Victoria docierała już do bramy. Mroczny Znak na jej przedramieniu wciąż dawał o sobie znać, wywołując ból i dyskomfort. Musiała przenieść się jak najszybciej, jeżeli chciała przestać to czuć. Kiedy znalazła się przed bramą, wydobyła z kieszeni spodni różdżkę z zamiarem użycia Alohomory. Nim zdążyła to zrobić, usłyszała głos dobiegający z ciemności po swojej prawej stronie:
– Nie odpowiadaj na to wezwanie.
Z mroku wyłonił się Snape.
– Co pan tu robi? – zapytała zaskoczona. – Myślałam, że…
Nie dokończyła.
– Że jestem na spotkaniu z profesor Vector? – Uniósł brew i zaśmiał się w duchu szyderczo z zaskoczenia, które wymalowało się na jej twarzy. – Owszem, w pełni zdaję sobie sprawę z tego, że podsłuchałaś dzisiaj moją rozmowę z nią. Do tego jeszcze wrócimy. Teraz jestem tutaj, ponieważ twój brat spotkał mnie na korytarzu i powiedział mi, że nie jest pewien, czy przypadkiem nie zostałaś znowu wezwana. Nie przyznałaś mu się, ale on wyczuł, że coś jest nie tak.
– Zgadza się, zostałam wezwana – odrzekła, a jej dłoń powędrowała na przedramię ręki, by je nieco pogładzić, jak gdyby mogło to choć trochę ukoić ból, który odczuwała coraz dotkliwiej. – Dlaczego powiedział pan, że mam nie odpowiadać na wezwanie? Chyba doskonale pan wie, kto mnie wzywa, prawda?
– No właśnie się zastanawiam. Czy rzeczywiście wzywa cię ten okrutny, przerażający czarnoksiężnik, mając ku temu ważny powód, czy może jednak ktoś, kto po prostu chce posiedzieć z tobą chwilę, popytać, jak się masz, i dalej siać w tobie przekonanie, że coś dla niego znaczysz. A wszystko to po to, byś na pewno w odpowiednim momencie stanęła, jak być może mówi przepowiednia, u jego boku.
Victoria milczała kilka sekund.
– Nieważne, jaki ma cel. Muszę się przenieść. Nie mogę go nie posłuchać.
– Możesz.
Wpatrywała się w jego oczy prawie z przerażeniem. A potem nagle zaczęła pojmować.
– On nie jest wobec mnie niebezpiecznym szaleńcem, groźnym Czarnym Panem, którego powinnam bezwarunkowo słuchać – powiedziała. – Jest kimś, kto ma wobec mnie pewien interes. Na prywatnych spotkaniach z nim nie jestem jego poddaną. Sam stworzył taką rzeczywistość. Pokażę mu, że rozumiem.
– Niech będzie – wymruczał, wywracając oczami – ale nie o to mi chodziło. Nie chciałem cię namawiać, być starała się coś mu udowodnić. Próbowałem ci przekazać, że w istocie twoje spotkania sam na sam z nim są innej natury niż te, które odbywa on ze wszystkimi innymi śmierciożercami. Te… wasze… nie są niczym pilnym. A ty przecież jesteś uczennicą Hogwartu. Nie zawsze, teoretycznie, możesz wszystko rzucić i przenieść się do niego. Więc… dzisiaj tego nie rób. Bo nic się nie stanie, w co wierzę, jeżeli tego nie zrobisz, a jeśli tego nie zrobisz, to on nie postawi kroku naprzód w stronę ziszczenia się tej… cholernej przepowiedni. O ile w ogóle jest prawdziwa. O ile mówi o tobie i o nim. Merlinie, to tragiczne i komiczne zarazem. Istnieje wciąż tyle niewiadomych, a wszyscy tak bardzo zapatrzyliśmy się w tę przepowiednię i ustawiliśmy ją na piedestale. Jest tyle ważniejszych spraw. Chętnie zapomniałbym o niej na zawsze, ale nie mogę, skoro Czarny Pan traktuje ją w tak poważny sposób.
Victoria słuchała go, obejmując się ramionami i drżąc z zimna. Nie miała na sobie płaszcza; była odziana jedynie w bluzkę i spodnie. Nagle jednak wyprostowała się i stanęła nieruchomo.
– Przedramię przestało mnie boleć – powiedziała z zaskoczeniem.
– No właśnie. Przestał cię wzywać. To dobrze. Będzie musiał wypić wieczorną herbatkę sam.
– Łatwo panu mówić – odrzekła ironicznie, nie mogąc się powstrzymać – skoro pan nie spędził wieczoru samotnie.
