W niedzielę rano, kiedy Victoria ślęczała w bibliotece nad książkami, próbując przygotować się na aż trzy wielkie sprawdziany, które czekały ją w nadchodzącym tygodniu, zza regału wyłonił się nagle jej brat.
– Tu jesteś! Wszędzie cię szukam – powiedział Draco, rozsiadając się na krześle obok.
– Czego chcesz? Jestem zajęta.
– Grzeczniej, bo naskarżę ojcu. – Popatrzył na nią ze złośliwym rozbawieniem.
Victoria zmierzyła go takim spojrzeniem, że od razu stracił ochotę na kolejne docinki.
– Do rzeczy – nakazała mu, otwierając jedną z książek do astronomii.
Draco wydobył z kieszeni kopertę.
– Czytaj.
Victoria wyciągnęła z koperty list.
– To od mamy – zauważyła od razu i zaczęła lekturę. – Och. Ojciec ma urodziny za kilka dni, ale postanowiła świętować je dzisiaj wieczorem. Jesteśmy zaproszeni na uroczystą kolację. Snape też. Mamy mu to przekazać? – Spojrzała znad listu na Dracona.
– Nie, dostał własne zaproszenie. Widziałem podczas śniadania, że sowa rodziców dostarczyła kopertę także jemu.
– Skoro będzie Snape, to pewnie inni śmierciożercy też.
– Oczywiście, w końcu to przyjaciele rodziny – zakpił blondyn.
Obydwoje popatrzyli na siebie znacząco.
– Ciekawe czy on też będzie – rzekła cicho Victoria, mając na myśli oczywiście Czarnego Pana.
– Niewykluczone, a nawet bardzo prawdopodobne. – Draco podniósł się z krzesła. – Lecę. Bądź gotowa o osiemnastej. Jak uda mi się spotkać Snape'a, to zapytam go, czy zamierza przenieść się z nami.
Victoria kiwnęła tylko głową. Brat nie zauważył, że nagle stała się nieobecna; myśli o Czarnym Panie sprawiły, że całe jej względnie dobre samopoczucie ulotniło się w sekundę. Jak miała patrzeć na niego przy wszystkich, przy własnej rodzinie, i udawać, że przedwczorajszego wieczora nie obejmowała ręką jego ramienia podczas spaceru po mugolskich przedmieściach, z okazji którego on, specjalnie dla niej, przeobraził się w przystojnego mężczyznę?
Jakiś czas później odkładała ciężkie tomiszcza na regały, z zamiarem udania się na obiad. Nagle coś przyszło jej do głowy; znalazła odpowiedni dział i wkrótce trzymała w dłoniach książkę o oklumencji. Najwyższy czas, by zacząć się tego uczyć, pomyślała, po czym podeszła do bibliotekarki, by wypożyczyć pozycję, która mogła kiedyś – jak przypuszczała – uratować jej życie.
Po obiedzie spędziła trochę czasu z Pansy Parkinson. Nie mogła jej wiecznie unikać, dlatego uznała, że tym razem zgodzi się pospacerować z nią po błoniach i porozmawiać o najbardziej przyziemnych rzeczach. Kiedy wracały do zamku, Victoria pomyślała, że w zasadzie było jej to bardzo potrzebne.
Na urodzinową kolację przywdziała elegancką szatę wyjściową, granatową, wykończoną złotymi nićmi, włosy zaplotła w warkocza, a uszy i szyję ozdobiła biżuterią. Draco, jak się okazało, kiedy spotkała go już na korytarzu, założył granatowy garnitur.
– No proszę – skomentowała to Victoria. – Powiemy mamie, że się umówiliśmy na taki sam kolor. Będzie szczęśliwa z takiej współpracy swoich pociech. Nie może się dowiedzieć, że to zwykły przypadek! – dodała z ironią, klepiąc brata po ramieniu. – I jak, Snape przenosi się z nami?
– Tak. Ma na nas czekać przy bramie.
