Syriusz pogratulował sobie, że jeszcze przed północą przerzucił się z ognistej na mocną herbatę, bo w przeciwnym razie więcej niż pewne, że i jemu udzieliłaby mu się żywiołowa atmosfera, od której iskrzyło powietrze w salonie.
To, że w tym gronie akurat on zdawał się być teraz tym racjonalnym i powściągliwym w słowach, mówiło samo za siebie. Chociaż mogło to mieć też dużo wspólnego z okolicznością, że ledwie domyślał się, o czym mowa i wobec tego jedynie wodził wzrokiem od jednego do drugiego, coraz szerzej otwierając oczy.
– … i poszedłeś w takim stanie na akcję? W tę noc? Zdurniałeś?!
– To… ja nie… Przecież wiesz, ile się nakombinowałem przez ostatni rok, żeby w okolicach pełni nigdy nie wisieć w grafiku! Tylko że dowódca nie pozwolił mi zejść z mojej zmiany i pchnął mnie na czujkę poza przydziałem. Dostałem rozkaz! Miałem zejść przed południem… ale zgarnęli nas wcześniej.
– Wręcz zaskakujące, skoro bez tojadowej herbatki ledwo trzymałeś się na nogach. Bo naprawdę, Lunatyku, po tobie ostatnim spodziewałbym się, że z powodu focha…
– Nie chodziło o focha, tylko o to, że… nie wiedziałem, co się dzieje! Wy mnie odcieliście, a ja… sam się pogubiłem!
– Chciałem cię wtajemniczyć, ale nie mogłem! Nadal nie mogę. To… coś naprawdę dużego. A ty po tych wszystkich latach nie mogłeś mi ten jeden raz bezwarunkowo zaufać?
– Co chcesz usłyszeć? Że czuję się teraz jak gówno?! Do cholery, zeżarłem człowieka! – wrzasnął Remus i schował twarz w dłoniach. Kiedy je nagle opuścił, jego skóra była blada i zroszona potem.
– Lunatyku?
– Będę znowu…
I nawet nie zwracając się w stronę znajomej mu już łazienki, opróżnił zawartość trzewi do porcelanowej wazy tuż obok kominka, dobrodusznie omijając palenisko.
Syriusz naprawdę miał nadzieję, że coś źle zrozumiał. Ale tylko przez chwilę, bo stan Remusa i porozumiewawcze spojrzenie Jamesa, nawet bez znajomości na pamięć kalendarza księżycowego, wystarczyły za potwierdzenie najgorszych przypuszczeń.
Remus, nie odrywając wzroku od podłogi, umknął przed jego wyciągniętą ręką i zniknął w korytarzu. Dopiero, gdy po trzaśnięciu drzwiami z oddali Syriusz usłyszał szum wody, cicho zapytał Rogacza:
– Kto?
– Dwaj śmierciożercy – wydukał tamten prawie szeptem. A jednak nieco poprawiająca morale informacja, że trafiło na wrogów, a nie kogoś z drugiej strony, nie zdążyła uleżeć się w świadomości Syriusza, bo James dodał jeszcze ciszej. – Gówniarze. I to nie jest jedyny problem.
– Na Godryka, co się właściwie stało?
Operacja w Greenwich, tyle już wiedział.
Wielki sukces wizerunkowy Biura Aurorów i mocny argument za rychłym awansowaniem Gawaina Robardsa w miejsce jego aktualnego szefa – czarodzieja jak na obecne czasy zbyt formalistycznego, słabiej wypadającego na zdjęciach i prędzej wyczekującego emerytury niż zawodowych wyzwań.
Noc, która będzie długo wracać w koszmarach jego przyjaciela.
Ku chwale ojczyzny.
– Nawet nie wiem od czego… – Rogacz urwał, zdekoncentrowany nieoczekiwanym, acz bardzo charakterystycznym miękkim uderzeniem o szybę, któremu zawtórowało ciche pohukiwanie.
Syriusz chwilę się zagapił, bo znajomo upierzone ptaszysko przywołało niedorzeczne skojarzenia. Zbyt wiele takich przez siedem lat widział, by się pomylić, na szybko nie znajdował jednakowoż powodu uzasadniającego pojawienie się na jego parapecie tej konkretnej sowy obecnymi czasy. Wreszcie jednak, ponaglony niecierpliwym uderzeniem skrzydła w okno, wpuścił ptaka do środka, kątem oka dostrzegając identyczny wyraz zagubienia wypisany na twarzy Pottera.
– Czy to jest hogwarcka sowa?
Nie mógł zaprzeczyć wobec jednoznacznego dowodu w postaci obrączki z herbem Hogwartu na sowiej łapce.
Co więcej, list napisano na szkolnej papeterii, jakiej używali nauczyciele i dyrektor do oficjalnej korespondencji. Jeśli to jeszcze nie zakrawało na dostatecznie dziwne, adresatem wiadomości była Walburga Black, zaś nadawcą…
Syriusz odetchnął głębiej. Jakby ten dzień nie był już wystarczająco popieprzony.
A dopiero dochodziło południe.
– Rogaczu, muszę…
– Jasne. Gaś pożar. – Przyjaciel nie pozwolił mu skończyć. I nie sprawiał wrażenia, by cokolwiek więcej potrzebował wiedzieć. – Ale Remus...
– Wiem. Obiecuję, że bardziej tego nie schrzanimy.
Pogrążony w nieciekawych myślach, Syriusz pokonał schody. I nie poprawił jego zapatrywań na najbliższą przyszłość widok, jaki zastał w korytarzu wschodniego skrzydła.
– Na litość Merlina…!
