32. OD ZAPRZECZENIA PO AKCEPTACJĘ


Następnego ranka Hermiona obudziła się z koszmarnego snu, wciąż zwinięta w kłębek na łóżku. Nadal miała zasłonięte zasłony, ale słyszała, jak współlokatorki wesoło gawędzą, przygotowując się do pracowitego dnia. Zacisnęła oczy, chcąc zignorować fakt, iż nastał nowy dzień i należało wstać oraz skonfrontować się z rzeczywistością. Nie chciała zatapiać się we wspomnieniach, przebierać się w mundurek i iść do Wielkiej Sali na śniadanie. Niestety, nie miała innego wyjścia. Z niechęcią rozsunęła kotary łóżka, postawiła stopy na podłodze, chwyciła swoje ubrania i ruszyła do łazienki.

– Dzień dobry, Hermiono – zaświergotała przyjaźnie Rose.

– Mhm – mruknęła, darując sobie wszelkie dyskusje.

Zamknąwszy za sobą drzwi, powoli podeszła do umywalki. Uniosła głowę i spojrzała na swoje odbicie. Z lustra patrzyła nań raczej bez większego entuzjazmu przygnębiona dziewczyna. Jak się okazało, miała podkrążone oczy, co tylko podkreślała bladość skóry. Uwidaczniała również siniaka na policzku. Przekrzywiła trochę głowę i bliżej mu się przyjrzała. Szczęśliwie, nie był duży, ale wciąż bolał, gdy przejeżdżała po nim palcem. Z drugiej strony, miewała w życiu gorsze rany.

To nie siniak sprawił, że prawie się rozpłakała. O wiele bardziej był bolesny fakt, iż Tom zranił ją do żywego. Pociągnęła nosem, chcąc stłumić łzy. Mimowolnie wróciła wspomnieniami do wczorajszej kłótni. W jasnoszarych oczach zobaczyła tyle nienawiści, że dosłownie została wbita w ziemię. Słowa, które wypowiedział bez cienia wyrzutów sumienia, sprawiły, że straciła nad sobą kontrolę i również dała się ponieść nerwom. Nikomu nie było wolno złorzeczyć mugolom, czy też mugolakom, nawet jemu.

Nie, zwłaszcza Tomowi.

To naturalne, że się postawiła i trochę mu wygarnęła. Wiedziała, że postąpiła niesłusznie, poddając się złości, ale po prostu nie wytrzymała, bo temat był dlań bardzo wrażliwy. Może rzeczywiście nie powinna była wspominać Riddle'a Seniora, a już z pewnością nie w ten sposób, ale cokolwiek wczoraj nie powiedziała, większa część winy leży po stronie chłopaka.

Jesteś tylko brudnym szlamowatym śmieciem, powiedział. Wciągnęła ze świstem powietrze, raz za razem odtwarzając ten moment.

Została zraniona, mimo że już wcześniej słyszała podobne oszczerstwa. Sęk w tym, że obraził ją człowiek, któremu zaufała i którego obdarzyła uczuciem. Zadrżała, gdy w głowie zobaczyła te krwistoczerwone oczy, pełne pogardy i nienawiści.

Jak śmiał…?

Robił zdecydowanie gorsze rzeczy, podsunął jej cichy głos rozsądku, bezlitośnie przywołując w głowie obrazy z przeszłości, o których wolała zapomnieć.

Wciąż zapatrzona we własne odbicie, potrząsnęła głową, jakby to rzeczywiście miało pomóc odegnać wspomnienia. Nie pragnęła ich powrotu, bowiem należały do kogoś innego, do dziewczyny, która dawno temu została pochłonięta przez ciemność.

Uniosła drżącą dłoń i jeszcze raz dotknęła posiniaczonego policzka. Wciąż bolał, podobnie jak słowa, które wczoraj usłyszała. Nawet jeżeli miała do czynienia z Lordem Voldemortem, Tom nadal był Tomem.

Żadnego rozpamiętywania przeszłości, podsumowała z mocnym postanowieniem, a następnie zignorowała bolesny supeł w żołądku i odwróciła wzrok od tafli lustra. Wzięła prysznic, założyła mundurek i wyszła z łazienki. Nie chciała schodzić do Wielkiej Sali, ale w gruncie rzeczy nie miała większego wyboru.

Znosiłam gorsze rzeczy, pomyślała, próbując dodać sobie otuchy.

Westchnęła ciężko pod nosem, wzięła szkolną torbę i bez większego entuzjazmu wyszła z dormitorium. Kiedy zeszła na śniadanie, na moment przystanęła w drzwiach i omiotła wzrokiem ślizgoński stół. Tom, naturalnie, siedział na swoim zwyczajowym miejscu, ale nie patrzył w jej stronę. Wyglądało na to, że celowo ją ignoruje, wpatrzony pustym wzrokiem w przestrzeń. Na twarz przywdział beznamiętną maskę, której nie potrafiła przejrzeć, nawet po wnikliwszej analizie.

Zauważyła jednak, że coś jest nie w porządku, bowiem otaczający go współdomownicy sprawiali wrażenie wtajemniczonych. Wszyscy się na nią gapili, raczej z obrzydzeniem, a niektórzy kalkulująco. Nieliczni rozmawiali ze swoimi sąsiadami, od czasu do czasu rzucając jej nieprzychylne spojrzenia. Najgorsza była Melanie Nicolls, patrząca na Hermionę z triumfalno-kpiącym uśmieszkiem. Aby zachować kamienną twarz, stłumiła nieprzyjemny dreszcz i zignorowała zobaczone okrucieństwo. Najprawdopodobniej miała rację i dziewczyna rzeczywiście podsłuchała wczoraj ich kłótnię, a następnie rozpuściła informacje po szkole. Odwróciwszy wzrok, zacisnęła mocniej dłonie na pasku torby, po czym ruszyła w stronę stołu Gryffindoru.

Kiedy zrobiła kilka kroków, prawie została wmurowana w ziemię, gdyż usłyszała za plecami to jedno słowo, które potrafiło prawdziwie skrzywdzić – słowo, które wywołało wojnę i odebrało życie milionom istnień. Nienawidziła go z całego serca.

– Szlama!

Nie dała po sobie poznać zaskoczenia i po prostu kontynuowała podróż do swojego stolika. Nawet na sekundę nie spuściła głowy, trzymając ją wysoko. W czasie drogi słyszała wiele szeptów, cichszych lub głośniejszych, ale wszystkie zignorowała. Wyglądało na to, że wieści naprawdę szybko się rozeszły i teraz prawdę poznali również krukoni, puchoni i gryfoni. Może nie dbali o czystość krwi bardziej od ślizgonów, ale dzięki uprzejmości Nicolls znalazła się w centrum zainteresowania. Dotarłszy do stołu Gryffindoru, usiadła obok Diany, która sprawiała wrażenie zaciekawionej i jednocześnie zatroskanej. Szczerze mówiąc, była jej za to wdzięczna.

– Wszystko w porządku? – wyszeptała.

W odpowiedzi skinęła głową.

– Naprawdę jesteś mugolaczką? – zapytała piskliwym głosem Rose. Hermiona jakimś trafem przeoczyła, że Potterówna siedzi obok współlokatorek i teraz wdepnęła w niezłe szambo.

– Nigdy bym nie zgadła! – dodała Lucia, patrząc nań niczym na egzotyczne zwierzątko w zoo.

Obie dziewczęta ewidentnie szukały następnego tematu do plotek, bowiem aż drżały z podekscytowania. Niestety, nie były jedyne. Inni gryfoni również wydawali się zainteresowani tym, co zaraz powie. Oczywiście, od każdej reguły istniał wyjątek. Kilka miejsc dalej Hermiona wypatrzyła Lupina, który gromił współdomowników wzrokiem. Wyglądało na to, że Longbottom i Weasley wciąż nie zeszli na śniadanie.

– Czemu to nagle takie istotne? – syknął do najbliżej siedzących uczniów, którzy natychmiast się zawstydzili i spuścili głowy.

– Cóż, wcześniej mówiła, że jest czystej krwi – odpowiedział mu jeden z odważniejszych. Był na czwartym roku, ale nie znała jego imienia. – Dlaczego w pierwszej kolejności skłamała?

Usłyszała wokół siebie aprobujące pomruki i aż musiała stłumić rosnący gniew. Spojrzała z powrotem na stół Slytherinu i zauważyła, że niektórzy uczniowie wciąż się nań otwarcie gapią, głównie z obrzydzeniem lub pogardą. Niestety, Tom wciąż ostentacyjnie udawał, że nie istnieje.

– To nie twój interes! – syknął Lupin, czym wrócił dziewczynę do rzeczywistości.

– W porządku, Amarysie – stwierdziła ze spokojem, o który się nawet nie podejrzewała. – Chciałabym odpowiedzieć na zadane pytanie. – Zerknęła na wścibskiego czwartorocznego. – Naprawdę chcesz wiedzieć, dlaczego nikomu się nie przyznałam, że moi rodzice byli mugolami? – spytała chłodnym, przeszywającym głosem, a następnie przesunęła wzrokiem po wyraźnie zainteresowanych współdomownikach. Jakim cudem byli równie nieświadomi i naiwni? Nie wyciągnęli żadnych wniosków ze wczorajszego incydentu? – W moich rodzinnych stronach to wyrok śmierci.

Zrzuciwszy na uczniów bombę, wstała od stołu i skierowała się do wyjścia. Idąc, spotkała się z kompletną ciszą, ale miała to gdzieś. Zanim znalazła się na korytarzu, rzuciła Tomowi ostatnie spojrzenie, ale znów się rozczarowała.

W gruncie rzeczy była zadowolona, że zostawiła bagno za sobą, więc postanowiła pójść do pokoju wspólnego. Zrezygnowała z pomysłu popędzenia na uroki domowe, bo wiedziała, że dziś nie zniosłaby oskarżycielskiego spojrzenia Legifer i jej nieprofesjonalnych docinków. Prawie dotarła do portretu Grubej Damy, kiedy została zawołana.

– Zaczekaj, Hermiono!

Odwróciwszy się, zobaczyła nadbiegającego Lupina.