– Żałujesz go? – zapytał, a na jego twarzy wyrosła wściekłość.
Zrobił taki ruch, jakby chciał wyciągnąć coś z wnętrza swojej szaty. Victoria była prawie pewna, że za chwilę wymierzy w nią różdżkę. Zdziwiła się więc ogromnie, kiedy Snape gwałtownie odpiął swoją czarną pelerynę, ściągnął ją z siebie i wyciągnął odzienie ku niej.
– Żałuję bardziej siebie – odrzekła cicho, ze zdumieniem wpatrując się w czarną tkaninę w jego dłoni. – Pan mnie chyba też?
– Bez przesady – odrzekł i uniósł złośliwie kącik ust, kiedy przyjmowała od niego pelerynę, by po chwili się nią okryć.
– Więc po co ten gest?
– Bo gdyby dyrektor popatrzył teraz przez okna i zobaczył, że jesteś tak lekko ubrana, a obok stoję ja i niczego nie robię, by zapobiec twemu zamarznięciu, mógłbym dostać reprymendę. Wracamy do zamku.
Kiedy ruszyli, Victoria popatrzyła na niego i powiedziała:
– Dyrektor nie dostrzegłby nas z takiej odległości.
– Zdziwiłabyś się – odparł krótko, choć wiedział, że miała rację.
Nagle stało się coś niespodziewanego – choć może nie było to wcale takie dziwne, skoro kończył się listopad; w każdym razie zupełnie się tego nie spodziewali: zaczął prószyć śnieg.
– A to dobre – rzekła cicho Victoria.
– Co w tym dobrego?
– Pańska peleryna tak naprawdę na niewiele się zda. Właśnie sobie uświadomiłam, że jest mróz.
– Dotychczas tego nie odczuwałaś? – Spojrzał na nią kpiąco z uniesionymi brwiami.
Zwolniła kroku, wpatrując się w wirujące w powietrzu płatki śniegu. Nagle całkiem się zatrzymała.
– Szczerze mówiąc… nie. Kiedy tylko poczułam ból i mrowienie na przedramieniu, odcięłam się od wszelkich odczuć i emocji. Zabroniłam sobie cokolwiek czuć.
Kpina ulotniła się z jego oczu. Rozumiał to, co właśnie powiedziała, zbyt dosadnie, by móc z tego drwić. Również przystanął. Obserwował dłuższą chwilę w milczeniu, jak patrzy w górę.
– Masz pewną słuszność. Zamienianie się w skałę pomaga czasem przeżyć, ale… robi się nieciekawie, gdy nagle orientujesz się, że nie umiesz już inaczej. Nie tylko w sytuacjach zagrożenia.
Gdy zrozumiała znaczenie jego słów, wagę tego subtelnego, niemal intymnego wyznania, przeniosła na niego wzrok. Płatki śniegu zdążyły ozdobić już jego kruczoczarne włosy i szaty.
– Idziemy? – ponaglił ją, nim zdążyła cokolwiek powiedzieć.
– Przepraszam, że dzisiaj pana podsłuchałam – wyrzekła niespodziewanie do jego pleców.
Obrócił się i popatrzył na nią ostro.
– Te przeprosiny nie były potrzebne. Nie sposób mnie urazić w taki żałosny sposób. W dalszym ciągu pogardzam twoim zachowaniem i nie do końca je pojmuję. – Nie miał mimo to zamiaru dopytywać o jej motywy, a przynajmniej nie teraz; wciąż pamiętał słowa Septimy o tym, że mógł jawić się w oczach Malfoy jako jakieś żenujące „światło w ciemności", albo że po prostu jej się „spodobał". Ze zwykłej obawy i prawdopodobnego poczucia niezręczności nie chciał sprowadzać rozmowy na ten tor, więc pociągnął w innym kierunku: – A najbardziej rozczarowujący jest fakt, że dałaś się przyłapać. W końcu nosisz wielki, wielki sekret na swych barkach, a spotykasz się z Czarnym Panem najczęściej ze wszystkich. Nie jesteś po jego stronie, a pijasz z nim herbaty. Nie możesz dawać się przyłapywać, Malfoy. Nigdy.
Mimo że dopiero co ruszyli w dalszą drogę, Victoria znowu się zatrzymała i przysiadła na kamiennej ławce, obok której się znajdowali. Śnieg zasypywał jej głowę i okryte czarną peleryną, drżące ciało, najmroczniejszy człowiek w zamku ostrzegał ją przed poważnymi rzeczami, przypominając o dźwiganym przez nią ciężarze tajemnicy, noc dookoła była głęboka i mroźna, a ona… śmiała się cicho.