Ani pojawienie się jego osoby, ani nawet werbalizacja syriuszowego zaskoczenia sytuacją nie zrobiły większego wrażenia na stojących w pojedynkowej odległości od siebie, uzbrojonych w różdżki Walburdze i Sevie.
Pan domu Black mógł mieć tylko cichą nadzieję, że krew przesiąkająca przez rękaw ciemnej koszuli jego przyjaciela była efektem obrażeń sprzed paru godzin, a nie wynikiem świeżej klątwy.
– Co znowu? – jęknął, sięgając odruchowo po własny oręż.
Walburga złowieszczo zmrużyła oczy, nie odrywając ich od swego celu.
– Zechcesz wyjaśnić, co w tym domu robi ten… śmierciożerca?
Sev zaśmiał się zimno.
– Bo teraz akurat to jest problemem?
Syriusz tylko pokręcił głową.
– Nie mam na to dzisiaj czasu – oznajmił sucho. – Ty… – rzucił ostro, wskazując na Seva – do gabinetu. – Dla lepszego efektu drzwi na lewo uchyliły się zapraszająco. Uprzedzając ewentualne protesty, wyciągnął w stronę przyjaciela list, który tamten natychmiast przejął i wystarczyło mu rzucenie okiem na podpis, by zupełnie stracił zainteresowanie tym, co tu i teraz. Syriusz obrócił się z kolei do wiedźmy. – A ty… zajmij się czymkolwiek się zajmujesz przez ostatnie miesiące. W swoich pokojach.
– Nalegam…
– Teraz.
Walburga nie ruszyła się z miejsca, zaś wyraz jej twarzy, gdy rozpoznała swoje własne nazwisko na odwrocie pergaminu w dłoni Seva, nie zwiastował nic dobrego.
Syriusz westchnął, zanim warknął władczo:
– Stworku.
– Mój panie. – Skrzat szybko zorientował się w nastroju chwili i zdawał się podzielać mroczne myśli swojej pani, niemniej podług praw magii posłuszeństwo winny był komu innemu.
A pan tego domu miał ostatnio za dużo na głowie, by jeszcze we własnych czterech ścianach mierzyć się z konsekwencjami niedocenienia przeciwnika.
– Odprowadzisz swoją panią i dotrzymasz jej dziś towarzystwa. Chyba że wezwę cię ja albo mój przyjaciel. Zrozumiałeś?
– Stworek ma rozkaz opuścić panią na wezwanie pana albo… – skrzat zawiesił głos, a wyłupiaste oczy zawęził w szparki – gościa.
– Severus Snape nie jest gościem. Jest… Będzie tu czasem mieszkał na prawach domownika. Może korzystać z wszystkich aktywnych kominków i swobodnie się poruszać po domu, z wyłączeniem apartamentów twojej pani. Jego słowo jest w tym domu drugie po moim, chyba że wydam inny rozkaz. Nie narazisz go na niebezpieczeństwo i nie będziesz o nim rozmawiał ani w inny sposób nie przekażesz o nim wiadomości żadnemu czarodziejowi, mugolowi ani innemu stworzeniu poza mną. – Odczekał, chłonąc skrajne emocje obecnych, by zatrzymać się na nieczytelnym spojrzeniu czarnych oczu. – Nie pozwolisz, by ktokolwiek wszedł do podziemi oraz wschodniego skrzydła poza mną i Sevem, albo z wyraźnego polecenia któregoś z nas. I jeszcze… nie wejdziesz do jego pokojów, chyba że cię wezwie.
– Pokojów… w tym domu? W rezydencji szlachetnego i starożytnego rodu Black, sir?
– W tym skrzydle, obok moich.
– Skoro pan… w swej… tfu, mądrości… tak zdecydował… – Skrzat skłonił się sztywno, wymieniając ze swoją panią spojrzenie pełne dezaprobaty.
Syriusz z wyuczoną godnością zignorował jawne szyderstwo i zdławił znajomą iskierkę niepokoju. Gdyby tych dwoje naprawdę chciało jego śmierci, zapewne już byłby martwy.
Co nie znaczy, że przed snem nie pokryje dodatkowymi osłonami całego wschodniego skrzydła.
Przepuścił w drzwiach Seva, ale zanim sam ukrył się za progiem bezpiecznej przestrzeni gabinetu, w miejscu zatrzymały go wypowiedziane szeptem słowa zaklęcia prywatności.
– Synu, ty… Nie jesteś poważny.
Zignorowałby ją, gdyby nadal przemawiała przez nią wściekłość. Teraz jednak, blada, z drżącymi ustami, wygladała raczej na oszołomioną.
Jeśli nie przerażoną.
Innego dnia pewnie by sobie nie podarował i z czystej ciekawości sięgnąłby głębiej, ale dziś naprawdę nie miał czasu.
– Walburgo, mój dom, moje zasady. Jak się nie podoba, kominek jest piętro niżej. Jedno twoje słowo, szybkie Oblivate i za kwadrans możesz unieszczęśliwiać Bellatrix.
– Nigdzie się stąd nie ruszam. Zwłaszcza teraz – orzekła twardo.
Syriuszowi opadły ręce.
– Poddaję się, kobieto.
– Ten człowiek… Nie powinieneś dopuszczać go tak blisko. Wpuszczać do naszego domu. – Ściszyła głos do szeptu, ale ton pozostał ostry. Osądzający. – Jest zagrożeniem, nie widzisz tego?
