Z dedykacją dla fanklubu Remusa Lupina ;) Enjoy!


Syriuszowe buty kolejny raz przemierzyły tę samą drogę, wystukując marszowy rytm po dębowej podłodze, dopóki jednostajny dźwięk nie urwał się, stłumiony przez miękkie włosie szesnastowiecznego zaczarowanego dywanu. Ciężkie, wyprawione na surowo obuwie ze smoczej skóry nie mogło być nijak poruszone faktem, iż ów dywan stanowił nie lada skarb, darowany niegdyś stryjowi Oriona przez przedsiębiorczego kustosza magicznej sekcji Muzeum Brytyjskiego jako dowód owocnej współpracy na polu znajdowania nowych domów artefaktom, którym los przeznaczył splendor większy niźli wystawianie na widok gawiedzi w zakurzonych gablotach za pięć sykli wstępnego. Zapewne obydwaj wspomniani koneserzy magicznego rękodzieła przewróciliby się w grobach wobec oburzającej beztroski, z jaką uświnione sadzą podeszwy syriuszowego obuwia, za nic mając historyczną wartość i kunszt wykonania tego unikatu, właśnie wydeptywały we włosiu jednorożca ciemną ścieżkę równolegle do ściany, na której punkt centralny zajmował kominek.

Szczęśliwie dla cennej rodzinnej pamiątki, a jeszcze bardziej - dla ostatnio kruchej równowagi psychicznej pana domu Black, błysk zielonych płomieni zatrzymał go nagle w miejscu, zanim poczynione zostały nieodwracalne szkody.

– Lepiej, żeby to było cholernie ważne, bo za niecałe cztery minuty mam świstoklik, którego nie mogę przegapić – oznajmił głęboki głos podszyty zniecierpliwieniem, nim jeszcze w palenisku pojawiła się twarz Gawaina Robardsa. – Masz minutę.

– To bezpieczne połączenie?

– Niech cię, Black. Ten kominek jest na sytuacje naprawdę awaryjne, wyłączony z sieci, sam rzucałem podwójne zaklęcie poufności – wyjaśnił szybko, już z niebezpieczną nutą. – Czterdzieści pięć sekund.

Syriusz pochylił się, by płomienie objęły również jego twarz.

– Greenwich to ustawka.

Dość już ze sobą mieli do czynienia i wystarczająco wysoko cenili wzajemnie swoje kompetencje, by niepotrzebnie tracić tlen na westchnienia irytacji albo hiperwentylację w reakcji na szok i niedowierzanie.

– Lestrange?

– Celowo puściła w eter, że Brownowie są przetrzymywani w letniej posiadłości Mulciberów. Informacja o ich planowanym przeniesieniu to dywersja. Odwołaj ludzi.

Zastępca Szefa Biura Aurorów przeklął bardzo siarczyście.

– Nie ma takiej opcji – oznajmił rzeczowo. – Koordynuję akcję osobiście.

– Robards, musisz…

– Nie odwołam misji odbicia siostrzeńca, jego żony i ciotecznych wnuków urzędującej Minister Magii! Nie bez powołania mojego źródła – wycedził przez zęby. Chciał coś dodać, jednak zamiast tego obrócił bokiem twarz, a ostre kontury jego szczęki i orlego nosa rozmyły się w szmaragdowym ogniu. Gdzieś po drugiej stronie w tle zaskrzypiały drzwi i dały się słyszeć gorączkowe głosy. – Czekaj. – Robards na chwilę zupełnie zniknął, nie wygaszając jednak paleniska. Po kilkunastu sekundach powrócił z jeszcze bardziej gniewnym obliczem. – Muszę wiedzieć więcej.

– Nic więcej nie mam.

– Cokolwiek. Bo straciłem właśnie dwóch aurorów i po sprawie ze świstoklikami… Dzisiaj będę tam dla pozoru, że moi ludzie wciąż słuchają rozkazów i wierzą w wyższy cel, a nie zamierzają po prostu zapolować i krwawo rozprawić się z tymi śmierciożerczymi skurwielami z czystej zemsty. I potrzebuję czegoś pewniejszego niż wiara w szczęście, bo nie mogę dziś nikogo więcej stracić. – Robards pierwszy raz brzmiał jak desperat. I niczego nie poprawiło uświadomienie, że posłaniec szpiega, który dotąd nigdy się nie mylił, naprawdę nie da mu nic ponad niejasne ostrzeżenie. A to już przecież był dar, więc lojalnie się odwzajemnił. – Black, lepiej żeby tej nocy nie było go w Greenwich.

Syriusz nie miał szansy nawet ponownie otworzyć ust, bowiem kominek gwałtownie wygasł. Bezradnie opadł na krzesło przy swoim biurku. Nie pozostało mu nic innego, jak sięgnąć do kieszeni i ująć w dłoń szklaną kulkę. Kiedy po wypowiedzeniu inkantacji przejrzyste szkło zabarwiło się zgodnie z jego intencją na zielono, sygnalizując tryb alarmowy, skupił się na zakodowaniu myśli w treściwym i jasnym komunikacie.

Piłka w grze. Robards dowodzi. Zawijaj się stamtąd.

Odłożył rozgrzaną kulkę na blat, ale szybko chwycił znowu, z bijącym sercem czekając, by stała się zimna, jak na szkło przystało. By mieć od razu potwierdzenie, że adresat bez zwłoki odebrał wiadomość.

Poruszył się niecierpliwie, z każdą minutą coraz bardziej niespokojny. Kiedy wreszcie po blisko kwadransie szkło przestało ogrzewać jego palce, odetchnął z ulgą. Przelewitował bliżej do połowy opróżnioną butelkę Ogden's Old i ze szkłem w ręku przeniósł się na fotel naprzeciw kominka. Zawiesił wzrok na jasnych, migoczących wesoło płomieniach, sam daleki od poczucia błogości i spokoju.

Może wyciągnie więcej od Rogacza.

To będzie długa noc.


Wahał się przez moment, gdy kulka na powrót stała się w jego dłoni chłodna i przejrzysta, nim zdecydował tylko potwierdzić odebranie ostrzeżenia, bez wiadomości zwrotnej, oddającej obraz sytuacji. Przeszedł go nieprzyjemny dreszcz na samą myśl o podsunięciu przyjacielowi pretekstu do zrobienia czegoś tyleż brawurowego, co głupiego.

Oczywiście Syriusz mądrze zalecał trzymać się z daleka od Greenwich.

