36. NICZYM MAGIA


Mapy i schematy leżały porozrzucane po stole, pokazując wszem wobec kluczowy plan kompleksu budynków i najbliższego terenu wokół obiektu. Pochylało się nad nimi pięciu mężczyzn. Blat był oświetlony przez smugę światła wydobywającą się z jasnej kuli unoszącej się nad ich głowami; poza tym pomieszczenie pogrążone było w półmroku. Jedynie małe okienko w gołej betonowej ścianie wpuszczało do środka odrobinkę dziennego słońca. W pokoju znajdował się tylko i wyłącznie stół. Czarodzieje nie przejmowali się surowością otoczenia. Czterech nosiło mundur, na który składały się oliwkowe koszule, czarne spodnie bojowe i pasujące doń ciemne buty. Ich różdżki chroniły kabury przymocowane do pasów, dzięki czemu jeszcze bardziej przypominały śmiercionośną broń.

Ostatni mężczyzna z grupy stanowił wyjątek od reguły. Miał na sobie szare spodnie i ciemnobrązową kamizelkę, zarzuconą na białą koszulę. W przeciwieństwie do swoich towarzyszy nie sprawiał wrażenia uzbrojonego. Nie był też równie umięśniony i wysoki. Właściwie to sięgał im do ramion. Miał złote, trochę rozczochrane włosy, co także odróżniało go od innych czarodziejów, którzy charakteryzowali się krótko ściętymi fryzurami i ciemnymi kosmykami. Umundurowani zachowywali powagę, zaś blondyn ewidentnie był rozbawiony, błądząc wzrokiem po rozłożonych na blacie schematach.

– Jakie informacje przyniósł rekonesans? – zapytał po dłuższej chwili milczenia miękkim, aczkolwiek stanowczym głosem.

– Zwiększyli ochronę, zatrudniając personel z zewnątrz – odpowiedział natychmiast jeden z mężczyzn, a potem się zawahał, patrząc z niepokojem na przywódcę. Całkiem prawdopodobne, że zastanawiał się nad wyrażeniem własnej opinii. – Wygląda na to, że działają bez zastanowienia. Są niczym kurczaki biegające bez głowy – dodał, gdy blondyn spojrzał nań z wyczekiwaniem. – Nadprogramowi strażnicy to tylko dodatkowy środek ostrożności. Nie mają żadnych podejrzeń do naszego planu, niemniej jednak nadal stanowią przeszkodę.

Lider uśmiechnął się krzywo.

– Cóż, problemy są po to, aby je rozwiązywać, prawda?

– Oczywiście – odpowiedział natychmiast żołnierz.

Blondyn pochylił się do przodu, błądząc wzrokiem po mapie. Wtem wskazał miejsce palcem.

– Biorąc pod uwagę przedsięwzięte środki ostrożności, atak od tej strony byłby misją samobójczą – podsumował z rozsądkiem, przesuwając opuszkiem po schemacie. Gdy był skoncentrowany na zadaniu, jego wzrok stwardniał. Momentalnie spoważniał. – Powinniśmy zmodyfikować nasz plan. Zaatakujemy z dwóch różnych miejsc, a mianowicie stąd i stąd – kontynuował, ostro gestykulując. – Wejdziemy po cichu do środka i tak samo wyjdziemy. Wzmocnienie ochrony to dla nas żadna niespodzianka, bo spodziewaliśmy się podobnych działań. Byliby najprawdziwszymi idiotami, gdyby nie przewidywali ataku i doń nie przygotowali, zwłaszcza biorąc pod uwagę tożsamość swojej klienteli. Jeżeli wejdziemy od frontu, będziemy zaangażowani w pełną bitwę, a walka zdecydowanie przeciągnie się w czasie. Tym samym przyciągniemy niepotrzebną i niechcianą uwagę.

– Zostaniemy przyłapani przez oddział aurorów z gaciami u kostek – podsumował jeden z umundurowanych mężczyzn. Miał ciemnorude włosy i nosił okulary, które średnio mu pasowały.

Przywódca znów się uśmiechnął.

– Lepiej bym tego nie określił, Rousseau – stwierdził z aprobatą, nie oderwawszy wzroku od rozłożonych map. – Raczej nie chcemy, żeby le Ministère z nas szydziło, prawda? – Rzucił podwładnemu uważne spojrzenie, a potem omiótł wzrokiem pozostałych czarodziejów. W ich oczach zobaczył podziw i szacunek. Uśmiechnął się i przeczesał dłonią rozwichrzone włosy. – Nigdy nie zapominajcie, że nie prowadzimy jeszcze wojny na skalę światową, panowie. Obecnie chcemy zasiać odrobinę chaosu i strachu wśród tych, którzy są nam przeciwni. – Wygładził twarz. – Musimy dać znak, że nadal tutaj jesteśmy i nie pozwolimy na dalszą degradację le Ministère, naszego kraju i społeczeństwa. – Odsunął się od stołu. Niewątpliwie otaczała go atmosfera autorytetu. Skorzystawszy z okazji, zaczął się przechadzać po pokoju, trzymając ręce za plecami. Nawet na moment nie przestał rozglądać się po swoich podwładnych. – Wiem, że wielu urzędników Ministerstwa Magii opowiada się za naszą sprawą, ale to nie znaczy, że poprą otwartą wojnę.

– Może po prostu przestaniemy wreszcie udawać, dowódco? – zapytał Rousseau, pełen szacunku. – Urzędnicy nie będą wiecznie udawać ślepych i głuchych. Prędzej czy później będą musieli przestać nas ignorować.

Lider spojrzał nań uważnie. Nie wydawał się urażony sugestią.

– To prawda. W pewnym momencie zantagonizujemy Ministerstwo, ale jeszcze nie teraz – odpowiedział. – Musimy uzbroić się w cierpliwość, panowie.

– Tak jest, dowódco. Zastanawiam się jednak, czy w pierwszej kolejności potrzebujemy Ministerstwa.

– Obawiam się, że owszem. – Uśmiechnął się blondyn. – Na tę chwilę le Ministère de la Magie jest jedyną instytucją, która nas ochrania przed wszystkimi siłami, które pragną naszego unicestwienia – wyjaśnił, nie będąc nawet w najmniejszym stopniu zirytowany koniecznością tłumaczenia się przed własnymi ludźmi. – Jak dotąd sam Minister Magii przymyka na nas oko i wstrzymuje się od interwencji. Wiem, że w tajemnicy jest naszym sojusznikiem, ale jeżeli zaczniemy działać zbyt rażąco i gwałtownie, nie pozostawimy mu wyboru i będzie musiał w nas uderzyć. Uwierzcie, że nie zaryzykuje utraty wiarygodności w oczach Brytyjczyków, Niemców, czy też Hiszpanów. Jego pozycja już teraz jest osłabiona przez nasze decyzje. Jeżeli uzna, że stanowimy zagrożenie, nie zawaha się zmobilizować wszystkich swoich sił. Nie może ryzykować wywołania niezgody z innymi krajami, tak więc gdy nie pozostawimy mu wyboru, wkroczy do akcji. – Przestał spacerować i omiótł podwładnych trochę rozbawionym spojrzeniem. – Le Ministère jest potężnym człowiekiem. Znasz siłę francuskich aurorów, Rousseau? Gwarantuję, że całkiem szybko znaleźlibyśmy się na liście ich priorytetów.

– Nasze siły dorównują aurorskim – zauważył z ostrożnością inny z mężczyzn.

– To oczywiste. – Uśmiechnął się lider, a w jego oczach pojawił się charakterystyczny błysk. – Nie masz powodów do zmartwień, Morel. Nadal uważam, że konfrontacja z Ministerstwem Magii jest nieunikniona. Będziesz miał szansę, żeby sobie powalczyć. Chcę jednak odwlec ten moment w czasie, gdyż dzięki temu możemy zachowywać się swobodnie.

Wtem rozmowę przerwało gwałtowne pukanie do drzwi. Morel podszedł do wrót i otworzył je na oścież. W progu stał odziany w czarną koszulę i oliwkowe spodnie mężczyzna, z przyczepioną do paska kaburą na różdżkę.

– Wpuść go – powiedział blondyn, a podwładny bez słowa się odsunąć, aby wpuścić towarzysza do pokoju. – Spocznij – dodał, kiedy nowo przybyły podszedł bliżej. – Udało ci się? – zapytał z błyskiem w oku.

– Tak, dowódco.

– Jakieś nieoczekiwane komplikacje?

– W żadnym wypadku – odpowiedział żołnierz. – Możemy dokończyć misję zgodnie z poprzednimi wytycznymi. Nasz szpieg nadal czeka na pozycji za murami zamku.

– Co ze świstoklikiem? – Uśmiechnął się przywódca.

– Dostarczony na miejsce i przygotowany do użytku. Wystarczy wydać rozkaz.

– Świetna robota, Girardzie. Zbierz swoich ludzi i się przegrupujcie – powiedział. – Możesz odejść.

– Tak jest, generale.

Mężczyzna zasalutował, a następnie wyszedł z pokoju narad wojskowym krokiem. Grindelwald przeczesał dłonią zmierzwione blond włosy i przez moment wpatrywał się w przestrzeń, jakby się nad czymś zastanawiając. Sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął swą różdżkę, po czym z miłością popieścił wzrokiem gładkie drewno.

Zanim minęło trzydzieści sekund, jego spojrzenie nabrało ostrości. Wzmocnił uścisk na orężu i podszedł z powrotem do stołu z mapami i schematami. Ponownie obejrzał plany, ale właśnie wtedy zauważył, że jego prawa ręka spogląda nań pytająco. Rousseau najwyraźniej główkował, co miała znaczyć to wtargnięcie i zwięzłe sprawozdanie. Zazwyczaj rozmawiali ze sobą bardzo otwarcie, więc nic dziwnego, że był wszystkim zainteresowany. Naturalnie, nie był na tyle bezczelny, żeby kwestionować jego decyzje bądź dopytywać o szczegóły przy innych towarzyszach broni. Aby go uspokoić, uśmiechnął się z rozbawieniem.

– Niczym się nie martw, Rousseau. – W oczach blondyna pojawił się pogodny błysk. – Zadanie, które zleciłem, nie miało nic wspólnego z naszym pierwotnym planem. Można powiedzieć, że chodziło o moje nowe hobby.


Hermiona szła powoli w kierunku lochów. Znów był poniedziałek i naprawdę nie chciała iść na lekcje, ale nie miała większego wyboru. Jako pierwsze musiała odbębnić eliksiry, ale, szczerze powiedziawszy, trochę się obawiała. Wreszcie nadeszła wielka chwila. Dziś musiała się wysilić i sabotować Ortusa. Za wszelką cenę pragnęła udaremnić swoją potencjalną demaskację. Powinnam była dawno temu rzucić Reducto, pomyślała ze złością. To zdecydowanie oszczędziłoby jej wielu kłopotów. Oczywiście, szłam w zaparte, dodała i przewróciła oczami. Musiała wykazać się sprytem, przebiegłością i skutecznością. Eliksir trzeba popsuć tak, żeby nikt niczego nie zauważył, czy też podejrzewał, zwłaszcza chłopak, obok którego siedziała.

Mimowolnie dotknęła bandaża owiniętego ciasno wokół przedramienia i palcami delikatnie przesunęła po wypukłości opatrunku. Rana wciąż była głęboka, żywa i bolesna. Właściwie to rany na obu rękach, dodała w myślach, owładnięta nagłą złością. Zacisnęła dłonie w pięści i natychmiast zacisnęła z bólu zęby. Lekko potrząsnęła głową. To bez znaczenia, podsumowała. Nie miała przecież żadnego powodu, żeby nurzać się w przygnębieniu. Ustaliła swoje priorytety i miała plan do wykonania. Odetchnęła głęboko, rozluźniła mięśnie i ruszyła w kierunku sali lekcyjnej.

Klasa powinna dziś skończyć Ortusa. Nie mój stolik, stwierdziła, zdeterminowana, poprawiwszy torbę. Ingrediencję, którą zawczasu przygotowała, poddała specjalnej obróbce, aby mieć pewność, że nie sknoci sabotażu. Jedną z ostatnich dodawanych do eliksiru ingrediencji jest cykuta, która sama w sobie nie stanowi dużego zagrożenia. Była z pozoru nieszkodliwa, więc nikt niczego nie będzie podejrzewać. Oczywiście, musiała zastąpić składnik ze składziku profesora swoim własnym, ot cała trudność. Żeby mikstura zadziałała, konieczne jest dodanie cykuty zebranej podczas pierwszej nocy fazy ubywającego księżyca. W innym wypadku wszystko pójdzie na marne. Właśnie dlatego zebrała szalej za dnia, kiedy słońce świeciło wysoko na niebie. Gdyby wrzuciła go do eliksiru, ten nigdy nie zadziałałby albo podałby fałszywą informację, w którą nikt o zdrowych zmysłach by nie uwierzył. Na to właśnie liczę, pomyślała, zdeterminowana. Najwyższy czas wziąć się za rozwiązywanie problemów.

Westchnęła ze zmęczenia. Co gorsza, zniszczenie Ortusa nie było jedyną rzeczą, jaką musiała dzisiaj załatwić. Po lekcjach czekała nań rozmowa z Albusem Dumbledore'em. Oczywiście, przygotowała pewien plan. Ostatnio często knuła, prawda? Ułatwianie sobie spraw i porządkowanie pomysłów naprawdę było szalenie przydatne. Lubiła wszelką organizację oraz cieszyła się z możliwości poukładania tego, co poplątane. Czasem wynikały z tego również inne rzeczy, bardziej podłe i nikczemne.

Niezależnie od swoich poglądów już jakiś czas temu postanowiła, jak poradzić sobie z prośbą Dumbledore'a o spotkanie w gabinecie. Właściwie to sprawa była całkiem prosta. To aż zadziwiające, że wcześniej o tym nie pomyślała. Z początku założyła, że aby wrócić do swoich czasów, musi zjednoczyć Insygnia Śmierci. Jak do tej pory zdobyła tylko pelerynę niewidkę. Potrzebowała jeszcze Czarnej Różdżki, którą włada Gellert Grindelwald oraz… Kamienia Wskrzeszenia, osadzonego w pierścieniu Marvolo Gaunta, obecnie noszonego przez Toma Riddle'a. Zamknęła na moment oczy, gdyż musiała się uspokoić i przełknąć gulę w gardle. Nie mogła sobie teraz pozwolić na zatopienie się w przytłaczających emocjach.

Wiedziała, że Czarna Różdżka ostatecznie wejdzie w posiadanie Dumbledore'a. Kiedy to się stanie, odbierze mu oręż. Mimo ryzyka to wciąż było łatwiejsze – i mniej niebezpieczne – aniżeli stracie z Grindelwaldem i kradzież jego mienia. Aby odebrać profesorowi różdżkę, powinna się trzymać w pobliżu i mieć na niego oko. Jakby nie patrzeć, było na to proste rozwiązanie problemu. Musi znów wkraść się w jego łaski i tam pozostać. W tej chwili nie darzył jej zaufaniem, ponieważ był przekonany, iż jest mroczną czarownicą. Gdyby teraz czegokolwiek spróbowałaby, skończyłoby się to fiaskiem. Dumbledore jest wszak potężnym czarodziejem i nigdy nie dorównałby mu w boju. Żeby odebrać mu różdżkę, musiała go najpierw przekonać o swojej niewinności i dobrych zamiarach.

Następnym Insygnium był Kamień Wskrzeszenia. Teraz gdy Tom uważał, że jest mniej warta nawet od powietrza, którym wszyscy oddychali, nigdy nie odda jej pierścienia. Zasadniczy problem polegał na tym, że Riddle również był niewiarygodnie silnym czarodziejem, przez co miała uzasadnione wątpliwości, czy dałaby radę odebrać mu Kamień siłą.

To właśnie dwie najważniejsze przeszkody na drodze. Nie miała zaufania Dumbledore'a, zaś Tom widział w niej zaledwie obrzydliwego robaka, godnego rozdeptania. Obaj władali zbyt potężną magią, aby mogła ich pokonać, a każdemu z nich przysługiwało jedno Insygnium. Gdy jeszcze raz przeanalizowała swój plan, owładnęło nią poczucie winy. Z pewnością nie będzie miała łatwo, ale przynajmniej spróbuje wyeliminować jednocześnie dwie przeszkody. Szczerze mówiąc, nie miała innego wyboru. Westchnęła, pragnąc pozbyć się nieprzyjemnego uczucia w żołądku.

Cóż, nie zostawił mi wyboru, podsumowała.

Dumbledore chciał z nią dzisiaj porozmawiać. Całe wieki temu uratowała Toma przed wydaleniem ze szkoły, posuwając się do szantażu. Zagroziła nauczycielowi, że ujawni prasie historię złego traktowania czarodziejskiego dziecka przez odpowiedzialnego za niego mugola, co wywoła skandal i podsyci nienawiść względem niemagicznego świata. Teraz dowiedział się, że w rzeczywistości była mugolaczką, a nie czystokrwistą, za którą starała się uchodzić. Z pewnością zakwestionuje wszystko, co mu poprzednio powiedziała i decyzje, które wówczas podjęła. Gdy dojdzie do najgorszego, postanowiła przyznać się do blefu i potwierdzić, że nigdy nie chciała niczyjej krzywdy i świadomie nie naraziłaby nikogo niewinnego na niebezpieczeństwo. Powie mu, że miała z tego powodu duże wyrzuty sumienia i że popełniła ogromny błąd. Kiedy wyzna swe grzechy, Dumbledore z pewnością jej uwierzy, bo sam jest dobrym i przebaczającym człowiekiem, który lubił dawać drugie szanse i możliwość zadośćuczynienia. Właśnie w ten sposób odzyska zaufanie, które niegdyś utraciła i znacznie przybliży się do zdobycia Czarnej Różdżki.

Po wszystkim będzie jej brakowało tylko Kamienia Wskrzeszenia. Z tym będzie największy problem, ponieważ Tom nigdy by go nie oddał, a nie istniał żaden sposób, aby się z nim pojednać. Zdobycie Insygnium poprzez walkę z miejsca więc odpadało. Musiała znaleźć inne rozwiązanie. Rozmyślając nad następną częścią planu, poczuła, że jej żołądek boleśnie się zaciska. Sprawa była cholernie skomplikowana. Nienawidziła tego, co musiała zrobić. Z drugiej strony, czemu poddawała się wyrzutom sumienia? Gdyby Tom był na jej miejscu, od razu odrzuciłby wahanie i przeszedł do rzeczy.

Zamierzała zdobyć zaufanie Dumbledore'a, oficjalnie wycofując swoją groźbę. Niestety, to jedyne, co powstrzymywało nauczyciela przed wydaleniem niebezpiecznego ucznia. Składając wszystko do kupy, po skończonej rozmowie profesor najprawdopodobniej wykona swój ruch. Hermiona nie zamierzała go przekonywać, aby pozwolił mu kontynuować naukę. Może nawet powie, że została zmuszona do kłamstwa, chociaż wcześniej gorąco temu zaprzeczała. W konsekwencji Tom straci różdżkę i możliwość życia w czarodziejskim świecie. Ostatecznie zostanie zmuszony do powrotu do sierocińca. Właśnie wtedy zamierzała uderzyć. W domu dziecka będzie znacznie osłabiony i pozbawiony magii. Odebranie mu wówczas Kamienia Wskrzeszenia nie powinno być większym problemem.

Gdy weszła do korytarza, prowadzącego bezpośrednio do sali eliksirów, targnęło nią obrzydliwe poczucie winy. Zacisnęła zęby i stłumiła to nieprzyjemne uczucie. Mimowolnie zaczęła błądzić po zgromadzonych pod klasą uczniach. Najwyraźniej Slughorn jeszcze nie przyszedł. Nie minęło wiele czasu, zanim zlokalizowała Toma. Na moment wstrzymała oddech, ponieważ patrzył wprost na nią. Znów był rozgniewany. Przez chwilę skanował ją wzrokiem z mieszaniną obrzydzenia i niechęci, a następnie odwrócił się i kontynuował rozmowę z Malfoyem. Utwierdzona w przekonaniu o słuszności swojej decyzji, podeszła do swoich przyjaciół.

– Cześć, Mionka! – Uśmiechnął się na przywitanie Weasley.