Rzucili na siebie zaklęcie kameleona i skierowali się do wyjścia. Tego wieczoru deszcz nie padał, ale trawa i dróżka były wciąż mokre po ostatnich ulewach. Snape rzeczywiście oczekiwał ich przy bramie; razem przenieśli się na Dwór Malfoyów.
Na uroczystej kolacji pojawili się Iwanow, Yaxley, Dołohow, Bellatriks i Rudolf Lestrange, Nott z małżonką, Rosier z rodziną i Avery. Przybył także Czarny Pan, który nie jadł niczego, tylko wszystkim się badawczo przyglądał.
– Narcyzo, Lucjuszu – zwrócił się do Malfoyów pod koniec wieczerzy. – Za godzinę ma pojawić się tutaj Greyback, przywódca wilkołaków, z towarzyszami. Mam zamiar przeprowadzić z nim negocjacje… Chcę, aby był gotów dołączyć ze swoimi pobratymcami do wojny po naszej stronie. Mam nadzieję, że jako gospodarze będziecie mi towarzyszyć. Dołohow, Avery, oczekuję również waszej obecności. Reszta może się bawić dalej i korzystać ze wspaniałej gościnności Lucjusza.
Wszyscy wymienieni oczywiście się zgodzili. Kiedy kolacja dobiegła końca, Victoria udała się do swojej komnaty na piętrze. Z sentymentem przyglądała się każdej rzeczy; tyle czasu spędziła między tymi ścianami jako dziecko! A teraz była już pełnoletnią czarownicą, której życie było dalekie od spokojnego, słodkiego, łatwego…
Gdy wyglądała przez okno, nagle usłyszała, że ktoś otworzył drzwi do jej pokoju. Obróciła się natychmiast.
– Co ty tutaj robisz? – zapytała zdumiona, kiedy dostrzegła Iwanowa.
Mężczyzna przyglądał jej się dziwnie. Victoria przypomniała sobie słowa Czarnego Pana; przyznał jej, że ukarał Iwanowa za niewłaściwe zachowanie w stosunku do niej nie mniej surowo niż Snape'a za ukrywanie związku z Septimą Vector.
– Chciałem tylko porozmawiać – odrzekł cicho.
– Nie sądzę, abyśmy mieli o czym. Już raz źle skończyłeś, kiedy ośmieliłeś się ze mną pogawędzić, prawda?
– Ośmieliłem się? – powtórzył i zaśmiał się lodowato. – Za kogo ty się uważasz?
– A ty? – Popatrzyła mu hardo w oczy, kiedy zbliżył się do niej na parę kroków. – Z tego co kojarzę, ostatnio sądziłeś, że Czarny Pan zaprosił mnie na przyjęcie, byś się za bardzo nie nudził. Marzyciel z ciebie, nie ma co. W każdym razie nasz pan sprowadził cię na ziemię. Nie przeszkadzaj mi więcej, jestem zajęta. – I obróciła się z powrotem do okna.
Poszedł do niej tak szybko, że ledwo zdążyła usłyszeć jego kroki. Chwycił ją za ramię i zmusił do zmierzenia się z sobą twarzą w twarz.
– Może i jestem marzycielem. Wiesz, o czym najbardziej marzę? – zapytał, uśmiechając się podle. – Aby zdeptać tę twoją żałosną pewność siebie. Skąd ona się w ogóle wzięła, co? Jestem wielkim czarnoksiężnikiem, a ty śmiesz traktować mnie w taki sposób, jakbyś sądziła, że jesteś ode mnie lepsza. Gdyby nie bycie córką Lucjusza Malfoya, nie miałabyś nawet okazji, by znaleźć się blisko Czarnego Pana…
– Tak bardzo boli cię odrzucenie? – przerwała mu z drwiną.
