Victoria w okamgnieniu po poczynionym przez siebie wyznaniu, którego zupełnie się nie spodziewał, zniknęła za drzwiami jego gabinetu, z trzaskiem zatrzaskując je za sobą – może z powodu rozemocjonowania, które wzięło nad nią górę, a może zwyczajnie przez pośpiech. W zasadzie za to niezwykle szybkie opuszczenie jego gabinetu był jej w duchu bardzo wdzięczny – nie wiedziałby, jak się zachować, gdyby została.

Kiedy minął pierwszy szok wywołany wyznaniem, iż to on jest tym, o którym mówiła – będąc pod wpływem alkoholu, co może warto dodać – że chętnie by z nim zatańczyła lub chociaż pobyła blisko, poczuł, jak wzbiera się w nim złość.

Nie wiedział, czy powinien w to uwierzyć. Czy Victoria Malfoy rzeczywiście mogła darzyć go jakimś nie do końca zrozumiałym i możliwym do zidentyfikowania uczuciem, myśleć o nim jako o kimś, z kim chciałaby być blisko? Czy może kłamała, by odwrócić jego uwagę od prawdy, która wciąż pozostawała ukryta? Zaklął. Nie miał pojęcia, czy go oszukała, czy rzeczywiście wyznała to, co było jej największą tajemnicą, z powodu której zachowywała się ostatnimi czasy mniej naturalnie, a on odnosił przez to wrażenie, że kłamie.

I podczas dzisiejszej rozmowy z nią rzeczywiście wciąż był pewien, że nie mówiła prawdy. Ale pod koniec, kiedy zmusił ją w końcu do obnażenia swego sekretu, wszystko wskazywało na to, że w istocie postanowiła skapitulować i zawierzyć mu to, co dotychczas próbowała zawzięcie ukryć. Może więc nie kłamała. Ale z drugiej strony – jak to mogło być możliwe, że wyrosło w niej jakieś uczucie?

Próbując odpowiedzieć sobie na to pytanie, wściekł się jeszcze bardziej, czując się za wszystko odpowiedzialnym. Przez lata swojej kariery, był pewien, nie dopuścił do tego, by ktokolwiek z grona uczniowskiego chociażby raz pomyślał o nim ciepło, nie mówiąc już o obdarzeniu go sympatią, a ona rzekomo… miałaby…

Nie mógł w to uwierzyć. A jeżeli jakimś cudem było to prawdą, to ponosił za to winę. Może i ostatnio odpowiedział na jej ironiczną propozycję wypicia wspólnie herbaty zadaniem wymownego szlabanu, po którym z pewnością nie pomyśli już drugi raz o tym, by zaproponować mu coś podobnego – nawet i w żartach – ale przed tym, musiał to przyznać, pozwolił zarówno jej – jak i sobie – przekroczyć pewne granice.

Nie miał niewłaściwych intencji – a przynajmniej tak starał się tłumaczyć siebie przed samym sobą. Nigdy niczego od niej nie chciał. Kiedy pozwolił jej na to, by warzyła z nim bazę do eliksiru w ich wolny od zajęć dzień, kiedy dobił Iwanowa i potem wmówił jej, że to on sam jest odpowiedzialny za jego śmierć, kiedy pozwalał jej przychodzić do swojego gabinetu i mówić o tym, co ją niepokoi – jedyne czego chciał, to by wiedziała, że nie jest w tym wszystkim sama.

