Kiedy Snape wychodził od Dumbledore'a, Victoria była już po gorącej kąpieli, której bardzo potrzebowała z powodu solidnego zmarznięcia. Pansy i Millicena spały na szczęście, mimo to i tak, jak zawsze, zaciągnęła kotary wokół swojego łóżka, gdy tylko się do niego położyła. Tym razem nie chodziło jednak o jej zwyczajną, standardową potrzebę posiadania jak największej prywatności – bowiem miała do ukrycia coś szczególnego. Co prawda z pewnością wymyśliłaby jakieś dobre wytłumaczenie, gdyby zaszła taka potrzeba, ale raczej nie chciała mimo wszystko, by jej współlokatorki zobaczyły, że zasypia owinięta w czarną, zdecydowanie za dużą na nią pelerynę – ewidentnie męską i ewidentnie kojarzącą się z jednym tylko mężczyzną w całym zamku.

•*•.•*•

Następnego dnia wszyscy – może poza Filchem – zachwycali się grubą warstwą białego puchu, która spowiła błonia w ciągu nocy. Victoria, patrząc w czasie przerwy z Pansy i Draconem przez okno wychodzące na przód zamku, udawała, że też zachwyca się magicznym, śnieżnym krajobrazem, ale tak naprawdę wspominała wyłącznie to, czego świadkami były pierwsze płatki śniegu – i to właśnie je ceniła najbardziej, choć zaginęły już pod milionem następnych.

Spędziła w Wielkiej Sali większość pory śniadaniowej, dlatego mogła stwierdzić z niemal całkowitą pewnością, że Snape odpuścił poranny posiłek. Wiedziała, że nie był to dobry znak, ale jednocześnie nie mogła nie odczuwać dziwnej, rozpierającej ją radości, która towarzyszyła jej od chwili przebudzenia. To było szalone – wiedziała o tym. Powinna się wstydzić. Powinna się bać. Powinna żałować. Powinna pamiętać przede wszystkim o mocnych, przykrych słowach, które rzucili sobie na koniec, a nie o krótkim pocałunku. Ale ona się cieszyła – prawie tak, jakby zażyła solidną dawkę eliksiru podnoszącego nastrój.

– Co ci się stało? – zapytała Pansy, kiedy w czasie transmutacji Victoria uśmiechnęła się nagle do siebie, a może raczej do wspomnień, które odtwarzała w głowie.

Spoważniała natychmiast, przyjmując obojętny, zwyczajny wyraz twarzy.

– Nic – odrzekła. – Przypomniało mi się, jak kiedyś spadłaś z miotły. Pamiętasz?

Na obiedzie udało jej się go zobaczyć, ale tylko na chwilę. Kiedy bowiem weszła do Wielkiej Sali, on przeżuł to, co miał właśnie w ustach, po czym odsunął swój talerz – wciąż prawie pełny – podniósł się i ulotnił tylnym wyjściem. Wtedy wreszcie humor Victorii zaczął się powoli psuć.

Późnym wieczorem była już zupełnie spanikowana. Po pierwsze obawiała się, że Snape – przez to, co zrobiła – postanowił zamknąć się na zawsze w swoich kwaterach, dlatego nie spotkała go na kolacji ani na korytarzach przez cały dzień, a po drugie: bo postanowiła się z nim skonfrontować. I to po ciszy nocnej.

Wiedziała, że we wtorki o dwudziestej drugiej zaczynał dwugodzinny patrol w zachodniej części zamku. O dwudziestej drugiej dziesięć była więc w jednym z tamtejszych korytarzy – bez Zaklęcia Kameleona. Miała aż trzy powody do obaw – że Snape się nie pojawi, bo zamknął się w sobie i porzucił wszystkie obowiązki; że, jeśli jednak go spotka, nie dostanie nawet szansy na rozmowę, ponieważ on natychmiast zada jej szlaban i odeśle do dormitorium; że zgodzi się z nią pomówić, ale powie jej coś tak przykrego, iż jedyne, co będzie mogła zrobić z czarną peleryną, którą od niego dostała, to rzucić ją w ogień.

