Gdy Victoria opuściła gabinet, Dumbledore wezwał Snape'a. Powitał go głębokim westchnięciem i zamyślonym spojrzeniem.
– Chyba rzeczywiście masz rację – stwierdził dyrektor, kiedy profesor eliksirów siedział już na krześle przed jego biurkiem. – Victoria może rzeczywiście coś ukrywać.
– Oczywiście, że coś ukrywa – odparł na to Snape. – Pytanie co i dlaczego. Dlaczego wyznała nam, że jest duchem po naszej stronie, że nie chce jego zwycięstwa, a jednak nie mówi nam o spotkaniach z nim całej prawdy? Może się boi?
– Nie wiem. – Dumbledore wpatrzył się w blat i pogładził po brodzie. – Może. Powinieneś więc dać jej do zrozumienia, że ma naszą pełną ochronę oraz…
– Czyli mam ją okłamać. – Snape przerwał mu i uśmiechnął się z drwiną. – Jakim cudem zamierzasz zapewnić jej pełną ochronę? Zmniejszysz się do rozmiarów mrówki, usiądziesz na jej ramieniu i będziesz towarzyszył podczas spotkań z Czarnym Panem? Nie jesteśmy w stanie zapewnić jej pełnej ochrony. Nie będę przekonywał tej dziewczyny, że jest inaczej – powiedział, mimo że poprzedniego wieczoru prawie doszło między nim a Victorią do walki.
– Od kiedy to jesteś taki przeciwny kłamstwu? – zapytał bez ogródek Dumbledore.
Snape popatrzył na niego spode łba.
– Chodzi o bezpieczeństwo uczennicy – wysyczał. – Nie będę jej wmawiał, że jest bezpieczna i może nam wszystko zawierzyć, jeśli w głębi ducha czuje, iż podzielenie się z nami wszystkimi informacjami jest na ten moment ryzykowne.
– A pomyślałeś o tym, co my ryzykujemy, pozwalając jej na ukrywanie prawdy? Ryzykujemy nasze zwycięstwo, Severusie. Ryzykujemy życie mnóstwa osób.
– Ty akurat ryzykujesz życie mnóstwa osób każdego dnia – odgryzł się Snape.
Dumbledore zamilkł na chwilę.
– Zgodziłeś się na to wszystko – powiedział po chwili.
– Lata temu. Teraz nie mam już wyboru, jak w tym trwać. – Przez kilka sekund panowała cisza. – W porządku, spróbuję wybadać sytuację, skoro tak bardzo ci na tym zależy. Postaram się z niej coś wyciągnąć, ale uważam, że przywiązujesz do tej przepowiedni zbyt wielką wagę. Na dobrą sprawę nie wiemy nawet, czy to, co nam liczby pokazały, naprawdę się wydarzy.
– Ale się może wydarzyć. Twój eliksir, kiedy będzie już gotowy, powinien nam to potwierdzić lub temu zaprzeczyć. Jak ci idzie warzenie?
– Cóż. Niańczę Ślizgonów, prowadzę lekcje, sprawdzam eseje i sprawdziany, przygotowuję eliksiry dla Zakonu, chadzam na spotkania z Czarnym Panem, czasem też na spotkania z tobą… i gdzieś tam, na szczęście, znajduję też czas, by pracować nad tym eliksirem – wysyczał Snape. – Niemniej mógłbym mu poświęcać nawet całe dnie, a to i tak nie przyspieszy procesu warzenia. Eliksir będzie gotowy dopiero mniej więcej pod koniec roku, czyli za ponad miesiąc. Nie zmienię tego.
– Rozumiem. Jestem cierpliwy. Przynajmniej w tej sprawie.
– W tej sprawie? – powtórzył Snape, patrząc na dyrektora podejrzliwie. – A w jakiej sprawie nie jesteś cierpliwy?
– Victorii.
Snape westchnął głęboko; w jego oczach pojawiła się złość.
– Powiedziałem ci już, że spróbuję wybadać sprawę i coś z niej wyciągnąć.
– To za mało, Severusie. Musisz zrobić coś innego. Coś… większego.
Dumbledore wpatrywał się w Snape'a bardzo znaczącym spojrzeniem.
