinstone Urquart zostanie w pobliżu na dłużej.

– Kto tak powiedział?

– Sama magia.


Kocham ten rozdział, więc jeśli Wy nie pokochacie – proszę, nie chcę tego wiedzieć ;)

A Brunet wieczorową porą nie jest może najlepszym filmem Barei, ale taki znowu koszmarny też nie jest. Anglicy się nie znają.

Do następnego.