Hej. Przypominam że wymienione postaci nie należą do mnie. Pożyczam i oddaję w stanie nienaruszonym ;p
*Godzina później – dom Gibbsa*
Jethro wrócił do domu. Nie spodziewał się, że rzuci się na niego i będzie skakać z radości, że przyjechał. Ale nie spodziewał się, że zareaguje w ten sposób. Po drodze zatrzymał się w sklepie całodobowym, by zrobić zapasy alkoholu. Był zmęczony, ale wiedział, że nie zaśnie.
Zanim zszedł do piwnicy podszedł do drzwi wejściowych i przekręcił zamek, by nikt nie próbował zakłócać jego ciszy. Następnie zgarnął ze stolika butelkę z alkoholem i zszedł do piwnicy, zamykając również te drzwi. Na stole warsztatowym znalazł zakurzony kubek. Chwycił go, wytarł w koszulkę i nalał do niego alkoholu. Brakowało mu tego miejsca. Jego azylu. Miejsca gdzie był sam ze sobą w swojej świątyni. Oparł się o stół i spojrzał na niedokończoną łódź. Czy to był ten moment, w którym powinien zacząć budować nową i nazwać ją „Abigail". Nie wierzył, że istnieje chociażby iskierka nadziei, że mu wybaczy. Przez nawet sekundę nie liczył, że zapomni o tym co zrobił, ale miał nadzieję, że wybaczy. Myśląc o tym wziął dwa spore łyki alkoholu, opróżniając tym samym kubek. Złapał ponownie butelkę i zaczął wlewać burbon. Zrezygnowany odstawił kubek i pociągnął alkohol prosto z butelki.
Podszedł do łodzi i przesunął dłonią po nieoszlifowanym drewnie. Syknął i skrzywił się czując wbijającą się drzazgę w dłoń.
- Szlag
Wrócił do stołu, odstawił butelkę i przysunął dłoń do niewielkiej lampki. Fragment drewna tkwił w dłoni. Machnął ręką, złapał siekierę i w szale gniewu zaczął roztrzaskiwać niedokończoną łódź. Wióry leciały na prawo i lewo. Po kilku minutach stanął pod ścianą. Jego oddech był szybki i płytki. Dłonie zaciśnięte na trzonku zaczęły drżeć. W całej piwnicy unosił się kurz i zapach potu i rozłupanego drewna. Gniew, który go opanował kilka minut temu nie ustąpił, a przecież o to mu chodziło w momencie, w którym złapał za siekierę.
Oparł się o ścianę, zsunął się na zimny beton i zaczął się śmiać. Co on najlepszego zrobił? Przez cztery miesiące, które spędził w Meksyku wmawiał sobie, że uczucie, którym darzy Abby minie, że zapomni, że jej przejdzie. Teraz, gdy wrócił, gdy poszedł do niej, poczuł, że wszystko stracił. Sens życia, przyjaźń, pracę, szansę na kochanie kogoś i bycie kochanym.
Poczuł łzy gromadzące się pod powiekami. Szybko je zamknął nie chcąc uronić ani jednej. Nie zasłużył na ulgę. Łódź nie była niczemu winna. Chodziło tylko i wyłącznie o Abby. O to, że ją zostawił. O to, że nie wie, czy jeszcze kiedyś przytuli go tak jak kiedyś, czy pozwoli się pocałować w policzek. O to, że może już nigdy nie być tak jak kiedyś.
Bijąc się ze swoimi myślami usłyszał dźwięk, który znał bardzo dobrze, ale który nie pasował do chaosu jaki panował zarówno w piwnicy jak i w jego głowie – skrzyp zawiasów. Serce zamarło mu na ułamek sekundy, ale zanim zdążył się poruszyć, usłyszał kolejne kroki. Kroki powolne, ostroże, schodzące po stopniach piwnicy.
Dłoń Jethra instynktownie zacisnęła się na siekierze, choć sam nie wie, czy ma jeszcze siłę by ją podnieść. Nie miał pojęcia, kto mógł go najść. Były tylko dwie osoby, które wiedziały, że jest w mieście. Tony i Abby. Zapach, który dotarł do jego nosa nie należał do żadnego z nich.