– Dzień dobry – odpowiedziała pogodnie.

– Gotowa wreszcie skończyć ten okropny eliksir? – Longbottom objął ją ramieniem.

– Jasne. – Nawet nie masz pojęcia, dodała w myślach. – Macie podobnie?

– Cóż, będziesz musiała zapytać się Amarysa. – Mark wzruszył ramionami i się wyszczerzył. – Zgubiłem się na zajęciach gdzieś po zaczęciu eliksiru.

Lupin, który stał obok Weasleya, ciężko westchnął i potrząsnął w niedowierzaniu głową. Zanim jednak zdążył zabrać głos, pod salę przyszedł Slughorn i wpuścił uczniów do klasy.

– Zapraszam do środka! – powiedział swoim zwyczajowym donośnym głosem.

Hermiona wkroczyła do pracowni, wciąż z Longbottomem u boku, po czym zaryzykowała spojrzenie na Toma. Gapił się nań raczej intensywnie i świdrował wzrokiem ramię gryfona. Zmarszczyła brwi, ponieważ zupełnie nie rozumiała, dlaczego przez chwilę jasnoszare oczy zabłyszczały czerwienią. Jaki miał znowu problem? Oczywiście, poza domniemaną niechęcią czystokrwistych czarodziejów do nawiązywania bliższych znajomości z „obrzydliwym plugastwem" jej pokroju, jak to pieszczotliwie stwierdził poprzedniego dnia.

– Powodzenia z tym naburmuszonym idiotą – wyszeptał doń Mark, uprzednio się pochyliwszy, a teraz trochę się odsunąwszy.

Wciąż nie mogła pojąć, dlaczego Tom tak gwałtownie zareagował, chociaż dopiero co się zobaczyli. Może naprawdę potrzebowała szczęścia, żeby przeżyć tę lekcję? Skinęła przyjacielowi głową i chwiejnym krokiem podeszła do swojego stanowiska. Nie odezwała się ani słowem, tylko zajęła miejsce. Ślizgon elegancko wylegiwał się na krześle, nawet na sekundę nie zaprzestawszy uważnej obserwacji. Zignorowała go i wyciągnęła z torby potrzebne do lekcji przybory. Gdy poukładała wszystko na biurku, po kręgosłupie przeszedł jej nieprzyjemny dreszcz. Cykuta była bezpiecznie przechowywana wśród reszty ingrediencji. Kilka chwil później zaryzykowała spojrzenie na byłego chłopaka. Nadal gapił się nań intensywnie. Automatycznie zesztywniała, kiedy się doń pochylił.

– Widzę, że szybko znalazłaś sobie zastępstwo – wyszeptał ze złośliwością. Ilość włożonego w to zdanie jadu sprawiła, że prawie opadła jej szczęka. Zamrugała, szczerze zdezorientowana. – Oczywiście, rozumiem, że nie możesz być wybredna – dodał kąśliwie, rzucając przelotne spojrzenie siedzącym z tyłu gryfonom. Jasnoszare oczy znów rozbłysły czerwienią. – Wszak wszyscy teraz wiedzą o twojej brudnej krwi.

W Hermionie zapłonął gniew.

– Jesteś trochę zarozumiały, będąc zaledwie czarodziejem półkrwi – odparsknęła.

Wyraźnie chciał coś odpowiedzieć, o czym świadczył intensywniejszy odcień karmazynu, ale właśnie wtedy nauczyciel rozpoczął lekcję.

– Uspokójcie się, uczniowie! – Slughorn uciszył ostatnie rozmowy. – Mam nadzieję, że wszyscy miło spędziliście ten weekend.

Yhym, po prostu wspaniale, podsumowała, świadomie ignorując zapowiadające długie katusze spojrzenie sąsiada.

– Dziś skończymy Ortusa – kontynuował profesor, machnąwszy różdżką w stronę tablicy, na której od razu pojawiły się ostatnie instrukcje. Hermiona zerknęła nań tylko w przelocie, ponieważ znała cały przepis na pamięć. – Radzę przestrzegać poszczególnych wytycznych i nie bądźcie zaskoczeni, gdy wasz eliksir okaże się mniejszym sukcesem, aniżeli przewidywaliście. – Mrugnął do uczniów. – Chciałbym przypomnieć, że Ortus jest bardzo skomplikowanym eliksirem. – Klasnął wesoło w dłonie. – Mimo to byłbym wdzięczny, gdybyście dali z siebie wszystko.

Slughorn spojrzał z dumą na Toma i się szeroko uśmiechnął. Cóż, chętnie zobaczę jego minę, kiedy klasowa gwiazda zepsuje eliksir, podsumowała dziewczyna, rozbawiona. Chwilę później Malfoy wstał od stołu i poszedł do składziku po potrzebne ingrediencje. Tom zupełnie ją zignorował i zaczął przygotowywać swoje stanowisko. Następnie machnięciem różdżki zapalił ogień pod kociołkiem. Gdy Abraxas wrócił ze składnikami, automatycznie zauważyła leżącą niewinnie cykutę. Podeszła bliżej, zamierzając zwinąć szalej jadowity, gdyż musiała w pewnym momencie go podmienić. Gdy zamieni ingrediencje, będzie mogła odetchnąć z ulgą.

Malfoy był wyraźnie zniesmaczony jej bliskością i się trochę odsunął, dzięki czemu ułatwił sprawę. Hermiona rzuciła mu spokojne spojrzenie, a potem pochyliła się i omiotła wzrokiem wszystko, co znajdowało się na blacie. Jej uwagę przykuło skrzeloziele, które automatycznie przywołało kilka wspomnień. Uśmiechnęła się pod nosem, przypomniawszy sobie, że Harry użył go na czwartym roku podczas Turnieju Trójmagicznego. Szkoda, że ominęła ją najlepsza zabawa. Była wówczas nieprzytomna i praktycznie na samym dnie hogwardzkiego jeziora. Zachichotała ze swoich głupich, nastoletnich myśli. Była wtedy taka zażenowana, kiedy ogłoszono, że na zakładników wybrano ważnych dla uczestników ludzi. Zastanowiła się, co właściwie spotkało Wiktora. W ostatnim liście, który od niego dostała na szóstym roku, wyznał jej, że zamierza stanąć na ślubnym kobiercu. To oczywiste, że była zaskoczona nowiną, ale również szczęśliwa. Wiele osób brało wtedy pospiesznie ślub, głównie przez wzgląd na zbliżającą się wielkimi krokami wojnę.

Spochmurniała, gdy ponownie zerknęła na skrzeloziele. Niedługo później straciła kontakt z Wiktorem. Nawet jeżeli wysłał doń jakiś list, nie miała najmniejszej szansy go odebrać, praktycznie żyjąc na wygnaniu. Ciekawe, czy zdążył się ożenić i czy przynajmniej przez moment był szczęśliwy. Miała nadzieję, że spełnił swe marzenie, bo jej narzeczony zginął przedwcześnie.

Sięgnęła po skrzeloziele, ale zanim zdążyła go przynajmniej dotknąć, została mocno złapana za przedramię. Skrzywiła się, ponieważ wciąż była obolała. Kiedy podniosła wzrok, zobaczyła rozgniewanego Toma.

– Co ty wyprawiasz? – zapytał.

Uniosła brwi i otworzyła usta, by coś odpowiedzieć. Zanim jednak zdążyła zabrać głos, chłopak wzmocnił uścisk, czym sprawił jej jeszcze więcej bólu.

– Nie pozwolę zrujnować eliksiru przez twoją niekompetencję – dodał śmiertelnie poważnym tonem.

Ślizgon odebrał od niej skrzeloziele i zmrużył podejrzliwie oczy. Hermiona patrzyła nań, również rozwścieczona, ale dobrze wiedziała, dlaczego to powiedział. Odpowiednie przygotowanie skrzeloziela było najprawdopodobniej najtrudniejszą częścią zadania. Najwyraźniej sądził też, że powierzenie tak ważnego elementu mugolaczce jest największą w świecie głupotą. Miała ochotę warknąć nań z oburzeniem, ale musiała się powstrzymać. Jakby nie patrzeć, to było korzystne dla planu, który wcześniej opracowała. Uspokoiwszy nerwy, po prostu odwróciła wzrok i nie podjęła tematu. Tom doszedł do wniosku, że naprawdę odpuściła, uwolnił jej przedramię i wziął się do pracy.

Z trudem stłumiła złośliwy uśmieszek i sięgnęła po cykutę. Z rośliną w ręku wróciła na swoje miejsce. Położyła ją na stole i otworzyła swój przybornik, którego wyciągnęła nóż do siekania. Opakowanie specjalnie zostawiła otwarte. W międzyczasie zerknęła w przelocie na swoich towarzyszy. Tom był zajęty oczyszczaniem skrzeloziela, a Malfoy pochylał się nad gotującym się wywarem, co kilka sekund mieszając go zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

Teraz albo nigdy, zadecydowała z szaleńczo bijącym sercem. Mając chłopców na oku, ponownie sięgnęła do swojego przybornika. Szybko wyciągnęła wcześniej przygotowaną wcześniej cykutę i położyła ją na blacie. Chwilę później schowała tę ze szkolnego składziku. Odetchnęła z ulgą, gdy upewniła się w przekonaniu, że nikt nie zauważył tej podmiany. Pospiesznie zamknęła pokrywę pudełka, a potem z uśmiechem na twarzy zajęła się krojeniem szaleju.

Prawie pół godziny później zaryzykowała spojrzenie na Toma. Skrupulatnie ciął skrzeloziele na kawałki o grubości dokładnie dwóch cali. Zajmował się tą rośliną od początku zajęć, ponieważ wymagała naprawdę wielu przygotowań. Najpierw musiał ją umyć, aby pozbyć się brudu i piasku, a potem ostrożnie rozplątać liczne liście. Szczerze mówiąc, pracował całkiem dobrze, dlatego też przez moment miała wyrzuty sumienia, że za niedługo zniweczy wszystkie jego wysiłki. Gdy się opamiętała, przewróciła oczami i przywdziała na twarz lekki uśmiech.

Chłopak sprawiał wrażenie zadowolonego ze swojej pracy. Odłożył nóż na stół i z największą ostrożnością wrzucił pocięte skrzeloziele do kociołka. Gdy zamieszał wywar, ten przyjął niebieskawą barwę. Zadowolony z osiągniętego efektu, zawiesił drewnianą chochlę na uchwycie. Kiedy odwalił największą robotę, podniósł wzrok i zerknął na Hermionę, która mimowolnie zesztywniała. Niczego nie zauważył, prawda?

– Gdzie jest cykuta? – zapytał rozkazującym tonem.

Wstrzymała oddech, gdy omiótł wzrokiem pocięty szalej. W duchu się modliła, żeby nie dostrzegł żadnych nieprawidłowości. Kiedy dokonał oględzin, ponownie skrzyżował z nią spojrzenie. Jasnoszare oczy były twarde niczym stal i chłodne jak morskie odmęty. Aby się uspokoić, musiała przełknąć ślinę i wypuścić wstrzymywane powietrze.

– Podaj kawałki – powiedział, najwyraźniej oczekując, że bez słowa sprzeciwu spełni polecenie.

Usłyszawszy rozkaz, uśmiechnęła się triumfalnie, ale na szczęście, zdążyła szybko wygładzić twarz. Zamiast okazywać emocje, po prostu się odwróciła, zebrała pociętą cykutę i podeszła do kociołka. Przywdziawszy maskę, przedstawiającą nieśmiałość i niepewność, podała Tomowi deskę.

– Proszę.

Wciąż zachowywał się wrogo, tak więc nic dziwnego, że na moment wstrzymała oddech. Zanim zdążyła się na poważnie zdenerwować, odebrał od niej równo pocięte kawałeczki. Hermiona miała ochotę zatańczyć ze szczęścia, gdy wrzucił do kociołka szalej, ale wiedziała, że musiała się powstrzymać. Eliksir nie zmienił swojego koloru, ale tak właśnie powinno być. Pozornie wszystko wyglądało prawidłowo. Spuściła wzrok na podłogę, będąc pewną, że jej oczy błyszczą z zadowolenia.

W ciągu następnych trzydziestu minut Ortus zagotował się wystarczająco, żeby dodać do kociołka następne ingrediencje. Malfoy zawczasu przygotował kwas siarkowy, który został wlany do wywaru tuż przed skrzelozielem. Kiedy ostrożnie dodawał roślinę, musiała stoczyć wewnętrzny bój, żeby stłumić niecny uśmieszek. Naprawdę, nie musi być taki przezorny, podsumowała z pogardliwą radością. Kiedy eliksir znów został przemieszany, miał się stać krystalicznie czystą, bezwonną cieczą, jak wskazywały instrukcje, ale zamiast tego był lekko mlecznobiały. Hermiona mimowolnie się wyszczerzyła i miała cholernie wielkie szczęście, że Tom akurat nań nie patrzył.

– Zaraz koniec zajęć. Czas na sprawdzenie waszych wyników – ogłosił donośnym głosem Slughorn, uprzednio klasnąwszy w dłonie, nie dając podopiecznym czasu na ewentualne poprawki. – Trójki, które poprawie uwarzyły eliksir, będą mogły go przetestować ze swoją krwią.

Kilkukrotnie przeniosła wzrok między współpracownikami a przeszczęśliwym profesorem. Tom ewidentnie nie był zadowolony, bowiem przeklinał cicho pod nosem, nadal zapatrzony w kociołek. Najprawdopodobniej już zaczął rozkminiać, co właściwie poszło nie tak. Hermiona miała ochotę zaśpiewać z radości, ale się powstrzymała. Gdy nauczyciel obwieścił zakończenie projektu, w klasie wybuchła gorąca dyskusja. Z zaciekawieniem popatrzyła po innych uczniach. Najwyraźniej niewielu mogło się poszczycić choć w połowie akceptowalnymi wynikami. Co ciekawe, eliksir, nad którym pracował w pocie czoła Lupin, sprawiał wrażenie najlepszego w sali, ponieważ był krystalicznie czysty. Stojący obok przyjaciela Weasley i Longbottom patrzyli na kociołek z najprawdziwszym podziwem wypisanym na twarzy. Uśmiechnęła się doń zachęcająco.

– W porządku. Czas na kontrolę.

Usłyszawszy głos w pobliżu, ponownie skupiła się na Slughornie.

Nauczyciel podszedł do ich stanowiska z pełnym oczekiwania błyskiem w oku. Najprawdopodobniej spodziewał się perfekcyjnego wywaru, gdyż w pierwszej grupie był przecież jego pupilek. Znów się lekko uśmiechnęła, nie będąc w stanie dłużej tłumić emocji. W przeciwieństwie do niej Tom przywdział na twarz swoją tradycyjną beznamiętną maskę, ale dobrze wiedziała, że jest rozwścieczony. Slughorn pochylił się nad parującym kociołkiem i uśmiech powoli zniknął z jego twarzy, zastąpiony zmarszczonymi brwiami. Zamieszał eliksir, jakby w nadziei, że to coś zmieni, ale nadaremnie. Ortus nie przybrał swej prawidłowej barwy, pozostając mlecznobiały. Nauczyciel potrząsnął z rozczarowaniem głową, a następnie się wyprostował i spojrzał z cichym oskarżeniem na Toma. Hermiona prawie wybuchnęła śmiechem, kiedy chłopak zacisnął zęby, najwyraźniej walcząc o zachowanie nad sobą kontroli.

– Obawiam się, że przewidywałem zupełnie inny rezultat. – Slughorn był zawiedzony.

– Przepraszam, profesorze.

– Naprawdę wielka szkoda. – Westchnął, nadal patrząc nań z rozczarowaniem. Gdy ponownie zerknął na zniszczony eliksir, skrzywił się z niesmakiem. – Za tę pracę mogę co najwyżej dać wam Zadowalający. Niestety, nie jest wystarczająco dobra, żeby przyznać Powyżej Oczekiwań.

– Rozumiem, profesorze – wymamrotał z trudem Tom.

DeCerto świętowała w ciszy, z przyjemnością obserwując przedstawienie. Z lubością zignorowała nawet fakt, że nauczyciel, oceniwszy pracę, zupełnie zignorował to, że nad Ortusem ślęczały właściwie trzy osoby, a nie jedna. Slughorn przez dłuższą chwilę gapił się oskarżycielsko na swojego pupila, ewidentnie pozbawiony dobrego humoru. Riddle drgnął, jakby chcąc sięgnąć po różdżkę, ale to było zupełnie bezcelowe. Kogo zamierzał przekląć? Samego siebie? Musiała się siłą powstrzymać od przewrócenia oczami. Wygładziła twarz, kiedy profesor zauważył, że Tom ma towarzystwo.

– Panno DeCerto, panie Malfoy. Wam, niestety, również muszę wystawić niższą ocenę. We trójkę otrzymujecie Zadowalający – dodał powoli już normalnym głosem. To całkiem normalne, bowiem już zrugał swojego ulubionego ucznia i nie miał żadnego powodu, aby wyżywać się na tych mniej lubianych.

Abraxas skinął grzecznie głową, zachowując kamienną twarz, zaś Hermiona uśmiechnęła się nieśmiało.

– W porządku, profesorze – odpowiedziała z radosną nutą. Merlinie, muszę się wziąć w garść, pomyślała bez większego przekonania.

Slughorn rzucił ostatnie rozczarowane spojrzenie Tomowi, po czym odwrócił się i kontynuował przechadzkę po klasie. Nie czekając na pozwolenie, dziewczyna zaczęła sprzątać swoje stanowisko pracy i chować przybory.

– Czas leci nieubłaganie – stwierdził po pewnym czasie nauczyciel, spojrzawszy wcześniej na kieszonkowy zegarek. – Na zakończenie zajęć poproszę każdego, komu eliksir nie wyszedł, o napisanie wypracowania dotyczącego procesu warzenia i miejsca, w którym waszym zdaniem został popełniony błąd.

Hermiona spakowała wszystko do torby, wstała od stołu i odwróciła się, żeby pomachać do siedzących w dalszej ławce przyjaciół, żeby nań poczekali. Zanim podeszła bliżej, po raz ostatni spojrzała na Toma, który nadal wpatrywał się gniewnie w Ortusa, nie zwracając uwagi na swoje otoczenie. Nie chciała zostać przyłapana na gapieniu się, tak więc szybko odwróciła wzrok i pomaszerowała do reszty gryfonów.

– Nie uwierzysz, co się stało, Hermiono. – Uśmiechnął się entuzjastycznie Longbottom.

Odwzajemniła gest i kątem oka przyuważyła, że Tom teraz na niej skupił swą złość.

– Hm?

– Dostałem Wybitny! – dodał z radością. – Jak widać, naprawdę jestem niesamowity. To mój pierwszy Wybitny z eliksirów.

– Cóż, gratulacje.

– Zaraz wyślę matce sowę – kontynuował. – Jestem pewien, że mi nie uwierzy.

Zaśmiała się, przez co umknął jej fakt, że spojrzenie, którym obrzucił ich Tom, znacznie pociemniało. Jakby nigdy nic, ruszyła razem z chłopcami do wyjścia z klasy.

– Jak ci poszło? – zapytał z zainteresowaniem Lupin.

– Och, dostałam Zadowalający – odpowiedziała z radością i wybuchnęła głośnym śmiechem, kiedy przyjaciołom opadły szczęki.

– Tylko Zadowalający? – krzyknął Weasley, szczerze zdumiony. – Jakim cudem?

– Właśnie! Zawsze błyszczysz na zajęciach i otrzymujesz najwyższe noty. – Longbottom zamrugał, jakby coś sobie uzmysłowił. – Czekaj, czy to oznacza, że Riddle również dostał niższą ocenę? – Gdy w odpowiedzi skinęła głową, wyszczerzył się jak nigdy przedtem. – No proszę, proszę. Nasz pan perfekcyjny dostał zaledwie Zadowalający. Ja zaś, będąc jego przeciwieństwem, otrzymałem Wybitny – zadrwił z przyjemnością i przybił piątkę z Richardem.

Hermiona się uśmiechnęła.

– Przykro mi, że nie uzyskałaś lepszej oceny – powiedział Lupin, rzuciwszy jej uważne spojrzenie. – Szczerze mówiąc, to całkiem dobry wynik. Ortus jest naprawdę trudnym eliksirem.

