Rozdział 19

Ostatni nurt duszy

Ciało Strażnika było naczyniem ogromnej mocy. Śmierć, pozbawienie organizmu spoiwa, jakim była dusza, najczęściej prowadziła do przerwania wewnętrznego nurtu. A gdy ten krąg ulegał zniszczeniu, nurty przenikały materię, unosząc ją ku najdalszym zakątkom Eques.

Czasem zdarzało się, że magia tak delikatnie opuszczała maga, że ciało pozostawało nienaruszone. Zwykle jednak rodzina Strażnika nie miała czego pochować. Słowa takie jak grób, pogrzeb, były słowami zapomnianymi odległymi, używanymi tylko w Rejonach niemagicznych.

Filia tak bardzo chciała, aby tym razem było inaczej. Jednak ciało Valgaarva po kilku chwilach zaczęło się rozpływać w delikatnie kołyszących się dookoła nurtach.

- Val…

- Siostra! Chodź, coś ci pokażę!

- Val, mamy teraz mieć lekcję z panem Milgazią.

- Nię pękaj! Chodź ze mną!

Oczywiście, że dała sia namówić. Chwyciła jego dłoń i już chwilę później upajała się przepięknym widokiem nurtów tańczących w doskonałej harmonii.

- Tak powinno wyglądać nasze życie. Powinnyśmy być wolni.

Wtedy nie rozumiała tych słów.

Po jej policzkach zaczęły płynąć dwie strużki łez. Jej umysł gorączkowo odtwarzał jej wspomnienia lat dziecięcych i ostatnie słowa jej brata.

I tak byłbym już martwy, gdyż okradłem Ruelzhan z mocy, którą zbierali od Strażników. Bez tego nie zabiłbym Milgazii. Rezo by mi tego nie darował. Nie obwiniaj za to Xellossa.

Jak mogła go nie obwiniać? Nie wierzyła, że nie było innego wyjścia. Pragnęła żyć. Ale nie za taką cenę!

Mazoku mają uczucia. Wyrażają je po prostu w zupełnie inny sposób. Ale mają. Przyjmij to do wiadomości i żyj dalej za nas oboje.

Stała się tego świadkiem. Ujrzała uczucia Xellossa na własne oczy. Wreszcie zrozumiała, co to znaczy. Tak długo jak osiągał swój cel, świat mógł płonąć. Kochała Xellossa, ale nie mogła mu wybaczyć. Czuła się zmanipulowana, oszukana. Czemu nikt jej nawet nie spytał o zdanie, czy byłaby w stanie żyć dalej z takim brzemieniem? Jak mogła żyć dalej ze świadomością, że jedyna droga prowadząca do jej przetrwania została wybudowana z krwi i kości innych istnień?

Już cię zostawiłem, byłem chujowym bratem.

To prawda, był chujowym bratem. Ale wciąż był to jej jedyny brat…

Przyjrzała się samej sobie. Jej dłonie drżały, zabrudzona i podarta różowa sukienka powiewała na wietrze, otulając jej wychudzone ciało. Oczy musiały być tak spuchnięte i podkrążone od płaczu, że musiała wyglądać po prostu żałośnie.

I ona miała być Xullan? To był chyba jakiś żart.

Ostatnie drobiny ciała Valgaarva Ul Copta wykonały delikatny taniec wokół własnej osi i rozpłynęły się w powietrzu.

Nie płacz… po mnie… Filio.

- Przepraszam, Val. Nie potrafię…


Równowaga upadała na jego oczach. To było dziwne uczucie. Wszyscy zawsze powtarzali te same słowa przestrogi, że Równowaga nie może upaść. Że życie Strażnika jest nic niewarte, jeżeli na drugiej szali położy się Równowagę w Eques.

Teraz już wiedział dlaczego.

Z przerażeniem słuchał wrzasków słabszych towarzyszów broni, którzy nie będąc w stanie opanować chaotycznie krążących nurtów, zapadali się w głąb własnego istnienia. Żołądek skrzywił mu się nieprzyjemnie, gdy wyczuł siarczysty zapach w powietrzu. Magiczna materia zaczynała krążyć w rytm rozszalałych przepływów mocy. Piękne marmury tworzące mury magicznej budowli rozpadały się i materializowały się z sekundy na sekundy, tworząc dziwaczny taniec syntezy i destrukcji.

- Musimy opuścić warownię! – krzyknął, lecz nie był w stanie dostrzec, czy ktokolwiek, go usłyszał. Teraz każdy walczył sam ze swoim koszmarem. Nikt z tego oddziału nie był na tyle silny, aby mógł się martwić o drugą osobę.

Nigdy nie miał za dużo mocy, aby stać się kimś bardziej istotnym w hierarchii Equeshan, lecz jego kontrola nad nurtami przekładająca się w jego przypadku na zdolność do wyrabiania magicznej broni była wystarczająca, aby zapewnić mu miejsce w jednej z warowni otaczającej Seyrun. Wiele mu brakowało do legendarnego Gourry'ego Gabrieva, który ponoć potrafił wykuć miecz zwiększający dziesięciokrotnie moc wojownika, jednak fakt, że kiedyś sam Szary Wilk do niego podszedł i pochwalił wykonane przez niego ostrze, napawał go dumą i pewnością siebie w sprawie magicznego rzemiosła.

Salgus McCrean nigdy nie wierzył, że to Zelgadis Greywords napadł na pana Philionela. Całkowicie ignorował narrację nagłaśnianą przez Milgazię. Nie ufał też Smokom, czując ich poczucie wyższości w każdym ich rozkazie. Niby na mocy Przymierza Równowagi wszystkie rasy miały być równe, jednak w rzeczywistości było to dalekie od prawdy. Jego kuzynka, Villy, świeżo mianowana Strażniczką, mało potężna i trochę głupiutka dziewczyna, wychwalała Fyndela, podkomendnego Xullan, nie widząc pogardy, kryjącej się w żółtych, kocich oczach.

