Kiedy skończył wszystkie lekcje oraz rozprawił się z innymi obowiązkami, które miał zaplanowane na ten dzień, wybiła już dwudziesta. To oznaczało, że z pewnością niebawem zjawi się u niego Septima. Westchnął ciężko, siadając w fotelu w salonie we własnych kwaterach i ściskając nasadę swojego nosa. Nie udał się na kolację. Nie mógłby chyba niczego przełknąć – wspomnienia ataku na mugolską rodzinę z poprzedniej nocy, w którym brał udział z rozkazu Czarnego Pana, wciąż były niczym świeżo wygrawerowane obrazy w jego pamięci. Nie zabił nikogo – nie musiał. Dołohow, Yaxley i bracia Lestrange, którzy mu towarzyszyli, nie wahali się tak jak on i przystąpili do działania bardzo szybko. To jednak, że nie rzucił zaklęcia uśmiercającego, wcale nie sprawiło, iż czuł się mniej winny.

Nie był zadowolony z faktu, że Septima miała wkrótce złożyć mu wizytę. W zasadzie był wściekły na samego siebie, że dał się przekonać i zgodził się, aby przyszła.

Jego wzrok spoczął na kawałku pergaminu, który w pośpiechu przyniósł ze sobą do kwater, kiedy po zajęciach z siódmym rokiem wpadł na chwilę do swojego salonu, by zabrać jedną z pozostawionych tu omyłkowo książek, potrzebną mu na popołudniowe zajęcia. Pergamin zawierał notatkę o buntach goblinów w dziewiętnastym wieku; był to temat, który przerabiano na siódmym roku – ale i bez tej wskazówki wiedział, do kogo owe znalezisko należało. Znał pismo każdego ze swoich uczniów. Te zgrabne, przechylone literki powstały niewątpliwie przy pomocy dłoni Victorii Malfoy.

Zauważył, że przy punkcie zawierającym informacje o ostatnim, czwartym buncie, napisała słowo „absurd". Uśmiechnął się lekko pod nosem. Całkowicie się zgadzał; czwarty bunt tych niecnych stworów był zupełnie bezsensowny – wszystkie swoje zamierzenia osiągnęły już podczas poprzednich, więc ten czwarty zorganizowały chyba tylko po to, by zobaczyć, czy mogą nadwyrężyć własne stosunki z czarodziejami jeszcze bardziej. Owszem – udało im się, a skutki tego odczuwano do dziś.

Uśmieszek spełznął mu jednak z twarzy, gdy uświadomił sobie, że po raz kolejny jego myśli zaczęły krążyć wokół tej dziewczyny. Ale, z drugiej strony, jak mógł o niej nie myśleć, skoro zachowywała się w taki dziwny sposób, skutecznie ściągając tym na siebie jego uwagę? Dzisiaj bez wątpienia podsłuchała rozmowę, którą przeprowadził – niechętnie – z Septimą. Dlaczego ją to interesowało? Dopiero co doszedł do wniosku, że jej wyznanie z soboty było jedynie głupim wybrykiem i nie powinien brać go na poważnie, a tu – co? Kolejny głupi wybryk? Czy jednak działanie w pełni zamierzone? Tym razem z pewnością to drugie.

Nie rozumiał poczynań tej dziewczyny. Czego ona od niego chciała? Co chodziło jej po głowie? Czy powinien był coś z tym zrobić, czy raczej potraktować obojętnością?

Jego rozważania – z jednej strony bezsensowne, z drugiej niezwykle poważne – przerwało pukanie do drzwi gabinetu – które, za sprawą odpowiedniego zaklęcia, dobrze słyszał w swym salonie. Podniósł się, pokonał laboratorium, długi korytarz i przeszedł do gabinetu – bo to właśnie przez gabinet najprościej można było dostać się do jego kwater – i otworzył. Oczywiście nie zdziwił się widokiem Septimy.

– Zafundowałaś mi cudowny spacer, zupełnie niepotrzebnie – rzucił ironicznie, przesuwając się na bok, by wpuścić ją do środka. – Nie zmieniłem haseł. Jeszcze. Mogłaś po prostu wejść.

Zanim zamknął drzwi, wychylił głowę na korytarz i rozejrzał się na boki. Zrobił to tak szybko, że Septima nie zdążyła tego zauważyć.

– Nie wiedziałam. Ale nawet, gdybym wiedziała, nie weszłabym tak po prostu. Już nie.