– Przepraszam za ich reakcję – powiedział na wstępie, gdy się zatrzymał.

– Niepotrzebnie. – Ucieszyła się, że wciąż miała przynajmniej jednego sojusznika. Amarys okazał się prawdziwym przyjacielem. – To przecież nie twoja wina.

Razem weszli do pokoju wspólnego. Kiedy znalazła się w udekorowanym w czerwono-złotych barwach azylu, podświadomie odetchnęła z ulgą. Omiótłszy wzrokiem pomieszczenie, zobaczyła wygodnie się wylegujących Weasleya i Longbottoma. Richard siedział na krześle z nogami wyciągniętymi na stole, przeglądając magazyn o quidditchu, zaś Mark półleżał na kanapie i wcinał ciastka z leżącego na stoliczku kawowym opakowania. Z rozbawieniem zarejestrowała, że wciąż miał na sobie górę od piżamy i spodnie od mundurka.

Szybko zostali zauważeni.

– Co tutaj robisz, Mionka? – zapytał Weasley, szczerze zdziwiony. Automatycznie zrzucił nogi na podłogę i usiadł obok nich na kanapie. – Nie masz teraz przypadkiem uroków domowych?

– Dziś sobie odpuszczam. Co z wami?

– Mamy wolną godzinę, kiedy dziewczęta siedzą w klasie. – Uśmiechnął się zadowolony Longbottom. Gdy spojrzał na Lupina, natychmiast zmarkotniał. Najwyraźniej zauważył, że przyjaciel jest cholernie poważny. – Czy coś się stało?

Amarys zerknął na Hermionę, ale nie odpowiedział.

– Najwyraźniej Nicolls dowiedziała się, że jestem mugolaczką i rozpuściła wici. – Westchnęła i odwróciła głowę. – I teraz wszyscy ślizgoni mnie nienawidzą.

– Co takiego...? – Longbottom podniósł głos.

Oparła się na kanapie i z wdzięcznością pozwoliła przybliżyć Amarysowi sedno problemu. Odpłynęła myślami i tylko raz na jakiś czas docierały doń oburzone okrzyki typu „głupie węże!", czy też „bezmózgi!".

Wtem się nad czymś zastanowiła. Czy naprawdę miała rację i została przez wszystkich nienawidzona? Czy Tom również...? Mimowolnie uniosła dłoń i dotknęła opuchniętego policzka. Miejsce, gdzie oberwała, nadal bolało. W głowie nadal widziała te przeklęte, karmazynowe oczy. Może rzeczywiście porządnie się pokłócili, ale jak mógł podnieść na nią rękę? Zanim się zorientowała, znów musiała walczyć ze łzami.

– Hermiono?

Podniosła głowę i zobaczyła, że Longbottom patrzy nań szczerze zmartwiony. Właściwie to ponownie znalazła się w centrum zainteresowania.

– Skąd masz tego siniaka? – zapytał.

– Ja... – urwała, przypomniawszy sobie ostatni raz, kiedy przyjaciele zauważyli, że jest obolała. Naturalnie, podejrzewali Toma, a Hermiona była oburzona podobną sugestią.

– Wiesz, że możesz nam wszystko powiedzieć – dodał łagodnym głosem Lupin.

Gdy poczuła uspokajającą rękę na ramieniu, spuściła głowę i spojrzała na swoje złączone w koszyczek dłonie. Wtedy gorąco zaprzeczała oskarżeniom, bo wydawały się niewyobrażalne, ale teraz było zupełnie inaczej. Silne przekonanie, iż Tom nigdy by jej nie uderzył, po wczorajszym legło w gruzach. Zanim się powstrzymała, zaczęła się rozklejać.

– To przecież oczywiste. To Riddle! – podsumował Mark. Był rozgniewany, ale dobrze wiedziała, że swoją wściekłość skierował w inną stronę.

Odwróciła wzrok, nie mogąc zaprzeczyć faktom. Znów spojrzała na swoje dłonie. Gdy odmówiła odpowiedzi, chwilowa cisza stanowiła za potwierdzenie. Wtem poczuła, że jest obejmowana ramieniem. Longbottom się doń przysunął i zaoferował wsparcie. W jego niebieskich oczach błyszczała troska.

– Nie możesz dłużej tego ciągnąć, Hermiono – stwierdził. – Nie możesz pozwolić, żeby nadal cię tak traktował.

Wzięła głęboki oddech.

– Święta racja – dodał Amarys, patrząc nań łagodnym wzrokiem. Chwilę później uśmiechnął się uspokajająco. – Bez względu na to, co Riddle mówi, nie ma żadnego prawa cię krzywdzić.

Zamknęła na moment oczy, pragnąc zapanować nad buzującymi emocjami. Mieli całkowitą rację, a jednak... po prostu nie wiedziała, co zrobić. Cholernie lubiła Toma i był dlań szalenie ważny. Co więcej, odwzajemniał to uczuciem, bowiem w szarych oczach zawsze widziała zmartwienie, troskę i potrzebę opiekuńczości. Gdy wracała myślami do wczorajszej kłótni, oczami wyobraźni widziała wyłącznie tę czerwoność i nienawiść. W nieużywanej klasie, kiedy byli na osobności i poniosły ich nerwy, był naprawdę daleki od chłopaka, w którym się zakochała.

Nie!

Z boleśnie bijącym sercem uniosła powieki. Czuła się chora. Ponownie zerknęła na Lupina, który wciąż nań patrzył. Wtem Longbottom wzmocnił uścisk.

– Wiem, że go lubisz, Hermiono. – Amarys naprawdę sprawiał wrażenie wyrozumiałego. – Nie możesz pozwalać mu sobą pomiatać, zwłaszcza w ten sposób.

Zamrugała, zdezorientowana. Czego od niej chciał? Żeby zerwała z Tomem? To niemożliwe, przecież go potrzebowała.

Niemniej jednak...

Zbyt dobrze znała te szkarłatne oczy. W przeszłości prześladowały ją na każdym kroku i czyniły życie piekłem, sprawiały, że drżała ze strachu i obawiała się najgorszego. Straciła wszystko na rzecz tego nieskończonego gniewu, a ponieważ potem, gdy nie miała na czym się oprzeć, zaczęła być nawiedzana nawet w snach.

– Jasna cholera! – krzyknął nagle Mark, gdyż nijak zareagowała. – Powinienem przekląć dupka!

Natychmiast poderwała głowę.

– Wykluczone!

Longbottom pokręcił w niedowierzaniu głową.

– Mieliśmy umowę, Hermiono. Wcześniej ci wyraźnie powiedzieliśmy, że nie będziemy stali z boku i patrzyli, jak jesteś w tajemnicy maltretowana.

– To sprawa między mną a moim chłopakiem – zaoponowała ze smutkiem w głosie. Nie chciała, żeby przyjaciele ucierpieli w bezpośrednim starciu, bo wiedziała, do czego zdolny jest Tom, zwłaszcza doprowadzony do białej gorączki.

– Nie pozwolę, żeby ciągle cię ranił – podsumował ze zdecydowaniem.

– Możemy ci pomóc – dodał Lupin.

– Wiem i was rozumiem, ale pozwólcie mi samej spróbować rozwiązać ten problem. – Nie chciała, żeby przyjaciele się w to mieszali. – Wiem, że proszę o naprawdę wiele, ale muszę wziąć sprawy we własne ręce – powiedziała z naciskiem i świadomością, że zmiękczy tym chłopców.

Niestety, była w dużym błędzie, ponieważ grubo się przeliczyła. Mark zacisnął dłoń na jej ramieniu, zaś Richard i Amarys zmarszczyli w zaniepokojeniu brwi.

– Obiecaliśmy trzymać się na dystans pod jednym warunkiem. – Longbottom wciąż był rozgniewany. – Riddle złamał najważniejszy punkt, więc umowa przestała obowiązywać.

– Uderzył cię, Hermiono – dodał Weasley.

Musiała się dobrze zastanowić, jak umiejętnie wybrnąć z tej sytuacji. Zdecydowanie nie zamierzała narażać dobra, a może nawet życia chłopców.

Też byłaś w niebezpieczeństwie, podpowiedział cichy głosik.

– Nijak mi pomożecie, jeżeli przejdziecie do rękoczynów – powiedziała, przyjmując inną taktykę. – Sama rozwiążę problem – dodała, widząc na ich twarzach oburzenie.

– Hermiono... – Longbottom był nieprzekonany.

– Proszę – wyszeptała błagalnie i właśnie dzięki temu osiągnęła swój cel.

Mark spojrzał nań bezradnie. Wyraźnie nie chciał się z nią zgodzić, ale też miał trudności z wyrażeniem stanowczej odmowy. Zanim zdążył się poddać, Amarys odchrząknął, czym zwrócił na siebie uwagę.

– W porządku – powiedział Lupin, aczkolwiek bez cienia uśmiechu. – Żadnej konfrontacji z Riddle'em – tutaj rzucił Markowi ostrzegawcze spojrzenie – ale tylko wtedy, gdy nam coś obiecasz.

Hermiona uniosła brwi.

– Jeżeli nie… rozwiążesz problemu, wreszcie go zostawisz – dodał.

Chociaż nie chciała tak zareagować, prawie wytrzeszczyła oczy. W momencie wpadła w panikę, bo mimo że twierdziła, że sobie poradzi, w rzeczywistości zupełnie nie wiedziała, jak ugryźć tę sprawę i zapobiec katastrofie.

Spoliczkował mnie.

Świadomość tego, co właściwie Tom uczynił, uderzyła w nią z podwójną siłą. W jaki sposób można rozwiązać coś takiego?

Nazwał mnie szlamowatym śmieciem.

Czy istniało zadośćuczynienie…? Czy w pierwszej kolejności chciał odpokutować winy i naprawić błędy…?

Potrząsnęła głową, pragnąc wyrwać się z zadumy i morza niepewności. To oczywiste, że mogliby dojść do porozumienia i wrócić do tego, co między nimi było. Powróciwszy do rzeczywistości, z powrotem spojrzała na Lupina, nadal sprawiającego wrażenie zaniepokojonego. Chłopcy wciąż czekali na jej odpowiedź, więc wzięła głęboki oddech i zebrała się na odwagę.