– Możesz mi wyjaśnić, co w tym wszystkim jest takiego zabawnego? – zapytał Snape, tonem bardziej lodowatym od powietrza.
– Ma pan rację. Dałam się przyłapać. – Popatrzyła na niego z rozbawieniem.
– To cię bawi, Malfoy?
– Proszę posłuchać uważniej. DAŁAM się panu przyłapać.
Zmarszczył brwi. Zanim cokolwiek odpowiedział, machnął różdżką. Śnieg zniknął z ławki, na której siedziała Victoria, a kamień zaczął emanować ciepłem.
– Zaklęcie ogrzewające można rzucać na przedmioty, a nie wyłącznie na powietrze wokół? – zapytała zaskoczona.
– Owszem. Wtedy działa najmocniej. Wiem, że Flitwick nigdy o tym nie mówi. Chyba sam jeszcze tego nie odkrył – stwierdził sucho, siadając obok Victorii i krzyżując ręce na piersiach. – Wracając do rzeczy istotnych… Co chcesz mi powiedzieć?
– Celowo upuściłam tę notatkę – odpowiedziała.
– Kłamiesz – stwierdził od razu.
– Nie. Jest pan najinteligentniejszym człowiekiem, jakiego znam. Rzucam panu wyzwanie. Proszę się zastanowić i znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego nie kłamię. Wystarczy połączyć kilka elementów z tego dnia, by układanka stworzyła sensowną całość.
Zapatrzył się w jej twarz. W tamtej chwili nie pamiętali o sypiącym na nich śniegu.
– Dobrze, przedstawię argumenty, które w istocie mogą potwierdzać tezę, że nie kłamiesz. Powtarzam: mogą, bo wciąż twierdzę, iż istnieje prawdopodobieństwo, że zgubiłaś notatkę nie wcale celowo, a przez swoją nieuwagę. – Odchrząknął i przez dziesięć sekund patrzył w stronę Zakazanego Lasu, który o tej porze jawił się jedynie jako czarna plama na horyzoncie. – Kiedy upuściłaś kawałek pergaminu pod moją pracownią, byłaś rzecz jasna świeżo po eliksirach, a to oznacza, że notatka o buntach goblinów nie była ci wówczas potrzebna, więc teoretycznie nie powinnaś wtedy mieć jej w ręku czy na wierzchu w torbie, by mogła z niej wypaść. Lekcja eliksirów skończyła się po pierwszej. Przed nią nie mogłaś mieć historii magii, bo profesor Binns nie wykłada w poniedziałki. To nie była więc notatka z lekcji, którą miałaś przed eliksirami, a notatka zrobiona z własnej, nieprzymuszonej woli, z pewnością po to, by być pomocą w nauce do sprawdzianu. Szczegóły o czwartym buncie goblinów w dziewiętnastym wieku nie są zamieszczone w szkolnym podręczniku do historii magii. Informacje z notatki mogłaś poznać jedynie dzięki konkretnej książce z biblioteki. O ile się nie mylę, dokładny tytuł brzmi następująco: „Żelazo i zdrada: historia goblińskich rebelii". W bibliotece byłaś rano, bo spotkaliśmy się w jej okolicach o świcie, chwilę po mojej przemiłej rozmowie z profesor Hooch – zakpił. – Na śniadaniu pojawiłaś się o tej samej porze co ja, czyli około ósmej. To oznacza, że stworzyłaś notatkę między siódmą a ósmą. Eliksiry miałaś o dwunastej. Przez kilka godzin ten pergamin powinien był, teoretycznie, zakopać się głęboko w twojej szkolnej torbie, ale z jakiegoś powodu znalazł się na podłodze tuż pod moimi drzwiami.
Victoria klasnęła w dłonie.
– Gratuluję. Odtworzył pan przebieg części mojego dzisiejszego dnia. I, jak pan słusznie zauważył, pergamin z notatką powinien był znajdować się głęboko w mojej torbie, skoro stworzyłam go o poranku i nie był mi potrzebny przez cały dzień, za to inne przedmioty z torby, na przykład podręczniki, owszem. Wyjmując je, spychałam notatkę głębiej i głębiej. Ale nagle, tuż po eliksirach, moje palce zanurkowały w czeluściach torby i, z pełną świadomością, wydobyły pergamin, by następnie upuścić go pod pańską pracownią.
Snape kiwał głową, pozwalając jej na chwilę uwierzyć, że w pełni akceptuje to wyjaśnienie i nie ma już żadnych wątpliwości.