– Nie wierzę, że myślisz o tym na poważnie – rzekł ten w końcu, kiedy pojął, co dyrektor miał na myśli. – Nie zajrzę jej siłą do głowy, Dumbledore. Znienawidzi mnie i zupełnie przestanie nam ufać.
– Wyjaśnisz jej wszystko. Zrozumie, dlaczego postanowiliśmy to zrobić. Zrozumie, że się przejmowaliśmy.
– Ale chyba nie nią, prawda? – warknął zdenerwowany Snape.
– Dlaczego tak ci na niej zależy?
– A dlaczego tobie tak nie zależy? – Poderwał się z krzesła. – Nie, nie zdołam jej wmówić, że istnieje jakiś dobry powód, dla którego wdarłem się siłą do jej umysłu. Wyjaśnienie, iż zwyczajnie MUSIELIŚMY wiedzieć, co ukrywa, nie sprawi wcale, że zrozumie. A skoro nie zrozumie, to i nam więcej nie zaufa. Tego chcesz? Posłać ją całkiem na jego stronę? – Umilkł na chwilę, by dać sobie kilka sekund na opanowanie gniewu. Przemówił następnie spokojniejszym już tonem: – Nie znasz jej, Dumbledore. Wydaje ci się, że można nią manipulować tak samo łatwo jak Potterem. Wiedz, że tak nie jest. Jeden niewłaściwy ruch i ją stracisz. A jeśli koniecznie chcesz zajrzeć do jej głowy i dowiedzieć się, co ukrywa, to zrób to sam.
– Wyobrażasz sobie, że ja jako dyrektor mógłbym…
– A ja? – przerwał mu wściekle Snape. – Moja reputacja nie jest ważna? – Gdy dostrzegł spojrzenie siwobrodego, prychnął i powiedział: – Nawet nie odpowiadaj.
Skierował się w stronę drzwi, ale Dumbledore go zatrzymał.
– Zaczekaj, Severusie. Mam ważne wieści. Tym razem, na szczęście, pozytywne.
Snape przystanął i wpatrzył się w dyrektora.
– Greyback, który zgodził się jakiś czas temu dołączyć do Voldemorta, odbył ze mną wczoraj negocjacje. Spotkałem się z nim w północnej Anglii. Przekonałem go, że wilkołaki zyskają o wiele więcej, jeżeli staną podczas wojny po naszej stronie.
– Ściągnąłeś tego zapchlonego wilka na naszą stronę? Czy ty wiesz, co to jest za potwór?
– Wiem. Ale ten potwór będzie dla nas mniej groźny, kiedy stanie podczas walki przeciwko naszym wrogom, a nie nam.
– Nie ufaj mu. Czarny Pan za chwilę zaproponuje wilkołakom lepsze warunki i nas zdradzą.
– Może tak, może nie. W każdym razie trzeba próbować pozyskiwać sprzymierzeńców… nawet jeżeli w zwyczajnych okolicznościach nie chcielibyśmy mieć z takimi istotami nic wspólnego. – Na chwilę zamilkł, po czym odezwał się poważnym, a zarazem nieco ponurym tonem: – Zwyczajne okoliczności przestały istnieć. Skończyły się. Dlatego staram się przekonać cię do rzeczy, których nie zaproponowałbym ci jeszcze kilka miesięcy temu. Nadeszły wyjątkowe czasy, Severusie… wyjątkowe w swym mroku i ciemności.
Wieczorem Snape zajął się warzeniem potrzebnych eliksirów dla Zakonu. Ledwo jednak zaczął swoją pracę, kiedy jego Mroczny Znak niespodziewanie zaczął pulsować i go parzyć. Czarny Pan wzywał.
Zabrał ze sobą szaty śmierciożercy, po czym opuścił swoje laboratorium, a następnie gabinet. Na korytarzu natknął się na Dracona i Victorię, którzy właśnie spieszyli w stronę wyjścia z lochów.
– Zostaliście wezwani? – zapytał, dołączywszy do nich.
– Tak. – Victoria popatrzyła na niego.
