A/N Fik powstał na akcję Dłużej i szczęśliwiej na Forum Literackim Mirriel do prompta Major Character Undeath.


— Walt!

— Shannon!

Shannon nie zwolniła kroku, ale dźwięk głosu i ciężkich kroków tuż za jej plecami dodał jej odwagi. Ostatnie słowa Sayida wciąż brzmiały jej w uszach, jednak nie miała czasu się nad nimi zatrzymać, bo Walt znikł jej z oczu i zaczynała już gubić kierunek, w którym się oddalił. Zwolniła nieco i rozejrzała się niepewnie po ciemnej dżungli, dzięki czemu Sayid zdołał nareszcie ją dogonić.

— Shannon!

Niemal w tej samej chwili przez dźwięki ulewy przebił się ogłuszający huk.

Coś ciężkiego zwaliło jej się na plecy i Shannon poleciała w błoto. Upadek pozbawił ją oddechu, ciężar przyszpilający ją do ziemi utrudniał nabranie powietrza, a spanikowane myśli nie pozwalały na ocenę sytuacji.

Ktoś strzelał — uświadomiła sobie nagle i ta jedna myśl otrzeźwiła ją bardziej niż woda do reszty przesiąkająca ubranie. Ktoś strzelał do niej i do Sayida.

— S… Sayid? — stęknęła, wciąż walcząc o każdy !— wrzasnęła w myślach, bo wreszcie dotarło do niej, czyj ciężar wciąż ją przygniata. Trafili go. Oczywiście, że go trafili, oczywiście, że ten idiota ofiarnie osłonił ją swoim ciałem albo przynajmniej próbował zepchnąć z linii strzału. Oczywiście, że wszyscy mężczyźni, którzy byli tak głupi, żeby obdarzyć ją swoimi uczuciami, prędzej czy później musieli skończyć martwi. Tata, Boone, Sayid… To wszystko jej wina. Wilgoć na jej twarzy znów stała się podejrzanie słona, piersią Shannon wstrząsnął płytki szloch, w tej samej chwili jednak poczuła, jak coś zaciska się na jej przedramieniu. Palce. Palce Sayida. Jeśli nimi porusza, to znaczy, że…

Sayid ścisnął ją ponownie, zupełnie jakby chciał jej powiedzieć „wszystko gra" albo może „nie ruszaj się", a potem ciężar na jej plecach nieco zelżał. Shannon ostrożnie odwróciła głowę i z zaskoczeniem spojrzała w twarz obcej kobiety, niewiele starszej od niej.

Nieznajoma wpatrywała się w nich z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Palce miała zaciśnięte na pistolecie, który jednak był wycelowany w ziemię. Nie wyglądało na to, by miała zamiar strzelić ponownie, przynajmniej w tym momencie, co dodało Shannon odwagi. Na wszelki wypadek wciąż nie odrywając wzroku od broni w dłoni tamtej, podparła się rękami i spróbowała unieść się z ziemi. Sayid poruszył się, ale Shannon nie była pewna, czy usiłował dać jej przestrzeń, czy wprost przeciwnie — powstrzymać ją przed dalszym ruchem. Tak czy inaczej, zaraz potem syknął z bólu i znów przygniótł ją mocniej. Shannon uświadomiła sobie z przerażeniem, że wilgoć na jej prawej łopatce jest znacznie cieplejsza od reszty.

— Sayid? — Zupełnie jakby potrafiła tylko w kółko powtarzać to jedno słowo. Tym razem kryła się w nim panika.

— Nic mi nie jest.

Kłamał, oczywiście, że kłamał, wyczułaby to w jego głosie, nawet gdyby nie był tak przepełniony bólem. W tej chwili jednak była szczęśliwa, że w ogóle go słyszy.

— Odbiło ci? To nasi! — W ciszę wdarł się jeszcze jeden głos, tym razem dziwnie znajomy.

— Michael! — No jasne. Skoro Walt tu był, to musiał być także i jego ojciec.

— Nic wam nie jest? — Dawson bez wahania minął nieznajomą i w paru susach znalazł się przy nich. — Cholera, Sayid, nie ruszaj się.

