37. SKRZYWDZIŁEŚ MNIE


Hermiona siedziała na historii magii i słuchała nieskończonego z pozoru wykładu Binnsa na temat następnej mało interesującej wojny goblinów. Stłumiła ziewnięcie i próbowała nie zasnąć. Nie należała do osób, które śpią na nudnych zajęciach, ale dzisiaj naprawdę toczyła wewnętrzny bój, czy przymknąć na moment oczy. Chociaż bardzo się starała, opadały jej powieki. Była śmiertelnie zmęczona, ponieważ poprzednią noc spędziła na czytaniu najróżniejszych książek medycznych. Odkąd straciła magię, wszystko się znacznie skomplikowało. Jak do tej pory, nie znalazła jeszcze rozwiązania problemu.

Z racji tego, iż CUM jest rzadko spotykana, nie przeprowadzono jeszcze wystarczających badań, a temat wciąż był owiany tajemnicą. We wszystkich księgach, jakie w międzyczasie przestudiowała, nie wspominano o lekarstwie czy możliwości wyleczenia. Najprościej byłoby zwierzyć się albo szkolnej pielęgniarce, albo Albusowi Dumbledore'owi, ale nie chciała się jeszcze poddawać. Zdradzenie komuś innemu sekretu zwiększyłoby prawdopodobieństwo demaskacji. Wchodząc w interakcje z ludźmi z przeszłości, złamała prawie wszystkie prawa rządzące podróżami w czasie. To, co dotąd nawyprawiała, z pewnością będzie miało swoje konsekwencje, których na razie nie była w stanie dostrzec. Cholernie namieszała w linii czasu. Za wszelką cenę powinna unikać dalszych błędów i trochę przystopować.

Ziewnęła, nie mogąc się skupić na profesorze. Nieustannie paplał o Rodewicku Drapieżnym, królu plemienia goblinów w XII wieku. Chociaż wykłady Binnsa były nużące, powoli stawały się jej ulubionym przedmiotem, głównie dlatego, że nie musiała nań czarować lub udawać, że przynajmniej się stara. Tutaj była po prostu bezpieczna. Co więcej, gryfoni nie mieli tej lekcji ze ślizgonami, tak więc nie musiała znosić złośliwych docinek, czy też agresywnego zachowania. Hufflepuff był spokojnym domem, który również lubił sobie podrzemać. Slytherin z pewnością nie pozwoliłby jej zasnąć.

To strasznie frustrujące, że nie zdobyła żadnej, nawet najmniejszej, podpowiedzi podczas swoich conocnych wypraw do biblioteki. Wyglądało na to, że niezależnie od tematyki czytanej książki, natrafiała na ślepy zaułek. Powoli traciła wiarę w szkolną skarbnicę wiedzy, a to już coś znaczyło. Nawet dział ksiąg zakazanych nie dostarczył jej upragnionych informacji. Szczęśliwie, wciąż miała kilka regałów, które należałoby przejrzeć. Na tę myśl westchnęła pod nosem. Dziś też najprawdopodobniej nie zazna wiele snu, gdyż wykradnie się nocą z dormitorium, ukryta pod peleryną niewidką i pobiegnie do biblioteki. Jak to dobrze, że zdołała ukraść Insygnium, zanim straciła swą magię.

Jęknęła z frustracji. Naprawdę nienawidziła być bezbronna. Miała niesamowite szczęście, że do tej pory nikt nie posłał ku niej bardziej niebezpiecznej klątwy. Ślizgoni, oczywiście, działali po kryjomu, ale, polegając na instynkcie, nigdy nie oberwała czymś potężniejszym. Zazwyczaj kończyło się na drobnych obrażeniach, typu zadrapanie, czy siniak, który sam zszedł. Co interesujące, Tom wrócił do dawnej techniki, czyli ignorowania jej obecności. Kiedykolwiek obok niej siedział, milczał niczym zaklęty, patrząc w inny punkt. Podczas posiłków w Wielkiej Sali nawet nie spoglądał w jej kierunku. Jeżeli przypadkiem spotykali się na korytarzu, po prostu się mijali. Szczerze mówiąc, nie pamiętała, kiedy ostatnim razem zamienili przynajmniej jedno zdanie. Mimo że rozstali się kilka tygodni temu, wciąż potrafił ją zranić swoim chłodnym i odpychającym zachowaniem. Ilekroć był blisko, czuła się niepewnie.

Ta beznamiętność była co najmniej podejrzana. Jakby nie patrzeć, było kilka rzeczy, na których mu przedtem szczególnie zależało. Znała go dość dobrze i wiedziała, że potrafi być cholernie uparty. Kiedy jeszcze byli w związku, dowiedział się, że ukradła manuskrypt Ignotusa Peverella. Na pewno o tym nie zapomniał, więc prędzej czy później spróbuje upomnieć się o informacje. Fakt, iż była ignorowana, nie świadczył o niczym dobrym, a wręcz przeciwnie, że coś kombinował. Miała wrażenie, że to cisza przed burzą.

Została wyrwana z rozmyślań, kiedy usłyszała toczące się wokół rozmowy. Zamrugała, szczerze zdezorientowana, a następnie podniosła głowę. Uczniowie pakowali swoje pergaminy i nieużywane pióra do toreb lub zbierali się do wyjścia z klasy. Najwyraźniej przeoczyła zakończenie zajęć. Wtem poczuła ciepłą dłoń na ramieniu i się odwróciła.

– Co jest? – Uśmiechnął się doń Longbottom. – Nie mów, że zanudziłaś się prawie na śmierć i zasnęłaś – dodał z udawanym zaskoczeniem.

Zachichotała i zabrała się za pakowanie swoich rzeczy.

– W żadnym wypadku – odpowiedziała sarkastycznie. – Po prostu byłam tak zafascynowana wykładem, że nie zauważyłam, że się skończył.

Chłopak roześmiał się, szczerze rozbawiony. Hermiona zapięła torbę i wstała z miejsca. We dwójkę podeszli do Lupina i Weasleya, czekających nań przy wyjściu z sali.

– O, Merlinie! To było straszne, prawda? – podsumował lekcję Longbottom.

Uśmiechnęła się, mimo że nie pochwalała złego wyrażania się o nauczycielach, ale tym razem musiała przyznać mu rację. Binns był okropnym profesorem, za życia i po śmierci.

– Wstydziłbyś się, Mark. – Lupin rzucił przyjacielowi potępiające spojrzenie. – Jakim prawem twierdzisz, że się wynudziłeś za wszystkie czasy, skoro przez bitą godzinę przeglądałeś miesięcznik quidditcha?

– Naprawdę nie możesz mnie winić, Amarysie – odpowiedział Longbottom, aczkolwiek w niebieskich oczach zabłyszczały drobne wyrzuty sumienia. – Gdyby nie magazyn, umarłbym z nudów. Czy tego właśnie pragniesz?

– Nie wiem, jakim cudem zdałeś w zeszłym roku – stwierdził, zaś kolega tylko się zaśmiał.

Hermiona zamrugała, szczerze zdezorientowana.

– Czy to w ogóle możliwe, żeby powtarzać rok w Hogwarcie?

Weasley skinął uroczyście głową.

– Owszem. Jeżeli nie zaliczysz SUMów, musisz powtórzyć piątą klasę i spróbować ponownie.

Longbottom uśmiechnął się z przekorą i otoczył dziewczynę ramieniem.

– Nie masz żadnych powodów do zmartwień. Jesteś kujonką, więc to niemożliwe, żebyś oblała któreś zajęcia.

– No, w przeciwieństwie do ciebie – dodał Lupin, patrząc sugestywnie na Marka.

Chłopak wzruszył ramionami.

– Może. Mimo to zaliczyłem pięć SUMów. – Wciąż się szczerzył. – Kto by się spodziewał?

– Z pewnością nie ja – mruknął pod nosem Amarys.

Longbottom zignorował tę uwagę.

– W roku nie mamy żadnych egzaminów, a to oznacza, że mogę się swobodnie zrelaksować i skoncentrować na quidditchu.

