Hermiona nie powiedziała nikomu o swojej sytuacji w Mungu. Uczciwie mówiąc nie miała nawet zbyt wiele osób z którymi mogła podzielić się taką informacją. Ron już kolejny dzień nie wszedł nawet do ich sypialni. Traktował ją jak powietrze. Nawet wczoraj, kiedy Ginny poprosiła ich o pomoc w pakowaniu swoich rzeczy, śmiał się i żartował z Olivierem. Bawił się z Jamesem jak zawsze, a jej nawet nie zaszczycił spojrzeniem.
- Pokłóciliście się? - Ginny po cichu zapytała ją w kuchni, kiedy sprzątały po kolacji.
- Nic ważnego - odpowiedziała jej ze sztucznym uśmiechem - Wiesz jaki jest Ron.
- Chciałabym żebyś była tak szczęśliwa jak ja - Ginny rzuciła się jej na szyję - Już myślałam, że nic takiego mi się nie przytrafi.

Najtrudniej było jej unikać prawdy przez pierwsze dwa dni. Hermiona nie wiedziała co ma ze sobą zrobić, ale mimo wszystko wstawała rano i przygotowywała się do wyjścia.
- Ron? - zagadnęła go, kiedy rano robił sobie kawę - Ron, porozmawiajmy.
Spojrzał na nią z wyrzutem i wzruszył ramionami.
- Nie wiem o czym mam z tobą rozmawiać.
Hermiona przełknęła ślinę, czuła jak w ustach robi jej się sucho.
- Nie może tak być... - zaczęła rozpaczliwie - Ron, proszę.
- Spieszę się - burknął mijając ją w drzwiach.
Trzeciego dnia miała już plan. Odebrała sowę z wezwaniem na przesłuchanie, które miało odbyć się równo za dwa tygodnie. Zwinęła list i schowała go do kieszeni spodni. Nie chciała teraz o tym myśleć. Odczekała aż Ron wyjdzie z domu i z ułożoną w głowie listą zadań deportowała się w okolice budki telefonicznej stojącej w dzielnicy Westminister. Odczekała cierpliwie na swoją kolej zanim weszła do zniszczonego i nadgryzionego zębem czasu obiektu. Posłusznie przedstawiła się i zgłosiła jako gość odwiedzający biuro aurorów. Jako byłej pracownicy Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów - głos w słuchawce nie robił jej żadnych problemów. Dlaczego miałby, nie miała złych zamiarów.

- Czy zastałam pana Shacklebolta - zapytała przy wejściu do biur na drugim piętrze.
Starsza kobieta pełniąca rolę sekretarki zmierzyła ją spojrzeniem znad swoich okularów w grubych oprawkach.
- Była pani umówiona?
- Nie... konkretnie...
- Pani godność?
- Hermiona Weasley.
- No nie wiem... - skwitowała i wskazała Hermionie miejsce na krześle w rogu.
Hermiona nie odwiedzała Ministerstwa zbyt często, a w biurze aurorów nie była od ponad dwóch lat. Kiedy Harry zapadł się pod ziemię, tak samo czekała na spotkanie z Kingsleyem. Tak samo jak teraz czuła się jak intruz.
- Pan Shacklebolt jest obecnie poza biurem - usłyszała w końcu - Coś przekazać? Polecam najpierw wysłać sowę i umówić się na spotkanie...
Hermiona kiwnęła głową. Kilka dni temu Shacklebolt wręcz uciekł od niej na korytarzu szpitala św. Munga. Wątpiła, że odpowie na jej sowę.
- Prosiłabym o przekazanie, że byłam i... że proszę o spotkanie.
Miała już wychodzić kiedy przyszedł jej do głowy inny pomysł.
- A czy jest może w biurze Jennifer Rose?

Jennifer nie ukrywała zaskoczenia jej obecnością. Wystraszyła się, że Hermiona przynosi jej jakieś złe informacje.
- Potrzebuję z tobą porozmawiać. Masz czas na lunch?
Jennifer zrozumiała aluzję i odprowadzona bacznym spojrzeniem sekretarki weszła z Hermioną do windy w Ministerstwie.