I z dużą dozą prawdopodobieństwa Severus zastosowałby się do tej roztropnej rady, gdyby tylko godzinę wcześniej z jego instynktem samozachowawczym nie wygrała chorobliwa żądza wiedzy. A ta wredna sucz skierowała severusowe kroki do wiktoriańskiego pałacu otoczonego wspaniałymi ogrodami, do niedawna będącego chlubą Mulciberów, zaimprowizowanego obecnie – po makabrycznej śmierci większości jej członków z ręki porażonej szaleństwem głowy rodziny – na jeden z obiektów operacyjnych śmierciożerców. Ale nawet po szybkim rekonesansie, potwierdziwszy jedynie wcześniejsze ustalenia i nie poczyniwszy nowych odkryć, Severus kwadrans wcześniej zabrałby się stąd jak najdalej, gdyby nie został zawrócony już w kominku przez dwóch tępaków. I byłby ich olał, tyle że powołali się na rzekomy rozkaz z góry, którego żadną miarą nie mógł po prostu bezrefleksyjnie zignorować, jeśli przewidywał w dobrym zdrowiu snuć plany dalej niż na najbliższe godziny.

Jego samopoczucia nie poprawiło niejasne przeświadczenie, narastające od chwili wyjścia z kominka w oficynie na tyłach posiadłości, że natura problemu, do którego rozwiązania został oddelegowany, jeszcze bardziej zepsuje mu dzień. A będąc bardziej precyzyjnym - nadchodzącą noc.

Im dłużej słuchał, tym bardziej nienawidził mieć racji.

– No i nie może być wątpliwości, czy eliksir poprawnie zadziała – zakończył rzeczowo, całkiem udanie w takich okolicznościach tuszując strach Ethan Rivers, świeży absolwent Hogwartu i nowy nabytek w śmierciożerczych szeregach, zwerbowany latem przez coraz śmielej aspirującego do Wewnętrznego Kręgu Atticusa Rowle'a.

Gdyby Rivers przewidział, czego w zamian za wciągnięcie go do organizacji zażyczy sobie jego protektor, zapewne lepiej by tę decyzję przemyślał. Ale najwyraźniej nie miał daru widzenia przyszłości i tak przypadła mu niewdzięczna robota niańczenia najmłodszej latorośli Atticusa. Zważywszy, że powierzony jego pieczy gnojek był w tej chwili jedynym nie martwym i nie osadzonym w Azkabanie spadkobiercą domu Rowle, jeśli Rivers cenił życie, musiał podejść do zleconego zadania całkiem poważnie.

Jego pech, bo z kolei najmłodszy Rowle uchodził za łajzę, niewartą, by zapamiętywać jej imię, a że chłopak był najmniej wyrośnięty i najbardziej rozpieszczony przez ojca z czwórki braci, to szybko przylgnęła do niego ksywka Junior. Był siedemnastolatkiem o szczurzej twarzy, szczupłym, nerwowym i w ogólności raczej odznaczającym się mniej szlachetnymi przymiotami. Teraz tylko energicznie potakiwał głową i rzucał błagalne spojrzenia, potwierdzając, kto w tym duecie jest od myślenia, a kogo należy typować na sprawcę całego zamieszania.

Severus odetchnął dwa razy, aby wyciszyć niepokojąco kuszący głosik, nakłaniający jego dłoń, by wysłała w stronę tych gnojków jakąś wredną klątwę.

– Ściągnęliście mnie tutaj, powołując się na Lestrange, żebym sprzątał wasz bałagan? – wycedził przez zęby. – Błagam, niech któryś zaprzeczy, albo zrobi się cholernie nieprzyjemnie.

– To był jego pomysł.

Rivers syknął przez zęby, piorunując towarzysza wzrokiem, zanim sam rzucił hardo:

– Od tego zależy w dużej części plan z Brownem. Dla wszystkich lepiej, żeby nie było wtopy. Dla ciebie także.

Severus wybuchnął szyderczym śmiechem.

– Bo się wzruszę. Co będę z tego miał?

Czarno odziani młodzieńcy wymienili niepewnie spłoszone spojrzenia.

– A co chcesz?

Udawał dobre pół minuty, że głęboko się zastanawia.

– Chcę znać każdy szczegół następnych planów Bellatrix Lestrange, których częścią będziecie wy dwaj, geniusze, zanim – podkreślił z naciskiem – znowu przyjdziecie do mnie po prośbie.

Na razie na pewno nie będzie to wiele, ale z czasem, o ile ci dwaj pożyją dostatecznie długo…

Zgodnie przytaknęli, zbyt skupieni na bieżącej katastrofie, by wybiegać myślami w przyszłość. Co w ocenie Severusa jednak średnio wróżyło ich potencjalnej długofalowej przydatności. Ale słowo się rzekło.

– Jak rozumiem, waszą wątpliwość budzi działanie tego oto Eliksiru Wielosokowego, do którego dodaliście z sobie znanych powodów włos trupa – powiedział Severus powoli, dostosowując formę przekazu do możliwości poznawczych słuchaczy.

– Właśnie… tego nie jestem pewien – odrzekł Junior. – Znaczy, nie wiem na pewno, czy facet akurat żył, kiedy wyrwałem włos.

– Ustalenie, czy ustały funkcje życiowe, nie jest takie trudne. A już zwłaszcza w tym przypadku – zauważył mistrz eliksirów, wymownie wpatrując się w porzucone pod ścianą zmasakrowane, pozbawione połowy klatki piersiowej zwłoki, które nie tak dawno były jeszcze pojmanym żywcem aurorem.

O ile Severus dobrze zrozumiał, a i co do tego zaczynał tracić przekonanie.

– Och, Junior urządził go tak w przypływie złości już potem.

– I trochę w trakcie – przyznał winowajca, ledwie słyszalnie mamrocząc pod nosem. – Skurczybyk mnie ugryzł w przedramię. Zareagowałem odruchowo.

Na dowód w zasięgu severusowego wzroku pojawiła się rzeczona część ciała Rowle'a, co prawda bez widocznych otwartych ran, zapewne w porę zaleczonych zaklęciem, za to umazana już zasychającą krwią.

Salazarze Wężousty, jakim cudem ten burdel nadal się kręcił, jeśli śmierciożerczą sprawę coraz liczniej zasilały takie kadry?

– Dajcie sobie spokój. Jeśli eliksir został skażony materiałem genetycznym pobranym od zmarłego, to spożycie tego syfu gwarantuje cały wachlarz atrakcji, od kilkudniowego pobytu w Mungu do bolesnej, bardzo nieestetycznej śmierci.

– Ale jeśli nie jest trefny… – zastanowił się na głos Junior, szukając błagalnym wzrokiem odrobiny wsparcia. – Cholera, wolę Munga, niż tłumaczyć się ojcu. Albo Bellatrix Lestrange.

Severusowa brew powędrowała w górę. Jego prywatna definicja desperata właśnie zyskała nowe atrybuty.

– Nawet nie zaczynaj. Już wystarczająco zrobiłeś, daj pomyśleć dorosłym – skarcił go Rivers, podchodząc do sprawy bardziej profesjonalnie. – Ten Wielosok można jakoś sprawdzić?