– Zgoda. Obiecuję.


– Jestem przekonany, że wszyscy odetchniecie z ulgą, słysząc, że pan Bowett odzyskał przytomność i, biorąc pod uwagę okoliczności, wydaje się wystarczająco zdrowy, żeby zostać za niedługo zwolnionym ze skrzydła szpitalnego – podsumował Dumbledore, stając przed klasą.

Gryfonka, która zadała to pytanie, uśmiechnęła się ze szczęścia.

Idiotka.

– Niestety, nie sposób stwierdzić, przez kogo został zaatakowany – dodał nauczyciel i skrzyżował z Tomem wzrok.

Ślizgon się nie zraził i przywdział na twarz beznamiętną maskę. Oczywiście, widział oskarżenie w jasnoniebieskich oczach i miał wielką ochotę wybuchnąć gromkim śmiechem. Musiał się jednak powstrzymać, ponieważ byli podczas zajęć i nie wyszedłby na tym dobrze.

– Czy nie można przejrzeć mu wspomnień i dowiedzieć się, kim są sprawcy? – zapytał inny zatroskany gryfon.

– Nie, panie Burington – odpowiedział ze smutkiem profesor. – Najwyraźniej traumatyczna natura tego okropnego incydentu sprawiła, że pan Bowett stłumił swe wspomnienia.

Tom uniósł kąciki ust, ale zdążył wygładzić minę, zanim Dumbledore nań spojrzał. W rzeczywistości puchon niczego nie tłumił, a po prostu został wcześniej zmuszony do zażycia eliksiru, który dostarczył swoim rycerzom.

– Nie musicie się martwić, gdyż pan Bowett wyzdrowieje i wkrótce ponownie zacznie uczęszczać na lekcje – podsumował nauczyciel, chcąc uspokoić zatroskanych uczniów.

Szkoda.

– W porządku, wróćmy do tematu zajęć. Ostatnio rozmawialiśmy o zaklęciu Carcer, za pomocą którego można tymczasowo zamknąć magię w przedmiocie. Kto może mi przypomnieć inkantację?

Tom się wyłączył. Nie miał najmniejszego zamiaru uczestniczyć w tych bezsensownych, bezwartościowych lekcjach. Odchylił się na krześle i, zanim się zorientował, skupił się na siedzącej przed nim dziewczynie. Jego myśli wciąż krążyły wokół incydentu z poprzedniego wieczora. Nadal nie mógł uwierzyć w kłamstwa, które przez przypadek zdemaskował. Ponownie zawładnęła nim płonąca wściekłość i z trudem powstrzymał swoją magię przed gwałtownym trzaskaniem w powietrzu. Nie mógł zaryzykować utraty kontroli, zwłaszcza przy podejrzliwym Dumbledorze, dlatego też wyciszył się siłą woli.

Hermiona opierała głowę na ręce. Zastanawiał się, nad czym właściwie myślała, skoro również wydawała się nie zwracać większej uwagi na wykład nauczyciela. Po kilku chwilach postanowiła zmienić pozycję i zgięła w łokciu drugą rękę. Gdy pochyliła głowę, zobaczył, że skrzywiła się z bólu i doznał olśnienia. Wczoraj uderzył ją właśnie w lewy policzek.

Kiedy ostrożnie potarła obolałe miejsce, poczuł nieprzyjemne ukłucie w żołądku. Z tej odległości bez większych przeszkód mógł zobaczyć siniaka, którego spowodował. W przypływie złości przestał kontrolować swą siłę i nie zdawał sobie sprawy, że wpadnie na szafkę.

Nie powinienem był w ogóle podnieść tej ręki, pomyślał, zszokowany własnym zachowaniem. Paraliż szybko ustąpił, zastąpiony przez dziwaczny chłód, który zdawał się otaczać jego umysł. Myślami wrócił do wczorajszej kłótni i na moment zamigotały mu na czerwono oczy. Jak śmiała go obrazić? Skąd właściwie wiedziała, że zamordował swojego ojca? Co więcej, nigdy się nawet nie zająknął, że facet był mugolem. Współlokatorzy i współdomownicy za bardzo się go obawiali, żeby wspominać przynajmniej słowem o jego korzeniach, czy dziedzictwie, więc z góry odpadali. Mimo to dziewczyna po prostu o wszystkim wiedziała.

Cóż, nie zapomnij także spojrzeć na siebie, gdyż część dziedziczymy po rodzicach, ośmieliła się powiedzieć.

Zacisnął dłonie w pięści i stoczył wewnętrzną batalię, żeby nie wyciągnąć różdżki. Jak mogła w ten sposób przypomnieć mu o odrażającym pochodzeniu? Skurwysyn, którym był jego ojciec, praktycznie zniszczył mu życie. Jak matka mogła zakochać się w zwyczajnym mugolu i całkowicie stracić dlań głowę? Sama świadomość, że w momencie narodzin został skażony brudną, mugolską krwią, była przynajmniej obrzydliwa.

Mógł się poszczycić wspaniałym rodowodem, ponieważ wywodził się z jednej z najstarszych i najszlachetniejszych czarodziejskich rodzin w historii. Mimo to musiał dorastać w niemagicznym sierocińcu i kłaniać się tym zawszonym karaluchom. To naprawdę oburzające. Jeżeli już, to mugole powinni czołgać się przed nim w błocie. Właśnie tam było ich miejsce. Powinni na kolanach dziękować za oszczędzone życia.

Och, jakże nimi gardził. Zrobiło mu się niedobrze na myśl, że był zaledwie czarodziejem półkrwi. Przymknął na moment oczy, bowiem jego magia zapragnęła zaprotestować i dokonać manifestacji. Najgorsze, że nawet nie mógł zaprzeczyć temu oskarżeniu, gdyż było prawdziwe. Jego ojciec był brudnym mugolem.

Cóż, poniekąd rozwiązał ten problem, prawda? Lekko usatysfakcjonowany, uniósł kąciki ust. Zneutralizował to haniebne połączenie, gdy tylko nadarzyła się okazja. Oczyścił się z haniebnego dziedzictwa. Nikt o tym nie wiedział i nie powinien mieć podobnej świadomości. Niemożliwe było powiązanie go z morderstwami, które miały miejsce w Little Hangleton.

Zmrużył oczy, spojrzawszy podejrzliwie na Hermionę. Wciąż podpierała ręką obolały policzek, ale tym razem nie miał żadnych wyrzutów sumienia.

Jak się dowiedziała…?

Z gniewem przypomniał sobie dzień, w którym stoczyli pojedynek na legilimencję. Wtedy naprawdę wydawała się nie do powstrzymania. Z łatwością przebiła się przez tarcze oklumencyjną, którą wzniósł i przez moment był obrzydliwie bezbronny. Jakim cudem tego dokonała?

Automatycznie wrócił myślami do ciemnej różdżki, którą się szczyciła. Zacisnął dłonie w pięści i położył je na stole, zaś na twarz przywdział maskę beznamiętności. Wiedział, że dla wszystkich znajdujących się w tym pomieszczeniu uczniów musiał wyglądać na opanowanego, a może nawet lekko znudzonego przerabianym materiałem, ale w gruncie rzeczy bardzo mu to odpowiadało. Rzeczywistość była zgoła inna, gdyż niczego bardziej nie pragnął, aniżeli chwycić różdżkę i się wyżyć. Właśnie dlatego zdecydował się położyć dłonie na drewnianym blacie. Chciał oprzeć się temu pragnieniu. Lekko zabarwionym wzrokiem wciąż wpatrywał się w siedzącą przed nim dziewczynę.

Czy właśnie w ten sposób zdobyła informacje? Kiedy przypuściła swój atak i spenetrowała mu umysł? Wziął głęboki, uspokajający oddech. Może i była bardziej uzdolniona w magii umysłu, ale przecież wyczułby wszelką ingerencję, prawda? Jakim prawem w ogóle przerastała go talentem? Czy użyła różdżki, żeby osłabić barierę, którą wzniósł? To było jedyne wytłumaczenie, które mógł zaakceptować. Właśnie, w rzeczywistości nie mogła być bardziej uzdolniona, zwłaszcza że była zaledwie...

Zacisnął mocno szczękę i pozwolił, aby zaczerwieniły mu się oczy.

Wciąż nie mógł w to uwierzyć.

Zmarszczył brwi, a leżący przed nim pergamin zaczął lekko dymić. Na samym środku kartki pojawiły się czarne kropki, które po chwili rozprzestrzeniły się na większy obszar. W sczerniałym papierze pojawiły się dziury, niemniej jednak Tom nie oderwał od Hermiony wzroku.

Szlama!

Od samego początku go okłamywała i oszukiwała. Miała swoje sekrety, których pilnie strzegła i poniekąd je akceptował, ale ten przekroczył ludzkie pojęcie. Z miejsca uwierzył, że jest czarownicą czystej krwi, a w rzeczywistości była brudną szlamą, która dzięki jakimś perwersyjnym kaprysom natury omotała go i zdobyła nad nim władzę. To niesprawiedliwe, bowiem była zaledwie bezwartościowym, obrzydliwym stworzeniem.

To przerażające!, podsumował, ponownie nań skupiony.

Nic dziwnego, że musiała uciekać z Francji. Wcześniej rozważał najróżniejsze scenariusze, ale wczoraj zyskał pewność. Grindelwald prowadził wojnę przeciwko mugolom, mugolakom i mieszańcom, więc to oczywiste, że gdy wystarczająco się doń zbliżył, uciekła z podkulonym ogonem, a potem udawała czystokrwistą.

Jak śmiała się podszywać?

Wzdrygnął się z obrzydzenia, kiedy uzmysłowił sobie, że szybko stała mu się bliska. W pewnym momencie zaczął jej nawet ufać. Jakim był głupcem. Spuścił przy niej gardę i się zapomniał, a następnie wyjawił jej wiele cennych informacji, o których nigdy nie powinna wiedzieć. Ile z tego, co mu właściwie powiedziała, było prawdą?

Najprawdopodobniej ani jedno słowo!