- Chciałam żeby wszystko było jak należy i dzisiaj chcę złożyć wniosek o zatrudnienie ciebie jako tymczasowego konsultanta - zaczęła Jennifer, kiedy stały w atrium Ministerstwa Magii.
Hermiona przerwała jej gestem dłoni.
- Cała sytuacja zrobiła się bardziej... skomplikowana. Zostałam zawieszona w pracy.
Jennifer zakrztusiła się dyniową kawą, którą przed chwilą zamówiły z wózka z przekąskami.
- Dlaczego?
Hermiona wzięła głęboki oddech. Zawahała się przez chwilę.
- Chcę ci pomóc. Za wszelką cenę.
Jennifer pokiwała głową.
- Nie ufasz mi do końca, prawda? - dodała spokojnie Jennifer.
Hermiona zdawała sobie sprawę, że Jennifer musiała mieć dobrą intuicję. Nie byłaby aurorką. Nie pracowałaby tak długo z Harrym. A z drugiej strony - nie zorientowała się przez tyle czasu z kim pracuje?
- To nie tak.
- No dobrze Hermiono... - Jennifer pokazała jej niewielki stolik w kawiarni ministerialnym atrium - Karty na stół.
- Co masz na myśli?
Usiadły w kącie. Wyglądały jak dwie koleżanki, które spotkały się na krótką kawę w przerwie podczas pracy.
- Rozmawiałam z Syriuszem o swoim pomyśle. Jest przeciwny. Uważa, że nie powinniśmy mieszać ludzi z zewnątrz w tę sprawę. Że nie powinniśmy łatwo ufać ludziom, których nie znamy. Ale ja... Ja od początku czułam, że tobie mogę... Poza tym całym zawodowym pierdoleniem i protokołem. Masz wiedzę i doświadczenie. Pytałam o ciebie. Wiem, że przez chwilę byłaś aurorką.
Hermiona westchnęła. Jeśli Jennifer ją sprawdzała, musiała natrafić na informacje o Harrym. Przecież nie urodziła się na tym świecie wczoraj i była inteligentną dziewczyną. A może wiedziała? Może przez ten cały czas wiedziała o wszystkim i też grała w tę grę nazywając Harry'ego fałszywym imieniem i nazwiskiem.
- I nie wiem czy wiesz, ale akta twoje, twojego męża... są utajnione. Przyjaźniliście się w szkole, prawda?
Nie była przyzwyczajona do tego typu rozmów. Nie przeprowadzała ich każdego dnia. Przez ostatnie lata zajmowała się ratowaniem życia, skupiała się na tym co najważniejsze. Na życiu i zdrowiu.
- To było bardzo dawno temu.
- Ale byłaś aurorką?
- Przesłuchujesz mnie?
Jennifer zaśmiała się.
- Karty na stół.
- Byłam aurorką. Odeszłam ze względu na rodzinę.
- Masz dzieci?
- Nie.
- Ale odeszłaś, bo chcesz mieć?
- Odeszłam ze względu na rodzinę - Hermiona powtórzyła dobitnie - Naprawdę, Jennifer. Odeszłam ponieważ poprosił mnie o to mój mąż. Przeżyliśmy drugą wojnę. Nie można wiecznie zbawiać świata.
Jennifer pokiwała głową. Obie zamilkły na chwilę.
- Mój ojciec był aurorem - powiedziała Jennifer - nie żyje. Pracował w MACUSA*.
- Przykro mi - powiedziała Hermiona.
- Tak jak mówiłam Hermiono. Karty na stół. Ja nie mam nic do ukrycia.
Jennifer wpatrywała się w nią badawczo. Hermiona pomyślała, że kobieta wręcz straciła umiejętność mrugania.