I teraz właśnie rozgrywały się przed jego oczami konsekwencje zniknięcia ludzkiego pierwiastka władzy w Varney.

W ostatniej chwili udało mu się uniknął uderzenia wielkiego kawałka ściany, który nagle spadł na ziemię z wielkim hukiem.

Biegł długim korytarzem, prowadzącym do wyjścia z warowni.

Jeszcze kilka metrów i będzie bezpieczny.

Napiął mięśnie do granic możliwości. Nie był w stanie odciąć się od nurtów, ale był w stanie stworzyć niewielką barierę, wielkości własnego ciała, aby odciąć się do szalejących nurtów.

Nagle z marmurowej podłogi wyrósł ogromny pęd. Jego zaostrzony koniec, jakby w jednej chwili zyskał wiedzę, gdzie znajduje się jego serce, wystrzelił niczym pocisk w jego stronę.

Salgus chyba nigdy w życiu nie biegł tak szybko.

Gdy poczuł, że siarczysty zapach rozcieńcza się w przypływie świeżego nocnego powietrza, ogarnęła go pierwszą fala ulgi. Uskoczył w prawo, zanim szalony pęd zdążył zmienić kierunek.

I wtedy wszystko zaczęło spowalniać swój bieg.

Roślina zaczęła się poruszać coraz wolniej, a potem stopniowo zamarła w bezruchu.

Co się stało?

Właśnie wtedy spojrzał w niebo.

Nad Seyrun zaczęła się formować sieć potężnej świecącym się potężnym zielonym blaskiem mocy. Chwilę później ziemna struga mocy została owinięta rzadszą, lecz również intensywnym czerwonym pasmem energetycznym.

Szary Wilk? Tak, ale to nie był tylko on. Tam był ktoś jeszcze...


Nigdy nie myślała, że to będzie jak taniec. Jak taniec po niezwykle wąskim moście.

Gdy tylko poczuła, że Zelgadis przywołuje intensywną aurę ziemi, w jej wnętrzu pojawiło się silne drgnięcie. Jakby jej moc wręcz pragnęła się z nim połączyć. Powoli puściła pojedynczą strużkę mocy.

Szybko jednak okazało się, że zielony strumień bezlitośnie pochłonął całą wyemitowaną przez nią czerwień.

Wtedy poczuła tuż obok jego obecność.

- Spokojnie, daj nurtowi swobodnie płynąć.

W jednej chwili jej umysł wypełnił się spokojem. Ogień popłynął pewnym, silnym strumieniem mocy. A gdy spotkał się z ziemnym bezkresem, otulił go niczym złączone dłonie pary kochanków.

Ziemia i ogień rozpoczęły powolnego walca.

Jednak tempo stawało się coraz szybsze. Nagle zorientowała się, że aby mogła dalej w tym tańcu uczestniczyć, musiała zejść jeszcze bardziej w głąb swojego istnienia. Sięgnąć do tych rezerw ognia, które chociaż były nieobjęte ziemną pieczęcią, ale z których nigdy wcześniej nie korzystała. Powoli więc zanurzała w nieznanym jej morzu ognia. Stopniowo pojawiała się w jej umyśle coraz większa pustka. Stanęły jej przed oczami wspomnienia z szału magii, gdy moc zawładnęła jej wolą. Nie… Nie mogła sobie na to pozwolić. Nie po to przez ten cały czas uczyła się kontroli, aby teraz się poddać.

Właśnie wtedy poczuła, jak jej własny płomień łączy się aurą ziemi jeszcze bardziej.

Musiała uwolnić jeszcze więcej mocy.

Płomień zewsząd ją otaczał. Był dobry, ciepły, bezpieczny. Nie był groźny, nie musiała go więzić.

Wir magii zaczął pochłaniać coraz więcej i więcej.

Kiedyś czuła ból i smutek. Ale czemu?

Przestawała pamiętać.

Czy pamiętanie tego było ważne?

Chyba tak…

Ale dlaczego?

W jednej chwili poczuła, jak ktoś mocno otula jej duszę.

- Lina, nie musisz nad tym sama panować. Powoli zmniejszymy ilość ognia.

Nieprzyjemna pustka w głowie znowu zaczęła się poszerzać. Do kogo należał ten głos? Chciała wejść jeszcze głębiej do tego ognia. Coś jej jednak podpowiadało, że ten głos był bardzo, bardzo ważny. Mogła mu zaufać.

Część płomienia posłusznie wróciła do głębszej części jej istnienia.

- Dobrze, bardzo dobrze. A teraz wróć do mnie.

Do mnie? Czyli do kogo?

W jednej chwili zalała ją fala obrazów.

Tęsknota, ufność, bezpieczeństwo. A pod tym wszystkim uczucie jeszcze głębsze i żarliwsze, wciąż ukryte głęboko w jej podświadomości.

W jednej chwili otworzyła oczy i wróciła do niej całą świadomość.

- Zel? – Ledwo dała radę wypowiedzieć jego imię. Całe jej ciało zdawało się być niesamowicie ociężałe.

W jego szafirowych oczach rysowała się ulga.

- Przepraszam. – Przyciągnął ją do siebie, mocno ją przytulając. – Zaczęłaś w międzyczasie wpadać w szał magii. Za późno cię powstrzymałem.

Lina, wyczuwając nietypową aurę wokół mężczyzny, delikatnie wysłała impuls w jego stronę. W ogromnym szoku zorientowała się, że jest w stanie zajrzeć w jego wewnętrzny nurt. Oznaczało to jedno, mag nadwerężył się prawie tak bardzo, gdy ochronił Filię i Philionela przed atakiem Rezo w trakcie spotkania Przymierza Równowagi kilka miesięcy wcześniej. W jednej chwili ogarnęła ją wściekłość.