– Niczym się nie martw – powiedziała doń uspokajająco, w duszy wdzięczna za okazaną troskę. – Jestem bardzo usatysfakcjonowana poziomem mojej pracy.


Zaledwie kilka godzin później Hermiona zapomniała o swoim dobrym nastroju, który został zastąpiony przez zaniepokojenie i niemożliwe do zniesienia napięcie. Wzięła głęboki oddech, żeby zapanować nad rozszalałymi emocjami. Zgodnie z przewidywaniami, jej wysiłek spełzł na niczym. W tej chwili stała przed gabinetem opiekuna swojego domu z mocnym przeświadczeniem, że naprawdę wolałaby pominąć tę rozmowę. Wiedziała, że musi się ukorzyć i przyznać do popełnionych błędów, aby zrealizować swój plan, ale to wcale nie działało nań uspokajająco. Ponownie spróbowała wyrównać oddech. Musiała się przede wszystkim skoncentrować. Nie mogąc dłużej się ociągać, bo było pięć po szóstej, zapukała do drzwi.

– Proszę.

Odetchnęła, po czym pchnęła wrota i weszła do przytulnego gabinetu. Nie poświęciła mu większej uwagi, gdyż od razu w pełni skupiła się na siedzącym za biurkiem mężczyźnie. W niebieskich oczach natychmiast zauważyła twardy błysk i była cholernie z siebie dumna, że się nie wzdrygnęła.

– Zapraszam, panno DeCerto – powiedział Dumbledore bez zwyczajowej życzliwej nuty w głosie.

Hermiona podeszła do biurka i usiadła na krześle naprzeciwko. Miała ochotę się skrzywić, będąc pod czujnym spojrzeniem profesora. Wzięła się w garść i wyprostowała. W momencie zapragnęła wyznać całą prawdę, począwszy od przypadkowej podróży w czasie, a skończywszy na dylematach moralnych, które dotąd miała. Chciała, żeby rozwiązał problem z utknięciem w latach czterdziestych. Chciała zostać wreszcie uratowana.

Oczywiście, uparcie milczała. Już dawno przestała mieć nadzieję na rycerza w lśniącej zbroi. Musiała sama rozwiązać ten problem. Dumbledore był szalenie mądrym człowiekiem, ale miał również własne zagwozdki i wojnę do rozegrania. Prędzej czy później będzie musiał stawić czoła Gellertowi Grindelwaldowi i zakończyć tę paskudną jatkę we Francji. Nie chciała go rozpraszać swoją podróżą w czasie i przypadkowo zmienić bieg wydarzeń.

Nauczyciel wciąż patrzył nań podejrzliwie. Nadal nie miał doń ani grosza zaufania, ale to nic dziwnego.

– Czy mogę zapytać, gdzie są pani rodzice? – zapytał po dłuższej chwili milczenia, odchyliwszy się na krześle. – Nigdy nam pani o nich nie opowiedziała, zapisując się do Hogwartu.

Hermiona zesztywniała. Najwyraźniej zdecydował się na otwarte podejście. Zamrugała i ponownie skrzyżowała z nim spojrzenie. Zobaczywszy powątpiewanie, w momencie poczuła się słaba i wyczerpana. Nie mogąc znieść sceptycyzmu, po chwili odwróciła wzrok. Nieświadomie potarła dłonią poparzone przedramię i poczuła wielką potrzebę zwilżenia ust.

– Nie żyją… – odpowiedziała, patrząc w przestrzeń.

– Bardzo mi przykro to słyszeć. – Głos nauczyciela był łagodny, jakby naprawdę szczerze jej współczuł. Nie zdobyła się na nic innego, tylko na nieznaczne skinienie głową. – Zakładam, że zginęli na wojnie? – dodał z ostrożną łagodnością.

Oczywiście, mówił o zamieszkach we Francji, co zgadzało się ze wszystkim, co o niej wiedział. Chociaż myśleli o innych konfliktach zbrojnych, nie musiała właściwie kłamać.

– Tak.

Gdy nie odpowiedział, powoli uniosła głowę i prawie wytrzeszczyła oczy, zobaczywszy na twarzy profesora zrozumienie i żal, zamiast zwyczajowego przenikliwego chłodu.

– Wojna jest straszną rzeczą – podsumował.

– To prawda – stwierdziła z naciskiem.

– Widzę, że przeszła pani zdecydowanie zbyt wiele w życiu, zwłaszcza biorąc pod uwagę młody wiek. – Dumbledore wydawał się zaskoczony jej stanowczością. – Nie życzyłbym tego nawet najgorszemu wrogowi – dodał, ale nie podchwyciła tematu. W jasnoniebieskich oczach można było dostrzec bezbrzeżny smutek, który został szybko zastąpiony przez ciepły uśmiech. – Chociaż jestem nauczycielem, do moich uszu też czasem docierają uczniowskie plotki. Pani rodzice byli mugolami, prawda?

Hermiona zamrugała, zaskoczona. Przez chwilę zupełnie zapomniała, dlaczego właściwie stawiła się w gabinecie. Została rozproszona przez znajomy błysk w oczach profesora.

– Owszem – wyszeptała, nie widząc żadnego powodu, dla którego miałaby dalej kłamać na temat swojego pochodzenia.

– Oszukała mnie pani – podsumował z uśmiechem Dumbledore. Sprawiał wrażenie szczerze rozbawionego, dlatego też uniosła ze zdziwienia brwi.

– Nie wiem, o czym pan mówi – stwierdziła, udając zdekoncentrowanie. To oczywiste, że nauczyciel nawiązywał do wcześniejszego szantażu. Uprzejmy uśmiech na chwilę odwrócił jej uwagę, ale teraz musiała się mocniej skupić.

– Czy gdybym postawił na swoim i rzeczywiście wydalił pana Riddle'a ze szkoły, poszłaby pani do prasy i opowiedziała o znęcaniu się mugola nad czarodziejskim dzieckiem? Czy podsyciłaby pani nienawiść względem ludzi pozbawionych magii? – spytał, przechodząc do konkretów.

Wstrzymała na moment oddech, ponieważ właśnie na to liczyła.

– Oczywiście, że nie – odparła potulnie, trzymając się swojego planu.

– Jesteś dobrą aktorką, Hermiono. – Uśmiechnął się szerzej Dumbledore. – Naprawdę w to uwierzyłem.

– Wiem. – Westchnęła z żałością i zacisnęła dłonie, leżące na kolanach, w pięści. – Czy nadal zamierza pan odesłać Toma z powrotem do sierocińca, skoro zyskał pan pewność, że nie spełnię mojej groźby? – spytała ze stanowczą nutą.

Spojrzał nań w zamyśleniu.

– Zakładam, że jesteś świadoma niebezpiecznej natury Toma – stwierdził, na dobre porzuciwszy oficjalny ton. – Pozwolenie mu na kontynuowanie nauki i pozostanie w magicznym świecie, jest zbyt ryzykowne.

Oczywiście, wiedziała, do czego zmierza. Groźba, którą się wcześniej posłużyła, okazała się bezpodstawna. To, że Dumbledore chciał wznowić swój plan, było naturalną koleją rzeczy. Zapatrzyła się w niebieskie oczy, teraz pełne żałości. Nie wyglądał na zadowolonego z podjętej decyzji, ale za to na zdeterminowanego. Profesor nie chciał rezygnować z Toma, ale jednocześnie wiedział, że nie ma najmniejszego sensu próbować go dalej zmieniać. Naturalnie, musiała się z nim w tej kwestii zgodzić. Oto nadeszła szansa, aby osłabić przeciwnika i odebrać mu potem Kamień Wskrzeszenia. Musiała się tylko zgodzić z nauczycielem i wydań nań wyrok skazujący. Riddle wróciłby do sierocińca, gdzie byłby praktycznie bezbronny. Mogłaby złożyć mu niezapowiedzianą wizytę i bez większego wysiłku odebrać pierścień. Wzięła głęboki, uspokajający oddech. Tom naprawdę nie zasługiwał na Hogwart, prawda? Wszystko, czego się nauczy w szkole, wykorzysta w przyszłości do czynienia zła i krzywdzenia niewinnych. Był czarnoksiężnikiem z krwi i kości. Nie było dla niego miejsca w czarodziejskim świecie. Byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby zniknął odpowiednio wcześnie.

W momencie targnęły nią mdłości.

Hermiona odchyliła się na krześle i spojrzała uważniej na Dumbledore'a. Otworzyła usta, żeby zgodzić się z wydaleniem, bo ta decyzja była całkowicie słuszna, ale wtem przez głowę przemknął jej pewien obraz, który próbowała odepchnąć, niestety, bezskutecznie. Zobaczyła skulonego na chłodnej, przemoczonej podłodze Toma, z sączącą się z licznych ran krwią.

Automatycznie się zawahała. Zamknęła buzię i potrząsnęła głową, chcąc wyciszyć to nieprzyjemne wspomnienie. To jedyny sposób, powiedziała sobie z determinacją. Zamierzała wesprzeć Dumbledore'a w planie umieszczenia Riddle'a w sierocińcu.

– Proszę to jeszcze raz przemyśleć, profesorze – poprosiła w zamian, chociaż myślała o czymś zgoła odmiennym.

Czemu wciąż pragnęła go chronić, nawet po tych wszystkich okropnościach, które w ostatnim czasie jej powiedział? To jasne niczym słońce, że teraz pogardzał nią całym sercem i nienawidził. Gdyby ich miejsca się odwróciły, z pewnością skorzystałby z okazji i tylko by się uśmiechnął, zamiast jej pomóc przetrwać. Potem gdy usłyszałaby wyrok skazujący, śmiałby się wniebogłosy, zadowolony z obrotu spraw.

Zacisnęła mocno oczy. Musiała zrobić wszystko, żeby zmusić Toma do powrotu do sierocińca. Nie zapominaj o swoim planie, skarciła się w myślach!

Westchnęła, gdy została nawiedzona przez następne obrazy. Zobaczyła bezlitośnie wymierzającego karę Cartera, a następnie siedzącego pod starą wierzbą naprzeciwko hogwardzkiego jeziora zdruzgotanego ślizgona, który mocno doń przylgnął, mówiąc łamiącym się głosem, że nie zniesie dwóch lat w domu dziecka.

Otworzyła oczy. Szczerze mówiąc, nie chciała, aby Tom wrócił do tego przeklętego sierocińca.

– Niech pan go nie odsyła – poprosiła ponownie, teraz z o wiele większym przekonaniem, niż poprzednio.

Dumbledore uniósł brwi.

– Muszę przyznać, że znów jestem zaskoczony. Odniosłem wrażenie, że już nie jesteście ze sobą blisko.

Zacisnęła usta.

– Cóż, ma pan całkowitą rację.

Czemu wszystko zaprzepaszczam?, zapytała sama siebie, przerażona mętlikiem emocjonalnym. Automatycznie zaczęła szybciej oddychać i panikować.

– Mogę się tylko domyślać, w jaki sposób zareagował Tom, kiedy dowiedział się o twoim mugolskim pochodzeniu. Wnioskuję, że to właśnie powód waszego rozstania – powiedział ostrożnie profesor.

– Owszem.

– Mimo to nadal chcesz, żeby został w szkole?

Chcę, żeby odszedł, pomyślała z rozpaczą. Żeby mogła wrócić do swoich czasów, musiał zostać odesłany do sierocińca. Dlaczego znowu główkowała nad jednym, a mówiła drugie…?

– Tak – odpowiedziała cicho.

Dumbledore westchnął i spojrzał nań przenikliwie.

– Czemu wciąż mu pomagasz?

Nie wiedziała. Najzwyczajniej w świecie nie wiedziała. Tom zdecydowanie nie zasługiwał na to, aby stała za nim murem.

– To skomplikowane, ale uważam, że potrzebuje drugiej szansy i naszej wyciągniętej dłoni.

Nauczyciel się zamyślił.

– Wiesz, że Tom jest na dobrej drodze, aby skończyć jako mroczny czarodziej – stwierdził w zamyśleniu. – Jak mogę pozwolić mu zostać i tym samym narażać innych uczniów?

– Naprawdę rozumiem pański punkt widzenia, profesorze. – Spojrzała nań błagalnie. – Niemniej jednak nadal proszę, żeby zmienił pan zdanie.

– Podjęcie takiego ryzyka to najprawdziwsza głupota, Hermiono – podsumował Dumbledore, skanując ją uważnym wzrokiem, a dziewczyna wstrzymała na moment oddech. – Wiem, że to rozwiązanie jest dalekie od ideału, ale nie widzę innego wyjścia. Tom jest niebezpieczny i stanowi niemałe zagrożenie. Nie sposób temu zaprzeczyć. – Westchnął ze smutkiem. – Chciałbym pozwolić mu zostać w szkole i dać kolejną szansę, ale jak mam usprawiedliwić swoje działania, kiedy zostanie skrzywdzony następny niewinny uczeń? Nie jestem w stanie ciągle sprawować nad nim pieczy. Incydent z udziałem pana Bowetta utwierdza mnie w przekonaniu, że postępuję słusznie.

Hermiona się zastanowiła. Wiedziała aż za dobrze, że nauczyciel ma rację. Tom po prostu powinien opuścić czarodziejski świat i nigdy doń nie wracać. Mimo silnego przekonania obrazy z sierocińca nadal ją nawiedzały. Gdy go po raz pierwszy odnalazła, był w naprawdę straszliwym stanie. Zawahawszy się po raz ostatni, wreszcie podjęła decyzję.

– Wygląda na to, że muszę powiedzieć panu całą prawdę.


Tom z trudem się kontrolował. Spojrzał gniewnie na kociołek, nie mogąc uwierzyć, że oblał eliksiry. Jak to właściwie możliwe? Jakim prawem dostał zaledwie Zadowalający? Nigdy wcześniej nie dostał niczego słabszego od Powyżej Oczekiwań. Nawet Dumbledore, szczerze go niecierpiący, oceniał jego prace na same Wybitne.

To po prostu niemożliwe!, podsumował ze złością, piorunując kociołek wzrokiem. Nie mógł się pogodzić z równie spektakularną porażką. Jakim cudem zepsuł eliksir, do którego podchodził z olbrzymią ostrożnością? Gdzie popełnił błąd? To była dlań największa tajemnica, potęgująca wściekłość. Nienawidził niewiedzy i partaczenia spraw.

Wiedział, że to koniec w momencie, gdy Slughorn wyciągnął ze swojej kamizelki zegarek.

– Czas leci nieubłaganie. Na zakończenie zajęć poproszę każdego, komu eliksir nie wyszedł, o napisanie wypracowania dotyczącego procesu warzenia i miejsca, w którym waszym zdaniem został popełniony błąd – powiedział profesor.

Usłyszawszy ostatnie zdanie, poddał się następnej fali złości. Nie mógł uwierzyć, że coś zepsuł i teraz był jednym z idiotów, którzy musieli napisać dodatkowe wypracowanie. Zacisnąwszy zęby, pozbierał swoje rzeczy. Jeszcze nigdy nie zawalił zajęć. Gdy spojrzał na Hermionę, tylko pogorszył mu się humor. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu wydawała się cholernie szczęśliwa. Zmrużył podejrzliwie oczy. To, że była usatysfakcjonowana Zadowalającym, bardziej niż odpowiednim stopniem dla zwyczajnej szlamy, ewidentnie podkreślało różnicę między nimi.

Gdy zobaczył, że radośnie rozmawia z tymi idiotami z Gryffindoru, których nazywała przyjaciółmi, musiał stłumić pragnącą uwolnienia czarną magię. Czemu właściwie szczerzyła się do Longbottoma? Zdezorientowany, miał ochotę potrząsnąć głową. Dlaczego fakt, iż spędzała czas z tym palantem, tak nań wpływał? Czemu się przejmował? Zupełnie siebie nie rozumiał. Najwyraźniej niższa ocena namieszała mu w głowie. Gdy gryfon uśmiechnął się zalotnie do Hermiony, prawie stracił samokontrolę. W dosłownie ostatnich chwili się opamiętał i powstrzymał wybuch, co nie lada go kosztowało. Kiedy również się doń uśmiechnęła, miał ochotę warknąć pod nosem. Naprawdę podobała jej się ta bezsensowna adoracja?

Czerwień przysłoniła mu wizję, a rozwścieczona magia ruszyła naprzód. Potrząsnął w niedowierzaniu głową i oderwał wzrok od byłej dziewczyny. Była dlań niczym i z pewnością nie żywił do niej żadnych pozytywnych uczuć. Zacisnąwszy usta w cienką linię, ze złością złapał swą torbę i skierował się do wyjścia z klasy. Wciąż się nie uspokoił. Nadszedł czas, żeby zamknąć się w dormitorium i ponownie odreagować stres.

Został zatrzymany, zanim zrobił kilka kroków.

– Czy mógłbyś chwilę poczekać, Tom?

Zgrzytnął zębami i znów poddał się czerwieni. Aby odzyskać pozorne panowanie nad sobą, potrzebował kilku uspokajających wdechów. Wygładziwszy twarz, przywdział uprzejmą, ugrzecznioną maskę, a następnie odwrócił się do nauczyciela.

– Oczywiście, profesorze – odpowiedział beznamiętnie, rzuciwszy mu zainteresowany uśmiech. Odrzuciwszy wahanie, podszedł do biurka, z każdym krokiem walcząc o niepokazywanie emocji.

Slughorn wyczarował dlań krzesło.

– Usiądź, proszę. Tom, Tom. – Westchnął, a potem potrząsnął głową. – Co jest z tobą ostatnio nie w porządku?

Chłopak napiął mięśnie i z trudem powstrzymał się przed ciśnięciem w opiekuna swojego domu niewybrednym przekleństwem. Zamiast się wykrzywić z gniewu, zrobił diablo niewinną minę. Za wszelką cenę musiał grać przykładnego ucznia.

– Przepraszam za Ortusa, profesorze – powiedział z udawaną skruchą. – Naprawdę nie wiem, gdzie popełniliśmy błąd.

– Cóż, to pierwszy raz, kiedy zawiodłeś na moich zajęciach – podsumował z widocznym rozczarowaniem nauczyciel, co jeszcze bardziej rozwścieczyło Riddle'a.

– Owszem. Jeszcze raz przepraszam. – Spuścił głowę. Zrobił to tylko i wyłącznie po to, żeby ukryć gniew, z którego kontrolą zaczynał mieć duże problemy. Czemu ten cholerny eliksir nie zadziałał? – Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy. Od tej pory będę bardziej uważny.

– Naturalnie, naturalnie – stwierdził pobłażliwie Slughorn. – Wiem, że jesteś wyjątkowym uczniem. Jestem przekonany, że ta pomyłka nijak wpłynie na twoją ocenę końcową. – Zrobił pauzę, a Tom stał się podejrzliwy, kiedy profesor zaczął mu się dziwnie przyglądać. – Po prostu się o ciebie martwię, chłopcze.

– Słucham…?

– Co zaprząta ci ostatnio głowę? – zapytał ostrożnie. – Czy jest coś, co szczególnie cię niepokoi?

Jedyną rzeczą, z jaką tak właściwie miał problem, to podtrzymanie uprzejmego uśmiechu na twarzy. W rzeczywistości miał ochotę wybuchnąć i wykrzyczeć swe racje.

– Nie, profesorze – odpowiedział z trudem. – Wszystko jest w porządku.

Slughorn zamrugał, wyraźnie zatroskany.

– Zazwyczaj nie ingeruję w sprawy moich podopiecznych – powiedział, ostrożnie dobierając słowa, a Tom prawie się popluł, słysząc podobną niedorzeczność – przecież stary ślimak uwielbiał wtykać nos w nieswoje sprawy! – Uznałem jednak, że jako opiekun Slytherinu mam obowiązek zabrać głos. Zauważyłem, że ostatnio nie jesteś sobą – dodał z przekonaniem, nie zauważywszy niczego podejrzanego.

Chłopak nie był w stanie odpowiedzieć, w pełni skoncentrowany na powstrzymywaniu swoich morderczych zapędów. Powinien po prostu przekląć tego głupca i mieć go wreszcie z głowy.

– Wiem, że jesteś pod wpływem dużego stresu. W tym roku masz naprawdę napięty grafik i sporo zajęć. Szczerze mówiąc, myślę, że przesadziłeś z wyborem dodatkowych przedmiotów – kontynuował ojcowskim tonem nauczyciel. – Do tego wszystkiego dochodzą ci obowiązki prefekta.