Co gorsza, mogła nawet kpić za jego plecami. To wręcz niewyobrażalne, jak szybko wpadł w pułapkę, którą nań zastawiła. Jakim cudem tak chętnie uwierzył we wszystkie kłamstwa, którymi go karmiła? Ta kusząca, pozorna dobroć, którą pokazywała światu, obudziła w nim dawno pogrzebaną nadzieję, że może znalazł kogoś, kto by się o niego prawdziwie zatroszczył, ale to wszystko było podłą iluzją. Wykazał się olbrzymią głupotą, że wcześniej nie przejrzał na oczy. Zdrada dziewczyny ostatecznie zniszczyła tę nadzieję. Teraz gdy na nią patrzył, widział tylko i wyłącznie coś skażonego i bezwartościowego.

Szlama!


Hermiona opuściła ręce na stół. Pocieranie posiniaczonego policzka nie przyniosło żadnego ukojenia. Nie pragnęła niczego innego, jak uciec z klasy, bo i tak nie nadążała za wyjaśnieniami profesora – z daleka od Hogwartu, od lat czterdziestych, w których została uwięziona, od ciekawskich spojrzeń, którymi ją raczono na korytarzach i w sali, ale przede wszystkim od Toma. Chociaż ani razu nie obejrzała się przez ramię, czuła, że się nań gapi. Siedział w ławce za nią, więc to całkiem naturalne, że była skrępowana. Niestety, nie mogła po prostu zapomnieć o swoich problemach.

Myślami wciąż krążyła wokół wczorajszej kłótni. Prawdę powiedziawszy, żałowała obraźliwych argumentów, którymi obrzuciła Toma. Co gorsza, zdradziła również, że wie o nim znacznie więcej, aniżeli z początku twierdziła. Puściły jej nerwy, bo była zszokowana tym, co wygadywał o mugolach i mugolakach. Czemu właściwie była zaskoczona nienawiścią, z która się zderzyła? Powinna oczekiwać czegoś podobnego, bo przecież był…

Zacisnęła palce na piórze, powstrzymując się przed sformułowaniem ostatniej myśli.

To żadna niespodzianka, że nie lubił mugoli, bo dorastał w tym przeklętym sierocińcu, gdzie nie był dobrze traktowany. To oczywiste, że wątpił i pogardzał niemagicznym światem. W gruncie rzeczy nie mogła go winić. Nie zmieniało to jednak faktu, iż wczoraj wręcz kipiał nienawiścią, która przyćmiewała mu wszystko inne.

Chciała o tym zapomnieć. Ta pogarda, dla wszystkiego, co niemagiczne, przyniosła jej dotąd wyłącznie smutek i rozpacz. Zmagała się z tym złem zdecydowanie zbyt długo, żeby ponownie się w nim zanurzyć. Tak miło było, ot dla odmiany, wieść całkiem miłe i poukładane życie, pozbawione prawdziwych trosk i wiszącego nad głową nieustannego zagrożenia. Wiedziała, że wczoraj postąpiła pochopnie i bardzo niesłusznie, gdyż wyjawiła kilka sekretów. Kiedy Tom pokazał jej swoją o wiele ciemniejszą i mroczniejszą część, straszliwie ją zranił, więc zareagowała instynktownie – krzykiem i obrazami.

Spuściła wzrok na swoje dłonie i przygryzła dolną wargę. Nigdy nie powinna była w kluczowym momencie wywlekać na światło dzienne kwestii Toma Riddle'a Seniora. To było nierozważne i zakrawało pod głupotę. Po głębszym zastanowieniu musiała też przyznać, że obrażanie chłopaka nie przyniosło niczego dobrego, ale po prostu straciła nad sobą panowanie i odreagowała incydent z tabliczką. To zaś nie usprawiedliwia jego reakcji, gdyż nie miał najmniejszego prawa podnieść nań ręki. Cała ta kłótnia była niepotrzebna i godna pożałowania. Oboje powiedzieli i zrobili w złości rzeczy, których w normalnych okolicznościach by się powstydzili.

Uniosła wzrok, ale widziała przed sobą tylko pustkę.

Musiała przede wszystkim porozmawiać z Tomem. Oczywiście, zdecydowanie bardziej wolała odroczyć tę konfrontację w czasie, ale przyniosłoby to więcej szkody, aniżeli pożytku. Nie wiedziała, czy będzie w stanie mu wybaczyć te okropności, ale szczera rozmowa wydawała się sensownym rozwiązaniem problemu.

Mimowolnie zerknęła na siedzącego obok Longbottoma. Okazało się, że patrzył wprost na nią, znów zmartwiony i zaniepokojony. Hermiona poczuła się winna, że kłopocze przyjaciół i zawraca im głowy. Już niedługo, postanowiła. Wkrótce zażegna problem i wszystko wróci do normy. Zdeterminowana, usiadła wygodniej na krześle. Teraz gdy podjęła decyzję, jakoś poczuła się lepiej. Musiała tylko wytłumaczyć chłopakowi, dlaczego była tak zdenerwowana. Wiedział już, że jest mugolskiego pochodzenia, więc powinien zrozumieć, czemu w ten sposób zareagowała.

– Na następną lekcję przeczytajcie, proszę, strony od 134 do 165 w podręczniku oraz napiszcie dwustronicowy esej o zaletach i wadach różnych metod przekazywania magii – poprosił na zakończenie lekcji Dumbledore.

Ucieszyła się, że zajęcia wreszcie dobiegły końca. Pospiesznie spakowała swoje przybory do torby, a następnie odwróciła się, żeby zacząć rozmowę, ale okazało się, że ślizgon był szybszy. Właśnie wychodził z klasy, więc za nim pobiegła. Gdy przekroczyła próg sali, zobaczyła go stojącego w towarzystwie Lestrange'a.

Z wahaniem doń podeszła. Primus prychnął pod nosem, kiedy się zbliżyła, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł w swoją stronę. Tom z kolei zaczął roztaczać wokół siebie lodowatą, odstraszającą aurę, ale znała go lepiej i nie dała się zniechęcić. Nieśmiało nań spojrzała i przygryzła z nerwów wargę.

– Ja… – urwała, gdyż nie mogła się powstrzymać od jąkania. Odetchnęła głęboko i, odrzuciwszy wahanie, położyła mu dłoń na ramieniu. – Musimy porozmawiać – stwierdziła w końcu miękkim i jednocześnie roztrzęsionym głosem, unikając patrzenia mu w oczy.

Gdy nie odpowiedział, zaryzykowała zerknięcie na niego. Wpatrywał się w jej rękę, aby po chwili skrzyżować z nią spojrzenie. Wytrzeszczyła oczy i zesztywniała, kiedy dostrzegła pogardę i najprawdziwsze obrzydzenie.

Natychmiast go puściła i poczuła, że zaraz się rozpłacze. Nie mogąc znieść odrazy i wrogości, spuściła głowę.

– Przepraszam – wyszeptała.

Odwróciła się i praktycznie uciekła. Gdy biegła korytarzem, straszliwie się trzęsła. W głowie wciąż miała te jasnoszare oczy, które patrzyły nań, jakby rzeczywiście była plugawym stworzeniem, niegodnym przebywania w obecności ludzi. Serce mimowolnie zabiło jej boleśniej. Minęła trzy napotkane drzwi, a potem otworzyła czwarte i wpadła do pomieszczenia, tak się składa toalety dla dziewcząt. Omiotła wzrokiem wykafelkowaną podłogę oraz rząd stojących pod ścianą kabin. Zrobiło jej się niedobrze, gdy zatrzymała się na jednej. W momencie poczuła się dziwnie odrętwiała. Na chwiejnych nogach podeszła do najbliższej umywalki i przez kilka minut po prostu stała oraz patrzyła się nań beznamiętnie. Wciąż była prześladowana przez obrzydzenie, które szpeciło jego przystojną twarz. Nigdy się nie spodziewała, że zostanie znienawidzona i pogardzona.

To nie pierwszy raz, pomyślała.

Zrobiła krok w stronę zlewu i pochyliła się trochę do przodu, żeby mieć lepszą widoczność. Na kranie wygrawerowano maleńkiego węża, łatwego do przeoczenia i bardzo niepozornego. Gdyby go nie szukała, z pewnością by go zignorowała. Oczywiście, nie zniknął pod wpływem spojrzenia. Właśnie pod tą z pozoru normalną fasadą kryła się jedna z najgorszych tajemnic szkoły.

Wyciągnęła drżącą dłoń w kierunku kranu i przejechała palcem po gadzie. Już raz to zrobiła, kiedy poprosiła Harry'ego, żeby pokazał jej wejście do Komnaty Tajemnic.

Zacisnęła usta w wąską linię.

Powinna była wiedzieć lepiej.

– Co tutaj robisz?

Usłyszawszy dziewczęcy głos, natychmiast się odwróciła i pstryknięciem palców przywołała do siebie różdżkę. Nie przeszła do ataku, bo zobaczyła półprzeźroczystą postać, unoszącą się w powietrzu. Wyglądała na nieszczęśliwą.

– Cześć, Marto – wyszeptała bez większych emocji.

– Och, znasz moje imię. – Krukonka zmarszczyła brwi i się skrzywiła. – To bardzo ekscytujące, że ktoś mnie kojarzy – dodała z sarkazmem.

Hermiona zignorowała oskarżenie, nadal patrząc nań beznamiętnie. Chwilę później zerwała kontakt wzrokowy i rozejrzała się po łazience. To żałosne, prawda?, podsumowała.

– Tutaj umarłaś?

– Na to wygląda. – Duch wzruszył ramionami. – Naprawdę myślisz, że kogoś to obchodzi? Nie, oczywiście, że nie! Nikt nie tęskni za biedną, nic nieznaczącą Martą! Nie, kiedy mają wspaniałą, szalenie popularną Olivię Hornby!

DeCerto po raz kolejny omiotła wzrokiem umywalki. Zadrżała, kiedy zatrzymała się na tym konkretnym zlewie i mimowolnie zacisnęła dłoń na różdżce. Chciała stąd uciec.

Westchnęła pod nosem i znów skupiła się na Marcie, która wciąż narzekała na znienawidzoną przed siebie współdomowniczkę.

– Przykro mi, że musiałaś umrzeć.

