Przeczuwał, że będzie sobie to wyrzucał do końca życia, ale nie odepchnął jej od siebie. Nie odsunął się ani o milimetr. Po prostu stał, z przymkniętymi oczami, i pozwalał przez kilka długich sekund, by jej usta dotykały jego ust, a następnie by błądziły czule po jego ogolonym podbródku i linii żuchwy.
Kiedy w końcu odsunęła się od niego, dostrzegł w jej oczach strach pomieszany z radością. Naiwne. Próbowała się uśmiechnąć, ale nie miała do końca odwagi. Z pewnością odczuwała z całą mocą – choć chyba nie tak jak on – powagę tego, co uczyniła.
W jednej chwili złamała tak wiele zasad. W jednej chwili zmusiła i jego, by złamał te zasady. Teraz nie było już odwrotu. Pozwolił swojej uczennicy się pocałować. Jaki czekał go za to wyrok?
Z drugiej strony za wszelką cenę, może w pewnej reakcji obronnej przed swoim własnym sumieniem, zaczął szukać dla siebie wytłumaczenia oraz pozytywów w całej tej sytuacji. Jeżeli nie on i ona, to ona i Czarny Pan. Z dwojga złego lepiej, aby to z nim była blisko, bo to wcale nie przesądzało o prawdopodobnej zgubie świata. O jego własnej – może. Ale przynajmniej nie mnóstwa niewinnych ludzi.
Widział w jej oczach, że oczekiwała na jakąś reakcję. Nie mógł się dziwić. Z pewnością stanie z kamienną twarzą po takim wydarzeniu nie było wymarzoną odpowiedzią.
– Nie sądziłem, że stać cię na taką delikatność – powiedział tonem, z którego niczego nie dało się wyczytać.
– Jest pan zły? – zapytała, odsuwając się od niego na dwa kroki.
– Zły? – Popatrzył na nią uważnie. – Nie wiem. Chyba nie. Jeszcze nie. Ale… nie jestem też radosny, Malfoy.
– Och, to już coś – odrzekła, spuszczając wzrok.
Wolnym krokiem skierowali się do zamku.
– Czarny Pan zna treść przepowiedni; wie, że i on, i ty, i ja jesteśmy jedenastkami. Obawia się, że coś może połączyć mnie i ciebie, dlatego, jak sama mi wyznałaś jakiś czas temu, zabronił ci się do mnie zbliżać – powiedział, patrząc w dół. – Gdyby się dowiedział…
Victoria ledwo powstrzymała westchnięcie. Ta myśl ją przeraziła.
– Nie dowie się. Nigdy się nie dowie – odrzekła, choć wiedziała, że nie mogła tego obiecać; Snape z pewnością też był tego świadom.
Zatrzymali się przed wrotami. Dookoła panowała zupełna cisza, jedynie wiatr zawodził krótko co kilka sekund. Zwrócili się do siebie twarzami. Snape patrzył na nią z góry. W jego spojrzeniu dostrzegła pewną nauczycielską surowość i stalowe opanowanie, które widziała u niego najczęściej wtedy, kiedy znajdował się blisko Czarnego Pana. Mówiąc wprost: wyglądał, jakby za wszelką cenę próbował zachować się właściwie w zaistniałych okolicznościach, jakby żadnym fałszywym ruchem czy gestem nie chciał się zdradzić. Przywdział jedną ze swoich najcięższych masek. Nie podobało jej się to.
– Nie wyciągnę z tego żadnych konsekwencji – zaczął, mając oczywiście na myśli pocałunek – ale wiedz, że to nie może się powtórzyć.
Kiwnęła głową. Nie śmiałaby przecież się kłócić, nawet jeżeli w głębi ducha czuła iskierkę satysfakcji i zadowolenia. Nie odtrącił jej w chwili zbliżenia, a to już był powód do odczuwania smaku zwycięstwa i domniemywania, że wcale nie była mu na tyle obojętna, jak próbował to przedstawiać.
– Oczywiście – odparła i zaczęła ściągać z siebie jego pelerynę.
– Zatrzymaj ją – powiedział natychmiast, kiedy to dostrzegł. – Mam w szafie kilka takich samych. A teraz marsz do dormitorium. Jest po ciszy nocnej.
– Dziękuję. – Opatuliła się szczelniej jego peleryną i wyciągnęła dłoń, by otworzyć wrota. – Dobranoc, profesorze.
