Gdy Victoria i Snape, po usłyszeniu wołania, wrócili do domu Malfoyów z ogrodu, Voldemort czekał już na nich w holu. Powiedział Severusowi, że może wrócić do zamku, po czym podszedł do Victorii, złapał ją za ramię i deportował gdzieś z sobą. Snape chwilę stał nieruchomo, wpatrując się w miejsce, w którym jeszcze przed momentem znajdowała się ona. Gdy Narcyza podeszła do niego, chwytając go za przód szaty i błagając, by wstawił się za Victorią, jeśli okaże się, że popadła w niełaskę u Voldemorta za zabicie Iwanowa, postanowił jak najszybciej wrócić do Hogwartu. Nie chciał słuchać płaczu Narcyzy; sam nie czuł się zbyt dobrze.
Kiedy znalazł się w swoich kwaterach, usiadł w fotelu i wpatrzył się w ścianę. Wiedział, że powinien był natychmiast udać się do Dumbledore'a i go o wszystkim powiadomić, ale nie miał na to siły. Prawdę mówiąc – był przerażony. Victoria Malfoy właśnie była przesłuchiwana przez Czarnego Pana. Nie mogłaby się przed nim obronić, gdyby – jak Iwanow – postanowił zajrzeć do jej umysłu. A jeśli zajrzałby do jej umysłu…
Snape zaklął głośno i podniósł się z fotela. Jego wzrok powędrował nawet w stronę szafy, w której trzymał torbę podróżną. Może powinien uciec? Zostawić to wszystko? Ukryć się daleko stąd i nigdy nie wrócić? Jeśli Voldemort dowie się, że Snape go oszukiwał, nawet ochrona Dumbledore'a może nie okazać się wystarczająca, by zapewnić mu bezpieczeństwo przed bezkresną wściekłością Czarnego Pana.
A co z nią? Czy Voldemort ją oszczędzi, jeśli odkryje prawdę? Bądź co bądź – nie zrobiła niczego przeciwko niemu; nie była mu prawdziwie wierna, to prawda, ale nie zaszkodziła mu przecież w żaden sposób. Jeszcze. W porównaniu do niego samego. Jemu Voldemort z pewnością by nie darował…
Wyszedł w końcu ze swoich kwater i ruszył na zewnątrz. Zamierzał na nią czekać i dowiedzieć się, czy Czarny Pan wdarł się do jej głowy.
Wróciła niecałą godzinę po tym, jak w oczekiwaniu oparł się o jedno z drzew rosnących nieopodal bramy. Zanim zdążyła rzucić na siebie zaklęcie kameleona i skierować się do zamku, podszedł do niej szybko.
– I jak? Mów wszystko – rozkazał jej.
– W porządku – odpowiedziała. – Uwierzył w moje słowa.
Snape poczuł, jak jakiś straszliwy ciężar, który przygniótł jego serce, wszystkie mięśnie, a nawet mózg, i męczył go odkąd zobaczył Victorię tłukącą w głowę Charla Iwanowa, zniknął nagle.
– Jesteś całkowicie pewna? – potrzebował dopytać. – Nie dostał się do twojego umysłu?
– Jestem pewna. Nawet nie próbował.
Przymknął oczy. Dopiero w tamtej chwili pojął w pełni, jak bardzo obawiał się śmierci, mimo że od dawna był przekonany, iż nie dbał zupełnie o własne życie i że było mu całkowicie obojętne. Nie mógł się bardziej mylić.
– Idź do zamku i odpocznij – powiedział do niej. – Zasłużyłaś. Jesteś, jak się okazuje, o wiele lepszą aktorką, niż na początku sądziłem…
– Cóż za komplement! A pan? Idzie pan do zamku?
– Trafię sam.
– Nie wątpię. Jakby pan nie wyczuł, to w moim pytaniu czaiła się subtelna propozycja, by pan do mnie dołączył.
Snape uniósł wysoko brwi.
– Dlaczego bym miał? Może ty nie jesteś w stanie trafić i potrzebujesz przewodnika?
– Jestem w stanie, po prostu… chcę z panem krótko porozmawiać.
Zauważył, że zaczęła unikać jego wzroku. To go zainteresowało. Nie czekając na nią, ruszył więc wolnym krokiem w stronę szkoły. Po chwili znalazła się obok niego.
– Ja… chciałam panu podziękować. Tak wiele pan dla mnie dzisiaj zrobił…
– Zrobiłem to też dla siebie, Malfoy. Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele. Dobrze wiesz, że jeżeli poszłabyś na dno, to pociągnęłabyś mnie za sobą.