Kiwnął głową, odwzajemniwszy jej spojrzenie. Obydwoje przez kilka sekund wpatrywali się w siebie tak, jakby wcale wczorajszego wieczora nie odczuwali do siebie nienawiści, jakby on nie skazał jej ostatnio na upokarzający szlaban, a ona jakby nie próbowała go uderzyć. A potem przerwali kontakt wzrokowy i zaczęli myśleć tylko o tym, co może ich czekać na spotkaniu z Czarnym Panem.
– Myślicie, że to normalne, aby organizował zebranie o tej porze? – zapytał Draco, gdy szli już przez błonia. – Niedługo wybije dwudziesta druga.
– Nie, to nie jest normalne, choć być może zmienił zwyczaje – odrzekł Snape, za wszelką cenę próbując ukryć niepokój, który odczuwał.
Za bramą przenieśli się i wylądowali na chodniku wiodącym do Dworu Malfoyów. Ruszyli szybko w kierunku budynku, nie patrząc na siebie ani nie odzywając się. Draco, najbardziej zdenerwowany, szedł najszybciej, aż w końcu wyprzedził siostrę i profesora o kilka stóp.
– Mam złe przeczucia – wyszeptała wtedy Victoria do Snape'a i obróciła głowę, by popatrzeć na jego niewzruszony profil, niczym wyrzeźbiony z kamienia.
– Nie denerwuj się – odrzekł cicho i łagodnie swoim wyjątkowo niskim, głębokim głosem, choć nie popatrzył na nią.
Poczuła, jak coś w jej sercu ścisnęło się, gdy usłyszała te słowa. Nie miała czasu zastanawiać się nad swoimi odczuciami, chociaż na chwilę pojawiła się w jej głowie myśl, że ostatnimi czasy reagowała na Snape'a w niezwykle dziwaczny sposób. Szybko jednak ją odegnała. To nie był dobry moment na podobne rozważania, poza tym nie mogła zapomnieć tak szybko o szlabanie i jego wczorajszych słowach.
Kiedy weszli do domu, w hallu zastali kilku innych członków kręgu wewnętrznego. Na początku pomyśleli, że to dobry znak – przynajmniej nie chodziło wyłącznie o nich trzech. Jednak kiedy przyjrzeli się twarzom śmierciożerców, ich ulga zniknęła – wszyscy bowiem wydawali się przerażeni, nienaturalnie ponurzy i milczący. Draco szybko podszedł do ojca, który stał w rogu i szeptem rozmawiał o czymś z Dołohowem. Victoria i Snape zatrzymali się z kolei akurat przy otwartych drzwiach wiodących do jadalni. Obydwoje zajrzeli przez próg i to, co ujrzeli, zmroziło im krew w żyłach.
Na stole – zastawionym wciąż różnymi potrawami, z kieliszkami wypełnionymi winem i sztućcami leżącymi na serwetkach – spoczywało kilka nieruchomych, zmasakrowanych ciał. Krew splamiła biały obrus, krzesła i podłogę wokół.
Victoria zadrżała. Nagle zza ściany wyłonił się Czarny Pan. Miał ręce złączone na plecach i poważną, zamyśloną jakby twarz. Stanął w progu i popatrzył na Snape'a i Victorię, którzy znajdowali się blisko siebie. Victoria wtedy odsunęła się od swojego profesora jak oparzona.
– Panie. – Snape ukłonił się.
Zszokowana, ledwo pojęła, że powinna była zrobić to samo; zreflektowała się w ostatniej chwili. Draco, który zbliżył się do siostry, również to szybko uczynił.
– Nie wiem, czy dotarły już do ciebie te wieści, Severusie – przemówił Voldemort. – Być może Dumbledore podzielił się z tobą tą nowiną… Greyback wycofał się z umowy i postanowił wesprzeć Zakon Feniksa. Dlatego on i jego przyjaciele skończyli jako… – obrócił się i popatrzył z drwiną na stół – przystawki. Możecie się poczęstować, jeśli macie ochotę. Wilcze mięso nie cieszy się popularnością, ale to zawsze jakieś nowe wrażenie smakowe – kpił. – Jeśli nie wy, to z pewnością Nagini się nimi zajmie. Victorio. – Jego czerwone oczy, tak inne od tych brązowych, do których zdążyła się już przyzwyczaić, wpatrzyły się w nią. – Może ty spróbujesz?