- Uważam, że urok którym posługiwano się podczas ataku... to nie było zwykłe zaklęcie. To jest coś pomiędzy imperiusem, a crucio - zaczęła Hermiona - Ale i to nie jest to dobre porównanie. Bo ofiara ma nie tylko odczuwać ból. Ból jest przy tym niczym. Z tego co widziałam u... Syriusza... to urok ma za zadanie sprawić żeby organizm sam siebie zaczął unicestwiać. Za każdym razem im bardziej próbujemy go leczyć, tym bardziej organizm się przeciwstawia... Więc stosujemy leczenie doraźne. On nabiera sił, ale kiedy próbujemy czegoś więcej... to tak jakby wszystko się cofało.
- Człowiek ma zniszczyć samego siebie?
Hermiona przytaknęła.
- Niewyobrażalne cierpienie prowadzi do szaleństwa. Nie zdziwiłabym się gdyby ci ludzie, te ofiary z 20 grudnia same sobie to zrobiły.
- Skąd wiesz?
- Nie wiem, tylko podejrzewam. Zgaduję tak naprawdę. Potrzebne są tutaj złożone rekonstrukcje, może jeszcze jedna sekcja zwłok...
Jennifer zawahała się chwilę.
- Jakieś cztery miesiące temu, zanim... Przed tym atakiem... Złapaliśmy jednego z nich. Był płotką. I tak... unicestwił siebie na naszych oczach. Zanim to zrobił powiedział Syriuszowi zdanie o którym nie mogę zapomnieć... "Moja myśl cię znajdzie". W sumie to on powinien ci to opowiedzieć.
- Myślę, że to nie jest dobry pomysł - wypaliła Hermiona bez namysłu.
- Oczywiście jak poczuje się lepiej. Tutaj, nie w szpitalu.
Obie zamilkły. Hermiona miała co innego na myśli, ale nie zdradziła się.
- Postaram się przesłać ci raporty z poprzednich akcji. Powinnaś je przejrzeć - dodała Jennifer i zerknęła na zegarek - Muszę już iść, ale... spotkajmy się w piątek. Tutaj. O tej samej porze.

Matthew miał wrażenie, że tak jak przez pierwsze dwa dni wszyscy odczuwali brak Hermiony w zespole uzdrowicieli, to już trzeciego dnia przeszli nad tym do porządku dziennego. Wkurzało go to, bo poza tym że miał poczucie niesprawiedliwości... To czy da się tak nagle wymazać człowieka?
Matthew trafił do szpitala św. Munga na początku zeszłego roku. Nie kończył Hogwartu, bo jego rodzice byli dyplomatami i większość życia podróżował z nimi po świecie. Kiedy był w wieku szkolnym przebywali właśnie na placówce w Japonii i tam mieszkali przez dłuższy czas. Później chwilę w Rosji, później znowu w Chinach i Japonii... Widział politykę i jej szczerze nienawidził. Dopiero po śmierci rodziców, kiedy odziedziczył niewielki dom na przedmieściach Londynu postanowił wrócić do kraju. Przekonała go tego również siostra, która razem z mężem i gromadką dzieci osiedliła się w Anglii.
Nie był typem wojownika, nie potrzebował od życia wiele. Był rodzinnym człowiekiem i zdawał sobie sprawę jak ważne jest aby mieć innych dookoła siebie. Niejednokrotnie widział jak ludzie pojawiają się i znikają - z pracy, placówek i państw. Wiedział co to brak i samotność. Przywiązywał się do innych.
Matthew marzył o tym, żeby swoje życie przeżyć w spokoju.
- Panie Madliner - Hall zaczepił go na korytarzu - Przygotuje pan wypis pana Blacka?
- Wypis?
Matthew wytrzeszczył oczy.
- Pacjent wypisuje się na własne żądanie - Hall wzruszył ramionami - Nic z tym nie mogę zrobić.
Ruszył przed siebie swoim kaczkowatym krokiem.
- Ale... nie... proszę poczekać! - zawołał za nim Matthew - Przecież to jest głęboko nierozsądne. Dwa tygodnie temu ten człowiek wybudził się ze śpiączki.
- Nikogo nie trzymamy tutaj na siłę. Uda się panu do 16:00? Chciałbym podpisać ten wypis przed wyjściem.

Matthew wparował do sali Harry'ego. Ten stał oparty o ścianę przy oknie. Ledwo trzymał się na nogach, ale stał.