Lupin otworzył usta, żeby go zrugać, ale został uprzedzony przez Hermionę.

– Nie możesz tak lekceważyć szkoły, Mark. W przyszłym roku będziesz podchodził do owutemów. Jak chcesz je zdać, skoro teraz olewasz naukę?

– Cóż, to proste – odpowiedział, nadal jej nie puściwszy. – Pomyślę nad tym w następnym roku.

Zgromiła go wzrokiem. Chcąc nie chcąc, dopuściła do głosu wewnętrznego mola książkowego.

– Wtedy będzie trochę za późno – prychnęła. – Oblejesz każdy egzamin, jeżeli… – urwała gwałtownie tyradę, zobaczywszy nadchodzącego z naprzeciwka Toma.

Jak zawsze ostatnio, nie poświęcił jej choćby minimum uwagi. Zacisnęła usta w cienką linię. Był zaledwie kilka kroków od niej, kiedy wreszcie się zainteresował. Gdy skrzyżowała z nim spojrzenie, nie mogła powstrzymać się od nerwowego drgnięcia. W momencie poczuła się całkowicie bezbronna, zwłaszcza że uważnie skanował ją wzrokiem. Gdy zauważyła w jasnoszarych oczach niepokojący błysk, mimowolnie zaczęła szybciej oddychać.

Ślizgon jakby sięgnął do kieszeni szaty, gdzie najprawdopodobniej trzymał różdżkę, ale ostatecznie się rozmyślił. Mimo to Hermiona się spięła. Wymusiła na twarz maskę beznamiętności, ale prawda była zgoła inna – po kręgosłupie przebiegł jej chłodny dreszcz. Pozbawiona magii, po prostu się go obawiała. Nienawiść, którą prezentował, owinęła się wokół niej, szarpała do przodu i przywoływała mroczne wspomnienia. Za każdym razem, gdy miała z nią styczność, przypominała sobie, z kim właściwie miała do czynienia. Oczami wyobraźni widziała Lorda Voldemorta, szalenie mrocznego i niebezpiecznego, gotowego do ataku w każdej chwili, pożarcia jej i wyplucia zaledwie kości. Czuła, że gdyby się z nim zmierzyła, skończyłaby żałosna, załamana i samotna.

Kiedy tak krążyła myślami wokół nieprzyjemnych rzeczy, Mark posłużył jej wsparciem i wzmocnił uścisk. Odwróciła głowę i nań spojrzała. Gniewnie wpatrywał się w Toma, przyjąwszy opiekuńczą postawę. Lupin i Weasley również wzmogli ostrożność. Hermiona naprawdę nie chciała, żeby antagonizowali Riddle'a, gdyż był dlań zbyt niebezpieczny i stanowił nieliche zagrożenie. Mimo to doceniła gest.

Niechętnie skrzyżowała spojrzenie ze ślizgonem i ponownie ujrzała w nienawiść w jasnoszarych oczach. Zupełnie nie mogła uwierzyć, że niegdyś z nim chodziła, że obejmował ją z czułością i całował z miłością. Chłopak, w którym się zakochała, odszedł na zawsze. Teraz najprawdopodobniej marzył, żeby cisnąć weń Cruciatusem…

Albo czymś znacznie gorszym, dodała z przekonaniem.

Osoba, w którą się zmienił, napawała ją najprawdziwszym strachem. Ilekroć spoglądała w ten przeklęty karmazyn, widziała Lorda Voldemorta, ukrywającego się za codziennie przywdziewaną przystojną maską.

Kiedy wreszcie ich minął, odetchnęła z widoczną ulgą. To dziwne, że nagle zauważył jej obecność. Przez ostatnie tygodnie praktycznie unikał wszelkich spojrzeń, całkiem możliwe, że zażenowany niedawną zażyłością z „brudną szlamą". Co właściwie sprawiło, że zmienił zdanie? Czemu niespodziewanie porzucił swe lekceważące zachowanie i to w dość agresywny sposób? Mogłaby przysiąc, że naprawdę zamierzał wyciągnąć różdżkę.

Nie potrafiła znaleźć sensownego wytłumaczenia zaistniałej sytuacji. Właśnie wtedy poczuła, że Longbottom puszcza jej ramię, a gdy nań spojrzała, zauważyła, że delikatnie się uśmiecha.

– Wszystko w porządku?

– Tak, tak – odpowiedziała natychmiast, chcąc brzmieć przekonująco.

Wznowili drogę do pokoju wspólnego Gryffindoru, ale teraz w ponurej atmosferze. Hermiona była na siebie zła, że pozwoliła się tak krzywdzić. Wyglądało na to, że wciąż, mimo upływu czasu, była nań podatna.

– Nie pozwól mu się do ciebie zbliżyć. – Usłyszała. Odwróciwszy się, zobaczyła uśmiechającego się zachęcająco Lupina. – Mówię o Riddle'u. Nie daj mu się stłamsić.

– Wiem – odparła bez większego przekonania.

Miał rację. Powinna przestać myśleć o Tomie. To do niczego nie prowadziło, a jedynie czuła się przygnębiona.

– Szczerze mówiąc, Riddle zachowuje się żałośnie – kontynuował Amarys. – Wcześniej wydawało się, że jest bardziej cywilizowany. Mimo rozstania powinien wykazać przynajmniej odrobinę przyzwoitości i traktować cię jak normalnego człowieka, a nie trędowatą.

– Właśnie. – Skinął przyjacielowi Weasley, a następnie obejrzał się przez ramię. – To, co wyprawia, jest podłe i nikczemne – dodał, a w jego głosie słychać było nietypową chłodną nutę. Potrząsnął głową i uśmiechnął się ciepło do Hermiony. – Naprawdę byłem przekonany, że to porządny facet. Potem wyszło na jaw, że strasznie się myliłem. Nie wiem, jak kiedykolwiek mogłem myśleć inaczej.

– Cóż, dotąd podtrzymywał pozory. – Lupin westchnął. – Udawał miłego, poukładanego i szczególnie pomocnego, a w rzeczywistości odgrywał dla wszystkich przedstawienie.

– Od zawsze wam powtarzałem, że jest złem wcielonym – powiedział Longbottom. – Ciągle podlizuje się nauczycielom, a jest tylko małym, wywyższającym się wężem, dokładnie takim samym, co pozostali ślizgoni. – Gdy spojrzał na dziewczynę, przestał marszczyć gniewnie brwi. – Zignoruj dziada. Nie musisz tracić na niego więcej czasu.

Musiała stłumić pozbawiony humoru śmiech. Mark nawet nie wiedział, ile miał racji. Straciła już wystarczająco dużo czasu na walkę z Tomem Riddle'em, prawda? Spojrzała na przyjaciół. To miłe, że próbowali ją pocieszyć i nie przejmowali się czyimś statusem krwi.

– Szczerze mówiąc, to całkiem dobrze go poznałam – stwierdziła z chłodem w głosie. – Po prostu żywiłam przekonanie, że mnie potraktuje inaczej.

Longbottom wziął ją delikatnie za rękę i ścisnął. Hermiona zerknęła nań z wdzięcznością i się uśmiechnęła. Czuła się zdecydowanie lepiej ze świadomością, że ma przy boku kogoś, kto wyciągnie doń pomocną dłoń.


Tom szedł korytarzem w kierunku pokoju wspólnego Slytherinu. Właśnie skończył zielarstwo i chciał wykorzystać pozostały czas wolny na napisanie wypracowania dla profesora McGraya. Wreszcie zajęcia z obrony przestały być nudnawe, pomyślał z rozbawieniem. Zakończyli temat mrocznych magicznych stworzeń oraz niedawno przeszli do klątw i przekleństw. Oczywiście, to niemożliwe, żeby którykolwiek z nauczycieli mógł podzielić się z nim wiedzą, ale i tak przyjemnie było słuchać o paskudnych zaklęciach.

