Zrobiło się nad wyraz późno, kiedy Snape uznał, że czeka w ukryciu przy bramie już prawie godzinę. Dumbledore, tak jak podejrzewał, przysłał go tu niemal natychmiast po tym, jak usłyszał, że Victoria Malfoy została wezwana przez Lorda Voldemorta, a on i Draco – nie. Oczywiście najpierw wyraził swoją wściekłość spowodowaną faktem, że Snape wciąż nie miał pewności, czy można Malfoyom zaufać. Nie omieszkał dodać, że teraz, kiedy Victoria udała się na samotne – prawdopodobnie – spotkanie z Czarnym Panem, znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji. Snape, rzecz jasna, zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę i był równie wściekły na samego siebie, jak Dumbledore. Był doskonałym szpiegiem, a jednak nie potrafił znaleźć sposobu, by w porę dowiedzieć się, po czyjej naprawdę stronie była siedemnastoletnia dziewczyna. Z tego powodu mógł czekać na nią pod bramą bez końca, a nawet odprowadzić ją pod same wrota zamku, kiedy już się zjawi, ale to wszystko będzie na nic, bo prawdopodobnie niczego się od niej nie dowie, gdyż nie miał jej zaufania. A skoro się niczego nie dowie, to nie będzie mógł wiedzieć, czy Czarny Pan nie zlecił jej jakiejś szalonej misji, na przykład w postaci dokonania zamachu na Dumbledore'a czy kogokolwiek innego ze szkoły.
– Użyj Veritaserum albo legilimencji, kiedy tylko wróci! – grzmiał Dumbledore, choć pomysł ten godny był raczej umysłu szaleńca aniżeli autorytetu dobrej strony czarodziejskiego świata.
Oczywiste było, że Snape nie mógł siłą wyciągnąć niczego z Victorii. Nie po to tyle lat budował swoją pozycję w oczach Czarnego Pana, by w jeden wieczór to wszystko zaryzykować. Malfoy mogła przecież donieść o wszystkim Voldemortowi, mogła nie być wcale mu przeciwna, a on sam mógł się pomylić w swoich podejrzeniach co do tego. A nawet gdyby wyczyścił jej pamięć po odebraniu wspomnień siłą, z pewnością w jej umyśle pozostałyby po tym ślady, co Czarny Pan mógłby odkryć.
Tak naprawdę została jedynie nadzieja, jakkolwiek bardzo Snape nienawidził tego słowa. Nadzieja. To okropne – musieć zdawać się na łaskę losu, ale w tym przypadku to było jedyne, co mogli zrobić. Trzeba było mieć nadzieję, że Victoria Malfoy postanowi podzielić się z nim albo z Dumbledore'em szczegółami spotkania z Czarnym Panem, a jeśli tego nie zrobi – to że chociaż Czarny Pan nie zlecił jej żadnej złowieszczej misji. Snape miał jeszcze inną nadzieję, a mianowicie, że Victoria wróci do zamku przerażona. Widok strachu na jej twarzy byłby tej nocy najszczęśliwszym obrazkiem, jaki mógłby mu się objawić. Jeśli bowiem Victoria wróci przerażona, to oznaczać to będzie, że nie wytrzyma presji tajemnicy tego spotkania, a to z kolei sprawi, że w końcu odczuje potrzebę, by komuś o tym powiedzieć. Gorzej, jeśli była osobą, która mogła bez problemu nosić takie brzemię – a to, niestety, wydawało się najbardziej prawdopodobne.
•*•.•*•
Victoria aportowała się przed bramę Hogwartu godzinę przed północą. Kiedy weszła na teren zamku, od razu uderzyło ją przeczucie, że ktoś jest w pobliżu i ją obserwuje. Rozejrzała się uważnie, jednak nikogo nie dostrzegła, dlatego zrzuciła winę za to dziwne wrażenie na fakt, że dopiero co wróciła ze spotkania z czarnoksiężnikiem, przy którym musiała, przez każdą z osobna minutę, być nad wyraz czujną. Prawdopodobnie jej wewnętrzny niepokój wciąż nie zniknął, a zmysły płatały figle, dlatego w końcu ruszyła w kierunku szkoły, nie zastanawiając się nad niczym innym niż nad tym, w jak okropnym położeniu się znalazła.
Czarny Pan zlecił jej misję. Nie potrafiła jednak myśleć o tym jako o wyróżnieniu, choć z pewnością było to wyróżnienie.