– Nie dla mnie. Ani dla ciebie, jeśli nie dasz mu powodu – wyłożył powoli, z naciskiem na ostatnie. – Taaak, skoro sobie wszystko…
– Rozumiem, dlaczego uważasz, że jest użyteczny. – Oczywiście, że nie mogła sobie odpuścić. – Nie odradzam ci go wykorzystać. Ale jeśli robi to, co myślę, zdradza jednego pana. Bez cienia sentymentu zdradzi też ciebie. Jest od ciebie lepszy w tę grę. Ale nie tak dobry, jak ja.
Syriusz słyszał w swoim życiu dostatecznie wiele gróźb, by umieć odróżnić te czcze od tych wypowiedzianych śmiertelnie na serio.
– Uważaj. Nie chcę zmuszać cię, jak domowego skrzata, do posłuszeństwa magiczną przysięgą. Ale jeśli planujesz tu zostać i nie chcesz ze mną wojny, to nie zaszkodzisz mojemu przyjacielowi – ostrzegł z niebezpieczną nutą. Z wrodzonym dramatyzmem, uzmysłowił sobie nie bez sarkazmu. Pochylił się, by nie uniknęła jego spojrzenia. – Sev obchodzi mnie bardziej niż ty i jeśli tylko przejdzie mi przez myśl, że coś kombinujesz… Sama ściągniesz na siebie nieszczęście.
– Och? Jak mam to rozumieć?
– Jak chcesz. Przyjmijmy, że tak jak ja po tobie, tak ty po mnie też możesz spodziewać się wszystkiego. I nie zapominaj, że w tym układzie to ja mam silniejsze… argumenty.
Melodramatyczne trzaśnięcie drzwiami pomogło umiarkowanie. Potrzebował dłuższej chwili, by wyciszyć złe emocje na tyle, aby nie skierować złości przeciw przypadkowemu celowi.
– Nisko cenisz moje życie – odezwał się wreszcie Sev, uważnie mu się przypatrując. – Byłbym zdziwiony, jeśli teraz Walburga nie postawi sobie za punkt honoru, by mnie w tych murach uśmiercić na złość tobie.
– Prawda, że urocza z niej wiedźma? I nie będę pokazywał palcem, kto sugerował, żebym próbował się z nią dogadać zamiast wykopać stąd jędzę. – Wobec absolutnego zignorowania tak jego słów, jak i wymownego uniesienia brwi, Syriusz dodał złośliwie. – Nie czuj się taki wyjątkowy. James od połowy lata wzrasta w przekonaniu, że Walburga życzy mu śmierci.
– Powiedziałbym, że to tutaj… To coś głębszego.
– Powiedziało niewiniątko, które krwawiąc z ran dopiero co prawie pojedynkowało się z morderczą wariatką w korytarzu. Nie zostawiłem kartki, żebyś na mnie zaczekał? – Prychnął zirytowany, bo obaj wiedzieli, kto zachował się nierozważnie. Odruchowo rzucił okiem na blat biurka, gdzie obok odręcznej instrukcji stały opróżnione ampułki po eliksirach, co Syriusz skwitował uśmiechem satysfakcji.
Tak, głęboko satysfakcjonującym było uzyskać wreszcie naoczne potwierdzenie bezgranicznego severusowego zaufania, co do czego do tej pory Syriusz mógł mieć co najwyżej subiektywne przeświadczenie.
Sev oczywiście, sobie znanym sposobem, podążył za jego myślami.
– Daje radę, chociaż…
– Wiem, truposzowy posmak. Nie rozgryzłem jeszcze, w czym problem.
Brwi mistrza eliksirów poszybowały w górę.
– Twój? – Zrobił minę, jakby spodziewał się lada chwila wyzionąć ducha. Udawane przerażenie szybko zastąpił blady uśmiech. – Jesteś człowiekiem pełnym tajemnic.
– Przez ostatnie miesiące miałem dużo wolnego czasu.
– Eliksiry?
– Naprawdę śmiertelnie się nudziłem.
– Jest niezły. Ma lepszą barwę niż mój, kiedy uwarzyłem go pierwszy raz – przyznał bezwiednie. Ale równie szybko dodał, pogłębiając uśmiech. – Chociaż to niewątpliwie kwestia świeżości ingrediencji.
– Niewątpliwie.
– Ohydny posmak żabiego truchła podbija konwalia. Można ją zastąpić w proporcji dwa do trzech storczykiem błotnym, trudno dostępnym poza naturalnymi siedliskami, co przekłada się na cenę. Ale korzenny aromat zamiast zupy z trupa jest wart dodatkowych dwudziestu sykli od uncji.
– Zanotowałem.
– A czemu w ogóle…?
– Pamiętasz, co w zeszłym miesiącu przydarzyło się pracowni na Ealing? – Wymowana cisza. – Nawet stan ocalałych fiolek poddaje w wątpliwość zdatność do użytku ich zawartości. Z ostrożności lepiej na tym postawić krzyżyk. Do czasu ogarnięcia pracowni tam, możesz bawić się tutaj. Na parterze, drzwi na końcu korytarza, na lewo…
– … od biblioteki. Taa. Już tam coś kiedyś wysadziłem.
– Och, beze mnie w pobliżu? I jaką masz wymówkę?
– Nie potrzebuję żadnej. Zawinił gówniany przekład receptury z zapisu runicznego autorstwa Regulusa, więc obecność Blacka również tym równaniu potwierdza słuszność mojej autorskiej teorii – obwieścił Sev. – Mam też nową. Uważaj… Każdy czarodziej i każda wiedźma z krwi Blacków przechodzi przez etap grożenia mi śmiercią.
Syriusz tylko wywrócił oczami.
Po czym niezręcznie przygryzł wargę.
