Hej. Przypominam że wymienione postaci nie należą do mnie. Pożyczam i oddaję w stanie nienaruszonym ;p

- Teraz albo nigdy – wziął głęboki wdech i wszedł do budynku. Miał tą możliwość tylko dlatego, że kilka lat temu Abby dała mu klucze do swojego mieszkania i do wejścia na klatkę schodową. Ufała mu na tyle, by pozwolić wejść do jej mieszkania wtedy kiedy tego potrzebował.

Zatrzymał się przed drzwiami i oparł dłoń o drzwi.

„Zapukać, czy wejść? Jeśli wejdę będzie jeszcze bardziej zła, że wtargnąłem do jej mieszkania. Może nie być jej w środku. Mogła wyjść ze znajomymi. Mogła siedzieć jeszcze w pracy. Zapukam"

Zacisnął dłoń w pięść i zastukał dwa razy w drzwi.

Cisza.

Wziął kolejny głęboki wdech i zapukał ponownie. Tym razem nieco mocniej. Nasłuchiwał. Z drugiej strony drzwi usłyszał szelest. Po chwili usłyszał kroki. Zbliżały się do drzwi. Zrobił krok w tył i czekał.

Gdy drzwi się otworzyły zobaczył zaspanego Tony'ego. Natychmiast przyłożył palec do ust, prosząc by był cicho. Miał nadzieję, że nie zamknie mu drzwi przed nosem.

- Cześć. Czy Abby jest tutaj? - zapytał cicho.

Spotkał się z gniewnym spojrzeniem swojego młodszego kolegi.

- Co Ty tu robisz do cholery? - mruknął.

- Nie z Tobą chcę dzisiaj rozmawiać. Pytam, czy Abby jest w mieszkaniu.

- Po co tu przylazłeś? Będziesz jej jeszcze bardziej mieszał w głowie? - zapytał stanowczo i dużo głośniej.

- Nie – mruknął. Tony teraz zajął jego miejsce. To on był jej obrońcą. To na pewno jemu Abby zwierzała się z koszmarów i problemów z jakimi się mierzyła przez ostatnie cztery miesiące. Wiedział, że żeby z nią porozmawiać najpierw musi porozmawiać z nim – Jestem tu, bo ją kocham. Jestem tu, bo chcę żeby spróbowała mi wybaczyć krzywdę, którą jej wyrządziłem. I nie drzyj się do jasnej cholery – mruknął ostro.

- Tony? - zawołała Abby z sypialni – Tony? Wszystko w porządku?

Gibbsa momentalnie zmroziło. Była tutaj. Słyszał jej głos.

- Daje Ci pięć minut. O ile zechce z Tobą rozmawiać. Będę Cię obserwował z kanapy – mruknął – Tak, wszystko w porządku – zawołał – możesz przyjść? To ktoś do Ciebie – odszedł od drzwi i usiadł na kanapie.

Abby zaspana zwlekła się z łóżka i spojrzała na telefon. Była prawie pierwsza w nocy. Kto może coś chcieć od niej o tej porze. Wsunęła stopy w kapcie i wyszła z sypialni. Widząc minę przyjaciela, poczuła, że coś jest nie tak. Zastanawiała się, czy iść dalej. Wzięła się w garść i podeszła do otwartych drzwi wejściowych. To co, a raczej kogo zobaczyła sprawiło, że stanęła jak słup. Gibbs stał na klatce schodowej i patrzył na nią. Przez chwilę zapomniała jak się oddycha. Stał przed nią człowiek, którego chciała widzieć codziennie przez ostatnie cztery miesiące. Chciała rzucić się w jego ramiona. Niestety jakaś siła ją powstrzymywała. Wzięła głęboki wdech.

- Gib… - jęknęła, ale mężczyzna jej przerwał.

- Nic nie mów, proszę – szepnął Jethro. „Boże, jaka ona jest piękna"

Kobieta nie wiedziała, czy wpuścić go do środka. Czuła na sobie wzrok Tomy'ego, który nadal bez ruchu siedział na kanapie.

- Stworzyłem zasady, by wiedzieć jak podążać przez życie. Wychodziłem z założenia, że zasady powstały po to by ich przestrzegać. Nie łamać. Co najwyżej naginać. Rzadko kiedy je łamię. Dzisiaj. Przyszedłem. Przyleciałem. Jestem tutaj po to, by złamać dwie z nich. Przepraszam, że jestem egoistą. Przepraszam za to, że uciekłem wiedząc co do mnie czujesz. Powiedziałaś mi co czujesz. Nie powinienem uciekać. Zrobiłem to. Obiecałem, że zawsze będę Cię chronić, a to ja wyrządziłem Ci największą krzywdę. Zrozumiałem to za późno – westchnął.

- A jaka jest ta druga? - mruknęła oschle. Gdy spojrzała w jego oczy zrozumiała, że zabrzmiało to dużo gorzej niż miała zamiar.

- Ja, Leroy Jethro Gibbs kocham Cię, Abby Sciuto – wziął głęboki wdech – Nie oczekuję, że od razu mi wybaczysz. Wiem, że to może zająć czas. Chcę, żebyś wiedziała, że zrobiłem to, co zrobiłem, bo bałem się tej miłości. Bałem się, że ta miłość zniszczy naszą przyjaźń.

Nagle zapadła cisza. Nikt nic nie powiedział. Zapewne, gdyby teraz przeleciał komar byłoby go słychać dość wyraźnie.

- Twoje pięć minut minęło – mruknął Tony z kanapy.

- Tak.. Jest późno. Nie będę Wam już przeszkadzał. Dobranoc – odwrócił się i zszedł po schodach, kierując się do wyjścia z bloku.

- Gibbs – wyszeptała Abby. Niestety jej już nie usłyszał.

- Nie, Abby. Zamknij drzwi i wracaj do łóżka. Potrzebujesz snu – wstał z kanapy, podszedł do niej i zamknął drzwi.

- Przyjechał…

- I pewnie zaraz odjedzie – westchnął i wrócił na kanapę. Cieszył się, że został. Gdyby wrócił wcześniej do domu, musiałaby się sama mierzyć z koszmarem w postaci ich byłego Szefa.

Abby spojrzała na przyjaciela i zrezygnowana weszła do sypialni. Położyła się w łóżku, otuliła kołdra i zaczęła cicho łkać w poduszkę.

CDN