Gdy tylko Voldemort pozwolił jej odejść, opuściła dwór, z nikim się nie żegnając. Pamiętała, że przed rozpoczęciem przyjęcia pytała Snape'a, czy będą mogli deportować się do Hogwartu razem, jednak w zaistniałych okolicznościach nie śmiała na niego czekać. Zdradziła go. Doniosła Czarnemu Panu o jego związku z członkinią Zakonu Feniksa. Reakcja Voldemorta na tę wieść – czyli szczere zdumienie i wściekłość – jasno świadczyły o tym, że Czarny Pan nie miał o niczym pojęcia i że w takim razie Snape nie spotykał się wcale z Vector, aby wyciągnąć od Zakonu Feniksa więcej informacji dla Voldemorta, jak zakładała, że mogło być. A skoro spotykał się z nią tylko dlatego, iż żywił do niej jakieś uczucie i zwyczajnie tego chciał, to nie mógł być wcale tym okrutnym i oddanym w pełni złu człowiekowi, za jakiego go brała.
Gdy stanęła za bramą dworu, zaczął padać deszcz. Czuła, jak w jej oczach zbierają się łzy. Była przerażona tym, co zrobiła. Czy Snape w ogóle przeżyje to spotkanie z Czarnym Panem, na które został wezwany zaraz po tym, jak ją odesłano? Merlinie. Teraz była niemal pewna, że popełniła ogromny błąd. Jeśli Snape nie wróci, jak ona wytłumaczy Dumbledore'owi, że to z jej powodu Zakon Feniksa stracił swojego, być może, cennego szpiega?
W dodatku miała problem z teleportacją. Bała się, że dozna rozszczepienia, ale nie mogła zbyt długo się wahać. Snape mógł nadejść w każdej chwili… Podejrzewała, że jeżeli uda mu się jakoś sprytnie wytłumaczyć i Czarny Pan jednak oszczędzi mu tortur – och, jak okropnie to brzmiało! – to i on nie będzie chciał zostać dłużej na przyjęciu i przyjdzie tutaj, za bramę, by także się deportować. Nie chciała go spotkać, nie dzisiaj. Nie jutro. Westchnęła nagle. Następnego dnia miała przecież zajęcia z eliksirów…
Kiedy w końcu udało jej się przenieść, nie ruszyła od razu do zamku. Usiadła na twardej i zimnej glebie pod jednym z drzew nieopodal bramy. Tutaj deszcz nie padał, choć chyba się na niego zanosiło… Ona jednak postanowiła czekać.
Nie czekała wcale po to, by podejść do niego, kiedy się pojawi, i porozmawiać. Wiedziała, że to nie był dobry pomysł. Mogła sobie jedynie wyobrażać, jak wściekły Snape będzie, kiedy wróci. Czekała po to, by się upewnić, że wszystko z nim w porządku… Słyszała przecież nieraz o przypadkach, kiedy ktoś naraził się jakoś Czarnemu Panu i był ciężko torturowany przez długie godziny…
Kiedy Snape nie wrócił po godzinie, a potem po dwóch, zaczęło jej się wydawać, że słyszy jego przepełnione cierpieniem krzyki, że czuje zapach krwi. Nagle jednak rzeczywiście coś usłyszała. Ocknęła się wówczas, bo przez ostatnie minuty ze zmęczenia zapadła w półsen, i odkryła, że w stronę bramy, drogą wiodącą spod zamku, szły dwie postaci.
Szpiczasty kapelusz Dumbledore'a rozpoznała od razu, mimo że dookoła panowała ciemność, rozpraszana delikatnie jedynie przez księżyc i gwiazdy. Po chwili usłyszała także głos dyrektora, a potem jeszcze jeden – kobiecy, należący do profesor Vector. Znajdowali się jednak zbyt daleko, by mogła wychwycić ich słowa, ale była pewna, że rozmawiali o długiej nieobecności Snape'a i to właśnie z tego powodu się tutaj zjawili: chcieli sprawdzić, czy nie ma go gdzieś w okolicach bramy i czy nie potrzebuje pomocy.
Gdy zbliżyli się do miejsca, w którym siedziała, ukryta w mroku, profesor Vector przystanęła i westchnęła głośno.
– Nie ma go – powiedziała, a smutek, który rozbrzmiewał w jej głosie, przejął Victorię i sprawił, że poczuła się jeszcze gorzej. – Albusie… tam musiało się coś stać. Nie wierzę, że Severus zostałby na przyjęciu z tymi ludźmi tak długo.
– Masz rację, Septimo. To nie w jego stylu. Wróciłby natychmiast, by mi o wszystkim opowiedzieć – odrzekł Dumbledore, dobijając tymi słowami Victorię; a więc Dumbledore znał dobrze Snape'a i był go pewien. Czyż to nie świadczyło o tym, że Snape był prawdziwie szpiegiem właśnie dla niego?
Och. A wystarczyło pójść do Dumbledore'a i jego o wszystko zapytać… Ale teraz było już za późno.
– Najgorsze, że nawet jeśli wróci i z jakiegoś powodu okaże się, że Voldemort na tym przyjęciu wściekł się na niego i poddał go torturom, co, jak wierzę, obydwoje podejrzewamy, że miało miejsce, to nie pozwoli mi sobie pomóc. Nie rozumiem tego, Albusie. Wybacz, że wyżalam się przed tobą, ale z kim innym mogę o nim porozmawiać? Mój problem jest taki, że on mnie do siebie zupełnie nie dopuszcza. Jasne, dał mi hasła do swoich kwater, a to już naprawdę coś niesamowitego, jak na niego; jasne, zaprasza mnie wieczorami, aby pograć w szachy i napić się wina; jasne, mówi mi o rzeczach, o których pewnie nie powiedziałby przypadkowej osobie… Ale nie czuję, aby on mnie kochał albo potrzebował. A przecież to chyba o to chodzi w związku, prawda?