Zaniemówiła. Nie miała pojęcia, czy pytał ją o to na poważnie. Wszyscy w pomieszczeniu zerkali na nią, równie zaskoczeni co ona.
– Ja… chyba wolałabym… – zaczęła niepewnie.
Voldemort zaśmiał się chłodno, obserwując jej reakcję.
– Żartowałem – powiedział, podchodząc do niej, by poklepać ją po ramieniu.
Gdy to robił, jednocześnie odpychał ją na kilka kroków w stronę drzwi wejściowych, tak jakby celowo chciał, by się oddaliła. Od Snape'a.
– Wezwałem was tu dzisiaj, aby wam pokazać, czym kończy się zdrada – rzekł następnie, przechadzając się po hallu i obserwując spuszczone głowy wszystkich swoich najbliższych poddanych. – Chcę, aby ten obraz – wskazał ręką w stronę jadalni – pozostał z wami na długo. Chcę, abyście pamiętali, że możecie skończyć tak samo, jeśli odważycie się mi sprzeciwić lub zrobić cokolwiek wbrew mnie. Zbliża się ostateczny czas… Tym bardziej nie będzie więc miejsca na litość.
Po tych słowach zniknął.
Przez kilka minut po jego aportacji panowała jeszcze cisza. Dopiero kiedy Dołohow i Lestrange podeszli do Lucjusza i szepnęli, że pomogą mu posprzątać w jadalni, reszta towarzystwa zaczęła się żegnać i opuszczać dwór. Do Victorii podeszła w tym czasie Narcyza. Wyglądała, jakby była roztrzęsiona, ale usilnie próbowała to ukryć.
– Zostańcie z Draconem na kolacji – powiedziała, kładąc dłoń na ramieniu córki. – Przeniesiecie się do Hogwartu za godzinę.
– Na kolacji? – Victoria popatrzyła na nią zszokowana, a następnie zerknęła w kierunku jadalni.
– Na kolacji, która zostanie niebawem przygotowana przez skrzaty na nowo. Zjemy w salonie lub kuchni. Severusie – zwróciła się do Snape'a, który stał kilka kroków dalej – ty również zostań, jeśli chcesz. Przyda mi się dzisiaj towarzystwo chociaż na krótki czas – dodała szeptem, unikając patrzenia na Lucjusza, Dołohowa i Rudolfa, którzy wynosili ciała wilkołaków na zewnątrz, by tam je spalić.
Snape zgodził się; w takich okolicznościach nie wypadało mu odmówić. Narcyza poszła do kuchni – rzekomo po to, by poinstruować skrzaty, co mają przyrządzić, ale Victoria domyślała się, że raczej potrzebowała uwolnić czające się pod powiekami łzy. Bellatriks i Draco udali się za nią.
Victoria została w hallu sama ze Snape'em. Popatrzyła na niego kątem oka. Zauważyła, że i on na nią zerkał. Chciała do niego coś powiedzieć, ale nie znalazła w sobie odwagi. Tom wciąż i wciąż interesował się tym, czy aby na pewno nie tworzy się między nią a jej profesorem żadna zażyłość, w dodatku dzisiaj odsunął ją, prawdopodobnie próbując tym dać do zrozumienia, że nie ma prawa znajdować się zbyt blisko Snape'a – i to z pewnością nie tylko fizycznie, ale i mentalnie.
Kiedy zauważyła więc, że zaczął się zbliżać w jej stronę, pospiesznie ruszyła w kierunku kuchni.
Unikała go przez całą kolację. I gdy w końcu wraz z nim i Draconem deportowała się przed północą do Hogwartu, przeczuwała z lękiem, że na korytarzach zamku nie będzie mogła dłużej go zbywać. Widziała w jego oczach potrzebę rozmowy; pragnęła jednak, by pozwolił jej udawać, iż wcale tego nie dostrzega. Bała się. Bała się Czarnego Pana, który ewidentnie zakazał jej zbliżania się do Snape'a oraz dopuszczania, by on zbliżał się do niej. Bała się, że Snape odkryje to, co ukrywała – czyli człowiecze oblicze Voldemorta. Nade wszystko bała się jednak uczuć, które niezaprzeczalnie w niej rozkwitały.
