Notka od autorska
Wraz z tym rozdziałem kończymy obecny "arc". A wraz z następnymi rozdziałami poznamy lepiej Elsevien. Ten rozdział był dla mnie bardzo ważny, bo wreszcie mogłam opisać sceny, które powstały w mojej głowie wiele lat temu. Jest to też najdłuższy rozdział, od kiedy wróciłam do pisania po rozdziale 12. Mam nadzieję, miłej lektury :).
Rozdział 18
Ostanie spotkanie - część 2
Wszystkie niby obok siebie, a jednak dalej od siebie by być nie mogły. Jedna uwięziona w echu przeszłości, inna zachłyśnięta powiewem jutra. Niby razem, a jednak oddzielnie.
Jedna zaklęta w obrazach minionego dnia, przełykająca gorzkie krople żalu, że to, co odeszło, już nigdy nie wróci.
Inne zniewolona wizją senną, ciągle wdychająca opary tego, co kiedyś mogłoby być.
Teraz łka cicho pozostawione w głuchej samotności.
Póki nie otworzą oczu, nie spotkają się nigdy, choćby ich dłonie splecione zostały w uścisku wieczności.
Żywot, ta chwila krótka, minie, zanim się spostrzegą, że utraciły to, co najważniejsze.
Bicie serca ustanie, a żałość ściśnie duszę w pocałunku pożegnalnym.
Nieodwracalnie, bez końca, na zawsze.
Peleryna będąca częścią złoto-białego uniformu załopotała na wietrze, wzbudzonym przez wypuszczenie kuli mocy, która niebezpiecznie blisko przeleciała tuż obok jej twarzy. Unik wykonany w ostatniej chwili uratował jej życie. Nie pozostawiło to wątpliwości, że wrogi Smok walczył w jednym celu. Aby ją zabić.
Różnica w możliwościach bojowych między nimi była widoczna na pierwszy rzut oka. Podwładny Milgazii wykonywał dużo płynniejsze ruchy niż ona. Wykazywał też większą kontrolę nad mocą w porównaniu z czarodziejką.
Jednak Fyndel miał jedną słabość. Był trochę zbyt pewny siebie. Co pozwoliło jej na wdrożenie dosyć ryzykownego planu.
Ledwo widoczna nić magiczna łącząca jej lewy palec wskazujący i jedną ze ścian, wolno, lecz w stałym tempie przesyłała jej czystą, nieuformowaną energię w głąb murów Pałacu. Gdyby smoczy wojownik nie dał się wciągnąć w tę bezsensowną rozmowę, zanim przystąpił do ataku, nie udałoby się jej stworzyć trwałego połączenia. Ale przecież w jego oczach była tylko małą, głupią ludzką dziewczynką. Jak bardzo by jej to nie irytowało, musiała zrobić wszystko, aby wyjść z tej potyczki cało. Nie chciała, aby Zelgadis osiągnął taki stan, kiedy myślał, że ruda czarodziejka nie żyje, jak to miało miejsce w trakcie ich wizyty u Epistich. Skupienie na tym celu sprawiło, że roztrzęsienie emocjonalne po śmierci babci zniknęło z powierzchni jej świadomości, pozwalając na odzyskanie całkowitej jasności umysłu.
Nagle zauważyła, że jeden z wrogich pocisków poleciał niebezpiecznie blisko pieczołowicie tkanej nici mocy. Automatycznie przywołała ognistą barierę i schowała się za pobliską kolumną.
Kula mocy odbiła się od zaklęcia tarczy z głośnym hukiem.
Kurwa…. Użyła za dużo mocy…
Wychyliła się lekko zza kolumny, aby spojrzeć na przeciwnika.
Na jego twarzy malował się wyraz szczerego zaskoczenia. Trwało to jednak chwilę. Sekundę później pomknęła w jej stronę kula o przynajmniej dwukrotnie potężniejsza.
Natychmiast uskoczyła, a kolumna za jej plecami rozpadła się w drobny mak.
Skupiła się raz jeszcze na strużce mocy, którą skierowała w stronę muru, najbardziej oddalonego od jej prawdziwego celu, którym był ołtarz Ceiphiedai.
Wojownik dopiero teraz zorientował się, że coś jest nie tak.
- Co ty wyprawiasz?
Na ścianie jednej z najmocniejszych budowli w całym Varney pojawiło się pęknięcie.
Lina zrobiła jedyną rzecz, która mogła umożliwić jej szansę powodzenia.
Pałac Seyrun został wzniesiony i otoczony licznymi barierami, będącymi wynikiem współpracy Smoków i ludzi. Moc Ceiphieda nie była podatna na żadne zmiany. Jednak ludzka magia owszem.
Ludzka część bariery została zainfekowana mocą Liny „skażoną" przez Jej moc.
Zmieniony wzorzec zaczął się rozprzestrzeniać niczym wirus, nadpisując strukturę magiczną ludzkiej części Equeshan. Niszcząc od środka strukturę bariery ochronnej.
Fyndel z przerażeniem rzucił się, aby podtrzymać świętą magiczną tarczę.
Tyle Linie całkowicie wystarczyło.
Teleportowała się tuż obok ołtarza i położyła na nim dłoń.
Trwało to jednak tylko chwilę, gdyż natychmiast musiała uskoczyć przed kolejnym wrogim atakiem. Powoli zaczynała odczuwać zmęczenie. Oddech jej przyśpieszył, po czole zaczęły skapywać krople potu.
- Naprawdę myślałaś, że tyle wystarczy? – spytał z irytacją w głosie przeciwnik. – Ekstrakcja jednego wzorca małej dziewczynki to jedno, modyfikacja całej bariery Seyrun, to warstwa magiczna innego kalibru.
Miał rację. Deterioracja magicznej struktury zatrzymała się. Jednak Lina czuła różnicę, coś się zmieniło w przepływie nurtów. Powinna czuć zagrożenie, ale tak jednak nie było. Dlaczego?
Fyndel zrobił kilka kroków w jej stronę.
- Zaczynam powoli rozumieć twój fenomen, Lino Inverse. Twoje rozumienie magii, to coś więcej niż instynkt. Gdybyśmy się spotkali w innych okolicznościach, z przyjemnością bym obserwował, jak się rozwijasz w dalszym ciągu. Jednak jak zdolna byś nie była, nic nie zastąpi doświadczenia.