Dumbledore nie odpowiedział od razu. Może i był największym czarodziejem tych czasów, ale chyba i on miał problem, by odnaleźć odpowiednie słowa na takie wyznanie.
– Severus jest bardzo… specyficznym człowiekiem – odrzekł w końcu siwobrody. – Oczywiście zdajesz sobie z tego sprawę. Powinnaś też wiedzieć, że on otwiera się, jeśli już, bardzo, bardzo powoli. Mnie zajęło wiele długich lat, by mu udowodnić, że może być przy mnie sobą. Nie powiem, aby jego „bycie sobą" było zawsze łatwe – przyznał, chichotając – ale z drugiej strony jego inteligencja, umiejętność dostrzegania najmniejszych szczegółów, zawziętość, upór… to cechy, które okazały się na tyle cenne, że warto było cierpliwie czekać, aż w końcu mnie do siebie dopuści.
– Tak? Ale ja nie chcę go dla siebie jako szpiega. A ty wymieniłeś te jego cechy, które są rzeczywiście wspaniałe, kiedy chcesz, aby ktoś dla ciebie pracował. Nie zrozum mnie źle, Albusie, ale wydaje mi się, że wcale go nie znasz. Nie znasz go jako człowieka. Wiesz o nim tylko tyle, ile on chciał, abyś wiedział, kiedy pojął, że pracowanie dla ciebie będzie najlepszym sposobem na odkupienie win z przeszłości. Tak sądzę, ale nie wiem dokładnie, jak to się stało, że zaczęliście współpracować. – Na chwilę zamilkła, jakby namyślając się nad czymś. – A skoro ty nie znasz go jako człowieka, to niestety zaryzykuję stwierdzenie, że nikt go nie zna. I może nigdy nie pozna, bo on po prostu nikomu na to nie pozwoli. Nawet mnie.
– Tak i nie. Rzeczywiście nie znam go chyba tak dobrze, jak to nazwałaś, jako człowieka, jakbym chciał. Ale nie zgodzę się z tym, że znam, dostrzegam i cenię te tylko jego cechy, które są mi przydatne. Nie myśl, że widzę w nim tylko szpiega, Septimo. Uważam go też za przyjaciela. Przyjaciela, który jest dla mnie szpiegiem nie tylko dlatego, iż uznałem, że się do tego nadaje, a przede wszystkim dlatego, że bardzo mu ufam.
Victoria schowała twarz w dłoniach. Teraz była już w stu procentach pewna, że zdradziła człowieka, który był prawdziwie po stronie światła, czyli dokładnie tam, gdzie i ona pragnęła być. Gdy wyjrzała przez palce znów na dwójkę rozmawiających ludzi, Dumbledore zerknął w stronę drzewa, pod którym siedziała, otulona ciemnością. Zamarła; czyżby wiedział, że tam była?
– A Victoria Malfoy? – zapytała nagle Vector. – Wróciła?
– Z tego co wiem, nie ma jej w zamku, ale… – Dumbledore znów spojrzał w kierunku drzew. A więc musiał być świadom jej obecności.
– Merlinie! Co tam się mogło wydarzyć? Nie chce mi się wierzyć, że impreza się jeszcze nie skończyła.
Dumbledore chciał chyba uświadomić profesor Vector, że Victoria wróciła i znajdowała się bardzo niedaleko nich, ale profesorka numerologii nie dała mu dojść do słowa. Zapytała go niespodziewanie:
– Albusie, jak sądzisz, jaką cyfrą lub liczbą jest panna Malfoy? Wiem, że twoja intuicja do numerologii jest niezwykła i nieraz mi bardzo pomogła w różnych badaniach.
– Ciekawe pytanie jak na tak późną porę, Septimo. Daj mi chwilę. Intuicja tutaj tylko rozstrzyga pewne kwestie, poza nią potrzeba jeszcze obliczeń.
I odszedł od niej na kilka kroków, po czym wpatrzył się w niebo i stał tak nieruchomo kilka minut, prawdopodobnie widząc oczyma wyobraźni różne skomplikowane równania. Victoria podniosła się cicho z gleby, obserwując ze zdumieniem dyrektora. Dlaczego profesor Vector zapytała dyrektora o jej liczbę? Victoria dobrze wiedziała, jaka była jej przypisana przez los. Jedenastka.
– Jedenaście – powiedział w końcu Dumbledore, uśmiechając się i wracając do Septimy. – Tak, Victoria to z pewnością jedenastka. To bardzo rzadko pojawiająca się liczba w numerologii, nie mylę się?
– Nie mylisz. A czy obliczałeś kiedyś, jaka liczba wychodzi Severusowi?
Dumbledore znów zamilkł na kilka minut, pochłonięty widocznie obliczeniami. Kiedy skończył, popatrzył na profesor Vector z niemym zdumieniem.
– Właśnie – skomentowała jego minę Septima. – Niesamowite, prawda? Też jedenastka. Według tez numerologicznych oznacza to, że…
– Wiem, co to oznacza – przerwał jej niespodziewanie Dumbledore. Czyżby nie chciał, by dowiedziała się tego Victoria? – Chodź, Septimo, wróćmy do zamku. Jeśli Severus się pojawi, zostanę powiadomiony.
– Przez kogo? – zapytała cicho Vector, gdy Dumbledore objął ją na chwilę ramieniem i zaczął prowadzić w stronę szkoły.
– Przez Hogwart, oczywiście – odpowiedział i znowu zachichotał krótko.