Tom zacisnął zęby. Czy ten dziad właśnie insynuował, że nie radzi sobie z natłokiem zajęć…?

– Może zechcesz rozważyć rezygnację z kilku przedmiotów na następnym roku. – Slughorn spojrzał nań w zamyśleniu. – Właściwie to nie powinienem zdradzać ci podobnych szczegółów. Dippet urwie mi głowę, kiedy dowie się, że zdradziłem ci poufną informację, niemniej jednak jest prawie w stu procentach pewne, że w przyszłym roku zostaniesz prefektem naczelnym. To, naturalnie, oznacza wiele wspaniałych przywilejów, ale również równa się następnym obowiązkom i masie dodatkowej pracy.

Ślizgon był szczerze zaskoczony, że zdołał stłumić wściekłość na tyle, żeby wysilić się na odpowiedź.

– To byłby prawdziwy zaszczyt, profesorze, ale jestem pewien, że poradzę sobie ze wszystkimi przedmiotami.

Nauczyciel spojrzał nań sceptycznie, przez co znów musiał toczyć wewnętrzny bój. Jakim cudem ciągle staje na skraju wybuchu?

– Cóż, nie musisz teraz podejmować decyzji, chłopcze. Obiecaj mi, że to jednak przemyślisz – poprosił pobłażliwie. – Wróćmy do początku naszej rozmowy. – Skinął głową. – Jeżeli nie trapią cię zajęcia, to co innego? – zapytał, gdy podopieczny uniósł brew. – Może problem dotyczy twojego życia prywatnego?

– Nie, profesorze. Naprawdę wszystko jest w porządku.

Ku jego przerażeniu, Slughorn mrugnął doń porozumiewawczo.

– Nie musisz się niczego wstydzić – powiedział, pochyliwszy się konspiracyjnie do przodu. – Wbrew powszechnej opinii, zamek jest mały, a ściany mają uszy. Wieści w zastraszającym tempie docierają nawet do grona pedagogicznego. – Uśmiechnął się pokrzepiająco. – Rozumiem, że twój związek z panną DeCerto się rozpadł – zagaił bez skrępowania.

– Owszem – odpowiedział z chłodem.

– Wielka szkoda. – Ślimak spojrzał nań ze współczuciem. – To całkiem normalne, że złamane serce może rozpraszać i sprawiać problemy. – Uśmiechnął się rozbrajająco, a Tom musiał zwalczyć następny atak złości. – Wiesz, też byłem kiedyś młody. W pełni rozumiem, jak to jest po zakończeniu związku.

– Zapewniam pana, że to nijak wpłynie na moje osiągnięcia szkolne – zdołał wymamrotać.

– Tak, tak. – Slughorn machnął ręką i ponownie pochylił się do przodu. – Nie mam pojęcia, co sprawiło, że ze sobą zerwaliście, ale pozwól, że dam ci dobrą radę – stwierdził po dłuższej chwili zastanowienia. – Uważam, że powinieneś jeszcze raz przemyśleć tę decyzję.

– Co…? – zapytał, szczerze zaskoczony.

– Mówię ci to szczerze. Nie jako pedagog, a jako człowiek, który ma od ciebie zdecydowanie więcej doświadczenia w sprawach damsko-męskich. – Profesor odchylił się na krześle i uważnie przyjrzał się Tomowi. Wyglądał, jakby rozważał opcje. – Panna DeCerto jest wyjątkową młodą damą. Nie powinieneś tak łatwo pozwalać jej odejść. Nie miałem zaszczytu uczyć jej od pierwszej klasy, ale z łatwością mogę stwierdzić, że to bardzo utalentowana czarownica. Może i jest mugolskiego pochodzenia, ale nadal przejawia szczególny talent. Wydaje się również bystra. Niektórzy mogą twierdzić, że inteligencja nie jest zaletą u kobiety, ale to nieprawda. – Wtem zamrugał, jakby uświadomiwszy sobie coś piekielnie ważnego. – Z pewnością nie chcesz utknąć w małżeństwie z czarownicą o ptasim móżdżku. – Potrząsnął w niedowierzaniu głową. – Co więcej, panna DeCerto jest nie tylko inteligentna, ale także ładna – kontynuował, patrząc nań uważnie. – Biorąc to wszystko pod uwagę, szczerze uważam, że naprawdę powinieneś się ukorzyć i odzyskać tę dziewczynę. Możesz w przyszłości gorzko żałować, jeżeli postąpisz inaczej. Uwierz, że jeśli się zawahasz i przemilczysz sprawę, inni wykonają swój ruch.

– To znaczy? – zapytał ostrzej, niż zamierzał.

– Cóż, panna DeCerto jest bardzo popularna wśród chłopców – podsumował nauczyciela, a Tom poczuł niewytłumaczalną falę gniewu. Slughorn sugerował mu rzeczy, o których nawet nie zamierzał myśleć. – Ilekroć ją widzę, jest otoczona wianuszkiem wielbicieli. Nie będzie czekać na ciebie, aż wreszcie zmienisz zdanie.

Ślizgon odepchnął od siebie to dziwaczne nieprzyjemne uczucie w żołądku i zmrużył oczy. Czemu miałby chcieć odzyskać tę szlamę? Sam pomysł był równie niedorzeczny, co obrzydliwy.

Zacisnął usta.

– Dziękuję za radę, profesorze – powiedział chłodno. – Z pewnością rozważę tę opcję.

Slughorn uśmiechnął się z zadowoleniem.

Tom wstał z krzesła z zamiarem jak najszybszego opuszczenia pracowni eliksirów. Zanim jednak zdążył się przynajmniej odwrócić, do głowy przyszła mu pewna myśl.

– Czy mogę prosić o przysługę? – zapytał z czarującym uśmiechem, chcąc wykorzystać nadarzającą się okazję.

Nauczyciel uniósł brwi.

– Oczywiście, mój chłopcze. Cokolwiek zechcesz.


– Jaką prawdę? – Dumbledore sprawiał wrażenie zaintrygowanego.

Hermiona się zapatrzyła, przywdziawszy na twarz spokojną maskę, podczas gdy jej myśli biegły w szaleńczym tempie. Jeżeli rzeczywiście chce odzyskać Czarną Różdżkę, musi się wkupić w łaski profesora. Jej powrót do przyszłości zależał tylko i wyłącznie od tego, czy zbierze wszystkie Insygnia Śmierci. Jeśli chciała wzbudzić zaufanie, musiała dać coś od siebie w zamian – albo Toma, albo… manuskrypt.

– Owszem, myślę, że najwyższy czas postawić na szczerość – powiedziała spokojnym tonem.

W porządku, muszę się skoncentrować. To ważne, pomyślała, zdeterminowana. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu, mimo skomplikowanej sytuacji, w jakiej się znalazła, nie chciała odesłać Riddle'a z powrotem do sierocińca i w brutalne ręce Cartera. Musiała więc przekonać Dumbledore'a, że w rzeczywistości jest jasną czarownicą, nie używając Toma jako przynęty, a jednocześnie ratując go przed wydaleniem ze szkoły. Jasne, powodzenia!, parsknął wewnętrzny głosik.

Wzięła głęboki oddech. Zebrawszy się na odwagę, skrzyżowała z mężczyzną spojrzenie.

– Walczę na wojnie od dłuższego czasu, profesorze.

Niebieskie oczy zaszły smutkiem, ale nie sprawiał wrażenia zaskoczonego usłyszaną informacją. Najprawdopodobniej zdążył połączyć kropki i wysnuł własne wnioski. Na ustach Hermiony pojawił się słaby uśmiech.

– Nigdy nie rozumiałam, jak ludzie mogą tak płomiennie nienawidzić innych – dodała z chłodem w głosie. – Czarodzieje skłaniali się ku ogromnemu okrucieństwu i popełniali straszne zbrodnie, a to wszystko w imię tak zwanej „czystości krwi", cokolwiek to znaczy. – Spojrzała na nauczyciela, którego smutek tylko się pogłębił. Nie przerwał jej, więc kontynuowała swój wywód. – Nienawidziłam ich tak bardzo, że pragnęłam ich skrzywdzić, sprawić, aby poczuli dokładnie to samo, co ofiary wojny. Chciałam wszystkich pozabijać. – Z trudem przełknęła ślinę i musiała walczyć, żeby odzyskać kontrolę nad emocjami. – Osiągnęłam swój cel. Ostatecznie zabiłam kilku przeciwników, niemniej jednak moja nienawiść nie zniknęła. – Położyła dłonie na podłokietnikach krzesła, a dłonie zacisnęła na drewnie. – Wojna ciągnęła się w nieskończoność i wszystko na niej straciłam. Zginęli moi rodzice i przyjaciele. Widziałam zdecydowanie zbyt dużo śmierci, głównie dobrych i prawych ludzi. W trakcie wreszcie wyzbyłam się nienawiści i poczułam się strasznie zmęczona. Chciałam, żeby to się skończyło. Chciałam wrócić do domu, ale byłam zbyt zdesperowana i nieuważna. Popełniłam w międzyczasie naprawdę wiele błędów. – Spojrzała rozmówcy prosto w oczy. – Włamałam się do mieszkania Nicolasa Flamela w Londynie, przełamałam zabezpieczenia i ukradłam manuskrypt Ignotusa Peverella. Na krótko przed rozpoczęciem się przerwy świątecznej wślizgnęłam się też do pańskiego gabinetu.

Dumbledore był zaskoczony. Gdyby sytuacja nie była cholernie poważna, uznałaby ją nawet za zabawną. Nie odwróciła wzroku, nie chcąc popełnić katastrofalnego w skutkach błędu.

– To byłaś ty? – zapytał, poprawiwszy swoje okulary-połówki. – Czemu miałabyś zrobić coś podobnego? Dlaczego ukradłaś manuskrypt?

Mimo że prawda była jej sojusznikiem, teraz bardziej potrzebowała kłamstwa.

– Walczyłam na wojnie przez dwa lata, profesorze – powiedziała zdecydowanym głosem, który nijak odzwierciedlał chaos, w którym się wewnętrznie nurzała. – Niestety, byłam bezradna i w zasadzie przegrywaliśmy. Grindelwald i jego żołnierze są zbyt silni – dodała z gniewem, w rzeczywistości myśląc o Voldemorcie i śmierciożercach z przyszłości. – Nie chciałam zaakceptować ich miażdżącej dominacji, gdyż nie mogłam zrozumieć, w jaki sposób puryści zwyciężali. – Zebrała się w sobie i zmusiła emocje do powrotu. – W międzyczasie zebrałam trochę informacji na temat Gellerta Grindelwalda i armii, którą dysponuje.

Dumbledore wydawał się uważnie słuchać wszystkiego, co mówiła. Jak dotąd nie wyrzucił jej ze szkoły, więc uznała to za znak do kontynuowania opowieści. Nadal nie wiedziała, dlaczego posuwa się do ostateczności, zaprzepaszczając najlepszą z możliwych okazję do zdobycia Kamienia Wskrzeszenia. Czemu tak wiele ryzykowała dla Toma? To po prostu głupie.

– Szukając sposobu na pokonanie Grindelwalda, natknęłam się na wiele pogłosek, fałszywych plotek, podstępnych szeptów, a czasem nawet kłamstw – powiedziała z ostrożnością. – Ludzie mówili, że jest niepokonany, że kiedy tylko unosi różdżkę, jego zwycięstwo jest z góry przesądzone. Oczywiście, nie dałam wiary tym historiom. Jaki czarodziej jest tak potężny, że aż niemożliwy do pokonania? Mimo sprzecznych informacji postanowiłam wybadać teren, bo po prostu potrzebowałam znaleźć jakiś punkt zaczepienia, najlepiej słabość. Im więcej szukałam, tym lepiej wszystko rozumiałam. Grindelwald okazał się na tyle silny, że sprawił, aby cały kraj mu się pokłonił. Naprawdę sprawiał wrażenie niezwyciężonego. Nie chciałam uwierzyć, że to możliwe, dlatego też dalej szukałam informacji, skupiwszy się na źródle jego mocy. W zeszłym roku dokonałam przełomu. W trakcie poszukiwań natknęłam się na wskazówkę, która mogła być wyjaśnieniem potęgi, którą posiadł.

W niebieskich oczach zauważyła nutę sceptycyzmu. Najprawdopodobniej nie uwierzył, że znalazła haka na Grindelwalda. To oczywiste, że czarnoksiężnik nikomu nie zdradził faktu, iż posiadał Czarną Różdżkę. Właśnie dlatego wiedziała, że musiała wyciągnąć teraz asa z rękawa.

– Myślę, że jest właścicielem Niezwyciężonej Różdżki – podsumowała ze spokojem, patrząc uważnie na nauczyciela.

Wydawał się zdenerwowany usłyszaną informację. Najwyraźniej zupełnie się nie spodziewał, że ktokolwiek wpadnie jeszcze na trop Insygniów Śmierci.

– Uważasz, że włada Niezwyciężoną Różdżką? – zapytał, najprawdopodobniej chcąc się upewnić, czy dobrze zrozumiał.

– Jestem o tym święcie przekonana – odpowiedziała, co ciekawe, zgodnie z prawdą. – Gdy tylko dowiedziałam się o istnieniu podobnej broni, spróbowałam znaleźć sposób na jej zniszczenie. Pomyślałam, że najlepszym rozwiązaniem problemu będzie zapytanie samego wytwórcy. Właśnie dlatego zdecydowałam się na przyjazd do Anglii i zapisanie się do Hogwartu. Wiedziałam, że jest pan w posiadaniu manuskryptu Ignotusa Peverella.

Dumbledore zmrużył podejrzliwie oczy.

– Wiedziałaś, że mam tę księgę? Skąd?

Hermiona się zawahała. Nie chciała tego mówić, bo wiedziała, że nauczyciel może nie być dlań łaskawy, ale, prawdę powiedziawszy, nie miała większego wyboru.

– Kiedy gromadziłam informacje o Grindelwaldzie, w pewnym momencie odkryłam, że… byliście ze sobą całkiem blisko – wyznała, a jasnoniebieskie oczy rozszerzyły się z szoku. – Szybko doszłam do wniosku, że najlepiej zrobię, jeżeli i pana prześwietlę. Zanim zorientowałam się w temacie Niezwyciężonej Różdżki, zrozumiałam, że był pan zainteresowany Peverellem. Niedługo potem odkryłam, że wszedł pan w posiadanie manuskryptu. Można więc stwierdzić, że właśnie dlatego przyjechałam do Anglii, przyjęłam nowe nazwisko i poprosiłam dyrektora o akceptację mojego podania do Hogwartu.

– Och, czyli to dlatego posłużyłaś się pseudonimem – stwierdził, zgodnie z przypuszczeniem, niezadowolony z jej odkrycia.

Otworzyła szerzej oczy.

– Wiedział pan…?

– Cóż, to całkiem normalne, że szkoła sprawdza tożsamość swoich nowych uczniów, prawda? – zapytał z ostrym błyskiem w oku, na co wciągnęła gwałtownie powietrze. – Dyrektor poprosił mnie o zorientowanie się w temacie twojej rodziny zaraz po otrzymaniu od ciebie listu – dodał, patrząc nań uważnie. – Napotkałem kilka problemów ze znalezieniem jakichkolwiek informacji. Wtedy zdałem sobie sprawę, że przyjęłaś fałszywą tożsamość. Szczerze mówiąc, nie powiedziałem o tym Armando. Założyłem, że skoro uciekasz ze strefy wojennej, masz dobry powód, żeby używać pseudonimu. Kiedy po raz pierwszy się spotkaliśmy, również przeprowadziłem rozeznanie i doszedłem do wniosku, że nie stanowisz zagrożenia. – Na moment się zawahał. – Dopiero po spektakularnej groźbie, którą wysnułaś podczas naszej ostatniej rozmowy, zmieniłem zdanie.

– Chyba nie rozumiem… – wyjąkała. – Czyli po prostu pozwolił mi pan zostać w szkole…? Od samego początku wiedział pan, że kłamię, a jednak mnie krył.

– Cóż, nie chciałem, żebyś spełniła swą groźbę – odpowiedział z powagą.

– W porządku. To ma sens.

Dumbledore zmarszczył brwi.

– Dobrze, przejdźmy dalej. Skoro dowiedziałaś się o Niezwyciężonej Różdżce i manuskrypcie Peverella, to czemu bawiłaś się w kotka i myszkę? Mogłaś mnie po prostu zapytać.

Hermiona przygryzła dolną wargę.

– To skomplikowane. Szczerze mówiąc, nie miałam do pana zaufania. Pochodzę ze strefy wojennej, gdzie obdarzenie kogoś dużym zaufaniem jest jednoznaczne z lekkomyślnością – wytłumaczyła. – Co więcej, odkryłam, że niegdyś przyjaźnił się pan z Gellertem Grindelwaldem – dodała, nie chcąc o tym wspominać, ale czuła, że to najlepszy ruch. – Chodziły plotki, że kiedyś wyznawaliście te same ideały. Skąd miałam wiedzieć, że nadal ze sobą nie współpracujecie? – zapytała logicznie, zaś dostrzeżony na twarzy nauczyciela ból wzbudził w niej potworne wyrzuty sumienia. – Nie chciałam podejmować niepotrzebnego ryzyka. Niedługo później dowiedziałam się, że przekazał pan księgę Nicolasowi Flamelowi. To oczywiste, co musiałam zrobić. Wykorzystałam przerwę świąteczną na ułożenie planu i przygotowanie wszystkiego, a następnie zlokalizowałam mieszkanie i się doń włamałam.

– Słyszałem o twoich wyczynie. Nicolas powiedział mi o kradzieży manuskryptu – stwierdził profesor. – Byłem tym bardzo zaskoczony. Nie spodziewałem się, że ktokolwiek będzie wiedział, że wszedłem w posiadanie równie cennej księgi. Szczerze mówiąc, byłem przekonany, że to Tom jest odpowiedzialny za kradzież.

Hermiona się uśmiechnęła.

– Tym razem był naprawdę niewinny. – Ulżyło jej, że Dumbledore wydawał się wierzyć w historię, którą właśnie opowiedziała. Jeżeli dopisze szczęście, może osiągnie dziś podwójny sukces. – To wszystko sprowadza nas do powodu, dla którego się panu zwierzam. Kiedy byłam w mieszkaniu Nicolasa Flamela, zostałam zaskoczona przez żołnierzy Grindelwalda.

– Oni również wiedzieli o manuskrypcie? – zapytał z troską nauczyciel.

Skinęła głową.

– Nie wiem, w jaki sposób się dowiedzieli, ale wtargnęli do budynku, kiedy zdobyłam księgę. Mieli przewagę liczebną, więc postanowiłam się ewakuować. Kiedy uciekałam, wpadłam na Toma – wyznała, a Dumbledore zmarszczył brwi, najwyraźniej nie spodziewając się podobnej nowiny. – Udało nam się zbiec, ale wtedy się zorientowałam, że wdepnęliśmy w niezłe bagno, ponieważ żołnierze widzieli jego twarz.

Mężczyzna w roztargnieniu zaczął stukać palcami prawej dłoni w powierzchnię biurka. Całkiem możliwe, że robił to nieświadomie.

– Mogli wywnioskować, że byliście w zmowie i służył ci wsparciem.

– Właśnie – przyznała pospiesznie. – Niestety, to nie wszystko. Kilka tygodni temu, kiedy miała miejsce wycieczka do Hogsmeade, ponownie zostałam zaatakowana – dodała, a profesor uniósł brwi, milcząco prosząc, aby kontynuowała. – Ludzie Grindelwalda osaczyli mnie w mało używanym zaułku. Nie wiem, w jaki sposób mnie zlokalizowali, ale chcieli manuskryptu. Odmówiłam współpracy i rozpętała się bójka. Zostałabym pokonana, gdyby nie interwencja Toma – wyjaśniła. – To było jeszcze zanim się rozstaliśmy. Szczerze mówiąc, z łatwością rozwiązał ten problem – stwierdziła, kiedy zobaczyła zdziwienie na twarzy rozmówcy.

– I wtedy ponownie zobaczyli jego twarz – podsumował, nadal stukając palcami w drewniany blat.