– Dziękuję – burknął, bo inna odpowiedź nie przyszła mu do głowy. – A czy ośmielisz się przejść do salonu? – zapytał zgryźliwie, z uśmieszkiem. – Czy mam nalegać? W gabinecie jest dość zimno.

– Cóż, ostatecznie mogę się na to zdobyć – odpowiedziała, nauczona naśladować jego sarkazm.

Udali się więc do kwater Snape'a i zasiedli w jego salonie.

– Wspominałaś coś o winie i szachach – rzekł beznamiętnie, po czym machnął różdżką, a na stolik przed nimi przylewitowała stara szachownica.

Septima wyciągnęła z wnętrza szaty butelkę dobrego wina – może to właśnie dzięki niej ten wieczór nie był aż tak zły, a przynajmniej do pewnego momentu. Bo gdy zegar wybił dwudziestą pierwszą trzydzieści, a oni byli już po partyjce, Septima zakręciła kieliszek z winem w swojej dłoni i popatrzyła z zamyśleniem na Snape'a.

– Wspaniale – skomentował to z ironią Severus. – Niech zgadnę. Nadchodzi jakieś trudne pytanie, które rozgrzeje mnie może i bardziej niż ta zacięta gra czy nawet wino.

Popatrzył na odłożoną już na bok szachownicę i niemal pustą butelkę; potem skupił wzrok na Septimie, którą znał zbyt dobrze, by nie wiedzieć, że w istocie rozmyślała o czymś poważnym.

– Chciałam porozmawiać o... Victorii Malfoy.

Snape z trudem zachował kamienną twarz. Merlinie. A nawet – Zeusie! Hero! Ateno! Hadesie! Perunie! Odynie! Bogowie – jednym słowem! Za jakie grzechy?!

– O co chodzi? – zapytał, posępniejąc.

– Zastanawia mnie to, czy jesteś w stanie wyjaśnić, dlaczego przepowiednia prawdopodobnie mówi o tobie i o niej. Sądzisz, że... w pewnym momencie... wasze drogi rzeczywiście mogą połączyć się na tyle, iż dokonacie razem ważnych rzeczy?

Snape popatrzył na nią prawie z rozdrażnieniem, jednak zaraz okazało się, że na próżno próbował je ukryć. Kiedy tylko dostrzegł, że spojrzenie Septimy stało się podobne spojrzeniu Dumbledore'a, które ten posłał mu wczoraj, gdy rozmawiali właśnie o Malfoy, pełne troski i niepokoju, zacisnął gniewnie pięści i szczękę.

– Po pierwsze – zaczął, prostując się w fotelu – wydaje mi się, że nasze drogi, moja i jej, już teraz są ze sobą mocno połączone, nie uważasz? Siłą rzeczy. Z powodów zupełnie niezależnych ode mnie. Po drugie... co dokładnie masz na myśli, Septimo? Czy ty też chcesz usłyszeć ode mnie wyznanie, że owszem, jakimś cudem zasiałem w niej ziarno zaciekawienia moją osobą, by za chwilę z zawodem powiedzieć mi, iż się tego spodziewałaś, zupełnie jakby moim celem było... uwiedzenie osiemnastoletniej uczennicy? – wycedził z kpiną i odrazą, niemal wypluwając ostatnie słowa.

– O czym ty mówisz? – Septima uniosła brwi. – I co to znaczy, że ja „też" chciałabym usłyszeć takie wyznanie i powiedzieć ci, że się tego spodziewałam? Kto już to zrobił?

– Dyrektor. – Snape westchnął ciężko. – Nieważne. Nie wiem, co dokładnie miał na myśli. W każdym razie miałem wyciągnąć pewną informację z Malfoy, a ostatecznie usłyszałem od niej, że...

Podniósł na nią wzrok. Próbował wybadać, co czai się w rysach jej twarzy. Na szczęście nie dostrzegł tam chęci dokonania osądu, a jedynie zaciekawienie i niemiłą mu troskę.

– Usłyszałem, że... darzy mnie nutką pewnej ponadprogramowej, powiedzmy, sympatii – dokończył w końcu, celowo zmieniając nieco słowa Victorii. – Później powtórzyłem to Dumbledore'owi, a on spojrzał na mnie dziwnie i powiedział, że się tego spodziewał. Nie rozumiem, o co mu chodziło. Czy to była jakaś żenująca sugestia?