Nie chodziło o współczucie czy poczucie obowiązku anielskiego serca, które wzruszało się na widok wciągniętej w zły świat i mroczne sprawy dziewczyny – nic z tych rzeczy. Chodziło o zimną, racjonalną świadomość, jak katastrofalne w skutkach mogłoby być pozostawienie jej w całej tej sytuacji samej. Pamiętał, jak był w jej wieku – gniewny, samotny, żądny chwały, podatny na wpływy, przekonany o własnej nieomylności. Ściągnął wówczas na siebie brzemię, które nosił do tej pory, choć minęło już przecież tak wiele lat. Nie chciał, by ją, Dracona czy kogokolwiek innego z jego podopiecznych spotkało to samo. Mimo że ta dwójka należała już do śmierciożerców, to ich dusze nie były przeklęte – w porównaniu do jego własnej – i czuł obowiązek, aby robić wszystko, by taki stan rzeczy pozostał albo chociaż utrzymywał się jak najdłużej. Dlatego pozwalał jej naruszać pewne granice – czuł, że nie pomógłby jej, gdyby zachowywał się wobec niej tak, jak zachowywał się wobec wszystkich innych uczniów. Nigdy oczywiście nie pozwolił sobie na zbyt wiele, ale – nie dało się zaprzeczyć – rzeczywiście parę razy delikatnie zsunął z twarzy maskę ponurego, złośliwego, bezdusznego mistrza eliksirów, któremu wszelkie ludzkie odruchy były obce.

Tak przedstawiały się fakty – przynajmniej do pewnego momentu. Bo jakiś czas temu, chyba mniej więcej po zrozumieniu, że przepowiednia mogła mówić o niej i o nim albo o niej i o Czarnym Panie, prawdopodobnie podświadomie zaangażował się w relację ze swoją uczennicą, której teraz nie potrafił wyjaśnić i z powodu której miał poczucie winy.

A w zasadzie: nie w prawdziwą relację, jak sądził, a wyimaginowaną, istniejącą potencjalnie dopiero w przyszłości. Czy to miało sens? W każdym razie, jak teraz zaczął pojmować – bo to wszystko do tej pory działo się w większości w jego podświadomości – nie umiał przejść obojętnie nad faktem, że pewnego dnia Victoria Malfoy mogłaby dokonać wielkich rzeczy albo z nim, albo z Czarnym Panem u boku – prawdopodobnie. I w swoim wielkim strachu, że Lord Voldemort mógłby wygrać, dopuścił ją do siebie bardziej, niż było to odpowiednie, właśnie po to, by przepowiednia – jeśli w ogóle była prawdziwa, jeśli można było w nią ingerować, jeśli wreszcie w istocie dotyczyła właśnie ich – spełniła się na niekorzyść Czarnego Pana, czego zresztą czarnoksiężnik bardzo się obawiał, a dowód na to dał nawet i dzisiaj, gdy odepchnął od niego Victorię, co było komiczne i tragiczne jednocześnie.

Przepowiednia zamieszała mu w głowie. Przed zrozumieniem, że mogła wiązać się z przyszłością jego i jej, wszystko zdawało się prezentować poprawnie. Victoria Malfoy przyznała, że nie popiera prawdziwie Czarnego Pana, a on zapewnił ją o swoim wsparciu. I na tym powinno się wtedy skończyć. Ale z powodu przepowiedni wcale się na tym nie skończyło.

– Cholerny Makbet! – wrzasnął, uderzając otwartymi dłońmi w swoje biurko.

Czuł się jak bohater Szekspira, który usłyszał przepowiednię od wiedźm i zaczął robić wszystko, aby się spełniła, a to ostatecznie doprowadziło go do klęski.

Kiedy podniósł się w końcu z krzesła i ruszył ciężkim krokiem do swoich kwater, doszedł do pewnego wniosku – skoro przepowiednia namieszała w głowie jemu, to z pewnością namieszała również Victorii. Jeżeli rzeczywiście sądziła, że darzy go jakimś uczuciem, to tylko dlatego, iż straciła racjonalne myślenie, a jej osądy nie były wiarygodne. Zatem nie można było brać jej słów na poważnie. Należało o wszystkim zapomnieć i wrócić do punktu wyjścia, gdy nie pozwalał jej na ani trochę więcej niż żadnemu innemu uczniowi.

•*•.•*•

Victoria zasnęła dość szybko, ale tylko dlatego, iż się do tego zmusiła, szantażując własny umysł tym, że jeżeli nie osunie się w sen, to – mimowolnie oczywiście – będzie kazała rozmyślać mu wciąż i wciąż o tym, co powiedziała Snape'owi. A wspominać tego nie chciała chyba ani jedna komórka w jej ciele.

Rano jednak nie potrafiła powstrzymać traktowania własnego umysłu jak projektora, który się zaciął, odtwarzając jej ciągle tę samą scenę.