– Mam przeczucie co do ciebie, Victorio Narcyzo Malfoy, a moje przeczucia nigdy mnie nie zawodzą – mówił Voldemort, kiedy przechadzali się po cichej polanie. – Mam przeczucie, że odegrasz ważną rolę w czasie, gdy będę już niemal na samym szczycie swej potęgi. To przeczucie każe mi wierzyć, że możesz mi być pomocna już teraz, chociaż na szczyt dopiero się pnę. Tak, Victorio, osiągnąłem już wiele, ale nie spocznę, póki nie osiągnę wszystkiego… A nie osiągnę wszystkiego, jeśli nie będę pewien, że ludzie, którzy mnie otaczają, rzeczywiście robią wszystko, co w ich mocy, bym rósł w siłę.
Dotarła do zamku i rzuciła na siebie zaklęcie kameleona, zanim przeszła przez wrota. Idąc cicho w kierunku lochów, pierwszy raz wpatrywała się w posadzkę, zamiast miażdżyć swoim spojrzeniem wszystko, co roztacza się przed nią.
– Zadanie, które ci zlecę, będzie ważne z dwóch powodów. Po pierwsze: staniesz się w pewnej sprawie moimi uszami i oczami, co oczywiście sprawi, że zostaniesz w szczególny sposób wyróżniona. Po drugie: to będzie twoja szansa na dowiedzenie swej wartości. Jesteś taka młoda i niedoświadczona, Victorio. Dopiero co dołączyłaś do moich szeregów. Bardzo szybko masz jednak okazję, by udowodnić mi, że jesteś warta, by należeć do moich zwolenników. Nie zawiedź mnie.
Docierała już do korytarza, u końca którego znajdowało się przejście do salonu Ślizgonów, kiedy nagle usłyszała za sobą kroki. Obróciła głowę przez ramię, by dostrzec, że tuż w jej stronę szedł Severus Snape. Mimo że miała na sobie zaklęcie kameleona, była pewna, że miał pełną świadomość czyjejś obecności.
– Severus Snape. To właśnie jego będzie dotyczyć ta mała, acz niezwykle poważna misja, którą oto składam na twoje barki. Szpieguj go, Victorio. Ty i twój brat jesteście jedynymi osobami w zamku, które mają możliwość obserwowania tego człowieka na co dzień. Obserwuj go więc. Podsłuchuj. Zdobądź dowody na to, że jego zażyłość z Dumbledore'em rzeczywiście jest tylko udawana, jak on sam twierdzi. Snape jest jednym z najbliższych mi ludzi. Nie ukrywam, że jest cenny, ale to jednocześnie sprawia, że jeśli by zdradził, ucierpiałbym na tym szczególnie mocno. Daję ci na to kilka dni, może tygodni. Zdobądź dla mnie informacje, które mnie zadowolą, Victorio.
Przyspieszyła kroku. Niczego w świecie nie pragnęła bardziej, niż uniknąć styczności z nim właśnie teraz, właśnie tej nocy.
– Zaczekaj – usłyszała.
Zatrzymała się. Wiedziała, że ma na twarzy wymalowane przerażenie, dlatego kilka tych cennych chwil, które miała, zanim Snape dotrze do niej i zdejmie z niej zaklęcie, wykorzystała na próbę jak najszybszego opanowania swojej mimiki. Nie mógł zobaczyć, że coś było nie tak, zwłaszcza po tym, jak wcześniej nagle wybiegła z jego gabinetu. Merlinie, jak mu się z tego wytłumaczyć? Przyznać, że wezwał ją Czarny Pan? Na pewno to podejrzewał.
Dotarł już do niej i wymierzył różdżkę dokładnie w miejsce, w którym stała. Szybko zdjął z niej zaklęcie i oto ujrzał jej twarz – spokojną, obojętną, z chłodnym błyskiem w obu oczach.
– No proszę, panna Malfoy – rzekł z pewną drwiną. – Miałem nadzieję, nie ukrywam, że Ślizgoni troszczą się o punkty i zawalczą o tegoroczny Puchar Domów, zwłaszcza że Gryffindor wygrywa go nieprzerwanie już od kilku lat…
Nadzieja. Przypomniał sobie o innej nadziei, którą miał, ale szybko i ta odeszła – Victoria Malfoy, przynajmniej na pierwszy rzut oka, nie wydała się wcale przerażona czy roztrzęsiona.
– Pięć punktów odejmuję Slytherinowi za pani brak poszanowania dla regulaminu. Jest dawno po ciszy nocnej. Cóż to za spacer postanowiła sobie pani urządzić? – wysyczał jadowicie.