Hermiona zwiesiła głowę.

– Owszem. Widzieli go ze mną już dwukrotnie. Najpierw w Londynie, a potem w Hogsmeade. Jest bardziej niż pewne, że zakładają, iż ze sobą ściśle współpracujemy.

– Jest inaczej? – Dumbledore był podejrzliwy.

– Oczywiście, że tak. Nigdy mu nie powiedziałam o swojej misji – odparła pospiesznie. – Ostatecznie okazało się, że postąpiłam słusznie – dodała z goryczą i potrząsnęła głową. Następnie, zebrawszy się na odwagę, podniosła wzrok. – W obliczu tych wszystkich faktów wydalenie Toma ze szkoły jest najgorszym możliwym rozwiązaniem. Jeżeli go pan odeśle do sierocińca, nie minie kilka godzin, gdy znajdzie się w niebezpieczeństwie. Grindelwald z pewnością rozkaże swoim żołnierzom, aby go dopadli. Gdy to się stanie, przejdą do przesłuchania, podczas którego nie zawahają się przed bardziej przekonującymi zaklęciami.

Kiedy o tym pomyślała, doszła do wniosku, że właściwie miała rację, jednak prawdziwe zagrożenie było w tym, że Riddle mógłby zechcieć dołączyć do Grindelwalda, gdyż mieli te same cele.

– Wiele ryzykujesz, wyznając mi prawdę, zwłaszcza że nadal uważasz, że nie jestem godzien zaufania – odpowiedział nauczyciel, przywracając ją do rzeczywistości. – To wszystko ze względu na Toma?

Hermiona uśmiechnęła się smutno.

– Cóż, zmieniłam o panu zdanie. Teraz wiem, że nie jest pan czarnoksiężnikiem i skrytym poplecznikiem Grindelwalda. Co więcej, to częściowo moja wina, że Tom wpadł w kłopoty. Naprawdę nie chcę, żeby stała mu się krzywda, bo znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Czy nadal chce go pan wydalić z Hogwartu?

Dumbledore milczał przez dłuższą chwilę i mimowolnie zadrżała pod tą czujną obserwacją. Na moment wstrzymała oddech. Czemu właściwie tak ryzykowała dla chłopaka, który jej szczerze nienawidził…? To najprawdziwsze szaleństwo. Byłoby lepiej, gdyby trzymała się oryginalnego planu.

– Wiem, że nie powiedziałaś mi całej prawdy – wyznał po jakby wieczności, zaś dziewczyna zesztywniała. Nadal patrzył nań przenikliwym spojrzeniem. – W twojej historii wyłapałem wiele nieścisłości i myślę, że pominęłaś wiele istotnych szczegółów.

Serce zabiło Hermionie szybciej. Chociaż tak wiele poświęciła, nauczyciel jej nie wierzył. Wszystko zepsuła. Wyszłaby lepiej, gdyby skupiła się na swoich priorytetach i nie pomagała Tomowi. Teraz przyjdzie jej słono zapłacić za dobre intencje.

– Profesorze, ja… – zaczęła słabo, ale nie zdążyła dokończyć.

– Nie powiedziałaś mi całej prawdy – powtórzył, wchodząc jej w zdanie. Zdjął na chwilę okulary i potarł nasadę nosa. Następnie westchnął, wyraźnie zmęczony. – Mimo to obdarzę cię zaufaniem. – Uśmiechnął się pokrzepiająco. – Wygląda na to, że jesteś bardzo zaciekłą orędowniczką.

Aż się zapatrzyła.

– Czy to oznacza, że Tom zostanie w szkole?

– Owszem, muszę pozwolić mu zostać.

– Szalenie panu dziękuję – odpowiedziała i odetchnęła z ulgą.

Dumbledore pochylił się do przodu.

– Wyjaśnijmy sobie od razu możliwe nieporozumienia, Hermiono. Jeżeli znów będzie zagrażał innym uczniom, nie pozostawi mi wyboru.

– Oczywiście, profesorze. – Szybko pokiwała głową.

Mężczyzna westchnął.

– Tom ma naprawdę wielkie szczęście, że obdarzyłaś go uczuciem – podsumował z uprzejmym zainteresowaniem. – Niestety, wątpię, aby teraz to doceniał.

– Zwrócę panu manuskrypt Ignotusa Peverella – powiedziała, zupełnie zignorowawszy usłyszany komentarz. – Jeszcze raz przepraszam za włamanie i kradzież.

– Byłbym niezmiernie wdzięczny. – Nauczyciel przytaknął. – Tak przy okazji, czy znalazłaś rozwiązanie? Sposób na pokonanie mocy Czarnej Różdżki? – doprecyzował, kiedy uniosła brwi.

– Niestety nie.

Dumbledore wyglądał, jakby zastanawiał się nad możliwościami.

– Czy nadal chcesz znaleźć sposób na zwyciężenie Grindelwalda?

– Sprawa jest skomplikowana – odpowiedziała powoli, ostrożnie dobierając słowa. Myślała nie o obecnie pustoszącym Francję czarnoksiężniku, a o powrocie do swoich czasów. – W ciągu ostatnich kilku miesięcy doświadczyłam szkolnego życia. W Hogwarcie jest spokojnie i bezpiecznie. Zanim się zorientowałam, polubiłam tę przyjemną rutynę.

– Może powinnaś odpocząć, Hermiono. Walka z Gellertem Grindelwaldem nie należy do twoich obowiązków. – W niebieskich oczach pojawił się życzliwy, pełen zrozumienia błysk. – Hogwart to prawdziwie wspaniałe miejsce. – Zrobił krótką pauzę. Sprawiał wrażenie usychającego z tęsknoty człowieka. – Wiesz, kiedyś sam przemierzałem szkolne korytarze w roli ucznia. Tak pokochałem zamek, że gdybym mógł, zostawałbym w nim nawet na wakacje.

– W którym był pan domu? – zapytała z uśmiechem na twarzy.

– Widzę, że już się wciągnęłaś w hogwardzki system – stwierdził z wesołą złośliwością. – Nie zdradzę tajemnicy, ale podpowiem, że ze wszystkich domów mój był zdecydowanie najlepszy.

– Może pan puścić po szkole ankietę. – Wyszczerzyła się dziewczyna. – Każdy uczeń powie dokładnie to samo.

– Owszem. – W niebieskich oczach ponownie zabłyszczała powaga. – Spróbuj zapomnieć o wojnie, Hermiono. Zostaw za sobą wszystko, co nieprzyjemne. Możesz zostać w Anglii i w Hogwarcie. To całkiem prawdopodobne, że z czasem pokochasz tę szkołę.

Uśmiechnęła się z wdzięcznością. Zostanie w przeszłości i zapomnienie o okropnościach, których wcześniej doświadczyła, było bardzo kuszące. Gdy zatraciła się w tym uroczym obrazku, niespodziewanie zobaczyła przepełnione nienawiścią karmazynowe oczy, których szczerze nienawidziła. Została znaleziona nawet w latach czterdziestych.

– Chociaż bardzo bym chciała, nie sądzę, aby było to możliwe – odpowiedziała, uprzednio rzuciwszy nauczycielowi smutne spojrzenie. W jakiś sposób czuła się poruszona, kiedy zobaczyła, że na twarzy rozmówcy maluje się żal i współczucie.

– Wiem, że wiele przeszłaś. Stawianie czoła wojnie jest straszne, zwłaszcza dla młodej i niedoświadczonej życiowo osoby. Spójrz na to z innej perspektywy, Hermiono. Mimo wszystkich paskudnych rzeczy, z którymi dotąd miałaś do czynienia, przetrwałaś ten horror. W pełni rozumiem to, że wojna odciska na człowieku piętno, którego nie sposób się pozbyć przez długie, długie lata, a ciemność z nią związana mąci umysł i ciężko ją odgonić. Teraz jednak dostałaś od losu prawdziwą szansę. Jesteś tutaj, w Hogwarcie, cała, zdrowa i bezpieczna. Nie wisi nad tobą żadne zagrożenie. Możesz zostawić za sobą przeszłość i spróbować zacząć od nowa. Nie porzucaj przedwcześnie nadziei, ponieważ przyszłość zmierza ku lepszemu i wkrótce nadejdą przychylne czasy.

– Możliwe, że ma pan rację. Liczę, że to nie jest fałszywe przeświadczenie. Niemniej jednak czuję, że nie jestem jeszcze gotowa. – Uśmiechnęła się ze smutkiem. – Ciemność wciąż bierze mnie we władanie.

– Rozumiem. – Dumbledore również zmarkotniał. – Zaufaj mi jednak, że będzie tylko lepiej.

– Dziękuję – odpowiedziała, z trudem przełknąwszy gulę w gardle i wstała z krzesła z zamiarem opuszczenia gabinetu. Została zatrzymana, zanim otworzyła drzwi.

– Kochasz go, prawda?

Odwróciła głowę. Doprecyzowanie nie było konieczne, bowiem oboje wiedzieli, o kim mówią.

– Myślę, że tak – odparła, zaskoczona własną werbalizacją uczuć. – Niestety, nie ma to już większego znaczenia.

– Niewłaściwie się nastawiasz, Hermiono. – Nauczyciel popatrzył nań bez cienia dobrotliwego uśmiechu. – Miłość jest najpotężniejszym rodzajem magii. Ma wielką wagę, nawet jeżeli obiekt westchnień weń nie wierzy.

– Jeszcze raz przepraszam, że pana wcześniej okłamałam, profesorze – odpowiedziała po dłuższej chwili milczenia i wreszcie wyszła na korytarz.


Następnego dnia, we wtorek, siedziała w klasie, pogrążona w myślach i z trudem rejestrowała to, co mówiła profesor Merrythought. Wciąż była zaskoczona faktem, że Dumbledore wybaczył jej szantaż. W opowieści, którą wczoraj przedstawiła, rzeczywiście było wiele luk, co z pewnością zostało zauważone. Najważniejsze, że wreszcie uwierzył, że jest jasną czarownicą. W jakiś sposób była cholernie zadowolona z lepszego postrzegania. Ukorzeniem się i wyznaniem części prawdy nie tylko przybliżyła się do planu odzyskania Czarnej Różdżki, ale też poprawiła sobie samopoczucie.

Westchnęła pod nosem, wróciwszy myślami do Kamienia Wskrzeszenia. Mimowolnie spojrzała na prawą rękę Toma. Nadal nosił złoty pierścień z czarnym oczkiem. Za wszelką cenę musiała go zdobyć. Wciąż się też zastanawiała, dlaczego podczas rozmowy z Dumbledore'em chwilowo postradała zmysły i straciła rozum. Czemu niespodziewanie zapragnęła chronić chłopaka, który na to właściwie nie zasługiwał? Dlaczego zachowała się niczym rasowa gryfonka? Przewróciła oczami i jeszcze raz spojrzała na ślizgona, który sprawiał wrażenie w pełni skoncentrowanego na wykładzie pani profesor. Zasłużył na powrót do sierocińca, prawda? Szybko odwróciła wzrok, czując bolesny ucisk w żołądku. Westchnęła, gdy uzmysłowiła sobie, że najprawdopodobniej uratowałaby go ponownie, gdyby zyskała następną szansę na powtórzenie rozmowy. To bardziej niż oczywiste, że była sentymentalną idiotką.

– Za pomocą tych zaklęć możecie władać czterema żywiołami – podsumowała wykład nauczycielka. – Na przykład dzięki urokowi Unda, będziecie w stanie manipulować wodą i zmienić jej stan z zamarzniętego na ciekły i gazowy.

Hermiona ledwo podniosła głowę, ze spokojem patrząc na prezentację. Miska pełna wody, wcześniej postawiona na profesorskim biurku, najpierw zamieniła się w lodowy blok, a potem w chmurę pary. Znała już te zaklęcia, gdyż wchodziły w zakres podstawowej magii. Nie słuchała więc tłumaczeń Merrythought dotyczących prawidłowych ruchów nadgarstka. Szczerze mówiąc, właściwie to nie uważała na zajęciach przez ostatni tydzień.

Jakoś groteskowo, pomyślała z szyderstwem. Hermiona Granger nawet się nie stara.

Nie widziała żadnego powodu, dla którego miałaby zawracać sobie głowę szkołą. Materiał znała na wylot i z pewnością nie potrzebowała najlepszych ocen, żeby wypełnił swą misję. Nadmierne skupianie się na mało znaczących pierdołach tylko działałoby nań rozpraszająco. Musiała znaleźć drogę powrotną do domu i to możliwie jak najszybciej. Musiała odciąć się od lat czterdziestych, bo tutaj nie przynależała. Jej świat był gdzie indziej.

– Czas na praktykę, droga młodzieży. Zacznijcie od czaru Unda – poprosiła klasę pani profesor, a Hermiona chyba tylko przez przypadek usłyszała wydane polecenie.

Podniosła wzrok i zauważyła, że na każdym stanowisku zmaterializowała się miska z wodą. Szybkim spojrzeniem w bok upewniła się, że Tom ma własną czarkę. Odetchnęła z ulgą. Gdyby musiała z nim teraz współpracować, chyba by tego nie zniosła. Pstryknęła palcami i przywołała do siebie różdżkę, a następnie zmarszczyła brwi, uzmysłowiwszy sobie, że coś jest nie w porządku, a struktura drewna wydaje się dlań obca. Miała wrażenie, że zaszła w niej jakaś zmiana, zdecydowanie nieprzyjemna. Mimo to machnęła ręką w znajomej manierze, szepcząc pod nosem inkantację zaklęcia.

Undovo.

Spodziewała się, że woda natychmiastowo zamieni się w lód, ale się przeliczyła. Zamrugała, szczerze zdezorientowana. Ten czar nie był szczególnie trudny, więc nie powinna mieć z nim żadnych problemów. Może się nie postarałam, pomyślała i ponownie machnęła różdżką, tym razem mocniej skoncentrowana na zadaniu.

Undovo.

Woda ponownie nie zmieniła swej formy. Szczerze mówiąc, teraz była naprawdę zaniepokojona. Urok powinien był zadziałać, ale z jakiegoś powodu jej magia protestowała i się buntowała. Zamknęła oczy, wzmogła skupienie i spróbowała przywołać swoją moc. Gdy zerknęła na mentalnego warkocza, z przerażeniem zauważyła, że jej magia, zamiast być silnym splotem, przypomina zlepek pojedynczych kosmyków, bardzo, bardzo słaby i grożący rozplątaniem w każdej chwili. Spanikowana, uniosła powieki. Co się stało? Jeszcze wczoraj wszystko było w porządku. Przygryzła dolną wargę, kiedy uzmysłowiła sobie, że w ostatnim czasie nieczęsto czarowała.

Roztrzęsiona, przeczesała włosy dłonią. Musiała się mocniej skoncentrować. Magia nie może, ot tak sobie, zniknąć, zwłaszcza z dnia na dzień. Najprawdopodobniej miała dziś po prostu pecha. Ponownie przywołała swoją moc i wyczuła zaledwie słabe migotanie. Spróbowała utrzymać tę słabiutką nitkę, a następnie sięgnęła ku czarnemu splotowi. Magia Czarnej Różdżki przybyła na wezwanie, ale raczej niechętnie. Gdy się wokół niej owinęła, poczuła, że jest nijaka, słaba i niemożliwa do wzmocnienia. Coś zdecydowanie jest nie w porządku, podsumowała nerwowo.

Spróbowała jeszcze raz i machnęła różdżką. Zmusiwszy czarny splot do posłuszeństwa, wypowiedziała inkantację, a czar rzeczywiście popędził w kierunku miski z wodą. W chwili, gdy urok się uformował, sapnęła pod nosem. To bolało, ale na szczęście nieszczególnie mocno. Ciepło rozchodziło się od jej klatki piersiowej.

Na wodzie unosiła się cienka warstwa lodu. Szturchnęła ją palcem i odsłoniła wciąż płynną ciecz w temperaturze pokojowej. Urok nie zadziałał tak, jak powinien, nawet przy pomocy czarnego splotu. To podstawowa magia, naprawdę nietrudna do zaprezentowania. Zapatrzyła się na czarkę z najprawdziwszym przerażeniem. Zauważywszy ruch z boku, natychmiast zamaskowała swój strach, przywdziawszy na twarz pozorowane znużenie materiałem. Zerknęła na Toma. Czy coś zauważył…? W jego misce znajdowała się bryłka lodu, a więc nie miał żadnego problemu. Odetchnęła z ulgą, gdy zrozumiała, że wciąż jest ignorowana. Szczęśliwie, był skupiony wyłącznie na sobie.

Przez resztę zajęć nie była w stanie nadążyć za wykładem profesor Merrythought. Drżały jej dłonie i prawie sapała ze strachu. Co się stało z jej magią? To przecież nie było normalne! Kiedy nauczycielka zakończyła zajęcia, w pośpiechu schowała swoje przybory do torby i wypadła na korytarz. Miała głęboko gdzieś obiad i późniejszą historię magii. Nawet nie powiedziała przyjaciołom, dokąd idzie. Zamiast tego pospieszyła przed siebie, pragnąc chwili samotności. Zawędrowała do dość odosobnionej części na szóstym piętrze, gdzie otworzyła pierwsze lepsze drzwi i weszła do zaciemnionej sali lekcyjnej.

Bez zbędnych ceregieli wyciągnęła różdżkę. Jej ręka zadrżała, kiedy nie wyczuła żadnej reakcji na gładkie drewno. Zacisnęła oczy i wezwała swą magię. Tak jak podczas lekcji, poczuła zaledwie leciutkie migotanie, jakby z normalnie pulsującej mocy praktycznie nic nie pozostało. Skoncentrowała się na pozostałościach. Uniosła różdżkę i machnęła nią w znany sobie sposób. Nic konkretnego się nie wydarzyło, przez co ponownie poddała się panice.

Niedobrze, bardzo niedobrze.

Wzięła głęboki, uspokajający oddech. Wyprostowała się i ponownie uniosła różdżkę. Zapatrzona w ścianę naprzeciwko, machnęła gniewnie ręką.

Reducto!

Jęknęła z bólu, kiedy poczuła ostre ukłucie w klatce piersiowej. Tym razem jej magia zareagowała na klątwę, a z czubka oręża trysnęło jasne, ale słabiutkie światełko. Zaklęcie poleciało do przodu, ale w trakcie lotu zwolniło tempa i zaczęło migotać. Zanim dotarło do ściany, całkowicie zgasło.

Niedobrze!, podsumowała, patrząc z niedowierzaniem na brak wyrządzonych szkód. Jej magia nie działała prawidłowo, miała lekkie zawroty głowy, a także odczuwała ból w piersi. Zamknęła oczy i zmusiła chaotyczne myśli do uporządkowania. Spróbowała przywołać do siebie czarny splot, ale bez względu na wysiłek, jaki podejmowała, ta odmawiała. Jedyne, co osiągnęła, to spotęgowanie się bólu i utrudnione oddychanie.

Schowała różdżkę do kabury i pospiesznie opuściła salę lekcyjną. Za wszelką cenę musiała się dowiedzieć, w czym tkwił problem. Popędziła więc do jedynego miejsca w Hogwarcie, które zazwyczaj obfitowało w odpowiedzi na nurtujące pytania. Nie minęło wiele czasu, kiedy stanęła przed drzwiami do biblioteki.

– Dzień dobry, panno DeCerto. – Usłyszała, kiedy weszła do środka.

– Dzień dobry, pani Peters. – Uśmiechnęła się delikatnie.

– Jest tyle innych rzeczy, jakie mogłaby panienka robić, zamiast marnować czas pomiędzy zakurzonymi regałami. Zbyt często panienka tu przychodzi. – Bibliotekarka potrząsnęła głową. – Czasem lepiej jest spędzić trochę czasu na dworze w towarzystwie przyjaciół.

– Mam naprawdę wiele do zrobienia – powiedziała.

– W porządku, panno DeCerto. Tylko proszę nie buszować wśród książek zbyt długo, bo inaczej osobiście do pani podejdę i wyproszę na korytarz. – Kobieta doń mrugnęła porozumiewawczo.