Czarodziejka zastygła w bezruchu. Była już całkowicie pozbawiona opcji.
Zel… Przepraszam…
Tym razem nie było szans, aby Zelgadis pojawił się w ostatniej chwili by uratować jej życie. Brała przecież to ryzyko pod uwagę…
Pragnienie, aby go zobaczyć chyba nigdy nie było tak silne, jak teraz.
Jednak nie zamknęła oczu. Z podniesionym czołem oczekiwała na ostateczny cios.
Wtedy jednak stało się coś bardzo dziwnego.
Nurty wzbudzone przez zainfekowany nurt Liny, zaczęły formować regularną strukturę. Coś, co z sekundy na sekundę coraz bardzie zaczęło przypominać… portal?
Złociste kocie oczy spoglądały nie na nią, a na jej przeciwnika. Sala w jednej chwili wypełniła się potężną aurą o trudnym do zidentyfikowania źródle. Nie był to człowiek, ani Mazoku, ani Smok. Aura była najbardziej zbliżona do tej dziewczynki Ruelzhan, z którą walczyła na terenie Cieleth, co wydawało się mieć miejsce całe lata temu. Jednak mężczyzna o półdługich włosach, w morskim odcieniu, opadających na muskularne ciało skrytym pod prostą białą szatą, miał w sobie coś, co kojarzyło jej się z Filią.
- Valgaarv? Jak zdołałeś się tu teleportować? – Fyndel zwrócił się ku nowo przybyłemu, który stanął pomiędzy Smokiem a czarodziejką.
- Macie naprawdę dobre bariery, ale my, jak nas nazywacie? Ruelzhan bodajże, możemy dużo więcej niż wy. Wystarczyło, że dziewczyna wpuściła trochę mocy naznaczonej przez Nią, a już mogę się zmaterializować w waszej głównej warowni.
Poddany Milgazii zaczął się trząść ze złości.
- Widzisz, Lino Inverse, do czego doprowadzasz? Dosłownie możesz zniszczyć świat, który budowaliśmy w ogromnym trudzie od 2000 lat!
- Jeżeli taka mała dziewczyna jak ja mogę doprowadzić do jego upadku – odparła chłodno Lina, mierząc podwładnego Milgazii spojrzeniem pełnym pogardy. – Jeżeli wasz świat jest tak żałośnie kruchy, powinien rozpaść się na kawałki.
- Podobno masz coś do zrobienia, dziewczyno. Bierz się do roboty, ja się nim zajmę.
Pomimo pierwszego przypływu irytacji, Lina zastygła w bezruchu. Obecna sytuacja miała tylko jedno wytłumaczenie. Xelloss.
Nie miała czasu wysyłać strumień przekleństw w stronę Tajemniczego Kapłana, faktycznie miała zadanie do wykonania.
- Mówiłem to już kilka razy, nie uratujecie w ten sposób Filii. Sala egzekucji jest odizolowana od wszelkich nurtów, nic tam nie zdziałacie.
- Przestań się mądrzyć, karierowiczu. Teraz ja jestem twoim przeciwnikiem. Jakby się zastanowić, zawsze chciałem cię sprać, ale zawsze uchodziło ci na sucho, bo obok była Filia.
- Ty, zdrajca, będziesz mnie nazywać karierowiczem? Dobrze Valgaarvie, przekonasz się więc, jaką moc można zdobyć dzięki wierności i posłuszeństwie.
- Chciałeś powiedzieć - lizaniu dupy Milgazii?
Dalszego przekomarzania Lina już nie słuchała. Miała świadomość, że całe pomieszczenie wypełniło się zaklęciami obu mężczyzn, jednak sama coraz bardziej zanurzała się w strukturę zaklęcia po przyłożeniu dłoni do ołtarza Ceiphieda. Pierwszy etap był stosunkowo prosty, musiała zmienić położenie wzorców Gourry'ego i Zelgadisa w treści zaklęcia. Dzięki zbytniej pewności siebie głównego budowniczego Pałacu, który pewnie nigdy nie zakładał, że ktoś nieuprawiony będzie w stanie się dostać do głównej konsoli bezpieczeństwa, gdzie zakotwiczone były wszystkie zaklęcia ochronne Seyrun, niewielka manipulacja niektórych elementów czaru była dosyć łatwa. W sumie również dzięki takiemu a nie innemu podejściu magicznego architekta, Lina mogła się swobodnie poruszać po Pałacu. Nikt nie przewidział przypadku, że osoba tak potężna jak ona nie zostanie wcześniej „zarejestrowana" w barierze pałacowej, a zyska możliwość bezśladowej teleportacji na teren Pałacu na mocy współpracy o przekraczających wszelką wyobraźnię mocy pewnego Mazoku…
W każdym razie tak długo, jak rdzeń zaklęcia był nienaruszony i nie chciało się dodać nowych elementów, wystarczyła podstawowa wiedza o barierach, którą w przyśpieszonym tempie Lina posiadła od Xellossa. Szybko w morzu treści magicznej rozpoznała wzorce Gourry'ego i Zelgadisa i siłą umysłu przesunęła je w stronę, gdzie skumulowane były wzorce większości obywateli Seyrun. To powinno pozwolić im pozwolić na bezpieczne pokonanie bariery.
Pierwsza część zadania wykonana!
Nadszedł czas na drugą, trudniejszą część.
Lina skupiła się jeszcze mociej i zaczęła szukać innej znajomej energii.
Fyndell wykonał kolejny unik, jednak z niepokojem coraz częściej spoglądał na rudowłosą czarodziejkę.
Po chwili poczuł, jak bariera w centralnej części kompleksu pałacowego Seyrun pęka. Przeszedł go zimny, nieprzyjemny dreszcz. Ta dziewczyna zdejmowała pieczęć nałożoną na Salę Medytacji!
- Co ty wyprawiasz?! – Zrobił kolejny unik przed kolejną kulą mocy rzuconą przez Valgaarva. -Chcesz zniszczyć tę kruchą Równowagę, jaką udało nam się osiągnąć bez Philionela?