– Zwyczajny – odparła. – Księżyc prezentuje się dziś dość ładnie. Jak pan wie, z dormitorium w lochach nie sposób go podziwiać.
Obydwoje grali niczym aktorzy w tragicznej greckiej sztuce. On miał za zadanie zdobyć jej zaufanie, by udowodnić Dumbledore'owi, że nie jest zagrożeniem, a ona miała go szpiegować, aby Lord Voldemort miał pewność, że to on nie jest zagrożeniem. I obydwoje nie mieli pojęcia, jak do siebie nawzajem podejść.
– Dlaczego zachowała się pani dziś w tak impertynencki sposób i bez słowa wyszła z mojego gabinetu, kiedy próbowałem być pomocny dla pani i Dracona?
Spuściła na chwilę wzrok; jego spojrzenie było tak przeszywające, że trudno było jej skupić się na utrzymywaniu odpowiedniej maski i wymyślaniu kłamstw. Mogła być świetną aktorką przed Pansy Parkinson, ale on…
Kim w ogóle był ten człowiek? Prawa ręka najniebezpieczniejszego czarnoksiężnika wszechczasów, fałszywy bliski wspólnik Dumbledore'a, surowy i zimny profesor, inteligentny mistrz eliksirów, mężczyzna o czarnych i zimnych oczach.
Był niebezpieczny, wiedziała to. Nigdy głębiej się nad tym nie zastanawiała, ale teraz nagle zdała sobie sprawę, że zawsze, kiedy widziała go u boku Voldemorta – a zdarzyło się to już kilka razy, bo zanim oficjalnie dołączyła do szeregów zła za namową ojca, uczestniczyła w paru mniej ważnych spotkaniach i zabaw śmierciożerców, na których, krócej lub dłużej, obecny był także Czarny Pan – serce jej drżało ze strachu. W szkole tego aż tak nie czuła, na lekcjach zapominała o jego najmroczniejszym obliczu. Ale wtedy, kiedy stał u boku Voldemorta, wydawał się taki… zły, bezwzględny, okrutny.
I to właśnie jego miała szpiegować… Jeśli tylko Snape dowiedziałby się, co zlecił jej Czarny Pan, bez wątpienia mógłby zrobić jej krzywdę. Uświadomiwszy sobie to, pojawiła się w niej nagle jakaś siła do działania. Nie czuła się już tak przytłoczona ciężarem misji, jak przed chwilą. Przecież dobrze byłoby zaszkodzić temu człowiekowi i donieść na niego Czarnemu Panu. Zasługiwał na to. Oszukiwał Dumbledore'a, cały Zakon Feniksa, wykorzystywał swoją pozycję w szeregach śmierciożerców, by chełpić się złem, którym z pewnością przesiąknięte było jego serce. Strach okazał się jednym, co czuła. Drugim była nienawiść, bo zrozumiała, że jeśli świat zostanie całkiem spowity przez mrok, którym włada Czarny Pan, odpowiedzialność za to w największej mierze ponosić będzie właśnie Severus Snape – jego najwierniejszy człowiek, najokrutniejszy śmierciożerca. Jak dobrze byłoby więc go osłabić w oczach Voldemorta…
Snape, czekając na jej odpowiedź, zastanawiał się, o czym mogła tak głęboko myśleć, że nieświadomie przedłużała trwającą między nimi ciszę. Oczy, w które patrzył, wędrowały po całej jego twarzy, jakby szukały w niej jakiejś odpowiedzi.
– Miałam sprawę do załatwienia. Ostatecznie okazało się, że to nic ważnego. Proszę o wybaczenie – odpowiedziała w końcu, uśmiechając się nawet lekko.
Gdzieś w oddali dało się usłyszeć czyjeś kroki – być może był to jeden z nauczycieli patrolujący korytarz, a może uczeń, który włóczył się po zamku nocą; Snape'a nie bardzo to w tym momencie interesowało.
– Nie sądzę, że było to nic ważnego. Proszę za mną.
Odwrócił się i zaczął iść – prawdopodobnie w kierunku gabinetu. Victoria westchnęła w duchu, a fala obaw ponownie na nią spłynęła. Nie miała jednak wyboru – ruszyła więc za nim. Kiedy zniknął za jednym z rogów, usłyszała dziwną wymianę zdań. Profesor Vector, nauczająca ją numerologii, która właśnie odbywała patrol, ujrzawszy Severusa Snape'a, wyrzekła kilka znaczących słów:
– Och, mój drogi, wróciłeś już. I jak, dowiedziałeś się czegoś? I czy nie przeziębiłeś się? Na zewnątrz jest dziś bardzo chłodno…
Umilkła, kiedy Victoria Malfoy wyłoniła się zza ściany.
