Severus Snape był w najgorszym nastroju, jaki tylko można mieć, kiedy wybiera się na przyjęcie. Po pierwsze: wcale nie miał ochoty na nie iść; po drugie: środowy poranek spędził w gabinecie Dumbledore'a, otrzymując reprymendę za to, że Czarny Pan zaprosił na wydarzenie Victorię, jako jedyną z nowych i niedoświadczonych śmierciożerców, a Snape nie wiedział, z jakiego powodu to uczynił. Dumbledore był naprawdę zły i sfrustrowany, Snape – wcale nie mniej. Victoria wciąż była dla nich tajemnicą, której nie dało się rozwikłać żadnymi bezpiecznymi i prostymi metodami.

Kiedy wyczuł, że ktoś pod zaklęciem kameleona pojawił się blisko, ledwo powstrzymał się od głośnego warknięcia. Ta dziewczyna doprawdy była źródłem jego męki, zwłaszcza że Dumbledore dał mu ostatnią szansę na dowiedzenie się, czy była prawdziwie wierna Voldemortowi, czy nie.

Jeśli nie dowiesz się do jutra, kim ona tak naprawdę jest, to mnie dobitnie zawiedziesz, Severusie – mówił śmiertelnie poważnym tonem dyrektor.

Snape prawie prychnął, kiedy zmierzali już z Victorią w stronę bramy, obydwoje ukryci pod zaklęciem, a on wspominał rozmowę z Dumbledore'em z poranka. Był wściekły – zarówno na Dumbledore'a, jak i niczego nie świadomą Victorię. Nie mógł wiedzieć, że ona w tym czasie prowadziła podobną batalię w swojej własnej głowie, próbując zrozumieć, czy Snape naprawdę był taki straszny i okrutny, jak zwykła o nim myśleć, czy może wcale nie, a także czy zasłużył na to, by zdemaskowała przed Voldemortem jego związek z Septimą Vector.

Kiedy pojawili się już na brukowanej dróżce wiodącej do Malfoy Manor, w którym miało odbyć się przyjęcie, zdjęli obydwoje zaklęcie kameleona. Snape zobaczył Victorię w zachwycającej czarnej sukni, która podkreślała jej szczupłą figurę. Niebieskie oczy wpatrywały się w niego z namysłem.

– Chcesz o coś zapytać? – zwrócił się do niej przez prawie zaciśnięte zęby; wciąż czuł złość.

Victoria zdała sobie sprawę, że w tych okolicznościach Snape wydawał jej się nieco mniej groźny – może dlatego, że za chwilę miała stanąć przed obliczem Czarnego Pana i jakiegoś przerażającego, podobno, czarnoksiężnika, a Snape nie kojarzył jej się jedynie z czarną magią i okrucieństwem, a także z książkami, eliksirami i esejami. Westchnęła głęboko, próbując skupić się na tym jego obrazie w swojej głowie, w którym odnajdywała chociaż względne poczucie bezpieczeństwa – potrzebowała tego. Nie przyznałaby się, ale czuła strach, mimo że miała wejść za chwilę do budynku, w którym się wychowała. Niestety – to miejsce przestało być dla niej domem, odkąd Czarny Pan ustanowił je swoją główną siedzibą.

– Wrócimy także razem, panie profesorze? Nie jestem jeszcze szczególnie dobra w teleportacji – przyznała, nieco z zawstydzeniem.

– Nie dziwi mnie to. Nie miałaś jeszcze nawet egzaminu, teoretycznie w ogóle nie powinnaś się teleportować.

– Teoretycznie nie powinnam też mieć Mrocznego Znaku na przedramieniu i opuszczać Hogwartu, by wziąć udział w przyjęciu zorganizowanym dla nowego śmierciożercy – odrzekła z ironią, kiedy ruszyli w stronę dworu. – Teoretycznie powinnam teraz siedzieć w dormitorium i uczyć się numerologii.

– Teoretycznie nie powinniśmy iść ramię w ramię na przyjęcie, i to odbywające się poza szkołą.

Victoria nagle zatrzymała się. Snape zrobił parę kroków, po czym obrócił głowę, by sprawdzić, co robiła. Ona stała nieruchomo i patrzyła na niego – znowu. Miał wrażenie, że w ciągu ostatnich dni wiele razy obdarowywała go dziwnymi, długimi, badawczymi spojrzeniami, jakby coś w nim ją zastanawiało. Czyżby miała wobec niego te same wątpliwości, jakie on miał wobec niej? Wierząc w to, przepełniony nadzieją, zatrzymał się również.