Uśmiechnął się protekcjonalnie. Zabawnie było też oglądać te przerażone, wstrząśnięte i oburzone miny innych uczniów, gdy z szeroko otwartymi oczami słuchali wykładu dotyczącego mrocznych i niebezpiecznych uroków. Wszyscy byli takimi naiwnymi idiotami, zwłaszcza gryfoni. Parsknął pod nosem, kiedy wyobraził sobie ich reakcję, gdyby dowiedzieli się, że użył każdego z opisywanych czarów. Cóż, trochę przekłamał rzeczywistość. McGray mówił o klątwie Carnifico, której jeszcze nie rzucił.

Skręcił w boczny korytarz, wciąż zastanawiając się nad potencjalnymi korzyściami płynącymi z zaklęcia, ale właśnie wtedy zauważył nadchodzących z naprzeciwka gryfonów. Jego magia natychmiast zareagowała. Omiótł twardym spojrzeniem Hermionę i trójkę przygłupów, którzy jej towarzyszyli. Jeszcze go nie zauważyli, pochłonięci zagorzałą dyskusją. Wykorzystał ten moment nieuwagi, żeby stłumić mordercze zapędy i powstrzymać się przed ciśnięciem w dziewczynę niewybredną klątwą. Oczywiście, prędzej czy później podejmie odpowiednie działania.

Na razie postanowił ograniczyć się do obserwacji i wyciągnięcia wniosków. Odkąd przetestował na niej Ortusa, trzymał się na dystans, zachowując bezpieczną odległość. Gdy odkrył prawdę, w momencie zapragnął przechytrzyć dziewczynę, złapać ją w pułapkę i wydusić z niej resztę tajemnic. Chciał wreszcie położyć kres wszystkim kłamstwom, które mu naopowiadała i oszustwom, do których się posunęła. Kiedy trochę ochłonął i poszedł po rozum do głowy, doszedł do wniosku, że najrozsądniej będzie poczekać, gdyż dobrze ją poznał. Miała wiele zalet, ale przede wszystkim była całkiem zmyślną kłamczuchą. Aby rozegrać to po swojemu, potrzebował zachować zimną krew i otwarty umysł. Obserwacja stanowiła doskonały początek śledztwa. To dziwne, ale poznawszy, przynajmniej częściową, prawdę, czasem miał zagwozdkę, jak z Hermioną postępować.

Ponownie omiótł wzrokiem grupkę gryfonów. Miał wielką ochotę się odezwać i przebić mydlaną bańkę, w której we czwórkę tkwili. Wiedza o tym, że przeniosła się w czasie, sprawiała, że miał ochotę wybuchnąć. Prawdę powiedziawszy, było z nim tak źle, że nawet się doń nie zbliżał, obawiając się najgorszego – że straci nad sobą panowanie i przypadkowo przeklnie dziewczynę w obecności któregokolwiek z nauczycieli. W rzeczywistości prawie wyciągnął różdżkę i w nią wymierzył dziś na zaklęciach. Odkąd przetestował Ortusa, musiał nieustannie pracować nad utrzymaniem swojego temperamentu w ryzach, zwłaszcza gdy pojawiała się w zasięgu wzroku.

Kiedy Longbottom otoczył Hermionę ramieniem, prawie zagotował się ze złości. Naprawdę miała tupet, paradując w ten sposób po korytarzu. Gdyby miała przynajmniej odrobinę przyzwoitości, zaszyłaby się w jakiejś dziurze z nadzieję, że nigdy nie zostanie znaleziona. Kiedy błądził spojrzeniem po jej ciele, miał ochotę pozwolić swojej magii działać. Kiedy skupił się na twarzy dziewczyny, zauważył, że zarejestrowała jego obecność. Sprawiała wrażenie niewzruszonej i zobojętniałej, dlatego też poczuł się w duchu urażony. Momentalnie się zdenerwował. Sięgnął do kieszeni szaty z zamiarem udowodnienia jej swoich racji, ale ostatecznie zrezygnował. Jakim prawem była taka z siebie zadowolona? Jak śmiała? Ostatnio go ignorowała, a kiedy nań patrzyła, to bez żadnych emocji. Czy pokazywała mu właśnie prawdziwą siebie? Już jej nie obchodził?

Wystarczyło, że pojawiała się w zasięgu wzroku, a tracił nad sobą panowanie. Z dnia na dzień coraz bardziej pragnął wyrządzić jej krzywdę. Nieustannie go okłamywała, kpiła z niego i wykorzystywała na wszystkie możliwe sposoby. Musiała zostać ukarana. Jak mogła patrzeć na niego beznamiętnie, w duchu wyszydzając? Resztkami samokontroli ujarzmił swą magię i rozluźnił zaciśniętą w pięść dłoń, po czym odwrócił wzrok.

Minął gryfonów i ruszył korytarzem, próbując odzyskać wewnętrzny spokój. Naprawdę musiał się opanować. Nie mógł przecież chodzić rozwścieczony i przeklinać przypadkowych uczniów. Co prawda, Hermiona była zaledwie szlamą, więc nie byłoby żadnej straty, gdyby coś jej się przydarzyło, ale wiedział, że kilka – naturalnie, niewłaściwie ukierunkowanych osób – miałoby coś do powiedzenia.

Skręcił w inne przejście i kontynuował podróż do pokoju wspólnego. Szczerze mówiąc, chyba najbardziej rozwścieczył go fakt, iż oszustwo Hermiony zabolało go także za innym poziomie. Oczywiście, była szlamą i właściwie mu nań nie zależało, ale w pewnym momencie widział w niej normalną, wartościową i pożądaną osobę. To, że od samego początku go okłamywała i nigdy nie obdarzyła go zaufaniem, na które zasługiwał, świadczyło o tym, że lubiła się bawić jego kosztem. Najprawdopodobniej wyśmiewała się przy pierwszej lepszej okazji, a teraz jeszcze miała czelność z nim zadzierać.

Zszedł po schodach prowadzących do lochów. Po drodze spotkał kilku ślizgonów, którzy z szacunkiem skinęli mu głowami, ale zupełnie ich zignorował. Wrócił wspomnieniami do nocy, kiedy to Hermiona opowiedziała mu łzawą historyjkę, jakoby walczyła na wojnie. Wydawała się wtedy zdesperowana i wiarygodna, że po prostu bez zawahania jej uwierzył. Zacisnął dłonie w pięści i potrząsnął głową na swoją naiwność. To jasne niczym słońce, że nie zmierzyła się z Grindelwaldem. Chciała tylko zgrywać ofiarę, aby uwiarygodnić swe kłamstwa. Teraz nie mógł zrozumieć, czym się kierował, kiedy łkała mu w ramionach.

Wszedł w korytarz prowadzący do pokoju wspólnego i przystanął przed kamienną ścianą, stanowiącą przejście.

– Fasces – syknął hasło i wszedł do środka.

Zajęcia się skończyły, więc w środku było mnóstwo uczniów. Tom nie zaszczycił współdomowników spojrzeniem, tylko od razu skierował się do skórzanej kanapy, będącej umiejscowionej trochę na uboczu. Wylegiwała się nań grupa siódmorocznych, zajęta rozgrywką szachową.

Odkąd wkroczył do wężowiska, przestał panować nad swoją wściekłą magią, która teraz trzeszczała w powietrzu. Jeden z chłopców zauważył, że się doń zbliża i zrobił się blady, niczym ściana. Pospiesznie odwrócił się do przyjaciół i coś im powiedział, a koledzy automatycznie zaczęli zbierać szachy. Zanim Tom podszedł do kanapy, ta była już puściutka. Szczerze mówiąc, był trochę rozczarowany, gdyż chętnie by poprzeklinał idiotów, którzy odważyliby się stanąć mu na drodze. Oparł się plecami o sofę i wrócił wspomnieniami do spotkania na korytarzu. Odkąd zobaczył Hermionę, nie mógł nad sobą zapanować. Właściwie to szalał od kiedy poznał prawdę trzy dni temu.

Szlama sprawiała, że cały drżał ze złości. Jeżeli chciał osiągnąć swój cel, musiał uzbroić się w cierpliwość i opanować nerwy. Sytuacja była na tyle niebezpieczna, że nie poznał jeszcze wszystkich szczegółów.