– Jutro porozmawiamy, pani profesor – rzucił Snape do Vector, oglądając się na Victorię i ruszając dalej przed siebie.
Victoria pochyliła lekko głowę w stronę nauczycielki numerologii, a ta uśmiechnęła się do niej z lekkim zawstydzeniem. Rzeczywiście, może miała się czego wstydzić… Czyż oto przed chwilą nie pozwoliła, by uczennica dowiedziała się o jej prywatnym, prawdopodobnie romantycznym, związku z innym nauczycielem? Mój drogi brzmiało dość jednoznacznie, no i ta troska o jego stan zdrowia… A więc Septima Vector i Severus Snape byli parą.
To było jedno odkrycie, którego dokonała – mniej ważne. Drugiego nie była pewna. Vector pytała Snape'a, czy się czegoś dowiedział. O co chodziło? O nią? W dodatku wszystko wskazywało na to, że Snape nie tak dawno był na zewnątrz, sama Vector wyraźnie to powiedziała.
Victoria, idąc za Severusem i wpatrując się w jego czarną szatę, łączyła w głowie fakty. Przypomniała sobie o tym, że przy bramie miała wrażenie, iż ktoś jest w pobliżu. To musiał być Snape! I dlatego pojawił się nagle za nią w lochach, doskonale wiedząc, że była w korytarzu – szedł jej tropem przez cały czas, aż spod bramy. A skoro był przy bramie, to musiał wiedzieć, że przebywała poza zamkiem. Z pewnością więc podejrzewał, że była u Czarnego Pana, a teraz kazał jej iść za sobą, by to wybadać.
To w zasadzie nie mogło jej dziwić – rzeczywiście dała mu powód, by coś podejrzewać. Wybiegła nagle z jego gabinetu, a przecież co mogło być tak ważne, jeśli nie nagłe wezwanie Voldemorta? Na pewno zastanawiał się, dlaczego ich pan wezwał tylko ją. Udał się pod bramę, by na nią czekać, a teraz chce się rozeznać w sytuacji, bo pragnie wszystko wiedzieć, może nawet martwi się o swoją pozycję, skoro Czarny Pan wezwał z jakiegoś powodu wyłącznie ją.
Dziwiło ją w tym wszystkim tylko jedno – dlaczego wiedziała o tym Septima Vector, która z pewnością należała do Zakonu Feniksa? I dlaczego Snape wybrał sobie na swoją partnerkę właśnie tę kobietę, skoro była tak wielkim przeciwieństwem jego samego, a nawet należała do obozu jego wrogów? Bo przecież Zakon Feniksa był wrogiem w oczach Snape'a. Snape prawdziwie był po stronie Voldemorta, Victoria nigdy w to nie wątpiła. A może… może powinna była?
Nagle ciężar misji, jaką powierzył jej Voldemort, spadł na nią ze zdwojoną siłą, niemal prawdziwie zwalając ją z nóg. Miała szczęście, że akurat dotarli do jego gabinetu i mogła spocząć na krześle przed jego biurkiem. A może Snape oszukiwał nie Dumbledore'a, a Voldemorta? Może Voldemort rzeczywiście miał jakieś powody, by wątpić w lojalność Snape'a? Tak… tak musiało być, nie zlecałby jej przecież takiego zadania bez powodu.
Jeszcze kilka minut temu sądziła, że Snape jest złem wcielonym i że dobrze by było, gdyby mu zaszkodziła. Teraz nagle nie była już wcale taka pewna – ani co do tego, czy naprawdę był zły, ani czy zaszkodzenie mu byłoby dobre. Jeśli bowiem Snape działał dla Zakonu Feniksa, a ona skazałaby go na gniew Czarnego Pana, mogłaby pozbawić stronę światła jej jednego z najważniejszych wojowników. Bez wątpienia Snape – po czyjej stronie by nie był – jawił się jako kluczowy zawodnik w wojnie, która zbliżała się coraz bardziej.
Kiedy zajął swoje miejsce za biurkiem i spojrzał jej w oczy, nie zastanawiała się już nad wymówkami, które za chwilę będzie musiała podać, a nad tym, kim ten człowiek był. Złem, które powinna poskromić, donosząc na niego Voldemortowi i pozbawiając go tym samym pozycji? Czy dobrem, które musiała za wszelką cenę chronić przed zdemaskowaniem?
