Środowy poranek był ciężki dla Ślizgonów – nie tylko dlatego, że odczuwali nieprzyjemne skutki wypitego wieczór wcześniej alkoholu, ale głównie przez to, iż wszyscy mieli wciąż w pamięci wczorajsze wtargnięcie Snape'a do salonu, dramatyczne zakończenie przez niego imprezy oraz zapowiedzenie wszystkim surowych szlabanów.
Victoria poza tym miała jeszcze jedno zmartwienie: z powodu dziwnej zuchwałości, odwagi – spowodowanej w dużej mierze alkoholem – i czegoś jeszcze, choć niekoniecznie potrafiła to nazwać, zasugerowała Snape'owi, że powinien zacząć zapraszać ją na „herbatki" i nie być takim skromnym i zazdrosnym.
Kolejne dni mijały jej więc w straszliwej niepewności. Nie wiedziała, co Snape sobie o tym wszystkim myślał. Nie umiała wyczytać niczego z jego twarzy na zajęciach, a i nie spotykali się poza nimi – nie mieli na przykład powodu, by udać się razem do Dumbledore'a. Czarny Pan w ostatnim czasie nie organizował ani spotkań dla kręgu wewnętrznego śmierciożerców, do którego należeli, ani prywatnych z nią samą.
Pod koniec tygodnia zaczęła się denerwować, kiedy Snape minął ją na pustym korytarzu, nawet na nią nie spojrzawszy. Wydawało jej się, że przed Nocą Duchów mogła liczyć na choć złośliwy, ironiczny półuśmieszek z jego strony, ale po jej ostatniej wizycie u niego coś się zmieniło. Może w końcu przekroczyła jakąś granicę i Snape był z tego powodu wściekły? Ale, z drugiej strony, czy naprawdę powiedziała wtedy coś rzeczywiście nieprzyzwoitego? Przecież sugestia o wspólnym piciu herbaty była ironią, w której obydwoje się lubowali.
W sobotę wieczorem, kiedy Victoria wracała w towarzystwie Dracona i Pansy z kolacji do dormitoriów, całą trójką zostali zaczepieni przez Filcha.
– Malfoyowie i Parkinson, tak? – zagrzmiał woźny.
– Owszem – odrzekła Victoria.
Oderwała wzrok od Filcha tylko po to, by spojrzeć na Snape'a, który właśnie wyłonił się zza rogu korytarza, również wracając pewnie z kolacji, i szedł właśnie w ich stronę.
– Przyszła pora na wasze szlabany – wyrzekł zadowolonym tonem Filch. – Wszyscy za mną!
Filch ruszył w tym samym kierunku co Snape, z tym że Snape znajdował się wciąż kilka stóp za nimi. Victoria, Pansy i Draco, nie mając żadnego wyboru, poszli za woźnym. Victoria jednak obróciła się, by zerknąć na Snape'a, który szedł niedaleko z tyłu, zmierzając z pewnością do swojego gabinetu. Na krótką chwilę złapała z nim kontakt wzrokowy, a potem on nagle skręcił w boczny korytarz i zniknął.
– Myślałem, że to profesor Snape będzie nam zadawał te szlabany – odezwał się głośno Draco.
– On je wymyślił, rzeczywiście, ale nie ma czasu was pilnować. A ja akurat mam czasu i chęci zawsze sporo. – Uśmiechnął się okrutnie.
Victoria ze zgrozą zaczęła zastanawiać się nad tym, co takiego Snape im przygotował. Okazało się, że na każdego czekało inne zadanie. Najpierw Draco został oddelegowany do pracowni eliksirów, by tam wyczyścić ręcznie wszystkie kociołki oraz spisać zawartość zaplecza ze składnikami. Pansy z kolei miała pójść z Hagridem i paroma innymi ukaranymi Ślizgonami do Zakazanego Lasu. Gdy gajowy przyszedł i zabrał ją ze sobą, Filch zaczął prowadzić Victorię w miejsce jej przykrego przeznaczenia na ten wieczór. Kiedy dotarli pod drzwi pomieszczenia znajdującego się blisko kuchni, Filch zakomunikował, że będzie krążył między miejscami szlabanów jej i Dracona i ich nadzorował, więc dobrze radzi, aby się nie ociągać. Po tych słowach odszedł, by pójść sprawdzić zapewne, czy jej brat rozpoczął już wykonywanie swoich obowiązków.
Victoria weszła do małego pomieszczenia, w którym oczekiwała ją jej kara. Kiedy zapaliła światło, wydała z siebie zduszony okrzyk.