- Już chyba mówiłam. – Lina powoli otworzyła oczy, budząc się z transu. – Tak krucha i żałosna Równowaga powinna pierdolnąć. – Po czym nabrała tchu w płuca, ile zdołała i wrzasnęła z całych sił. – SYLPHIEL, RUSZ DUPĘ W TROKI I BUDŹ AMELIĘ!
Zielone oczy otworzyły się. Ciało spragnione tlenu, zaczęło się miotać w spazmach. Z każdym kolejnym oddechem powoli wracała jasność umysłu. Rozejrzała się wciąż lekko nieprzytomnym wzrokiem po otaczającym ją pomieszczeniu. Niewielka komnata pozbawiona okien i drzwi o pięknych zdobieniach w postaci runów, podobizn Ceiphieda, Shabranigdo oraz licznych spirali tak jak tuż przed zapadnięciem w magiczny sen, wzmagała poczucie duszności i niepokoju. Magiczny płyn, wypełniający chwilę wcześniej jej płuca, spływał w powolnym tempie po kamiennej podłodze, rozpływając się w nicość.
Stopniowo pamięć formowała zrozumiały kształt z fragmentów wspomnień porozrzucanych przez świadomość. Ona miała być bezpiecznikiem zapewniającym sprawne działanie zasilania, a Amelia… Co się działo z Amelią?
Dopiero wtedy usłyszała nasączony magią okrzyk.
– SYLPHIEL, RUSZ DUPĘ W TROKI I BUDŹ AMELIĘ!
Panna Lina? Dopiero teraz spojrzała obok siebie, gdzie leżała blada i nieprzytomna ciemnowłosa nastolatka.
Dokładnie wtedy spadła na nią pełna świadomość przeszłych wydarzeń.
Amelia miała zasilać starożytne urządzenie, aby stać się tymczasowym Shyllien.
Bo Philionela… już nie było…
- Amelio!
Błyskawicznie złapała dłoń księżniczki. Z ulgą stwierdziła, że w trakcie magicznego transu wewnętrzny nurt dziewczyny się naprawił.
Jednak dusza Amelii… Zapadła się. Bardzo głęboko w jej istnieniu. Pojedyncza emocjonalna nić, wciąż unosząca się na powierzchni świadomości, którą Sylphiel starała się wzmocnić w trakcie magicznego snu wciąż tam była. Niestety, po wybudzeniu nie stała się ani trochę stabilniejsza.
Co miała teraz zrobić? Zanurkować w głąb jaźni Amelii i spróbować ją sprowadzić z powrotem...
Ale potrzebowała w tym celu mnóstwo energii. Której nie miała. Była absolutnie wyczerpana po wybudzeniu z magicznego snu.
Nie mogła się jednak poddać. Panna Lina na nią liczyła. Co mogła jeszcze zrobić?
- Sylphiel? – Nagle do jej uszu doszedł najbliższy jej sercu głos.
- Gourry? – Nie zdążyła mu się dokładniej przyjrzeć, gdy podszedł do niej i mocno ją przytulił.
Wciąż trzymając Amelię za rękę, odwzajemniła uścisk jedną ręką. W jednej chwili poczuła, jak jej policzki stają się mokre od łez.
- Tak się cieszę, że żyjesz – wyszeptał jej do ucha potężny szermierz. – Ale co jest z Amelią? Czego potrzebujesz, aby jej pomóc?
W jednej chwili Sylphiel powtrzymała kolejny spazm płaczu. Te wpatrzone w nią niebieskie pełne ciepła oczy, nie pytały, czy da się pomóc Amelii. One były przekonane, że ona, słaba kobieta z małego półmagicznego miasteczka Sairaag, z pewnością tego dokona.
- Dużo energii. Abym miała siłę ustabilizować siebie i ją, jak zanurkuję w głąb jej jaźni.
Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, jakby to była najprostsza rzecz pod słońcem. Chwycił lekko jej wolną dłoń i zaczął powoli przysyłać jej swoją energię.
- Bierz tyle, ile potrzebujesz.
Sylphiel uśmiechnęła się z wdzięcznością, przełykając łzy. Błyskawicznie poczuła w sobie tyle sił, ile nigdy wcześniej.
To on był jej siłą, domem, absolutnie wszystkim.
Z nim na pewno da radę sprawić, aby Amelia do nich wróciła.
Skupiła się na swoim zadaniu i nie zadawała kłębiących się po powierzchnią świadomości pytań.
Jak on się tu pojawił?
Co teraz się działo z nurtami w Varney gdy zastępczy Filar przestał pełnić swoją funkcję?
Równowaga w Seyrun została zachwiana. Nurty zaczęły tańczyć w nieokiełznanym, szaleńczym tańcu. Bariera zaczęła tracić na sile. Nikt nie mógł przewidzieć, co się teraz stanie. Nawet będąc w samym centrum Varney, można było mieć pewność, że tak samo działo się również i w Maezhiran, odciętym od nurtów więzieniu dla Strażników.
Fyndel patrzył się na Linę Inverse z niedowierzeniem.
Gdy Równowaga zostanie zakłócona, nurty mogą wtargnąć nawet do miejsca pozbawionego nurtów, takim, jakim jest właśnie Maezhiran.
- Aby ratować jednego złotego Smoka, postanowiliście zniszczyć całe Varney?
Tę chwilę nieuwagi wykorzystał Valgaarv, boleśnie kopiąc przeciwnika w brzuch. Złoty Smok uderzył o ścianę i kaszlnął krwią.
- A ile istnień zamordowaliście, aby utrzymać waszą Równowagę? Zresztą, nie obchodzi mnie, co myślisz, karierowiczu. Mam pilne sprawy do załatwienia. – Po czym odwrócił się w stronę Liny.
- Dobra robota, dziewczyno.
- Lina jestem – odburknęła czarodziejka, zabierając wreszcie dłoń z ołtarza Ceiphieda.
Valgaarv, nieco poobijany, ale w wyśmienitym nastroju, uśmiechnął się półgębkiem.
- A więc dobra robota, Lino. Być może do zobaczenia kiedyś. – Pomachał jej i się zdematerializował.
- Nie wierzę. Nawet nawiązaliście współpracę z Ruelzhan. – Zaczął powoli Fyndel. – Fala, którą wywołałaś już zmieniła się w tsunami. To wszystko twoja wina, Lino Inverse. Śmierć Varney to twoja wina. Jesteś wrogiem wszystkiego, co żyje. Nie można pozwolić, abyś dalej stąpała po tej ziemi. – W jego dłoni pojawiła się kula śmiercionośnej energii.