– Jest jeden problem, Malfoy – powiedział w końcu. – Nie musiałaś wcale mieć tego pergaminu w torbie. Mogłaś mieć go od poranka w kieszeni. A kieszeń nie jest już taka głęboka jak torba, prawda? Z niej łatwo może coś wyfrunąć.
Tym razem to Victoria zaczęła kiwać głową, ale tylko po to, by – jak wcześniej Snape – poprzedzić tym ruchem nadejście uniku.
– Pamięta pan może, którą szkolną szatę miałam dzisiaj na sobie? – zapytała.
– Nie przyglądam ci się tak uważnie – odrzekł, marszcząc brwi. Po chwili jednak dodał posępnym tonem: – Tę bez wyszytego godła Slytherinu.
Kiwnęła głową.
– Z pewnością pan za swoich szkolnych lat również taką posiadał. Przypomina sobie pan może, dlaczego uczniowie ich przeważnie nie lubią?
Milczał kilka sekund, ale nie wcale dlatego, że się zastanawiał. Nie podobało mu się, że ewidentnie zaczynał przegrywać.
– Nie mają kieszeni – wyrzekł w końcu.
Popatrzyła mu w oczy, kiwając głową.
– Dobrze, uznajmy, że wierzę w to, iż dałaś się złapać celowo. To najmniejszy problem. Prawdziwe pytanie brzmi: dlaczego, Malfoy? Co ci to dało?
Nagle urwała kontakt wzrokowy i rozejrzała się dookoła. Snape zauważył, że próbowała nabrać dużo powietrza nosem, jakby nagle zaczęła go rozpaczliwie potrzebować.
– Nie widzi pan, co mi to dało? – zapytała nagle, nie patrząc na niego.
Nie zrozumiał w pierwszej chwili, a potem spojrzał na scenę, której był częścią, z obcej perspektywy. Oto on, postrach Hogwartu, mroczny śmierciożerca, prawa ręka Dumbledore'a, a nade wszystko: do przesady zamknięty na wszystkich ludzi człowiek – siedział na ławce w mroźną noc, obsypany śniegiem tak bardzo, że prawie przypominał bałwana, po to, by z nią rozmawiać. Poderwał się na równe nogi, kiedy sobie to uświadomił.
– A więc naprawdę tego chcesz, tak? – wysyczał groźnym tonem. – Chcesz… mojej bliskości. Wtedy, w salonie Ślizgonów, podczas Nocy Duchów… to nie było tylko głupie gadanie pod wpływem alkoholu.
Również się podniosła. Serce biło jej jak oszalałe, chociaż próbowała nie dać tego po sobie poznać. Kiedy wpatrywała się w niego dziwnym spojrzeniem, którego pierwszy raz w życiu zupełnie nie potrafił rozszyfrować, z pewną dozą wewnętrznej rozpaczy przypomniał sobie kolejny raz słowa Septimy:
– Jesteś jej światłem w ciemnościach, nawet jeśli czasem gaśniesz i sam stajesz się mrokiem. Bo i mrok niezaprzeczalnie w sobie nosisz, ale nie jesteś nim przepełniony. Może dlatego ona do ciebie lgnie. Zna mrok, więc zmierza ku temu, co nie jest jej obce, wiedząc jednocześnie, że ten mrok nigdy nie przeszyje jej na wskroś, bo jest to mrok, w którym można odnaleźć ukojenie.
Oraz, co gorsza:
– Może po prostu spodobałeś się swojej uczennicy. Jesteś najbardziej intrygującym mężczyzną w tym zamku. Większość kobiet z pewnością to dostrzega. A jeżeli panna Malfoy jest u szczytu swego procesu dojrzewania, to… musisz być ostrożny.
I nagle zrozumiał, że nie poświęcał tej dziewczynie tyle myśli przez przypadek. Z jakiegoś niewytłumaczalnego do końca powodu lubił o niej myśleć, lubił przypominać sobie, jak wyglądała danego dnia, w jaki sposób na niego spojrzała, albo przywołać sobie wspomnienia ich rozmów. I chociaż tak bardzo próbował przekonać samego siebie, że nigdy niczego od niej nie chciał, to musiał w końcu przyznać, że chciał. Od pewnego momentu, od niedawna w zasadzie – chciał czegoś, a wręcz tego pragnął.
– Nie rób tego – wyszeptał, kiedy zaczęła się do niego niebezpiecznie przybliżać.
Sam jednak nie zrobił niczego, by się od niej oddalić.
– Naprawdę jestem dla pana nikim? – zapytała nagle.
– Nigdy nie powiedziałem, że jesteś dla mnie nikim.
– Więc niech pan nigdy tego nie zrobi.
Przymknął oczy, by chwilę później poczuć na swoich ustach jej delikatny pocałunek.