Sam bezmyślnie naraził życie Seva jeszcze w Hogwarcie. I nie dalej jak rok temu śmiertelnie poważnie groził mu śmiercią. Kolejno… Regulus. Bellatrix. Orion?
– Mój ojciec – wypalił na chybił trafił.
– Nigdy nie rozmawialiśmy twarzą w twarz. Nie liczy się.
– Ha! Narcyza nie…
– W trakcie porodu.
– Eeee… Draco?
– Serio? – Sev zaśmiał się szczerze. – Poza tym, Lucjusz zażądałby satysfakcji za samą insynuację, że jego syn jest Blackiem.
Rozbawienie Syriusza tak, jak wybuchło nagle, tak szybko zgasło.
– Walburga… Tylko pluje jadem. Tyle jej po tym wszystkim zostało z życia. Rzucać groźby i zatruwać moje.
Zapadła cisza.
– Mogłem… – Twarz Seva odbijała konsternację ze szczyptą poczucia winy. – W kwestii Walburgi mogłem być przesadnym optymistą.
– Cóż. Ja nie byłem przesadnie grzeczny w minionym roku, to i Mikołaj się nie popisał – zakpił Syriusz, jakby to rzeczywiście było śmieszne. Odchrząknął, zanim przeszedł do spraw bardziej naglących. – To… jaka historia stoi za tym, że znalazłem cię nad ranem krwawiącego na trawniku?
Sev rozmasował skronie, tuszując lekkie zażenowanie.
– Spaprałem zaklęcie.
– Teleportacji?
No fakt, to na tym etapie byłoby rzeczywiście żenujące.
– Wcześniej, w Greenwich. Źle postawiłem osłony. Zamiast rzucić zaklęcie pasywne, podtrzymywałem je godzinami, bezwiednie, aż niepostrzeżenie wyczerpałem się magicznie.
– Merlinie, co to były za osłony?
Coś tu bardzo nie grało.
– To… część niefortunnego splotu zdarzeń. Obstawiam, że moja magia wyczerpała się tak dramatycznie mocno, bo bezpośrednio wcześniej użyłem legilimencji. Dwukrotnie – doinformował Sev, odchylając głowę do tyłu, jakby nawet rozmowa kosztowała go więcej, niż targanie kamieni na wieżę astronomiczną. – Zapewne nie bez znaczenia było, że rzuciłem też Patronusa. A niewiele później… jakieś dwadzieścia zaklęć wykrywających aurorskie pluskwy na wpadek, jakby Urquart czymś mnie poczęstował. Znalazłem na sobie standardową klątwę śledzącą aktywowaną zaklęciem teleportacji, więc... Dla bezpieczeństwa deportowałem się kilka razy z kolei po lasach wschodniej Walii i wokół Londynu. I za ostatnim…
– Rozszczepiłeś się pod drzwiami na Ealing. Na twoje szczęście, na granicy czarów alarmujących. Nie ma za co. – Syriusz powiedział to lekko, a jednak sprawa nie była wcale błaha. – Tak się tylko upewniam… Pamiętasz, że nie jesteś pieprzoną jednoosobową armią? Ani nie jesteś nieśmiertelny? Bo siostrzeniec Minister, awans Robardsa czy… – Syriusz urwał, nadal nieświadomy, co jeszcze się tam wydarzyło – cokolwiek innego nie jest ważniejsze niż twoje życie. Jasne?
– Byłem…
– … nieodpowiedzialny?
– … rozproszony rozwojem wydarzeń.
Tak, to był argument, z którym Syriusz nie zamierzał się kłócić.
– Sev, co tam się stało? Bo Remus przez pół doby nie powiedział niczego konkretnego Jamesowi ani mnie… On nie chce z nami rozmawiać. A żeby wiedzieć, co dalej, musimy…
– Zajmę się tym.
– To… – Syriusz zdrętwiał. – Sev, nie ma mowy. Dojdziemy do czegoś, jakiegoś konsensusu. Ale nie… tak.
– Czyli jak?
– Żadnego wdzierania się do jego głowy, wymazywania pamięci… Nic… z takiego zestawu. – Wdech. Wydech. – Najpierw przegadajmy wspólnie dostępne opcje, ok?
Czarne oczy patrzyły w szare z… zadziwieniem.
– Bo ty tu decydujesz? Kolegialnie z Potterem?
– A myślisz, że kto? Ty?
– Może… Nie wiem… – Sev zachował spokojny ton, a jednak w oczach było coś niebezpiecznego. – Lupin?
Syriusz zamrugał.
– Przecież… Cholera, sytuacja z Remusem tak się przykładnie schrzaniła, bo robiliśmy wszystko… Celem było trzymać go z boku. To był twój plan. I teraz musimy to naprawić.
– Nie. Wszystko się zdrowo spierdoliło i omal nie skończyło ostateczną katastrofą, bo Lupin zachował się jak ostatni kretyn, odstawiając wywar tojadowy. A to dlatego, że wy, geniusze, zamiast zachować się jak dorośli ludzie, odwaliliście durną komedię omyłek, która przeistoczyła się w grecką dramę. Bo w ramach swojego stada nadal mentalnie jesteście nastolatkami. Zatem… nie. – Sev prychnął, zanim zdecydował autorytarnie – Nie wy będziecie to naprawiać.
Dobrą chwilę zajęło Syriuszowi przyswojenie oraz przetworzenie tego w głowie. I w swej świeżo nabytej dojrzałości oraz szczątkowym poczuciu godności nie uznał zasadnym wchodzić w polemikę.
Bowiem – jak sam nie tak dawno uświadamiał Seva – od tego ma się przyjaciół, by we właściwym momencie postawili człowieka do pionu konkretną zjebką.