– Może, ale chyba nie wobec ciebie, a wobec niej. W końcu... czy tego chcesz, czy nie, jesteś kimś na kształt mentora dla panny Malfoy, prawda? Wasze położenia są dość podobne. Wy jesteście podobni. Liczby losu wpływają na nas w pewien sposób. Ty i ona macie tę samą liczbę. To chyba naturalne, że ona w pewien sposób próbuje odnaleźć w tobie jakieś oparcie, że żywi do ciebie, jak to nazwałeś, ponadprogramową sympatię. Widzi w tobie zarówno znajomy pierwiastek, jak i ochronę. Z pewnością kojarzysz jej się z bezpieczeństwem.

Wcale nie pocieszyło go to, że fakt, iż dzielił z kimś tę samą liczbę losu, sprawiał, jak twierdziła specjalistka w dziedzinie numerologii, że siłą rzeczy miało się z tą osobą coś wspólnego – było się do niej podobnym. W końcu poza Malfoy jedenastką był też Czarny Pan. Odłożył jednak te rozważania na bok.

– Kojarzę jej się z bezpieczeństwem? – powtórzył z kpiną. – Nie możesz mówić tego poważnie. Jak bez problemu się domyśliłaś, byłem jednym z tych, którzy brali poprzedniej nocy udział w ataku na mugolską rodzinę. Jestem śmierciożercą, Septimo.

– A ona jest śmierciożerczynią. Z przymusu. Dumbledore powiedział mi, że się wam do tego przyznała, będąc pod wpływem Veritaserum, które dobrowolnie wypiła. I spośród wszystkich innych śmierciożerców tylko ty jeden działasz prawdziwie dla dobrej strony. Jesteś jej światłem w ciemnościach, nawet jeśli czasem gaśniesz i sam stajesz się mrokiem. Bo i mrok niezaprzeczalnie w sobie nosisz, ale nie jesteś nim przepełniony. Może dlatego ona do ciebie lgnie. Zna mrok, więc zmierza ku temu, co nie jest jej obce, wiedząc jednocześnie, że ten mrok nigdy nie przeszyje jej na wskroś, bo jest to mrok, w którym można odnaleźć ukojenie.

Snape zmrużył oczy, a potem zaśmiał się sarkastycznie. Był to jednak bardzo krótki śmiech.

– Więc uważasz, że powinienem pozwolić jej do siebie lgnąć? – zapytał z niedowierzaniem.

– Nie uważam, że powinieneś jej na cokolwiek pozwolić. Uważam, że powinieneś zrozumieć mechanizmy, które wchodzą tutaj w grę.

– No tak. Dziękuję za tę cenną lekcję psychologii – odparł, nie dodając jednak, że teraz czuł się jeszcze bardziej zagubiony i zdezorientowany. – Późno już. Chyba się położę i spróbuję ułożyć sobie to wszystko w głowie. Pozwolisz?

– Oczywiście. – Dopiła wino ze swojego kieliszka, podniosła się i popatrzyła na niego z góry z delikatnym uśmiechem. – Wiesz, może to nie tylko te mechanizmy. Może po prostu spodobałeś się swojej uczennicy. Jesteś najbardziej intrygującym mężczyzną w tym zamku. Większość kobiet z pewnością to dostrzega. A jeżeli panna Malfoy jest u szczytu swego procesu dojrzewania, to... musisz być ostrożny.

Puściła mu oczko i ruszyła w stronę wyjścia. Snape nie miał zamiaru jej odprowadzać.

•*•.•*•

Victoria wieczorem wybrała się na spacer po korytarzach Hogwartu ze swoim bratem. Draco wciąż jej o czymś opowiadał, ale ona nie bardzo go słuchała. Myślami była wciąż przy Severusie Snape'ie i Septimie Vector, którzy mieli spotkać się tego wieczoru – a wiedziała o tym, ponieważ podsłuchała ich rozmowę. To było dziwaczne, ale odczuwała pewien niepokój. Zupełnie jakby Vector jej zagrażała. Ale w czym? Przecież już doszła do wniosku, zupełnie niedawno, że tak naprawdę nigdy nie łączyło jej nic ze Snape'em. Jak mogła więc obawiać się, że ktoś ją zastąpi, jeśli nigdy nie zajmowała żadnego miejsca? Może fakycznie – kilka razy to ona rozmawiała późnym wieczorem ze Snape'em, a dzisiaj robiła to Vector. Ale co z tego? To zawsze były rozmowy dotyczące niemal wyłącznie Czarnego Pana, a więc – można powiedzieć – w duchu zawodowym, nigdy prywatnym.