– Do mojego gabinetu, Malfoy – powiedział głośno, kiedy w lochach rozpaczliwie próbowała go wyprzedzić.
Draco, który szedł niedaleko Victorii, zatrzymał się i popatrzył na Snape'a.
– Nie ty. Idź do dormitorium. Potrzebuję zamienić słowo z twoją siostrą.
Chłopak popatrzył na nich podejrzliwie.
– Idź – rzuciła do niego Victoria. – Niedługo przyjdę.
Draco odszedł, a ona ruszyła za Snape'em do jego gabinetu. Gdy już się w nim znaleźli, stanęła przy drzwiach i popatrzyła na niego prawie z roztrzęsieniem. Nie wiedziała, czego się po nim spodziewać. Obawiała się, że będzie próbował z niej coś wyciągnąć. Sam jej przyznał, że podejrzewa, iż nie mówi całej prawdy. A po tym, co dzisiaj zobaczyli, uzasadnione wydawałoby się to, że spróbowałby tę prawdę od niej wyciągnąć.
Gdyby się dowiedział, jak wyglądały w istocie jej spotkania z Czarnym Panem… nigdy więcej z pewnością nie popatrzyłby na nią bez błysku obrzydzenia i niechęci w oku. A ona nie była pewna, czy ma dzisiaj wystarczająco dużo sił, by bronić swojego sekretu.
– Co ty robisz? – zapytał, gdy ona wciąż stała przy drzwiach. – Usiądź, jak na cywilizowaną istotę przystało – powiedział do niej, zajmując swoje własne miejsce za biurkiem.
Wykonała jego polecenie, wzdrygając się jednocześnie z powodu tonu, którym wypowiedział te słowa – czaił się w nim jakiś ukryty gniew. Znowu.
– O co chodzi? Jestem zmęczona. Mam dość wrażeń na dziś – rzekła.
– Malfoy. Spójrz na mnie.
Wpatrzyła się w niego.
– Miałaś okazję dzisiaj zobaczyć, jak się kończy pogrywanie z nim, prawda?
– Trudno było nie zauważyć – zakpiła.
– Powiedz mi wszystko. Nie ukrywaj już dłużej niczego.
– Ale dlaczego mam się przed panem spowiadać?
– Bo jeśli się dowiem, z czym się mierzysz, może będę w stanie ci pomóc. Nie noś zbyt wielu ciężarów na swoich barkach w pojedynkę. Zawierz mi ten sekret. Na pewno będzie ci lżej. A ja muszę wiedzieć. Jestem cholernym szpiegiem, Malfoy. Muszę znać jego tajne bronie. Muszę być pewny, że nie stajesz się jedną z nich, zwłaszcza że przepowiednia podpowiada, iż może się to wydarzyć.
– Nie ma żadnego sekretu – odrzekła stanowczo.
– Jeszcze kilka tygodni temu byłaś lepszą aktorką, wiesz o tym? Co się z tobą stało, Malfoy? Mam wrażenie, że coś wysysa twoją energię. Nie mogę uwierzyć, że te załzawione, przerażone oczy, w które teraz patrzę, naprawdę należą do ciebie.
– Więc nie mam prawa się bać?
– Oczywiście, że masz prawo. Ale może ten strach nie byłby taki wielki, gdybyś się nim podzieliła.
– Nie mogę. Mówiłam panu już kiedyś, że Czarny Pan życzy sobie, abyśmy trzymali się od siebie z daleka. To z pewnością jest związane z tą przepowiednią. Boi się, że spełni się ona w niewłaściwy dla niego sposób.
Snape kiwnął głową; nie powiedziała nic, czego by nie wiedział. Przerwał ciszę dopiero po kilku minutach.
– On cię dzisiaj dotknął, Malfoy.
– I co w związku z tym?
– Co w związku z tym? – powtórzył. – Przypominasz sobie, by kiedykolwiek kogoś dotknął? On brzydzi się dotyku. Gardzi nim.
– Próbuje pan coś zainsynuować? – zapytała po chwili.
– A mam co insynuować?
Spuściła głowę. Pragnęła wydostać się z tego gabinetu jak najszybciej.