Krukonka przerwała swą tyradę i spojrzała nań ze zdziwieniem, ale Hermione nie pozostała tam dłużej, aby zobaczyć lub usłyszeć znacznie więcej. Mocno się skupiła i obróciła w miejscu, wylądowawszy wiele mil dalej. Natychmiast została omieciona zimnym wiatrem, który również wypełnił jej nozdrza. Z przyjemnością wzięła głęboki oddech. Stała na klifie. Kamień był wypłukany i chropowaty od słonej wody. Wzburzone fale raz za razem mocno uderzały o urwisko i niebezpiecznie zbliżały się do miejsca, w którym się zmaterializowała.

Stała w pewnej odległości od brzegu. W normalnych okolicznościach można było dotrzeć tutaj przy pomocy łodzi, ale dziś Morze Północne dawało popalić. Zapatrzyła się w szalejącą taflę. Na horyzoncie zamglone niebo stykało się z linią wody, tak że pozostawały nierozróżnialne. Mewy latały w powietrzu, walcząc z siłą wiatru. Gdy fale uderzały o klif, Hermiona była opryskiwana pojedynczymi słonymi kropelkami.

Wciąż miała wyciągniętą różdżkę, aczkolwiek czuła przemożną potrzebę wyrzucenia jej do morza. Zamiast podążyć za instynktem, przykucnęła na chłodnym kamieniu i spróbowała zebrać myśli.

Zamknęła oczy i oparła głowę na kolanach, podczas gdy szalejąca woda zagłuszała wszystko wokół. W żołądku zacisnął jej się nerwowy supeł. Chociaż chciała, nie potrafiła się go pozbyć lub przynajmniej zignorować. Wstrząsnął nią nieprzyjemny dreszcz.

Czemu tak nań spojrzał…?

Zacisnęła dłoń na uchwycie różdżki.

Jak w ogóle mógł…?

Niejednokrotnie spotykała się z podobnym podejściem. W czasach, w których się urodziła i wychowała, wielu ludzi patrzyło na nią przez pryzmat nieczystego pochodzenia. Mroczni czarodzieje próbowali ją zabić, gdyż miała mugolskich rodziców. W ich oczach była zaledwie szkodnikiem, którego należało wyeliminować przy pierwszej lepszej okazji. Tylko niektórzy się brzydzili, zaś pozostali życzyli jej jak najgorzej.

Tom był inny.

Od wczoraj nijak się przecież zmieniła. Dlaczego nagle zapałał doń taką niechęcią?

Zawsze był łagodny i wspierający. Czuł potrzebę ochrony i zapewnienia jej bezpieczeństwa. To oczywiste, że naprawdę mu się podobała.

Cholernie go potrzebowała.

Mimo że nie byli razem długo, wytworzyła się między nimi szczególna więź.

Tom był daleki od zostania Voldemortem.

Gdy została zalana przez wspomnienia, zacisnęła oczy i wykrzywiła się w bólu. Widziała odziane w czarne płaszcze postacie, które szczerze pragnęły jej śmierci. Niejednokrotnie była przez nich atakowana, ścigana i przeklinana. Na ich twarzach było tyle nienawiści i pogardy. Wszystko przez to, że urodziła się mugolaczką. Nagle wśród całego zamętu zobaczyła krwistoczerwone oczy, przepełnione obrzydzeniem, bez cienia współczucia czy sympatii obserwujące jej cierpienie.

Nie!

Uniosła powieki i ponownie spojrzała na wzburzone morze. Fale nadal wściekle uderzały o klif.

Tom nie jest Voldemortem!

Wstała, zignorowawszy drżące dłonie i zawroty głowy.

Uciekła od ciemności, prawda? To przeszłość. Ludzie nią otwarcie gardzili, atakowali na praktycznie każdym kroku i próbowali odebrać jej życie. Walczyła ze wszystkich sił, próbując powstrzymać tę trawiącą nienawiść. Tamten świat był brutalny, straszny i właściwie nie do zniesienia. Gdy przeniosła się w lata czterdzieste, rozpoczęła zupełnie nowe życie. Tu była bezpieczna i nie musiała nieustannie toczyć wojny. Chciała zapewnić sobie bezpieczeństwo, odegnać samotność i odpędzić ciemność.

Zdeterminowana, zaczęła spacerować w kółko. Niewielka powierzchnia klifu była szorstka i chropowata, co utrudniało stawianie pewnych kroków. Słone krople nadal odpryskiwały w powietrze.

Nie mogła ponownie zmierzyć się z mrokiem, gdyż nie była nań przygotowana. Czy nie zrobiła już wystarczająco dużo? Zasługiwała przecież na szczęście i odcięcie się od przeszłości.

Tomem zawładnęły emocje. Wciąż był zły, gdy do niego podeszłam po transmutacji, próbowała zracjonalizować zaistniałą sytuację. Gdy się uspokoi i pójdzie po rozum do głowy, może nawet przeprosi za swoje zachowanie. Mimowolnie uniosła dłoń i przesunęła chłodnymi palcami po sprezentowanym siniaku. Zrozumie, że popełnił błąd i wszystko naprawi.

Oczywiście, przyjęłaby te przeprosiny, bo cholernie go potrzebowała. Nie mogła ponownie zanurzyć się w przeszłości. Nie chciała znów stawać do walki. Odpędzał ciemność, więc pragnęła znaleźć ukojenie, a nie rozdrapywać dawnych ran.

Nie zniesie nawrotu nienawiści i pogardy.

Zwłaszcza gdy w grę wchodził Tom Riddle.

Wtem los przestał jej sprzyjać, ponieważ nieuważnie postawiła stopę i się poślizgnęła. Prawie spadła z urwiska, ale w ostatniej chwili złapała równowagę. Przy upadku na szorstką, chropowatą powierzchnię obiła sobie kolana, które teraz zaczęły krwawić. Serce mocniej jej zabiło, kiedy z przerażeniem spojrzała na rozszalałe morze, gotowe do przyjęcia ofiary.

– Tom nie jest Voldemortem! – krzyknęła z rozpaczą, aczkolwiek to zdanie natychmiast zagubiło się w wodnych odmętach.


Hermiona nie wiedziała, jak długo siedziała na klifie, zapatrzona we wzburzone morze. Ubranie miała mokre od tryskającej wody i w gruncie rzeczy powinno jej być zimno, ale zupełnie nie zwracała na to uwagi.

Wkrótce słońce zniknęło i wszystko zatopiło się w ciemności. Dopiero wtedy wstała i po raz ostatni omiotła spojrzeniem pieniące się fale. Chwilę później wyciągnęła różdżkę i zmaterializowała się na skraju Zakazanego Lasu. Nie zwracając uwagi na otoczenie, ruszyła w stronę zamku. Gdy weszła do środka, została przywitana przez opustoszałe korytarze. Najwyraźniej przeoczyła porę kolacji i uczniowie zgromadzili się już w pokojach wspólnych. Jak w transie, automatycznie pomaszerowała w kierunku portretu. Gdy dotarła do ruchomych schodów, usłyszała oburzony głos.

– Panno DeCerto!

Oczywiście, wiedziała, z kim ma do czynienia, ale jakoś miała to gdzieś. Zazwyczaj reagowała natychmiastową irytacją, ale tym razem nie zdobyła się nawet na minimalne rozdrażnienie. Jedyne, co czuła, to przemożne zmęczenie, które działało niczym znieczulacz.

– Nie słyszała mnie pani?

Powoli się odwróciła. Tak jak się spodziewała, zobaczyła Legifer stojącą na korytarzu kilka metrów za nią. Wyglądała równie schludnie, co zawsze i emanowała aurą wyższości, gdyż patrzyła nań ze zmarszczonymi brwiami. Co dziwne, w środku czuła wyłącznie pustkę, więc nawet nie rzuciła jej tradycyjnego wyzywającego spojrzenia. Kiedy nijak zareagowała, nauczycielka bardziej się rozzłościła. Zdegustowana, szybkim krokiem doń podeszła, a potem przystanęła.

– Z wielką przyjemnością się dowiem, co panią zatrzymało przed dzisiejszym uczestnictwem w zajęciach – powiedziała, założywszy dłonie na biodra.

Hermiona wciąż była spokojna.

– Nie czułam się najlepiej… – odparła po dłuższej chwili milczenia.

– Uczennice powinny być obowiązkowe. Nie aprobuję nieobecności na moich lekcjach. – Legifer nie wydawała się udobruchana.

– Przepraszam.

Nauczycielka zmarszczyła brwi.

– Złe samopoczucie nie usprawiedliwia pani nieznośnego zachowania – stwierdziła ze zmrużonymi podejrzliwie oczami. – Zapraszam za mną – dodała, gdy nie otrzymała żadnej odpowiedzi i bez słowa wyjaśnienia się odwróciła.

– Dokąd? – Nie chciała robić profesorce na złość, ale po prostu pragnęła być teraz sama. Wciąż nurzała się w tym bolesnym odrętwieniu.

– Ma pani szlaban do odrobienia.

Usłyszawszy wytłumaczenie, doznała olśnienia. Rzeczywiście, dziś był piątek. Od przerwy świątecznej musiała stawiać się co piątek w gabinecie i…

Święta.

Wzdrygnęła się, wróciwszy wspomnieniami do incydentów mających miejsce podczas grudnia. To właśnie wtedy zobaczyła w Tomie kogoś więcej, aniżeli…

Z wysiłkiem się otrząsnęła i pospieszyła za Legifer. Szły w milczeniu. Mimochodem zastanowiła się, czy może najlepiej byłoby poprosić nauczycielką o odroczenie szlabanu. Nie czuła się na siłach, aby stawiać czoła popieprzonym książkom. Towarzystwo było też ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała. Ostatecznie postanowiła odrobić karę, gdyż w głębi duszy wiedziała, że otrzyma chłodną odmowę.