– W porządku. Obgadaj z Remusem opcje. On decyduje. Ale żadne rozwiązania siłowe nie wchodzą w grę, tak? – Kiedy uzyskał nieme potwierdzenie, mógł wreszcie rozluźnić ramiona. Pozostawała jeszcze jedna kwestia. – A list? Co o tym myślisz?
Jak za dotknięciem różdżki, Sev – sekundy temu dyktujący warunki tej gry – teraz całym sobą przeszedł do defensywy.
– Nie wiem, co myśleć – odbił wymijająco. – A ty?
Bo niby ja znam ją lepiej?, Syriusz chciał zaśmiać mu się w twarz, ale powstrzymało go nagłe małe odkrycie. Albo raczej uświadomienie problemu większej skali.
Rzeczywiście, Sev znał ją lepiej.
I to odbierało obiektywizm jego spojrzeniu na nowy kierunek rozwoju sytuacji. Bo co, jeśli obaj ulegliby severusowemu życzeniowemu myśleniu i obstawili źle? Ta omyłka w ocenie mogłaby kosztować zbyt wiele.
Mogłaby kosztować wszystko.
Cholera, jakby dotąd życie głaskało ich po pleckach.
– Myślę, że… – I nagle na Syriusza spłynął pomysł jeśli nie z miejsca rozwiązujący problem, to podsuwający dobrą wymówkę, by dać sobie czas i przestrzeń na chłodniejszą jego analizę. – Potrzebujemy wiedzieć więcej. Uchwycić szerszy kadr. Poznać… tło.
– W twojej herbacie jest gorzała?
– Auć! – Jako że Syriusz nigdy nie nauczył się wyciskać udawanych łez na zawołanie, w chwilach takich, jak ta, posiłkował się spojrzeniem odbijającym udawaną głęboką urazę. – Poważnie, Sev, nie zaszkodzi zdobyć więcej informacji. Kilka dni zwłoki uczyni odpowiedź głęboko przemyślaną. Daj mi ten tydzień.
Sev nie zaprotestował ani nie okazał ulgi, jeśli ją odczuł. Cóż, był coraz lepszy w ubieraniu masek, ale też w czytaniu ludzi. Tak jak z grubsza właściwie zdiagnozował dysfunkcję w postrzeganiu spraw we właściwej skali w huncwockiej ekipie, tak też swoim wahaniem potwierdził przynajmniej częściowe własne uświadomienie co do istnienia pewnego złożonej natury problemu.
Który to, jeśli mocniej się nad tym pochylić, nie byłby właściwie problemem, ale sposobnością, gdyby tylko życzeniowe myślenie miało pokrycie w rzeczywistości. A może i czymś jeszcze. Nieoczekiwaną wartością dodaną, jeśli Sev byłby dość odważny. Albo głupi.
Gdyby jednak z gruntu sprawy miały się zupełnie na odwrót – bądź też wszystko poszłoby nie tak gdzieś po drodze – ten problem stałby się przekleństwem. Śmiertelnym zagrożeniem. Klęską, po której zostaje tylko metaforyczna wypalona ziemia.
Bo przecież, na czarną dupę bazyliszka, nie było tu miejsca na coś pomiędzy.
Wszystko albo nic.
Syriusz zawiesił błędny wzrok na włoskim pejzażu obok kominka, absolutnie zmieszany kierunkiem swoich myśli. Oto bowiem złapał się na tęsknym westchnieniu za czasami, kiedy tak wygodnie było rozliczyć rzeczywistość, zrzucając całą winę na rude, bo to rude przynosi pecha.
Prawda?
Severus, mając aż nadto wrogich interakcji jak na jedną dobę, odczekał, aż za Potterem wygasną płomienie w kominku, zanim dołączył do Syriusza i Lupina, siedzących sztywno przy stole nad nietkniętym obiadem, jak skazańcy.
Nie, właściwie to poczucie nieuniknionego pojawiło się w zielonych oczach, dopiero kiedy napotkały severusowe spojrzenie.
– Widzisz, Lunatyku… – zaczął Syriusz, ale został uciszony.
– Łapo – Lupin niezręcznie odchrząknął. – Mógłbym pogadać ze Snapem w cztery oczy?
Syriusz zmarszczył czoło i obrócił głowę w stronę Severusa, by napotkać spojrzenie w rodzaju potrzymaj mi kremowe.
– Na pewno?
– A boisz się, że ktoś kogoś zje?
O, coś nowego – Lupin i ironiczny czarny humor.
Coś najwyraźniej spoza karty, pozostając w kulinarnych odniesieniach, bo Syriusz omal nie zakrztusił się własną śliną. Niemniej podziałało, bowiem przed upływem minuty pozostali w pomieszczeniu tylko we dwóch.
Lupin dołączył do Severusa, zajmując fotel naprzeciw.
– Nie wyjdę stąd… Z tego budynku, jeśli mi nie pozwolisz, prawda?
– Jeśli nie znajdziemy satysfakcjonującego, bezpiecznego wyjścia z tej sytuacji – uszczegółowił Severus. – Tak.
– Dostałem przeniesienie do grupy Elphinstone'a Urquarta. On o to wystąpił.
– To… będzie problem.