– Nie ufasz mi; o to chodzi? – ciągnął Snape.
– Nie o to – odrzekła. – Merlinie! Naprawdę… nie ukrywam niczego istotnego. Nakręcił się pan na coś, co nie istnieje. Szuka pan pustki. Nicości.
– Nie. Kłam. Mnie – wycedził, akcentując każde słowo z osobna.
– Niech pan mi da spokój, błagam – powiedziała i podniosła się z krzesła.
Snape także powstał.
– Dumbledore kazał mi zajrzeć ci do głowy. Uznałem ten pomysł za szalony i okrutny, ale teraz chyba zaczynam się do niego przekonywać – mówił, wychodząc zza biurka. – Co prawda wyszkoliłaś się w oklumencji, ale chyba mnie nie dasz rady stawić czoła, prawda? Zwłaszcza, jeśli będę bardzo nachalny.
Cofała się przez cały czas, kiedy szedł w jej stronę. W końcu jej plecy uderzyły o zimną ścianę.
– Niech pan się do mnie nie zbliża. Mam różdżkę.
– Och. Ja też. Expelliarmus!
Różdżka wyskoczyła jej z ręki. Snape złapał ją i schował do wnętrza swojej szaty.
– Tak nie można! – krzyknęła, a panika zaczęła obejmować ją coraz mocniej.
– Nie można też kłamać w tak ważnych sprawach.
– Nie ma pan prawa się do mnie zbliżyć – powiedziała, choć on był już tak blisko, że kiedy wyciągnęła zgięte w łokciach ręce, by ochronić resztki swojej osobistej przestrzeni, jej dłonie oparły się o jego klatkę piersiową. – I tak nie spojrzę panu w oczy, a bez tego nie będzie pan w stanie dostać się do mojego umysłu.
Zacisnęła powieki. Poczuła, jak jej ręce drżą, próbując stawić opór jego ciału, które wciąż zmniejszało dystans między nimi.
– Spójrz mi w oczy, bo inaczej cię do tego zmuszę – usłyszała jego niski głos tuż przy swoich uchu.
Pokręciła przecząco głową.
– Malfoy, czy jesteś świadoma, co właśnie pokazujesz? Pokazujesz, jak wielka jest twoja tajemnica. Jak wielka, mroczna i straszliwa. Cokolwiek ukrywasz, musisz się do tego przyznać. Nie odpuszczę. Rozumiesz? Masz ostatnie sekundy, by mi o wszystkim powiedzieć. Jeśli tego nie zrobisz, gwarantuję ci, że znajdę sposób, by wedrzeć się do twojego umysłu. A to będzie boleć, bo zrobię to z całą furią i wściekłością, które w tym momencie czuję.
Przeraziły ją te słowa. Zrozumiała, że nie ma siły i odwagi dłużej się opierać. Otworzyła oczy. Wtedy Snape odsunął się od niej na kilka kroków.
– Nie chcę musieć tego robić – rzekł. – Po prostu mi powiedz. Słowami. Szczerze.
Długo na niego patrzyła. W końcu pokiwała głową; wrócili na krzesła.
Miała dwie duże tajemnice. I teraz musiała zdecydować, którą chciała chronić, a której mogła pozwolić wypłynąć. Wiedziała, że w tym momencie kłamstwa nie prześlizgną się przed jego czujnymi zmysłami – trzeba było poświęcić któryś z sekretów.
– Dobrze, powiem, co tak zawzięcie starałam się ukryć. Ale kiedy pan to usłyszy, niech będzie wściekły wyłącznie na siebie, że mnie zmusił, abym to wypowiedziała na głos.
– Oczywiście. Zaraz zacznę uderzać głową w ścianę, by się ukarać za ten haniebny czyn – zakpił. – Więc? Słucham.
Wciągnęła głęboko powietrze, a potem, na jednym wydechu, wyznała:
– To pan jest tym „szczęśliwcem", o którym mówiłam Pansy Parkinson w Noc Duchów.
Kiedy wyszła kilka sekund później, ledwo zdążywszy zarejestrować jego zdumione spojrzenie, przyszło mu do głowy, że może w istocie powinien teraz zacząć uderzać czołem o ścianę.