Nie odpowiedział, lecz gdy znikała już, zawołał za nią nagle:
– Zaczekaj.
Zatrzymała się w progu i wychyliła głowę zza wrót, by na niego spojrzeć.
– Tak?
– Dlaczego to zrobiłaś?
Jej wzrok przez kilka chwil przesuwał się po obsypanej świeżym śniegiem kamiennej podłodze.
– Bo chciałam. Czy to jest wystarczająca odpowiedź?
– Na zajęciach bym ci jej nie zaliczył.
Nie zdołała się powstrzymać i zaśmiała się cicho. To wszystko było przerażające i śmieszne jednocześnie.
– Na szczęście nie jesteśmy na zajęciach – odrzekła, patrząc na niego niewinnie.
– W takim razie zapytam cię o to na zajęciach. Wtedy będę mieć pewność, że udzielisz pełnej odpowiedzi.
Nie bawiło go to wcale, ale nie mógł się powstrzymać od lekkiego uśmiechu, kiedy zobaczył jej zaskoczoną minę. Zamknęła wrota i stanęła naprzeciwko niego.
– No dobrze, proszę pozwolić mi chwilę pomyśleć – powiedziała, błądząc spojrzeniem po murach zamku i horyzoncie.
– Proszę bardzo. – Obrócił się na pięcie, by być zwróconym twarzą ku błoniom; przyjrzał im się, wdychając mroźne, orzeźwiające powietrze.
– Może mi pan najpierw powiedzieć, co pan o tym sądzi? – zapytała po jakimś czasie.
– Masz na myśli ocenienie twojego pocałunku? Zasłużyłaś na solidne „Powyżej oczekiwań", ale nie wcale dlatego, że twoje umiejętności są powyżej oczekiwań. Zwyczajnie zrobiłaś coś, czego zupełnie, zupełnie nie oczekiwałem.
Znowu zaśmiała się pod nosem, będąc w pełni świadomą, że nie powinno jej to bawić.
– Nie, nie miałam na myśli oceny pocałunku. Chcę wiedzieć, jak pan się teraz na to zapatruje. Jak pan się zapatruje na mnie.
Obrócił głowę, by spojrzeć na nią z góry. Jego brwi były wysoko uniesione.
– Liczysz, że ci się oświadczę? – zakpił.
– Nie. Merlinie! Chcę wiedzieć, czy ten pocałunek zmienił pana stosunek do mnie. Oczywiście nie podejrzewam, że pańska sympatia do mej osoby, o ile kiedykolwiek istniała choć w najmniejszym stopniu, urosła. Skłaniam się bardziej ku temu, że być może od dzisiaj, w najlepszym wypadku, będzie pan do końca życia udawał, że mnie nie zna.
Obrócił się, by stać znów przodem do niej.
– Nie odpowiem ci na pytanie, co teraz o tobie myślę i jak to, co zrobiłaś, wpłynęło na moje postrzeganie ciebie – odrzekł. – Jeżeli to zrobię, ty nie odpowiesz szczerze na pytanie, które ja ci uprzednio zadałem. Twój czas na namysł się skończył. Odpowiedz, Malfoy. Dlaczego to zrobiłaś?
– Powiedziałam już: chciałam. Nie wiem, co jeszcze mogę dodać. Nie planowałam tego. Rzeczywiście, chciałam z panem porozmawiać, pobyć. Dlatego upuściłam tę notatkę. Wiedziałam, że będzie próbował pan to wyjaśnić, a ja… polubiłam z panem rozmawiać. To głupie, wiem, ale czuję się z panem inaczej niż z każdym innym, zupełnie jakby łączyła nas niewidzialna nić porozumienia i dziwnej zażyłości. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że pan zapewne tego nie odczuwa, ale…
– Odczuwam – przerwał jej. – Przynajmniej… tak sądzę. Myślę, że nie jest to takie dziwne. Mamy te same liczby losu. To siłą rzeczy nas do siebie zbliża. – Popatrzył na nią; obydwoje pomyśleli w tamtej chwili o Voldemorcie, ale żadne z nich nie chciało poruszyć jego tematu. – Jesteśmy w dosyć podobnym położeniu. Zdajemy Dumbledore'owi relacje, mając Mroczne Znaki na przedramionach. Pojmuję bez trudu, że czujesz się przy mnie rozumiana, Malfoy. Że widzisz we mnie coś znajomego. Ale to wcale nie wyjaśnia, dlaczego mnie pocałowałaś. Twój brat z pewnością ma wobec mnie podobne odczucia, a jednak nie wyobrażam sobie, by posunął się do czegoś podobnego.