– Nie będzie. Odmówię. Przeżyłem traumę i nie nadaję się już do pracy w terenie. Nikt nie będzie z tym dyskutował. W razie czego odstawię raz czy dwa mały napad histerii, wezmę parę razy chorobowe. Po kilku tygodniach wystąpię o przeniesienie do innego departamentu. Myślałem o kontroli patentów albo czymś równie nudnym i nieistotnym dla służb. Poza obszarem inwigilacji tajnych agentów, bez szans, by znaleźć się w kręgu zainteresowania legilimentów – zreferował z charakterystycznym dla niego opanowaniem w zachowaniu i głosie, nawet jeśli niespokojne spojrzenie zdradzało napięcie. – Mogę także… Na rozsądnych warunkach złożę magiczną przysięgą albo pozwolę rzucić na siebie zaklęcie uniemożliwiające mi zdradzenie twojej tajemnicy.
Severus skłamałby nie przyznając, że był pod wrażeniem.
Lupin miał gotowy plan, dopracowany w szczegółach. Całkiem sensowny, co nie powinno aż tak bardzo dziwić, skoro mowa o niegdysiejszym kujonie z drugą lokatą na roku.
Tak, plan dawał radę, choć był dość… bezkompromisowy, szczerze powiedziawszy. Bardziej jak forma masochistycznej kary niż adekwatny środek zaradczy.
Jakież to gryfońskie.
– Lupin, myślę że da się to tak zorganizować, żebyś został w Biurze. – Co może okazać się pomocne, gdyby w perspektywie kolejnych miesięcy przyszło do ewakuacji stamtąd Pottera, zachował Severus już dla siebie. – Przy właściwym ułożeniu współpracy z Urquartem… oraz pewnych środkach prewencyjnych…
– Nie obyłoby się bez zmodyfikowania moich wspomnień. Wymazania części, zwłaszcza tych potencjalnie niebezpiecznych dla ciebie, bo znowu mogę trafić na wrogiego legilimentę. – Ściszył głos do szeptu. – Wymazanie ostatniej nocy?
– Tak.
– To nie wchodzi w grę – zastrzegł Lupin, rozwiewając ewentualne wątpliwości co do tej części.
– Taaak. Jeśli jednak nie zechcę pójść na takie ustępstwo, i tak nie zawołasz po gryfońskie wsparcie. Bo najpierw musiałbyś ich uświadomić, że wilkołacze wspomnienia z pełni nie znikają rano.
Lupin gwałtownie zbladł.
– Skąd…? – Dotknął dłonią spierzchniętych warg, jakby chciał cofnąć ostatnie i jednak iść w zaparte. Tylko przez chwilę. – Syriusz – wymamrotał, odpowiadając sam sobie. – Uważasz mnie za hipokrytę.
– Bo kłamiesz o tym przyjaciołom od zawsze, a zapałałeś świętym oburzeniem, że oni ośmielają się mieć tajemnice? – Severus wzruszył ramionami. – Ty użyłeś tego słowa.
Lupin, ewidentnie na granicy załamania, ledwo wydobył z siebie głos.
– Powiedziałeś im?
– Nie moja sprawa – zapewnił Severus, targany wewnętrznym rozdarciem. Z jednej strony był zły na siebie za nierozważne przekierowanie tej konwersacji na grząski grunt, ale jednocześnie wyczekiwał rozwinięcia. – Po co to kłamstwo?
Ta jedna rzecz gryzła się z profilem psychologicznym Remusa Lupina, zbudowanym przez bacznego obserwatora ze zbieranych przez lata skrawków informacji i wniosków z ich interpretacji. Z trójki muszkieterów to on wydawał się tym najbliższym standardom Domu Gryffindora. Lojalny, prawy, honorowy. Gryfoński do zesrania. Zawsze kryjący plecy przyjaciół, choćby osobiście nie zgadzał się z ich wyborami. Niezmiennie gotowy, by wyciągać pozostałych dwóch z każdego bagna, nierzadko za uszy.
I ta osławiona przyjaźń miałaby zostać zbudowana na łgarstwie?
– Technicznie, sam nigdy o tym nie skłamałem – wydukał tamten. – Ani razu nikomu nie powiedziałem, że kiedy wilkołaczy gen przejmuje kontrolę nad moim ciałem, jednocześnie tracę świadomość. Tak powiedzieli Dumbledore'owi moi rodzice, potem powtórzyła chłopakom Pomfrey, a ja nie sprostowałem. Skoro taką wersję akceptowali… Mnie takim akceptowali, bałem się zaryzykować i to stracić. Znając już alternatywę, nie dałbym rady wrócić do życia z wcześniej. Bez przyjaciół. Znowu być samotnym i przerażonym, jak w domu. – Schował głowę w ramionach, ale słowotok się nie urwał. – Moi rodzice się mnie boją. Kochają mnie, ale ta wilkołacza część ich niepokoi, nie tylko podczas pełni. Myślę… O Merlinie! Ponura świadomość, że wiem, jak to jest patrzeć nieludzkimi oczami, czuć się nieludzko, mieć instynkt łowcy i żadnych hamulców… To im nie pozwala widzieć we mnie tylko człowieka przez pozostałą resztę miesiąca. Dlatego, wysyłając mnie do szkoły, sprzedali wersję taką, jaką chcieli, aby była prawdziwa. Kierowali się troską, by reszta świata widziała we mnie jak najmniej z włochatego potwora. Tylko nieszczęśliwe dziecko, które budzi się rano poobijane i zdezorientowane, więc w pierwszym odruchu chcesz je przytulić i chronić. Tak to zostawiłem, bo moi przyjaciele nie patrzyli na mnie jak mama i tata. A to, jak chłopaki mnie widzą, przyjąłem za wyznacznik tego, kim jestem. – Przymknął powieki, bordowy z zażenowania. – Głupie, wiem. – Pokręcił głową, bezradny i odsłonięty. – Pewnie powinienem się zamknąć, ale mówienie… pomaga. A skoro widziałeś mnie w Greenwich, cokolwiek bym z siebie nie wyrzucił, bardziej już się nie pogrążę.