Po pierwsze i najważniejsze, nie miał stuprocentowej pewności, że Ortus naprawdę zadziałał. Zaraz po uzyskaniu wyniku Hermiony, sprawdził go z własną krwią, bo historia sprawiała wrażenie niesamowicie naciąganej. Zakładając, że nie kłamała na temat swojego wieku, miała teraz siedemnaście lat. Jeżeli eliksir podał prawdziwą datę, to oznaczałoby, że cofnęła się w czasie o pięćdziesiąt trzy lata. Jedynym obecnie znanym sposobem na podobną podróż jest zmieniacz czasu, ale jest ciężko dostępny i pozwala na zaledwie kilkugodzinną wycieczkę. Z drugiej strony, zawsze mogła użyć wynalazku z przyszłości. Może niewymowni z Departamentu Tajemnic znaleźli sposób na poszerzenie możliwości. Poza tym szlama najpewniej ukradła Niezwyciężoną Różdżkę. Nie mógł więc wykluczyć też prawdopodobieństwa, że źle rzuciła jakieś zaklęcie i została przypadkowo cofnięta w czasie. Zacisnął usta, kwestionując swoje wnioski. Bez względu na podjęte środki, przeskok o pięć dekad był szalenie niebezpieczny i praktycznie niewyobrażalny. Czemu ktokolwiek świadomie podejmowałby podobne ryzyko?

To wszystko prowadziło do następnej niewiadomej. Jeżeli Ortus miał rację, to dlaczego Hermiona się tutaj znalazła? Nikt o zdrowych zmysłach nie zaryzykowałby prawie samobójczej misji bez solidnych podstaw i powodów. Czy istniał jakiś związek pomiędzy jej podróżą w czasie, a zainteresowaniem Insygniami Śmierci? Odkąd pojawiła się w Hogwarcie, zawsze wydawała się zaangażowana w podejrzane sprawy. Tom żywił przekonanie, że naprawdę posiadła Niezwyciężoną Różdżkę. Melanie Nicolls powiedziała mu niedawno, że Potterom ukradziono rodzinną pamiątkę w postaci peleryny niewidki, czyli możliwe, że weszła w posiadanie następnego Insygnium. Do tego wszystkiego dochodzili także ci odziani na czarno czarodzieje, na których celowniku się znalazła. Czy to ludzie z przyszłości, również pragnący zebrać te mityczne artefakty? Czy to właśnie powód, dla którego Hermiona cofnęła się w czasie?

Tom potrząsnął głową. Obecnie zakładał, że Ortus się nie pomylił, ale musiał zdobyć pewność. Zebrał więc do kupy wszystkie nieścisłości, których się dotąd dopatrzył. Hermiona posługiwała się zaklęciami, których nie znał i klątwami, o których nawet nie słyszał. Jakim cudem szlama zdobyłaby wiedzę, z którą się nigdy nie zetknął? Może właśnie dlatego, że w przyszłości to powszechnie znane przekleństwa? Czasem się dziwnie zachowywała i wyróżniała na tle innych dziewcząt. Czy w latach dziewięćdziesiątych kobiety zyskały większe prawa i stały się bardziej niezależne od mężczyzn? Cmoknął pod nosem, gdyż to żadne powody potwierdzające podróż w czasie.

Skupił się na czymś zupełnie innym, co doprowadzało go do szaleństwa. Właściwie był to powód, dla którego nie podejmował dotąd żadnych działań. Miał na jej temat fragmentaryczną wiedzę, podczas gdy ona zdawała się znać go całkiem dobrze i niejednokrotnie posługiwała się informacjami dla nikogo niedostępnymi. Zbyt dobrze pamiętał słowa, które doń powiedziała w dniu, kiedy dowiedział się o jej mugolskich korzeniach.

Co z twoim ojcem?, zapytała wówczas. Był mugolem i właśnie dlatego go zabiłeś.

Jakim prawem brudna szlama miała czelność kpić z jego pochodzenia? Jak śmiała wyciągać to na światło dzienne? Samo wspomnienie tej rozmowy sprawiało, że gotowała się w nim krew, a w żołądku zawiązywał się nieprzyjemny supeł.

Skąd wiedziała…?

Nawet nie chodzi o fakt, iż od samego początku miała świadomość, że jest czarodziejem półkrwi. Gdyby komuś zależało, dokopałby się do tej informacji. Tym, co rzeczywiście go martwiło, był to, że wiedziała, iż zamordował własnego ojca. Nikt nie powiązał go z morderstwem Riddle'ów, a Morfin skończył w Azkabanie, bo wziął winę na siebie. Czy posiadła tę wiedzę z przyszłości? Czy stało się to powszechną wieścią? Zmarszczył w niedowierzaniu brwi. To cholernie niebezpieczne założenie, bo oznaczałoby, że w ciągu tych pięćdziesięciu lat sprawa trochę się skomplikowała i został napiętnowany. Za wszelką cenę musiał się dowiedzieć, kiedy dokładnie to się stało i w jaki sposób temu zapobiec.

Musiał wiedzieć, dlaczego Hermiona uznała za konieczne poznanie historii jego życia. Czy przeprowadziła gruntowne badania na temat każdego, kogo podejrzewała spotkać w przeszłości, czy też po prostu stał się dlań obiektem zainteresowania? To wyjaśniałoby również farsę, jaką był ich związek. Czy chciała od niego czegoś konkretnego?

Zaczął bębnić palcami w skórzaną kanapę, nagle bardzo zdenerwowany. Cała ta sytuacja była bardzo pokręcona. Nie miał wystarczających danych, a nie zamierzał niepotrzebnie ryzykować demaskacji. Przez moment rozważał użycie legilimencji, aby siłą dostać się do jej umysłu i zdobyć wszystkie potrzebne informacje, ale potem zrezygnował z tego pomysłu. Już próbował podobnej sztuczki i mocno się na niej przejechał. Łatwe rozwiązanie nie wchodziło w rachubę. Miał wielką zagwozdkę, w jaki sposób zmusić dziewczynę do zwierzeń.

W jego oczach pojawił się krwistoczerwony błysk. Grupa pierwszorocznych, siedząca na pobliskiej kanapie, natychmiast to zauważyła i szybko się ewakuowała. Tom w ogóle nie zauważył ich ucieczki, zbyt skoncentrowany na możliwie najlepszym przyciśnięciu Hermiony. Może gdyby użył nań mroczniejszych zaklęć, zmusiłby ją do współpracy. Będąc nieczystej krwi, z pewnością szybko się ugnie. Była słaba i nim minie pięć minut, będzie go błagać o zakończenie mąk.

Owszem, uśmiechnął się złośliwie. Szlama szybko się złamie.

W końcu był dziedzicem Slytherina.

Kiedy wreszcie padnie mu do stóp, dołoży wszelkich starań, żeby raz na zawsze zrozumiała, jak wielkim błędem było manipulowanie nim.

Odniesie zwycięstwo, bo bezwartościowa szlama nijak mu się przeciwstawi. Robactwo nie ma wszak najmniejszych szans z Lordem Voldemortem.

Karmazynowe oczy jeszcze bardziej poczerwieniały. Oczywiście, musiał być bardzo ostrożny. Uderzy, kiedy nadejdzie odpowiedni czas. Z łatwością wydusi z niej wszystkie zeznania. Gdy się złamie, przegra z kretesem.

Lord Voldemort zawsze zwycięża.


Hermiona szła opustoszałym korytarzem. Różdżkę wciąż trzymała zabezpieczoną w kaburze na ramieniu. Kiedyś ta bliskość była uspokajająca, a teraz wywoływała panikę. Co się stało z jej magią? Dlaczego niespodziewanie zniknęła?

Zmierzała do biblioteki. Wciąż żywiła przekonanie, że rozwiązanie problemu jest zapisane w którejś z dostępnych tutaj ksiąg. Minęła kolejny zakręt i, ku swojemu przerażeniu, stanęła twarzą w twarz z grupką trzech ślizgonek. Zesztywniała, gdy rozpoznała dwie z nich. Automatycznie zarejestrowała obecność Susan Yaxley, szóstorocznej, której nigdy nie lubiła, ale niechęć była obopólna, ale również Melanie Nicolls. Wszystkie dziewczęta rzuciły jej pełne chłodu i wyższości spojrzenia, więc odwzajemniła się skwaszoną miną.