- Nie musisz się mnie obawiać – odezwał się niski głos.
Gibbs podniósł głowę, przymrużył oczy próbując odkryć twarz mężczyzny. W półmroku widzi jedynie sylwetkę. Mężczyzna zdawał się być wysoki, o szerokich barkach. Dość dobrze zbudowany. Był jednakże kilka stopni wyżej od niego. Mógł się mylić. Jego twarz była ukryta w cieniu, ale sposób, w jaki trzymał ręce wskazywał, że nie przyszedł tu z zamiarem walki.
- Kim jesteś? - zapytał. Jego głos był chrapliwy, przepity i pełen gniewu i zmęczenia.
Mężczyzna stojący na schodach nie odpowiedział od razu. Zrobił jeszcze jeden krok w dół, wchodząc w światło żarówki. Miał na sobie ciemny płaszcz i koszulę z krawatem.
- Jestem kimś, kto wie jak to jest coś stracić w życiu.
W piwnicy zapadła cisza. Serce Gibbsa waliło jak szalone. Nie wiedział, czy człowiek, który stał kilka metrów od niego mówił prawdę, czy kłamał. Nie wie, czy powinien wstać, złapać siekierę i się bronić, czy po prostu opuścić wzrok i czekać, aż gość zrobi pierwszy ruch.
Jedno było pewne. Ten ktoś przyszedł do niego w jakimś celu i nie odejdzie, dopóki tego nie dostanie.
- Czego chcesz?
Tajemniczy mężczyzna nie miał złych zamiarów. Nie miał pojęcia, że Gibbs wraca z Meksyku. Nie zadzwonił do niego. Zauważył wcześniej palące się światło w salonie. Gdy ono zgasło zauważył światło w niewielkich oknach piwnicy. Gdy wyszedł na ulicę usłyszał przeraźliwy hałas z domu, więc niewiele myśląc postanowił zajrzeć do domu, by upewnić się, że nic nie zginie.
To dlatego teraz stał na schodach w piwnicy, przyglądając się zniszczeniu, jakie tu zastał. Widział siwowłosego mężczyznę w gorszych stanach, ale nigdy aż tak.
- Do cholery, stary – powiedział cicho, patrząc na roztrzaskane drewno – Co Ty tu wyprawiasz?
Jethro nie odpowiedział od razu. Próbował przypisać głos do kogokolwiek, kogo znał. Podniósł wzrok. W jego oczach nadal było widać zmęczenie i gniew – ten który, dopiero co z siebie wyrzucił.
- Nie Twój interes – mruknął ze złością.
- Oczywiście że mój – mężczyzna zrobił jeszcze jeden krok w dół stając tym samym na betonie. Zostawił między nimi dystans. W obawie, że Gibbs wpadnie w szał i spróbuje zrobić mu krzywdę, tak jak łodzi, na której resztki spoglądał kątem oka – Martwiłem się. Myślałem, że ktoś się włamał. Miałem dzwonić po gliny.
- Może powinieneś – mruknął.
- Posłuchaj. Wiem, że spieprzyłeś sprawę. Wiem, że teraz masz ochotę tutaj zgnić, ale nie pozwolę Ci na to.
- I co, myślisz że przyszedłeś tutaj mnie uratować? - prychnął – jest za późno. Za późno na to, żeby cokolwiek ratować.
- Ktoś mądry mi kiedyś powiedział, że dopóki oddychasz, nigdy nie jest za późno.
Jethro niepewnie zaczął wstawać. Wiedział kto powiedział te słowa i wiedział do kogo. Ale to nie mogła być prawda. Wyprostował się i zrobił krok w kierunku mężczyzny.
- Jake? - zapytał cicho z dozą niepewności.
- A kto inny miałby pilnować Twojego domu, podczas gdy Ty smażysz swoje zbolałe dupsko na plażach Meksyku?
- Kurwa – mruknął – przestraszyłeś mnie.