– Milcz, kiedy mówię. – Zacisnął swoją dłoń jeszcze mocniej na jej szczupłym ramieniu. – Uważam, że nie powinnaś chodzić z głową podniesioną tak wysoko, zwłaszcza że… jak sądzę… nie jesteś taka święta, co? – Kiedy dostrzegł jej zdziwione spojrzenie, zaśmiał się krótko. – Widziałem, jak dzisiaj podczas kolacji zerkałaś na Czarnego Pana… Czy mi się zdawało, czy widziałem w tobie wówczas strach? Nasz pan popełnia błąd, ufając ci tylko dlatego, że jesteś córką jednego z jego najważniejszych śmierciożerców. Domyślam się, że nie sprawuje nad tobą wystarczającej pieczy. Ja musiałem na wiele różnych sposobów udowodnić mu, że jestem godzien tego, aby przyjąć Mroczny Znak, a z tego co wiem, tobie pozwolono na to tak po prostu, od razu zresztą włączając cię niemalże do kręgu wewnętrznego… Przeklęty nepotyzm… A ty przecież możesz wykorzystywać to, że jesteś tak blisko niego, a on w żaden sposób cię nie kontroluje… Chcę być tym, który to odkryje i uświadomi Czarnego Pana. – Wyciągnął szybko różdżkę z kieszeni. – Legilimens!
Wydarzyło się to, czego najbardziej się obawiała – ktoś obcy dostał się do jej umysłu. Próbowała wyrzucić Iwanowa ze swojej własnej głowy, ale nie była w stanie. Kilka godzin temu dopiero co wypożyczyła podręcznik do oklumencji; nie zdążyła nawet do niego zajrzeć, nie mówiąc o ćwiczeniach. Bezradnie mogła więc jedynie oglądać to, co oglądał Iwanow, przeszukując jej wspomnienia, mając nadzieję, że nie natknie się na te, które mógłby wykorzystać przeciwko niej. Tak się jednak nie stało: szybko odkrył wspomnienie piątkowego wieczoru, kiedy mówiła Dumbledore'owi o swoich prawdziwych odczuciach.
Kiedy wydostał się z jej umysłu, zachwiała się; czuła ogromne zmęczenie, co było powszechne u osób, wobec których użyto legilimencji. Iwanow wpatrywał się w nią jak drapieżnik, który wiedział, że jego ofiara już mu nie ucieknie… Victoria postanowiła jednak spróbować wydostać się z tej przerażającej sytuacji: rzuciła się w stronę biurka, na którym leżała jej różdżka. On nie pozwolił, by sięgnęła po swoją broń: chwycił ją najpierw za masywny naszyjnik, spoczywający na jej szyi, a kiedy ten zerwał się i wylądował na podłodze, złapał ją za włosy i mocno szarpnął.
– Od samego początku miałem co do ciebie złe przeczucie – mówił, a jego głos kipiał gniewem i nienawiścią. – Ty mała, zdradziecka żmijo. Mogłaś mnie nie odrzucać… wtedy może łaskawie przymknąłbym oko na twoją dwulicowość, ale teraz… to już twój koniec. Czarny Pan zajmie się tobą z pewnością z dużo większą radością niż mną ostatnio, z twojego cholernego powodu.
Ciągnął ją za włosy w stronę drzwi. Drżąc na całym ciele, z nogami jak z waty, ze łzami stojącymi w rozszerzonych oczach, z sercem bijącym mocno jak dzwon, złapała cudem kamienną figurkę, która stała na komodzie. Ta jednak wyślizgnęła się spomiędzy jej palców i upadła z hukiem na podłogę. Ten hałas sprawił, że Iwanow przystanął i obrócił się, by sprawdzić, co się stało. Jego dłoń rozluźniła się wtedy, dzięki czemu Victorii udało się uciec w głąb pokoju. Podniosła figurkę i stanęła nieruchomo, przodem do niego, dysząc ciężko; jej załzawione oczy płonęły strachem i wściekłością. On warknął i wystartował natychmiast w jej kierunku, a wtedy Victoria również ruszyła naprzód, prosto na niego, wznosząc wysoko figurkę.