– No proszę, proszę – syknęła szyderczo Yaxley, rozkoszując się momentem przewagi liczebnej. – Szlama z Gryffindoru plugawi szkołę swoją brudną obecnością.

Zacisnęła dłonie w pięści, pragnąc wyciągnąć różdżkę i cisnąć weń zaklęciem. Niestety, bez magii mogła im co najwyżej pogrozić palcem.

– Co tutaj robisz, szlamo? – zapytała ślizgonka, której nie kojarzyła. Miała długie, czarne włosy i zachowywała się bardzo agresywnie. – Czemu nie wrócisz do swojej bezwartościowej rodziny?

Westchnęła pod nosem. Dlaczego ślizgoni zawsze musieli uprzykrzać jej życie? Odkąd tylko postawiła stopę w czarodziejskim świecie, węże żywili doń negatywne uczucia.

– Hej, robaku! – Nicolls się wzburzyła. W brązowych oczach było widać gniewny błysk. – Zostałaś o coś zapytana. Jak śmiesz milczeć, kiedy mówi do ciebie czystokrwista?

Hermiona spojrzała na nieznajomą.

– Nie mam czasu słuchać rasistowskich uwag – odparła chłodnym i zdystansowanym tonem. – Możecie zachować je dla siebie i zostawić mnie w spokoju – dodała i wznowiła marsz, chcąc jak najszybciej oddalić się od natrętnych dziewcząt. Niestety, gdy próbowała przejść obok, Yaxley zagrodziła jej drogę.

– Jak możesz tak mówić do Melanie? Wcześniej odbiłaś jej chłopaka, a teraz masz czelność jeszcze rzucać obrazami?

Zamrugała, mając ich serdecznie dość. Naprawdę nie chciała wdawać się w bezsensowne przepychanki słowne. To było niedorzeczne.

– Słuchaj. – Spojrzała z chłodem na Nicolls. – Jeżeli jesteś tak zdesperowana, żeby odzyskać tego niewdzięcznego drania, z pewnością nie będę cię powstrzymywać.

Melanie wykrzywiła się ze wściekłości, ale zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, Susan wyciągnęła różdżkę. DeCerto wciągnęła gwałtownie powietrze, kiedy weń wycelowano.

– Ty wstrętny brudasie! Jak śmiesz mówić w ten sposób o Tomie? Ktoś powinien usadzić się w miejscu! – krzyknęła, zaś Hermiona nie dobyła broni, bo to zupełnie mijało się z celem. Jej różdżka była obecnie kompletnie bezużyteczna. – Pulsare!

Nie zrobiła uniku, a przyjęła na siebie zaklęcie. Siła uroku sprawiła, że poleciała na ścianę. Mimowolnie sapnęła z bólu, zaś ślizgonki wybuchnęły gromkim śmiechem. Odzyskawszy oddech, oparła się plecami o ścianę i zmierzyła dziewczęta wściekłym spojrzeniem. Nikczemny uśmieszek na twarzy Nicolls podpowiedział jej, że były cholernie zadowolone z rozwoju sytuacji.

– Mam nadzieję, że teraz zdajesz sobie sprawę, że Tom nigdy tak naprawdę cię nie pragnął. Tylko się z tobą bawił. – Melanie wbiła w nią szyderczy wzrok. – Gdyby od początku wiedział, że jesteś szlamą, nie spędziłby przy twoim boku nawet minuty.

Cóż, najprawdopodobniej ma rację, stwierdziła, wróciwszy wspomnieniami do momentu, kiedy przyłapała chłopaka na zabawianiu się z inną. Szczerze mówiąc, od tamtego czasu tkwiła jakby w uczuciowym odrętwieniu.

– Myślę, że to jedyny język, jaki rozumieją brudasy. – Nicolls popatrzyła po swoich koleżankach. – Limus! – Machnęła różdżką w kierunku Hermiony, na którą natychmiast spadły błotniste krople.

Chwilę później była cała ubłocona. Oczywiście, próbowała przetrzeć twarz, ale przypadkowo wciągnęła szlam nosem i zakaszlała, trochę się poddusiwszy. Ślizgonki w międzyczasie straszliwie się śmiały.

– Coś nie w porządku, szlamo? – Yaxley udała troskę. – Myślę, że wreszcie wyglądasz, jak należy – dodała z mściwą satysfakcją.

Gryfonka nie odpowiedziała, wciąż zajęta wycieraniem twarzy. Nie chciała, aby błoto nawpadało jej do oczu. Zagryzła zęby, rozgniewana do czerwoności i popatrzyła po prześladowczyniach. Melanie stała obok Susan, trochę bliżej i z opuszczoną różdżką. Najwyraźniej była przekonana, że osiągnęła ogromny sukces, ponieważ opuściła gardę i przestała weń celować.

Właśnie wtedy Hermiona przystąpiła do ataku. Nie sądziła, aby to skomplikowało sprawę, więc po prostu spróbowała swojego szczęścia. Uniosła ubłoconą dłoń, zaś na twarzy Nicolls pojawiło się zakłopotanie. Nie dając jej czasu na reakcję, rzuciła w nią mazią. Szlam, który zgromadziła na ramieniu, poleciał w stronę ślizgonki i umorusał jej buzię. Melanie krzyknęła z obrzydzenia, ale DeCerto to nijak powstrzymało. Szybkim krokiem doń podeszła, chwyciła rękę, w której trzymała różdżkę i po mugolsku ją wykręciła. Ostatecznie Nicolls znalazła się do niej plecami, z czego z przyjemnością skorzystała i wygięła jej ramię tak, że dziewczyna skończyła z własną różdżkę przyciśniętą do gardła. Naturalnie, próbowała się wyszarpnąć, ale nadaremnie, gdyż była znacznie słabsza fizycznie.

– Puszczaj, suko!

– Radzę ci się wreszcie zamknąć – syknęła w odpowiedzi, wzmocniwszy uścisk.

Spojrzała, ponad ramieniem ofiary, na pozostałe przeciwniczki. Yaxley automatycznie uniosła różdżkę, ale nie odważyła się cisnąć weń zaklęciem z uwagi na bliskość swojej przyjaciółki. Nieznajoma z czarnymi włosami znieruchomiała i wytrzeszczyła oczy, gdyż najprawdopodobniej nie spodziewała się podobnego obrotu spraw. Hermiona wbiła czubek różdżki w szyję Nicolls, żałując, że utraciła swą magię. Gdyby nadal dysponowała mocą, posunęłaby się znacznie dalej, aniżeli do pustych gróźb. Mimo że ślizgonki o niczym nie wiedziały, nie mogła ich przekląć.

– Skoro wszystkie się uspokoiłyśmy, możemy dojść do porozumienia – podsumowała przerażająco chłodnym głosem. – Naszą rozmowę uważam za zakończoną.

– Puść ją! – powiedziała Susan, ale nie opuściła broni.

Uśmiechnęła się szyderczo, próbując sobie przypomnieć układ korytarza. Była pewna, że niedaleko znajdował się zakręt, prowadzący do innego przejścia.

– Jeżeli jeszcze nie zauważyłaś, to wygrałaś – wyszeptała Melanie do ucha, zupełnie ignorując Yaxley, a następnie gwałtownie pchnęła dziewczynę w kierunku koleżanek. Nie kontrolując siły swojego pędu, Nicolls z okrzykiem wpadła na współdomowniczki, prawie je przewracając. Naturalnie, gryfonka skorzystała z okazji, odwróciła się na pięcie i pomknęła korytarzem, gdyż niecałe trzy metry dalej znajdował się upragniony zakręt.

Confringo! – Usłyszała.