- Dziwisz mi się, że tu przyszedłem? Wróciłem z pracy. Będąc w kuchni widziałem jak w salonie gaśnie światło i zapala się w piwnicy. Nie dzwoniłeś, że wracasz. Jak wyszedłem na ulice usłyszałem hałas. Zapewne ten który był efektem dewastacji łodzi. Myślałem, że ktoś się włamał. Musiałem to sprawdzić. Dałem słowo, że będę miał Twój dom na oku, dopóki go nie sprzedaż. Czy mogę wiedzieć co Ty odpierdalasz?!
- Możesz nie krzyczeć? - skrzywił się, gdy krzyk zaczął rozsadzać mu głowę.
- Bierz swoje dupsko i chodź do mnie. Porozmawiamy jak dorośli ludzie.
- Teraz raczej powinienem iść spać, a nie ładzić gdziekolwiek – mruknął.
- To w takim razie posiedzimy tutaj i powiesz mi co się stało. Domyślam się, że wróciłeś dla niej. Dla tej swojej czarnulki.
- Stąpasz po kruchym lodzie – warknął.
- Czyli byłeś u niej już. I zakładam, że rozmowa nie poszła tak jak chciałeś – pokręcił głową, zdjął płaszcz i przewiesił go przez barierkę schodów, podszedł do stołu i zaczął szukać czegoś z czego mógłby napić się alkoholu.
- Nie musisz się mną zajmować, Jake. Nie wiesz jak to jest – przerwał, ale było to już niepotrzebne
Atmosfera w piwnicy robi się naprawdę gęsta. Jethro podszedł do stołu i złapał butelkę z alkoholem. Jednak zanim zdążył się z niej napić, Jake wytrącił mu ją z ręki. Dźwięk tłuczonego szkła rozszedł się echem po pomieszczeniu.
- Nie mam pojęcia jak to jest kogoś stracić? - powtarza. W jego głosie słychać wściekłość – Czy Ty to kurwa powiedziałeś poważnie?
Jethro mruży oczy, ale nie odzywa się słowem. Jake podszedł bliżej.
- To Ty znalazłeś mordercę – mruknął nisko, sprawiając, że każde słowo jest cięższe od ołowiu – To Ty ścigałeś gnojka, który zniszczył mi życie. To Ty widziałeś jak wyglądałem po tym, gdy mi ją zabrano. I teraz Ty masz czelność mówić, że nie wiem, jak to jest?!
Gibbs przełknął ślinę, ale Jake nie dał mu dojść do słowa.
- Wiesz co jest najgorsze? Że Ty – palcem wskazującym ukuł go w ramię – Ty masz jeszcze wybór. Ja go nie miałem. Mi nikt nie dał szansy, żeby to naprawić. A Ty co zrobiłeś? Gdy pojawiła się kobieta, którą pokochałeś po prostu uciekłeś.
- Do cholery, myślisz, że nie próbowałem?! - Jethro nie wytrzymał i wybuchł – Myślisz, że nie chciałem tu zostać? Mieć ją blisko siebie? Naprawdę myślisz, że to było takie łatwe?!
- Nie wiem. Może, ale wiem, że to spierdoliłeś – Jake wyprostował się i zacisnął szczękę – I jeszcze masz czelność udawać, że to jest koniec wszystkiego.
Zapada cisza. Niezręczna cisza. Obaj mężczyźni oddychają szybko, jakby przed chwilą stoczyli walkę na pięści a nie na słowa. Nie są to jednak ludzie, którzy podnoszą na siebie ręce. Są to ludzie, których życie wystarczająco obiło.
- Ona jeszcze gdzies tam jest, Jethro – Jake powiedział ciszej i spokojniej – I jeśli masz choć trochę rozumu, nie pozwolisz, żeby było za późno.
Jethro opuścił wzrok. W jednej dłoni nadal trzyma trzonek siekiery. Nagle poczuł coś, czego nie czuł od kilku miesięcy.
Strach.
Nie przed przyjacielem.
Nie przed samotnością.
Przed tym, że przyjaciel mógł mieć rację.
CDN