- Zel, o czym ty mówisz?! Czy ty czujesz w jakim sam jesteś stanie? W zasadzie kontrolowałeś nurt własny i mój. Jak możesz mnie przepraszać, że mnie za późno powtrzymałeś? To JA zaczęłam tracić kontrolę.

- Głuptasie, wiesz jakim jest osiągnięciem posiadanie takiej kontroli nad czymś, co jest w stanie rezonować z moją mocą? Jakby inni Strażnicy cię usłyszeli, potraktowaliby cię jak zbyt ambitną i irytującą kujonkę. Jesteś niesamowita. – Na jego zmęczonej twarzy pojawiła się autentyczna duma.

- Chwalisz mnie? – Uśmiechnęła się lekko. Pomimo ogromnego zmęczenia, jej wnętrze wypełniło przyjemne ciepło. Nie zdawała sobie sprawy, że jego słowa sprawią jej taką radość.

- Chwalę cię – potwierdził, odwzajemniając uśmiech, po czym jego twarz przybrała surowszy wyraz. - Jak się lepiej poczujesz, będę cię długo opierdalał. Ale póki co cię chwalę. Widzisz tę sieć? Przez jakiś czas pomoże w stabilizacji nurtów. Oczywiście nie na długo, ale może da nam to trochę czasu na podjęcie dalszych kroków.

W jednej chwili poczuła niesamowitą satysfakcję i lęk. I niemiłosierne wycieńczenie.

- To możemy póki co pójść spać? Chociaż na chwilę?

- Możemy. – Jednym gestem przywołał szczelną barierę ziemną.

- To dobrze… - wtuliła się w niego i poczuła, jak sen błyskawicznie otula jej umysł.


Beznamiętnie patrzyła, jak nurty zaczynają tańczyć dokoła niej w powolnym, kontrolowanym tańcu.

Znała to zjawisko. Obserwowała je od dziecka, gdy patrzyła z podziwem, jak jej tata siadał na brzegu pięknej fontanny postawionej na samym środku pałacowego ogrodu i „śpiewał", okropnie fałszując:

Nurciku, nurciku, skąd ty wiesz?

Że to u mnie spokoju się najesz!

Chodź do tatusia, chodź, chodź, chodź!

Przy mnie cię czeka spokojna noc!

Ponownie po policzkach pociekły łzy.

- Tato…

- Amelio! Dzięki Ceiphiedowi! Wróciłaś do nas! – Poczuła jak Sylphiel mocno ją obejmuje.

Zamazane przez wilgoć oczy dojrzały w pobliżu postać Gourry'ego.

- Jak dobrze, że do nas wróciłaś, Amelio – powiedział mężczyzna, uśmiechając się dobrotliwie.

Ścisnęło ją za serce, gdy przyjrzała się bliżej jego obliczu.

Na jego twarzy, wypełnionej kilkudniowym zarostem, wciąż było widoczne napięcie będące rezultatem przeżytego stresu. Oczy, chociaż radosne, wyrażały wręcz skrajne wyczerpanie. Jednak dopiero gdy poczuła, jak Sylphiel drga w spazmach płaczu, tuląc ją do siebie coraz mocniej, dostrzegła, ile uzdrowicielka zrobiła, aby sprowadzić ją z powrotem.

Nie tylko ona cierpiała. Poczuła chwilowy wstyd, że tak bardzo skupiła się na samej sobie. Chwilę później jej wnętrze wypełniła pierwsza strużka ciepła. Ktoś naprawdę pragnął jej obecności. Jak obiecywał jej tata.

- Panno Sylphiel, panie Gourry, dziękuję – uśmiechnęła się lekko.

Nie zdążyła jednak powiedzieć nic więcej, gdy w jednej chwili poczuła szarpnięcie w żołądku charakterystyczne dla przymusowej teleportacji.


Oczy Sylphiel otworzyły się w wyrazie czystego przerażenia, gdy w obronnym geście jeszcze mocniej objęła Amelię. Gourry natychmiast przyjął pozę bojową.

Miejsce, gdzie się zmaterializowali, widziała po raz pierwszy w życiu.

Liczne freski z podobiznami Ceipheida i Shabranigdo wypełniały ściany ogromnej kaplicy. Szczyt kopuły składał się z magicznych witraży, gdzie kolorowe pasma mocy rysowały niczym sterowany dłonią piasek kolejne obrazy.

Legendarny pojedynek Bogów Jasności i Ciemności.

Pośrodku maleńka ludzka postać otoczona potężną, trudną do opisania mocą.

A na samej górze, ciemniejszy od nocy strumień układający się w kształt spirali w punktem na samym początku.

Na środku pomieszczenia zamigotały sylwetki pięciu osobników.

Tylko kilka istot w Varney otaczała taka aura. Byli to legendarni mędrcy wchodzący w skład Rady Seyrun.

Sylphiel słyszała o nich w opowieściach swojego taty. Filia i Zelgadis wielokrotnie uczestniczyli w tych spotkaniach, towarzysząc Philionelowi i Milgazii, jednak nigdy nie dane im było zobaczyć ich na żywo.

Luo Graon. Niewysoki starszy mężczyzna odziany w elegancki zielony mundur. Ponoć poświęcił swoje życie studiowaniu białej magii. Podobno to on postawił mury Pałacu Seyrun.

Shazard Lugandy. Chudy i drobny mężczyzna odziany w strojną czerwoną szatę, bardzo przypominająca tą, która zwykle zdobiła Czerwonego Kapłana Rezo. Najsławniejszy wynalazca wielu magicznych urządzeń takich jak Reflektor Cieni, zwierciadło, które ponoć miało moc stworzenie prawie-idealnej kopii każdej istoty.

Aqua Ragradia. Drobna smocza staruszka ze śmieszną trwałą na głowie o dobrotliwie wiecznie przymkniętych oczach.