Niestety, nie mogła odeprzeć nawet tak prostego zaklęcia, dlatego też przyspieszyła i sekundę później zniknęła za rogiem. Gdyby się spóźniła, oberwałaby w plecy. Szczęśliwie, klątwa poleciała pustym korytarzem, nie wyrządziwszy jej żadnej krzywdy, a Hermiona nawet się nie obejrzała, żeby sprawdzić, czy dziewczęta ruszyły w pogoń. Zwolniła, dopiero kiedy znalazła się w bardziej zatłoczonym miejscu. Najchętniej zaśmiałaby się ze zdezorientowanych spojrzeń, jakie rzuciła jej grupa siódmorocznych krukonek, ale wciąż buzował w niej gniew. Nadal była pokryta szlamem, który w gruncie rzeczy się przydał, kiedy groziła Nicolls. Ponownie spróbowała zetrzeć z twarzy błoto, ale wtedy uświadomiła sobie, że rękaw szary również ma umorusany.

Głupia baba!, podsumowała ze złością. Czemu ta dziewczyna się nań uwzięła? To, co jej powiedziała, zanim uciekła, również było prawdą. Zacisnęła usta w wąską linię, wróciwszy wspomnieniami do momentu, w którym nakryła byłego chłopaka w opuszczonym korytarzu, całującego inną dziewczynę. Nie wiedziała, czy posunęli się dalej, ale znając Toma, to nie poprzestał na grze wstępnej. Mimowolnie zadrżała, gdy przypomniała sobie spojrzenie, jakim została wówczas obdarzona. W jasnoszarych oczach dostrzegła nie tylko nienawiść, ale też najprawdziwszą pogardę.

Niedługo później dotarła do pokoju wspólnego Gryffindoru. Naprawdę potrzebowała prysznica. Na szczęście w środku nie było za dużo ludzi, ale i tak została zauważona. Na zewnątrz była ładna pogoda i uczniowie korzystali z dobrodziejstwa natury, ale nie trzecioroczni gryfoni, okupujący jedną z wygodnych kanap. Kiedy zobaczyli ją ubłoconą, natychmiast wybuchnęli śmiechem. Lekko zawstydzona, ponownie uniosła rękę, chcąc otrzeć przynajmniej twarz.

– Hej, zamknijcie się wreszcie!

Odwróciła głowę i zobaczyła pędzącego ku niej Longbottoma. W drodze piorunował młodszych uczniów wzrokiem, za co była mu wdzięczna, bo rzeczywiście przestali się wyśmiewać i wrócili do gry w Eksplodującego Durnia.

– Co ci się stało? – zapytał, gdy podszedł bliżej i zmarszczył brwi.

Zadrżała, gdyż nagle poczuła chłód. Mokre ubrania się doń przykleiły, przez co inaczej odczuwała temperaturę.

– Eee – burknęła niezobowiązująco, bo naprawdę nie chciała mu mówić o ataku rozeźlonych ślizgonek.

– Czekaj, najpierw ci pomogę – odpowiedział, wyciągnął różdżkę i rzucił nań zaklęcie czyszczące. – Chłoszczyść.

Wciągnęła z ulgą powietrze. Błoto natychmiast zniknęło, dzięki czemu od razu poczuła się lepiej. Spojrzała na siebie i odkryła, że chłopak wysuszył jej również ubrania.

– Dzięki. – Uśmiechnęła się z wdzięcznością.

– Nie ma za co – odparł, a następnie przejechał dłonią po jej włosach, jakby sprawdzając efekty swojej pracy. – Przepraszam. Wygląda na to, że wciąż masz trochę brudu we włosach. – Rozejrzał się po pokoju wspólnym. – Szkoda, że nie ma z nami Amarysa. Jestem pewien, że zna odpowiednie zaklęcie.

– W porządku.

Na twarzy Longbottoma pojawiło się zaniepokojenie. Hermiona prawie się skrzywiła, znów doświadczywszy tej troski, ale dała się pociągnąć w kierunku jednej z kanap.

– Co się właściwie stało? – zapytał, kiedy usiedli.

Odwróciła wzrok, nagle zawstydzona zaistniałą sytuacją.

– Ślizgoni – burknęła.

– To parszywe gnojki! – podsumował ze złością, która była w pewien sposób kojąca. Chwilę później wyraźnie się rozpogodził, bo się doń uśmiechnął, przysunął bliżej i objął ją ramieniem. – Wiesz, że to banda idiotów, prawda? – zapytał.

– Yhym.

Oczywiście, że wiedziała, ale mimo to…

Mark wzmocnił uścisk.

– Są po prostu zazdrośni.

– Jak to? – spytała, spojrzawszy nań uważnie.

– Cóż, zawsze masz najlepsze oceny, a węże nienawidzą, gdy komuś się powodzi – odpowiedział, wyraźnie rozbawiony. – Chcą się odegrać za wszystkie czasy, bo nagle odkryli, że jesteś mugolskiego pochodzenia.

Zacisnęła usta w wąską linię i oczami wyobraźni zobaczyła Toma mówiącego doń pogardliwe „szlama". Longbottom miał, naturalnie, całkowitą rację, a Riddle był idiotą. Niemniej jednak to i tak bolało.

– Nie słuchaj pierdół, które gadają. – Uśmiechnął się pokrzepiająco Mark. – Nie ma żadnego znaczenia, czy twoi rodzice są mugolami, czy też nie, bo wciąż jesteś czarownicą. – Zastanowił się przez chwilę, po czym kontynuował wywód. – Właściwie to nieważne, czy ktoś ma magiczne zdolności, czy jest ich pozbawiony. Wszyscy jesteśmy ludźmi, prawda? – zapytał, a Hermionę otuliło przyjemne ciepło. – Zdradzę ci sekret. Moja pierwsza dziewczyna była mugolką – powiedział wesoło, a potem przeczesał dłonią blond włosy.

– Naprawdę?

– Ano, owszem. Mieszkaliśmy w tej samej okolicy, zanim się wyprowadziła. Hm, ciekawe, co teraz porabia – odparł z zadumą. – Andrea zawsze myślała, że jestem trochę pomylony.

– Nie wiedziała, że jesteś czarodziejem?

– Och, wręcz przeciwnie. – Chłopak się roześmiał. – Wciąż uważała mnie za prawdziwego szaleńca. To nie miało nic wspólnego z magicznymi zdolnościami.

Hermiona nie mogła się powstrzymać i również wybuchnęła śmiechem. Wreszcie pozwoliła swoim mrocznym myślom na odejście w zapomnienie i poddała się przytulnej atmosferze pokoju wspólnego.


Resztę tygodnia spędziła na unikaniu ślizgonów, a szczególnie Toma. W rzeczywistości nie było to trudne, ponieważ gdy tylko nie miała żadnych zajęć, zakopywała się w bibliotece. Niestety, jej nastroju nie poprawiał fakt, że nadal nie znalazła niczego przydatnego, a przez to z dnia na dzień stawała się coraz to bardziej zdesperowana. To była zaledwie kwestia czasu, zanim ktoś zauważy, że nie posługuje się magią. Jak dotąd, niepostrzeżenie prześlizgiwała się przez wszystkie zajęcia, ale prędzej czy później nie zdoła ukryć faktu, iż nie może rzucić najprostszego czaru.

Minął następny tydzień, a nijak się przybliżyła do rozwiązania swojego problemu. Znów był piątek i z ogromną niechęcią dowlokła się na pierwszą lekcję, niestety, uroki i zaklęcia domowe. Chwała Merlinowi, że przynajmniej skończyła odrabiać ten przeklęty wieczorny szlaban. Gdy weszła do klasy, zastała wypełnioną po brzegi salę. Miała olbrzymie szczęście Legifer jeszcze nie przyszła, bo inaczej zarobiłaby szlaban na dzień dobry. Pospiesznie podeszła do swojego miejsca i usiadła obok współlokatorek.

– Trochę się spóźniłaś – zagaiła Rose.

Hermiona rzuciła jej przeciągłe spojrzenie. Nie odpowiedziała, ponieważ zobaczyła niezdrowe zainteresowanie i wścibski błysk w oku.

– Co porabiałaś? – dodała dziewczyna, a następnie zachichotała pod nosem. – Czyżbyś spotykała się z nowym chłopakiem?