Gdy dotarli na miejsce, Legifer otworzyła drzwi do swojego gabinetu i razem weszły do środka. Pani profesor zupełnie zignorowała obecność uczennicy i podeszła do swojego biurka, żeby popracować nad wcześniej przygotowanym stosem wypracowań. W normalnych okolicznościach to niegrzeczne zachowanie rozwścieczyłoby Hermionę do żywego, ale tym razem ucieszyła się nieoczekiwaniem rozmowy. Bez słowa podeszła bliżej i usiadła na zwyczajowym miejscu, a następnie sięgnęła po tomiszcze, którego szczerze nienawidziła. Otworzyła księgę i w milczeniu odszukała rozdział, na którym ostatnio skończyła lekturę. Kiedy zaczęła błądzić wzrokiem po słowach, nie poddała się oburzeniu. W innym przypadku zmarszczyłaby przynajmniej brwi, mając do czynienia z seksistowskim tekstem i w duszy wołałaby o równouprawnienie płci, ale dziś była to na zupełnie obojętna. Z apatią kontynuowała czytanie, od czasu do czasu mechanicznie coś zapisując, aby nadać swojemu streszczeniu w miarę przyzwoitą formę.

Mniej więcej godzinę później Legifer wreszcie zabrała głos. Podniosła wzrok znad eseju, który właśnie sprawdzała i omiotła dziewczynę chłodnym wzrokiem.

– Który to rozdział?

– Czterdziesty dziewiąty – odpowiedziała zgodnie z prawdą, całkowicie opanowana. Gdzieś w środku poczuła się zaniepokojona okazywanym brakiem emocji.

– Z racji tego, iż nie czuje się pani najlepiej, nie będę wymagała dziś za wiele. Proszę przejść do pięćdziesiątego pierwszego rozdziału. – Uśmiechnęła się chłodno nauczycielka. Brzmiała zdecydowanie zbyt przyjaźnie.

Hermiona zmarszczyła w zakłopotaniu brwi, nieprzyzwyczajona do podobnych aktów dobroci. Z pewnością jest to podstęp, ale że właściwie nie miała innego wyboru, po prostu skinęła głową i przewróciła kilkanaście stron.

– Rozdział pięćdziesiąty pierwszy – przeczytała, a potem coś lodowatego osiadło jej na żołądku, gdy przeskanowała wzrokiem następne zdanie. No tak, mogła się spodziewać okrucieństwa. – Nawet zastosowanie się do wszystkich rad zawartych w tym poradniku nie gwarantuje brak niepowodzeń w małżeństwie. W rzeczywistości uniknięcie wszelkich sprzeczek jest wysoce nieprawdopodobne. Obowiązkiem żony jest rozwiązywanie problemów w domowym zaciszu. Zanim błaha sprawa przerodzi się w poważną, małżonka powinna porozmawiać z mężem i przyznać się do popełnionych błędów. Nawet jeżeli na pierwszy rzut oka winny wydaje się mężczyzna, to w gestii kobiety leży przeproszenie i naprawienie nadszarpniętej relacji.

Przestała czytać i zagapiła się w tekst. Coś zaczęło się przebijać przed odrętwienie, w którym utknęła, ale wolała nie identyfikować tego uczucia. Uniosła wzrok znad księgi i spojrzała z chłodem na Legifer, która w międzyczasie wróciła do sprawdzania wypracowań. Chociaż była pochylona nad pergaminem i dokonywała bezsensownych poprawek, uśmiechała się kącikami ust z czystą złośliwością. To raczej oczywiste, że domyśliła się powodu osowiałości uczennicy i postanowiła wykorzystać swą nauczycielską przewagę, aby jeszcze bardziej ją pognębić. Hermiona zamknęła oczy i wzięła głęboki, uspokajający oddech. Uspokoiwszy nerwy, wróciła do przerwanej lektury.

Rozdział traktował o poradach dotyczących rozwiązywania sporów małżeńskich i sprowadzało kłótnie głównie do winy lub nieporozumienia ze strony żony. W pewnym momencie przyłapała się na myśleniu, iż chciałaby, żeby poradnik przynajmniej pod tym względem okazał się życiowy. Świat przedstawiony w lekturze był taki prosty i nieskomplikowany, a wszystko podzielone na czarne i białe.

Niestety, prawdziwe życie było zgoła inne, pełne odcieni szarości. Gdyby tom odwzorowywał rzeczywistość, to znacznie ułatwiłoby jej życie, przynajmniej w tej chwili.

Godzinę później Legifer znów zabrała głos. Ze złośliwym uśmieszkiem przyklejonym do ust oświadczyła, że szlaban dobiegł końca i na dziś jest zwolniona. Hermiona tylko skinęła głową, zamknęła książkę i odłożyła ją na biurko. Następnie zwinęła pergamin z notatkami, włożyła go do torby, po czym wstała, żeby wreszcie wyjść z gabinetu. Zanim zdążyła się odwrócić, została zatrzymana.

– Mam nadzieję, że dzisiejszy szlaban wiele panią nauczył.

Hermiona zaniemówiła, nie wiedząc, co najlepiej odpowiedzieć. Wciąż była trzymana w ryzach przez to dziwaczne odrętwienie.

– Oczywiście, pani profesor – odpowiedziała beznamiętnie.

– Jak dobrze zrozumiałam, w pani związku pojawiła się niezgoda – zagaiła nauczycielka. – Wcześniej radziłam panu Riddle'owi kierowanie się głosem rozsądku, ale to nie oznacza, że nie mogę udzielić rady również pani – kontynuowała, ale kiedy nie otrzymała żadnej odpowiedzi, dodała ze skrzywieniem: – Niezależnie od powodu tego sporu, proszę nie zapominać, że ma pani niesamowite szczęście, że wzbudziła zainteresowanie pana Riddle'a. – Jej oczy wyrażały wyłącznie dezaprobatę, zwłaszcza że spoczęły na wymiętym i miejscami mokrawym mundurku uczennicy. Tam, gdzie kropnęła woda morska, pozostawiła po sobie białawy ślad. – Szczerze proponuję przemyślenie sprawy, porzucenie bezsensownej dumy i buty oraz odszukanie pana Riddle'a i przeproszenie go za wszelkie niedogodności.

Hermiona wreszcie zareagowała. Wzięła głęboki oddech, aby uspokoić skołatane nerwy, a potem ze świstem wypuściła powietrze z płuc.

– Co w przypadku, gdy to on zawinił?

– Wątpię, aczkolwiek jeżeli to prawda, i tak sugeruję wystosować odpowiednie przeprosiny. – Nauczycielka potrząsnęła w niedowierzaniu głową. – Rozumiem, że nie chce pani zostać sama.

Nie, podsumowała i dopiero wtedy zrozumiała, że naprawdę chce, aby ten związek przetrwał. Cholernie go potrzebowała, ale co, jeśli to nie działało we dwie strony? Gdyby mu zależało, nie zostawiłby jej tylko i wyłącznie dlatego, że jest mugolaczką. Ledwo zdążyła sformułować tę myśl, a w głowie zobaczyła jasnoszare oczy pełne najprawdziwszego obrzydzenia. Z trudem przełknęła ślinę. Nareszcie zidentyfikowała tę emocję, z którą wcześniej miała problem.

Zwyczajnie się bała, że jej związek nie przetrwa próby.

Była przerażona, że znów spotka Voldemorta.

Tom nie jest Voldemortem!, syknęła do siebie ze złością. Nie było wszak żadnych powodów do rozpaczy – przecież dobrze go znała i nigdy jej nie skrzywdził.

Wczoraj cię spoliczkował, podpowiedział cichy głos rozsądku.

– Uważam, że powinna być pani wdzięczna za wyrozumiałość partnera. Jak dotąd znosił naprawdę wiele niedociągnięć – dodała chłodnym głosem Legifer. – To tylko kwestia czasu, zanim wyłapie coś, czego nie będzie mógł w pani zaakceptować. Jeżeli chce pani kontynuować tę relację, radzę się ukorzyć, przeprosić i popracować nad zmianą tej rzeczy, która stanowi źródło konfliktu.

Hermiona zacisnęła dłonie w pięści. Cóż, to niewykonalne. Urodziła się mugolaczką i mugolaczką pozostanie. Właściwie to nawet gdyby zyskała taką możliwość, nie zmieniłaby swojego pochodzenia. Problem leży po drugiej stronie. Czy Tom to zaakceptuje?

– Tak, pani profesor – odpowiedziała wypranym z emocji głosem.

Legifer uniosła z powątpiewaniem brew, wyraźnie nie wierząc w usłyszane zapewnienie. Potrząsnęła głową i bez słowa wróciła do dalszego sprawdzania wypracowań. Dziewczyna uznała, że to znak, że powinna opuścić gabinet, więc odwróciła się do drzwi i wyszła na korytarz. Gdy zamknęła za sobą wrota, westchnęła pod nosem. Hol był pogrążony w półmroku. W jakiś niewyjaśniony sposób ta cisza była kojąca, zwłaszcza w porównaniu do napięcia, które panowało w biurze nauczycielki. Cieszyła się, że ten przeklęty szlaban dobiegł końca, niemniej jednak nie mogła znaleźć w sobie siły, żeby dłużej się nim denerwować. Tym razem nie wrzała ze złości, gdyż to odrętwienie całkowicie nią zawładnęło.

Zamknęła oczy, próbując zwalczyć tę pustkę. Kiedy uniosła powieki, pstryknęła palcami i przywołała do siebie różdżkę. Gładkie drewno działało nań uspokajająco i dawało poczucie bezpieczeństwa. Spojrzała na swój oręż. Wiązała z nim całą masę wspomnień. Wiele z nich było złych, ale w gruncie rzeczy czuła się z nim naprawdę komfortowo. Używała tej różdżki podczas wojny, kiedy walczyła u boku przyjaciół. Harry i Ron nigdy się nie poddali, bez względu na przeciwności losu i rzucone im pod nogi kłody. Oni również zawsze służyli jej wsparciem.

Zesztywniała, gdy pomyślała o utraconych najbliższych. W ostatnim czasie rzadko wracała do tych wspomnień, prawda? Kiedy obrazy zalały jej umysł, w momencie poczuła mdłości i zawroty głowy. Ostatecznie skupiła się na ostatniej wspólnej potyczce, właśnie w Ministerstwie Magii, gdzie obecny był również Lord Voldemort.

Wzmocniła uścisk na różdżce.