Jeśli Lupin żywił przeświadczenie, że jego rozmówca szyderczo go wykpi, to się pomylił.
Uparte milczenie Severusa nie wynikało jednakowoż z empatii czy dobrego wychowania – to dopiero byłby żart, że boki zrywać.
Nie.
Jak na złość, w tym momencie na Severusa spłynęła krytyczna autorefleksja. I cały intelektualny wysiłek angażował, by przegnać z głowy obraz widmowej formy swojego Patronusa, parskającego mu szyderczo w twarz.
– Więc ostatnio… – ciągnął tymczasem tamten. – Kiedy uznałem, że chłopaki przestali mi ufać, odebrałem to… bardzo personalnie. Przestałem być racjonalnym, ostrożnym, zapobiegliwym sobą. Odstawiłem wywar tojadowy, bo było mi wszystko jedno, jak sponiewierany obudzę się samotnie w piwnicy. W swej głupocie nie uwzględniłem… – Niespodziewanie z ust Lupina wyrwał się dźwięk zupełnie nie korespondujący z jego stanem emocjonalnym. Zagryzł wargi, by zdusić histeryczny chichot. – To tylko… Przepraszam. Wydaje mi się, że przechodzę właśnie małe załamanie nerwowe. Albo epizod psychotyczny. – Znów obłąkańczy śmiech, który przeszedł w jęk. – Przepraszam. Chyba.
Severus potrząsnął głową. Już od dłuższej chwili czuł się źle. Coraz bardziej winny z powodu tego zupełnie, całkowicie niepotrzebnego lupinowego emocjonalnego uzewnętrznienia.
Idiota, przeklął siebie samego w myślach.
Jego cholernym zadaniem było ogarnąć sytuację i zminimalizować niepożądane następstwa minionej nocy. Mógł sobie podarować tę część z byciem dupkiem.
A karma wraca, bo teraz desperacko sam chciał uciec z tego domu. Ukryć się przed zielonymi oczami.
Dobra, zdecydował. Wariant z przenosinami z Biura przechodzi. Z tym, że do rzucenia na Remusa Lupina zaklęć powiernika tajemnicy Severus potrzebował go w lepszej dyspozycji psychofizycznej.
– Ekhm, kwadrans przerwy. Chcesz się przewietrzyć?
– Już mi lepiej. Jest…w porządku. – Tamten sztywno machnął ręką. Ale wyraz jego twarzy mówił co innego i wreszcie przestał z tym walczyć. – Nie jest w porządku. Snape, to była najgorsza noc mojego życia.
Jak cholera.
– Wiem – padło głucho w odpowiedzi. – Nie zaliczyłbym jej też do moich ulubionych.
– Nie chodzi tylko o to, że akurat była pełnia. Mam na myśli, że nigdy wcześniej nikogo…
– Ja też – przyznał Severus na głos także przed samym sobą, odruchowo zerkając ku lewemu przedramieniu. – Technicznie, ze skutkiem śmiertelnym… ja też.
Bez ostrzeżenia, w plecy. Autorską czarnomagiczną klątwą zmieniającą człowieka w krwawiącą masę.
– Cholera – wyrwało się oniemiałemu Lupinowi. – Przykro mi. I dziękuję.
Severus z sykiem wypuścił powietrze.
– Cóż, o twój tyłek chodziło mi najmniej. – Severus zawahał się, ale skoro mieli swój moment zwierzeń… – Zareagowałem odruchowo. W trosce o własne życie wyeliminowałem potencjalne zagrożenie, zagospodarowując krwawiące zwłoki jako przynętę na odciągnięcie uwagi znacznie silniejszego i jeszcze bardziej nieobliczalnego przeciwnika, by samemu dać nogę. – I tylko jakimś cudem się udało, po trupach dwóch siedemnastolatków, którzy w równej walce mogliby mnie pokonać. – W cholerę chwalebne.
Lupin, choć żadną miarą nie usłyszał niezwerbalizowanej części, zamrugał zszokowany, widać nieczęsto doświadczając takiego poziomu szczerości.
A potem jego spojrzenie stwardniało.
– Ja rozszarpałem ciało Rowle'a zębami. Na kilka fragmentów. Tamto było… okropne. Brutalne. Czułem ciepłą krew spływającą w dół mojego przełyku. – Zbladł nieco i szarpnął się odruchowo do tyłu z dłonią przy ustach, jakby chciał powstrzymać odruch wymiotny. Tym razem fałszywy alarm.
Severus skinął, bo czuł, że jakaś reakcja była pożądana, ale w głowie miał pustkę.
Chociaż nie.
Właściwie jedno wracało jak mantra.
– Dlaczego chcesz to pamiętać?
– Żeby wiedzieć, jak bardzo źle mogą pójść sprawy. Dopóki będę to pamiętał, zrobię wszystko, by nigdy nie znaleźć się tam znowu. W sensie… nie stracić kontroli i nie narazić innych. Ale… – Wyprostował się i kontynuował już inaczej. Stanowczo i bez wcześniejszego rozdarcia. – W tym momencie wolę, że James i Syriusz nie wiedzą, że pamiętam. Byliby tu dla mnie. Wyrozumiali i wspierający. Tylko… Poradzę sobie bez tego. Fakt, że dorwałem akurat Rowle'a, po tym, co zrobił z Piercem… Myślę, że poradzę sobie z tym doświadczeniem zdecydowanie szybciej, niż pewnie powinienem.