Spacerowała w tę i z powrotem po jednym z głównych korytarzy zachodniej części. Dookoła panował półmrok i całkowita cisza. W pewnym momencie zatrzymała się przy jednym z okien i wpatrzyła w dal. Księżyc ozdabiał srebrzystym blaskiem śnieżne zaspy.

Kiedy chwilę później usłyszała za sobą kroki, wiedziała już, kogo zaraz zobaczy. Dała sobie kilka sekund na opanowanie. Uczucia i emocje niezaprzeczalnie zakłócały jej zwyczajny spokój, ale nie miała zamiaru dać tego po sobie poznać – już wystarczy, że wczoraj zdradziła tak wiele, nie tylko zresztą słowami, a przede wszystkim czynem. Jednym, głupim czynem, którego konsekwencje – wiedziała to – były wciąż dopiero przed nią.

Obróciła się w końcu i dostrzegła zmierzającego ku niej… Blaise'a Zabiniego.

– Co ty tu robisz? – zapytała, gdy zatrzymał się obok.

– Szukałem cię. Domyśliłem się, że będziesz właśnie tutaj. – Popatrzył na nią dziwnie, z uśmieszkiem.

– A niby co kazało ci się domyślać, że mnie zastaniesz w tej części zamku? – zapytała, krzyżując ręce na piersiach; w duchu poczuła nieprzyjemne ukłucie niepokoju.

– Mam swoje powody. Czekasz na kogoś?

– To chyba nie twój interes, prawda? Po co tutaj przyszedłeś? Czego ode mnie chcesz?

Jego złowieszczy uśmiech poszerzył się.

– Chciałem się przekonać, czy rzeczywiście odrzuciłaś mnie z tego powodu, o którym myślę.

– Słucham? Odrzuciłam cię? Nie mogłam cię odrzucić, bo nigdy nie brałam cię na poważnie. Zawsze byłeś dla mnie jedynie dobrym kolegą. Wydawało mi się, że obydwoje postrzegamy siebie w ten sam sposób, ale niestety w ostatnich tygodniach zacząłeś mi się narzucać. A teraz przyszedłeś tutaj za mną. Dziwne. No i, powiedz, śmiało, jaki to powód, dla którego cię rzekomo odrzuciłam, sobie ubzdurałeś?

Przybliżył się do niej znacznie. Mogła poczuć jego zapach, gdy pochylał się do jej ucha.

– Snape – wyszeptał.

Zadrżała. Gdy się od niej nieco odsunął, by móc zobaczyć jej twarz, dostrzegła, że patrzył na nią z jedną z najgorszych rzeczy, które mogą przytrafić się młodej kobiecie – z chłopięcą, niedojrzałą nienawiścią i kpiną.

– O czym ty mówisz? – zapytała.

– Gdy mnie wrednie odprawiłaś podczas Nocy Duchów, postanowiłem mimo wszystko pójść za tobą. Byłem pod Zaklęciem Kameleona. Śledziłem cię. I co odkryłem? Poszłaś do Snape'a. Było po ciszy nocnej. Piłaś tamtego wieczora alkohol. A on nie wyrzucił cię z hukiem za drzwi, wręcz przeciwnie! Przesiedziałaś tam dość długo. Ciekawe, co robiliście, hmm? A potem Snape wparował do salonu i ukarał nas wszystkich szlabanami. Przez ciebie. Doniosłaś mu na nas. Chciałaś zrobić na nim większe wrażenie? A może to wszystko z chęci podniesienia sobie oceny? W jaki sposób jeszcze próbujesz mu zaimponować, co?

Była przerażona i wściekła, ale wiedziała, że musiała spróbować przedstawić to wszystko w innym, lepszym świetle.

– Jesteś naprawdę bezmyślny, Blaise – odpowiedziała spokojnym tonem. – Pamiętasz może, że jestem Malfoy? Że mój ojciec jest śmierciożercą? Że Snape także jest śmierciożercą? Twoja matka też należy do szeregów Czarnego Pana. Z pewnością ci doniosła, że i ja przyjęłam Mroczny Znak. To naturalne, iż siłą rzeczy muszę zamienić czasem ze Snape'em jakieś słowo. Nie odnajduję się jeszcze za dobrze w drużynie, więc on daje mi wskazówki i rady. A za to, że przyszedł wtedy do salonu i odkrył imprezę, wcale nie ponoszę odpowiedzialności. On od początku wiedział, co planujemy. Czekał zwyczajnie na odpowiednią chwilę, aby wparować i zepsuć brutalnie zabawę.