Sayid zignorował polecenie i, chyba uspokojony obecnością Michaela oraz faktem, że nieznajoma nadal nie wykazywała chęci do ponownego ataku, wreszcie niezgrabnie zsunął się z pleców Shannon. Shannon usiadła i natychmiast odwróciła się do niego, gorączkowo poszukując śladów krwi. Dostrzegła ją bez trudu, sączącą się spod prawego obojczyka Sayida i płynącą rozmytymi przez deszcz smugami w dół jego ramienia. Mogło być gorzej, pomyślała z ulgą, zaraz jednak przypomniała sobie, że gdzieś tutaj chyba powinno kończyć się płuco. Boone miał uszkodzone płuco i…

— Spokojnie, Shannon, to tylko draśnięcie. — Sayid musiał zauważyć, że zaczęła hiperwentylować.

— Dasz rady oddychać? Nie masz duszności? Czujesz smak krwi?

— Płuca są niżej — uspokoił ją pospiesznie Michael.

— Skąd wiesz, studiowałeś medycynę? — warknęła Shannon, odtrącając jego rękę, by sama lepiej przyjrzeć się ranie Sayida.

— Ja studiowałam. Wprawdzie tylko przez rok, ale…

Shannon zerknęła przez ramię i zaskoczeniem dostrzegła kolejną obcą kobietę, a za jej plecami jeszcze potężnego czarnoskórego mężczyznę i… Jina?

Sayid zrobił ruch, jakby chciał osłonić Shannon przed nieznajomą, ale ponieważ poruszył się zbyt gwałtownie, tylko jęknął z bólu i ponownie zastygł w bezruchu. Michael uspokajająco dotknął jego pleców.

— To nie Inni — wyjaśnił pospiesznie. — To nasi. Też lecieli lotem osiemset piętnaście, w tylnej części, spadli po drugiej stronie wyspy. To jest Libby, a tamta to Ana Lucia. Wybaczcie, nie chciała do was strzelać, wzięliśmy was za Innych.

Shannon niechętnie pozwoliła Libby zbliżyć się do Sayida i na moment przeniosła wzrok na drugą z kobiet. Musiała przyjrzeć się jej naprawdę uważnie, by dojrzeć pod maską, w jakiej zastygła twarz Any Lucii, cień poczucia winy.

— Rzeczywiście nie wygląda tak źle, ale trzeba będzie wyjąć kulę — odezwała się Libby po krótkich oględzinach. — Wasz obóz jest niedaleko stąd, prawda?

Shannon się zawahała. Nie była pewna, jak długo biegła na oślep za Waltem i ile razy zmieniała kierunek.

— Około półtorej mili na południowy wschód stąd. — Sayid nawet w tym stanie okazał się niezawodny.

— Dasz radę iść? — Michael zmierzył go badawczym wzrokiem. — Musimy już nieść Sawyera i… — urwał i wzruszył ramionami.

— A co, jego też postrzeliła? — Shannon nie mogła powstrzymać się od zgryźliwego komentarza i pełnego wyrzutu spojrzenia na kobietę z pistoletem.

— Nie — odparła Libby spokojnie. — Jego postrzelili Inni.

— Z Waltem wszystko w porządku? — zapytał Sayid. — Widzieliśmy go w dżungli na chwilę przed…

— Widzieliście Walta?! — Michael gwałtownym ruchem złapał go za ramię. To zdrowe, ale Sayid i tak skrzywił się z bólu. — Gdzie? Kiedy?

— W dżungli — odpowiedziała Shannon, pozwalając Sayidowi złapać oddech. — A wcześniej był w naszym szałasie. Próbowałam go znaleźć, ale nie byłam w stanie. — Przygryzła wargę, by opanować znów cisnący się jej na usta szloch. Zawiodła Walta i Michaela, naraziła życie ukochanego mężczyzny, który oberwał kulkę za jej głupotę…

— Michael? — zapytał Sayid łagodnie. — Co dokładnie się stało, od kiedy wypłynęliście w morze?

Dawson na moment odwrócił wzrok.

— Inni zaatakowali nas, postrzelili Sawyera, wysadzili nam tratwę i zabrali Walta — wyrzucił z siebie gorzko, patrząc gdzieś na drzewo za plecami Sayida.