Lina poczuła nieprzyjemny dreszcz, który rozszedł się po całym ciele. Nie miała siły już walczyć. Wiedziała, że nie da rady zrobić uniku.
Jednak nawet nie próbowała się ruszyć.
Gdy w swoim wnętrzu poczuła znajome pulsacje, wiedziała, że jest bezpieczna.
Zanim kula energii doszła do swojego celu, tuż przed Liną pojawiła się zielonkawa bariera. Bariera odbiła kulę energii z głośnym trzaskiem precyzyjnie w stronę przywołującego zaklęcie, czemu towarzyszył krzyk zaskoczenia i bólu.
Chwilę potem znalazła się w jego objęciach.
- Nic ci nie jest? – zapytał szybko.
- Nic – odpowiedziała tak prędko, jak mogła, bardzo starając się mieć wzrok wbity w podłogę.
Poczuła, jak mag ujmuje jedną dłonią jej podbródek, zmuszając, aby spojrzała mu w oczy.
Przeszedł ją zimny dreszcz, gdy wściekłość zaklęta w tych szafirowych tęczówkach po raz pierwszy była całkowicie skupiona na niej.
- Po raz ostatni zrobiłaś mi coś takiego. Jak się to wszystko skończy, wysłuchasz bardzo dokładnie wszystkiego, co mam do powiedzenia na ten temat. – Każde słowo wypowiedział chłodnym tonem nie znoszącym sprzeciwu, kładąc nacisk na „bardzo".
- Ale, Zel…
- Nie, Lina, nie ma „ale". W tej sytuacji nie ma żadnego argumentu po twojej stronie, który mógłby mnie przekonać. – Bez ostrzeżenia chwycił ją w pasie i wziął ją na ręce, czemu towarzyszył pisk zaskoczenia u Liny. – A póki co spróbujemy zatrzymać destrukcję Seyrun.
- Jak?
Zelgadis nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się półgębkiem i ich teleportował.
Żegnajcie.
Całe pomieszczenie wypełniło się oślepiającym blaskiem, jednak ból nie nadszedł. Czy faktycznie rzeczywistość odpowiadała opowieściom dla dzieci, gdzie niewinna śmierć była jak bezbolesne zasypianie?
Bardzo powoli do niej doszło, że Sala Egzekucji w jednej chwili wypełniła się nurtami.
Co się dzieje?
Gdy otworzyła oczy, dojrzała, że z klatki piersiowej Milgazii popłynęła strużka krwi.
- Nie ustaniesz, dopóki nie zamordujesz wszystkich Ul Coptów, Milgazia?
Gdy doszło do niej, do kogo należy ten głos, z jej oczu popłynęły dwie strużki łez.
- Val? Co ty tu robisz?
- Nie becz znowu, tylko się szykuj do walki o swoje życie.
- A jednak się zjawiłeś, Valgaarvie. – Milgazia wydawał się zupełnie nie przejmować coraz bardziej krwawiącą raną. – Nie wiem, jak to zrobiłeś. Przywołać nurty do Maezhiran. Ale w sumie twoim towarzyszem broni jest Zelgadis Greywords, czyż nie?
- Nie wiem, o czym mówisz, stary dziadzie. Widzę, że całe życie żyjesz w swojej mrzonce. Ale dzisiaj się to kończy. Dzisiaj zginiesz Milgazio Ragradia, za to wszystko, co uczyniłeś niezliczonym Smokom i Mazoku. – W jego złocistych oczach zapłonął nienawistny gniew. – Za to, co uczyniłeś panu Gaarvowi.
Jej umysł ledwo przetwarzał, co się właśnie zadziało. Pogodzona już ze śmiercią, sama siebie pozbawiła nadziei, że być może ujrzy następny dzień.
W jednej chwili oczy obu mężczyzn błysnęły jasnym światłem. Filia instynktownie cofnęła się, aby nie zostać zdeptaną w wyniku nadchodzących transformacji. Przy oślepiającym blasku, stanowiącym o ogromnej mocy obu przeciwników, obaj mężczyźni przeobrazili się w stworzenia stanowiące źródło ich starożytnej mocy – w Smoki. Magiczne mury starożytnej twierdzy zadrżały i rozleciały się w drobny mak przy zetknięciu się z potężnym ciałem stworów.
Oniemiała stała się świadkiem zaciętego pojedynku dwóch bestii. Jedno machnięcie skrzydeł wzmagało potężną falę uderzeniową. Oddech ognia następował zaraz po kolejnym pocisku energetycznym. Ataki magiczne i fizyczne przeplatały się z niesamowitą szybkością, tworząc spektakularne widowisko. Smoki były niesamowicie potężnymi istotami. A wszystko to mogła obserwować z oddali przez ogromną wyrwę w murach wygenerowaną przez obie bestie.
Jeden był wszechmocny, starożytny, przekonany o swojej słuszności. Drugi młody, pełen pasji i nienawiści.
Trudno było przewidzieć wynik tego pojedynku.
Tylko że, Milgazia nie był tutaj sam.
Dwóch zamaskowanych smoczych wojowników, którzy wcześniej eskortowali ją do Sali Egzekucji, obserwowało ją uważnie. Nie wykonali nawet jednego kroku, nawet po rozpoczęciu pojedynku.
Czy to był efekt zaklęcia? Gdy skupiła swoje magiczne zmysły, dojrzała ledwo dostrzegalne drżenie mocy w otoczeniu obu przybocznych.
Wciąż nie była w stanie podjąć decyzji, co powinna zrobić. Jej udręczony umysł bardzo wolno procesował rozgrywające się tuż przed jej oczami fakty.
Użyli jej jako przynęty, aby złapać Valgaarva? I teraz było testowane jej zachowanie? Czy pomoże bratu, czy będzie dalej grzecznie czekać na wyrok?
Szepnęła ponuro pod nosem.
- Pierdolcie się.
Powoli zaczęła kumulować energię w dłoniach, jednak w ułamku sekundy jej moc została rozproszona.