Nie bez znaczenia dla jego opanowania była okoliczność, że to nie on tutaj - metaforycznie i dosłownie - dał ciała, zatem nie jego ciało zostanie poznaczone śladami niezadowolenia szefowej. A przynajmniej nie tak dotkliwie, jak u kolegi.

Chociaż, zważywszy że wszystkie znaki na niebie, ziemi i zwłokach ofiar, zdawały się potwierdzać, iż Bellatrix wkraczała przedwcześnie zamaszystym krokiem w klimakterium…

– Teoretycznie można – przyznał Severus niechętnie, bo na eksperymenty nie miał ani czasu, ani ochoty. Po szybkim namyśle jednak… Będąc szczerym, nigdy nie widział na żywo, co wadliwy Eliksir Wielosokowy po lekkomyślnym zażyciu robi z idiotą, który poszerza recepturę o szczyptę nekromancji i zawodowa ciekawość zaczynała wygrywać z rozsądkiem. W sumie, czy aż tak mu się spieszyło?

Konsekwencje zawsze mógł zrzucić na błąd przy warzeniu. Nie swój. Komu uwierzą - pozostałemu przy życiu, aspirującemu do awansu idiocie z tego tandemu czy wykwalifikowanemu, wiernemu sprawie mistrzowi eliksirów?

– Jak? – Rivers nie dawał za wygraną.

– Istnieje w miarę szybki sposób sprawdzenia mikstury, ale do tego potrzebuję odczynnika. A nie widzę tu kącika młodego warzyciela.

– Pracownia z paleniskiem jest w podziemiach. Nieźle wyposażona, coś na pewno się znajdzie. – Rivers wyraźnie się rozluźnił. Jego entuzjazm udzielił się koledze i obaj ruszyli ku schodom, kiwając na Severusa. – Bezoar się nada, prawda?

Mistrz eliksirów skarcił się w duchu za karygodną nieostrożność.

Wyglądało na to, że Rivers coś tam więcej amatorsko liznął z eliksirów. I nagle pomysł na szybkie zamknięcie tematu przy użyciu naprędce zmontowanej trucizny, z szybkiego i wygodnego stał się ryzykowny. Nauka na przyszłość - nie należy być nadgorliwym, a tym bardziej angażować się w tuszowanie niekompetencji szeregowych śmierciożerców, za które to przysługi przy sporym ryzyku relatywnie niewiele można kupić. Jak to spławiał świeżaków Amycus Carrow? Ach tak… Nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem, czy doświadczyłeś już mojego Cruciatusa?

Pierwszą niespodzianką na dole, choć nie z rodzaju tych odbierających mowę, było nadzwyczaj bogate zaopatrzenie pracowni, zajmującej na poziomie piwnic jedyne pomieszczenie z czymś w rodzaju wąskiego okna. Na blacie roboczym rozstawionych było kilka ampuł z Eliksirem Wielosokowym. Wnioskując po jeszcze nieuporządkowanym miejscu pracy, produkt był świeżo uwarzony, chociaż wielkość użytego kociołka sugerowała, że część partii została już zagospodarowana. Być może zdeponowano ją w magazynie, który znajdował się - jak zgadywał mistrz eliksirów, bo było to powszechną praktyką ‐ za pancernymi drzwiami po lewej, obłożonymi zapewne tuzinem zaklęć izolujących drogocenne i często niestabilne mikstury od następstw przypadkowego wybuchu kociołka po sąsiedzku.

Kolejnych kilka mniejszych krypt, rozmieszczonych za zakratowanymi drzwiami wzdłuż południowego muru zaimprowizowano na cele. Nic niespotykanego w starej rodowej siedzibie czarodziejów romansujących od pokoleń z czarną magią.

A jednak tu przyszła niespodzianka już grubszego kalibru.

– Czy to jest Barnaby Brown?

Rivers, zajęty poszukiwaniem bezoaru, tylko mruknął przez ramię na potwierdzenie, nawet nie zerkając za kraty najdalszej od wejścia celi, przed którą ‐ zwabiony niezidentyfikowanym dźwiękiem - zatrzymał się Severus.

Leżący na posadzce mężczyzna bez wątpienia jeszcze żył, bo choć gałki oczne były nieruchomo martwe, to usta poruszały się bezgłośnie, a mięśnie niekontrolowanie drgały, potrącając przy tym łańcuchy od kajdan unieruchamiających jego kończyny.

Ale jeśli Brown był tutaj, to kogo, na wszystkich bogów podziemnych, odbijał właśnie Gawain Robards z budynku leżącego po drugiej stronie ogrodów?

– Bellatrix Lestrange tak go urządziła, a była w jego głowie nie dłużej niż kwadrans. Dlatego niech mnie tryton wyrucha, jeśli potulnie pójdę zaraportować, że rozwaliłem jej operację z powodu cholernego eliksiru – wyjaśnił Junior niepytany, a ta mimochodem przemycona informacja była dla Severusa kluczem do odczytania całego obrazu.

Plan Bellatrix nie sprowadzał się do wciągnięcia dzisiejszej nocy aurorów w nierówną walkę. Ona zamierzała podrzucić Jasnej Stronie konia trojańskiego.

A nawet dwóch, bo wszystko zdawało się potwierdzać, że drugiemu śmierciożerczemu agentowi wyznaczono za zadaniem podszyć się pod aurora i robić za wsparcie kolegi, udającego siostrzeńca Minister Magii. A jeśli każdy dostał misję poczynić jak największe szkody…

Na Salazara…

Nieszczęśliwie dla tej części śmierciożerczej operacji dywersyjnej, dwóch tu obecnych debili dla drugiego przebierańca z dużymi prawdopodobieństwem zamiast Wielosoku upichciło wywar z truposza. Cóż za pech, że połowa planu poszła się paść, bo nawet jeśli jakimś cudem wątpliwa partia nie była felerna, jakim problemem dla mistrza eliksirów było ją trochę… popsuć?

– Dziś jest świetna noc na warzenie mikstur o specyficznych właściwościach, prawda? – zagaił Rivers, szukając wspólnego tematu. A bardziej badając, na ile może się spoufalić. – Czytałem u Skandera Młodszego, że Amertencja przygotowywana przy niebieskim księżycu…

– Taaa – mruknął Severus bez zainteresowania, myślami zupełnie gdzie indziej. – A wy schrzaniliście miksturę, którą uwarzyłby w składziku na miotły średnio rozgarnięty uczeń trzeciego roku.

Rivers na tyle dobrze czytał ludzi, by więcej się nie odzywać niepytanym.

Severus tymczasem swobodnie przeszedł wzdłuż półek z ingrediencjami i niepostrzeżenie wygrzebał spomiędzy słoiczków ekstrakt z belladonny. Idealnie. Nie wpłynie na kolor ani konsystencję Wywaru Wielosokowego, ale nada mu zabójczych właściwości. Wystarczy dwie, trzy krople na uncję produktu.