Nie mogła wiedzieć, że Snape rozmyślał dokładnie o tym samym, kiedy patrzył na nią.
– Dlaczego tu jestem? – wyszeptała w końcu, przerywając ciszę.
– Z pewnością się pani domyśla. Chcę wiedzieć, co robiła pani poza zamkiem.
– A skąd pan wie, że byłam poza zamkiem?
Na chwilę znów zaległa cisza.
– Stąd, że po pani odejściu poleciłem Draconowi, by sprawdził, czy wszystko z panią w porządku. Poinformował mnie jakiś czas później, że nigdzie pani nie odnalazł, czym się żywo zaniepokoił. Kiedy już opuści pani mój gabinet, proszę spieszyć do Pokoju Wspólnego. Draco z pewnością nie śpi z pani powodu. Jako pani opiekun mam prawo wiedzieć, z jakiego powodu dopuściła się pani tak znaczącego wykroczenia, jakim jest opuszczenie terenu Hogwartu bez odpowiedniej zgody.
Victoria westchnęła cicho. Nie miała wyboru, jak powiedzieć prawdę.
– Myślę, że pan doskonale wie, gdzie byłam. I że istnieje ten jeden powód, dla którego opuszczenie przeze mnie zamku musi zostać usprawiedliwione. To był właśnie taki przypadek.
– Więc była pani u Czarnego Pana.
– Tak. Zostałam wezwana, dlatego opuściłam nagle pański gabinet.
Zapadła cisza. Snape wiedział, że od tego, jak to wszystko teraz rozegra, zależy wszystko. Powinien pozwolić jej uwierzyć, iż jest wart zaufania. Musiał przecież w końcu dowiedzieć się, czy była szkodliwa, no i co takiego chciał od niej Voldemort.
– Chce pani o tym porozmawiać? – zapytał dość łagodnie. – Nieczęsto się zdarza, aby Czarny Pan wzywał śmierciożerców na prywatne spotkania, a pani, jak zgaduje, była z naszym panem sama.
Kiwnęła głową, potwierdzając jego największe obawy, a następnie odpowiedziała na zadane pytanie:
– Nie jestem pewna, czy powinniśmy o tym rozmawiać. To sprawa między mną a Czarnym Panem. Gdyby on chciał, aby pan wiedział o czymkolwiek, z pewnością nie zostałabym wezwana w pojedynkę.
Mówiła to z pewnym ciężarem w sercu, ale na ten moment nie miała innego wyboru. Oczywiście, że chciałaby wyznać mu całą prawdę, mając nadzieję, że usłyszy potwierdzenie, iż on rzeczywiście jest po stronie Dumbledore'a i że razem coś wymyślą, by Voldemort był z niej zadowolony, a jednocześnie by się o niczym nie dowiedział, co mogłoby zaszkodzić Snape'owi, a tym samym – potencjalnie – całemu Zakonowi Feniksa. Oczywiście, że wolałaby mieć wsparcie Dumbledore'a, nauczyć się u niego czy u Snape'a oklumencji i czuć się bezpieczniej, a przede wszystkim – lepiej. O wiele łatwiej byłoby jej żyć z poczuciem, że pomaga tej dobrej stronie, bo przecież mrok, który zapadnie, jeśli Voldemort wygra wojnę, nie był czymś, o czym myślała obojętnie. Nie chciała tego mroku dla świata, dla swojej rodziny, dla siebie.
Jednocześnie nie mogła nic zrobić, bo nie wiedziała, czy Snape naprawdę był prawdziwie po stronie Dumbledore'a. To było tylko jej podejrzenie, które w dodatku wykwitło kilka chwil wcześniej, więc nie było jeszcze nawet stabilne ani w pełni przemyślane. To podejrzenie można było porównać do maleńkiego światełka w olbrzymich ciemnościach. Nie mogła temu światełku zaufać, że doprowadzi ją do większej światłości, nie kiedy wszędzie wokół widziała jedynie ciemność, więc nie mogła być nawet pewna, czy ta większa światłość istnieje. Musiała więc na razie obserwować tylko to światełko i mieć nadzieję, że urośnie i stanie się warte zaufania. Nie mogła zaryzykować, że ujawni Snape'owi, że wcale nie jest sercem i duchem po stronie Voldemorta, kiedy nie wiedziała, po czyjej stronie był on sam.