Było jej wstyd. Tak bardzo wstyd! Zdawało się, że wyznanie, które stało się udziałem Snape'a poprzedniego wieczora, ciążyłoby jej mniej, gdyby zostało wypowiedziane nawet i do Dumbledore'a. Wzdrygnęła się jednak na myśl, że mogłaby powiedzieć coś takiego dyrektorowi. W porządku, może Dumbledore nie był dobrym przykładem, ale nie zmieniało to faktu, że zrobiła straszną rzecz – i że konsekwencje tejże rzeczy z pewnością odczuje już przy następnym spotkaniu ze swoim profesorem, a także każdym kolejnym.

Pocieszało ją jedynie to, że mimo wszystko podjęła – jak jej się wydawało – właściwą decyzję. Z jakiegoś powodu wolała, by Snape dowiedział się o tym, że żywi do niego jakieś uczucie – albo że przynajmniej będąc pod wpływem alkoholu myśli właśnie o nim jako o kimś, z kim chciałaby siedzieć blisko – niż aby posiadł wiedzę na temat tego, iż ostatnie spotkanie sam na sam z Voldemortem spędziła w jego ramionach, prowadzona przez niego w tańcu. Wmówiła sobie, że powinna strzec prawdy o drugim obliczu Czarnego Pana – i z powodu własnego wstydu, i niepewności co do reakcji innych, i ze strachu. Sądziła, że ostatecznie to i tak nie miało większego znaczenia. Przecież nie pozwoli Tomowi zawładnąć swoim sercem, tak że byłaby gotowa stanąć u jego boku w ostatecznym czasie.

Liczyła, że chociaż niedziela upłynie jej w miarę beztrosko – a więc bez konfrontacji ze Snape'em. Ta miała odbyć się dopiero jutro w czasie zajęć. Kiedy jednak wychodziła na śniadanie, zdała sobie sprawę z pewnej straszliwej rzeczy – Snape wciąż miał jej różdżkę.

Gdy pół godziny później szła do jego gabinetu, ledwo powstrzymywała drżenie. Przeczuwała, że Snape tylko czekał na jej wizytę – i nie, bynajmniej nie po to, by porwać ją w ramiona i wyznać, że też myśli o niej w inny sposób, niż było to dozwolone. Zakładała, iż zastanie go w piekielnym nastroju. Ale czy mogła wymagać od niego czegokolwiek innego? To był Snape, nie Blaise Zabini, który z pewnością by się ucieszył, gdyby usłyszał od niej słowa, które miał przyjemność – raczej wątpliwą – usłyszeć poprzedniego wieczora jej nauczyciel.

Zapukała do jego gabinetu, nie będąc pewną, czy go zastanie albo – czy on będzie chciał ujawnić, że jest w środku, jeśli podejrzewał, iż to właśnie ona czaiła się po drugiej stronie drzwi. Może nie chciał jej widzieć?

Odczekała minutę. I nic. Nikt nie otworzył ani nie odezwał się.

Westchnęła cicho i obróciła się, by udać się do Wielkiej Sali na śniadanie. I nagle zobaczyła, że Snape stał tuż obok. Od zawsze wydawało jej się, że ma wyostrzone zmysły – on jednak potrafił niczym wąż przepełznąć tuż obok i pozostać niezauważonym ani nieusłyszanym do ostatniej chwili.

– Och! Dzień dobry – powitała go, próbując patrzeć mu w oczy, jak gdyby poprzedni wieczór wcale się nie wydarzył.

– O co chodzi, panno Malfoy? – zapytał swoim zwyczajnym, ponurym tonem.

Zrobił taki ruch, jakby chciał dostać się do swojego gabinetu, a jednocześnie nie musieć jej prosić o przesunięcie się. Postanowiła więc nie utrudniać i odsunęła się na bok. Wtedy Snape odblokował zaklęciem drzwi, a następnie je otworzył.

– Przyszłam po swoją różdżkę – wyjaśniła, zanim zdążył wejść do środka.

– Rozumiem. Proszę zaczekać.