— A potem my natknęliśmy się na nich na plaży i wzięliśmy ich za Innych — uzupełniła Ana Lucia, która nareszcie zdecydowała się ruszyć z miejsca. — Przepraszam za to. — Wskazała podbródkiem na ramię Sayida. — Było ciemno, słyszeliśmy głosy, a tamci niedawno porwali kolejną z nas. Tak bezszelestnie, że nawet się nie zorientowaliśmy kiedy. Nie miałam pojęcia, że jesteśmy już blisko waszego obozu ani że pałętacie się po dżungli po nocy. Po naszej stronie wyspy coś takiego oznaczało pewną śmierć.

— Nie pałętali się, tylko szukali mojego syna, nie słyszałaś? — Michael zerwał się na nogi. Chciał chyba powiedzieć coś jeszcze, ale Sayid odwrócił jego uwagę szturchnięciem w łydkę.

— Pomóż mi wstać — poprosił.

— Nie ma mowy. — Shannon zdecydowanie oparła mu dłoń na zdrowym ramieniu. — Najpierw trzeba cię opatrzyć.

— Najpierw — Sayid zignorował ją, a zamiast tego utkwił surowe spojrzenie w Anie Lucii — oddasz mi broń.

Kobieta cofnęła się o krok i butnie uniosła głowę.

— Niby z jakiej racji?

— Z takiej, że w tej chwili stanowisz zagrożenie dla siebie i innych.

Shannon wiedziała, że Sayid jest oburęczny, ale mimo to była zaskoczona tym, jak sprawnie sięgnął lewą ręką do tyłu i wyciągnął swój pistolet.

— Sayid! — warknął Michael ostrzegawczo, bo Ana Lucia także uniosła swój.

— Odłóż broń — powtórzył Sayid powoli, z pozornym spokojem, ale było w jego głosie i spojrzeniu coś takiego, że wzdłuż pleców Shannon przebiegł dreszcz.

Tamta także musiała to poczuć, bo chociaż przeciwnik wciąż siedział na ziemi i obficie krwawił, to ona uległa pierwsza i powoli opuściła rękę z pistoletem.

— Żebyś mógł się zemścić? — prychnęła jeszcze w ostatnim przypływie buntu.

— Nie pragnę zemsty. Usiłowałaś bronić swoich ludzi, szanuję to. Ale ja odpowiadam za bezpieczeństwo moich, a ty jesteś zbyt roztrzęsiona i zbyt blisko naszego obozu, żebym mógł z czystym sumieniem pozwolić ci iść dalej z bronią w ręku.

Sayid położył swój pistolet na kolanach i wyciągnął dłoń, Ana Lucia jednak wciąż się wahała.

— Oddaj go Jinowi — wtrąciła się niespodziewanie Shannon.

Spojrzenia pozostałych powędrowały w jej kierunku, a Sayid uniósł brwi.

— Jeśli Walt tu był, to Inni też mogą, a ty w tym stanie na niewiele się zdasz — wytknęła. — Daj drugi pistolet Jinowi, on nie będzie strzelał na oślep, w końcu wie, że Sun może być w pobliżu.

Michael wyglądał na nieco urażonego, że nie wybrała jego, ale w końcu skinął głową na poparcie jej planu. Nawet jeśli kusiło go, by udać się na poszukiwanie syna, musiał przyznać, że w obecnej sytuacji samotna wyprawa w głąb dżungli byłaby szaleństwem. Każdy rozsądny człowiek to widział, prawda? Shannon z trudem zdusiła w sobie kolejny przypływ poczucia winy.

Chwilę później pistolet Any był już w rękach Jina, a na polanę powrócił ciemnoskóry olbrzym wraz z drugim, znacznie niższym i starszym mężczyzną. Pomiędzy nimi znajdowały się nosze, na których musiał leżeć Sawyer. Ich pojawieniu się nie towarzyszyło jednak żadne przekleństwo ani żadna sarkastyczna uwaga, co oznaczało, że z Sawyerem musiało być naprawdę źle. Libby, pełniąca najwyraźniej w tej grupie rolę medyka, natychmiast skierowała się w stronę noszy, by sprawdzić stan drugiego z rannych. Shannon zaś rozejrzała się w poszukiwaniu czegoś, co nadawałoby się na bandaż. Nie znalazła — bo niby gdzie, nie mieli praktycznie nic poza tym, co nosili na sobie. Bez namysłu ściągnęła więc z siebie bluzkę, wykręciła ją z wody i przyłożyła do ramienia Sayida.

