Następnego dnia, w poniedziałek, Victoria po zakończonych zajęciach udała się prosto do gabinetu dyrektora – tak jak nakazał jej dzień wcześniej Snape. Mieli porozmawiać o przepowiedni, o której dowiedziała się od swojego profesora i z powodu której nie spała przez większość nocy.

W gabinecie dyrektor zachęcił ją do spoczęcia na krześle przed jego biurkiem, po czym wezwał Snape'a. Ten pojawił się kilka minut później.

– A więc wiesz już wszystko, Victorio – zaczął Dumbledore, gdy i Snape zajął miejsce.

– Nie wiem, czy wszystko, ale z pewnością sporo. Profesor Snape opowiedział mi wczoraj o przepowiedni… tezie… założeniu… czy jak jeszcze inaczej można to nazwać. Czy zostało obliczone jakieś… prawdopodobieństwo spełnienia się tej wizji? Czy naprawdę istnieją spore szanse na to, że albo ja, albo profesor Snape, pomożemy Czarnemu Panu wygrać?

– Mówiłem ci już, że jeśli ta przepowiednia rzeczywiście dotyczy Czarnego Pana, to jednocześnie nie może dotyczyć mnie – wtrącił Snape, zerkając na Victorię z rozdrażnieniem. – Nie ma takiej możliwości, że to ja przysłużę się do jego zwycięstwa.

– Oczywiście, że jest taka możliwość, Severusie – odrzekł Dumbledore, wyręczając Victorię, która już otworzyła usta i wyprostowała się na krześle. – Teoretycznie, co prawda, ale jednak. Dowiemy się więcej, mam nadzieję, kiedy twój eliksir będzie gotowy.

– Aha! A więc z tego konkretnie powodu opracował pan Eliksir Transcendentii. – Victoria popatrzyła na Snape'a. – Nie mogę uwierzyć, że pomagałam panu wczoraj uwarzyć bazę, a pan nie powiedział mi prawdy o przeznaczeniu tego eliksiru... ani o niczym innym, choć miał pan wtedy świetną okazję, by to zrobić.

– Ale wyjawiłem ci ją zaledwie kilka godzin później.

– Owszem, kiedy wróciłam ze spotkania z Czarnym Panem i wyraziłam swoje niepokoje, a pan szczęśliwie w końcu postanowił mi wyjaśnić, dlaczego tak naprawdę niebezpieczny czarnoksiężnik upatrzył mnie sobie za cel.

– Chciałem powiedzieć ci wcześniej. Zresztą… to nie ma już żadnego znaczenia. Zostałaś poinformowana. To się liczy. Teraz ty łaskawie poinformuj nas, jak poszły ci dzisiaj praktyczne ćwiczenia oklumencji z Draconem oraz… jak konkretnie wyglądają twoje spotkania sam na sam z Czarnym Panem.

Victoria nie dała po sobie poznać, że poczuła się niepewnie. Nie chciała nawet wyobrażać sobie reakcji Snape'a i Dumbledore na wieść, że spacerowała z Voldemortem będącym pod człowieczą postacią po mugolskim przedmieściu, obejmując jego ramię. Uznała ostatecznie, iż fakt, że wracał dla niej do ludzkiej formy nie miał większego znaczenia, więc nie było potrzeby, aby o tym mówić.

– Z Draconem poszło mi bardzo dobrze. Nie dał rady wedrzeć się do mojego umysłu, choć próbował kilka razy. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, iż z Czarnym Panem byłoby o wiele trudniej, ale sądzę, że wiem o co chodzi i na czym to polega. Umiem zamykać swój umysł oraz podsuwać fałszywe obrazy i odczucia, wciąż jednak będę się starała doskonalić tę umiejętność. Wiem, że to ważne. Jeśli chodzi o spotkania z Czarnym Panem… – Wbiła na kilka sekund spojrzenie w blat biurka, a potem podniosła je na dyrektora. – Nie dzieje się na nich nic spektakularnego. Ot, pogawędki o niczym w jego prywatnej rezydencji. Proszę mnie nie pytać, gdzie się ona znajduje, bo nie wiem. Pogoda i pora odpowiadają wszakże tej, którą można zastać tutaj, więc być może Czarny Pan pomieszkuje dość niedaleko.