W szoku zaczęła się rozglądać dokoła siebie. Dlaczego? Przecież nurty płynęły swobodnie w chaotycznym tańcu również i wokół niej. Czuła głęboko w swoim wnętrzu pulsującą moc Ceiphieda. Co zakłóciło przepływ jej mocy?
- Nic nie rób. – Usłyszała głos cichszy od szeptu.
To mogła być tylko jedna osoba… Xelloss? Co on planował?
Nie była w stanie mu się przeciwstawić. Stała więc w bezruchu, obserwując z przerażeniem obrazy malowane przez okrutną rzeczywistość.
Nagle ziemia zatrzęsła się tuż pod jej stopami. Najpierw usłyszała zdumione okrzyki dwóch smoczych wojowników, a dopiero potem ujrzała nieopodal siebie ciało jednego ze Smoków. W świetle oślepiającego światła transformacja się cofnęła, a święta bestia zaczęła z powrotem przyjmować ludzki kształt.
- Pan Milgazia?
Ten, który kiedyś zastępował jej ojca, ostatkiem sił podniósł dłoń i dotknął jej policzka.
- Wybacz mi, Filio.
Zanim zdołała cokolwiek odpowiedzieć, jego twarz wykręciła się w śmiertelnym grymasie, a wyciągnięta dłoń opadła bezwładnie na jego klatkę piersiową.
Smoczyca w jednej chwili poczuła, jak kumuluje się w niej święta energia. I na ułamek sekundy stanęła w filarze oślepiającego, białego światła. Na jedną chwilę całe jej wnętrze wypełniło się niesamowitym ciepłem i spokojem. Ręce same złożyły do modlitwy.
Panie Ceiphiedzie…
- Nowy Shyllien został właśnie wybrany i zaakceptowany przez samego Ceiphieda. – Do jej uszu dobiegł głos wujka Elzmera, jednego z dwóch zamaskowanych wojowników, którzy natychmiast przed nią klękli. Okalające ich zaklęcie zostało cofnięte.
Chwilę później nieopodal wylądowała druga bestia, również przyjmując z powrotem ludzki kształt.
- Val…
- Filia…
Zanim zdołał powiedzieć cokolwiek więcej, jego klatka piersiowa została przebita przez cieniutką strużkę czarnej jak węgiel mocy.
Tuż za nim zmaterializował się odziany w fioletowe szaty Mazoku.
- Przepraszam najmocniej, za wtargnięcie na terytorium Varney. Moim celem był ten Ruelzhan. Uciekał mi przez trzy wymiary, dadzą państwo wiarę?
Ciało Valgaarva opadało bardzo powoli. Z jego twarzy zniknęła radość i triumf, które ustąpiły miejsca zaskoczeniu. Z jego ust poleciała strużka krwi.
Nie patrząc na cokolwiek, Filia pobiegła w jego stronę i złapała go, zanim upadł na ziemię.
- Po co się tutaj zjawiłeś?! – Jej twarz była zalana łzami.
- Dokonać zemsty i ocalić twoje życie.
- Przecież sam mnie chciałeś wcześniej zabić, o co ci chodzi, głupi bracie?!
- Ona powraca. Ale o tym już wiesz. Nie martw się, twoi nowi podwładni tego nie usłyszą, widzę, że twój Mazoku wszystko doskonale przemyślał, i nawet już zdążył rzucić czar ogłuszający.
- Mam gdzieś, co oni usłyszą.
- To błąd. Dobrze, że on myśli za ciebie. Zawsze byłaś zbyt emocjonalna, siostro. W każdym razie Ona powraca. Wiedząc o tym, możesz się przygotować na Jej przyjście, aby nie wzbudzić Jej gniewu. W związku z tym, nie musiałem cię zabijać, aby ci oszczędzić cierpienia. – Gdy skończył zdanie zaczął mocno kaszleć krwią.
- Val!
- Posłuchaj mnie uważnie. I tak byłbym już martwy, gdyż okradłem Ruelzhan z mocy, którą zbierali od Strażników. Bez tego nie zabiłbym Milgazii. Rezo by mi tego nie darował. Nie obwiniaj za to Xellossa.
- Ale…
- Jesteśmy tacy sami siostro. Oboje pokochaliśmy Mazoku. Dla mnie tym kimś był pan Gaarv. Ja po prostu wcześniej zaakceptowałem swoje uczucia. Pamiętasz tę głupią bajkę? Octi vesperi? To kłamstwo, część propagandy dla małych Smoków. Mazoku mają uczucia. Wyrażają je po prostu w zupełnie inny sposób. Ale mają. Przyjmij to do wiadomości i żyj dalej za nas oboje.
- Val, nie zostawiaj mnie…
- Już cię zostawiłem, byłem hujowym bratem. Nie płacz… po mnie… Filio.
Nie zdołał już nic odpowiedzieć. Jego oczy zastygły w pogodnym wyrazie, tak zupełnie innym niż 7 lat temu.
- Val? Val! VAL?!
- Pani Filio, przepraszam najmocniej. Rozumiem, że nawet jeśli był zdrajcą, to pani brat, ale Równowaga wyrwała się spod kontroli. Czekamy na pani rozkazy - odezwał się drugi z zamaskowanych wojowników.
- Filio – odezwał się cicho starszy Elzmer. – Pan Milgazia wyznaczył cię na następnego Xullan, myślę, że w ten sposób, chciał ci wynagrodzić, że popełnił tak poważny błąd.
- Błąd?
- Nie zdradziłaś Równowagi. Nie pomogłaś Valgaarvowi, chociaż zaatakował Milgazię i nas obezwładnił. Naszym zadaniem było to ocenić. Gdybyś mu pomogła, mieliśmy cię zgładzić. Również przepraszam, że źle cię oceniłem, dziecko.
Filii zaczęło się kręcić w głowie.
- Zostawcie mnie na chwilę.
- Panno Filio… - Zaczął drugi z wojowników.
- Powiedziałam, zostawcie mnie!
- Tak jest.
Chwilę potem została sam na sam z martwym ciałem Valgaarva oraz Milgazii. I Xellossem, który przez cały czas przysłuchiwał się całej wymianie z oddali.
- Co ty zrobiłeś, Xelloss? Zrobić ze mnie Xullan? Uratować moje życie kosztem życia Milgazii i Vala?
- To był jedyny sposób – odparł cicho Xelloss.