— Wybacz, nie mam nic lepszego — mruknęła, udając, że nie widzi, jak wzrok mężczyzny bezwiednie przesuwa się w dół jej równie przemoczonego podkoszulka.

Trwało to zresztą tylko przez chwilę, bo gdy materiał zetknął się z raną, Sayid zmrużył oczy, walcząc z nową falą bólu. Shannon mimowolnie pogładziła go po ramieniu. Jakby to mogło w czymkolwiek pomóc — pomyślała gorzko.

— Dziękuję — Sayid szepnął miękko i uśmiechnął się pokrzepiająco.

Doprawdy, to nie on tu powinien pocieszać ją, lecz na odwrót, ale uczucie w jego oczach sprawiło, że Shannon mimo wszystko poczuła się nieco lepiej. Uczucie… Powiedział, że ją kocha, prawda? Ale może to było tylko pod wpływem chwili, może po prostu usiłował wszelkimi dostępnymi środkami przekonać ją, by porzuciła ten głupi nocny pościg. Shannon potrząsnęła głową. Nie będzie o tym teraz myślała, w tej chwili to przecież nie miało znaczenia, a przynajmniej nie tak jak to, by Sayid bezpiecznie dotarł pod opiekę Jacka. I Sawyer także, dodała po chwili w myślach, zerkając na trzymane już przez czterech mężczyzn nosze.

— Możemy ruszać — zadeklarował Sayid i tym razem z pomocą Shannon i Libby zdołał jakoś podnieść się na nogi.

Początkowo szli zwartą grupą, prowadzeni przez Anę Lucię, przywódczyni nowych nie znała jednak drogi, już wkrótce musiała wycofać się więc i zdać na Sayida. Ten zaś radził sobie całkiem nieźle, zważywszy na fakt, że cienka bluzeczka Shannon, którą miał obwiązane ramię, dawno już na wylot przesiąkła krwią. Im bliżej byli obozowiska na plaży, tym bezpieczniej się czuli, a więc odstępy między nimi stawały się coraz większe. Mężczyźni obciążeni noszami zostali w tyle, ślizgając się na błotnistej ziemi. Ana Lucia zajęła pozycję w środku, Sayid zaś na czele pochodu, flankowany przez Shannon i Libby.

Shannon z niepokojem patrzyła, jak jej towarzysz coraz bardziej przyspiesza kroku. Z początku próbowała go stopować, w końcu jednak dotarło do niej, że Sayid usiłuje dotrzeć jak najdalej, nim całkiem opadnie z sił. Nie była przekonana, czy to najmądrzejsza strategia, ale poddała się i teraz tylko szły z Libby po obu jego stronach, asekurując go i pomagając mu pokonywać co trudniejsze przeszkody.

Deszcz ustał nareszcie, a wraz z nim w jakiś niewyjaśniony sposób odpłynęła także część grozy. Shannon zdawało się, że kiedy wytęży słuch, jest już w stanie dosłyszeć huk oceanu uderzającego falami o brzeg — ich brzeg.

— Chyba jesteśmy już blisko — powiedziała cicho.

Sayid nie odpowiedział, co niezbyt ją zdziwiło, podejrzewała bowiem, że parł do przodu resztkami sił, napędzany chyba tylko oślim uporem. Libby natomiast obejrzała się przez ramię.

— Może powinniśmy zaczekać na resztę? — spytała niepewnie. — Są już mocno zmęczeni, zwłaszcza Bernard.

— Im szybciej dotrzemy do obozu, tym szybciej otrzymają pomoc — wytknęła Shannon w nadziei, że zabrzmi to bardziej przekonująco niż „jeśli mój chłopak się zatrzyma, może już nie dać rady ruszyć dalej".

Libby na szczęście nie protestowała.

— Czekaj, czy ty powiedziałaś „Bernard"? — Shannon nagle uświadomiła sobie, dlaczego to imię zabrzmiało znajomo.

Libby uśmiechnęła się lekko.