- Wypisujesz się?
Harry obrzucił go spojrzeniem.
- Nie wiem co Hermiona powiedziała ci o mnie, ale nie przypominam sobie żebyśmy mówili sobie po imieniu.
- Dobra - warknął Matthew - Wypisz się na żądanie, nie ma sprawy. Ale musisz wiedzieć, że dużo ludzi pracowało na to, żebyś nadal był wśród żywych i mógł zachowywać się teraz jak dupek. Powinieneś mieć zmieniane opatrunki. Kto to będzie robił?
- Poradzę sobie - odpowiedział Harry.
- Będziesz gryzł ściany z bólu.
- Jeden eliksir przeciwbólowy jakimś sposobem trafił do mojej szafki. Poradzę sobie.
- Syriusz? - w progu sali pojawiła się Jennifer - Dzień dobry, panie doktorze.
- Może pani przemówi mu do rozsądku - Matthew machnął ręką w kierunku Harry'ego.
- Wątpię - podsumowała Jennifer kładąc torbę podróżną na krześle przy łóżku Harry'ego - Przyniosłam ci trochę ciuchów i różdżkę.
Harry z trudem zrobił krok w kierunku łóżka.
- Z medycznego punktu widzenia... - zaczął Matthew - to jest bardzo nierozsądne.
- Z każdego punktu widzenia - dodała Jennifer.
Matthew uśmiechnął się w kierunku aurorki.
- Dokładnie - skwitował.
- Świetnie. A teraz, drodzy państwo, czy możecie przestać traktować mnie jakbym był niepełnosprawny albo ubezwłasnowolniony? Mogę decydować o sobie?
Jennifer podniosła ręce w geście poddania się.
- Ja nie mam siły się kłócić.

Był już kwadrans po 16:00 i Matthew niósł przed sobą cztery sporządzone naprędce raporty dla Halla i cholerny wypis Syriusza Blacka do podpisu. A przynajmniej człowieka, który przybrał takie imię.
- Przepraszam, szukam pani Weasley? - rudowłosy mężczyzna zaczepił go na korytarzu.
- Pani Weasley nie ma dzisiaj w pracy - wypalił Matthew
- Dzisiaj... cały dzień? - zawahał się mężczyzna.
- Jest na urlopie - dodał - a jak mogę pomóc.
- Po prostu szukam Hermiony. Chciałem zrobić jej niespodziankę.
Matthew zatrzymał się w pół kroku. Widział go raz w życiu, dlatego poznał go dopiero po chwili. Przecież to był Ron, jej mąż. Trzymał w rękach mały bukiet kwiatów. Matthew wyciągnął do niego dłoń.
- Nie poznałem... Matthew Madliner, Hermiona nas kiedyś sobie przedstawiała - uśmiechnął się w jego kierunku - Nie ma jej dzisiaj.
- Nie ma...?
- No... nie ma i nie będzie. Ma wolne... - powiedział koślawo - Jak ona się trzyma?
- No tak - Ron uśmiechnął się sztucznie - Miała dzisiaj wziąć wolny dzień, a ja oczywiście zapomniałem. Byłem w okolicy, chciałem wpaść i...
Matthew zauważył zakłopotanie Rona. Oboje zorientowali się, że właśnie na jaw wyszedł mały sekret i oboje poczuli niewygodę z tym związaną. Matthew naprawdę nie chciał żeby Ron dowiedział się o tym w ten sposób, a Ron... Ron też nie chciał dowiedzieć się w ten sposób o tym, że Hermiona go okłamywała.

- Masz siłę na teleportację? - zapytała go Jennifer przed budynkiem szpitala św. Munga. Harry stał oparty o jej ramię. Przytaknął i zachylił płaszcz chroniąc się przed zimnym wiatrem. Właśnie zaczął padać śnieg.
- Poczekaj - uśmiechnął się - Daj pooddychać powietrzem.
Jennifer wywróciła oczami i wyjęła z kieszeni swojego płaszcza paczkę papierosów. Wziął od niej jednego i odpalił. Zrobił kilka kroków. Nie było trudno wtopić się tutaj w ulicę Londynu. Przechodnie mijali go bezwiednie, nie zaszczycając nawet jednym spojrzeniem.