Opowiedziała jeszcze o kilku niewiele znaczących szczegółach spotkań. Dumbledore poprosił ją, by w przyszłości donosiła mu o wszystkim, co wyda jej się znaczące, po czym pozwolił odejść. Z gabinetu wyprowadziły ją podejrzliwe oczy Snape'a.

•*•.•*•

Następnego dnia wypadała Noc Duchów. Z tej okazji wieczorem miała odbyć się uczta dla całej szkoły. Korytarze zostały ozdobione dyniami z wyciętymi oczami i złowieszczymi uśmiechami oraz sztucznymi pajęczynami, a zbroje przyodziano w białe prześcieradła, by przypominały duchy. Prawie Bezgłowy Nick kręcił z tego powodu swoją ledwo trzymającą się tułowia głową.

– Po uczcie organizujemy w salonie z Blaisem i Millicentą małą imprezę dla starszych roczników. Wszyscy od czwartego roku w dół mają siedzieć wtedy już w swoich dormitoriach i nam nie przeszkadzać, załatwiłam to! – powiedziała Victorii Pansy, kiedy razem zmierzały na zajęcia o poranku. – Musisz się pojawić. Nie przyjmuję odmowy! Będzie Ognista Whisky i dużo kremowego piwa.

– I niby alkohol ma mnie przekonać? – Victoria uniosła brwi i uśmiechnęła się z powątpiewaniem do koleżanki. Ujrzawszy jej zdeterminowaną minę zrozumiała, że Pansy nie odpuści. – Och, no dobrze. Będę obecna. I może nawet chętnie wypiję coś rozgrzewającego.

Wieczorem więc udały się wspólnie na ucztę, a po niej wróciły do salonu Ślizgonów. Razem z Blaisem, Millicentą, Draconem i innymi uczniami siódmego, szóstego i piątego roku poczekały do dwudziestej drugiej, bo właśnie o tej godzinie młodsi uczniowie mieli zniknąć w swoich dormitoriach. Kiedy nadeszła pora, Pansy i Millicenta rozłożyły na dużym stole przed kominkiem butelki z napojami, sokami, kremowym piwem i Ognistą Whisky; zadbały także o przekąski – wcześniej poprosiły o ich przygotowanie skrzaty domowe z kuchni.

– Idę się przebrać w jakiś odpowiedni strój, a ty razem ze mną, bo przygotowałam także coś dla ciebie – rzekła Pansy do Victorii, kiedy Blaise włączył muzykę i zgasił główne światła, przez co w salonie zapanował półmrok.

– Merlinie – skomentowała to tylko Victoria, pozwalając Pansy zaciągnąć się do ich dormitorium. – Jeśli chcesz przebrać mnie za pełną seksapilu czarownicę, to daruj sobie, bo już nią jestem, w dodatku o czystej krwi.

Pansy zaśmiała się.

– Wiem, dlatego wymyśliłam coś oryginalnego.

Znalazły się już w dormitorium. Pansy wskazała na coś, co leżało na jej łóżku.

– Kobieta-kot. Będziesz wyglądać w tym wspaniale.

Victoria popatrzyła na nią prawie zszokowana.

– Mam paradować po Hogwarcie w lateksowym stroju? Chyba jakaś choroba osnuła twój umysł.

– Nie po całym Hogwarcie przecież, tylko po naszym salonie. Daj spokój, ja mam taki sam! – I wyciągnęła ze swojej szafy drugi kostium kobiety-kota, po czym założyła go na siebie. – No, dalej! Przebieraj się!

– Nie, nie ma mowy. Mam lepszy pomysł.

Wydobyła z wnętrza szaty różdżkę i zaczęła przerabiać swój kostium za pomocą magii. Po niecałych dziesięciu minutach na łóżku leżała suknia inspirowana modą wiktoriańską, z metalicznymi akcentami, do której przymocowane były ruchome części zegarowe. Dół sukni rozchodził się jak harmonijka, gorset z kolei przyozdabiały skomplikowane wzory mechanicznych kół zębatych. Victoria włożyła nieco dziwną, choć ładną i oryginalną kreację na siebie, po czym wyczarowała jeszcze na swojej szyi naszyjnik z amuletem w kształcie klucza do nakręcania, a na rękach czarne rękawiczki, długie do łokci.