Hermiona się uśmiechnęła, skinęła głową i weszła do biblioteki. Zgodnie z przewidywaniami przy stolikach nie siedziało zbyt wielu uczniów, zapewne dlatego, że zajęcia się jeszcze nie skończyły. Szczerze mówiąc, trochę tęskniła za historią magii, na której w normalnych okolicznościach właśnie by siedziała, ale musiała w pierwszej kolejności rozwiązać powstały problem. To jest o wiele ważniejsze, podsumowała, zabierając się do pracy. Musiała szybko znaleźć dobre rozwiązanie.

Kilka godzin później nadal siedziała w bibliotece. Przeczytała wiele książek, ale w żadnej nie wspomniano o kwestii, którą była zainteresowana. W duchu była szczerze przerażona. Skupiwszy się, wyczuła, że jej magia nadal jest splątana i wrażliwa. Zamiast się wzmacniać, z minuty na minutę słabła. Automatycznie zrobiło jej się niedobrze. Potrząsnęła głową, aby pozbyć się zawrotów, ale to nijak pomogło. Odczekawszy chwilę, ponownie skoncentrowała się na przyniesionej książce. „Magiczne choroby", głosił tytuł. Jak dotąd, nie znalazła niczego konkretnego. Nawet w tym stricte naukowym dziele traktującym o czarodziejskiej medycynie przeczytała zaledwie wzmiankę o przypadłości związanej z utratą magii. Zacisnąwszy usta w cienką linię, ponownie zagłębiła się w lekturze.

Utrata magii. Całkowita utrata magii (zwana dalej CUM) jest bardzo rzadkim zjawiskiem. Patogeneza tej choroby jest niewystarczająco zbadana, chociaż objawy zawsze są takie same. Do pierwszych symptomów należą zawroty głowy, utrata apetytu, nudności, utrata masy ciała i nadmierna senność. Postawienie diagnozy nie jest możliwe, dopóki nie pojawią się pierwsze objawy magicznego uszczerbku. W większości przypadków po wystąpieniu symptomów szybko następuje stopniowe zatracenie mocy, aż do osiągnięcia stadium końcowego, w którym pacjent nie jest w stanie wykrzesać z siebie choćby iskierki magii.

Wyróżniono trzy główne przyczyny wywołujące CUM.

W ponad 50% przypadków zjawisko to ma podłoże psychosomatyczne. Jeżeli całkowita utrata magii została zainicjowana przez chorobę psychiczną lub traumatyczne wydarzenie, najlepszym rozwiązaniem problemu jest skierowanie pacjenta na badania do psychologa lub psychoanalityka.

Wiele trucizn, zwłaszcza w połączeniu ze współistniejącymi schorzeniami, powoduje tymczasowe magiczne wypalenie. Wówczas CUM jest klasyfikowana jako objaw wtórny. Lista eliksirów, innego rodzaju mikstur oraz chorób mających związek z opisywanym zjawiskiem jest wypisana w załączniku B IV.

Trzecią i ostatnią przyczyną wywołującą CUM, po fachowym wyeliminowaniu pierwszej i drugiej, jest niszczycielska klątwa. Wszystkie zaklęcia, mogące prowadzić do utraty magii, są klasyfikowane jako czarna magia. Ze względu na brak spisanej listy mrocznych przekleństw, terapia może być bardzo trudna lub, w niektórych przypadkach, całkowicie niemożliwa.

Hermiona jęknęła, przeczytawszy powyższy fragment. To wcale nie było pomocne. Teraz przynajmniej wiedziała, że u podstaw jej problemu nie leży żadna dziwaczna choroba. W przeciwnym razie nie byłaby w stanie siedzieć spokojnie w bibliotece, a leżałaby w skrzydle szpitalnym. Wedle tej książki istniały dwie inne przyczyny utraty magii. Nie wiedziała, która z możliwości jawiła się lepiej. Albo straciła moc, ponieważ została trafiona potężną klątwą z dziedziny czarnej magii, albo… wreszcie zaczęła tutaj wariować.

Zamknęła oczy i westchnęła, szczerze zmęczona.

W ostatnim czasie wielokrotnie miała styczność z czarną magią, więc to całkiem prawdopodobne. Zaledwie kilka dni temu Tom rzucił nań kilka mrocznych klątw. Nawet jeżeli nie był odpowiedzialny, to wciąż w grę wchodził czarny splot, gdyż artefakt, który stworzył Ignotus Peverell jest z natury czarnomagiczny i przyssał się doń parę miesięcy temu. Zadrżała, uświadomiwszy sobie podstawowe zależności. Kto wiedział, co ta moc z nią w międzyczasie nawyprawiała. Może powoli się na niej żywiła, aż wyssała wszystko, co tylko mogła…?

Co w przypadku, gdy powyższe możliwości były nieprawdziwe, to zostawały „choroba psychiczna" lub „traumatyczne wydarzenie". Cóż, rzeczywiście przeszłam wiele, pomyślała. Walczyła na wojnie, widziała masę cierpienia i trupów, była zmuszana do zabijania. Wreszcie została nawet wyrwana ze swoich czasów i przeniesiona w przeszłość.

To z pewnością „traumatyczne wydarzenie", podsumowała z przekonaniem, otworzywszy oczy i patrząc na wciąż otwartą książkę. Oczywiście, brała pod uwagę jeszcze jeden incydent, który mógł nań znacząco wpłynąć, ale zdecydowała się go zignorować. Zamiast tego, zacisnęła usta w cienką linię, próbując stłumić nadchodzące emocje.

To niewłaściwy trop, prawda? Niedawno zerwał z nią chłopak, którego obdarzyła uczuciem, a jego odrzucenie wciąż bolało. Teraz otwarcie okazywał jej wrogość. Gdy przypomniała sobie obrzydzenie w jasnoszarych oczach, na moment przymknęła powieki. Kiedy tak nań patrzył, czuła się naprawdę brudna i splugawiona. Wiedziała, że jest w błędzie, ale Tom nie miał żadnego prawa jej oceniać. W swoim czasie nieustannie walczyła z uprzedzeniami i czarodziejskim rasizmem, ale nigdy tak tego nie przeżywała i nie pozwoliła sobie na nurzanie się w zawstydzeniu. Była oburzona własnymi reakcjami, bo przecież nie było powodu, aby wstydzić się własnego pochodzenia i mugolskich korzeni. Czy właśnie to doprowadziło ją na skraj wytrzymałości? Czy zapadła na chorobę psychiczną?

Jej ponure rozmyślania zostały przerwane, gdy ktoś się doń dosiadł. Spojrzała w górę i ku swojemu przerażeniu zobaczyła Ledo Avery'ego. Wylegiwał się na krześle i spoglądał na nią spod przymrużonych powiek. Zadrżała, gdy zaczął molestować ją wzrokiem.

– Witaj, Hermiono – powiedział przymilnie. – Co robisz? Odrabiasz pracę domową? – Mimo że zerknął w przelocie na rozłożoną na biurku książkę, był wyraźnie bardziej zainteresowany jej klatką piersiową.

Na wszelki wypadek zamknęła lekturę, którą się zajmowała. Lepiej dmuchać na zimne.

– Nie, przed chwilą skończyłam – odparła, po czym gwałtownie wstała z krzesła, chwyciła tomiszcze i ruszyła przed siebie. Niestrudzenie parła naprzód, dopóki nie dotarła do regału, gdzie wcześniej znalazła „Magiczne choroby". Odłożyła książkę na półkę i odwróciła się z zamiarem opuszczenia biblioteki. Drgnęła, zobaczywszy stojącego za nią Avery'ego. Uśmiechał się złośliwie. – Zejdź mi z drogi – syknęła, próbując go odepchnąć i odblokować sobie przejście.

– Nie musisz okazywać wrogości – wymruczał, a następnie przystąpił do ataku.

Zesztywniała, kiedy nań naparł i przyszpilił do regału, a potem otoczył ją ramionami. Szybko przeniósł swe zainteresowanie na niższe rejony i po chwili ścisnął jej pośladki. Sapnęła, oburzona okazaną śmiałością i wulgarnym zachowaniem. To było po prostu obrzydliwe.

– Zabieraj te brudne łapska! – warknęła, rozwścieczona.

Avery się roześmiał i zrobił coś zgoła przeciwnego, a mianowicie jeszcze mocniej przycisnął ją go biblioteczki.

– Wiem, że to lubisz, Hermiono. Jestem pewien, że Riddle nieraz cię przeleciał – powiedział zachrypniętym z podniecenia głosem. – Może zajmę jego miejsce?

– Natychmiast mnie puszczaj! – syknęła z oburzeniem.

Wtem poczuła, że pozwala sobie na więcej i przesuwa palcami jednej dłoni po wewnętrznej stronie jej ud. Automatycznie spróbowała się wyszarpnąć, ale był znacznie silniejszy.

– Teraz gdy Riddle stracił tobą zainteresowanie, potrzebujesz kogoś innego, kto zapewni ci ochronę – wyszeptał ochrypłym głosem. – Może zostaniesz moją kochanką? – zapytał z pożądaniem. – Obiecuję, że się tobą dobrze zaopiekuję.

Hermionie zrobiło się niedobrze.

– Albo mnie puścisz, albo przysięgam, że przeklnę twój żałosny tyłek!

Avery uśmiechnął się doń obrzydliwie, najwyraźniej nie będąc pod wrażeniem groźby, którą wystosowała.

– Jak sobie życzysz – powiedział, po raz ostatni ścisnąwszy jej pośladki, a potem opuścił ręce.

Oczywiście, zamierzał utrudnić sprawę tak bardzo, jak to tylko możliwe i nie zrobił kroku wstecz. Żeby się wydostać z pułapki, musiała się koło niego przepchnąć.

– Jeżeli zmienisz zdanie, kochanie, wiesz, gdzie mnie znaleźć – dodał, gdy odeszła na kilka metrów, a potem zarechotał, niezwykle z siebie zadowolony.

DeCerto prawie wybiegła z biblioteki. Była wściekła. Jakim prawem ten idiota śmiał położyć nań swoje łapska? Gdy szła korytarzem, nadal kipiąc ze złości i prychając pod nosem, odkryła, że było w tym coś znacznie więcej.

Była przerażona, bo wiedziała, że znalazłszy się w pułapce, nijak mogła się obronić przy pomocy magii. Jakby nie patrzeć, nie była w stanie rzucić nań żadnej klątwy. Fizycznie, Avery był od niej sporo silniejszy i miałaby ogromny problem, żeby go powalić na ziemię po mugolsku. Nerwowo przygryzła wargę i zwolniła kroku. Dopiero teraz dotarło do niej, jak bardzo była właściwie bezbronna. Avery był żadnym zagrożeniem, gdyż drżała przed kimś zupełnie innym.


Kilka dni później, w piątek, potknęła się, idąc na oślep korytarzem. Przeszywający ból w klatce piersiowej nasilał się z dnia na dzień, a to, co pozostało z jej magii, wypalało się w zastraszającym tempie. Zaczęła panikować, gdy zrozumiała, że moc, którą dotąd dysponowała, naprawdę odchodzi w niepamięć. Miała wrażenie, że właśnie wypaliła się w niej ostatnia iskierka magii.

Jęknęła cicho. Przez zawroty głowy zrobiło jej się niedobrze, a potknięcie się nijak pomogło. Torba, którą miała przerzuconą przez ramię, nagle stała się strasznie ciężka. Zajęcia się skończyły, dlatego też jedyne, czego pragnęła, to po prostu położyć się w dormitorium i poczekać, aż mdłości i zawroty głowy miną. Gdy zatoczyła się do przodu, przypomniała sobie o podtrzymywaniu pozorów, ponieważ korytarz był pełen uczniów. Zamrugała, ale nadal miała rozmazany wzrok. Liczyła, że zdoła dotrzeć do pokoju wspólnego, zanim naprawdę się przewróci i zwinie się w kłębek. Zdeterminowana, zrobiła krok naprzód, ale właśnie wtedy poczuła, że coś ścieka jej po skórze. Uniosła dłoń i potarła skrzydełka nosa. Chwilę później zobaczyła, że krwawiła.

Zrobiwszy następny krok, ponownie się zatoczyła i tym razem straciła równowagę. Najwyraźniej na kogoś wpadła, ponieważ poczuła, że jest obejmowana. Mimowolnie się rozluźniła, oparła o nieznajomego i przymknęła oczy.

Potrzebowała trochę czasu, żeby odzyskać nad sobą panowanie i zapanować nad nierównym oddechem. Gdy nieznacznie do siebie wróciła, zauważyła, że coś było nie w porządku. Ramiona, które dawały jej wsparcie, były sztywne, a mięśnie chłopaka, na którego wpadła, napięte do granic możliwości. Kiedy otrzeźwiała, poczuła ten charakterystyczny, znajomy zapach i zamarła w bezruchu. Powoli otworzyła oczy i niechętnie podniosła głowę. Wciągnęła gwałtownie powietrze, kiedy skrzyżowała wzrok z Tomem Riddle'em. Jego oczy co chwila mieniły się szkarłatem, więc natychmiast się odsunęła. Stał pośrodku korytarza oraz patrzył nań z chłodną nienawiścią i pogardą, przystojny jak zawsze. Dłonie zacisnął w pięści, zupełnie jakby się przed czymś powstrzymywał. Hermiona nie musiała zgadywać, żeby wiedzieć, co najchętniej by teraz uczynił. Na szczęście, nie znajdowali się w odosobnionym miejscu, a w zatłoczonym przejściu, pełnym naocznych świadków z różnych domów i roczników.

Chłopak zerwał kontakt wzrokowy i powoli spojrzał na swój mundurek. DeCerto z przerażeniem zauważyła, że szary bezrękawnik z zielonymi oblamówkami zdobiła czerwona plama, dokładnie w miejscu, gdzie oparła wcześniej głowę. Właśnie wtedy podniosła dłoń do twarzy i zrozumiała, że nadal krwawi. Spróbowała ucisnąć nos, żeby powstrzymać płynący strumień i spojrzała na Toma szeroko otwartymi oczami. Mimowolnie zaczęła szybciej oddychać, zobaczywszy, że jest szczerze zniesmaczony całym zajściem. Gdy tak się nań gapił, czuła się niczym najgorsza w świecie szumowina.

– Hermiono!

Usłyszawszy znajomy głos, z wysiłkiem zerwała kontakt wzrokowy. Odwróciła głowę i zobaczyła pędzącego w jej stronę Longbottoma; na twarzy miał wypisane oburzenie i zatroskanie. Kiedy doń dotarł, natychmiast objął ją ramieniem, za co była mu niezmiernie wdzięczna, ponieważ wciąż czuła się słabiej i potrzebowała wsparcia. Spojrzała na Marka i zobaczyła, że przyjaciel piorunuje Toma gniewnym wzrokiem. Ślizgon, naturalnie, przywdział na twarz znudzoną maskę, a potem bez słowa poszedł w swoją stronę. Gdy patrzyła na jego oddalające się plecy, serce Hermiony boleśnie się zacisnęło. Mimo że od ich rozstania trochę już minęło, nadal była zraniona bijącym od niego chłodem.

Weź się wreszcie w garść, Granger!, warknęła na siebie w myślach. Następnie pozwoliła się Longbottomowi odprowadzić do pokoju wspólnego. Wciąż przyciskała dłoń do nosa, ale krew po prostu spływała jej po palcach. Chłopak był ewidentnie zatroskany i bez wahania zaoferował jej chusteczkę, którą z wdzięcznością przyjęła i przyłożyła do krwawiącego nosa.

– Znowu cię uderzył? – Mark miał swoje podejrzenia.

Niegdyś był czas, że oburzyłaby się podobnym pytaniem. Teraz wydawało się to w pełni uzasadnione.

– Nie – wyszeptała.

– Powinnaś się przejść do skrzydła szpitalnego – dodał, całkiem możliwe, że nieprzekonany jej zaprzeczeniem.

– To tylko zwyczajny krwotok, nic poważniejszego – odpowiedziała z niecodziennym chłodem. – Muszę się po prostu położyć i trochę odpocząć.

– W porządku – stwierdził, chociaż była przekonana, że wyrazi swój sprzeciw. – Zaprowadzę cię z powrotem do pokoju wspólnego – dodał i wzmocnił uścisk, a Hermiona była bardzo zadowolona, że mogła się o niego oprzeć. Zawroty głowy powoli stawały się nieznośne, przez co czuła się słabsza. Miała też wrażenie, że z godziny na godziny wypala się jej magiczny rdzeń.


Tom z trudem powstrzymywał swoją gniewną magię przed rzucaniem się na przypadkowych ludzi. Był wściekły. Po raz kolejny spojrzał na teraz powoli brunatnawą plamę na bezrękawniku. Ta brudna, mugolska krew obrzydzała go do reszty, przez co czuł się zbrukany i splugawiony. Kiedy zobaczył idącą z naprzeciwko Hermionę od razu wiedział, że coś jest nie w porządku. Gówno go to obchodziło, dopóki praktycznie nie wpadła mu w ramiona. Gdyby korytarz był mniej zaskoczony, po prostu by się odsunął i pozwolił jej upaść na podłogę. Czemu właściwie się tym przejmował? Niestety, wokół spacerowało wielu uczniów, więc poczuł się zobowiązany do podtrzymania fasady pomocnego prefekta i pomógł dziewczynie w potrzebie. To był powód, dla którego teraz musiał znosić tę szlamowatą krew. Wziął głęboki, uspokajający oddech, żeby się uspokoić.

Zacisnął dłonie w pięści, wracając wspomnieniami do momentu, kiedy znów znalazła się w jego ramionach. Czuł wówczas rozprzestrzeniające się po ciele ciepło i przez moment rozkoszował się zapachem bzu, który wokół siebie roztaczała. Szczerze mówiąc, był cholernie zadowolony, że była tak blisko.

Niedopuszczalne!

Cieszyłem się, że obejmowałem szlamę!

Ta chwila słabości i głupoty napawała go najprawdziwszym obrzydzeniem. Jak mógł czerpać przyjemność z bliskiego towarzystwa ścierwa? Zagryzł zęby, kipiąc ze wściekłości. Nie ma mowy, żeby naprawdę mu się podobało. Gdy zanurzył się w tych niedorzecznych myślach, coś osiadło mu na żołądku. Co ta wiedźma z nim wyprawiała?

Wtem pomyślał o Longbottomie. Zanim się zorientował, gryfon do nich podbiegł i otoczył Hermionę ramieniem, jakby uważał to coś za zupełnie normalnego i oczywistego. Czyżby próbował zgrywać bohatera? Chciał bronić dziewczynę przed nim? Tom prychnął pod nosem, niesamowicie rozdrażniony. Jakby ten idiota rzeczywiście mógłby coś zdziałać. Jakim właściwie prawem zachowywał się tak swobodnie? Czemu uważał, że może dotykać tego, co doń nie należy? Jak ten cham śmiał położyć rękę na Hermionie?

Miał ochotę zawyć z frustracji, kiedy uświadomił sobie, w jakim kierunku popędziły jego myśli. Co go, do diabła, obchodziło, że Longbottom obmacywał DeCerto? Cóż, panna DeCerto jest bardzo popularna wśród chłopców, usłyszał niespodziewanie głos Slughorna, co tylko sprawiło, że obnażył ze złości zęby. Zupełnie nie rozumiał, dlaczego podszedł do sprawy tak emocjonalnie. Najchętniej przekląłby Longbottoma. Odkąd Tom zerwał z Hermioną, głupek ciągle pałętał się w pobliżu. Nie wiedział, dlaczego był tym zaniepokojony, ale nie sposób zaprzeczyć faktom.

Nie zdołał się uspokoić, gdy dotarł do pokoju wspólnego. Otworzył przejście, wszedł do środka i natychmiast skierował się ku schodom prowadzącym do dormitorium. Kątem oka zobaczył, że kilku ślizgonów schodzi mu z drogi, a pozostali zastygają w bezruchu na kanapach. Najprawdopodobniej albo zauważyli, że jest rozgniewany, albo wyczuli wibrującą w powietrzu niebezpieczną magię. Cokolwiek to było, nie mogło go mniej obchodzić. Najważniejsze, że nikt go w międzyczasie nie zaczepił. Gdy wkroczył do sypialni, zastał siedzącego na fotelu w części wypoczynkowej Malfoya, możliwe, że odrabiającego pracę domową.

– Wynoś się! – syknął, gdy chłopak podniósł głowę.