– Oczywiście. Nie proszę, by zdała mi pani relację z tego spotkania. Chcę po prostu wiedzieć, czy wszystko z panią w porządku. Jest pani młoda, niedoświadczona, dopiero co dołączyła pani do śmierciożerców. Pytam ogólnie. Jak się pani z tym wszystkim czuje?
Popatrzyła na niego niemal ze zdumieniem. Severus Snape, ten okrutny Severus Snape, który w jej głowie niemal od dziecka jawił się jako postać szczególnie złowieszcza, pozbawiona uczuć, z wyrazem twarzy surowszym nawet od jej własnego ojca, pytał ją oto, jak się czuje. Czy taka sytuacja miała w ogóle prawo bytu? Czy wszechświat się za chwilę nie rozpadnie z powodu zaistnienia takiego błędu w jego przestworzach?
Mijały sekundy, a nic nie wskazywało na to, by świat miał się skończyć, co mogło oznaczać, że to, co się teraz działo, nie było wcale żadnym błędem. Może to ona była w błędzie, bo dała się nabrać i uznawała oblicze, które zawsze przybierał przy śmierciożercach i Czarnym Panie, za jedyne prawdziwe.
Z drugiej strony coś jej podpowiadało, że to wywołanie w niej niepewności i tych wszystkich rozważań było celowe. Może Snape po prostu za wszelką cenę chciał wyciągnąć z niej informacje, by czuć, że wciąż jest tym, który ma nad wszystkim kontrolę. Może zazdrościł jej, że została wezwana na spotkanie z Voldemortem w pojedynkę. Może zaczynał widzieć w niej rywalkę w walce o względy Czarnego Pana.
– Nie wiem – odpowiedziała w końcu, a była to odpowiedź nie tylko na pytanie, jak czuje się jako młoda śmierciożerczyni, ale też na nie zadane pytanie, jak czuje się w ogóle, jako Victoria Malfoy. – Już sama nie wiem. Niczego nie wiem.
Snape popatrzył na nią ze zdziwieniem. Miała wrażenie, że przez chwilę jego twarz jakby rozjaśniała. Czyżby z jakiegoś powodu ucieszył się jej dziwną – i z pewnością niewiele mówiącą – odpowiedzią? Dlaczego miałby cieszyć się z faktu, że była zagubiona?
– Mogę pani pomóc zrozumieć – powiedział nagle, po krótkim namyśle. – Mogę pani pomóc się dowiedzieć. Niech pani tylko zapyta wprost.
Rozszerzyła oczy. Czy naprawdę mogło chodzić o to, o czym myślała? Jego spojrzenie, pierwszy raz tak łagodne i szczerze, zdawało się to potwierdzać – Snape chciał, by zapytała, po czyjej jest stronie i czy może mu ufać. Ale czy na pewno? Jeśli go o to zapyta, on z pewnością pojmie, że za jej pytaniem czai się nadzieja na konkretną odpowiedź – czyli że nie jest po stronie śmierciożerców.
Już prawie się odważyła, ale wtedy nagle w jej wspomnieniach pojawił się Snape, ten Snape siedzący po prawej stronie Czarnego Pana, z obojętnością przyjmujący polecenie, że ma kogoś zabić lub poddać torturom, i cała jej odwaga złamała się w jednej sekundzie. Ta sytuacja mogła być jedynie pułapką, mogła być próbą sprawdzenia jej lojalności.
Merlinie! Może Snape doskonale wiedział o misji, którą Czarny Pan jej zlecił, bo w tym wszystkim wcale nie chodziło o to, aby sprawdzić oddanie Snape'a, a o to, aby sprawdzić lojalność jej samej! Może Voldemort uknuł to wspólnie ze Snape'em, by przekonać się, jak się zachowa – czy zdradzi sekret powierzony jej przez Czarnego Pana.
Nagle poderwała się z krzesła. Nie miała już sił, by kontynuować. Chciała jak najprędzej wyjść i odciąć się od dylematów, iście piekielnych i zabójczych, które targały nią przez ostatnie minuty.
– Nie będę z panem o tym rozmawiać – powiedziała tylko, po czym obróciła się na pięcie i pospieszenie wyszła.
Snape został sam, nie mogąc uwierzyć, że sytuacja, która od dłuższego już czasu była skomplikowana i trudna, teraz wydawała się jedną z najtrudniejszych, jakie mogły przydarzyć się nie tylko jemu samemu, ale i Dumbledore'owi oraz całemu Zakonowi Feniksa.