Zbliżył się do fiolek, ale powstrzymał dłoń, kiedy usłyszał tuż za plecami skrzekliwy głos Juniora.

– Nie prościej wykorzystać tego drugiego?

Rivers przewrócił oczami.

– A po co Lestrange, skoro miała materiał genetyczny do Wielosoku, zaprzątała sobie dodatkowo głowę wylegilimentowaniem Browna i tego aurora? – Zapytał najwyraźniej retorycznie, ale wobec pustego spojrzenia Rowle'a, poddającego w wątpliwość jego zdolności analityczne, wyłożył powoli. – Bo jakbyś chociaż przez godzinę miał udawać skutecznie kogoś innego w tłumie wrogów, chyba dobrze byłoby wiedzieć, kim jest twoja przykrywka. Wiesz… jaką ma ksywę, kto jest jej dowódcą, jak nazywają się jej koledzy… Cokolwiek przydatnego. A co do tego tutaj – ciągnął z irytacją, wskazując głową na inną celę – to nawet nie było warunków potwierdzić, jak się nazywa. Trochę mało na dobrą legendę, nie?

Junior zamknął usta i udał, że podziwia wzory, w jakie układały się kamienie na posadzce.

Severus, doprawiwszy w tym czasie belladonną ostatnią z ampuł wypełnionych Wywarem Wielosokowym, czekających na testy, podszedł do Riversa, któremu udało się wreszcie namierzyć i sproszkować bezoar. Nowa sytuacja zmieniła wcześniejsze severusowe plany. Przekazał chłopakowi instrukcje, w jaki sposób przygotować odczynnik, samemu nie zamierzając zabawić tu na tyle długo, by padł na niego choć cień podejrzeń, że miał cokolwiek wspólnego z przykrymi następstwami użycia mikstury, której przecież nie dotykał na żadnym etapie produkcji.

Drugim powodem do sprawnej ewakuacji była konieczność jak najszybszego zgłoszenia Robardsowi, na czym polegał wybieg Bellatrix. Oby ostrzeżenie dotarło zanim agent w skórze Browna dokona zamachu na panią Minister. Albo zdejmie połowę Biura, nie wyłączając zastępcy szefa, co byłoby bardziej niefortunne, bo trochę czasu i energii już w ten układ wraz z Syriuszem zainwestowali.

Uwzględniając powyższe, w poczuciu dobrze wykonanego zadania Severus skierował swoje kroki w stronę drzwi, niby przypadkiem po drodze zbliżając się do celi, gdzie więziony był drugi auror. Doświadczenie nauczyło go, że lepiej będzie spał, nie wiedząc, ale nauczył się ufać przeczuciu, a to kazało mu zajrzeć przez kraty.

I jeśli inne odkrycia tego wieczora skategoryzował jako niemiłe niespodzianki, to kiedy jego spojrzenie zatrzymało się na twarzy więźnia, usta bezwiednie wyszeptały:

– Ja pierdolę.

Umazana skrzepłą krwią i błotem twarz drgnęła, zdradzając, że auror nie był jednak tak nieświadomy otoczenia, jak wskazywało pierwsze wrażenie. I kiedy zielone oczy napotkały te czarne, patrzyły trzeźwo i jednocześnie odbijały nie mniejsze zaskoczenie.

Pierwszy raz od bardzo dawna Severus miał pustkę w głowie.

W jednej chwili, myślami poza tymi murami, planował skoordynowane działania na najbliższe godziny, szacował ryzyko i wyceniał przyszłe korzyści militarne i polityczne, a po dwóch sekundach w świetle drzwi tej cholernej celi nagle był amebą.

Pustka. Nijakiej uświadomionej myśli.

Strach przyszedł pierwszy - nie o siebie, ale o tajemnice, które miały chronić inne życia i przynajmniej jedno odebrać. O sekrety, których ujawnienie niweczyło wszystko, dla czego młody szpieg żył przez minione dwa lata. A potem pojawiło się poczucie zagrożenia i wraz z nim paniczne podszepty zaczęły podsuwać mu słowa Niewybaczalnego - najpewniejsze rozwiązanie, by pozbyć się dowodów albo zapobiec dekonspiracji, jeśli szkody jeszcze nie zostały poczynione. W porę się otrząsnął po wpływem pozornie niedorzecznej myśli, że być może w jakiś pokrętny sposób była to szansa.

W zależności, jak to rozegra.

To chłodne spojrzenie z dystansu pomogło mu nabrać pewności, że mleko jeszcze się nie wylało. Gdyby było inaczej, wtedy najprawdopodobniej Severus Snape byłby już martwy. Ewentualnie - na zaawansowanym etapie dezintegracji ciała.

– Znasz człowieka?

Odwrócił się mimowolnie i byłby się zaśmiał, gdyby nie otrzeźwiło go podszyte podejrzliwością zaciekawienie w pozbawionym cienia empatii spojrzeniu Juniora.

– Może. – Zawahał się, ale nie wpadł na nic lepszego. – Otwórz i daj mi pięć minut.

– Co ty... Potrafisz użyć legilimencji?

– Bo to jedyny sposób, żeby rozwiązać człowiekowi język? – Severus prychnął z dezaprobatą. – Rób to po swojemu albo spadaj. Ale ta przysługa będzie płatna ekstra.

Dobrze wyczuł Rowle'a.

Dupek właśnie zwietrzył szansę na wyniesienie cało tyłka z tego syfu. Jeśli dzięki uprzejmości starszego kolegi zdobyłby minimum informacji, dzięki którym mógłby zamiast wywaru z martwego aurora zaproponować alternatywę...

Drzwi po zwolnieniu blokującego zaklęcia stanęły na oścież, w ogóle nie absorbując uwagi Riversa, zajętego swoimi testami. Severus wszedł do celi, a ta okazała się szczęśliwie na tyle ciasna, że jeśli Junior także chciałby się wślizgnąć do środka, by podsłuchiwać, musiałby nawiązać bliski kontakt fizyczny z mistrzem eliksirów. Ten wybił mu podobny pomysł jednym spojrzeniem.

Severus miał świadomość, że swobodna rozmowa, choćby treściwa wymiana krótkich informacji, nie wchodziła w grę przy publice, zaglądającej przez ramię. Potrzebował czegoś bardziej efektywnego i szybszego. Dlatego kiedy dyskretnie rzucił na celę słabe zaklęcie poufności, głównie zależało mu, by śmierciożercy po drugiej stronie progu nie usłyszeli cichego:

– Legilimens!