- Moje życie nie jest tyle warte! – Wstała gwałtownie, stając tuż przed nim, z płaczem wpatrując się w jego lekko uchylone oczy.
Xelloss uniósł dłoń i dotknął jej policzka.
- Zapamiętaj jedno, Filio. To ja decyduję, ile twoje życie jest warte. A ty śmiałaś się poddać i oddać swoje życie na tacy bandzie starych głupców.
- A co ci do tego. To moje życie i mój wybór.
- Mylisz się. Twoje życie należy do mnie. I ani ty ani żaden stary skurwiały złoty Smok nie będzie o nim decydował. – Mazoku otworzył szeroko oczy, w których tliła się szaleńcza groza.
- O czym ty mówisz? – Oczy Filii otworzyły się szeroko ze zdziwienia.
- Tamtego dnia oddałaś swoje życie w moje ręce.
Tamtego dnia? Wtedy, kiedy ją powtrzymał przed rzuceniem się do Ruelzaar, aby zobaczyć Valgaarva raz jeszcze?
- Więc nie zapominaj o tym.
Filia poczuła, że się mocno rumieni, jednak złość i rozpacz targająca jej duszą całkowicie zdominowały jej umysł.
- Nie wybaczę ci tego, że zabiłeś Vala – zasyczała przez łzy.
Demon ku jej zaskoczeniu uśmiechnął się lekko w odpowiedzi.
- I dobrze. Jeżeli da ci to siłę, aby żyć, przeklinaj mnie, ile chcesz.
Jej rumieniec tylko się pogłębił. Jej wnętrze wypełniło się taka mieszaniną emocji, że nie była w stanie powiedzieć nic więcej.
- Do zobaczenia – szepnął, zanim pogładził jej policzek i się zdematerializował.
Ze szczytu najwyższej wieży Seyrun zwykle wznosił się przepiękny widok. Stolica Varney była wprawiającym w zachwyt miastem białej magii położonym na planie pentagramu, będącym ogromnym runem mającym wzmacniać działania wszelkich barier. Barier, które przy obecnym upadku Równowagi, powoli upadały. Na tej wysokości wiatr zagłuszał krzyki przerażenia mniej potężnych Strażników, którzy nigdy dotąd nie spotkali się z tak chaotycznym nurtami. Magiczna materia, na wzór czystej magii, ulegała na zmianę dezintegracji i ponownej syntezie.
Równowaga nigdy wcześniej nie wydała się Linie być tak ogromnym kłamstwem. Od samego początku był to system postanowiony na zasadzie kolosa na glinianych nogach. Bez względu jednak na to, jak się na ten fakt zapatrywała. Fyndel miał rację. To przez nią na dole umierali ludzie.
- Lina. Nie patrz tam. – Zelgadis usiadł na kamiennym wykończeniu tarasu widokowego wieży, a ją posadził sobie na kolanach. – Skup się teraz na mnie, dobrze? Podaj mi swoją dłoń.
Wystarczyło, że spojrzała mu w oczy, a po jej ciele rozlał się przyjemny spokój.
Bez wahania podała mu swoją dłoń, którą mężczyzną natychmiast lekko uścisnął.
- Robiliśmy to już wcześniej, ale podświadomie. Teraz zrobimy to samo, ale tym razem świadomie. Podążaj za moim nurtem.
- Hm… a niezbędne jest w tym celu, abym na tobie siedziała?
Zelgadis uśmiechnął się łobuzersko w odpowiedzi.
- Nie.
Następnie zamknął oczy. Z jego ciała wyleciał gruby snop zielonej, czystej energii ziemi. Gdy strumień mocy dosięgnął nocnego nieboskłonu zaczął się powoli rozdzielać na cieńsze nicie na wzór pajęczej sieci.
Ciemne niebo, oplecione siatką czystej zielonej energii zdającej się sięgać samych gwiazd. Westchnęła cicho w zachwycie. Była to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie w życiu widziała. Zrozumiawszy, co Zelgadis chciał osiągnąć, również zamknęła oczy.
Chwilę później, strumień zielonej mocy zaczął być oplatany przez cieńsze, ale równie intensywne czerwone pasma ognistej mocy. Przy każdym punkcie zetknięcia się czerwieni i zieleni oba strumienie mocy zaczynały pulsować i emanować jeszcze potężniejszym blaskiem, inicjując szaleńczy taniec mocy, niczym dwa różnokolorowe świetliki, poruszające się w rytm wiatru i instynktu.
Wkrótce całe niebo nad Seyrun zostało oplecione zielono-czerwoną pajęczyną energetyczną. Ciepłe światło ognia i ziemi zaczęło delikatnie uspokajać rozszalałe nurty Eques.
Gdy odzyskał przytomność, poczuł coś, czego nie czuł nigdy w życiu. Musiał to zobaczyć. Tylko aby ciało pozwoliło mu się poruszyć... Z ogromnym trudem się podniósł. Przez chwilę był przekonany, że zginie. Siła uderzenia jego własnej energii powinna była go zabić. Przecież Szary Wilk… Po chwili pojawiło się w jego umyśle zrozumienie. Ziemna bariera musiała zaabsorbować część wrogiej energii. Szary Wilk nigdy nie robił niczego przypadkiem. Świadomie darował mu życie. Musiał dotrzeć do okna. Pewnie po to został oszczędzony, aby to zobaczyć.
Gdy opuścił salę z ołtarzem Ceiphieda, do najbliższego okna nie było już daleko.
Jego zmysły magiczne szalały.
Gdy wyjrzał za okno i spojrzał w niebo, wreszcie zrozumiał. I zadrżał.
Szary Wilk znalazł kogoś, z kim osiągnął Rezonans.
A była tym kimś dziewczyna znikąd.
Czy było to naprawdę możliwe, aby taką mocą dysponowała zwykła dziewczyna?
Sylphiel zanurzyła się w głąb duszy Amelii. W końcu sama wiele lat temu zapadła się w głąb własnego istnienia, gdy mieszkańcy Sairaag oddali za nią życia, aby mogła ocalić Flagoon. Znała więc kierunek destrukcji własnej duszy, nawet jeśli pole bitwy znajdywało się w psychice kogoś innego. Nazywała to spiralą destrukcji. Gdy wszystkie twoje myśli prowadziły cię do jednego wniosku. Że chcesz przestać istnieć.