– To prawda, ale w pierwszej chwili, kiedy zobaczył pan mnie i Iwanowa, nie wiedział pan wcale, że grozi mi dno, a jednak dołączył pan do tego przedstawienia, które zorganizowałam.
– Owszem, nie wiedziałem, ale nie spodziewałem się też, aby miało wyniknąć z tego cokolwiek dobrego. Nie dziękuj mi. Zrobiłem, co podpowiadał mi instynkt i rozum.
– W takim razie jestem wdzięczna pańskiemu instynktowi i rozumowi. Nie sądzę, abym wyszła z tego cało, gdyby nie one.
Zbliżali się już do wrót wejściowych, gdy Snape nagle zatrzymał się i popatrzył na nią uważnie.
– Na pewno wyszłaś z tego cało? – zapytał nagle.
Victoria również się zatrzymała. W pierwszej chwili nie była pewna, o co właściwie pytał, ale szybko zrozumiała.
– Chyba tak. Nie czuję, aby odcisnęło to na mojej psychice jakieś znaczące piętno, ale… trzeba też przyznać… chyba wciąż jestem w szoku. Sądzę, że dopiero w nocy i w następnych dniach zacznie do mnie docierać, co zrobiłam.
Snape przyglądał jej się, jakby ją oceniał.
– Niczego nie zrobiłaś. To ja go zabiłem.
Oczywiście, że zdawał sobie sprawę z tego, iż to ona doprowadziła Iwanowa nad krawędź życia i śmierci, i że ten być może umarłby nawet wtedy, gdyby Snape, zamiast go dobić, spróbował mu pomóc. Mimo to wolał jednak wziąć całą odpowiedzialność na siebie – ona była zbyt młoda, by musieć sobie radzić z podobnym brzemieniem.
– To bardzo szlachetne z pana strony, ale to ja…
– Nie. Ty się tylko broniłaś. Rozumiesz? Nie zabiłaś go. Nie zrobiłaś niczego złego.
– Ale…
– Żadnych „ale". Marsz do dormitorium.
Victoria popatrzyła na niego długo, a potem spuściła nagle wzrok i w bardzo szybkim tempie dotarła do schodów, a potem zniknęła za wrotami. Snape został jeszcze jakiś czas na zewnątrz i przyglądał się gwiazdom. Nie czuł się dobrze – co prawda nie musiał już, przynajmniej na ten moment, bać się o swoje życie, ale wciąż zbyt wyraźnie widział przed sobą ruszające się ledwo ciało, które potraktował zaklęciem uśmiercającym. Takie czyny bynajmniej nie były dla niego łatwe, choć pewnie – gdyby przyznał to na głos – mało kto by mu w to uwierzył.
•*•.•*•
Dla Victorii również to nie było łatwe. Mógł to bez problemu dostrzec w kolejnych dniach, kiedy spotykał ją na korytarzach, w klasie na zajęciach czy podczas posiłków. Wyglądała naprawdę kiepsko – miała podkrążone oczy, nieobecne spojrzenie i nerwowe ruchy. Snape, po tym jak opowiedział o wszystkim Dumbledore'owi, otrzymał od dyrektora polecenie, aby zacząć nauczać Victorii oklumencji jak najszybciej. Nie sposób było jednak ją do tego przekonać. Za każdym razem, gdy zatrzymywał Victorię na korytarzu albo po zajęciach, by nakłonić ją, aby rozpoczęła z nim naukę, odnajdywała jakąś wymówkę i bardzo szybko odchodziła.
Snape nie rozumiał tego. Dlaczego tak bardzo nie chciała uczyć się z nim oklumencji? Czyżby coś ukrywała? A może po prostu nie czuła się na siłach? Kiedy obserwował ją na piątkowych zajęciach, a więc pięć dni po jej ataku na Iwanowa, wciąż mógł dostrzec, jak źle się prezentowała. Cała grupa pisała wówczas sprawdzian; każdy wydawał się skupiony na swoim pergaminie, a ona wciąż rozglądała się na boki, zawieszała, odpływała.
Kiedy wieczorem sprawdzał klasówki, westchnął ciężko, gdy nadeszła kolej na dzieło Victorii – bardzo marne dzieło. Nigdy wcześniej nie napisała żadnego sprawdzianu tak słabo. Nie odpowiedziała na większość pytań, mimo że – wiedział to – musiała znać odpowiedź chociaż na część z nich. Nie wyskrobała ani słowa przy zadaniu o Veritaserum, a przecież, pomyślał z ironią, była prawie specjalistką, jeśli chodziło o ten eliksir.