— Zdaje się, że jest z wami jego żona?

Shannon aż otworzyła usta ze zdziwienia. Potem zamrugała pospiesznie, dziwnie poruszona myślą o tym, że wbrew temu, co podpowiadał im dotychczas rozsądek, Rose za moment miała doczekać się cudu. A skoro świat na tej wyspie najwyraźniej nie trzymał się żadnej logiki, czy to oznaczało, że może dla niej samej także była jakaś nadzieja? Zerknęła ukradkiem na Sayida, wciąż uparcie posuwającego się naprzód pomimo twarzy ściągniętej bólem i przyszło jej na myśl, że być może jej własny cud już się wydarzył.

Gdy pomiędzy drzewami dostrzegli dachy pierwszych szałasów oświetlonych promieniami wstającego słońca, Sayid niespodziewanie się zatrzymał. Shannon błyskawicznie znalazła się u jego boku gotowa, by go podtrzymać, ale on tylko lekko potrząsnął głową.

— Mogłabyś zawołać Jacka? — poprosił cichym, ochrypłym od wysiłku głosem. — Nie chcę budzić wszystkich i siać paniki.

Shannon z wahaniem przeniosła wzrok na towarzyszkę. W oczach Libby było jednak coś takiego, co budziło zaufanie, ostatecznie skinęła więc głową i truchtem pospieszyła w kierunku namiotu lekarza. Na szczęście tej nocy spał w obozie — cokolwiek robili w tym ich bunkrze, najwyraźniej dziś była kolej Locke'a. Parę minut później Jack, zaskakująco przytomny, zważywszy na fakt, że przed chwilą został brutalnie wyrwany ze snu, pochylał się już nad Sayidem, który w międzyczasie musiał osunąć się na ziemię i siedział teraz oparty o pień rozłożystej palmy.

— To nic takiego — Sayid zaprotestował słabo, próbując odtrącić dłoń doktora. — Zajmij się Sawyerem, ja mogę zaczekać.

— Sawyerem? — Jack zmarszczył brwi, ale nie musiał czekać na odpowiedź, bo w tej samej chwili zarośla zaszeleściły i wyłoniła się z nich Ana Lucia, idąca teraz na czele pochodu z noszami.

Sun, którą Shannon także obudziła po drodze, lecz nie zdążyła jej wiele wyjaśnić, wydała z siebie zduszony okrzyk i zakryła dłonią usta, rozpoznawszy wśród nadchodzących swojego męża. Shannon i Sayid wymienili blade uśmiechy.

— Powinnam była zbudzić też Rose, ale nie chciałam nadkładać drogi — szepnęła Shannon, bo czuła się odrobinę winna. Nie na tyle jednak, by żałować swojej decyzji, jako że szałas Rose znajdował się na dokładnie przeciwległym krańcu obozowiska.

Sayid przymknął oczy. Shannon nie była pewna, czy chciał w ten sposób powiedzieć jej „nic się nie stało", czy po prostu nie był w stanie dłużej trzymać ich otwartych. Na wszelki wypadek delikatnie oparła mu dłoń na udzie, a kiedy natychmiast uniósł powieki, odetchnęła z ulgą. Postanowiła na razie jeszcze zignorować drżenie, które wyczuwała pod palcami. Ostatecznie byli już prawie w domu, prawda?

Nawet nie zauważyła, kiedy Jack znowu znalazł się przy nich.

— Wybaczcie, muszę najpierw zająć się Sawyerem — mruknął przepraszająco. — Wytrzymasz jeszcze trochę?

— Wytrzymam. — Sayid nie brzmiał zbyt przekonująco, ale wszyscy troje wiedzieli, że nie miał większego wyjścia.

— Shannon — Jack zwrócił się następnie do niej. — Zabierz go do szałasu, Jin i Sun ci pomogą. Jeśli dacie radę, przebierzcie go w coś suchego. Ty też się przebierz, nie potrzebujemy tu jeszcze zapalenia płuc. — Uśmiechnął się w sposób, który miał być chyba pocieszający, ale wypadł dosyć blado. Potem podniósł się i pospieszył z powrotem do pacjenta na noszach. Shannon ostatni raz ścisnęła nogę Sayida, zupełnie jakby chciała przekazać mu tym dotykiem choć trochę sił, i uniosła wzrok. Nie musiała nic mówić ani prosić o przetłumaczenie — Jin natychmiast zrozumiał jej niemą prośbę i, odsunąwszy delikatnie, lecz stanowczo Libby, zajął jej miejsce u boku Sayida.