Zniknął w gabinecie, a ona została na korytarzu. Po kilkunastu sekundach pojawił się w progu, trzymając jej własność. Gdy ją odbierała, próbowała nawiązać z nim kontakt wzrokowy. Fakt, że pierwszy raz nie zaprosił jej do środka swojego gabinetu, okazał się dla niej dziwnie przejmujący – chciała więc znaleźć w jego oczach jakiekolwiek potwierdzenie na to, że nie stała się teraz nagle dla niego zupełnie obca.

Niestety. Snape nie patrzył na nią; wpatrywał się za to w grupkę uczniów stojących niedaleko, jak gdyby sprawdzał, czy nie robią niczego niepokojącego. Kiedy w końcu różdżka spoczęła w jej dłoni, Snape wycofał się do wnętrza gabinetu i bez słowa pożegnania zamknął za sobą drzwi.

Gdyby kilka minut temu ktoś jej powiedział, że Snape po wczorajszym wyznaniu będzie wobec niej zupełnie obojętny, chyba by się ucieszyła, bo oznaczałoby to, że uniknie jego wrogości. Teraz jednak, idąc powolnie w stronę Wielkiej Sali, była przekonana, że kłótnia z nim rozczarowałaby ją mniej aniżeli to, co zastała.

•*•.•*•

Wieczorem Snape nie udał się na kolację. Nie wcale dlatego, że nie był głodny. Od popołudnia poświęcił się kolejnemu etapowi warzenia Eliksiru Trascendentii, a etap ten wymagał od niego całkowitego skupienia przez długie godziny.

Po dwudziestej drugiej dodał w końcu do kociołka liść ślazu. Zaklął cicho, widząc, że eliksir nie uzyskał wcale bladoniebieskiej barwy, jak Snape zakładał, że powinien był po dodaniu tego składnika. Pot wstąpił mu na czoło; jeżeli nie wymyśli w ciągu najbliższych sekund, co mógłby dodać, aby wywar osiągnął równowagę magiczną, wszystko się zepsuje i kilka tygodni warzenia pójdzie na marne.

Wyciągnął pospiesznie różdżkę i dał sobie na namysł tylko sekundę – nie miał więcej czasu.

Jeśli jeden liść ślazu był za słaby, a drugi z pewnością będzie zbyt mocny, to…

Nasiona. Nasiona ślazu.

Machnął różdżką i z zaplecza przyleciała do niego garść nasion. Postanowił wrzucić trzy, stawiając wszystko na jedną kartę…

Cofnął się, kiedy wpadły do wrzącego wywaru. Istniało prawdopodobieństwo, że za chwilę całe jego kwatery wybuchną, a on odejdzie – daj Merlinie! – do lepszego świata i nie będzie musiał przejmować się już Dumbledore'em, Voldemortem, szpiegowaniem, zbliżającą się wojną… i Victorią Malfoy, której pozwolił uwierzyć, że jest odpowiednim obiektem do dziwacznych, acz interesujących rozmyślań.

Kociołek po kilku sekundach wciąż stał. Snape zbliżył się i zajrzał do jego wnętrza. Mikstura miała bladoniebieski kolor.

Odetchnął z ulgą i zabezpieczył eliksir. Teraz miał się warzyć bez jakiejkolwiek ingerencji przez trzy pełne doby. Kiedy sprzątał stanowisko, wyczuł nagle, że ktoś za nim stoi. Nie wzdrygnął się jednak. Wiedział, że tylko jedna osoba mogła dostać się do jego prywatnego laboratorium.

– Dumbledore. Co cię sprowadza? – zapytał, nie obróciwszy się nawet.

– Czy stary człowiek nie może już złożyć młodszemu przyjacielowi wizyty?

– Twoje wizyty zawsze mają jakiś cel – odparł Snape, chowając ostatnie przyrządy do szafek i obdarzając wreszcie Dumbledore'a podejrzliwym, ponurym spojrzeniem. – Choć, przyznaję, czasem całkiem dobrze udaje ci się te cele ukrywać. Przynajmniej przez jakiś czas odwiedzin. Zwykle pół godziny. Nie mam jednakże dzisiaj nastroju na częstowanie cię herbatą i ciasteczkami…

– Jakbyś kiedykolwiek miał – wtrącił z uśmiechem dyrektor.