Na szczęście Abraxas miał wystarczająco rozumu, żeby go nie prowokować i natychmiast posłuchał. W pośpiechu spakował swoje rzeczy i bez zbędnego słowa wyszedł z dormitorium. Gdy usłyszał trzask zamykanych drzwi, zdjął wierzchnią szatę i ściągnął bezrękawnik. Uniósł go przed siebie i spojrzał na zaschniętą plamę krwi. Z gniewnym warknięciem odrzucił sweter na bok. Następnie poszedł do łazienki, bo musiał zmyć z siebie ten mugolski brud. Czuł się cholernie umorusany.

Może prysznic pomoże mu pozbyć się również tego dziwacznego uczucia w żołądku, które prześladowało go od momentu, kiedy Hermiona się odsunęła. Jego magia szarpnęła się ze złością, gdy mimowolnie pomyślał, że mógłby postać z nią dłużej na korytarzu.

To obrzydliwe, zdecydował, zatrzaskując za sobą drzwi do łazienki.

Umywszy się porządnie, ostudził również gniew. Znacznie uspokojony, opuścił dormitorium i zszedł do pokoju wspólnego. Wciąż czuł się zniesmaczony swoim tokiem myślowym, ale przynajmniej częściowo odzyskał wewnętrzną równowagę. To śmieszne, że wystarczył jeden mały incydent, aby tak go rozwścieczyć. Obejmował tę szlamę zaledwie kilkanaście sekund, więc dlaczego był zaniepokojony? Z cichym warknięciem usiadł na jednej z czarnych, skórzanych kanap.

– Witaj, Tom – wyszeptał mu do ucha zmysłowy głos.

Odwrócił głowę i zmrużył ze złości oczy, zobaczywszy siedzącą obok niego Melanie Nicolls. To była ostatnia rzecz, jaką potrzebował.

– Melanie – powiedział, zmuszając się do uprzejmości.

Ślizgonka uśmiechnęła się promiennie, a następnie, ku jego rosnącej irytacji, przysunęła się bliżej. W poufałej manierze położyła mu dłoń na ramieniu, a potem przesunęła nią pieszczotliwie. Miała nawet czelność przytulić się do jego ramienia. Tom wyczuł w powietrzu ciężki zapach perfum i najchętniej wyciągnąłby różdżkę, aby pokazać dziewczynie, że nie życzy sobie podobnych ekscesów. Nicolls znów próbowała starych sztuczek, przez co zadrżał, dojrzawszy pożądanie w jej oczach. Wtem uderzyła go myśl, że te brązowe oczy kogoś mu przypominały. Hermiona zawsze wyglądała uroczo, podczas gdy Melanie była po prostu pusta i odpychająca.

Zadrżał wewnętrznie. Ta odrażająca szlama ma wiele zalet, ale uroda z pewnością doń nie należy!

– Słyszałeś, że rodzina Diany Potter została niedawno okradziona? – zapytała ślizgonka swoim zwyczajowym, nieznośnym głosem. Sprawiała wrażenie zdesperowanej, aby nawiązać rozmowę.

Wzruszył ramionami, nie chcąc się wdawać w żadne konwersacje. Naprawdę nie był zainteresowany najnowszymi szkolnymi plotkami.

– Nie wiedziałem – odparł zwięźle.

Nicolls najprawdopodobniej potraktowała tę odpowiedź za zaproszenie. Tom prawie jęknął z rozpaczy.

– Yhym, słyszałam od Daphne, tej z Ravenclawu. Jest dobrą przyjaciółką Lucii, która z kolei jest współlokatorką Diany. Oczywiście, Potterowie zostali okradzeni, kiedy byli w Hogwarcie na dniu rodziców. – Uśmiechnęła się zalotnie. – Brat Diany podobno widział złodzieja. Nie zgadniesz, jeżeli ci nie powiem. To była kobieta.

Tom w międzyczasie się zastanawiał, jak najszybciej się pozbyć natrętki. Może powinien pójść za głosem serca i rzeczywiście dobyć różdżki? Kogo tak właściwie obchodziły czyjeś problemy rodzinne?

– Kobieta? – zapytał, zupełnie nie pojmując, dlaczego to takie istotne. Czuł powoli nadchodzący ból głowy.

Melanie skinęła głową, najwyraźniej zadowolona, że się zlitował i jej odpowiedział.

– Cóż, była jednak głupia. Zamiast skupiać się na czymś bardziej wartościowym, ukradła tylko starą rodzinną pamiątkę.

To zaś wzbudziło zainteresowanie Riddle'a. Jakaś bliżej niezidentyfikowana czarownica włamała się do strzeżonej rezydencji i zwinęła coś cholernie cennego…?

Zmarszczył brwi.

– Czy wiesz, co konkretnie? – zapytał z podejrzliwością.

Nicolls przysunęła się jeszcze bliżej.

– Oczywiście. Daphne podzieliła się wszystkimi szczegółami dotyczącymi kradzieży. W grę wszedł stary płaszcz.

Wziął głęboki oddech.

– Naprawdę, płaszcz? Co to właściwie za pamiątka? Miał przynajmniej jakieś magiczne właściwości?

– Żałosne, prawda? Niemniej jednak masz całkowitą rację. Daphne powiedziała, że to coś na kształt peleryny niewidki. – Melanie przewróciła oczami. – To przecież małowartościowy przedmiot.

Tom natychmiast się zacietrzewił i zacisnął zęby. Te szczątkowe informacje wystarczyły, żeby połączył wszystkie fakty. Najprawdopodobniej właśnie wydedukował, kim jest ów tajemniczy złodziejaszek. Wrócił wspomnieniami do dnia rodziców i przypomniał sobie, że Hermiona zniknęła na skraju Zakazanego Lasu, gdzie potem czekał na jej powrót. Kiedy wróciła, nie chciała mu niczego powiedzieć. Czy to możliwe, że ukradła Potterom pelerynę niewidkę?

Czyżby następne Insygnium Śmierci?, zastanowił się z powagą. Jakim prawem ta brudna szlama odnalazła kolejny z mitycznych artefaktów? Gniew się wzmógł, gdy znów dopadło go to dziwaczne uczucie w żołądku. Dlaczego Hermiona nie zwierzyła mu się ze swoich tajemnic, kiedy jeszcze byli razem? Nigdy tak naprawdę mu nie zaufała, prawda?

– Jesteś teraz bardzo zajęty? – wyszeptała mu do ucha Nicolls, przez co wrócił do rzeczywistości. – Moglibyśmy wyjść na trochę na zewnątrz…

Tom miał serdecznie dość tych żałosnych prób uwodzenia, gdyż wciąż był skupiony na Hermionie i jej poczynaniach. Zawsze go okłamywała i nieustannie coś kombinowała. Bawiła się nim niczym zabawką, przez co tańczył wokół niej jak marionetka na sznurkach. Coś niewytłumaczalnego ścisnęło go za serce. Jakoś znowu wrócił myślami do dzisiejszego spotkania na korytarzu, kiedy to przez przypadek wpadła mu w ramiona. Naprawdę miał wówczas ochotę na dalsze przytulanki.

Potrząsnął ze złością głową. Jak mógł, nawet przez sekundę, uważać ją za coś znacznie więcej, aniżeli brzydki, odpychający kawałek brudu? Była cholerną szlamą! Jego magia szarpnęła się do przodu. Jak mógł czerpać przyjemność z obejmowania mugolaczki? Musiał postradać rozum.

– Wiesz. – Nicolls złapała go za ramię. – Ostatnio naprawdę dużo pracowałeś. Może zrobisz sobie przerwę?

Spojrzał na współdomowniczkę, która teraz uśmiechała się zalotnie. Prawie przewrócił oczami na tę jakże subtelną próbę zaciągnięcia go do łóżka. Mimowolnie się zastanowił, jak udało jej się skończyć w Slytherinie. Z drugiej strony, w przeciwieństwie do Hermiony Melanie była czarownicą czystej krwi… Zacisnął usta w wąską linię, gdy znów uciekał myślami ku byłej dziewczynie. Czemu wciąż krążyła mu po głowie? Nie po to z nią zerwał, żeby nadal nim manipulowała.

Jego spojrzenie pociemniało. Może to dobra okazja, żeby udowodnić sobie raz na zawsze, że nie zależy mu na Hermionie DeCerto. Zdecydowawszy, delikatnie się uśmiechnął. Mimo że nie sięgnął oczu, był chłodny i zdystansowany, Nicolls zareagowała zgodnie z oczekiwaniami. Jej oczy rozbłysły radośnie, kiedy zupełnie zignorowała gniewną magię, którą rozsiewał w powietrzu.

Nie tęsknię za tą szlamą, podsumował, bezlitośnie tłumiąc w sobie wszelkie wyrzuty sumienia. Po prostu brakuje mi regularnego seksu, dodał z przekonaniem. Właśnie, to było to, czego w rzeczywistości potrzebował.

Nie ociągając się, złapał Melanie za rękę i przyciągnął bliżej. Następnie objął dziewczynę w talii i się doń uśmiechnął. Razem wstali z kanapy i wyszli z pokoju wspólnego. Nicolls ewidentnie triumfowała.


Hermiona znów poczuła lekkie zawroty głowy. Najwyższy czas z tym skończyć, pomyślała, patrząc z nienawiścią na leżącą na biurku księgę. Nie miała pojęcia, dlaczego znowu tutaj siedziała. Zadrżała, gdy wróciła wspomnieniami do incydentu na korytarzu. Odkąd dosłownie wpadła Tomowi w ramiona, jej magia całkowicie zniknęła. Teraz nie czuła nawet tego słabiutkiego migotania, co wcześniej, a gdy sięgała do mentalnego warkocza, nie potrafiła przywołać w głowie odpowiedniego obrazu. Miała nadzieję, że kilka godzin odpoczynku w dormitorium przyniesie jej ulgę i przywróci część mocy, ale gorzko się przeliczyła. Nie wiedziała, co zrobi bez swojej magii. Może właśnie dlatego znów muszę tu sterczeć, podsumowała, ściskając mocniej trzymane pióro. Zdecydowanie wolała się skupić na pierdołach zamiast na kłopotach z rdzeniem. Z głośnym trzaskiem zamknęła książkę.

– Jaki ma pani teraz problem? – zapytała Legifer, nie podnosząc wzroku znad sterty sprawdzanych wypracowań.

– Z niczym – odpowiedziała niewinnie. – Właśnie skończyłem streszczenie.

Nauczycielka się zainteresowała.

– Już pani skończyła? – spytała sceptycznie.

Hermiona wymusiła uprzejmy uśmiech.

– Przeczytałam pięćdziesiąt osiem rozdziałów, pani profesor – odparła, uprzednio przekazawszy kobiecie zapisany po brzegi pergamin.

Legifer przez chwilę skanowała streszczenie wzrokiem.

– Oczekuje pani pochwały? – Skrzywiła się z niesmakiem. – Powinna była skończyć pani miesiące temu.

W odpowiedzi wzruszyła ramionami, nadal podtrzymując na twarzy uśmiech. Szczerze mówiąc, nie liczyła na żadne oklaski. Była po prostu niezmiernie szczęśliwa, że wreszcie zakończyła szlaban, który utrudniał jej życie w każdy piątek. Nauczycielka zamilkła, więc schowała pióro do szkolnej torby i wstała z krzesła. Następnie się odwróciła, chcąc jak najszybciej opuścić ten przeklęty gabinet.

– Proszę zaczekać, panno DeCerto.

Hermiona wbiła wzrok w sufit, błagając wyższe siły o cierpliwość, po czym spojrzała na Legifer, która stała obok ze znienawidzoną księgą w rękach.

– Chciałabym, żeby zostawiła sobie pani tę lekturę.

Zmarszczyła brwi. Właśnie miała otworzyć usta i powiedzieć pani profesor, że jej zdaniem powinna odłożyć to tomiszcze na regał i nigdy nawet doń nie podchodzić, ale nie miała okazji.

– Szczerze mówiąc, żywię przekonanie, że nijak pani przyswoiła zawartą w księdze wiedzę – stwierdziła cierpko nauczycielka. – Widzę, że pan Riddle podjął decyzję i oczywiście, w pełni go rozumiem. Z łatwością znajdzie sobie odpowiedniejszą pannę. Niemniej jednak przypomnę, że to równie dobrze mogła być pani jedyna szansa na uratowanie się przed samotnym i zgorzkniałym życiem. Wciąż uważam, że powinna pani przełknąć zranioną dumę i wreszcie przeprosić za wyrządzone krzywdy. Pan Riddle to wspaniały młody człowiek i z pewnością wybaczy błędy, jeżeli się pani ukorzy.

– Cóż, prawdę powiedziawszy, nie jestem pewna, czy chcę jego przebaczenia – odparła z chłodem.

Legifer potrząsnęła w niedowierzaniu głową.

– Najlepszym rozwiązaniem zaistniałego problemu jest zakończenie marzeń o rzeczach, które i tak nigdy się nie spełnią. Nie powinna uciekać pani od swoich obowiązków.

Hermiona uniosła brwi, zdezorientowana.

– To znaczy…?

– Mówię o powinnościach wynikających z racji urodzenia. Jest pani kobietą, a więc w przyszłości wyjdzie za mąż i zostanie matką. Jednym z pani obowiązków jest wspieranie męża i opiekowanie się rodziną, nawet jeżeli oznacza to zrezygnowanie z niektórych swoich marzeń.

– Obowiązek… – wyszeptała, bardziej do siebie, aniżeli do rozmówczyni. – Proszę mi wierzyć, że zrezygnowałam już z wielu rzeczy – powiedziała, wróciwszy do rzeczywistości. – Nie sądzę, abym zdołała jeszcze więcej poświęcić.

– Zatwardziała egoistka – podsumowała ją Legifer. – Musi się pani nauczyć trochę pokory, zwłaszcza wobec pana Riddle'a.

Usłyszawszy ostatnie zdanie, dziewczyna się rozzłościła. Z trudem się powstrzymała, aby nie podnieść głosu.

– Uważam, że wystarczy mu posłusznych służących, będących na każde skinienie palcem – stwierdziła lodowatym głosem. – Jestem pewna, że jakoś sobie beze mnie poradzi.

Nauczycielka potrząsnęła głową.

– Zgadzamy się przynajmniej w jednej kwestii. Owszem, pan Riddle przeżyje wasze rozstanie. Nie będzie miał też żadnego problemu ze znalezieniem młodej damy, która zechciałaby zostać jego żoną. W przeciwieństwie do niego pani będzie miała duży problem ze ślubem. Obawiam się, że z podobnym nastawieniem nieprędko zostanie pani czyjąś małżonką. Całkiem również możliwe, że skończy pani sama.

Hermiona się zapatrzyła. Nie mogła uwierzyć, że dyskutuje na temat swojej przyszłości ze znienawidzoną profesorką. Miała wszak masę innych problemów, na których musiała się skupić. Zdecydowanie nie potrzebowała dać się wciągnąć w małżeńskie szaleństwo. Mimo to poczuła się zraniona słowami, które usłyszała.

– Czyli mam rozumieć, że powinnam podejść do Toma i przeprosić go za to, że w niczym nie zawiniłam? – zapytała z niedowierzaniem. – Co dalej? Wyjść za niego za mąż? Urodzić mu dzieci?

– Jeżeli przekona go pani do drugiej szansy, to będzie wielki krok naprzód.

Wybuchnęła śmiechem.

– Nawet nie ma pani pojęcia, jak bardzo to niewiarygodne, pod wieloma, wieloma względami – powiedziała i poczuła się dotknięta, kiedy Legifer spróbowała uśmiechnąć się zachęcająco, całkowicie błędnie interpretując to, co właśnie wybrzmiało.

– Najlepszym rozwiązaniem problemu jest rozmowa. Jestem przekonana, że pan Riddle cię wysłucha, a może nawet przyjmie pani przeprosiny i zdecyduje się odnowić związek.

To po prostu komiczne, pomyślała. Lord Voldemort nie jest dobroduszny i znany z przebaczania. Przez chwilę zastanowiła się, co by się stało, gdyby poszła za radą szalonej nauczycielki. W jaki sposób zareagowałby Tom, gdyby został przeproszony za to, że urodziła się w rodzinie mugoli?

Najprawdopodobniej odpowiedziałby zwięźle „Crucio", odpowiedziała sobie i prawie przewróciła oczami.

Zadrżała, ponownie uświadomiwszy sobie, że bez magii jest niewiarygodnie bezbronna. Spojrzawszy na Legifer, doszła do wniosku, że chciałaby już zakończyć tę bezsensowną rozmowę. To prowadziło donikąd. Nawet jeżeli nauczycielka miała wypaczone postrzeganie płci, wciąż nie wiedziała, kim w rzeczywistości jest Tom Riddle. Aby wreszcie wyjść z gabinetu, zmusiła się do skinięcia głową.

– Dziękuję za pomoc, pani profesor – wydukała, prawie krztusząc się własnymi słowami.

– Mam nadzieję, że weźmie sobie pani te rady do serca.

Okazało się, że Hermiona nie miała innego wyjścia, jak wziąć tę cholerną księgę o etykiecie dla młodych czarownic, co zrobiła z dużą niechęcią. Jeszcze w biurze włożyła ją do torby, robiąc sobie mentalną notatkę, żeby nigdy więcej nań nie spojrzeć. Szybko wymamrotała podziękowania za poświęcony czas, a potem z radością wymknęła się na korytarz. Skrzyżowała palce z nadzieją, że więcej nie postawi tutaj stopy.

Skierowała się w kierunku wieży Gryffindoru. W międzyczasie sprawdziła zegarek. Ze zdziwieniem zauważyła, że jest prawie ósma wieczorem. Najwyraźniej znów przegapiła kolację. Cóż, i tak niewiele bym zjadła, podsumowała. Zawroty głowy często towarzyszyły mdłościom. Nie wiedziała, jak rozwiązać ten problem. Bez swojej magii nigdy nie przeniesie się w przyszłość.

Uspokój się, Granger. Przechodziłaś przez o wiele gorsze rzeczy, stwierdziła z przekonaniem. Z pewnością istniał sposób na odzyskanie mocy, ale po prostu jeszcze się nań nie natknęła. Wszystko zaczęło się cztery dni temu. Nie miała wystarczająco dużo czasu na przekopanie szkolnej biblioteki, a tym bardziej działu ksiąg zakazanych. Jeżeli normalne lektury zawiodą, najwyżej wślizgnie się na grząski grunt. Tam na pewno znajdzie odpowiedzi, których desperacko potrzebuje.

Wspięła się po ruchomych schodach, ostrożnie omijając podstępne stopnie. Gdy dotarła na następne piętro, weszła do korytarza. Pokój wspólny Gryffindoru był już niedaleko, a mimo to czuła się strasznie zmęczona. Czy istniała możliwość przespania całego problemu i obudzenia się na gotowe? Może jutro jej magia zacznie wracać do normy.

Za kolejnym rogiem zatrzymała się w miejscu i zapatrzyła na scenę przed sobą. Wszystkie myśli natychmiast uleciały jej z głowy, gdyż zobaczyła opartego o ścianę plecami Toma, zapamiętale całującego się z jakąś dziewczyną. Obejmował ją w talii, jakby od tego miało zależeć jego życie.

Momentalnie zrobiło jej się niedobrze. Najwyraźniej ślizgon szybko zorientował się, że jest obserwowany, ponieważ przestał odwzajemniać pieszczotę i podniósł głowę. Hermiona aż się wzdrygnęła. Na twarz przywdział nieprzeniknioną maskę, ale oczami ciskał gromy. Gdy nie okazał żadnych innych emocji oprócz obrzydzenia i nienawiści, prawie się rozpłakała. Właśnie wtedy zrozumiała, z kim urządził sobie schadzkę. To sprawiło, że poczuła się, jakby wymierzono jej kopniaka prosto w bolący brzuch. Towarzyszyła mu bowiem Melanie Nicolls, obecnie patrząca na nią z nieznośnie triumfującym uśmieszkiem. Nie miała za dużo czasu na reakcję, ponieważ chwilę później Tom wrócił do przerwanej czynności, zupełnie zignorowawszy fakt, iż właśnie został nakryty.