– A Biuro? Nie jesteś najgorszym aurorem.
– I to jest kolejna sprawa. – Lupin w ciszy podrapał się po karku, jakby szukał właściwych słów. I podjął zupełnie niespodziewanie. – Ty… nie robisz tego, co robisz, dla dobra ludzkości i pokoju na świecie, tylko…
– Odwal się, Lupin – przerwał mu Severus, nagle gotowy do rękoczynów.
– … chcesz go martwym – dokończył jednak tamten. – Chcesz Voldemorta martwym za to, czym cię zrobił. I nie jest ci nieprzyjemnie z tą myślą. Rozumiem, bo ja też chcę kogoś widzieć martwym i ta myśl już mnie nie przeraża. Chcę martwym Fenrira Greybacka i zrobiłbym mu to, co Rowle'owi, tylko… z różdżką w dłoni. Bez mrugnięcia zignorowałbym rozkaz, jeśli kazaliby mi przekazać go dementorom. – I dokończył ciszej. – Dlatego nie widzę dla siebie perspektyw w Biurze.
Tak. To Severus mógł zrozumieć.
– Dobra, może być po twojemu. Z zaklęciem powiernika tajemnicy. Chociaż wziąłbym pod uwagę Departament Magicznych Wypadków i Katastrof.
– Brzmi rozrywkowo. Zgoda – potwierdził Lupin. Podniósł się, zbliżył do okna i niezgrabnie oparł plecami o parapet. Było coś jeszcze. Oczywiście. – Wiesz, co to za wielki sekret, prawda?
– Tak.
Lupin rozluźnił zaciśnięte dotąd dłonie i odetchnął… z ulgą?
– Cóż, wystarczyło, żeby się o tym wcześniej zająknęli i oszczędzilibyśmy sobie tego bałaganu.
– Zgubiłem się.
– No, wiesz. Mogli jak ludzie napomknąć, że sprawa jest delikatna, ale czuwa nad tym ktoś, ekhm, kompetentny.
Severus parsknął śmiechem.
– Ty naprawdę nie lubisz swoich przyjaciół.
Odpowiedział mu nieśmiały uśmiech.
– Mam ma myśli, że ty, Snape… Po prostu ogarniasz rzeczy. Jak było z projektem pod hasłem wywar tojadowy.
– Nie myśl sobie…
– … że cię cokolwiek obchodził mój problem? Heh, miałeś mnie gdzieś, wiem. Ale nie szło też o to, że ci się nudziło albo chciałeś zdeklasować Slughorna. Wziąłeś się za to ze względu na Syriusza, po tym, kiedy zrobiłem mu krzywdę w czasie pełni. Przecież pamiętam tamto i umiem dodać dwa do dwóch. Nie podobało ci się, że Syriusz utkwił w sytuacji powracającego, realnego niebezpieczeństwa, więc rozwiązałeś to po swojemu. Posiłkując się leksykalnymi adnotacjami na szóstym roku stworzyłeś unikalną miksturę, czego nie podjęłoby się wielu doświadczonych mistrzów eliksirów. A tobie wystarczyły dwa cykle księżycowe. – Na widok ściągniętych w konsternacji severusowych brwi, Lupin podsumował – Robisz z miejsca rzeczy teoretycznie nie do zrobienia. Na niemożliwe każesz ewentualnie chwilę zaczekać. Więc… Fart, że cię nie zjadłem. Ani nie gramy do przeciwnych obręczy.
Severus zdobył się tylko na przewrócenie oczami.
– Jeszcze jedna sprawa. Jesteś biegły w legilimencji, czyli oklumencja przychodzi ci pewnie jak oddychanie – zaryzykował Lupin. – Czy…?
– Nie zrobię ci warsztatów z oklumencji, bo nie potrzebujesz ich bardziej desperacko, niż ja potrzebuję tego czasu na inne, priorytetowe dla mnie aktywności. Obędziesz się bez tej tajemnicy. A na pewno będziesz lepiej spał.
– James… Nie potrzebuje mnie do tego?
– Czy będąc wtajemniczonym uzyskasz moc coś zmienić na lepsze? Wątpliwe. Z silnym odchyleniem na nie.
– Gdyby to się zmieniło…
– Salazarze. Nie.
– Ok. To lecimy z tym zaklęciem?
Severus nie musiał udawać, że też wolałby to mieć już z głowy.
Chociaż...
– Chcę coś jeszcze. I wolałbym, żeby to zostało między nami.
– A tak nam dobrze szło – westchnął Lupin trochę melodramatycznie, chociaż lekko zmrużone oczy obok niepokoju zdradzały ciekawość. – Jak bardzo mi się ta prośba nie spodoba? Albo inaczej, ile za to dają lat w Azkabanie?
– Właściwie nie ma na to paragrafu. O ile nie jesteś aurorem. A planujesz, zdaje się, przekwalifikowanie zawodowe?
– Nie jesteś najlepszy w kontaktach interpersonalnych, wiesz? Ale niech będzie. Zgoda.
– W ciemno?
– Wątpię, żebyś chciał czegoś, co choćby rykoszetem uderzyło w Syriusza albo was skłóciło. Zaryzykuję. Tylko, żeby nie było niedopowiedzeń – co wydarzyło się w Greenwich…
– … zostaje w Greenwich.
Witam w Nowym Roku i niechaj będzie niesamowitym!
Dziękuję Zetsubou Hime i Elsinoe za komentarze. Ostatnio mam jakąś słabość do Remusa. I na szybki finał się nie nastawiajcie, bo w tej zabawie chodzi przecież o to, by gonić króliczka ;)
Do następnego!