W duchu prywatnym rozmowy przeprowadzał z nią z kolei Czarny Pan. Czy to nie było ironiczne, przerażające i niemal zabawne?

– I wtedy powiedziałem Pansy, że nie, nie wymknę się z nią w nocy, by pooglądać gwiazdy. Była zdruzgotana. Tak jakbym wcale nie odmówił jej jakieś dwadzieścia razy, kiedy proponowała mi podobną rzecz w ciągu ostatniego miesiąca! – mówił Draco.

Już miała coś odpowiedzieć, aby jej brat nie zwątpił w to, że jest choć trochę przez nią słuchany, gdy nagle poczuła charakterystyczne bolesne mrowienie na przedramieniu. Draco nawet się nie skrzywił – dalej szedł żwawo przed siebie, że aż ledwo mogła dotrzymać mu kroku, wzburzony postępowaniem Pansy, o którym opowiadał przez ostatni kwadrans. To oznaczało oczywiście, że nie został wezwany. Nie chciała go niepokoić, mówiąc mu, że po raz kolejny Czarny Pan wzywał prawdopodobnie ją samą. Zatrzymała się więc w miejscu, zrobiła przerażoną i zaskoczoną minę, po czym powiedziała:

– Cholera. Właśnie się zorientowałam, że nie mam przy sobie różdżki. Musiałam ją gdzieś zostawić. Lecę jej szukać, póki nie ma ciszy nocnej. Na razie!

I zanim Draco zdążył zaoferować swoją pomoc, puściła się biegiem przed siebie. Uznała, że zbyt ryzykowne będzie udanie się do dormitorium po odzienie wierzchnie oraz szatę śmierciożercy, której Czarny Pan przeważnie wymagał od swoich poddanych, kiedy przybywali na jego wezwanie – nie miała już pomysłu na kolejne wytłumaczenie swojego tajemniczego nocnego wypadu, które mogłaby przedstawić Pansy, gdyby na nią trafiła. Poza tym wiedziała, że ta szata zapewne jej się nie przyda, tak jak nie przydała się na serii ostatnich spotkań. Bo te spotkania nie były wcale zwyczajnymi spotkaniami Czarnego Pana z jego sługą. To były spotkania Toma Marvolo'a Riddle'a z Victorią Malfoy.

Kiedy szła przez błonia w stronę bramy, za którą miała się teleportować, silny wiatr targał jej włosy. Było zupełnie ciemno; nieco światła dawał jedynie księżyc oraz stado gwiazd. Panował też chłód, przez który trzęsła się – nie wzięła przecież płaszcza. Idąc pospiesznym krokiem, obróciła się przez ramię i spojrzała na zamek. Potem zatrzymała się zupełnie. Mroczny Znak piekł ją, ale ona z jakiegoś powodu zapragnęła postać chwilę nieruchomo, pozwolić wiatrowi pełzać po swojej zaczerwienionej od zimna twarzy i rozkoszować się ciemnością, w której była zupełnie niewidoczna. Niewidoczna i władcza. Jedyna na całych błoniach, która doświadczała potężnej mocy żywiołów i się jej nie bała, podczas gdy wszyscy inni skrywali się w solidnych murach zamku. I w dodatku szła na spotkanie kolejnego potężnego żywiołu, który siał strach na całym świecie. Przy niej jednak ten morderczy, przerażający żywioł uspokajał się, był cichy i łagodny.

Mając tę świadomość, jak mogła nie zachwycić się mocą, którą niezaprzeczalnie dzierżyła?

Lecz kiedy chciała ruszyć dalej w kierunku bramy, by przenieść się wreszcie, zdała sobie sprawę z jednej rzeczy, która sprawiła, że nagle zwątpiła w swoją siłę. Może i jeden mroczny, potężny żywioł, jakim był Tom, pozwolił jej poznać swoją subtelną stronę i w pewien sposób się ujarzmić. Był jednak jeszcze drugi żywioł, też mroczny i potężny, który – mimo że chował się w zamku – nie mógł równać się z wichurą, mrozem i mrokiem, bo był od nich nieporównywalnie silniejszy. I tego żywiołu, wiedziała dobrze, nigdy nie będzie mogła opanować, choć w głębi ducha cicho o tym marzyła.