Cholernie się wtedy bała. Nawet teraz kiedy myślała o tamtych wydarzeniach, nadal czuła przemożny strach. Voldemort emanował taką nienawiścią i złośliwością, że te emocje niemal odbierały zmysły. Był najpotworniejszym człowiekiem, z jakim kiedykolwiek miała do czynienia. Był szalenie okrutny, bezlitosny i nie do powstrzymania.

Gwałtownie odetchnęła i wyrwała się ze szponów wspomnień. Myślenie o przeszłości sprawiało, że czuła się słaba, przerażona i bezbronna. Aby wrócić do rzeczywistości, schowała różdżkę do kabury i ruszyła ciemnym korytarzem w kierunku pokoju wspólnego Gryffindoru.

Wciąż była nękana tymi karmazynowi oczami. Choć zostawiły jej ślad na psychice, miała wielką nadzieję, że nigdy więcej ich nie zobaczy. Voldemort stał się dlań przeszłością i nie była gotowa, aby ponownie stawić mu czoła.

Gdy skręciła za róg i weszła do następnego korytarza, mimowolnie przyłożyła dłoń do opuchniętego policzka. Ból nadal przypominał jej, że Tom podniósł nań rękę. W momencie przypomniała sobie również to obrzydzenie, którym została potraktowana po lekcji transmutacji.

To nie mogła być prawda. Oczywiście, była mugolaczką, ale to przecież niczego nie zmieniało. Tom zapewne już ochłonął i zdał sobie z tego sprawę.

Muszę ponownie z nim porozmawiać, podsumowała, zignorowawszy kiełkujące we wnętrzu zwątpienie.

Może powinna dać mu trochę więcej czasu na zebranie myśli. Musiała zyskać pewność, że tym razem naprawdę zostanie wysłuchana, bo gdy przychodziło do rozwiązywania problemów, potrafił być cholernie uparty i milczący. Chciała, aby rozwiał jej wątpliwości, gdyż potrzebowała słownego potwierdzenia stałości uczuć. Wciąż była bezpieczna.

Zdeterminowana, odwróciła się i pomaszerowała w kierunku, z którego przyszła. Wiedziała, że w tym tygodniu pełnił dyżur, a więc najprawdopodobniej patrolował korytarze, aby przyłapać i ukarać nieposłusznych uczniów. Tak się jednak szczęśliwie złożyło, że szlaban u Legifer sprawił, że wyszła z gabinetu od nauczycielki po ciszy nocnej.

Skierowała się na pierwsze piętro, gdyż właśnie stamtąd Tom zawsze zaczynał swój obchód. Gdy dotarła na miejsce, skręciła w lewo i weszła w korytarz, gdzie mieściły się sale lekcyjne. Po kilku minutach błądzenia minęła klasę starożytnych run, a następnie ponownie skręciła w lewo. Jedną ścianę zdobiły gobeliny, zaś drugą rząd olbrzymich okien. Kolorowe szyby przywodziły na myśl kościelne witraże. Na niebie świecił księżyc, przez co wpadające do zamku światło wyglądało po prostu niesamowicie.

Jej kroki odbijały się echem od opustoszałego korytarza i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że nie jest jedyną spacerowiczką. Na moment się zatrzymała i wytężyła słuch, żeby nabrać pewności. Odetchnęła z ulgą i zignorowała supeł w żołądku. Nieoczekiwanie zobaczyła w głowie nienawistne czerwone oczy i zastanowiła się, czy to aby na pewno dobry pomysł, żeby teraz szukać rozwiązania problemu. Niestety, nie miała za dużo czasu na rozwianie wątpliwości, ponieważ okazało, że kroki dochodzą z naprzeciwka. Chwilę później osoba, której poszukiwała, znalazła się w zasięgu jej wzroku. Co ciekawe, w jakiś sposób była zaskoczona tym, że naprawdę nań wpadła. Nie wiedziała, czy powinna poczuć ulgę, czy też zacząć się obawiać jego reakcji.

Tom nijak zareagował. Oczywiście, zobaczył, że stoi mu na drodze, ale postanowił to zignorować. Gdy mijał jedno z okien, światło księżyca oświetliło mu twarz. Hermiona aż się wzdrygnęła, dojrzawszy wyłącznie chłód. Kiedy się zbliżył, nadal się nie odezwał, ale za to błądził wzrokiem po jej sylwetce.

Zadrżała pod wpływem bacznej obserwacji. W pewnym momencie zobaczyła również, że wydaje się zdegustowany napotkanym towarzystwem. Ostentacyjnie odwrócił głowę, zdecydowawszy się na ignorowanie, aczkolwiek w jasnoszarych oczach nadal błyszczało obrzydzenie. Odniosła przez to wrażenie, że naprawdę myślał o niej gorzej, a rozmowę uważał za stratę swojego cennego czasu. Mimo to Hermiona postanowiła spróbować.

Gdy wreszcie się minęli, stała jakby sparaliżowana. Kiedy zaczął się oddalać, zadrżała i zacisnęła dłonie w pięści.

– Zaczekaj, proszę!

Nie zignorował jej wołania, rzeczywiście się zatrzymał i niechętnie doń odwrócił. Zobaczywszy przerażający chłód w jego oczach, mimowolnie zrobiła krok wstecz. Na twarzy wciąż miał nieskazitelną, pustą maskę, ale ze smutkiem zarejestrowała, co za nią skrywał. Odetchnęła, próbując się uspokoić.

To wciąż Tom, więc twoje obawy są całkowicie bezpodstawne, powiedziała sobie, widząc tylko wstręt i dezaprobatę.

– Pozwól mi wytłumaczyć. – Z trudem przełknęła ślinę, kiedy nijak zmienił swe nastawienie. Zignorowała obrzydzenie, którym emanował i kontynuowała. – Wiem i rozumiem, że jesteś na mnie zły, bo długo cię okłamywałam. To wszystko z pewnością jest dla ciebie dużym zaskoczeniem, więc przepraszam, że milczałam, ale po prostu nie wiedziałam, jak ugryźć temat… – urwała na moment, gdyż nie zareagował w sposób, który oczekiwała. Zamiast tego, nadal nań patrzył ze zniesmaczeniem. Przygryzła dolną wargę z nadzieją, że jednak zrozumie, czym się dotąd kierowała. – Prawda jest taka, że po prostu bałam się, że nie zostanę tutaj zaakceptowana – podsumowała przestraszonym głosem. – Tam, skąd pochodzę, byłam piętnowana za mugolskie pochodzenie i nie chciałam przechodzić przez to ponownie. Skłamałam, bo pragnęłam lepszego życia. Wybacz, że i tobie powiedziałam nieprawdę.

Chociaż pragnęła się uspokoić, paradoksalnie, zaczęła szybciej oddychać. Na twarzy Toma nie było ani cienia współczucia, wyrzutów sumienia czy też wyrozumiałości, których oczekiwała. Nadal patrzył nań ze śmiertelną wrogą powagą.

Udowodnij mi, że jestem w błędzie. Udowodnij, że daleko ci do Voldemorta, prosiła w myślach.

Wzięła głęboki, uspokajający oddech.

– Owszem, jestem mugolaczką, ale to przecież nic złego. Pochodzenie mnie nie określa, a tym bardziej nie zmienia tego, jaką jestem osobą.

Spojrzała nań uważnie, szukając jakichkolwiek zmian w ekspresji, ale niczego się nie dopatrzyła. Słowa, które dotąd wypowiedziała, spotkały się z obojętnością i pogardą. W momencie zaczęła się obawiać, że tylko się łudziła i rzeczywistość była zgoła inna. Mimo to pragnęła dać mu szansę, żeby udowodnił swoje uczucia.

– Naprawdę przepraszam, że tak długo cię zwodziłam i okłamywałam. Wybacz mi też, ze wczoraj wspomniałam o twoim ojcu. Nie zamierzałam cię obrazić – powiedziała z desperacją w głosie. Nadal nie zareagował, mimo iż widział, że jest zdenerwowana. – Proszę, porozmawiaj ze mną.

Tom zmrużył gniewnie oczy i zrobił groźny krok w jej stronę. Chociaż chciała wierzyć, że jej nie skrzywdzi, automatycznie się cofnęła. Wtem otworzyła szerzej oczy, usłyszawszy desperackie wołanie swojego instynktu i głosu rozsądku. W momencie poczuła potrzebę przywołania do siebie różdżki i przygotowania się do obrony. Czemu właściwie miałaby przechodzić do defensywy, skoro tylko spotkała się ze swoim chłopakiem? Zanim się zorientowała, przystanął dosłownie przed nią. W powietrzu czuć było gniewną magię.

– Nie mamy o czym rozmawiać – podsumował z przeszywającym chłodem.

Hermiona zacisnęła dłonie w pięści, aby opanować drżenie. Gdy wreszcie zebrała się na odwagę, wyprostowała plecy i rzuciła mu stanowcze, nieznoszące sprzeciwu spojrzenie.

– Wręcz przeciwnie. Jest cholernie dużo rzeczy, o których musimy porozmawiać – stwierdziła z naciskiem, który nijak odzwierciedlał jej wewnętrzne zmieszanie. – Nie masz najmniejszego prawa traktować mnie w ten sposób.

Zamarła w bezruchu, wyczuwając gwałtowną zamianę w zawieszonej w powietrzu magii. Usłyszawszy ostatnie zdanie, Tom całkowicie zmienił swą postawę – stał teraz na korytarzu z morderczym wyrazem twarzy.

Wszystko było dlań aż nazbyt znajome, począwszy od rozszalałej magii, przez wykrzywioną we wściekłości buzię, aż po bezlitosny błysk w czerwonych oczach. Świat Hermiony w momencie się zawalił, a ona sama została z powrotem wrzucona w swój czas. Zamiast Toma Riddle'a, widziała tylko i wyłącznie Lorda Voldemorta.

Czuła się niczym jeleń, bezradnie patrzący na światła nadjeżdżającego samochodu, niemający szans na ucieczkę spod kół. Była wciąż sparaliżowana ze strachu, kiedy chłopak zrobił krok naprzód, chwycił ją boleśnie za ramiona i brutalnie przygwoździł do ściany. Jęknęła, gdy otarła sobie plecy i spojrzała nań ze strachem.