Sai Choro. Potężny Złoty Smok o wyglądzie wysokiego, dobrze postawionego mężczyzny o długiej białej brodzie. Jego twarz była poznakowana wieloma zmarszczkami. Małe żółte oczy wpatrywały się w otoczenie z pogardą i dystansem.

Żadne z nich nie było jednak żywą istotą.

Wytłumaczeniem ich egzystencji był ostatni nurt duszy.

Gdy umierał Equeshan, nurty zbierały się dookoła niego. Czasami, gdy w odchodzącym sercu tkwiło wciąż silne pragnienie, nurty potrafiły pochwycić ostatnie życzenie maga.

Najczęściej było to przekazanie swojej ostatniej woli najbliższej osobie. Ostatni nurt duszy nie miał zwykle zbyt wielkiej mocy. Często jednak przywracał Równowagę odchodzącej duszy i tej, która wciąż zostawała w okowach doczesności.

Jednak dosłownie w kilku, a dokładniej czterech przypadkach, pozostawione pośmiertnie życzenie brzmiało tak samo:

„Pragnę chronić Krainę Równowagi tak długo, jak będzie ona istnieć."

Eques spełniło to pragnienie w przedziwny sposób. Martwe istoty nie były już w stanie oddziaływać na nurty. Ich dusze zostały uwolnione z cielesnych okowów, jednak pozostawiły po sobie coś na kształt potężnego echa, które chociaż pozbawione ciała i mocy, wciąż potrafiły w niektórych przypadkach oddziaływać na rzeczywistość. Musiała być to jednak płaszczyzna mocno związana z ich ostatnim pragnieniem. Stąd też dwie funkcje, od których zależało bezpieczeństwo wymiaru, jak Xullan i Shyllien, musiały zyskać ich błogosławieństwo, aby móc faktycznie stanąć na straży spokoju w Eques.

Żadne z nich jednak nie miało możliwości wymusić teleportacji.

Niewątpliwie było to działanie piątego z osobników. Jedynego żyjącego spośród Pięciu Mędrców.

Eldoran Seyrun spoglądał na zebranych surowym wzrokiem, tak bardzo podobnych do spojrzenia Philionela, usadzony na pięknie rzeźbionym dębowym krześle unoszącym się kilka centymetrów nad ziemią. Stare ciało otulone biało-złotym, bogato zdobionym uniformem, utraciło siłę fizyczną, jednak otaczająca go moc była dostrzegalna gołym okiem.

- Dziadku? – spytała słabym głosem Amelia, wyswobadzając się z objęć Sylphiel.

- Hm… powinna się tu pojawić jeszcze trójka – odezwał się gderliwie Eldoran.

- Naprawdę uważasz, że możesz mnie zmusić do teleportacji, starcze? – Nagle rozległ się zimny jak lód głos.

- Witaj, chłopcze.

Zelgadis zmaterializował się niedaleko grupy Sylphiel, trzymając na rękach rudowłosą czarodziejkę.

- Zel, możesz mnie puścić? – spytała mocno zarumieniona Lina.

- Yhm – odparł mag, delikatnie stawiając ją na ziemi, nie spuszczając wzroku z Eldorana.

- Zanim będziemy o czymkolwiek rozmawiać dalej, odpowiedz mi na jedno pytanie, chłopcze. Czy to ty zabiłeś mojego syna? – Groza w ciemnoniebieskich oczach sprawiła, że Sylphiel przeszedł nieprzyjemny dreszcz.

- Dziadku, to nieprawda! – wtrąciła natychmiast Amelia mocno podenerwowanym tonem. – Ja, widziałam tatę. To była Ruezhan, użyła magii tożsamości. Miała mało mocy, lecz wykorzystała moc istnienia, aby złamać wewnętrzny nurt taty i wplotła echo magiczne pana Zelgadisa, aby zrzucić na niego winę.

Zacięcie na twarzy Eldorana znacząco złagodniało.

- Jak spotkałaś się z Philionelem?

- To był ostatni nurt duszy taty… Jak chcesz, mogę dokonać ekstrakcji wpsomnienia.

Przez dłuższą chwilę w pomieszczeniu panowała nieprzenikniona cisza. Pod powierzchnią pozornego spokoju kryło się napięcie krążących po kaplicy morderczych mocy.

- Rozumiem. Widzę, że dzięki Philionelowi przebudziłaś się jako dojrzały Filar. Dojrzały natomiast tylko pod kątem mocy, nie psychiki gotowej unieść to brzemię. Widzę też, że nowy Strażnik Nurtu śmiał zignorować moje wezwanie… - Jego ton robił się coraz bardziej gderliwy. – Ziemny chłopiec znalazł sobie ognistą koleżankę. Nigdy nie myślałem, że ktoś taki jak ty osiągnie Rezonans, chłopcze. – Zwrócił swój wzrok na Linę. – Kim ty jesteś, dziewczę? Wręcz śmierdzisz magią chaosu. – Na jego twarzy malowała się odraza. – Powinniście zostać natychmiast skazani… – Na chwilę spojrzał w stronę uśmiechniętej smoczej staruszki. – Aqua, wiem, wiem bez ich Rezonansu Seyrun by upadło, nie musisz mi tego mówić – skierował się z powrotem do całej gromadki. – Wszyscy wyglądacie, jakbyście mieli zaraz ducha wyzionąć. Mamy jakieś 36 godzin, dopóki Rezonans dzieciaków działa. Słuchajcie mnie uważnie. Macie dwadzieścia cztery godziny, aby odpocząć i ostudzić swój temperament – Tutaj jego wzrok padł na Zelgadisa. – Za równo dwadzieścia cztery godziny macie się tutaj wszyscy stawić. Wraz z nową Xullan. Przypominam, że bez błogosławieństwa Rady Seyrun, nowi Shyllien i Xullan nie mogą pełnić swojej mocy – zakończył złowrogo, po czym się zdematerializował a wraz z nim pozostała czwórka Rady Seyrun.