Napotkał zaciekły opór, a zielone oczy odbijały niedowierzanie, jakby oparty o kamienną ścianę mężczyzna spodziewał się wszystkiego, tylko nie tego. Pozornie nieprzenikniony mur został zbudowany w akcie desperacji ze strachu i bólu, w takiej chwili domyślnych emocji, nie wystarczająco jednak złożonych i nie dość głęboko zakotwiczonych, by długo utrzymać na dystans nawet tak niedoświadczonego legilimentę. Ponowiony atak szybko rozbił słabą barierę i Severusa zalał strumień nieuporządkowanych obrazów oraz chaotycznych, panicznych myśli. Mógł zabrać się za to podręcznikowo, grając na zmęczenie przeciwnika, ale nie miał czasu ani wolnych magicznych zasobów na zbyciu, a ten rodzaj magii był mieczem obosiecznym. Jeśli przegnie, sam padnie na posadzkę obok z magicznego wyczerpania.

To nie wchodziło w grę, bo obaj skończą marnie.

Odetchnął głębiej, zanim znów naparł i skupił się na pobieżnym przeszukiwaniu klisz z ostatnich godzin. Jak się okazało, nie było tego wiele, bo klątwa, którą oberwał auror w czasie walki, zagwarantowała mu spokojne pół doby nieprzytomności. Nawet nie zarejestrował wizyty Bellatrix w celach po sąsiedzku.

A więc - dziękować Merlinowi - nie było wsypy.

Do wyeliminowania pozostała jeszcze jedna zmienna i to nastręczało nieco więcej trudności.

Mając w pamięci pewien makabryczny epizod z jesieni po ukończeniu Hogwartu, w którym znaczącą rolę odegrał zaklęty pierścień z funkcją świstoklika, Severus zdecydował się pójść tym tropem. Bez problemu zagłębił się w to konkretne wspomnienie, ignorując wszystko inne. Nie miał pomysłu, jak inaczej przekazać nie jestem zagrożeniem, ale potrzebuję informacji. Tamten nie od razu zrozumiał, ale kiedy Snape wywlekł jeszcze wcześniejsze wspomnienie z Hogsmeade, znów zatrzymując się dłużej na pierścieniach, nastąpiła zmiana.

Lekko dezorientujący szum w tle - tyleż rozpaczliwa, co nieudolna próba utworzenia mentalnych osłon - momentalnie ucichł, a Severusa oślepił jasny blask.

Znalazł się nagle w nieznanym sobie pomieszczeniu o białych ścianach, wzdłuż których wiszą lampy - źródło tego ostrego światła. Stłoczeni wokół ludzie, w większości posiadający na sobie mniej lub bardziej regulaminowe aurorskie mundury, stoją zwróceni w kierunku ściany z portretem dzierżącej insygnia najwyższej władzy Milicenty Bagnold. Jednak nie na pani Minister skupiona jest uwaga całej sali, ale na wyrzucającym z siebie słowa niczym broń samopowtarzalna Alastorze Moodym. Jakkolwiek sam Severus nie miał jeszcze przyjemności, to nie mógł człowieka nie kojarzyć, bowiem w jego kręgach towarzyskich ten konkretny auror był postacią bardzo rozpoznawalną. Pomiędzy "stała czujność", powtarzającym się jak refren, Moody - nie przebierając w słowach - instruuje podwładnych o zakazie posiadania przy sobie niezgłoszonych zaczarowanych artefaktów i obowiązku zdania wszystkich nieregulaminowych świstoklików pod karą dyscyplinarki. W tłumie ludzi zielone oczy kogoś szukają i w mężczyźnie, na którym się zatrzymują, Severus rozpoznaje Nate'a Brenta. Wspomnienie nie jest więc świeższe niż z minionego czerwca. A jednak nie o Brenta chodzi, bo kiedy ten opiera się o ścianę, ujawnia stojącego za nim Pottera. Brązowe oczy na chwilę spotykają zielone i tamci wymieniają zdegustowane spojrzenia, a wszystko dokoła zasnuwa mleczna mgła.

Wątek się urwał i za moment Severus ujrzał wnętrze, które rozpoznał jako mieszkanie na East Endzie, w którym raz zdarzyło mu się spędzić wieczór. Teraz obserwuje zza pleców mężczyzny, jak ten niezdarnie wrzuca do szuflady coś małego i metalowego, o czym świadczy charakterystyczny pogłos. Gdy ta sama dłoń sięga po aurorską kurtkę, poza jaśniejszą skórą w miejscu delikatnych otarć od długo noszonego pierścienia nie ma na palcach nic, co mógłby Moody skonfiskować.

Severus zerwał na moment kontakt, by odciążyć swój magiczny rdzeń i to sobie poukładać. Wiedział, że trzeci z pierścieni niezmiennie znajdował się na serdecznym palcu jego posiadacza, ale jeśli dwa pozostałe nie były w użytku, tym razem ten wybieg nie mógł żadną miarą zadziałać. A więc żadnych brawurowych szarży bądź niezapowiedzianych interwencji, tylko warunki kontrolowane. Jaka miła odmiana, sarknął w myślach.

Może jednak kostucha aż tak bardzo nie ostrzyła sobie na Severusa pazurów?

Pozostało tylko wymyślić, jak bezgłośnie uzgodnić dalsze posunięcia z drugą stroną, bo to był ostatni element, przesądzający, czy severusowy plan wyjścia z tej sytuacji okaże się wykonalny. Ponownie zainicjował mentalne połączenie, ogniskując wzrok na zielonych tęczówkach, ale zanim sam sięgnął we właściwym kierunku, został wrzucony w ciemność.

Gęsty mrok ukrywa wszystko dalej niż na wyciągnięcie ramienia, uniemożliwiając identyfikację lokalizacji. Jest cicho i to dezorientuje jeszcze bardziej. Czuje tylko pod stopami podłoże, a to jest twarde i równe. Most… podest? Robi niepewny krok, w dziwnym poczuciu zagrożenia, bo przecież to tylko nie jego wspomnienie i nie niesie realnego niebezpieczeństwa. W powietrzu zalatuje wilgocią i brudem, choć to nie powiew wiatru tłoczy nieprzyjemną woń do płuc. Słychać jedynie skrzypienie desek gdzieś z boku, z ciemności. I urywany oddech, który przechodzi w warkot. Sposób, w jaki rozchodzi się dźwięk i wraca odbitym echem, sugeruje zamkniętą przestrzeń, dobrze wygłuszoną. Bez okien. A postrzeganie tej przestrzeni, dźwięków i zapachów, jest jakieś inne. Nieludzkie. Nie ma czasu się nad tym zastanowić, bo chociaż widzi niewiele, gdzieś przed sobą wyczuwa coś, co go przyzywa. Albo raczej przyciąga właściciela wspomnienia, a Severus zaczyna się przemieszczać wraz z nim, ograniczany jego spektrum postrzegania. Nadal wszystko otulone jest mrokiem, choć podłoże z twardego staje się bardziej grząskie, a ściany i sklepienie się przybliżają, bo czuje, że co chwila się o coś ociera ciałem, coraz bardziej przyspieszając kroku. Tunel? Co do…? Zamiera, kiedy słyszy zza pleców, wysoko ponad swoją głową dziki ryk, odbijający żądzę krwi. I niemal jednocześnie odpowiada mu bardzo znajomy wrzask na granicy histerii. Dorosły Severus Snape, chociaż fizycznie bezpieczny w cudzym wspomnieniu, sparaliżowany strachem wpatruje się tępo w przerażone czarne oczy piętnastoletniego siebie.