- Miło jest wrócić.
- Ohyda - skwitowała czując dym papierosowy.
Harry zrobił kilka kroków do przodu i spojrzał w kierunku obskurnego mugolskiego sklepu odzieżowego za którym było magicznie ukryte wejście do szpitala. Przed witryną zauważył znajomą sylwetkę.
Rudowłosy mężczyzna odwrócił się w jego kierunku. Harry'emu wydawało się, że ich spojrzenia spotkały się na dłużej niż sekundę zanim Ron Weasley teleportował się i zniknął.

Poczuł się jak idiota czekając na nią po raz kolejny przy stole w kuchni. Jak skończony idiota. Na dodatek całkowicie nie wiedział jak powinien zacząć tę rozmowę.
- Dawno wróciłeś? - Hermiona zagadnęła Rona wchodząc do domu. Musiała długo stać na zewnątrz, bo jej płaszcz był cały w śniegu.
Ron przygryzł wargę.
- Byłem dzisiaj w św. Mungu - zaczął - chciałem zrobić ci niespodziankę.

Po rozmowie z Jennifer długo chodziła bez celu. Za dużo myśli kłębiło jej się w głowie. Za dużo zmartwień i wyobrażeń.
Gdyby mogła najchętniej pobiegłaby do szpitala. Martwiła się i obsesyjnie rozkładała na czynniki pierwsze wszystkie możliwości - co teraz działo się z Harrym? Czy nabrał już sił? Czy Matthew podał mu eliksir? Czy dał radę wstać i przejść kilka kroków? Przyłapała się nawet na tym, że odliczała w myślach która pielęgniarka obecnie powinna mieć dyżur i zmieniać mu opatrunek.
Nie spodziewała się Rona w domu. Musiał wrócić już jakiś czas temu, bo dom wypełniało ciepło.
- Dawno wróciłeś? - zapytała siląc się na beztroski ton.
Zauważyła, że jest zły. Może obrażony. Stał na środku korytarza zagradzając jej przejście do kuchni.
- Byłem dzisiaj w św. Mungu - zaczął - chciałem zrobić ci niespodziankę.
Poczuła jak nagle w ustach robi jej się sucho. Nie była na to gotowa.
- Ron... - powiedziała powoli.
- No właśnie zastanawiam się jaką wymówkę teraz znajdziesz.
- Nie kłóćmy się.
- To przestań kłamać.
Westchnęła.
- Zostałam... zawieszona. Nie chciałam cię martwić.
- Co?
- Dosłownie trzy dni temu...
- Dlaczego?
Odwiesiła płaszcz.
- Nie chcę o tym mówić.
Ron roześmiał się szyderczo.
- Naprawdę?! A ja chcę żebyś o tym opowiedziała...
Próbowała go wyminąć, ale złapał ją boleśnie za ramię. Zauważył, że sprawił jej ból i poczuł związaną z tym okropną satysfakcję.
- Nie przestrzegałam zaleceń... - wyjąkała - zaleceń ordynatora.
- Chyba kłamiesz.
- Puść mnie... - powiedziała - Naprawdę... Naprawdę Ron...
- I co teraz?
- Mam przesłuchanie, ale... Ron...
Hermiona wyrwała swoje ramię z jego uścisku.
- I uważasz, że wszystko jest w jak najlepszym porządku?! Że nie warto mi o tym wspominać?! Co zrobiłaś? Dlaczego to zrobiłaś?
Łzy ciekły jej po policzkach.
- Ron...
Nie wytrzymał, zamachnął się i wymierzył cios w ścianę obok jej głowy. Przestraszyła się. On też przestraszył się tego co zrobił. Chyba nie spodziewał się u siebie takiej reakcji, bo nawet przez sekundę nie próbował jej zatrzymać kiedy uciekła schodami na górę.
Hermiona wybuchła płaczem dopiero gdy zatrzasnęła drzwi od sypialni i zaryglowała je od środka. Nigdy tego wcześniej nie zrobiła.