Nowy Filar spoglądała to na Linę to na Zelgadisa. Wciąż nie mogła się do końca oswoić z faktem, jak gwałtownie wzrosła jej wrażliwość magiczna. Od zawsze potrafiła niemalże perfekcyjnie wyciszyć swój wewnętrzny nurt, co ułatwiało jej odczytywanie wszelkich emocji towarzyszących jakimkolwiek działalnościom związanych z mocą. Teraz miała wrażenie, że ten talent został wzmocniony tysiąckroć. Czuła głęboko w sobie, że gdyby tylko chciała, mogłaby tę zdolność wyciszyć. Jednak obserwując aurę Liny i Zelgadisa, nie mogła odwrócić wzroku.

Oboje byli wycieńczeni. Worki pod oczami, widoczne wielodniowe napięcie na twarzy, odruchowo za bardzo zaciśnięte dłonie. Jednak ich aury były przepiękne. Zdawały się wirować dokoła siebie w może nieidealnej harmonii, ale wciąż tworzyły skomplikowany taniec o równym rytmie.

Jednocześnie czuła przeraźliwe uczucie bólu. Tak dojmujące i obezwładniające poczucie straty, jak to w jej własnym wnętrzu.

- Amelio, bardzo mi przykro z powodu Phila – powiedziała cicho Lina, kładąc dłoń na jej ramieniu.

Dotyk tylko spotęgował poczucie jej bólu i straty. Oczy Amelii ponownie napełniły się łzami. Bez słowa przytuliła Linę do siebie. Wiedziała, że czarodziejka nie przepada za dotykiem i tkliwością. Ale w obecnej sytuacji miała to w głębokim poważaniu.

- Mi też jest przykro z powodu twojej straty, panno Lino – wyszeptała Amelia.

Lina na początku zesztywniała w jej objęciach, jednak po chwili odwzajemniła uścisk.

- Ciągle zapominam, jak niesamowite są Filary – odparła cicho czarodziejka. W jej głosie nie było jej codziennej niezłomności, gotowości do rzucenia wyzwania światu o każdej porze dnia i nocy, jednak wciąż tkwiła w nim siła. Ta niesamowita siła, którą zawsze w niej podziwiała. Od kiedy została wrzucona do zupełnie nieznanego sobie świata i nieodmienne szła naprzód z podniesioną głową, nie zważając na kolejne okropieństwa rzucane przez życie pod jej nogi.

- Panno Lino… Jak można żyć dalej po czymś takim? – Z jej ust wyszło pytanie, które dotąd tylko unosiło się na powierzchni świadomości.

- Nie znam innego kierunku niż naprzód, Amelio – Lina uśmiechnęła się lekko. – Po prostu trzeba iść naprzód. A w międzyczasie, miejmy nadzieję, pojawi się odpowiedź.

Jej wnętrze wypełnił kolejny promień światła.

Po chwili poczuła dużą, ciepłą dłoń Zelgadisa na swojej głowie.

- Amelio, dasz radę. Phil zawsze w ciebie wierzył.

I jeszcze kolejny…

Naprawdę nie była sama.

- Dziękuję… Nie wiem, czy dam radę, ale spróbuję.

- A gdzie jest Filia? – wtrącił nagle Gourry.

Amelia zamknęła oczy i skupiła się, aby odszukać nową Strażniczkę Nurtów.

- Czuję jej obecność. Fizycznie nic jej nie dolega… Ale bardzo cierpi.

Po chwili usłyszała opanowany głos zmaga ziemi.

- Pójdę po nią.

- Zel, zaczekaj. Mogę iść z tobą? – spytała cicho Lina.

Moment później dwójka magów zniknęła w blasku jasnego światła.


- Filia? Jesteś tu? – Głos Liny wypełnił puste, zniszczone pomieszczenie będące niegdyś Salą Egzekucji.

Nie odpowiedziała. Nie miała siły. Już na nic.

Pomimo braku odpowiedzi rudowłosa czarodziejka zrobiła kilka kroków w głąb opuszczonego pokoju.

- Filia… Nie możesz się teraz chować – powiedziała cicho dziewczyna.

Z jakiegoś powodu to jedno zdanie wystarczyło, aby zalała ją fala gniewu. Całe jej ciało było odrętwiałe i obolałe w wyniku napięcia i stresu, jednak to proste sformułowanie sprawiło, że wypełniła ją niepokojąca energia.

- A niby czemu?! Nikogo nie prosiłam, aby mnie ratował! – Krzyczała, ile sił w płucach, ale wciąż nie odwróciła się w stronę nowo przybyłej. Nie miała najmniejszej ochoty z nią rozmawiać. Dlaczego to akurat Lina do niej przyszła?

- Nigdy nie podejrzewałam, że tak bardzo pragnęłaś umrzeć – odparła Lina lodowatym tonem.

Jawna niesprawiedliwość wypowiedzi rudowłosej, sprawiła, że Smoczyca gwałtownie się odwróciła w jej stronę.

- Czy ja kiedykolwiek powiedziałam coś takiego?! Moje życie nie jest tyle warte! Val wcale nie musiał umierać…

Twarz czarodziejki nie zdradzała żadnej emocji. Była blada, z pewnością wyczerpana, ale Filii w ogóle to nie obchodziło.

- To, jak się zachowujesz teraz, to obraza dla jego poświęcenia. – W czerwonych oczach nie było litości, tylko niewzruszona twardość przekonań.

- Nie widziałaś go na oczy! Co TY możesz wiedzieć, co myślał Val? – Dawała upust całej złości, jaka nią targała.

- Poznałam go. Owszem, wymieniliśmy dwa zdania. Ale tyle wystarczyło, aby nawet taka ja, osoba zupełnie z zewnątrz, widziała dokładnie, że on podjął decyzję. Zdecydował, czemu i komu chciał poświęcić swoje życie.

- Nie wiesz, co mówisz…

- Co ci powiedział przed śmiercią?