– Oczywiście. Mógłbym w to uwierzyć, gdyby nie to, że wczoraj, podczas spaceru po ciszy nocnej, przypadkowo wyjrzałem późnym wieczorem przez okno… Zobaczyłem ciebie i jego. W pewnym momencie staliście bardzo blisko siebie. Nie mogę być niczego pewien; było ciemno, sypał śnieg… zastanawiam się jednak, czy przypadkiem cię nie obściskiwał.

– Jesteś bezczelny – odrzekła głośno. – Jak śmiesz w ogóle coś takiego insynuować?

– Ja niczego nie insynuuję. Zwyczajnie niepokoję się tym, co obserwuję. Nie chciałbym, aby moja dobra koleżanka – wycedził to słowo z pogardą – miała opinię nałożnicy nauczyciela. I to tego najbardziej trudnego do usatysfakcjonowania. Wiem to z zajęć – dodał. – A ty? Ty też… z zajęć?

Jej dłoń zacisnęła się w pięść; czuła jednak, że uderzenie Zabiniego nie byłoby mądrym posunięciem. Nie mogła dolewać oliwy do ognia – sytuacja wydawała się wystarczająco tragiczna.

– Nie chcesz, abym miała taką opinię? – Popatrzyła na niego ze zmrużonymi oczami. – Więc, jak zgaduję, zaraz rozpowiesz wszystkim o swoich pseudo-odkryciach? Nie mylę się?

Blaise uśmiechnął się podle.

– Wiesz… możesz mnie powstrzymać. Gwarantuję, że nie mam wielkich wymagań…

– Och, doprawdy? – zakpiła. – Więc co takiego miałabym zrobić, by kupić twoje milczenie?

Udał, że się zastanawia, ale Victoria była niemal pewna, iż zaplanował wszystko, jeszcze zanim się tutaj zjawił.

– Randka w jakimś zacisznym miejscu, w którym nikt nie mógłby nas przyłapać, na przykład w Pokoju Życzeń, rozwiązałaby wszelkie twoje problemy – odrzekł.

Victoria prychnęła.

– Czy ty wiesz, do kogo to mówisz? – zapytała, używając swojego najbardziej lodowatego tonu, który zazwyczaj uwalniał ją od niechcianych rozmówców.

Tym razem jednak to nie miało zadziałać. Jej rozmówca był zbyt pewny swego i zbyt zmotywowany, by za wszelką cenę ją zdobyć i zdeptać jednocześnie.

– No, do kogo? – Spojrzał na nią z drwiną. – Faktycznie… przez długi czas wzbudzałaś wśród nas, Ślizgonów, wrażenie, ale to wszystko upadło, kiedy stało się jasne, że łatwo uczynić cię swoją zabaweczką.

W ekspresowym tempie wyciągnęła z kieszeni różdżkę i przyłożyła jej koniec do szyi Blaise'a. Ten wówczas strwożył się nieco – mogła to dostrzec w jego oczach.

– Łatwo? – powtórzyła, naciskając różdżką mocno na tętnicę Zabiniego. – Tobie się to przecież nie udało.

Nagle stało się coś, co sprawiło, że prawie opuściła różdżkę – Mroczny Znak na jej lewym przedramieniu zaczął parzyć. Blaise to wykorzystał: chwycił ją za prawą rękę i mocno ścisnął. Przez kilka minut stał w milczeniu i z całej siły gniótł swym silnym uściskiem jej ramię, aż w końcu łzy bólu – wywołane również torturą, jaką był palący Mroczny Znak – zaczęły spływać mimowolnie po jej policzkach.

– To jak? – zapytał w końcu. – Spotkamy się jutro w Pokoju Życzeń czy…

– Czy co? – Rozległ się niski, mroczny głos, dobiegający zza pleców chłopaka.