Pod jedną ścianą stał zlew, a pod drugą, dłuższą – setki brudnych filiżanek i kubków. Podeszła do nich, aby się im przyjrzeć, choć przeczuwała już, co odkryje. W każdym naczyniu dostrzegła na dnie to samo – fusy po herbacie. Odnalazła też krótki liścik napisany dobrze znanym jej, wąskim pismem: „Chciałaś herbatek, to je masz. Specjalnie dla Ciebie nakazałem skrzatom domowych nie myć filiżanek i kubków przez ostatnie dni. Udanego delektowania się".
Nie wiedziała, czy to miał być żart, czy próba ukazania jej, że nie ma prawa przekraczać pewnych granic, bo źle się to dla niej skończy – a może jedno i drugie. W każdym razie była tak wściekła, że podczas zmywania ledwo powstrzymywała łzy.
W poniedziałek rano miała eliksiry. Nie rzucała jednak Snape'owi morderczych spojrzeń ani nic w tym rodzaju. Zrozumiała dobitnie sobotni przekaz – miała zachowywać odpowiedni dystans. Z jednej strony było to zrozumiałe, w końcu chodziło o jej nauczyciela. Z drugiej jednak nie potrafiła myśleć o nim wyłącznie jako o nauczycielu i dotychczas wydawało jej się, że nie było to szczególnie dziwaczne i wypaczone. Merlinie, przecież spotykała go na spotkaniach śmierciożerców; kilka razy uczestniczyli też w tych samych przyjęciach – wszystko to zdecydowanie wykraczało poza szkolne interakcje, w dodatku wisiała nad nimi przepowiednia, która mogła dotyczyć ich dwójki. Czy naprawdę dziwne było więc to, że…
No właśnie, że co? – pytała samą siebie, wychodząc z pracowni eliksirów i nie dostrzegając wcale, że Snape odprowadzał ją wzrokiem. Wiedziała, że jej propozycja dotycząca wypicia wspólnie herbaty była czymś więcej aniżeli wyłącznie ironią, żartem, zaczepką. Musiała być czymś więcej, bo to w istocie on – jej przeklęty, ponury, pozbawiony emocji nauczyciel eliksirów – był tymże „szczęśliwcem", o którego dopytywała ją Pansy. Nie rozumiała tego, ale to właśnie Snape przyszedł jej na myśl, kiedy – będąc pod wpływem alkoholu – usłyszała od przyjaciółki pytanie, czy jest ktoś, z kim pragnęłaby zatańczyć.
A jednak, jak się okazało, on nie chciał mieć z nią nic wspólnego. I musiała się z tym pogodzić, chociaż akceptowanie porażek zupełnie nie było w jej stylu – w tym wszakże przypadku nie mogła postąpić inaczej.
•*•.•*•
W piątkowy wieczór siedziała w swoim dormitorium i pisała wypracowanie. Niedługo przed dwudziestą drugą Mroczny Znak na jej ramieniu uaktywnił się nagle, przynosząc ból i dyskomfort – oznaczało to rzecz jasna, że Czarny Pan ją wzywał.
– A ty dokąd? Zaraz cisza nocna! Chcesz zarobić kolejny szlaban? – zapytała Pansy, która siedziała na łóżku Millicenty Bulstrode i grała z nią w czarodziejskie szachy, kiedy Victoria zerwała się z miejsca i zaczęła szukać płaszcza i peleryny w szafie.
– Gardzę ciszą nocną i szlabanami, zwłaszcza tymi od Snape'a – odrzekła Malfoy; jakaś dziwna złość ciągle w niej buzowała w ciągu ostatnich dni. – Muszę się przespacerować. Nie czekajcie na mnie.
I wyszła, by przedostać się pospiesznie przed bramę Hogwartu i tam aportować się za pomocą Mrocznego Znaku.
Pojawiła się pod rezydencją, którą już znała. Tom wezwał ją w to miejsce jakiś czas temu. W środku nie znalazła go od razu; dopiero kiedy weszła do salonu, zobaczyła tył jego głowy. Siedział w fotelu przy przeszklonych drzwiach na taras i wpatrywał się w noc na zewnątrz. Victoria nie była pewna, jak się przywitać. Spotkania z nim sam na sam wciąż budziły w niej duży dyskomfort. No i teraz w końcu wiedziała już, dlaczego próbował stworzyć z nią bliższą relację. Chodziło rzecz jasna o przepowiednię.
– Dobry wieczór – wydusiła z siebie, odwiesiwszy płaszcz na oparcie jednego z krzeseł, które stały przy małym stoliku pod ścianą.