– To wygląda… niezwykle. – Pansy patrzyła na nią z podziwem. – Ale… kim w takim razie teraz jesteś?

– Mechaniczną lalką szpiegiem. Nie pytaj. Nie wzięłam tej postaci z żadnej książki, a z własnej głowy wyłącznie.

– Aha! A więc pani szpieg… Ciekawe masz pomysły, Vicky.

Wróciły do salonu. Wiele innych osób również przywdziało stroje; Draco przebrał się za wampira, Blaise za mrocznego rycerza, a Millicenta za księżniczkę.

Victoria usiadła w fotelu. Pansy nalała sobie i jej Ognistej Whisky, a po kilku szklankach wyznała, że ma nadzieję, iż Draco poprosi ją niedługo do tańca. Victoria prawie przewróciła oczami. Wiedziała doskonale, że Pansy była do szaleństwa zakochana w jej bracie, ale nieszczególnie miała ochotę nieustannie o nim słuchać.

– A ty? Chciałabyś, aby któryś z chłopców zaprosił cię do tańca? – zapytała Pansy Victorię.

Ta popatrzyła z ukrytym politowaniem na Blaise'a i innych Ślizgonów płci męskiej. Nagle dotarło do niej, jak bardzo byli w jej oczach banalni, mało tajemniczy, niewystarczająco inteligentni, niedojrzali. Nudni.

– Oby żaden na to nie wpadł, bo w tej sukience tańce prawdopodobnie będą straszliwym przeżyciem – odrzekła wymijająco Victoria, sięgając po kolejną szklankę z alkoholem.

Spojrzała na ogień palący się w kominku i zawiesiła na nim wzrok na dłużej. Jakieś dziwne pragnienie zaczęło wykwitać nagle w jej duchu, ale nie było ono ukierunkowane w żadną z osób znajdujących się w tym pomieszczeniu.

– W zasadzie… jest ktoś taki, z kim chętnie bym zatańczyła. Albo zwyczajnie posiedziała blisko – wypaliła, zaskakując samą siebie, nim zdążyła zamknąć usta.

Przeklęty alkohol, pomyślała spanikowana i zerknęła na Pansy.

– Och, naprawdę?! – Parkinson potrząsnęła ją za ramię. – Mów! Kim jest ten szczęśliwiec?

– Jaki szczęśliwiec? – zapytał Draco, który nagle znalazł się przy nich i usiadł obok Pansy na sofie.

– Twoja siostra chyba wreszcie ma kogoś na oku – wyjaśniła ucieszona.

– Niemożliwe – odrzekł Malfoy, patrząc na Victorię z uniesionymi brwiami.

– Niby dlaczego?

– Bo Thaddeus Rowle Everwyn nie żyje od jakichś dwustu lat – wyjaśnił, powstrzymując chichot.

– Nie jesteś zabawny – rzekła Victoria.

– Kim do licha jest Thaddeus Rowle Everwyn? – zapytała Pansy.

– Idol z dzieciństwa Victorii. Naukowiec, genialny umysł, trochę filozof. Jego prace wywarły wpływ na całe pokolenia uczonych. Stworzył wiele teorii dotyczących run. Wiem to, bo Vicky kazała naszej mamie czytać nam na dobranoc jego książki. To był horror. Chciałem wtedy słuchać o skaczących kociołkach, a słuchałem o dualnej naturze run. Więc… wątpię, że ktoś z Hogwartu odpowiada jej upodobaniom. Ona ma strasznie dziwne gusta. Lubi przeraźliwie mądrych facetów – mówił Draco, śmiejąc się pod nosem.

– Zamknij się – powiedziała w końcu Victoria, spuszczając wzrok z zawstydzeniem.

– Kto lubi przeraźliwych i mądrych facetów? – Blaise pojawił się nagle przy nich, przysiadając na podłokietniku fotela, który zajmowała Victoria.

– Nie przeraźliwych i mądrych, a przeraźliwie mądrych – poprawił go Draco, a potem zerknął z namysłem na siostrę. – Choć w zasadzie Everwyn był trochę straszny. Pamiętam, że niektóre jego teorie mocno zahaczały o czarną magię, więc w zasadzie chyba można powiedzieć, że Victoria lubi i przeraźliwych, i mądrych facetów.