Instynktownie zerwał psychiczne połączenie i dopiero gdy jego świadomość wróciła do celi w podziemiach domu Mulciberów, łapczywie złapał oddech, cofając się mimowolnie.

Co to, kurwa, miało być?!

Bo jeśli forma obrony… Jeśli to był bezkompromisowy sposób na wypchnięcie intruza z umysłu, to w swej makiawelicznej przewrotności okazał się cholernie skuteczny.

Severus z wściekłością wyrwał się do przodu, oczekując zobaczyć na twarzy aurora cień satysfakcji z odniesionego zwycięstwa, ale znalazł go w stanie psychofizycznym daleko gorszym, niż sam był sekundy temu.

– Zabieraj… Browna… – wycedził tamten przez zęby, plecami niemal wtulając się w ścianę. Był kredowo blady, roztrzęsiony i łapczywie zasysał tlen, jakby walczył o utrzymanie przytomności. – Już…!

– A temu co?! – Do celi, zwabiony nagłym poruszeniem, wpadł Junior i na swoje nieszczęście wypełnił swoim ciałem przestrzeń między więźniem i Severusem. – Czym to, do jasnej cholery…

Nie dokończył, bo jego mało użyteczna głowa odskoczyła do tyłu pod dziwnym kątem, gdy sięgnęły jej pazury bestii.

O tym, że atak się powiódł, powiedziały Severusowi krople ciepłej krwi, które zbryzgały jego policzek, gdy był już prawie po drugiej stronie wąskiego przejścia.

Uderzenie serca wcześniej z opóźnieniem zrozumiał, co znaczyło rzucone mu w twarz wspomnienie z Wrzeszczącej Chaty. Dziś była noc niebieskiego księżyca. Druga pełnia w tym miesiącu.

Odruchowo zatrzasnął zakratowane drzwi i rzucił się w lewo, ku celi Browna, ale drogę zastąpił mu skrajnie zdezorientowany Ethan Rivers.

– Co się dzieje? Co z Rowlem? – Wahał się, zanim zdecydował przesunąć różdżkę z klatki piersiowej mistrza eliksirów na drzwi celi i w decyzji pomogły mu dźwięki dochodzące ze środka. Najpierw rozległ się donośny ryk, a zawtórowały mu opętańcze wrzaski. Rivers wychylił się, by zajrzeć za kraty i natychmiast cofnął, potykając się o własne nogi. – Na gacie Merlina, czy to jest wilkołak?!

Severus nie zareagował, skupiony na priorytetach. Dopadł do wejścia celi, w której przetrzymywano drugiego więźnia i odbił się od zaklęć pieczętujących drzwi. Teoretycznie mógłby je przełamać, gdyby miał na zbyciu kilka minut albo jedno zapasowe życie.

Pieprzony niefart.

– Otwieraj!

Rozkazujący ton wyrwał Riversa z odrętwienia. Całkiem naturalna reakcja na szok wywołany okolicznością, że za ścianą magiczny potwór zjadał jego kolegę.

– Po co? – Gówniarz patrzył tępo. Nierozumiejąco. – Srać na pociotka pani Minister, trzeba zająć się jebanym wilkołakiem! Szlag!

Gdyby idiota stał pół metra w prawo, oberwałby kratownicą, która tylko o cale minęła głowę, kiedy wraz z kawałkami drewna poszybowała w kierunku przeciwległej ściany. Pojedynczy atak wystarczył, by rozjuszony wilkołak poradził sobie z okutymi drzwiami, których z pośpiechu i rozproszenia Severus nie zdążył zabezpieczyć magicznie.

Kurwa.

W stronę bestii poszybowała kula ognia, jednak klątwa Riversa, kierowana drżącą ze strachu dłonią, chybiła celu.

Twarz mistrza eliksirów nie obróciła się za cisową różdżką, gdy ta posłała oślepiająco biały promień w plecy Riversa, zanim zdołał ponowić atak. Czarne oczy nie zarejestrowały, jak pokaleczone - i oby już martwe - ciało, obficie krwawiąc z licznych ran, upadło na posadzkę. Czujne czarne oczy cały czas śledziły każdy ruch zwabionego krwią włochatego potwora, wyczekując okazji. Plecami przy ścianie powoli, acz metodycznie przesuwał się bliżej celu, szacując w myślach szanse na bezpieczną ewakuację z bezwładnym nadbagażem w osobie Browna. I chociaż wnioski z oceny sytuacji taktycznej go nie podbudowały, nadal był zdecydowany wyczekać dobry moment. Robił już głupsze rzeczy, prawda?

I w chwili, gdy zielonkawe ślepia straciły zainteresowanie zakrwawionym Riversem, Severus jednak uznał, że to pierdoli.

A chuj z Barnabym Brownem.

Oby ten, ktokolwiek rzucał zabezpieczenia na jego celę, znał się na rzeczy.

Dopadł schodów i pomny konsekwencji wcześniejszego zaniedbania, tym razem rzucił za siebie potężną tarczę, by powstrzymała agresora na tyle długo, ile Severus potrzebował na postawienie solidnej bariery, izolującej zejście do podziemi. Klatki na tyle silnej, aby utrzymała wilkołaka po drugiej stronie na kilka godzin, do wschodu słońca.

Nie mając lepszych pomysłów, wobec utraty szansy na zaangażowanie innego kuriera, Severus przywołał cały spokój, na jaki było go w tych okolicznościach stać, a następnie skupił się na zbudowaniu dobrej bazy pod zaklęcie. O dziwo, poczucie bycia żywym, nie nadgryzionym i nie w tamtej cholernej krypcie, okazało się niezłym paliwem. Resztę zrobiła adrenalina.

– Expecto patronum!

Obserwował, jak jego srebrzysty posłaniec pokonuje korytarz i mknie dalej, przenika przez zatrzaśnięte frontowe drzwi i znika mu z oczu. Zgodnie z poleceniem zmierza w ciemność, do wielkiego pałacu po drugiej stronie ogrodów.

I dopiero, kiedy nogi się pod nim ugięły i runął na podłogę na środku hallu, Severus uzmysłowił sobie, jak skrajnie był wyczerpany. W tym stanie nie był władny ponownie podnieść się do pionu, a co dopiero się teleportować.

Idiota, pomyślał, ostatkiem sił doczołgawszy się pod ścianę. Przymknął powieki, ignorując nieludzkie wycie i odgłosy głuchych uderzeń, niosące się po ścianach. Potrzebował kwadransa, góra pół godziny, żeby się pozbierać.