Pierwszy raz w swej karierze zrobił coś takiego: odpowiedział na kilka pytań za nią, po czym wystawił jej „Zadowalający", dzięki czemu zaliczyła sprawdzian. Potem szybko, zdenerwowany na samego siebie, odłożył pergamin Victorii na odpowiedni stosik i zajął się sprawdzaniem kolejnej klasówki.
Niedługo przed dwudziestą drugą, uporawszy się ze sprawdzianami, udał się do swojego prywatnego laboratorium, w którym warzył eliksiry, aktualnie przede wszystkim na potrzeby Zakonu Feniksa. Czasy były niebezpieczne, a mrok czaił się wszędzie; członkowie dobrej strony byli więc skazani na różne przykre niespodzianki, nawet kiedy nie uczestniczyli akurat w żadnej misji, a znajdowali się zwyczajnie w pracy. Różnorakie eliksiry, zwłaszcza lecznicze, były więc niezwykle potrzebne, co Dumbledore dawał mu do zrozumienia bardzo często. Szkoda tylko, że nikt zdawał się nie pamiętać, jak czasochłonne było warzenie niektórych mikstur.
Czekała go prawie cała noc na nogach, by uporać się z większością potrzebnych eliksirów. Może to i dobrze; przynajmniej nie będzie czasu na rozmyślanie – bo kiedy nie miał obowiązków, dużo rozmyślał. A rozmyślanie nigdy nie mogło być dobre, przynajmniej nie dla niego.
Ledwie zdążył zacząć pracę, kiedy ktoś zapukał do drzwi jego gabinetu. Mimo że laboratorium, które miał połączone z kwaterami, znajdowało się w znacznej odległości od gabinetu – trzeba było bowiem przejść cały długi korytarz, by dostać się z gabinetu do jego pracowni czy kwater – to dzięki odpowiedniemu zaklęciu usłyszał pukanie wyraźnie. Zdziwił się, że ktoś przybył do niego o tak późnej porze – z pewnością zbliżała się już godzina ciszy nocnej. Czyżby dyrektor zapragnął, jak to miał w zwyczaju, dodać mu nagle jakichś nowych zmartwień? Ale Dumbledore wpadłby najpewniej kominkiem, chociaż… jeśli akurat miał ochotę na spacer…
Westchnął i przeszedł do gabinetu. Kiedy otworzył drzwi, zdumiał się zupełnie.
– Malfoy?
Victoria wpatrywała się w niego zmęczonymi oczami.
– Nie spodziewałam się, że pan otworzy – powiedziała cicho.
– Jeśli nie chciałaś mnie zastać, to po co pukałaś? – odrzekł zdenerwowany.
– Chciałam pana zastać. – Na chwilę zapadła cisza. – Mogę wejść?
Snape popatrzył na zegar wiszący w jego gabinecie. Dochodziła dwudziesta druga.
– Jesteś pewna? Jeszcze parę minut i będę mógł ukarać cię szlabanem za nieprzestrzeganie regulaminu. Powinnaś właśnie kłaść się spać.
– Zaryzykuję – odparła i wślizgnęła do środka, mimo że nie zdążył jeszcze odsunąć się na bok, by gestem ją zaprosić.
– Obyś miała ważny powód – powiedział, zamykając drzwi i patrząc, jak siada na krześle. – Jestem zajęty.
– Wiem. Dlatego przyszłam. Warzy pan eliksiry dla Zakonu, prawda?
– Skąd wiesz? – zapytał, unosząc brwi i siadając za swoim biurkiem.
– W niedzielę, kiedy rozmawialiśmy po… sam-pan-wie-czym, powiedział pan, że powinien był zacząć mnie uczyć oklumencji od razu, a nie dopiero, jak zalecił dyrektor, od przyszłego tygodnia, ale…
– Ale zgodziłem się na to, by jednak zacząć od poniedziałku, bo miałem w weekend sporo pracy, między innymi warzenie eliksirów dla Zakonu – dokończył za nią. – Owszem, tak powiedziałem. Czyli założyłaś, że warzenie eliksirów dla Zakonu to mój sposób na spędzanie każdego weekendu?
– Tak – odrzekła bezpośrednio. – Miałam rację?
Snape popatrzył na nią spode łba.
– Po co przyszłaś, Malfoy?
– Chcę pomóc w warzeniu eliksirów.
– Mówisz poważnie? Nie potrzebuję katastrof w laboratorium.