W jednej chwili z nieokiełznanej ciemności wynurzyły się piękne różowe kwiaty wiśni, unoszące się w łagodnym tańcu wiatru.
Wreszcie podświadomość Amelii przestała ją odrzucać.
Krajobraz zmienił się raz jeszcze, z wiosennego na zimowy. Sylphiel w oddali ujrzała drobną postać Amelii ubraną w ciepłą różową puchatą kurtkę, lepiącą bałwana.
- Amelio.
- Dzień dobry, panno Sylphiel. Mogłabyś mi proszę pomóc? Jakoś tak mi dziwnie ten bałwan wychodzi – opowiadała, nie odwracając wzroku od lepionej właśnie w dłoniach kulki śnieżnej. – Im więcej śniegu daję, tym bardziej wydaje się topić.
W jednej chwili stało się dla Sylphiel jasne, czego metaforą w jej umyśle była ta figura śniegowa.
- Amelio, gdy przychodzi wiosna, śnieg topnieje. Bez względu na to, co zrobisz, nie uratujesz tego bałwana.
- Mylisz się – najpierw powiedziała to tak cicho, że Sylphiel ledwie ją usłyszała.
- Amelio…
- Mylisz się! – Potem był już tylko rozpaczliwy krzyk. – Pan bałwan zostanie ze mną na zawsze. Nie zostawi mnie. Obiecał mi. Obiecał mi to!
Silny wiatr poderwał śnieg do góry, zamieniając się w zamieć śnieżną, która pomknęła w stronę Sylphiel.
W jednej chwili uzdrowicielka ocknęła się w Sali Medytacji w objęciach Gourry'ego.
- Wyrzuciła mnie… Ja… nie wiem, jak jej pomóc.
- Sylphiel, a co to jest? – Wskazał palcem miejsce, które wydawało jej się całkowicie puste.
- Co masz na myśli?
- Ten ruch nurtów tutaj… Czy to coś nie próbuje się dostać do Amelii?
Młoda kobieta pomimo wyczerpania przyjrzała się bliżej w kierunku, gdzie wskazywał szermierz. Dopiero po chwili dojrzała, że faktycznie, nurty wydawały się tańczyć dookoła maleńkiej drobiny mocy.
- To mi wygląda na ostatni nurt duszy – powiedział cicho Gourry.
- Skąd wiesz, czym jest ostatni nurt duszy? – Sylphiel nie kryła zdziwienia.
- Opowiem ci, jak Amelia się obudzi. Spróbuj ułatwić mu wniknięcie do wnętrza Amelii.
- Ale nie wiemy, co to jest.
- Wierz mi, to jest coś dobrego. – Pewność mistrza miecza pozostawała niewzruszona.
- Skąd wiesz?
- Nie wiem – odparł z tym swoim rozbrajającym uśmiechem. – Czuję to. A ty nie?
- Chyba… masz rację.
Skupiła się i przywołała dziwny nurt w swoją stronę. Szybko musiała przyznać Gourry'emu rację. Coś w tym nurcie było przyjaznego i znajomego. I ewidentnie próbował się dostać do Amelii.
Sylphiel lekko nagięła nurt wewnętrzny księżniczki. Tyle wystarczyło. Dziewczyna wzięła większy wdech i nurt wniknął do głębi jej istnienia.
- Dziękuję. – Nagle doszedł ich znajomy, ukochany głos.
Sylphiel szybko poczuła, jak jej napływają do oczu łzy.
Otaczał ją śnieg, zimno i beznadzieja. Ale nie chciała opuszczać tego miejsca. Wciąż było tutaj lepiej niż tam.
Nagle opadające płatki śniegu zaczęły formować znajomy kształt.
- Kochanie, nie możesz tutaj zostać.
Do jej oczu napłynęły łzy, gdy rozpoznała głos, za którym tak strasznie tęskniła.
- Tato?
- Tak to ja. – Wielki mężczyzna uśmiechnął się ciepło, gdy dziewczyna padła mu w ramiona.
- To nie sen? – spytała przez łzy.
- I tak i nie.
- Jak to?
- Ja już nie żyję, Amelio. – Philionel, wciąż trzymając ją w ojcowskich objęciach, spojrzał ze smutkiem na swoją córkę. – Natomiast dawno temu zakląłem sam siebie, że zanim przyjdzie mi oddać ostatni oddech, spotkam się z tobą po raz ostatni. Moje ciało więc będzie oddychać, dopóki ta rozmowa nie dobiegnie końca. Ale, oczywiście, nie może ona trwać w nieskończoność. –Zaśmiał się, jakby opowiedział doskonały dowcip.
Amelia jednak nie odpowiedziała uśmiechem. Spojrzała się na ojca z wyrzutem.
- Jesteś kłamcą, tato. Obiecałeś, że nie zostawisz mnie samej.
- Nie jesteś sama, kochanie. – Philionel odpowiedział najdelikatniej, jak potrafił. – Twoi przyjaciele na ciebie czekają. Nie możesz ich zostawić i zostać tutaj na zawsze.
- Nieprawda, jestem tylko dla nich utrapieniem. – Zagryzła dolną wargę, aby spróbować powtrzymać kolejne łzy. – Rozpieszczona, dziecinna księżniczka, którą trzeba tylko chronić i uczyć wszystkiego.
- Wiesz, że Sylphiel woła cię od wielu długich dni? Dla nich wszystkich stałaś się ukochaną młodszą siostrą. A dlaczego to wiem? Bo już nie należę do tego świata, a wtedy zmienia się percepcja. Więc możesz mi wierzyć. – Usta mężczyzny złożyły się w szczerym uśmiechu.
Oczy Amelii rozpogodziły się nieco, lecz wciąż błyszczały od łez.
- Tato, co się z tobą stało?
- Ja… niestety popełniłem błąd. – Wzrok Philionela stał się na moment odległy. – Ona tak bardzo przypominała mi twój matkę. Ja… tęskniłem za nią bardziej niż byłem w stanie przed tobą się przyznać. Okazało się, że to była Ruelzhan. Użyła magii tożsamości. Miała mało mocy, lecz wykorzystała moc swego istnienia, aby złamać mój wewnętrzny nurt. Nie wyczułem w niej żadnej złej intencji… Więc ona musiała mnie jednocześnie kochać i nienawidzić… Przeczucia dojrzałego Filara nie da się oszukać. Zapamiętaj więc moje dziecko, uczucia są rzeczą bardzo złożoną. Wybacz, że przez to zostawiłem cię samą.