I żadnych więcej niespodzianek.


Syriusz stracił poczucie czasu i kiedy skoczył na równe nogi, zaalarmowany niespodziewanym uaktywnieniem się kominka, przezornie zerknął na tarczę zegara nad swoją głową. Dochodziła dwudziesta pierwsza.

– Bełkotkowi polecono najszczerzej przeprosić, ale pan domu Potter dziś nie będzie mógł przybyć na kolację zgodnie z ustaleniami. Niespodziewanie został wezwany w sprawie nie cierpiącej zwłoki – zakomunikował uroczyście posłaniec. – Jeśli pan domu Black nie ma innych zobowiązań, mój pan zaprasza do Doliny Godryka w porze śniadania.

– James dostał wezwanie z Biura? Do Greenwich?

Nie ważąc się umniejszyć honorowi szlachetnego domu Potter, stworzenie taktownie zignorowało zaczepny ton, zapewne zbyt poufały jak na jego skrzaci gust. Tak jak niezrównane były bełkotkowe talenty kulinarne, tak żaden inny znany Syriuszowi skrzat domowy z takim uporem nie wymuszał na otoczeniu respektowania najświętszej zasady skrzaciego kodeksu rodem z czasów wojen goblińskich – dyskrecja droższa pieniędzy.

– Mój pan w swej roztropności nie uznał koniecznym dzielić się takimi informacjami z Bełkotkiem, sir. – Skłonił się z najwyższą starannością, co oznaczało zakończenie tematu. Zanim jednak zniknął w szmaragdowych płomieniach, dodał mimochodem. – Moja pani Dorea na pewno ucieszyłaby się, gdyby jutro rano pan Syriusz zostawił sobie miejsce na szarlotkę.

Nie mając nadziei, by wydębić od Bełkotka jakieś konkrety, Black podziękował zdawkowo, po czym bezsilnie opadł na fotel. I bez potwierdzenia wiedział, co to oznacza.

James cały miniony miesiąc nie wystawił nosa znad papierów, którymi Urquart zawalił jego biurko po sufit. Choć nie było to oficjalne, bezpośredni przełożony go uziemił, wynajdując mu najbardziej absurdalne i odmóżdżające zadania administracyjne, przy których odbieranie kolegom prania byłoby miłą odmianą. Nie został skierowany na akcję terenową od tamtej tragicznej nocy. Jeśli w trybie awaryjnym dziś wezwano nawet Pottera, sytuacja była podbramkowa.

Cholera by to wszystko.

To było najgorsze w robocie, która przypadła Syriuszowi – robić za sowę, czekać, trzymać kciuki za przychylność losu i nie móc nic więcej.

Odruchowo sięgnął po butelkę i opróżnił z resztki bursztynowego płynu, nie zadając sobie trudu uprzednim przelaniem do kryształowego pucharu.

I niech go testral zeżre, jeśli długo jeszcze tak pociągnie i nie wyląduje na odwyku.


Odzyskał jasność myśli chwilę przed tym, zanim zobaczył nad sobą sylwetkę ciemnowłosej nieznajomej. Nie dość jednak szybko, by umknąć przed czarem rozbrajającym, nim ten wytrącił mu różdżkę z dłoni. Kiedy spróbował się poderwać na równe nogi, kolejne zaklęcie posłało go do parteru.

Z rękami na widoku przyjął bezpiecznie pasywną pozycję na kolanach, co było i tak znacząco lepsze, niż pozostać twarzą na glebie. A kiedy przebiegło mu przez myśl, że zdecydowanie powinien dziś nie wychodzić z domu, usłyszał zza pleców kobiety znajomo gderliwy głos:

– Czemu zawsze, kiedy w powietrzu lata gówno, akurat ty jesteś w polu rozbryzgu?

Elphinstone Urquart zmierzył rozbrojonego jeńca wzrokiem zimnym i tak wymownym, że śmierciożerca poczuł się niewypowiedzianie pewniej ze świadomością obecności świadka. Za starym po chwili do środka wpadł Potter i jeszcze jeden auror. W tej konfiguracji wydatnie rosły severusowe szanse na przeżycie celem osądzenia w majestacie prawa w publicznym procesie, za to spadły niemal do zera nadzieje, że sprawa się rozmyje.

– I tobie dzień dobry, aurorze drugiej rangi – przywitał się nie bez sarkazmu, nauczony wcześniejszymi doświadczeniami, w jakim języku rozmawiać z tym człowiekiem. Uprzedzając pytanie, zadeklarował już poważniej, wskazując głową w bok. – To nie ja.

Wszystkie twarze zwróciły się w tym samym kierunku, na zmasakrowane ciało leżące pod ścianą po drugiej stronie hallu.

– Ach, bo ty tak mówisz? – Brodacz zmrużył oczy. – Cóż, tym razem nie uwierzę na słowo. Jego różdżka – zażądał, a aurorka natychmiast wykonała rozkaz. Odesłał ją ruchem dłoni, by sprawdziła pozostałe pomieszczenia. Po namyśle zawołał – Longbottom… Ten brzydszy Longbottom, co z Piercem?

Wysoki mężczyzna, na oko przed trzydziestką, pochylił się nad zwłokami, po czym niezdarnie podrapał zarost na brodzie.

– Jest… martwy, szefie.

Urquart wzniósł oczy ku niebu.

– Potter, weź mu pomóż – zaordynował z irytacją. – Ustalcie przyczynę zgonu, zabezpieczcie ciało i wszystko, co interesującego znajdziecie.

– Nowi? – Severus siłą woli powstrzymał się, by nie parsknąć śmiechem. To ze zmęczenia.

– Z uzupełnień – wymamrotał dowódca, wskazując na bystrzaka stojącego nad zwłokami – i z macierzyńskiego – dodał, celując palcem na drzwi, w których ponownie pojawiła się kobieta. Westchnął burkliwie. – Do tego Potter i ty. Bóg naprawdę nie chce, żebym dożył emerytury.

– Tutaj czysto – zaraportowała tymczasem aurorka. – Wejście do piwnicy jest odcięte, potrzebuję kilka minut na zdjęcie osłon.

Stary skinął na znak zgody.

Gdyby Severus miał zgadywać, obstawiłby, że specjalnie odesłał ją poza zasięg słuchu, tak jak tego drugiego.

– Wracając do kwestii twojej prawdomówności…

O tak, wiedział, do czego to zmierza.

– To robota najmłodszego Rowle'a.

– Jakże wygodnie.

– Mówię prawdę – syknął Severus przez zęby. – Mamy umowę. Dopóki obowiązuje, nie możesz sprawdzić mojej różdżki.