– Zapytaj w końcu o to, co nie daje ci spokoju – zachęcił ją.

Spuściła lekko głowę. Nie przypominała teraz w niczym tej chłodnej, dumnej dziewczyny, z niebezpieczną iskrą w oku, którą była zazwyczaj. W tym momencie wydawała się zagubiona, prawie pokorna, lekko nieśmiała. Dziwna – pomyślał Severus, kiedy pokonała dystans między nimi i zatrzymała się blisko.

– Mogę kontynuować te teoretyczne rozważania? – zapytała cicho.

Poczuł, jak jego serce zabiło mocniej z ekscytacji i wyczekiwania. To był ten moment – wiedział to. To był ten moment, kiedy Victoria Malfoy pozwoli w końcu, by zajrzał pod jej maskę i przekonał się, kim była naprawdę.

– Bardzo proszę – odrzekł spokojnie.

– Więc… co by było, gdybym… teoretycznie… nie była wcale…

Urwała nagle, patrząc mu z przerażeniem w oczy. Wtedy Snape zrozumiał: ona się go bała.

Już miał spróbować zachęcić ją w jakiś sposób do kontynuowania, kiedy nagle usłyszeli kroki. Obrócili głowy i dostrzegli, że w ich stronę zmierzał Lucjusz Malfoy. Snape zaklął w duchu; był jednak przekonany, że nie pozwoli Victorii nie dokończyć. Musiał przecież dowiedzieć się tej nocy prawdy – nie tylko dla spokoju Dumbledore'a, ale i własnego. Planował wrócić do tej rozmowy po przyjęciu.

– Witaj, Victorio, jak miło, że jesteś – powitał córkę Lucjusz, składając krótki pocałunek na jej włosach. – Jestem bardzo dumny z ciebie. Czarny Pan sam układał listę gości… – Następnie popatrzył na Severusa. – Witaj, przyjacielu, ciebie również dobrze widzieć – powiedział, choć już bez uśmiechu.

Lucjusz Malfoy, Snape to wiedział, gardził nim i podziwiał go jednocześnie. Gardził, bo Snape był półkrwi i pochodził z biednej, nic nie znaczącej w świecie czarodziejskim rodziny, a podziwiał, bo mimo to uchodził za prawą rękę Czarnego Pana oraz jawił się jako człowiek tak zagadkowy, mroczny i tajemniczy, że samo to wzbudzało obawy.

– Spotkałeś już Iwanowa? – zapytał Snape, kiedy szli w trójkę w stronę dworu.

– Oczywiście. Przywitałem go, tak jak was przed chwilą – odrzekł, próbując dać do zrozumienia, że przecież jest gospodarzem tego domu. Nie powiedział jednak tego na głos; prawdopodobnie dlatego, że w rzeczywistości wcale tym gospodarzem już nie był – tę rolę przejął Voldemort.

– Czy przyjął już Mroczny Znak?

– Tak. Podobno wczoraj. Dzisiaj, wedle planu naszego pana, ma się zapoznać z nami, najważniejszymi śmierciożercami. Czarny Pan traktuje go szczególnie. Musimy się z Iwanowem zintegrować, aby był zadowolony.

Snape westchnął w duchu. O niczym nie marzył goręcej, myślał z ironią, niż o integrowaniu się z psychopatą, by inny, większy jeszcze psychopata, był zadowolony.

– To, co mnie zaskoczyło, kiedy go zobaczyłem pierwszy raz, był jego wiek – przyznał Lucjusz i popatrzył dziwnie znacząco na Victorię. – Jest naprawdę młody. Ma chyba około trzydziestu lat.

Snape zdumiał się. Nie spodziewał się, że Charl Iwanow, jeden z najsławniejszych i najpotężniejszych bułgarskich czarodziejów, profesor Durmstrangu, był młodszy od niego.

– W takim wieku zdołał opanować taką moc magiczną, jaką się mu przypisuje? – zapytał Snape, pamiętając dobrze, jak Dumbledore opowiadał mu o silnych zaklęciach, które podobno Iwanow wynalazł.