- Powiedział… - Czemu odpowiadała Linie na to pytanie? – Abym żyła za niego i za siebie. I się uśmiechnął…

- A więc czy nie możesz uszanować jego ostatniego życzenia?

- On nie musiał umierać. Xelloss…

- Zabił go tylko dlatego, bo inaczej zabiliby cię podwładni Milgazii.

- Skąd to wiesz?

- Część mi powiedział Xelloss. Reszty się domyśliłam.

- I tak to nie twoja sprawa…

Kolejne słowne ciosy czarodziejki nie były czymś dla niej niezrozumiałym. Wiedziała przecież to wszystko! Tylko czemu czuła się, jakby już przegrała tę walkę?

- Masz rację. – Lina podeszła do niej jeszcze bliżej. – Ale bardzo mnie wkurwia, gdy ktoś nie docenia swojego życia. To obraza dla tych, których już nie ma pośród nas. A nie wszyscy mieli taki wybór. Niektórzy giną w wyniku cudzych błędów. – W jej czerwonych oczach światło zaczęło się odbijać również i z kącików oczu. W jednej chwili stało się dla niej jasne, że nie ona jedna poniosła stratę w ostatnim czasie. - I takie osoby też muszą żyć i iść naprzód. Tyle chociaż mogą zrobić dla tych, których już nie ma.

- Panno Lino, co się stało? – W głosie Filii po raz pierwszy pojawiło się współczucie.

Czyż to nie zaskakujące, jak czasem cudzy ból potrafi odwrócić uwagę od własnego cierpienia?

- Popełniłam błąd. Chciałam poznać prawdę o tym świecie, o Równowadze. Zapłaciła za to moja babcia.

- Bardzo mi przykro…

- Nie mówię o tym po to, aby było ci mnie żal. – W spojrzeniu Liny pojawiła się irytacja, przeplatająca się z delikatnością. – Po prostu… Żyj. Nie masz obowiązku walczyć, nie musisz pełnić funkcji Xullan. Ale po prostu doceń życie, które zostało ci dane.

Nagle poczuła, jakby ktoś jej szeroko otworzył oczy. Przez całe dotychczasowe życie robiła wszystko to, czego od niej oczekiwano. Przyjmowała bezrefleksyjnie wszelkie wkładane jej do głowy dogmaty. Egzystowała według nich przez te wszystkie lata, chociaż opinały ją bolesnym drutem kolczastym. Gdy pogodziła się ze swoim wyrokiem, przyjęła śmierć jako jedyną drogę w momencie, gdy poznała prawdę o Równowadze. Była zła na Valgaarva, na Milgazię, na Xellossa.

Jednak czy kiedykolwiek zrobiła cokolwiek, aby otaczający świat stał się lepszy?

Poczuła na policzkach gorący rumieniec wstydu.

Wciąż była wściekła na Xellossa. Ale Lina miała rację. Aby uszanować Vala, który poświęcił się, aby uratować jej życie, mogła zrobić coś, aby ten świat zaczął wyglądać chociaż trochę inaczej.

Nie dlatego, bo musiała. Ale dlatego, bo tego pragnęła.

- Panno Lino… Ja… Muszę jeszcze trochę to przemyśleć.

- Spoko, spoko. Oby nie za długo – Lina uśmiechnęła się półgębkiem.

- Panno Lino…

- O, tego westchnięcia dawno nie słyszałam. – Czarodziejka uśmiechnęła się złośliwie.

- Panno Lino, jesteś niemożliwa.

- Witaj z powrotem, Filio. – Uśmiech Liny stał się serdeczny i ciepły.

- Dziękuję. Za… wszystko… - dodała z trudem, po czym przyszło jej do głowy pytanie, które nurtowało ją od początku. – A właśnie, jak mogliście się zgodzić z Zelgadisem na plan Xellossa?

Twarz Liny błyskawicznie przybrała wyraz dziecka, które nieźle nabroiło pod nieobecność rodziców.

- Hm… Zel się nie zgodził na ten plan – spojrzała się gdzieś w kąt.

- Co? – Filia niemalże zaniemówiła.

- Główny pomysł był w sumie mój, aby wybudzić Amelię i zagotować w Równowadze, aby nurty mogły wpłynąć do Maezhiran. Szczegóły zaplanował Xelloss.

- I zgodziłaś się wziąć w tym wszystkim udział po rozmowie z samym Xellossem, BEZ uzgodnienia tego z Zelgadisem?

- Uzgadniałam to z nim. Ale zaczął na mnie wrzeszczeć, że się nie zgadza.

Oniemiała Xullan ledwo była w stanie sformułować pytanie.

- Zgodziłaś się więc na plan Xellossa za jego plecami?

- No… Tak.

- I jak on na to zareagował?

Lina w jednej chwili pobladła, na jej skroniach pojawiły się drobne krople potu. W sekundę uszła z niej cała pewność siebie.

- Ważne, że wszystko się udało, prawda? – Uśmiechnęła się bardzo sztucznie i ostentacyjnie.

Nagle pomieszczenie wypełniła dusząca ziemna obecność.

- Właśnie, mieliśmy na ten temat porozmawiać, prawda, Lina?

Natychmiast jego dłoń zacisnęła się na szczupłym przedramieniu rudowłosej.

- Musimy właśnie teraz, Zel?

Potężny mag zupełnie zignorował to pytanie i spojrzał się prosto na Filię.

- Dobrze cię widzieć całą i zdrową.

- Ciebie też… Zelgadisie.

Zelgadis lekko się zdziwił, ale potem uśmiechnął się ciepło.

- W ciągu dwudziestu czterech godzin zbierze się Rada Seyrun. Dasz radę uczestniczyć w tym spotkaniu?

Po chwilowym wahaniu wypowiedziała cicho jedno słowo.

- Tak.

Zelgadis uśmiechnął się raz jeszcze.