– Przecież jestem w tym dobra. Poza tym, jak sądzę, nie warzy pan żadnych skomplikowanych eliksirów dla Zakonu, a przynajmniej nie tylko. Na pewno potrzebują zapasu chociażby Eliksiru Pieprzowego; on nie jest trudny do uwarzenia, ale jednak zajmuje trochę czasu. Chętnie się tym zajmę.
– Malfoy, dopiero co ledwo zaliczyłem ci klasówkę. Twoja praca była jedną z najgorszych w grupie. I ty chcesz mi pomagać?
– Przecież wie pan, dlaczego napisałam tak słabo.
– Masz rację, wiem. Ostatnimi czasy jesteś niezwykle rozkojarzona. Osoba, która nie potrafi się skupić, powinna trzymać się od kociołków jak najdalej.
– Już czuję się lepiej. Przez ostatnie godziny spacerowałam po błoniach i rozmyślałam o ostatnich wydarzeniach, układałam sobie wszystko w głowie. Chyba… przechodzi mi ten dziwny stan, z którego nie potrafiłam się wydostać od niedzieli, ale koniecznie potrzebuję się czymś zająć, by go odegnać na dobre. Dlatego chcę pomóc. Między innymi.
– Między innymi? Więc jaki jeszcze jest powód?
Victoria spuściła na chwilę wzrok.
– Chcę… zadośćuczynić. Spowodowałam ostatnio wiele złych i bezmyślnych rzeczy, począwszy od doniesienia Czarnemu Panu o związku pana i profesor Vector, aż po skatowanie Iwanowa, przez co musiał pan posunąć się do zabicia go, co na pewno ciąży teraz panu na duszy i sumieniu.
– Malfoy. Nie rozumiesz. Te rzeczy, które zrobiłaś… co przyznaję niechętnie… nie były wcale bezmyślne. Doniosłaś Czarnemu Panu, bo się bałaś, że się wścieknie, jeśli nie zadowolisz go jakąkolwiek informacją na mój temat. Prawie każdy zrobiłby na twoim miejscu to samo, zwłaszcza że nie masz opanowanej oklumencji, za to rzeczy do ukrycia: mnóstwo. A Iwanowa zaatakowałaś, bo chciał cię wydać. Gdyby to zrobił, zarówno ty, jak i ja leżelibyśmy teraz prawdopodobnie kilka metrów pod ziemią. Ewentualnie bylibyśmy uwięzieni w jakimś lochu i torturowani. – Umilkł na chwilę, patrząc na nią, choć ona miała spuszczoną głowę. – To nie były bezmyślne rzeczy, Malfoy, uwierz mi. To było ratowanie własnej skóry. A ratowanie własnej skóry jest… po pierwsze odruchem zgodnym z człowieczą naturą, a po drugie… rozsądnym posunięciem.
Podniosła na niego spojrzenie i popatrzyła mu ufnie w oczy. Chciała w to wierzyć.
– Za to bezmyślne jest to, że wpadłaś na pomysł, iż przyjdziesz do mnie i będziesz warzyć ze mną eliksiry, i że tym sposobem zajmiesz czymś głowę, by nie dostały się do niej na powrót żadne ponure myśli. Nie masz jakichś… bo ja wiem… koleżanek? Wyobrażam sobie, że plotkowanie, śmianie się z najmniej śmiesznych rzeczy, jakie istnieją, rozmawianie o najprzystojniejszych chłopakach w szkole et cetera, jest tym, co pozwala dziewczynom w twoim wieku się odprężyć. Bo, zaręczam, stanie ze mną nad kociołkami na pewno nie byłoby dla ciebie relaksujące.
Victoria uniosła wysoko brwi i skrzyżowała ręce na piersiach.
– Czynności, które pan wymienił, nie jawią mi się wcale jako odprężające, a straszliwe. Pewnie dlatego nie mam koleżanek, no może pomijając Pansy Parkinson, ale jej zazwyczaj unikam jak ognia, właśnie dlatego, że ona lubi spędzać czas w opisany przez pana sposób, a ja nie. Swoją drogą… więc uważa pan, że w tej szkole są jacyś przystojni chłopcy? – zapytała, próbując ukryć rozbawienie.
– Nie powiedziałem, że tak uważam – odrzekł zdenerwowany i spuścił spojrzenie.
– Dobrze, dobrze. Więc jak? Mogę pomóc z eliksirami?
Snape wywrócił oczami.
– Nie dzisiaj. Jest zbyt późno. Przyjdź jutro po obiedzie, jeśli koniecznie chcesz się przydać. – Kiedy zgodziła się i podniosła z krzesła, by opuścić gabinet, dodał jeszcze: – I nie zapomnij zabrać ze sobą głowy… Będzie ci potrzebna.