Snape przechadzał się po korytarzach Dworu Malfoyów, zastanawiając się, czy istnieje szansa, że Greyback zgodzi się przyłączyć do Czarnego Pana. Oczywiście, szybko doszedł do wniosku, szansa była bardzo duża – niestety. Postanowił, że zostanie na miejscu do momentu, w którym będzie miał okazję dowiedzieć się, jak zakończyły się negocjacje Czarnego Pana z dowódcą wilkołaków. Nie chciał wracać do Dumbledore'a bez konkretnych wieści.
Nagle, snując się jak duch po ciemnych korytarzach parteru, usłyszał huk dochodzący z piętra. Był na tyle potężny, że prawie zatrząsnął całym domostwem. Snape znajdował się akurat blisko schodów; pokonał je w zawrotnym tempie i po chwili zaglądał już do każdej komnaty z osobna na pierwszym piętrze. Gdy stanął w progu ostatniej, jego oczom ukazał się makabryczny widok: szlochająca Victoria Malfoy, siedząc okrakiem na Charlu Iwanowie, tłukła go po głowie zakrwawioną już, kamienną figurką. Mężczyzna nie ruszał się – był martwy albo nieprzytomny. Victoria po chwili zeszła z niego i, płacząc głośno, sięgnęła po leżący nieopodal masywny naszyjnik, jej własny, który został zerwany wcześniej podczas szamotaniny.
Snape obejrzał się w stronę drugiego końca korytarza; słychać było, że przynajmniej kilka osób, ściągniętych z pewnością przez hałas, wchodziło szybko po schodach.
Victoria, siedząc wciąż na ziemi, podniosła zapłakane spojrzenie na Snape'a. Patrząc mu prosto w oczy, owinęła ciężki naszyjnik wokół własnej szyi i zaczęła go z całej siły zaciskać. Snape odruchowo wyciągnął w jej kierunku dłoń, mimo że stał wciąż w progu, w sporej odległości od niej.
Nagle w korytarzu pojawili się kolejno Czarny Pan, Lucjusz, Draco, Narcyza, a za nimi kilka innych obecnych w domu osób. Victoria ledwie zdążyła odrzucić naszyjnik na podłogę, kiedy Voldemort, któremu Snape natychmiast zrobił przejście, wszedł do komnaty.
– Co tu się stało? – zapytał Czarny Pan, patrząc to na leżącego nieruchomo Iwanowa, to na siedzącą wciąż na posadzce Victorię.
– Panie… – Victoria podniosła się powolnie; jej dłoń powędrowała do własnej szyi, na której widoczny był czerwony ślad. – On… próbował mnie udusić…
Voldemort popatrzył długo na Victorię. Snape wsunął się cicho do pokoju; zszokowana Narcyza stała tuż w progu, z dłonią przyłożoną do piersi.
– Severusie, sprawdź, czy żyje – polecił Czarny Pan.
Snape rzucił najpierw ukradkowe spojrzenie na Victorię; patrzyła przerażonymi oczami na leżące na podłodze ciało, a potem podniosła wzrok na swojego profesora.
– Nie żyje – stwierdził Snape po krótkim zbadaniu różdżką Iwanowa.
W komnacie zapanowała ciężka cisza.
– Dlaczego usiłował cię zabić, Victorio? – zapytał Voldemort.
– Nie jestem pewna – odparła cicho – ale prawdopodobnie dlatego, że znów odrzuciłam jego zaloty. Przepraszam, panie… Zrobiłam to tylko po to, aby się bronić… On wszedł tutaj nagle i…
– Cicho – przerwał jej Czarny Pan. – Później o tym pomówimy. Za chwilę przybędzie Greyback. Narcyzo, Lucjuszu, znajdźcie Avery'ego i Dołohowa. Za pięć minut macie wszyscy być gotowi na towarzyszenie mi w negocjacjach. Będę was oczekiwał w salonie. Reszta ma nie opuszczać dworu. Severusie, pozbądź się zwłok. – Rzucił ostatnie spojrzenie na Victorię, potem na ciało Iwanowa i wyszedł z komnaty.