- A więc do zobaczenia.

Po czym zdematerializował się, zabierając Linę ze sobą.

Hm… Czyżby oni?

Uśmiechnęła się sama do siebie. Najwidoczniej akurat ta dwójka nie potrzebowała jej listów pożegnalnych, aby ruszyć naprzód.

Wiele jeszcze było przed nią, jednak z jakiegoś powodu te bezlitosne słowa Liny przyniosły jej jakiś dziwny spokój.

- Val, spróbuję powalczyć trochę o świat, w którym czułbyś się dobrze. Czuwaj nade mną, proszę, gdziekolwiek byś teraz nie był.


Wrócili do dworku. Nareszcie. Chyba nie była w stanie ocenić, ile czasu minęło, od kiedy ostatnio widziała te przyjazne ściany. Gdyby nie jej obecne kłopoty, poświęciłaby więcej czasu temu uczuciu, które było dziwnie podobne do wrażenia towarzyszącemu powrotowi do domu.

- Wytłumacz mi swój tok myślenia. Co się działo w twojej głowie?

Stali naprzeciwko siebie, oddzielał ich od siebie, jedynie mały, okrągły, dębowy stolik.

Nie odpowiedziała od razu. Rozglądała się nieco niespokojnie po miejscu, gdzie teleportował ich potężny mag. Szybko się zorientowała, że to musi być zachodnie skrzydło w dworku należące tylko do Zelgadisa. A dokładniej pokój wyglądający na część gabinetową. Gdyby nie była tak podenerwowana, doceniłaby olbrzymie dębowe biurko zapełnione równymi stosami kartek otoczone niezliczonymi szafkami uginającymi się od drogocennych książek.

Wschodnie skrzydło należało do Filii. Tam była gościem wielokrotnie.

Północne skrzydło należało w zasadzie do Sylphiel i Gourry'ego. Właśnie tam znajdywała się pracownia medyczna, kuchnia i warsztat.

W części centralnej zostały umieszczone oficjalne sale magiczne, jak Sala Teleportacji i inne oficjalne sale przystosowane do wizyt dyplomatycznych.

Część południowa składała się głównie z pokoi gościnnych, gdzie miały swoje sypialnie Lina i Amelia oraz biblioteki, miejsca jej najczęstszego pobytu w dworku.

W sumie nie znajdywała się tak daleko od swojego pokoju… Może jak uda jej się odpowiednio pokierować rozmową, będzie mogła uciec? Z drugiej strony, czemu chciała uciekać? Postąpiła zgodnie ze swoim rozumem i oceną sytuacji. Wcale nie musiała się czuć winna. Wytłumaczy mu to, jak wiele razy wcześniej i mężczyzna będzie musiał przyznać jej rację. Pełna silnego postanowienia, z dumą uniosła głowę i spojrzała mu w oczy.

I widząc wściekłość zaklętą w szafirowych tęczówkach, ponownie poczuła, że pewność siebie opuszcza ją z zawrotną prędkością.

Lina, do cholery, weź się w garść!

- Zrobiłam to, co uważałam za słuszne.

- Czyli przyznajesz wprost, że masz gdzieś wszystko, co powiedziałem? – Wykonał jeden krok w jej kierunku.

- Nie… - Natychmiast trochę się cofnęła.

- Nie? A mi się wydaje, że tak właśnie było. – Kolejny krok w jej stronę.

- Zel, nie było innego planu, czas naglił, a wiedziałam, że dam sobie radę. Twoim jedynym argumentem było, że nie wierzyłeś, że dam sobie radę. – Następne kilka centymetrów dalej od niego.

- Czyli chciałaś mi za wszelką cenę udowodnić, że dasz sobie radę pomimo kiepskiego stanu psychicznego i rozedrgania mocy?

- Wcale nie było ze mną tak źle.

- Doprawdy? I wcale nie miałaś żadnych napadów paniki ani problemów z kontrolą w trakcie całej akcji?

Na to Lina już nie miała odpowiedzi. Ze wszystkich sił starała się unikać jego spojrzenia. Nie wiedzieć kiedy, przestał ich dzielić stolik. Nieświadomie cofała się coraz bardziej w stronę ściany.

- Twoje milczenie uznam za potwierdzenie. A teraz posłuchaj mnie bardzo uważnie. To, że ten samobójczy plan Xellossa wypalił, to jeden wielki cud. Który statystycznie nie ma prawa się powtórzyć.

- Nie możesz przyznać, że udał się, bo twoja wspaniała uczennica była po prostu obłędna? – Lina spytała z zalotnym uśmiechem.

- Moja uczennica, owszem, jest obłędna. – Kącik ust Zelgadisa lekko się uniósł. – Ale w następnej takiej sytuacji, po prostu straci życie – zakończył śmiertelnie poważnym tonem.

- Zel, przesadzasz.

- Nie, Lina, nie przesadzam. I jest to bardzo ważne, abyś to zrozumiała.

- Zel, za bardzo się o mnie boisz. Mamy stan wojny. Jak niby oczekujesz, że cokolwiek poważnego zdziałamy bez żadnego ryzyka?

- Ogólnie masz rację. Ale to nie ty jesteś od tego ryzykowania.

- A dlaczego to ty masz o tym decydować? Zel, czy fakt, że coś do siebie czujemy, ma usprawiedliwiać, że ja mam sobie siedzieć bezpiecznie jak księżniczka, a inni mają ryzykować życie?

- Nie. Niestety, jak bardzo bym nie chciał zagwarantować twojego bezpieczeństwa w każdej sytuacji, jest to niemożliwe, mam tego świadomość. Mam na myśli takie sytuacje jak ta, gdzie mieliśmy na to wpływ. Od teraz, jak ci powiem, że nie chcę, abyś brała w czymś udział, bo jest czas na stworzenie innego planu, chcę, abyś się do tego stosowała, rozumiemy się?