Harry opadł na kanapę w niewielkim, wynajętym mieszkaniu w obskurnym wieżowcu. Mieszkanie było zaniedbane i brudne. Nie miało prawie mebli, a z nieszczelnych okien wiało.
Jennifer pomogła mu je załatwić kilka dni temu. Chociaż nalegała że wynajmie mu pokój w okolicy Pokątnej, albo coś co będzie przypominało miejsce do życia, on uparł się na coś co będzie z dala od czarodziejskiego świata. Chciał zaszyć się na środku mugolskiego osiedla - takiego, na którym raczej nikt go nie będzie szukał.
- Nie znam chyba bardziej upartego człowieka niż ty - powiedziała wyglądając przez okno - Nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby tu mieszkać.
- I o to chodzi - odparł. Był zmęczony i słaby. Pamiętaj, jak się będziesz teleportować to dwie ulice dalej.
Jennifer skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała na niego uważnie.
- Nie rozumiem dlaczego się wypisałeś.
- Jen - westchnął - daruj sobie te gierki.
Wzruszyła ramionami.
- Dobra, masz rację. Do rzeczy. Rozmawiałam dzisiaj z tą uzdrowicielką, Hermioną Weasley.
- Po co?
- Wiem co mówiłeś, ale...
Harry wyprostował się. Skrzywił się przy tym z bólu.
- Ale postanowiłaś to zignorować?
Jennifer westchnęła.
- Nie o to chodzi. Ona naprawdę mówi z sensem. Potwierdziła nasze przypuszczenia, że ten urok ma na celu wyniszczanie organizmu od środka... Syriusz, ona jest byłą aurorką.
- To o niczym nie świadczy.
- I... jej akta są tajne.
- To o czymś świadczy.
- Dlaczego jej nie ufasz?
Powoli wstał z miejsca i przeszedł się kilka kroków. Typowy mugolski aneks kuchenny już dawno miał lata świetności za sobą. Otworzył lodówkę z której wydobyło się blade światło. Była całkowicie pusta.
- Nie rozumiesz...
- No nie rozumiem - warknęła - Nie traktuj mnie jak dziecko, tylko mi wytłumacz.
- Tu nie ma wielkiej filozofii. Im mniej osób jest w to zamieszanych tym lepiej.
- Nie słyszałeś jak powiedziałam, że ONA jest BYŁĄ aurorką? Ze wszystkich ludzi to właśnie...
- Słyszałem! - krzyknął
Jennifer cofnęła się o krok kiedy podniósł głos.
- Ile jeszcze osób chcesz w to zamieszać!? Ile jeszcze osób chcesz narazić!? Pomyślałaś o tym?!
- Krzyczysz.
- Bo wkurwiasz mnie tą swoją naiwnością! Tą łatwowiernością! Wkurwiasz mnie, Jen! Proszę cię o coś, a ty jak zawsze robisz z siebie mądrzejszą! Mamy sprawę do rozwikłania i na tym się skupmy. Nie na jakiejś uzdrowicielce, której uważasz, że można ufać.
Poczuł, że posunął się o krok za daleko.
- Dobra - warknęła - Ale i tak już dawno udostępniłam jej akta z 20 grudnia i to właśnie dzięki temu dzisiaj mogłam dowiedzieć się czegoś więcej. I jutro dam jej kolejne raporty.
- Co zrobiłaś!?
Jennifer stała już przy drzwiach wyjściowych.
- Ale wiesz co jest najlepsze? Ty nic z tym nie zrobisz. Nie jestem już twoją podwładną! Nie muszę wypełniać żadnych twoich poleceń. Tutaj - pokazała dookoła - pomogłam ci jako koleżanka. I na tym to się skończy.
- Od kiedy? - burknął.
- Jestem oficjalnie członkiem jednostki w Londynie - wzruszyła ramionami - I zamierzam tutaj zostać.
Wychodząc trzasnęła drzwiami. Zostawiła go na środku kuchni. Pogrzebał po kieszeniach i znalazł paczkę papierosów.
- Niby od kiedy? - burknął sam do siebie.