Narcyza i Lucjusz zmuszeni byli udać się za Voldemortem. Po nich odeszli wszyscy inni zgromadzeni, poza młodymi Malfoyami i Snape'em.
– Zabierz ją stąd – polecił tonem nieznoszącym sprzeciwu Snape, patrząc na Dracona.
Draco natychmiast podszedł do siostry i objął ją ramieniem, a następnie poprowadził w kierunku wyjścia. Kiedy opuścili komnatę, Victoria zatrzymała się nagle. Snape zdążył przymknąć już za nimi drzwi, ale przez wąską szparę wciąż mogła zobaczyć, co działo się wewnątrz. Było jej żal Snape'a, że musiał sprzątać po masakrze, której była sprawczynią.
Nagle, zanim Draco zdążył pociągnąć ją za rękę i zmusić do pójścia naprzód, zobaczyła, jak jej profesor podszedł do ciała, które – ku jej zdumieniu – zaczęło się nagle poruszać. Snape wyciągnął z wnętrza szaty różdżkę, wymierzył ją w Iwanowa i wypowiedział cicho zaklęcie uśmiercające.
Draco zaprowadził ją do ogrodu na tyłach domu i wcisnął w dłonie puchar z zaparzonymi ziołami. Po ponad kwadransie siedzenia na kamiennej ławie przy fontannie, w orzeźwiającym chłodzie październikowego wieczora, dostrzegli zbliżającego się w ich stronę Snape'a. Jego czarna szata, targana przez silny wiatr, sprawiała, że prezentował się wyjątkowo mrocznie, a raczej: mroczniej niż na co dzień – nie inaczej zresztą wyglądała jego twarz, śmiertelnie poważna.
– Draco, idź do domu – powiedział do chłopaka, kiedy znalazł się blisko nich.
– Nie ma mowy. Nie zostawię jej teraz.
– Idź. Do. Cholernego. Domu – powtórzył Snape, a ton jego głosu sprawił, że Draco zamrugał szybko, wpatrując się w niego prawie z niepokojem. – Teraz.
Malfoy chwilę się jeszcze wahał, ale w końcu pogłaskał siostrę po ramieniu i odszedł w kierunku budynku. Mimo że miejsce na ławce obok Victorii zostało zwolnione, Snape go wcale nie zajął. Stał prawie tuż nad nią, ze wzrokiem wbitym w jej spuszczoną głowę.
– Spójrz na mnie – zażądał.
Victoria spełniła jego polecenie. Snape próbował wyczytać z jej twarzy, w jakim była stanie. Wyglądała źle, ale nie na tyle, by nie mogła z nim porozmawiać.
– Możesz mi to wszystko wyjaśnić? – wycedził przez niemal zaciśnięte zęby.
– Niech pan usiądzie – poprosiła.
– Nie. To nie będzie przyjacielska pogawędka w blasku księżyca. Masz mi w tej chwili opowiedzieć, co dokładnie się stało.
– Niech pan usiądzie – powtórzyła cicho i przymknęła oczy.
Snape zacisnął szczękę tak mocno, że mimowolnie zaczęła mu drżeć. W końcu jednak zajął miejsce obok niej.
– Iwanow spenetrował mój umysł. Odkrył wspomnienie z piątkowego wieczoru, kiedy opowiedziałam Dumbledore'owi o wiadomo-czym – rzekła, wpatrując się przed siebie. – Pan też był rzecz jasna w tym wspomnieniu. Iwanow chciał natychmiast udać się ze mną do Czarnego Pana i mu o wszystkim donieść… Zaczął mnie targać za włosy… Już mnie prowadził… – Zamilkła na kilka sekund. – Musiałam to zrobić… Nie było żadnego innego wyjścia…
Snape nic nie odpowiedział, a Victoria nie chciała nawet obrócić głowy, by spojrzeć w jego twarz. Mogła sobie jedynie wyobrażać, jak wyglądał po usłyszeniu tego, że prawie zostali zdemaskowani przed Voldemortem.