– Nie wiem, dlaczego tak cię to dziwi, Severusie – odrzekł Lucjusz, obracając głowę, by na niego spojrzeć. – Ty opanowałeś wielką magię, będąc zaledwie nastolatkiem, pamiętasz? Nie przeszedłeś nawet do końca mutacji, kiedy stworzyłeś Sectumsemprę.

Snape szedł niewzruszony przed siebie, chociaż ta uwaga sprawiła, że miał ochotę westchnąć i zerknąć na Victorię, by zobaczyć jej reakcję. Wspaniale, pomyślał z przekąsem, ona się go bała, on miał w zamiarze zrobić wszystko, by przestała, a teraz dowiedziała się o nim, że kiedy był młodszy od niej, stworzył okrutne zaklęcie, które z pewnością – jako śmierciożerczyni i członkini dwóch mrocznych rodów – dobrze znała.

Victoria, kiedy usłyszała, że to Snape był twórcą Sectumsempry, zamarła w duchu. Nagle poczuła ulgę, że nie powiedziała mu o swoich prawdziwych odczuciach co do bycia w szeregach zła.

Gdy weszli do domu, spotkali kilku śmierciożerców na korytarzach, który rozmawiali ze sobą, przechadzając się po dworze. Przyjęcie jeszcze oficjalnie się nie rozpoczęło. Zanim weszli do salonu, natrafili na Narcyzę. Kobieta uśmiechnęła się ze wzruszeniem na widok swojej córki, ale w jej oczach dało się dostrzec smutek – Victoria doskonale wiedziała, że jego źródłem była ona sama, obecna na tym przyjęciu.

W salonie zaczęło gromadzić się coraz więcej ludzi; zbliżał się czas rozpoczęcia wydarzenia. Gdy wybiła pełna godzina, w wielkim, pięknym pomieszczeniu znajdowało się już ponad dwadzieścia osób – prawie każdy z nich był zasłużonym, niebezpiecznym, wysoko postawionym śmierciożercą. Czarnego Pana ani Charla Iwanowa nigdzie jeszcze nie było.

Victoria stała samotnie pod ścianą. Nie zamierzała traktować Snape'a jako swojego opiekuna, za którym chodziłaby krok w krok – zwłaszcza po dowiedzeniu się, jakiego zaklęcia był twórcą. Snape więc stał po drugiej stronie salonu; zdawał się w ogóle nie patrzeć w jej stronę. Narcyza i Lucjusz rozmawiali z dopiero co przybyłą Bellatriks i jej mężem.

– Ty też tutaj, Victorio? – zagadał ją Yaxley, jeden z przyjaciół ojca Ślizgonki, wyraźnie zdziwiony jej widokiem.

Nie on jeden był zaskoczony. Prawie każdy przyglądał się młodej dziewczynie z niezrozumieniem.

– Jak widać – odparła chłodno, próbując udawać, że nie różni się niczym od nich, że nie jest wcale przepełniona tysiącami obaw, choć tak naprawdę sama nie do końca pojmowała, co tak właściwie tutaj robiła.

– Cieszę się ogromnie. Mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawić.

Snape zauważył, jak Yaxley podszedł do Victorii i zaczął z nią rozmawiać. Przez chwilę miał ochotę znaleźć się bliżej nich – tak na wszelki wypadek; w końcu ona była jego uczennicą i wychowanką, a Yaxley jednym z najbliższych współpracowników Voldemorta. O czym więc mogliby rozmawiać, aby Malfoy nie straciła poczucia komfortu? Zaraz jednak wyparł te głupie myśli z głowy. Ta dziewczyna, którą się nagle tak naiwnie przejął, w jakiś sposób wkupiła się w łaski Czarnego Pana ledwie dwa tygodnie po oficjalnym dołączeniu do niego. Z pewnością nie była bezbronna. Snape przestał więc zwracać na nią uwagę.

Niedługo później do salonu wszedł Czarny Pan, a zaraz za nim wysoki, brązowowłosy mężczyzna, o oczach – co Snape'a wprawiło w dziwny niepokój – czerwonych, przywodzących na myśl diabła. Wszyscy uklękli przed Lordem, w tym stojący blisko niego Iwanow.

– Wstańcie – rzekł po chwili Voldemort, idąc dalej w kierunku wielkiego fotela przygotowanego dla niego, stojącego u końcu pomieszczenia, w miejscu, z którego można było wszystko i wszystkich obserwować.