– Tak, mądrych, dlatego ty nie mogłeś nigdy zrozumieć tych jego teorii. No i przeraźliwe to może być zjawisko, a osoba co najwyżej przerażająca – odgryzła się Victoria, a Pansy i Blaise zaśmiali się głośno.

Zerknęła nagle w bok. Miała wrażenie, że coś przy kominku poruszyło się, jednak niczego tam nie dostrzegła. Draco w końcu poprosił Pansy do tańca, a Vicky została – ku swojemu niezadowoleniu – sam na sam z Blaisem.

– Dostałem z ostatniego sprawdzianu z eliksirów najwyższą ocenę, jeżeli rzeczywiście mądrość ma dla ciebie znaczenie – zagadnął, przesiadając się na sofę.

Victoria skrzyżowała ręce na piersiach.

– Oceny chyba nie do końca świadczą o prawdziwej mądrości czy inteligencji, chociaż… w przypadku eliksirów… może rzeczywiście masz się czym chwalić. Potrzeba dużej wiedzy, samokontroli, intuicji, dokładności i innych predyspozycji, by być dobrym w tej dziedzinie, a więc czegoś o wiele więcej aniżeli wyuczonych formułek z podręczników w pamięci krótkotrwałej.

Zamknęła nagle oczy. Merlinie, o czym ona mówiła?

– Masz rację – odrzekł Blaise. – Eliksiry dają duże pole do popisu bystrym umysłom, jednak trzeba mieć do nich wiele cierpliwości, a ja czasem bywam niecierpliwy. Masz bardzo ciekawy kostium! Jesteś panią-zegar?

– Mechaniczną lalką szpiegiem, jak już coś – odrzekła, unosząc z teatralną dumą podbródek.

– Och. Szpieg… A kogo szpiegujesz?

– Wścibskich uczniów Slytherinu, by móc na nich później donieść – odparła ironicznie.

Blaise popatrzył na nią dziwnie, a ona westchnęła w duchu. No tak, dlaczego miałby zrozumieć jej sarkazm?

– Ty też jesteś dobra z eliksirów. – Postanowił wrócić do bezpiecznego, jak mu się wydawało, tematu. – Snape na pewno docenia to, że przykładamy się do jego przedmiotu.

Kiedy usłyszała to nazwisko, prawie się zatrzęsła. Jednocześnie poczuła się tak, jakby pochwyciła w końcu coś, co próbowała złapać przez ostatnie chwile, ale nie mogła tego odnaleźć.

Chciała się z nim spotkać. Chciała z nim porozmawiać. Chciała zapytać, dlaczego patrzył na nią tak podejrzliwie, kiedy wychodziła wczoraj z gabinetu Dumbledore'a, dlaczego obserwował ją dzisiaj podczas uczty.

Podniosła się nagle, a Blaise zaraz po niej.

– Idziemy zatańczyć, prawda? – Uśmiechnął się do niej.

– Nie, ja… potrzebuję się przespacerować. Trochę wypiłam. Tu jest zbyt gorąco.

– Pójdę z tobą!

– Nie. Poradzę sobie.

Ruszyła w stronę kamiennej ściany, będącej przejściem na korytarz. Kiedy już do niej docierała, zorientowała się, że Blaise szedł za nią. Poczuła w sobie gniew.

– Jest już późno. Będzie bezpieczniej, jeśli pozwolisz mi sobie towarzyszyć – wyjaśnił, kiedy znalazł się obok.

Victoria popatrzyła na niego tak lodowatym spojrzeniem, że ten cofnął się o krok. Ona, która miała prawdopodobnie dokonać wielkich rzeczy u boku albo Snape'a, albo samego Lorda Voldemorta, miała potrzebować osiemnastoletniego chłopaka, by czuć się bezpiecznie na szkolnym korytarzu? Wybornie zabawne!

– Nie idź za mną, skoro ci nie pozwoliłam. Nigdy. Rozumiesz? – wysyczała.

Znowu zobaczyła kątem oka jakiś ruch. Obróciła się, ale przy ścianie nikogo nie było. Blaise za to kiwnął głową, patrząc na nią tak, jakby go obraziła, po czym oddalił się szybko.