Mruknęła coś niezobowiązująco. Zanim koleżanka zdołała zapytać o więcej, do sali weszła Legifer. Miała skwaśniałą minę, przez co DeCerto westchnęła, najwyraźniej wystarczająco głośno, aby pani profesor spojrzała nań z wyraźną dezaprobatą – na szczęście, potem odwróciła się do klasy i rozpoczęła swój wykład. Przyzwyczajona do przeszywającego, prawiącego głupoty głosu, zajęła się o wiele ciekawszym zajęciem, a mianowicie wyglądaniem przez okno. Tylko od czasu do czasu docierały doń pierdoły, o których mówiła nauczycielka.

– Jak dobrze wiecie, waszym zadaniem będzie wspieranie męża i dbanie o dom, aby mężczyzna nie musiał zaprzątać sobie głowy podobnymi błahostkami.

W normalnych okolicznościach szczerze by się oburzyła, ale tym razem miała to głęboko. Uroki i zaklęcia domowe to najprawdziwsze żarty. Już dawno powinna mieć nań wywalone. Westchnęła pod nosem i kontynuowała senne gapienie się na hogwardzki krajobraz. Legifer w międzyczasie zaczęła spacerować po sali.

– Oprócz codziennych obowiązków powinnyście również wiedzieć, że nie należy zawstydzać męża przed partnerami biznesowymi czy też innymi ważnymi osobistościami. – Zrobiła krótką przerwę, rzuciwszy Hermionie surowe spojrzenie. – Niektóre z was mogą nigdy nie nabyć odpowiednich manier… – tutaj omiotła wzrokiem pozostałe dziewczęta – mimo to głęboko wierzę, że w większości pojmiecie nauki, które wam przekazuję. Skoro przyswoiłyście podstawy, przejdźmy do najprostszych zasad wzorowego zachowania.

W momencie pożałowała, że wstała dzisiejszego ranka. Najlepiej zrobiłaby, gdyby zdecydowała się dłużej poleniuchować w łóżku i poleżeć pod ciepłą kołderką. Wyłączyła się na moment i dopiero po chwili dotarł doń sens słów nauczycielki.

– Biorąc to wszystko pod uwagę, myślę, że nadszedł czas na praktykę.

Hermiona natychmiast podniosła głowę i przygryzła nerwowo dolną wargę. Cóż, wpadła w kłopoty, ale w gruncie rzeczy powinna przewidzieć podobny scenariusz, prawda? Legifer miała wręcz niewyobrażalny talent do uprzykrzania jej życia. Odkąd utraciła swą magię, nienawidziła przechodzenia do praktyki i ćwiczenia uroków, zwłaszcza że stanowiły część zaliczeniową na praktycznie każdym przedmiocie. Czuła niepokój, patrząc, jak pani profesor macha różdżką. Biurka w sali lekcyjnej automatycznie się powiększyły, przez co przywodziły na myśl stoły jadalne, a przygotowane zawczasu pudła wniosły się w powietrze, a następnie opadły po jednym na blat.

– Sugeruję pracę w grupach – powiedziała ostrym tonem Legifer. – Oczekuję, że nakryjecie stół w odpowiedni sposób, jakbyście się spodziewały ważnych gości. Użyjcie zaklęć, których się nauczyłyście. Możecie zaczynać.

Uczennice natychmiast zabrały się do pracy. Szczerze mówiąc, czuła się trochę zagubiona, spojrzawszy na koleżanki z ławki. Diana zręcznie machnęła różdżką, a z pudła uniósł się biały obrus; przy kolejnym smagnięciu ręką, gładko opadł na stół, nie zmarszczywszy się w żadnym miejscu. W międzyczasie Rose również spróbowała szczęścia i chwiejnym ruchem przywołała do siebie talerze. Dwa z nich prawie się zderzyły w powietrzu, ale w ostatnim momencie zapobiegła katastrofie. Obserwując poczynania współlokatorek, Hermiona zupełnie nie wiedziała, co robić. Zadanie, które zostało przed nimi postawione, było niedorzeczne, ale miała świadomość, iż musi wnieść również coś od siebie. Niestety, bez magii niewiele mogła zdziałać przy pomocy zaklęć, dlatego też postanowiła poddać się dłuższej kontemplacji.

Zanim się zorientowała, dziewczęta nakryły stół zgodnie z zaleceniami nauczycielki, a ona nijak się przyczyniła do tego sukcesu. Była naprawdę zdenerwowana i w duchu liczyła, że nikt nie zauważył jej bierności. Na szczęście współlokatorki tylko się z niej podśmiewały, że najprawdopodobniej buja w obłokach przez wzgląd na swojego „nowego chłopaka". Chyba po raz pierwszy cieszyła się z ich plotkarstwa i niedorzecznych domysłów. Lucia zajęła się stawianiem na stole kieliszków, podczas gdy Diana wyczarowała przepiękną kwiatową kompozycję. Czując się diablo winną, Hermiona zdecydowała, że najwyższy czas wziąć się do pracy. Podeszła do pudełka, schyliła się, wyciągnęła z niego sztućce i zaczęła układać je obok talerzy.

– Proszę mi wyjaśnić, co pani tutaj wyprawia, panno DeCerto.

Mimowolnie się skrzywiła, usłyszawszy znajomy, znienawidzony, protekcjonalny głos, a następnie się odwróciła i zobaczyła stojącą za nią Legifer. Ku swojemu przerażeniu, zauważyła również, że cała klasa zamilkła. Wszyscy wydawali się śledzić przebieg sytuacji.

– Eee – wyjąkała, ponownie skupiwszy się na nauczycielce. – Chciałam tylko…

– Wystarczy. – Kobieta spojrzała z dezaprobatą na widelec, który trzymała w ręce. – Z pewnością zna pani odpowiednie zaklęcie, żeby rozłożyć sztućce przy pomocy magii.

Hermiona się zapatrzyła. To oczywiste, że znała inkantację uroku i niejednokrotnie go rzucała, bo wystarczyłby do tego najzwyczajniejszy w świecie czar lewitacyjny, ale właśnie w tym tkwił problem.

– Czemu nie zademonstruje pani klasie swoich umiejętności? – zapytała ze złośliwością Legifer, kiedy nie otrzymała żadnej sensownej odpowiedzi.

Czuła na sobie wyczekujące spojrzenie innych uczennic i mimowolnie się zaczerwieniła. Nie chcąc całkowicie się odsłonić, pstryknęła palcami i przywołała do siebie różdżkę. Wciąż nie wyczuwała w sobie nawet iskierki magii, więc wiedziała, jak się skończy ten nieszczęsny pokaz. Omiotła wzrokiem przygotowany stół. Talerze były starannie ułożone we właściwych miejscach, a biały obrus pozbawiony zmarszczek. Wszystko, czego tutaj brakowało, to sztućce.

– Czekamy, panno DeCerto – powiedziała ostrzej nauczycielka.

Wzięła głęboki oddech, żeby się uspokoić. Musiała się jakoś wykręcić. Spojrzała na Legifer, która wciąż patrzyła nań ze złośliwością.

– To nietrudne zadanie – dodała kobieta.

Hermiona zacisnęła dłoń na uchwycie różdżki, słysząc chichoty koleżanek. Teraz wszyscy najprawdopodobniej widzieli w niej nieudolną idiotkę. Cóż, nie miała innego wyboru, jak udowodnić im, że nie są w błędzie. Podniosła oręż, doskonale wiedząc, że nic się nie wydarzy, a mimo to machnęła ręką w dobrze sobie znanej manierze. Oczywiście, znów zawiodła, gdyż srebrne sztućce nawet nie drgnęły. Po koszmarnie zakończonej demonstracji usłyszała jeszcze więcej śmiechów, więc zignorowała zranioną dumę i odważyła się zerknąć na nauczycielkę. Niemal jęknęła z frustracji, zobaczywszy wypisany na jej twarzy triumf.

– To było bardzo pouczające, panno DeCerto. Pięć punktów od Gryffindoru za… powiedzmy, szokującą nieporadność.