Iwanow nie poszedł już za nim. Podniósł się z podłogi i stał w miejscu, bez mrugnięcia okiem znosząc oceniające spojrzenia wszystkich znajdujących się w salonie śmierciożerców. Czekał widocznie, aż Czarny Pan zdecyduje się go przedstawić.

– Jak wiecie, nie rozkazałem wyprawić przyjęcia bez powodu. Poznajcie człowieka, dla którego tu jesteście – przemówił Voldemort, wskazując na czerwonookiego mężczyznę. – Oto Charl Iwanow. Niezwykle mądry, sławny, utalentowany czarnoksiężnik, który może przyczynić się do naszego zwycięstwa w nadchodzącej wojnie… Wczoraj oficjalnie włączyłem go do szeregów. Dzisiaj natomiast chcę, aby się pośród tych szeregów prawdziwie znalazł… Powitajcie go życzliwie i pamiętajcie, że wszyscy jesteśmy jedną drużyną… A teraz włączcie muzykę, zastawcie stoły, napełnijcie kielichy. Bawcie się i cieszcie z gościnności naszych wiernych przyjaciół, Lucjusza i Narcyzy… Podczas przyjęcia będę z wami rozmawiał. Jest kilka spraw, mało znaczących co prawda, które chcę przedyskutować z wybranymi.

Victoria po usłyszeniu tych słów zadrżała na całym ciele. Mroczna muzyka klasyczna rozbrzmiała nagle w salonie, a na stołach ustawionych pod dwoma ścianami pojawiło się sporo jedzenia i napojów, ale ona mogła myśleć tylko o tym, że być może i z nią Czarny Pan będzie chciał porozmawiać tego wieczora… o jej profesorze. Wciąż nie podjęła decyzji, co powinna o nim Voldemortowi powiedzieć – i czy coś w ogóle powinna. Jednak kiedy wyobrażała sobie, jak mówi Czarnemu Panu, że niczego konkretnego się nie dowiedziała, oblewał ją jeszcze większy strach.

Najpierw Voldemort przywołał Dołohowa i długo z nim o czymś rozmawiał. Victoria obserwowała ich ukradkiem, myśląc o tym, że z pewnością i na nią nadejdzie tego wieczora kolej. Przecież to musiał być właśnie główny powód tego, dlaczego została zaproszona! Czarny Pan chciał mieć okazję, by z nią pomówić.

Iwanow krążył między śmierciożercami i przedstawiał się im osobiście, z każdym zamieniając kilka słów. W pewnym momencie dotarł do Victorii; trafił na nią akurat wtedy, gdy przechodziła przez środek salonu, który stał się tymczasowo parkietem dla śmierciożerców i ich towarzyszek, na drugą stronę pomieszczenia.

– Zatańczymy i porozmawiamy krótko? – zaproponował, zagradzając jej drogę.

Spojrzała mu w oczy – doprawdy były przerażające i dziwaczne. Nie miała ochoty z nim tańczyć ani rozmawiać, ale oczywiście – jak to wiele razy w swym życiu – nie miała wyboru. Czarny Pan w końcu nakazał traktować Iwanowa życzliwie – to z pewnością w jego języku oznaczało, że należało zgadzać się na wszystko, na co miał ochotę.

– Dobrze – odpowiedziała więc i pozwoliła mu położyć dłoń na swojej talii.

– Jestem Charl Iwanow. Pochodzę z Bułgarii. Tam średnia temperatura jest wyższa niż tutaj, nad czym ubolewałem, przenosząc się do Wielkiej Brytanii, jednakże teraz marznę z prawdziwą przyjemnością – powiedział, pochylając lekko głowę, jakby jego przyjemność miała coś wspólnego z jej osobą.

Victoria powstrzymała się od przewrócenia oczami. Nie potrafiła jednak zmusić się do uśmiechu.

– Victoria Malfoy. Długotrwałe przebywanie na mrozie wiąże się ze straszliwymi skutkami – odparła. – Nie staraj się odnajdywać przyjemności w tym, co tak naprawdę cię niszczy.

Kąciki jego ust uniosły się, a on popatrzył na nią z jeszcze większym zaciekawieniem.