Wspólnymi siłami jakoś doholowali rannego do szałasu, tego samego, który Sayid podarował Shannon zeszłego wieczora — choć miała wrażenie, że od tego czasu minęły długie tygodnie. Kiedy dotarli na miejsce i pomogli Sayidowi usadowić się na posłaniu, Shannon zdecydowanym tonem podziękowała towarzyszom za pomoc, dając im tym do zrozumienia, że dalej już poradzi sobie sama. Może to nie była najmądrzejsza decyzja, pomyślała, gdy zasłona za Koreańczykami opadła. Z jakiegoś powodu jednak chciała… potrzebowała zaopiekować się Sayidem sama, przynajmniej przez tę chwilę, gdy oczekiwali na Jacka.

Omiotła wzrokiem jeszcze nie do końca znajome wnętrze, myśląc, że przed zaledwie paroma godzinami spędzali tu czas na znacznie przyjemniejszych aktywnościach i żadnemu z nich nie przyszłoby nawet na myśl, jak tragicznie zakończy się ich pierwsza wspólna noc. Sayid nie zdążył jeszcze nawet na dobre się wprowadzić. W końcu, jak twierdził, zbudował ten szałas dla niej, choć więc musiał zdawać sobie sprawę, że on też tu zamieszka, chyba dla zachowania pozorów nie przeniósł tu dotąd swoich rzeczy.

Shannon zatrzymała wzrok na pękatej walizce. Walizce Boone'a. Zawahała się przez moment. Jej bratu zawartość bagażu nie mogła jednak na nic się już przydać, a Sayid trząsł się coraz bardziej z zimna lub szoku. Podjąwszy decyzję, pospiesznie otworzyła walizkę i wyłuskała z niej ciepłą bluzę na zamek, czyste skarpetki oraz parę dresowych spodni.

Sayid przyglądał się jej ruchom spod półprzymkniętych powiek. Nie wykonał żadnego ruchu, odkąd posadzili go na kocu, ale gdy zbliżyła się z naręczem ubrań, zapytał ledwo słyszalnym głosem:

— Jesteś pewna?

Shannon wzruszyła ramionami.

— Siedź cicho i nie marnuj sił — poleciła i zaczęła ściągać z niego przesiąkniętą deszczem, błotem i krwią koszulkę, po raz kolejny dziękując Sayidowi w duchu za dobór garderoby, tym razem po raz pierwszy nie z powodu walorów estetycznych.

Myśli Sayida musiały krążyć podobnymi ścieżkami, bo nagle na jego ustach pojawił się krzywy uśmiech.

— Co prawda kiedy budowałem ten szałas, przebiegło mi przez myśl, że ktoś może w nim kogoś rozbierać, ale okoliczności wyobrażałem sobie nieco inaczej.

— Kretyn — ofuknęła go Shannon. — Daj rękę. — Ostrożnie pomogła Sayidowi przełożyć zdrową rękę przez rękaw i zarzuciła bluzę na jego nagie plecy, bo i tak nie było sensu ubierać go dokładniej, dopóki Jack go nie opatrzy.

Sayid na szczęście usłuchał i powstrzymał się od dalszych głupich komentarzy. Być może dlatego, że zmiana spodni nawet z jej pomocą kosztowała go wiele wysiłku i kiedy skończyli, dyszał ciężko niczym człowiek po długim biegu.

— Może się połóż? — zasugerowała Shannon, sięgając po koc. — Jack pewnie niedługo przyjdzie, ale zdążysz jeszcze chwilę odpocząć.

Sayid tylko potrząsnął głową.

— Jak zwykle uparty jak osioł — prychnęła Shannon w odpowiedzi. — Jesteśmy w obozie, jest rano, nic nam nie grozi, Jack zaraz przyjdzie, a ja daję słowo, że nie wyjdę z tego szałasu, choćby w drzwiach stanął cały legion duchów. Położysz się?