– Nazbyt oficjalnie, Victorio – odparł, nie odwracając się nawet, by na nią spojrzeć.
Zacisnęła na chwilę powieki. Co innego chciał od niej usłyszeć?
– Witaj – wyrzekła.
– Również nie to.
Powstrzymała westchnięcie.
– Cześć.
– Tak, tak może być. Oczywiście tylko wtedy, gdy jestem pod tą postacią. – Obrócił wreszcie głowę, a jego przystojna twarz rozbłysła uśmiechem. – Proszę, usiądź. Oto miejsce dla ciebie. – Wskazał fotel, który znajdował się niedaleko jego własnego.
Zajęła miejsce.
– Jak minął ci tydzień? – zapytał.
– W porządku – odpowiedziała automatycznie, mimo że tydzień ten nie był wcale dobry.
Zastanawiała się, czy wezwał ją z jakiegoś konkretnego powodu, czy może to ta zwykła, mała rozmowa była tym konkretnym powodem. Victoria miała przecież świadomość, że Czarnemu Panu z pewnością zależało na zacieśnianiu relacji z nią – sam jej to przyznał podczas ich pierwszego spotkania, kiedy był pod człowieczą postacią, a od Snape'a i Dumbledore'a dowiedziała się ostatnio dlaczego. Być może miała okazać się bardzo cenna dla jego wygranej.
Poczuła w sobie nagle dziwną satysfakcję. On, największy czarnoksiężnik tych czasów, chciał… a raczej: potrzebował czegoś od niej. Potrzebował jej. Ta myśl z jakiegoś powodu sprawiła, że się rozluźniła, bo wyobraziła sobie, że ma w tej sytuacji choć namiastkę pewnego rodzaju przewagi.
– A tobie jak minął tydzień?
– Pracowicie – odparł tylko. – Czy w Hogwarcie działo się coś ciekawego podczas Nocy Duchów? Pamiętam, że lubiłem dekoracje zamkowe, które pojawiały się z okazji tego święta.
– Była uczta. A potem… – zawahała się – potem małe przyjęcie w salonie, które zorganizowali moi znajomi.
– Przebrałaś się? Tańczyłaś?
– Tak, przebrałam się; zostałam do tego niemalże zmuszona przez koleżankę. Nie, nie tańczyłam.
– Dlaczego? – chciał wiedzieć.
– Nie miałam z kim, a poza tym nie jestem zbyt rozrywkowa. Wolę siedzieć na wygodnej kanapie i obserwować ludzi, niż się z nimi bawić.
Zaśmiał się cicho i pokręcił głową, patrząc na nią uważnie.
– Nie powiedziałbym tego o tobie, sprawiasz inne wrażenie, ale… to dość fascynujące: wiedzieć, że jesteś osobą, z której nie można czytać jak z otwartej księgi. Rzadko trafiam na takich ludzi.
Uśmiechnęła się lekko i wzruszyła ramionami, nie będąc pewną, czy mogła uznać to za komplement.
Tom przyglądał jej się dłuższy czas; nie sposób było odgadnąć, o czym myślał. Potem nagle podniósł się z fotela i podszedł do komody, na której stał gramofon. Kiedy salon wypełnił się piękną, choć o niepokojącym brzmieniu muzyką klasyczną, Victoria poczuła, jak na powrót się spina. Spuściła głowę, a gdy podniosła ją po kilku chwilach, dostrzegła go stojącego blisko, z dłonią wyciągniętą w jej stronę.
– Zobaczmy zatem, czy nie połamiesz sobie nóg w czasie tańca, skoro raczej go nie praktykujesz – powiedział.
Podniosła się i przyjęła jego rękę. Przeszli na środek pomieszczenia. Tom zaczął prowadzić ją w tańcu.
– Dobrze ci idzie – stwierdził po jakimś czasie.
– Zazwyczaj rzeczywiście siedzę na kanapie, ale kilka razy w życiu zdarzyło mi się zatańczyć w parze. Mój brat mnie też trochę tego uczył, kiedy byliśmy młodsi. On lubi tańczyć.
Zamilkli na jakiś czas. W końcu Tom powiedział:
– To mój pierwszy raz od bardzo dawna. Ostatni był, kiedy tańczyłem na jakiejś uroczystości jako uczeń Hogwartu.
– Och. A prowadzisz tak, jakbyś ostatni raz robił to wczoraj – przyznała szczerze, prawie zdumiona gracją, z jaką się poruszał.
– To miłe, Victorio. Dziękuję.
Uśmiechnęła się. Szczerze.