– Sztuką jest odnaleźć w tym, co pozornie wyniszczające, źródło siły i mocy. Czasem to, przed czym najbardziej uciekamy, jest tak naprawdę tym, co jest nam pisane i co uczyni nas wielkimi.

Słowa Iwanowa sprawiły, że zamyśliła się na chwilę.

– Co ty tutaj robisz, Victorio? Nie widzę żadnej innej osoby w twoim wieku. W dodatku twoi, a w zasadzie już nasi, przyjaciele z drużyny też zdają się patrzeć na ciebie ze zdziwieniem. Uczęszczasz jeszcze do Hogwartu?

– Tak, jestem na ostatnim roku – odpowiedziała i rozejrzała się dookoła. Rzeczywiście: wiele osób ją obserwowało, w tym Snape. – Czarny Pan widocznie uznał, że jestem tu potrzebna, skoro mnie zaprosił.

– Zastanawiam się, czy… Wybacz mi to, co za chwilę powiem, ale inny śmierciożerca mi to przed chwilą podsunął… Zastanawiam się więc, czy Czarny Pan nie zaprosił cię, byś była mi miłą towarzyszką. Jak widzisz, prawie każdy ma swojego partnera bądź partnerkę… Jeśli taka była jego intencja, to chyba nie będę w stanie mu się odwdzięczyć. Masz w sobie coś bardzo przyciągającego. Nie chcę brzmieć jak arogancki podrywacz.

– Ależ tak właśnie brzmisz. Nie sądzę, abyś to ty był powodem, dla którego zostałam zaproszona – odpowiedziała urażona.

W twarzy Iwanowa coś się nagle zmieniło. Prawdopodobnie poczuł złość, choć starał się to ukryć pod maską obojętności.

– Naprawdę tak myślisz? – zapytał.

– Mhm. Tak właśnie myślę.

– Ciekawe, co innego byś tutaj miała robić, skoro jesteś niczym więcej, jak tylko małą i niedoświadczoną uczennicą żałosnej szkoły, bez żadnych osiągnięć jako śmierciożerczyni.

Puścił ją gwałtownie i odszedł, zostawiając samą na parkiecie. Kilka osób to dostrzegło i popatrzyło na Victorię z jeszcze większym zdziwieniem. Ona natomiast odeszła w róg pomieszczenia, drżąc z tłumionej wściekłości. Jak śmiał jej coś takiego powiedzieć? Jak śmiał jej tak nie docenić?

Nagle wściekłość opuściła ją w sekundę, gdy zdała sobie sprawę, że groźne oczy Czarnego Pana były w niej utkwione, a on sam przywoływał ją ruchem palca. Z pewnością widział scenę na parkiecie. Czy postanowił teraz ukarać ją za to, że przez nią Iwanow stracił humor? Czy może chodziło o misję dotyczącą szpiegowania Snape'a, którą jej powierzył około tydzień temu?

Nieważne, o co chodziło. Kiedy szła w jego kierunku, bała się, że nie da sobie rady; że nie będzie w stanie kolejny raz rozmawiać z nim w cztery oczy i udawać, iż nie jest przesiąknięta strachem. Jak mogłaby nie być, skoro niejednokrotnie myślała o tym, że nie czuje prawdziwej lojalności do Czarnego Pana, a on przecież był mistrzem legilimencji i jeśliby chciał, to w kilka sekund wdarłby się do jej głowy i dowiedział o wszystkim, co ona starała się tak zawzięcie ukryć?

Kiedy do niego dotarła, on podniósł się z fotela. Uniosła głowę, by spojrzeć w jego zimne oczy, niepewna, co w nich zobaczy. Czarny Pan zdawał się, ku jej uldze, nie patrzeć na nią ze złością czy rozczarowaniem. Może więc nie chodziło o żadną karę…

– Obiecałem, że tego wieczoru odbędę kilka rozmów – powiedział jej. – Jedną zaplanowałem z tobą, Victorio. Mam już jednak dosyć tej muzyki i tłoku. Udajmy się do jakiegoś cichego pomieszczenia.

Malfoy kolejny raz tego wieczoru stała się obiektem powszechnej uwagi. Tym razem większość oczu zwróciła się ku niej, kiedy szła za Czarnym Panem w stronę drzwi, a następnie opuściła z nim salon. Zanim to zrobiła, nawiązała krótki kontakt wzrokowy ze Snape'em. Widziała po nim, że był zaskoczony.