Sayid ponownie pokręcił głową, jeszcze oszczędniej niż poprzednio i, ku zaskoczeniu Shannon, uśmiechnął się przepraszająco.

— Obawiam się, że nie dam rady — wyznał z wahaniem, niemalże nieśmiało, zupełnie jakby nawet w takiej chwili wstydził się, że ją zawodzi.

Shannon zmierzyła go badawczym spojrzeniem. Wyglądał jeszcze gorzej niż przed paroma minutami, jego twarz była nienaturalnie blada, skóra lśniła od potu, mimo że jego ciałem wstrząsały dreszcze. A mimo to wciąż patrzył na nią z tą niewiarygodną czułością i troską, zupełnie jakby to ona była tą, która potrzebuje wsparcia i opieki. I nagle coś w niej pękło. Nie zważając na jego stan, oskarżycielsko wycelowała palec w jego pierś i wyrzuciła z siebie:

— Ty idioto! Kto cię prosił, żebyś mnie osłaniał? Ona strzelała do mnie, rozumiesz? Do mnie! I to ja powinnam tu leżeć… to znaczy siedzieć. Ja powinnam się wykrwawiać, bo zasłużyłam sobie na to swoją głupotą, a nie ty… ty cholerny, durny pustynny ośle!

Nie dbała już o to, że zanosi się szlochem i że pół obozu może ją usłyszeć. To była jej wina. Sayid omal nie zginął przez nią. Nawet teraz jeszcze mógł nabawić się zakażenia czy jakiegoś zapalenia płuc i umrzeć, zostawiając ją samą i z jeszcze większym poczuciem winy. A on, ten przeklęty kretyn, wcale nie wyglądał na ani trochę skruszonego. Wręcz przeciwnie. Uśmiechnął się z czymś na kształt rozrzewnienia i uniósł rękę, jakby chciał otrzeć jej łzy, w porę jednak zdał sobie sprawę, że jego palce są oblepione zaschnięta krwią i cofnął dłoń. Shannon, wciąż szlochając, złapała ją w powietrzu i ścisnęła mocno. Zbyt mocno. Sayid mimowolnie skrzywił się z bólu i teraz to ona pospiesznie zabrała rękę.

— Przepraszam — wydusiła przez zaciśnięte gardło. — Przepraszam, że cię nie słuchałam, że polazłam do tej dżungli jak ostatnia kretynka, że… — urwała, by zaczerpnąć tchu.

— Nie masz za co przepraszać. — Sayid wciąż się uśmiechał. — Wiesz? — dodał cicho, poważniejąc. — Nie pamiętam, kiedy ostatnio komuś tak zależało, żebym przeżył.

Shannon zaśmiała się histerycznie i gwałtownym ruchem otarła oczy, by lepiej widzieć.

— A ja nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś tak we mnie wierzył — szepnęła i odwróciła wzrok, zawstydzona swoją szczerością.

Shannon Rutherford nigdy nie wyrażała uczuć. Nie takich przynajmniej. Złościła się, buntowała i drwiła bez litości, jednak miłosne wyznania stanowiły dla niej strefę zakazaną. Nigdy nie mogła przecież mieć pewności, czy nie zostaną użyte przeciwko niej. Tam w dżungli pod wpływem emocji powiedziała zbyt dużo, był to jednak przypływ desperacji, teraz zaś usilnie starała się odzyskać nad sobą panowanie, zanim wymknie jej się z ust coś jeszcze.

— Wierzę w ciebie, bo cię kocham — powiedział Sayid miękko. Powiedział to drugi raz. Właściwie trzeci, jeśli liczyć nie tylko tę rozmowę w dżungli, ale i to, co wydarzyło się wcześniej tu w szałasie. Faceci nigdy nie mówili takich rzeczy więcej niż raz, prawda?

Shannon zamrugała gwałtownie i ponownie otarła oczy, jakby ostrość obrazu miała pomóc jej w ocenie szczerości siedzącego przed nią mężczyzny.

— Kocham cię! — powtórzył Sayid jeszcze raz, głośniej, bardziej stanowczo.

A potem zemdlał.

Cóż, chyba jednak mogła bezpiecznie założyć, że mówił prawdę.