– Nie zdradził mnie pan, chociaż nie wiedział wcale, co dokładnie się stało, kiedy znalazł się pan w progu komnaty. Widział pan, że sprawiłam sobie ślad na szyi sama. I… powiedział pan, że on nie żyje, a żył, prawda? – Popatrzyła w końcu na niego.
Snape wyglądał tak, jak jeszcze nigdy wcześniej. Jego twarz wyrażała jednocześnie pustkę i furię. Victoria prawie zadrżała.
– Tak, żył. Ledwie, ale żył – odpowiedział po kilku długich chwilach, patrząc jej w oczy takim spojrzeniem, że mimowolnie odwróciła własne.
Schowała twarz w dłoniach. Nie żałowała wcale Iwanowa; wciąż była zwyczajnie roztrzęsiona z powodu tego, że tak niewiele brakowało, a Czarny Pan by się wszystkiego dowiedział.
– Nie mam słów – usłyszała Snape'a. – Brak mi cholernych słów. Malfoy, jak mogłaś do tego dopuścić…?
– Jak mogłam? – Victoria popatrzyła na niego. – Ten człowiek mnie prześladował. Przyszedł do mnie, by powiedzieć mi prosto w twarz, jaka to jestem żałosna, a później postanowił zajrzeć w moje myśli i wspomnienia, by odnaleźć w nich cokolwiek, co by mnie obciążyło. Nie mógł sobie poradzić z tym, że go odrzuciłam. Chciał się zemścić. – Nagle podniosła się z ławki i złapała za głowę, ze wzrokiem wbitym w niebo. – Tak, to zdecydowanie moja wina! Moja wina, że postanowiłam zaufać Dumbledore'owi i mu o wszystkim opowiedzieć, a on nie pomyślał o tym, aby mnie jakkolwiek zabezpieczyć na przyszłość! Powinien był od razu zorganizować mi sesję nauki oklumencji! On albo pan! – Spojrzała na niego znowu i ściszyła głos. – To było pewne, że prędzej czy później ktoś niepożądany zajrzy mi do głowy.
– Tutaj masz rację. Dumbledore powiedział mi w piątek, że mam zacząć cię nauczać oklumencji od przyszłego tygodnia, a ja głupi się na to zgodziłem, bo wiedziałem, że w weekend czeka mnie mnóstwo papierkowej roboty i tworzenia eliksirów dla Zakonu. Powinienem był wszystkie inne obowiązki zignorować i cię zaciągnąć przedwczoraj, kiedy spotkaliśmy się przed zamkiem, do lochów i od razu rozpocząć.
Victoria nagle zdała sobie sprawę, że nie mogła dopuścić do tego, aby ktoś nauczał ją oklumencji. Nie po tym, jak spotkała się z Tomem. Wciąż nikomu nie powiedziała o drugim obliczu Czarnego Pana i wcale nie miała zamiaru tego robić – po pierwsze z dziwnego wstydu, a po drugie – ze strachu przed Voldemortem. Gdyby Snape bądź Dumbledore zaczęli ćwiczyć z nią oklumencję, mieliby dostęp do jej wspomnień i z pewnością szybko odkryliby to, co ukrywała.
– Dzisiaj rano postanowiłam, że sama zacznę się uczyć. Wypożyczyłam już podręcznik.
– Bez odpowiedniego nauczyciela i praktyki pójdzie ci dwa razy wolniej, niż mogłoby ze mną. Nie twórz kolejnych problemów.
– Dam sobie radę.
Snape także podniósł się w końcu z ławki. Stanął twarzą do niej i popatrzył na nią z góry.
– Jesteś nieznośnie uparta, Malfoy – wysyczał wściekle.
Victoria nie odpowiedziała, odwzajemniając jednak odważnie jego spojrzenie. Stali tak kilka sekund, patrząc sobie w oczy, kiedy nagle usłyszeli wołanie z domu.