– Bo mój brat nie gustuje w mężczyznach.
– A ty gustujesz w swoich nauczycielach, tak? Wspaniale. Nie powinnaś była nigdy chociażby popatrzeć na mnie jak na mężczyznę, którego mogłabyś kiedyś pocałować. Obowiązuje nas regulamin… etyka…
– Etyka? Regulamin? A co nas obowiązuje, kiedy wychodzimy ze szkoły i udajemy się na spotkania z Czarnym Panem, na których on pokazuje nam zwłoki i ostrzega, że możemy skończyć tak samo? Co obowiązuje, gdy słyszymy o przepowiedni, wedle której być może osiągniemy razem coś ważnego?
Wiedział, że miała po części rację. Ich relacja zdecydowanie nie była prosta.
– Czarny Pan mówił, że etyka jest narzędziem słabych i należy o niej zapomnieć. Pan z kolei zdaje się jej hołdować, jakby mogła konkurować z tym, co naprawdę istotne. Pamięta pan? Kiedy zapytałam jakiś czas temu, co sądzi pan o etyce, odpowiedział pan, że etyka może stać się ciężarem, jeżeli stawką jest coś, co ma znaczenie.
– Pamiętam, co mówiłem. I nie wyrzekam się tych słów. Nie zmieniłem zdania. Ale, to – machnął nagle ręką w bliżej nieokreślonym geście – jakie ma rzekomo według ciebie znaczenie?!
Wiedziała, że miał na myśli ich.
– Nie wiem. Może jakieś ma. Może jakieś będzie mieć – odrzekła cicho.
– Właśnie: może. Nie będę oddawał duszy diabłu dla czegoś, co MOŻE ma znaczenie. Albo MOŻE będzie mieć.
– Oddawanie duszy diabłu?! – Popatrzyła na niego z niedowierzaniem. – Tak pan to widzi?
– A jak inaczej mam to widzieć? Wiesz, co by się stało, gdyby nas ktoś zobaczył? Wyobrażasz sobie reakcję dyrektora? Innych uczniów? Czarnego Pana? Twojego ojca? – Westchnął głęboko, przymknął oczy i ścisnął nasadę swojego nosa. – To nie ma żadnego znaczenia, Malfoy – wyrzekł twardo. – Nie może mieć. Nawet jeżeli przepowiednia rzeczywiście mówi co innego… To po prostu nie jest właściwe.
– Uczucia nie mają znaczenia?
– Nie istnieją między nami żadne uczucia, rozumiesz? Nawet jeżeli wydaje ci się, że coś do mnie czujesz, oszukujesz samą siebie. Zostałaś wrzucona pomiędzy śmierciożerców a popleczników Dumbledore'a i próbujesz się w tym wszystkim odnaleźć, dlatego wydaje ci się, że coś do mnie czujesz, bo ja jako jedyny mogę cię zrozumieć.
– Niech pan nie mówi mi, co czuję, a czego nie czuję – wyszeptała ostrym, dobitnym głosem, zaciskając zęby. – To, że pan stał się skałą, nie znaczy, że ja też – wypaliła, nawiązując do słów, które wypowiedział kilkanaście minut wcześniej.
Zamarł, kiedy to usłyszał, jednak trwało to tylko chwilę, bo już w następnych sekundach miażdżył ją wściekłym spojrzeniem.
– Wystarczy – syknął.
Tym razem się z nim zgodziła. Nie minęła nawet minuta, kiedy zbiegała już po schodach do lochów.
•*•.•*•
Zanim poszedł do swoich kwater – w których teoretycznie powinien był być cały czas, bo niecałą godzinę wcześniej pożegnał Septimę, mówiąc jej, że zamierza się położyć – poczuł, iż musi udać się do Dumbledore'a. Może to nie był dobry pomysł. To na pewno nie był dobry pomysł. Ale czuł, że musi. Chciał go o coś zapytać.
– Severusie? – Dyrektor zdziwił się na jego widok.
Snape bez słowa przeszedł długość gabinetu i zasiadł na krześle przed biurkiem.
– Ty nie masz skrupułów przed składaniem mi niezapowiedzianych wizyt, podczas których zadajesz często niewygodne pytania. Uwielbiasz atakować zwłaszcza wtedy, kiedy jestem zmęczony. Dzisiaj moja kolej. Masz to szczęście, że akurat pytanie, które zadam, będzie chyba bardziej niewygodne dla mnie niż dla ciebie.