– …więc będę wdzięczny, jak powiesz od razu, czego chcesz.

– No dobrze, skoro sobie tego życzysz… Przybyłem zapytać, czy dowiedziałeś się czegoś od panny Malfoy.

Snape ścisnął nasadę swojego nosa, próbując nie wybuchnąć gniewem.

– Próbowałem. Wczoraj.

– Po tym, jak wróciliście ze spotkania z Tomem, na którym uprzejmie zaprezentował wam, do czego może doprowadzić zdrada? – Dumbledore uśmiechnął się, zerkając na Snape'a zza okularów, prawie tak, jakby bawiło go, że Snape mógł skończyć pewnego dnia zupełnie tak samo jak Greyback.

– Tak, po tym. I przed tym, zanim udałem się do ciebie, by poinformować, że nici ze współpracy z wilkołakami.

– Nie wspomniałeś wtedy, że rozmawiałeś już z Victorią. W zasadzie bardzo szybko ode mnie uciekłeś. Więc? Jak poszło? Dowiedziałeś się czegoś?

– Niczego istotnego. Mimo to muszę przyznać, że miałeś rację. Trzeba było ją przycisnąć. Kiedy ujrzałem ciała tych zmasakrowanych wilkołaków… doszedłem do wniosku, że w istocie należy za wszelką cenę dowiedzieć się, co ta dziewczyna zataja. Dla bezpieczeństwa i jej własnego, i naszego. Ona może nie umieć ocenić sytuacji. Może sądzić, że to, co ukrywa, nie niesie za sobą zagrożenia, podczas gdy jest inaczej. Zrozumiałem to wczoraj w pełni i starałem się zmusić ją do wyznania prawdy. Rzeczywiście… powiedziała mi coś, ale to nie ma żadnego związku z Czarnym Panem. Wychodzi więc na to, że ją przeceniliśmy. Wydawało nam się, że skrywa jakiś mroczny sekret, a ona tylko… robiła to, co dla dziewczyn w jej wieku typowe: rozmyślała o… głupotach. Nic więcej.

Nie miał na sto procent pewności, że Victoria Malfoy naprawdę wyznała mu to, co powinna była. Zamierzał wciąż zachowywać czujność i ją potajemnie obserwować, ale jednocześnie na ten moment nie miał powodu – ani siły czy ochoty – by to roztrząsać.

– Co takiego ci powiedziała? – zaciekawił się Dumbledore.

– Nie twoja sprawa. Zapewniłem cię już, że nie było to związane z Czarnym Panem. Z tobą też nie.

Dyrektor obserwował młodszego czarodzieja przenikliwym spojrzeniem, a delikatny uśmiech nadal tlił się na jego ustach.

– Severusie, powiedz. Znasz mnie! Wiesz, że będę naciskał, jeśli mi tego nie zdradzisz, a ja wiem, że nienawidzisz, kiedy ktoś na ciebie naciska i zakłóca twój spokój. I na pewno nie pocieszy się fakt, że czasu mam dzisiaj mnóstwo.

– Dziwne – skomentował to Snape. – Powinieneś raczej być zajęty, chociażby szukaniem nowych sprzymierzeńców na wojnę. Ostatnich posłałeś na śmierć, więc ci się nie przydadzą.

Dumbledore nie odpowiedział na ten przytyk, patrząc wciąż wyczekująco na mistrza eliksirów.

Snape, który nie marzył o niczym innym, jak tylko o tym, by odpocząć w samotności, stanął przy drzwiach wiodących do własnych kwater i westchnął głęboko.

– Powiedziała, że myśli o mnie częściej, niż powinna. Mogę już iść?

Dyrektor milczał przez dłuższą chwilę.

– Spodziewałem się tego – przyznał w końcu.

– A z jakiego to niby powodu? – Snape zerknął na niego prawie z oburzeniem.

Dumbledore wzruszył tajemniczo ramionami, popatrzył dziwacznym, zamyślonym spojrzeniem w podłogę, po czym pożegnał się i odszedł, zostawiając Snape'a w poczuciu zupełnej dezorientacji.