Księżniczka poczuła, jakby zaraz jej miało pęknąć serce. Czuła się teraz samotna, oszukana. Ale to nie ona była tak naprawdę samotna. Jej tata. Jej kochany dzielny tata, w pojedynkę stał na czele całego wymiaru, cierpiąc w ciszy.
- Nie przepraszaj. – Z jej oczu pociekły kolejne łzy. – Sam byłeś samotny, a robiłeś wszystko, abym była szczęśliwa. Nie przepraszaj za to, tato, proszę. O mamie i Gracii też mi nie powiedziałeś całej prawdy, aby mnie chronić, zgadza się?
- To prawda, Amelio. Tak cię przepraszam, chciałem cię uchronić od wszystkiego, a w zasadzie tylko zrobiłem ci krzywdę.
- Nie mów tak, proszę cię – zaszlochała. – Ale czy… zdążysz mi opowiedzieć, dlaczego mama umarła? Pamiętam tylko, że nurt wewnętrzny mamy się rozpadł na kawałki.
- Była to bardzo ludzka historia, Amelio. Ludzka, a więc bardzo bolesna nawet jak nie była zaangażowana w to śmiertelna magia. Twoja mama była w ciąży, kochanie. Miałaś mieć rodzeństwo. Zdarza się jednak w Eques tak, że nawet najpotężniejsi magowie, jakim była twoja mama, może zajść w ciąże z dzieckiem o słabych zdolnościach magicznych. Taka ciąża w samym centrum Krainy Równowagi, nie miała szans się uchować. Ze względu na obowiązki Filara, nie wolno mi było opuścić Seyrun. Twojej mamie również. Jej głównym obowiązkiem było wspieranie Filara. A więc twoja mama poroniła. I ten fakt doprowadził ją do takiego smutku, że jej nurt wewnętrzny pękł.
Raz jeszcze stanęły jej przed oczami uczucia i wspomnienia z tamtego dnia sprzed wielu, wielu lat. Gdy tamtego wieczoru otworzyła drzwi do sypialni rodziców… Lęk. Smutek. I wszechogarniające ciepło matczynej miłości. I kolejne noce, gdy tata tulił ją z całych sił, próbując ukoić jej ból. I swój własny.
- Mamo…
- Muszę ci powiedzieć jeszcze jedną ważną rzecz. Gracia, twoja starsza siostra żyje. – W oczach Philionela pojawił się poważny błysk.
- Gracia żyje?
- Tak. Szukałem jej przez całe lata. Któregoś dnia po śmierci mamy, pokłóciliśmy się i Gracia opuściła Seyrun. Nie wiem, czy uciekła, bo mnie oskarżała o śmierć mamy, czy ktoś brał w tym udział. Nie udało mi się tego ustalić. Nie mówiłem ci o tym, bo nie chciałem cię smucić. Amelio, wiem, że nie mam prawa, ale czy mogę cię o to prosić? Czy możesz odnaleźć Gracię i przeprosić ją w moim imieniu?
Amelia uśmiechnęła się smutno. W ostatnich swoich chwilach tata podszedł ją bardzo niesprawiedliwie. Co innego mogła odpowiedzieć na tak postawione ostatnie życzenie ukochanego rodziciela?
- Oczywiście, tato.
- Dziękuję, kochanie. I pamiętaj, nigdy nie będziesz sama, Amelio. Zawsze będziemy z tobą. Taka jest magia nurtów. Nigdy nie przestaniemy istnieć. Będziemy istnieć w tobie.
Ojcowski kształt zaczął powoli zanikać.
- Tato? Tato! TATO!
Sylphiel zapłakana patrzyła na budzące się do życia ciało Amelii.
- Panie Philionelu, dziękuję.
Jak tylko Amelia otworzyła oczy, nurty delikatnie ucichły i zebrały się dokoła drobnej dziewczęcej postaci.
Nadszedł czas narodzin nowego Filara.
Elsevien otworzyła szeroko oczy ze zdumienia, gdy obserwowała przepływ mocy w Seyrun za pomocą darowanego przez Czerwonego Kapłana urządzenia Zerra Lumois, którego działanie opierało się na tworzeniu maleńkich nurtów, odbierających wszelkie zmiany w zachowaniu miejscowych strumieni energetycznych i przekazujących sygnał zwrotny do rezonującej z nimi głównej części maszynerii w postaci niewielkiej kuli.
Narodziny nowego Strażnika Nurtów.
Narodziny nowego Filara.
Jednocześnie?
To mogło jej pokrzyżować plany. Jak to się mogło stać?
Oczywistą odpowiedzią był Xelloss. Jednak nawet on musiał mieć tutaj jego pomoc.
Jak Xelloss nakłonił Szarego Wilka, ślepego wyznawcę Równowagi do zakłócenia nurów w Varney?
Jakby na zawołanie, na ekranie w postaci mosiężnej kuli, pojawiły się dwie przeplatające się energie: ziemna i ognista.
- Osiągnąłeś z nią Rezonans? Zmieniłeś się Zelgadisie… A raczej to ona cię zmieniła. Lino Inverse, chyba zapragnęłam cię bliżej poznać. – Uśmiechnęła się lekko do samej siebie. – Cóż, na wszystko znajdzie się czas.
W ciągu 48 godzin jej zaklęcie zostanie aktywowane. Siostry Ashley, chociaż nieufnie, wykonały swoje zadanie. Co prawda obecne wydarzenia stworzyły pewną szansę, że być może uda im się uniknąć zagłady…
Czy aby na pewno?
Po chwili jednak zaśmiała się cicho. Poprawiła się w myślach, wszystko było na swoim miejscu. Uczucia ludzkie były czymś tak kruchym i ulotnym, niczym fałszywa Równowaga. Seyrun nie miało żadnych szans na przetrwanie.
- Odpoczywaj i ciesz się chwilowym szczęściem, Zelgadisie. Nie potrwa ono zbyt długo.