Dumbledore odłożył książkę, której lekturą był pochłonięty, zanim Snape wtargnął do jego gabinetu, i zapatrzył się z ciekawością w swego rozmówcę.
– Wczoraj, gdy pojawiłeś się u mnie, zapytałeś, czy udało mi się wyciągnąć coś z Malfoy. Pamiętasz, co ci wyznałem, gdy mnie do tego okrutnie przymusiłeś?
– Że Victoria przyznała ci, iż myśli o tobie częściej niż powinna.
Snape kiwnął głową.
– A pamiętasz, co mi odpowiedziałeś?
Dumbledore milczał dłuższą chwilę – chyba nie dlatego, że próbował sobie to przypomnieć. Prawdopodobnie zastanawiał się, do czego ta rozmowa zmierza.
– Że się tego spodziewałem – odrzekł w końcu.
– Co miałeś na myśli? Przyznaję, że nie daje mi to spokoju.
– A jak sądzisz? – Dumbledore oparł podbródek na splecionych dłoniach.
Snape westchnął.
– Nie wiem. Prawdopodobnie z jakiegoś absurdalnego powodu ubzdurałeś sobie, iż chcę wyciągnąć macki po tę dziewczynę i już zacząłem to robić, skoro ona przyznała, że o mnie myśli. I tym cię wielce zawiodłem. Owszem, jest… ładna. Bardzo ładna. Wygląda dojrzale. Zazwyczaj też się tak zachowuje. Kilka razy zdołała mi nawet zaimponować, ale… – urwał i podniósł na dyrektora spojrzenie, które dotychczas miał spuszczone. – Co miałeś na myśli, Dumbledore?
Ten obserwował go długo w milczeniu.
– Nie do końca rozumiem. Co kazało ci przypuszczać, że czułem zawód, kiedy mówiłem, że spodziewałem się, iż Victoria będzie o tobie myśleć? I że odnalazłem w tym fakcie jakąś twoją haniebną winę? Jak zwykle stworzyłeś najczarniejszy scenariusz, Severusie. Nic takiego nie chodziło mi wówczas po głowie. Powiedziałem, że spodziewałem się tego, bo zwyczajnie… od jakiegoś czasu, gdy widzę cię w jej towarzystwie, nie potrafię nie dostrzegać tego, jak bardzo ona jest do ciebie podobna. A ludzie tacy jak ty… jak ona… nie przyciągają się z przeciwieństwami.
Snape patrzył na dyrektora jak porażony, mimo że czuł, że to były tylko słowa. Dumbledore na pewno nie pochwaliłby go, gdyby się dowiedział, co stało się jego udziałem zaledwie pół godziny temu.
– Wiedziałeś, że Lily i James dzielili tę samą liczbę losu? Czternastkę. Tonks i Remus, którzy od jakiegoś czasu tworzą zgraną parę, obydwoje są dziewiętnastkami.
– O czym ty mówisz? – zapytał Snape prawie z przerażeniem.
Przyszedł tutaj, by usłyszeć, że Dumbledore nim gardzi – potrzebował tego. Chciał tego. Pragnął. A jednak słyszał, że osoby, które mają tę samą liczbę losu, czasem kończą razem.
– Wyjaśniam ci, dlaczego powiedziałem wczoraj, że się spodziewałem. Te same liczby losu bywają jak przeznaczenie, Severusie.
Snape poderwał się na równe nogi. Nie miał zamiaru dłużej tego słuchać. Zanim jednak znalazł się przy drzwiach i nacisnął na klamkę, wbił w Dumbledore'a ostre spojrzenie.
– Więc przypuszczasz, że ona jest przeznaczona mnie czy Czarnemu Panu? – zapytał tonem tak gniewnym i szorstkim, że byli dyrektorowie Hogwartu, milczący dotychczas w swoich portretach, zaczęli głośno wzdychać; rozległo się nawet kilka zduszonych okrzyków, zwłaszcza że pytanie, które zadał Snape, samo w sobie budziło grozę i niepokój.
Dumbledore nie odpowiedział od razu. Kiedy to w końcu zrobił, wydał się nagle mistrzowi eliksirów niezwykle zmęczonym i zrezygnowanym człowiekiem.
– Nie wiem, Severusie. Zwyczajnie nie wiem.