Blaise odwrócił się gwałtownie, zaskoczony i przestraszony. Kilka kroków od nich stał Snape. Błysk w jego oczach, mroźniejszy od powietrza dostającego się przez nieszczelne okna, nie pozostawiał wątpliwości co do tego, że słyszał znaczną część tej rozmowy. Przeniósł lodowate spojrzenie z Zabiniego na Victorię; kiedy spostrzegł łzy na jej policzkach, zaczął zbliżać się do chłopaka przerażająco wolnym krokiem, z twarzą wykrzywioną grymasem zapowiadającym furię.

Blaise nagle nie był już tak odważny jak dotychczas. Stał nieruchomo i wpatrywał się wielkimi oczami w Snape'a, całkowicie niezdolny do tego, by rzucić w jego stronę choć odrobinę tylko podobne zarzuty do tych, które usłyszała od niego Victoria.

– Dobrze rozumiem, panie Zabini? – odezwał się w końcu cichym, zimnym głosem. – Zarzuca pan pannie Malfoy, że nie potrafi mnie usatysfakcjonować? – Zbliżył się do chłopaka na tyle, że stał tuż przed jego twarzą. – Może pan wytłumaczyć, co ma pan na myśli?

– Nic konkretnego, panie profesorze – odrzekł Blaise drżącym, choć wciąż przepełnionym nienawiścią głosem.

– Ach, tak. Mam więc nadzieję, że pan mnie bez trudu usatysfakcjonuje. Na szlabanie. Podczas szorowania pięćdziesięciu kociołków. Jutro o dwudziestej. Pan Filch będzie pana nadzorował.

Zabini kiwnął głową.

– Mogę już iść?

– Owszem. I proszę przygotować się na rozmowę z dyrektorem. Nie będę tolerował w domu Slytherina takich zachowań. To nie było tylko szantażem, panie Zabini, a także molestowaniem. Naruszeniem nietykalności cielesnej. Przemocą fizyczną i psychiczną.

Snape obrócił się w kierunku Victorii – która zdążyła już otrzeć swoje łzy – stając tyłem do Ślizgona.

– Dlaczego z dyrektorem, a nie z panem? – zapytał Blaise, niezadowolony z perspektywy tłumaczenia się przed Dumbledore'em.

Victoria zauważyła coś, czego Zabini nie mógł już dostrzec – Snape zacisnął powieki, a szczęka mu zadrżała.

– Bo gdybym to ja miał z panem o tym porozmawiać, prawdopodobnie nie wyszedłby pan z mojego gabinetu w jednym kawałku – odparł tak mrocznym tonem, że Blaise zaczął odchodzić jeszcze przed tym, zanim Snape skończył zdanie.

Gdy zniknął w korytarzu prowadzącym ku przejściu do lochów, Victoria podniosła w końcu niepewne spojrzenie na mistrza eliksirów. Było jej wstyd, że przyłapał ją w chwili tak rozpierającej niemocy, a także z powodu tego, które słowa Blaise'a usłyszał.

– W porządku? – zapytał.

– Nie do końca – odparła cicho – ale teraz muszę się przenieść do Czarnego Pana. – Jej drżąca z bólu, prawa ręka, wskazała na lewą, również dotkniętą cierpieniem. – Wzywa mnie.

Zmierzył ją wzrokiem od góry do dołu, nie jednak z kpiną, a raczej po to, by ocenić jej ogólny stan. Najdłużej przyglądał się oczom. Nagle wyciągnął różdżkę i skierował ją na jej prawe ramię, które Zabini ściskał okrutnie przez kilka minut, po czym wyszeptał jakieś zaklęcie. Ból zmalał znacznie, choć nie zniknął całkiem.

– Tylko tyle mogę teraz zrobić. Poradzisz sobie – powiedział. – Będę na ciebie czekał pod bramą, zgoda? Pod Zaklęciem Kameleona. Nikt nas już nie zobaczy.

– Po co? – wyszeptała; wciąż miała w pamięci jego wczorajsze słowa oraz unikanie jej przez cały dzień.

– Chcę mieć pewność, że wrócisz bezpiecznie do zamku.

Kiwnęła głową, zapatrzywszy się w jego twarz, po czym odwróciła się i zaczęła odchodzić.