– Widzisz, mam twoje słowo i martwego aurora trzy metry od ciebie. A ty nie masz wiarygodnego świadka. Wnioski z tego poddają jednak w wątpliwość, czy twój układ z Biurem pozostaje w mocy. Więc mogę robić, co chcę. Prior incantato, Veritaserum, legilimencja... Jeśli jesteś czysty, to nie masz się czego bać.

Severus odetchnął głębiej. Cóż, w zależności od tego, która była godzina, być może miał świadka.

– Czy wstało już słońce?

Zatrzaśnięte okiennice i drzwi frontowe nie pozwalały tego zweryfikować, a nie było mowy, żeby zaryzykował, jeśli nadal świecił księżyc.

– A co, boisz się ciemności? – zakpił auror.

Zanim śmierciożerca odpowiedział, obok wyrósł do głębi wstrząśnięty Potter i nawet nie spojrzał na dowódcę. Poza swoją własną w prawej dłoni, w lewej ściskał dwie zakrwawione różdżki.

Severus zrozumiał, że jedna wydała się tamtemu znajoma i odpowiedział na niewypowiedziane pytanie.

– W podziemiach.

Potter bez słowa rzucił się w kierunku schodów, ale zatrzymała go wciąż aktywna - pomimo wysiłków aurorki - magiczna bariera.

– Zabieraj się stamtąd, Potter. Trzy metry od schodów – rozkazał Urquart ostro. Po jego wcześniejszym ironicznym nastawieniu nie został nawet ślad.

– Szefie…

– Ani słowa, pókim dobry. – Stary obrócił się do Severusa. – Co jest w podziemiach?

– Mój świadek.

– Po co te osłony?

– Dla bezpieczeństwa.

– Zdejmij zaklęcia.

– Oddaj moją różdżkę.

Urquart przechylił głowę i chwilę rozważał, po czym… zwrócił Severusowi jego oręż.

– Prosimy przodem – oznajmił, wskazując ręką w stronę schodów. – I bez nerwowych ruchów. Potter idzie ostatni.

Severus, uspokojony brakiem zwierzęcych odgłosów z ciemności na dole, zdjął zaklęcia ze schodów. Rozluźnił się jednak dopiero, gdy zobaczył smugę słonecznego blasku wpadającą do piwnicy przez jedyne, wąskie okno.

Pierwszy martwą ciszę przerwał Longbottom, który puścił wiązankę po nadepnięciu na ciało Riversa. W kącie coś się poruszyło, budząc czujność całej grupy.

– Na Godryka, Remus…!

Potter zignorował wcześniejszy rozkaz i wyrwał się przodem. Dopadł do Lupina, który lepił się od krwi, nosił ślady otarć i skaleczeń, ale poza ewidentnym szokiem nie wykazywał innych urazów.

Właściwie, nie wydawał się szczególnie bardziej poruszony, niż reszta aurorów. Pierwszy opanował się Urquart.

– Lupin, jesteś cały?

– Mniej… więcej.

Chociaż odpowiedź powinna uspokoić starego, to już zachowanie rannego aurora ‐ bynajmniej.

Lupin popełnił błąd, bo patrzył nie tu, gdzie powinien. A powinien wszędzie indziej, byle nie w czarne oczy, jak to czynił od chwili, gdy rozpoznał postać schodzącą jako pierwsza po schodach.

– Wiesz, kto zabił Pierce'a?

– Junior – odpowiedział bez zastanowienia. – To znaczy… młody Rowle.

Severus nie okazał ulgi, by nie drażnić bardziej Urquarta, a ten i tak nie czuł się najwyraźniej usatysfakcjonowany.

– Gdzie on jest?

Lupin pobladł, ale posłusznie obrócił głowę w stronę celi z wyrwanymi drzwiami.

– Longbottom… Ten brzydszy… Cholera. – Szef zacisnął zęby, obserwując skonsternowany, jak jego podwładna zwraca zawartość żołądka na własne buty. Cofnął się, kiedy brzydszy Longbottom podszedł do kobiety, by przytrzymać jej włosy. – Co tu się, na czarną dupę bazyliszka, stało? Lupin, ty to zrobiłeś bez różdżki…?

Typowany sprawca całego tego bałaganu wymienił spojrzenie z Potterem, zanim nieśmiało wszedł w rolę. Wzruszył ramionami.

– Adrenalina.

Urquart szarpnął brodę.

– Taaa. – Wykrzywił usta w imitacji uśmiechu. – Tak wystraszyłeś złego śmierciożercę, że schował się za ochronnymi barierami. Musiał być w nieludzkim szoku, skoro zamiast dać nogę, postanowił się zdrzemnąć. Aż dziw bierze…

– Tu jest ktoś jeszcze – wciął się Longbottom, wskazując na ostatnią celę. – Szef spojrzy!

Wyraz twarzy Elphinstone'a Urquarta, gdy wychylił się z celi zajmowanej przez wciąż mniej więcej żywego Barnaby'ego Browna był nieodgadniony.

– Longbottom, zabieraj szanowną połowicę na górę, niech się przewietrzy – powiedział powoli, z uwagą przenosząc wzrok z Pottera na Lupina, by zatrzymać się na twarzy Snape'a. – I nikt tu nie schodzi, dopóki… nie zabezpieczymy Browna. Jasne? – Odczekał, aż zostaną we czterech, by dopytać ostro – Bo to jest Barnaby Brown?

– Tak.

– To kogo odbiliśmy pół godziny temu z pałacu?

Skurczybyk się zawziął, ale Severus naprawdę miał już dość.

– Zapytaj swojego szefa, aurorze drugiej rangi.

Dobrą chwilę mierzyli się wzrokiem i po niewczasie młodszy czarodziej zdał sobie sprawę, że teraz on pozwolił się sprowokować i popełnił błąd. Jakby nie dość już zantagonizował starego.

I nagle, wbrew zdrowemu rozsądkowi, Urquart perliście się roześmiał.

– Spadaj.

– Co?

– Będę miał… Znaczy - Potter będzie miał jakieś pół tony papierzysk do uzupełnienia w związku z naszym bohaterskim odbiciem siostrzeńca pani Minister. Tłumaczyć się jeszcze, co w tym wszystkim robi zabłąkany śmierciożerca… Więcej papierzysk. No już, nie było cię tutaj.

Severus musiał bardzo ze sobą walczyć, by spokojnie, bez słowa skinąć i ruszyć w górę schodów, zamiast wylegilimentować tego cwaniaka na lewą stronę.

Pozostawało wierzyć, że stary się z tym prześpi i pójdzie po rozum do głowy, a nie stanie się problemem, który nie sposób będzie ignorować.


Rozdział zdecydowanie najdłuższy i z takich niekoniecznie niezbędnych dla przewodniego wątku fabularnego, a i tak w redakcji przeszedł cięcia. Mój mózg robi co może, żeby opóźniać finał tej historii (którego jeszcze nie widać na horyzoncie ;)