Czarny Pan zaprowadził ją na wyższe piętro, a następnie do pustej komnaty, która kiedyś była pokojem gościnnym. Wyszli na balkon i tam usiedli na krzesłach. Księżyc przyglądał się tej scenie z niepokojem, ale oczywiście nie mógł czuć tego, co czuła Victoria.

– O czym chciałeś pomówić, panie? – zapytała cicho i pokornie, starając się z całych sił ukryć swoje wielkie przerażenie.

– Najpierw zapytam cię o coś, o co wcale nie miałem zamiaru, ale zobaczyłem tę scenę na parkiecie, kiedy to tańczyłaś z Charlem… Co o nim sądzisz?

Spuściła wzrok, niepewna, czy powiedzieć prawdę. A prawda była taka, że uważała Charla za zarozumiałego, żałosnego narcyza. Ale… czyż i kimś tego rodzaju nie był siedzący przed nią czarnoksiężnik, który nie życzył sobie, aby jego poddani wyrzekali głośno jego imię, ponieważ imię swoje uznawał za zbyt potężne, święte niemal, by można je było tak po prostu wymawiać?

– Cóż… rozmawiałam z nim krótko – odpowiedziała ostrożnie.

– Ale jednak sprawiłaś, że opuścił cię nagle. Co się wydarzyło? Co mu powiedziałaś? Nie spodobał ci się?

Victoria zamarła, kiedy usłyszała to ostatnie pytanie. Czyżby więc naprawdę chodziło o to, co powiedział jej Charl? Czy naprawdę została zaproszona po to, by być jego towarzyszką? Taki był cel Voldemorta?

– Panie, czy to z jego powodu zostałam zaproszona? On tak właśnie stwierdził, w bardzo zresztą arogancki sposób. Mnie się to nie spodobało, nie uwierzyłam mu, ale jeśli rzeczywiście to on jest powodem, dla którego tutaj jestem, to…

– Co ci powiedział? – przerwał jej Voldemort.

Zdziwiła się, że nie chciał słuchać jej tłumaczeń. Powtórzyła mu więc słowa Iwanowa. Czarny Pan roześmiał się chłodno, kiedy je usłyszał.

– Mała i niedoświadczona uczennica żałosnej szkoły, bez żadnych osiągnięć? Tak cię właśnie widzi? Ciekawe. Victorio, nie zaprosiłem cię z jego powodu. To doprawdy impertynenckie i żałosne z jego strony, że śmiał tak pomyśleć. Muszę z nim o tym porozmawiać i dać mu do zrozumienia, iż pozwolił sobie na zbyt wiele. Obraził cię i to był pierwszy błąd, jaki popełnił jako mój sługa. Może nie mylił się z jednym tylko… Uznał, że nie masz żadnych osiągnięć jako śmierciożerczyni. Czy to prawda? Czy może jednak jest coś, o czym chciałabyś mi powiedzieć i zdobyć tym moje uznanie?

Wiedziała, o co pytał. Chodziło rzecz jasna o Snape'a. Była przerażona i zupełnie nieprzygotowana. Zanim znalazła się z nim sam na sam, przez chwilę wydawało jej się, że może jednak będzie w stanie go okłamać i powiedzieć, że niczego nie wie. Teraz jednak, siedząc tuż naprzeciwko niego, z jego czerwonymi, zimnymi oczami wbitymi prosto w jej twarz, nie czuła się ani trochę na siłach, by zrobić coś wbrew niemu. Jeśli życzył sobie, aby powiedziała mu, co wie, to musiała to zrobić. Nie mogła go zawieść. Nie mogła pozwolić na to, aby się na nią wściekł.

A z drugiej strony – jak mogłaby zdradzić Snape'a, skoro miała w sobie ten mały, ale jakże znaczący cień nadziei, że pomagał Dumbledore'owi?

– Tak, Victorio? – ponaglił ją, kiedy milczała zbyt długo. – Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć?

Spojrzała mu w oczy. Do ostatniej sekundy nie była pewna, co zrobić.

– Chyba tak, panie – odpowiedziała.

– Słucham uważnie.

Zawahała się jeszcze tylko jeden raz, a potem rzekła spokojnym, zdecydowanym tonem:

– Severus Snape jest w związku z członkinią Zakonu Feniksa.