To magia Voldemorta. Utrudniała oddychanie, wdzierała się do umysłu i rozdzierała go siłą. Niewyobrażalne.

Hermiona zaniemówiła z powodu tej wszechogarniającej nienawiści, skrytej za z pozoru beznamiętnym obliczem Toma. Była dokładnie taka sama, jak w przyszłości – obrzydliwa i niszczycielska. To ona sprowadziła nań samotność i sprawiła, że teraz cierpiała.

Instynkt podpowiadał jej wyciągnięcie różdżki, obecnie bezpiecznie schowanej w kaburze. Nie mogła się na to zdobyć, zapatrzona w krwistoczerwone bezdenne oczy. Niemniej jednak wciąż miała do czynienia ze swoim chłopakiem. Tom jej nie skrzywdzi, prawda?

Wcześniej cię uderzył, a teraz zaatakował!, podpowiadał głos rozsądku, ale postanowiła go zignorować. Natychmiast przywołaj różdżkę!

Stojąc pod ścianą, była praktycznie bezbronna. Odmawiała walczyć, ponieważ głęboko wierzyła, że wszystko się ułoży, a nie chciała potem żałować ciśnięcia weń zaklęciem. Po prostu nie mogła ponownie stawić czoła nienawiści Lorda Voldemorta. Spojrzała więc na chłopaka z niemym błaganiem.

Udowodnij, że się mylę!

– Jeżeli wiesz, co jest dla ciebie dobre, to trzymaj się ode mnie z daleka! – wysyczał, uprzednio wzmocniwszy uścisk na jej ramionach. Wytrzeszczyła oczy, w okamgnieniu zrozumiawszy ukrytą za przesłaniem groźbę. – Nie chcesz, żebym się skrzywdził, szlamo – dodał z morderczym wyrazem twarzy.

Jakby dla potwierdzenia, jego magia ruszyła do ataku. Hermiona nie mogła powstrzymać cichego okrzyku, kiedy poczuła, jak wdziera się do środka. Każde słowo, które wypowiedział, zabolało o wiele bardziej aniżeli moc, którą dysponował. Chwilę później puścił jej ramiona i się odsunął. Pozbawiona wsparcia, osunęła się na podłogę, gdyż chwiejne nogi nie stanowiły dlań odpowiedniej podpory. Z trudem łapała oddech, gdy przez moment mierzył ją tym zimnym, bezlitosnym wzrokiem. Potem, jakby usatysfakcjonowany, po prostu odszedł w swoją stronę.

– Zaczekaj, Tom! – zawołała za nim, szczerze zdesperowana.

Z przerażeniem zarejestrowała, że w okamgnieniu wyciągnął różdżkę i weń wycelował. Z wypisanym na twarzy okrucieństwem, smagnął ręką, a siła uderzenia odrzuciła Hermionę na znaczną odległość. Zaklęcie sprawiło, że poturlała się po podłodze, aż wreszcie zderzyła z przeciwległą ścianą korytarza. Gdy wpadła na kamienny blok, jej ramię przeszył okropny ból. W momencie uszło z niej całe powietrze i musiała poleżeć na chłodnej posadzce, żeby wrócić do zmysłów. Chwilę później usłyszała oddalające się kroki, cichnące z minuty na minutę. Ostatecznie na korytarzu zapadła grobowa cisza, przerywana tylko i wyłącznie jej spazmatycznymi oddechami.

Została sama.


Niczym w transie wracała do pokoju wspólnego Gryffindoru. Stawiała ostrożnie kroki, bowiem wciąż była obolała. Jej ramię niewyobrażalnie piekło, ale odmawiała uznania tego bólu. Gdyby to zrobiła, musiałaby również zaakceptować przyczynę swej kontuzji. Zanim wspięła się po schodach, spotkała grupkę trzeciorocznych ślizgonów, którzy również zignorowali ciszę nocną. Gdy się mijali, uśmiechali się szyderczo i wskazywali nań palcami. Szczerze mówiąc, miała to głęboko gdzieś.

– Szlama!

Czemu właściwie miałaby się przejmować ich nienawiścią i pogardą? Wystarczy, że zablokuje miękkie serce i nie zezwoli na zranienie. Jeżeli się odsłoni, będzie musiała też przyznać, że została skrzywdzona przez najbliższą sobie osobę oraz złamana przez te krwistoczerwone oczy.

Weszła do zatłoczonego pokoju wspólnego. Lekcje dawno się skończyły, a że był piątek i uczniowie nie musieli odrabiać pracy domowej, wszyscy się tutaj zgromadzili, aby zagrać z przyjaciółmi, miło spędzić czas, poczytać książki, czy po prostu porozmawiać bez przeszkód. Czymkolwiek się zajmowali, nie chciała w tym uczestniczyć. Od razu skierowała się ku schodom do dormitorium.

– Hermiono! – Usłyszała, więc się zatrzymała i odwróciła. Longbottom właśnie wstał z kanapy i doń podszedł. – Zniknęłaś po transmutacji, więc się martwiliśmy. Wszystko w porządku?

Prawie się skrzywiła, zobaczywszy w niebieskich oczach najprawdziwszą troskę. Gdyby się w niej zanurzyła, musiałaby przyznać, że rzeczywiście została dzisiaj zraniona.

– Yhym, jest dobrze – odpowiedziała ze spokojem, którego zdecydowanie nie czuła.

– Może z nami trochę poleniuchujesz? – zapytał i dłonią wskazał wygodnie rozłożonych na sofie przyjaciół.

– Wybacz, jestem naprawdę zmęczona – stwierdziła bez cienia emocji. – Myślę, że po prostu położę się wcześniej.

– W porządku – odparł, nadal zmartwiony. – Jeżeli zmienisz zdanie, to wiesz, którą kanapę okupujemy – dodał z łagodnym uśmiechem.

Hermiona skinęła głową, odwzajemniwszy pusty gest, a potem wspięła się po schodach. Miała szczerą nadzieję, że dormitorium będzie puste, ale się przeliczyła. Rose i Lucia siedziały na wściekle różowym łóżku i przeglądały bliżej niezidentyfikowany magazyn z najnowszymi trendami w modzie. Gdy weszła do sypialni, natychmiast podniosły głowy i spojrzały nań z zainteresowaniem. Ewidentnie były ciekawe.

– Chcesz do nas dołączyć? – zapytała grzecznie Rose.

W odpowiedzi potrząsnęła głową. Prawdę powiedziawszy, to była ostatnia rzecz, na którą miała ochotę – siedzieć ze współlokatorkami na łóżku, czytać głupie pisemka i rozmawiać o swoim statusie krwi. Właśnie tym się interesowały, prawda? Zignorowawszy obie dziewczęta, podeszła do swojego posłania, wdrapała się na nie i zasłoniła kotary. Położyła się na plecach i zapatrzyła w czerwono-złote kolory.

Nie sposób dłużej zaprzeczać oczywistym faktom. Odkąd Tom spojrzał nań z obrzydzeniem, smutek, żal, ból i gorzka samotność wróciły ze zdwojoną siłą. Ciemność z powrotem wkroczyła w jej życie, a teraz była zupełnie bezbronna i podatna na atak.

Może nie wszystko stracone? Może mogłaby się w jakiś sposób uchronić przed najgorszym? Hermiona przewróciła się na bok i zamknęła oczy. W głowie wciąż miała tę odrazę i pogardę. To one sprawiły, że straciła nadzieję. Musiała się pogodzić z niezaprzeczalnym faktem, iż Tom Riddle przepadł na zawsze, zastąpiony przez Lorda Voldemorta.

Sen nie brał jej we władanie przez naprawdę długi czas, ale kiedy wreszcie nadszedł, szybko zmienił się w koszmar.

Nie, Ginny! – Usłyszała rozpaczliwy krzyk przyjaciela. Odwróciła się i zobaczyła, że dziewczyna upada na podłogę. Harry dopadł doń w okamgnieniu, po drodze powaliwszy mężczyznę, który weń wycelował.

Hermiona natychmiast wyciągnęła różdżkę i rzuciła potężną klątwę na śmierciożercę, z którym obecnie walczyła. Zaskoczony, nie zdołał się obronić i stracił życie. Nie zamierzała się nad nim rozczulać, bowiem miała ważniejsze sprawy na głowie. Załatwiwszy sprawę, pognała w kierunku Harry'ego i Ginny. Dziewczyna miała zamknięte oczy i była śmiertelnie blada, niemniej jednak po rzuceniu podstawowych zaklęć diagnostycznych odetchnęła z ulgą, bowiem wciąż żyła. Odrzuciwszy wahanie, złapała obu przyjaciół i się z nimi deportowała. Zmaterializowali się wiele mil dalej, na bezpiecznym gruncie, tuż przed namiotem, który zamieszkiwali.

Z tygodnia na tydzień stawała się coraz to bardziej zdesperowana. Klątwa, którą została trafiona Ginny, była szalenie podstępna. Najpierw odebrała swojej ofierze siły, a potem zaczęła trawić ciało, począwszy od odrętwiałych nóg. Hermiona próbowała dosłownie wszystkiego, ale bezskutecznie. Nie traciła jednak nadziei.

Niedługo potem Ginny zaczęła krzyczeć. Jak się okazało, żaden eliksir nie mógł przytępić jej zmysłów, a tym bardziej ukoić bólu. To było straszne, widzieć przyjaciółkę w podobnej agonii i nie znaleźć dlań rozwiązania. Harry nie odstępował swojej dziewczyny nawet na krok. Wiedziała, że był załamany, ale co mogła mu powiedzieć? Żeby się nie przejmował? Że nie ma dla niej nadziei?

Wszyscy mieli tę świadomość. Ginny umierała w najwolniejszy i najokrutniejszy sposób z możliwych. W pewnym momencie przestała rozpoznawać otaczających ją ludzi. Właśnie wtedy Hermiona zaczęła życzyć jej śmierci.

Każdego wieczoru nurzała się w wyrzutach sumienia, bowiem nie wyobrażała sobie życia i walki bez najlepszej przyjaciółki. Byłoby dlań lepiej, gdyby umarła w nocy.