Odwróciła się na pięcie i pospiesznie ruszyła w stronę, z której przyszła. Oddychała z trudem i musiała przygryźć wewnętrzną stronę policzka, żeby nie wybuchnąć szlochem na środku korytarza. Odkąd się rozstali, były chłopak traktował ją okropnie, obrażał na każdym kroku, ranił i przeklinał, ale to przebiło wszystko inne. Tym razem obściskiwał się i całował z inną dziewczyną. Najwyraźniej dziś ostatecznie zerwał więź, która ich niegdyś łączyła i odciął się od przeszłości, której szczerze żałował. Zanim się zorientowała, już biegła. Zwolniła dopiero jakiś czas później, mimo że serce chciało wyskoczyć jej z piersi.

Jesteś żałosna!, zganiła się w myślach. Zerwaliście dawno temu i to tylko potwierdza fakt, że ruszył naprzód.

Niedługo później weszła do dormitorium. Specjalnie poszła dłuższą drogą, żeby przypadkiem znów się nań nie natknąć. Podeszła do swojego łóżka, usiadła i zaciągnęła kotary. Rose i Lucia siedziały na posłaniu, tradycyjnie plotkując i wcinając pudełko czekoladowych żab. Hermiona zignorowała szepty współlokatorek i wyciągnęła różdżkę. Powoli narastała w niej panika. Odkąd prawie dziś straciła przytomność i wpadła w ramiona Toma, nie próbowała czarować, zbyt przerażona odkryciem. Teraz zebrała się na odwagę i machnęła ręką w stronę poduszki.

Wingardium leviosa.

Zero reakcji. Co gorsza, nie czuła nawet tego migotania, co wcześniej. Miała wrażenie, że jej magiczny rdzeń się wypalił i zniknął, nie pozostawiwszy po sobie nawet śladu. Nawet czarny splot nie zareagował na wezwanie.

Straciła magię.

Z roztargnieniem zdjęła z przedramienia kaburę, a następnie położyła ją razem z różdżką na stoliczku nocnym. Zazwyczaj spała z bronią pod poduszką, ale tym razem nie czuła się uspokojona bliskością oręża. W momencie stała się bezbronna i osamotniona.

Niespodziewanie zobaczyła przed oczami Toma i Nicolls. Nie pojmowała, dlaczego zareagowała tak gwałtownie. Po tak długim czasie nie powinna czuć się zraniona tym, że prowadzał się z inną dziewczyną. Zadrżała i zwinęła się w kłębek. Wczołgała się pod czerwoną kołdrą, lecz nadal czuła przejmujący chłód. Zamknęła oczy, mając nadzieję, że wkrótce zaśnie i odejdzie w zapomnienie.

Nie wiedziała, gdzie się znajduje. Wokół królowała ciemność, a kamienna podłoga, na której leżała, była lodowato zimna. Usiadła i spróbowała rozeznać się w otoczeniu. Mrok wydawał się wszechogarniający. Zadrżała i potarła skostniałe dłonie. Najwyraźniej była całkiem sama.

Sięgnęła do przedramienia i z przerażeniem zarejestrowała, iż została pozbawiona kabury. Automatycznie poczuła się słaba i bezsilna. Z rosnącą paniką zapatrzyła się w ciemność z nadzieją, że zaraz zacznie rozpoznawać kontury. Z sekundy na sekundę czuła się bardziej osaczona, a strach zupełnie nie ustępował. Nie chciała być tutaj zamknięta. To niewłaściwe. Coś ewidentnie czaiło się we mroku, czekając na dogodny do ataku moment.

Szybko poderwała się na nogi i rzuciła do ucieczki. Próbowała ruchem rozproszyć ciemność, ale to się na nic zdało. Słyszała bicie własnego, znerwicowanego serca i po prostu wiedziała, że ktoś podąża jej tropem. Była zwierzyną, a myśliwy nieubłaganie się zbliżał.

Wtem wpadła na coś twardego. Sapnęła z szoku i bólu, gdy przewróciła się na ziemię i upadła na plecy. Strach spowił jej umysł, przez co straciła na swojej racjonalności. Podniosła głowę i zobaczyła, że wpadła na osobę, której najmniej się spodziewała.

Ron…? – zapytała, zupełnie nie poznając swojego głosu.

Owszem, zderzyła się z Ronem. Nie pomyliłaby go z nikim innym. Miał te same rude włosy, co zazwyczaj, piegowatą twarz i usta, zawsze gotowe nieść ukojenie. Był dokładnie taki sam, jak go zapamiętała. Natychmiast poddała się uldze. Nie była tutaj sama, a więc miała wsparcie. Nic złego ich nie spotka. Została obezwładniona przez radość, spokój i błogość. Miała wielką ochotę wybuchnąć ze szczęścia i pragnęła zachichotać, niczym mała dziewczynka.

Wtem, nadal przytłoczona swoimi uczuciami, zauważyła, że coś było nie w porządku. Uśmiech znikł jej z twarzy, gdy zdała sobie sprawę, że Ron nijak nań zareagował i po prostu patrzył, jak leży na ziemi. Zmarszczyła brwi, szczerze zaniepokojona rozwojem sytuacji, a potem wstrzymała na moment oddech, kiedy rzucił jej chłodne spojrzenie. Zaczęła drżeć, gdy wyczuła, że pragnął zachować dystans. Zanim się zorientowała, skrzywił się z nienawiści.

Ron…? Co się stało…? – zapytała ze strachem, ale nie otrzymała odpowiedzi. Mimowolnie zaczęła szybciej oddychać. – Coś tutaj jest! Musisz mi pomóc się stąd wydostać, proszę! – dodała z rosnącym przerażeniem.

Chłopak nadal stał w bezruchu, zupełnie niewzruszony.

Jeżeli chcesz się za czymś ukryć, dlaczego nie użyjesz tego? – syknął z nienawiścią, gniewem i oskarżeniem, a potem rzucił weń bliżej niezidentyfikowanym przedmiotem, który wylądował tuż przed nią.

Hermiona rzuciła Ronowi błagalne spojrzenie, ale ten znów nijak zareagował, odwrócił się na pięcie i odszedł z powrotem w ciemność. Zadrżała, gdyż poczuła się szczerze przerażona. Znów została tutaj zupełnie sama.

Drżącą ręką sięgnęła po przedmiot, który rzucił jej chłopak. Gdy go podniosła, w okamgnieniu zobaczyła białą, jakże znajomą maskę.


Mijały tygodnie, a kwiecień przeszedł w maj. Szkocka pogoda powoli stawała się coraz cieplejsza. Hermiona nie poświęcała temu większej uwagi, zaaferowana swoimi własnymi problemami.

Odkąd utraciła magię, była zastraszona i ciągle chodziła spanikowana. Nieustannie próbowała znaleźć sposób na ożywienie swojego rdzenia, ale wszystkie sposoby spełzły na niczym. Odpowiedzi nie znalazła w żadnej przeczytanej książce, co tylko komplikowało sprawę. Na zajęciach z ledwością dawała sobie radę i z trudem kryła się z błyszczeniem talentem. Chwilowo zaprzestała prób zebrania Insygniów Śmierci, bo najpierw musiała rozwiązać pilniejszy kłopot.

Pozbawiona mocy, czuła się naprawdę bezbronna, zwłaszcza że na każdym kroku musiała stawiać czoła ślizgońskiej wrogości. Odkąd wszyscy dowiedzieli się o jej mugolskich korzeniach, nieustannie uprzykrzali jej życie. W towarzystwie ograniczali się do rzucania jej nieprzychylnych spojrzeń, a kiedy w pobliżu nie było nauczycieli, czy też prefektów, syczeli doń najróżniejsze obelgi lub całkowicie rezygnowali z pozornej uprzejmości i ciskali weń łagodnymi przekleństwami. Musiała oglądać się na siebie i zerkać przez ramię, przemierzając liczne hogwardzkie korytarze. Bez mocy nie mogła odeprzeć najprostszego zaklęcia, więc musiała polegać na swoim instynkcie i latach doświadczenia w boju.

Co więcej, nadal musiała znosić okropne zachowanie Toma. Chociaż starała się nie pokazywać emocji, wciąż czuła się głęboko zraniona. Wiedziała, że bardzo się mylił, zakłamywał rzeczywistość i, prawdę powiedziawszy, nienawidziła go za to, że zawsze nią poniewierał, bo czuła się wówczas prawdziwie bezwartościowa. Zawsze była dumna ze swojego pochodzenia, ale chłopakowi udało się sprawić, że czasem miała wrażenie, że jednak jest gorsza.

Zagubiona we własnych problemach i próbach unikania Riddle'a, Hermiona nie zauważyła, że Tom również wydawał się nad czymś pracować.


Tom wpatrywał się z niedowierzaniem w stojące przed nim w rzędzie zlewki. Każda z nich była wypełniona do dwóch trzecich brudnozieloną cieczą, z wyjątkiem jednej, jasnożółtej. Zmarszczył brwi i sięgnął ku tej, która odróżniała się od reszty. Podniósł ją i obejrzał z każdej strony.

– Cykuta? – mruknął pod nosem, szczerze zdezorientowany. To nie miało przecież żadnego sensu. Potrząsnął głową, a potem odłożył zlewkę z powrotem na stanowisko, przy którym pracował.

To się nijak zgadzało.

Okupował w tej chwili małe laboratorium, które mieściło się tuż obok pracowni eliksirów. Tak się złożyło, że to właśnie tutaj Slughorn zajmował się wszystkimi prywatnymi projektami. Kilka tygodni temu, zaraz po tym, jak Ortus nie zadziałał, Tom poprosił profesora o udostępnienie swojej pracowni. Był naprawdę zirytowany tym, że mimo stosowania się do instrukcji i ostrożności, którą włożyli w eliksir, ten nie zadziałał. Był szalenie zdeterminowany, żeby znaleźć przyczynę tego cholernego kremowego koloru. To właśnie dlatego ostatnie tygodnie spędzał zamknięty w laboratorium.

Na Ortus składają się trzydzieści cztery ingrediencje i każda z nich mogła zniszczyć eliksir. Zapobiegawczo, wziął więc resztkę spapranej mikstury i z zawziętością sprawdzał reakcję z każdym składnikiem. Projekt okazał się cholernie pracochłonny. Złożoność eliksiru sprawiała, że często się frustrował, gdyż zazwyczaj nie otrzymywał żadnych dobrych odpowiedzi. Szczerze mówiąc, niejednokrotnie myślał o porzuceniu Ortusa, ale, co dziwne, czuł się powstrzymywany. Za wszelką cenę chciał się dowiedzieć, co na lekcji poszło źle.

Czemu akurat cykuta?, zastanawiał się z niedowierzaniem. Omiótł spojrzeniem wszystkie dzisiejsze zlewki, aż zatrzymał się na jasnożółtej cieczy. Właściwie nie wiedział, dlaczego testował szalej, ale po tych wszystkich nieudanych próbach stał się zdesperowany. Nie spodziewał się pozytywnego rezultatu, a jednak był niepodważalny. Najwyraźniej powodem, dla którego Ortus nie zadziałał, była cykuta.

To po prostu niemożliwe, podsumował, zdezorientowany. To przecież zioło, którego nie sposób zepsuć. Szalej dodawało się pod sam koniec przyrządzania eliksiru, jako jeden z ostatnich składników, ale to samo w sobie nie było skomplikowane. Instrukcje nie podawały żadnego specjalnego sposobu pokrojenia liści, ani niczego innego. Wystarczyło wrzucić ziele do gotującego się kociołka i po sprawie. Prawdę powiedziawszy, nawet jego ilość nie była ważna. Jeżeli ktoś odrobinę przesadził, nijak to wpływało na jakoś wywaru. Żeby zepsuć eliksir cykutą, należałoby jej dodać ponad sto gramów, co samo w sobie jest nieprawdopodobne. Wiedział, że nic takiego się nie wydarzyło na zajęciach.

Cofnął się wspomnieniami do tej pamiętnej lekcji. Był wówczas zajęty oporządzaniem skrzeloziela, co było najtrudniejszym krokiem, dlatego też zabrał się za to osobiście. W międzyczasie Hermiona kroiła szalej.

W momencie zamarł, tknięty okropnym przeczuciem. DeCerto pracowała nad cykutą…? Szlama, nie on, czy też Abraxas. Zmrużył oczy i pozwolił sobie na zaczerwienienie wizji. Nawet brudna szlama nie była równie niekompetentna, żeby przesadzić z cykutą. Popełnienie jakiegokolwiek błędu na tym etapie warzenia było wręcz niemożliwe. Mimo to dowód zrujnowanego eliksiru stał przed nim na stole. Rozliczne testy dowiodły, że powodem, dla którego Ortus nie zadziałał, był szalej jadowity. To żadna pomyłka.

Czyżby zatem zamierzone działanie…?, pomyślał, a jego magia ryknęła gniewnie. Hermiona musiała sabotować eliksir. Nie było innego racjonalnego wytłumaczenia.

Czemu pragnęła dostać niższą ocenę? To nie miało żadnego sensu. Czy nienawidziła go tak bardzo, że zaryzykowała spartaczenie własnego projektu zaliczeniowego, tylko po to, żeby wyszedł na bezmózgiego idiotę? W powietrzu unosiła się teraz czarna magia, która sprawiła, że zlewki zaczęły niebezpiecznie wibrować. Rozgniewany do granic możliwości, wyciągnął różdżkę i jednym machnięciem sprawił, że szkło rozprysło się na drobniuteńkie kawałeczki, a próbki mikstury rozlały się po całej pracowni.

Omiótł mrocznym spojrzeniem chaos, który spowodował, próbując trzymać swój temperament na wodzy. Wyciągnął różdżkę, nadal patrząc na porozbijane szkło i resztki nieudanego Ortusa, a następnie posprzątał cały bałagan. Ostatni raz zerknąwszy na laboratorium, chwycił małą fiolkę, stojącą z boku, która przetrwała całe wyładowanie złości, a następnie włożył ją do torby. Odwrócił się i wyszedł z pracowni, zakończywszy swój prywatny projekt.

Niedługo później wszedł do dormitorium i wściekle zatrzasnął za sobą drzwi. Nie zamierzał znosić towarzystwa uciążliwych współlokatorów. Gdyby którykolwiek z nich odważył się teraz wejść do sypialni, zostałby przeklęty na miejscu. Szczerze mówiąc, nawet na to liczył, bo mógłby w ten sposób odreagować trochę stresu.

Podszedł do swojej części dormitorium i usiadł na łóżku. Wciąż był nabuzowany. Jakim cudem brudna szlama zepsuła taki prosty krok? Jak śmiała? Owładnięty frustracją, wrócił wspomnieniami do czasu poświęconego na warzeniu eliksiru. Czemu właściwie Hermiona posunęła się tak daleko? Na pierwszy rzut oka wydawało się to bezcelowe. Dlaczego męczyła się na lekcji, wiedząc, że wszystko i tak pójdzie na marne? Gdyby nie pracowali we trójkę, zrozumiałby, czym się kierowała. Fakt, iż sabotowała eliksir, będący zaliczeniem grupowym, oznaczał, że również dostała w zamian niższą ocenę. To nie ma najmniejszego sensu, podsumował.

Chyba że…

Tknięty przeczuciem, gwałtownie wstał z łóżka i podszedł do biurka, na które wcześnie rzucił torbę. Wyciągnął z niej szklaną fiolkę, którą zabrał z pracowni eliksirów. Wyglądała bardzo niepozornie, ale mogła okazać się kluczem do rozwiązania problemu.

Chyba że Ortus jest dla niej zagrożeniem, stwierdził, dokończywszy wcześniejszą myśl.

Musiał się upewnić.

Oczywiście, równie dobrze mógł być w błędzie, ale postanowił doprowadzić tę sprawę do końca. Hermiona nigdy nie działała pochopnie, dlatego też z pewnością przemyślała to, co zrobiła potajemnie na zajęciach.

Aby przetestować swoją teorię, potrzebował jej krwi. Postukał palcem wskazującym w fiolkę, zastanawiając się, skąd ją wytrzasnąć. Niezauważone upuszczenie komuś krwi było nie lada wyzwaniem. Jak na szlamę, Hermiona była całkiem dobrze wyszkolona i przygotowana do obrony. Gdyby czegokolwiek próbował, natychmiast zostałby zdemaskowany. Z ostrożnością odłożył fiolkę na biurko, a następnie zaczął spacerować po dormitorium. Naprawdę potrzebował próbkę brudnej krwi. Wtem zatrzymał się wpół kroku, owładnięty pewną myślą. Szybkim krokiem podszedł do szkolnego kufra. Otworzył pokrywę i mimowolnie zadrżał, gdy pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, była poszarpana szara koszulka, którą musiał nosić w sierocińcu.

Wszystkie swoje ubrania przechowywał w komodzie, zaś kufra używał wyłącznie do przechowywania rzeczy, których naprawdę nie potrzebował. Jak ta obrzydliwa tunika, stwierdził i się skrzywił. Odrzucił koszulę na bok i zaczął grzebać we wnętrzu skrzyni. Całkiem szybko znalazł bezrękawnik z zielonymi oblamówkami.

Uniósł go na wysokość oczu i spojrzał na brunatną plamę, przypomniawszy sobie incydent, podczas którego został zbezczeszczony. To miało miejsce kilka tygodni temu. Hermiona zataczała się na jednym z korytarzy, wyglądając na chorą i krwawiła z nosa. W jakiś sposób straciła równowagę i posłużył jej wsparciem, ponieważ wokół kręcili się inni uczniowie. Zadrżał z obrzydzenia, wróciwszy wspomnieniami do momentu, w którym poplamiła mu sweter.

Zastanowił się, dlaczego tak właściwie nie rzucił na bezrękawnik zaklęcia czyszczącego, ale jakoś nie chciał go nosić po tym, jak został zabrudzony przez nieczystą krew, co teraz okazało się szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Odłożył sweter na biurko, odkorkował szklaną fiolkę z Ortusem, wyciągnął różdżkę i machnął nią nad brunatną plamą. Zaschnięta krew ponownie się skropliła, a następnie spłynęła z materiału. Posłusznie podążyła za czubkiem oręża i skierowała się ku bezbarwnemu eliksirowi. W momencie, gdy weszła w kontakt z płynem, zabarwiła eliksir na ciemnoniebieski. Zamknął fiolkę i ostrożnie nią zamieszał, aż Ortus zrobił swoje. Nim minęła chwila, ponownie zmienił kolor. Najpierw zaczął jaśnieć, a potem znów stał się krystalicznie czysty. Tom uśmiechnął się nieznacznie. Wyglądało na to, że eliksir zadziałał prawidłowo. Cóż, bez względu na to, co można było powiedzieć o Slughornie, był naprawdę utalentowanym warzycielem.

Usiadł na krześle, po czym wyciągnął z torby kawałek pergaminu i rozłożył go przed sobą. Po raz ostatni spojrzawszy na zakorkowaną fiolkę, zebrał się na odwagę, ściągnął zawleczkę i pozwolił, aby kilka kropel spadło na kartkę. Gdy tylko eliksir dotknął pergaminu, został wessany, nic po sobie nie zostawiając. Tom zmarszczył brwi, teraz trochę zdenerwowany, ale rozpogodził się chwilę później, ponieważ zobaczył pojawiające się litery. Uniósł brwi, zaskoczony skutecznością Ortusa, gdyż efekt był naprawdę rewelacyjny. Może powinienem z niego skorzystać, pomyślał mimochodem, ale szybko potrząsnął głową, chcąc się skupić na ważniejszych sprawach.

19 września.

Przeczytawszy datę, prawie zawył z frustracji. Szczerze mówiąc, spodziewał się czegoś bardziej ekscytującego. Czemu Hermiona zadała sobie tyle trudu, żeby zniszczyć warzony na zajęciach eliksir, skoro pergamin nie ujawnił niczego interesującego? W momencie zapragnął zrzucić fiolkę z blatu, ale właśnie wtedy zauważył, że powoli pojawia się końcówka daty. Zmrużył oczy, żeby szybciej poznać tajemnicę. Najpierw przeczytał „jeden", a potem „dziewięć" i westchnął ze znużeniem. Przymknął powieki, czując nadchodzący ból głowy, a kiedy je uniósł, wciągnął gwałtownie powietrze.

1979.

Zamrugał, a potem wytrzeszczył oczy. Jego świat zawirował, przez co prawie spadł z krzesła. Zawładnęły nim zawroty głowy.