Właśnie wtedy poczuła, że plecami napotyka opór w postaci ściany.

- Jak się będę z tobą zgadzała, to ok – odparła wymijająco, nie mogąc już się bardziej cofnąć.

- Lina… – Oparł jedną rękę o ścianę tuż obok jej głowy. – Masz świadomość, że ja również mogę zacząć grać tak samo?

- Czyli…? – Zająknęła się, gdy drugą dłonią lekko ujął jej podbródek.

- Robić to, na co mam ochotę bez liczenia się z nikim innym. – I złapał wargami jej usta.

Pocałunek od początku był odważniejszy niż wszystkie poprzednie, które wcześniej dzielili. Bez ostrzeżenia lekko ugryzł jej dolną wargę i pogłębił pocałunek. W jednej chwili w jej głowie pojawiła się pustka i zaczął działaś instynkt, który nakazał jej naśladować każdy ruch języka maga. Jego dłoń powędrowała do jej talii, jej obie ręce niepewnie zacisnęły się na jego szarym, poszarpanym pulowerze. Po słodkiej chwili zapomnienia, Zelgadis zakończył pocałunek i pozwolił im zaczerpnąć oddechu.

- Zapamiętaj – szepnął jej do ucha. – Jeżeli jakimś cudem uda ci się wywinąć taki numer raz jeszcze, będą odpowiednie konsekwencje, Lina. – Czarodziejka oblała się gorącym rumieńcem i mimowolnie zadrżała. – To tyle. – Puścił ją i się wycofał. – Spokojnej nocy.

Po czym wyszedł z pokoju i zostawił ją samą.


Lina długo przewracała się z boku na bok w łóżku w swoim starym pokoju. Czemu nie mógł na nią zwyczajnie nawrzeszczeć? Czemu pocałował ją w taki sposób, że nie mogła myśleć teraz o niczym innym poza nim?

Wydała z siebie okrzyk bezsilnej frustracji.

Masz przecież inne rzeczy, o których możesz myśleć – powiedziała do swojej świadomości. Niestety nie był to dobry ruch. Przed jej oczami raz jeszcze pojawił się obraz martwej sylwetki kobiety o długich siwych włosach.

Podniosła się do pozycji półsiedzącej i westchnęła ciężko. Przecież jak tak dalej pójdzie, nigdy nie zaśnie.

Jej myśli szybko podążyły do poprzednich trzech nocy, które spędziła w objęciach maga ziemi. Zarumieniła się raz jeszcze na samą myśl.

- A sam jesteś sobie winien – mruknęła pod nosem, po czym sięgnęła po poduszkę i wstała. Następnie zarzuciła na siebie swój ulubiony różowy szlafrok, który dostała od Filii i opuściła pokój.

Chwilę później już stała pod jego drzwiami. Zanim jej dłoń uderzyła o grube drewno, drzwi lekko się uchyliły.

- Lina? – Nie ukrywał zdziwienia. Widać było, że nawet nie zaczął się szykować do snu, gdyż był cały czas w tych samych ciuchach.

- Nie mogę spać… - zaczęła nerwowo mruczeć pod nosem. – Czy…

W oczach Zelgadisa szybko pojawiło się zrozumienie.

- Chodź, chodź – przerwał jej z rozbawieniem.

- Ale… – W jednej mocno się zarumieniła.

- Póki co nic więcej ci nie zrobię. Obiecuję. – Jego uśmiech się poszerzył.

- Jesteś…

- Tak, tak. Wchodź pod kołdrę, bo zmarzniesz. – Otworzył drzwi szerzej.

Lina zrezygnowała z próby werbalizacji czegokolwiek więcej.

- Dziękuję...

Gdy już oboje zasypiali, ona z głową na jego piersi, on obejmujący ją delikatnie jedną ręką, Lina z pewną pogardą do samej siebie przypomniała słowa, które wypowiedziała wcale nie tak dawno temu.

Ale ja jestem bardzo kiepska w tych tematach… Nie wiem, czy to, co czuję to nasza moc, czy to moje uczucia… Potrzebuję czasu…

Jakim ona była tchórzem… Lgnęła do niego jak ćma do ognia, bez żadnych oporów korzystała z jego bliskości i wsparcia. Nigdy wcześniej tak się nie czuła. Nigdy nie pozwalała sobie być tak słabą i bezbronną w obecności kogokolwiek.

Jaka moc? Widziała teraz jak na dłoni, że to przecież była durna wymówka, aby stworzyć sobie drogę ucieczki na wszelki wypadek. Oczywiście, że to były jej uczucia. Od samego początku.

A on mimo wszystko wciąż wyciągał do niej dłoń.

Tę ciepłą, ogromną dłoń, która tak szybko zaczęła jej się kojarzyć z bezpieczeństwem.

Nagle ogarnęło ją przerażenie. Po raz pierwszy w życiu w kimś się zakochiwała…

Czy naprawdę to było takie przerażające?

Uśmiechnęła się ciepło do własnych myśli i bez dalszej walki oddała się w objęcia snu.


Elsevien obserwowała zwisającą z sufitu klepsydrę. Ostatnie ziarenka powoli opuściły górną komorę, przesypując się bezwładnie na szczyt górki uformowanej przez pozostałe drobiny piasku.

- Tosaigh. – Zaintonowała pięknym srebrzystym głosem.

Ostatni dźwięk dołączył do melodii inicjującej tkane od wielu miesięcy zaklęcia.

Skradziona od Equeshan moc zaczęła płynąć w ogromnym tempie do wszystkich postawionych punktów mocy, postawionych przez Czerwonego Kapłana kilka miesięcy wcześniej na obszarze Varney. Symbole spirali zaczęły delikatnie pulsować jasnym, czerwonym blaskiem.

Nareszcie. Ostatni nurt duszy jej ojca wreszcie zostanie wysłuchany.

- Tato, obserwuj mnie, gdziekolwiek jesteś.