Hermiona zagotowała się ze złości, ale zdołała zachować pozorny spokój. Wydaje się naprawdę dobrze bawić, zauważyła mimochodem.

– Cóż, chociaż panna DeCerto poniosła sromotną porażkę, reszta klasy poradziła sobie całkiem nieźle – podsumowała zajęcia praktyczne Legifer, zwracając się do całej klasy. Machnęła różdżką, czym posprzątała salę i pomniejszyła stoły, które ponownie zamieniły się w zwyczajne biurka. – Usiądźcie.

Gdy dziewczęta spełniły polecenie, pani profesor omiotła je uważnym wzrokiem. Zatrzymała się, oczywiście, na swojej najmniej lubianej podopiecznej, która się skrzywiła.

– Byłam przekonana, że po zepsuciu swojej relacji z panem Riddle'em, nieco się pani nauczy, panno DeCerto, ale najwyraźniej znów się pomyliłam – stwierdziła kąśliwie. – Zamiast tego popisała się pani niekompetencją – dodała ze złośliwością, zaś dziewczyna przygryzła wewnętrzną stronę policzka, żeby powstrzymać się przed kąśliwą odpowiedzią. – Jak widzicie, wasza koleżanka jest wspaniałym przykładem tego, jak wszystko może pójść źle, jeżeli nie będziecie słuchać moich rad. – Uśmiechnęła się z wyższością Legifer. – Była obiektem zalotów, a potem spektakularnie spartaczyła sprawę. Nie wiedziała, jak powinna się zachowywać i tym samym zawstydziła pana Riddle'a. Ostatecznie sama nie pozostawiła mu żadnego wyboru.

Hermiona zacisnęła dłonie w pięści. Była po prostu wściekła. W jej żołądku zacisnął się bolesny supeł, kiedy usłyszała równie krzywdzące słowa. Owszem, Tom rzeczywiście się wstydził, ale z zupełnie innych powodów. Musiała zamknąć na moment oczy, żeby nie wybuchnąć w klasie pełnej uczniów. Riddle był zniesmaczony, że kiedykolwiek byli razem. Zasadnicze pytanie brzmiało, czy to ona zepsuła ich związek, ponieważ zataiła prawdę o swoim pochodzeniu, czy to Tom zmaścił, ponieważ zareagował tak, a nie inaczej.

Czy ma to większe znaczenie?, zastanowiła się z odrętwieniem. Została osądzona i znienawidzona przez bliską sobie osobę, gdyż miała mugolskie korzenie. Naturalnie, chłopak był w błędzie i nie potrafił zrozumieć, że się mylił. Mimo to na nią spadła odpowiedzialność za rozpad związku, przez co czuła się prawdziwie bezwartościowa.

Zacisnęła usta w wąską linię, nagle rozzłoszczona. Tom miał wypaczone spojrzenie na świat i właśnie dlatego wstydził się, że była mugolaczką.

– Jeżeli nie chcecie, drogie panie, skończyć niczym panna DeCerto, powinnyście zaakceptować rolę kobiety w społeczeństwie – dodała ostrzej Legifer.

Hermiona zastrzygła uszami. Wbiła wzrok w nauczycielkę, stojącą teraz na środku sali, nienaganną jak zawsze i głoszącą głupoty na temat wyższości czarodziejów nad czarownicami. Przez moment pozwalała, aby te słowa doń docierały, a potem wysnuła własne wnioski.

Legifer cholernie się myliła.

Tom również był w błędzie, bo tylko tak można nazwać fakt, że dyskryminuje mugoli i mugolaków. Najgorsze, że to przekonanie, wprowadzone w życie, ukształtuje przyszłość magicznego świata, wypaczy rzeczywistość i naprawdę wszystko zmieni, niszcząc tysiące niewinnych ludzi. Mimo że wiedziała lepiej, swoim uporem Riddle zdołał zachwiać także jej poczuciem własnej wartości. Zawsze była piekielnie dumna ze swojego pochodzenia i nigdy nie czuła się gorsza od rówieśników. Gdy tak ciągle rzucał jej błotem w twarz, naprawdę w siebie zwątpiła.

Siła jego przekonań była przerażająca.

Wtem zauważyła, że trzęsą jej się dłonie. Urodziła się i wychowała w latach prawie osiemdziesiątych, walczyła w dziewięćdziesiątych i na własne oczy widziała, do czego doprowadził puryzm w połączeniu z ludzką nienawiścią. Chociaż Voldemort się szczerze mylił, wielu mu uwierzyło, przez co pociągnął za sobą tłumy. Naprawdę niewiele brakowało, aby śmierciożercy wygrali. Gdyby nie Harry, Voldemort zamieniłby swoje kłamstwa w prawdę, ponieważ w świecie, w którym zwyciężyłoby zło, wszyscy nazywaliby tę nierówność sprawiedliwością.

Hermiona zadrżała i ponownie skoncentrowała się na Legifer. Nauczycielka wciąż mówiła na temat kobiecych obowiązków – szerzyła nieprawdę i kultywowała dyskryminację społeczną, obecnie brane za coś normalnego w latach czterdziestych.

W momencie targnęły nią mdłości. Nie mogła dłużej znieść tych przekłamań i, całkowicie ignorując wykład, po prostu wstała.

– Co pani wyprawia?

Spojrzała na Legifer, która patrzyła nań z dezaprobatą. Była wyraźnie oburzona przerwaniem lekcji, ale dziewczyna miała to gdzieś. Nie chciała dłużej znosić tego, co niewłaściwe. Musiała się stąd natychmiast wydostać.

– Wychodzę – powiedziała z naciskiem, po czym pozbierała swoje przybory i zapięła klapę szkolnej torby. Następnie zarzuciła ją na ramię i skierowała się w kierunku drzwi.

– Gdzie się pani wybiera? – Usłyszała, zanim dotarła do drzwi.

W klasie zapanowała kompletna cisza, zaś Hermiona przystanęła i powoli się odwróciła.

– To nie jest miejsce dla mnie – podsumowała, wskazawszy dłonią salę lekcyjną. Nie mogła powstrzymać żalu w swoim głosie, gdyż odnosiła się zarówno do nauczanego tu przedmiotu, ale również do lat czterdziestych, w których przez przypadek wylądowała. Jak wiele miała poświęcić, żeby uciec od przekonań śmierciożerców?

Legifer zacisnęła usta w wąską linię.

– Jakże niefortunnie, panno DeCerto – podsumowała opanowanym, aczkolwiek lodowatym głosem. – Niestety nie ma pani żadnego wyboru.

– Owszem. Nie mam nic do powiedzenia w sprawie i, szczerze mówiąc, od samego początku tak właśnie było – stwierdziła bez większych emocji. – Na niektóre rzeczy nie mamy żadnego wpływu i możemy tylko odpowiednio reagować.

To oświadczenie nie okazało się oświecającym przełomem, ponieważ nauczycielka nadal gapiła się nań surowo.

– W takim razie sugeruję, żeby pani z powrotem usiadła i przestała dziecinnie się zachowywać – wycedziła przez zaciśnięte zęby.

Uśmiechnęła się delikatnie.

– Odpada.

– To pani szansa na normalne życie i zaakceptowanie swojego przeznaczenia jako kobiety. To jedyny sposób na ukończenie szkoły i stanie się szanowanym członkiem społeczeństwa. – W oczach Legifer zapłonął gniew. – Albo wreszcie przyjmie pani do wiadomości oczekiwania innych, albo nigdy niczego w życiu nie osiągnie. Jeżeli teraz pani wyjdzie z klasy, w przyszłości zmierzy się z wykluczeniem społecznym.

Prawda kryjąca się za słowami znienawidzonej nauczycielki przeszyła Hermionę na wskroś. Zabolało, ale była przyzwyczajona do cierpienia. Nie zamierzała więcej uginać szyi.

– Może mówi pani prawdę, a może kłamie – odpowiedziała. – Tak czy inaczej, dla mnie jest już za późno. – Westchnęła, szczerze zmęczona. – Raczej nie będę mogła prowadzić normalnego życia. Nigdy nie będę uznawana za wartościową osobę, gdyż nie zamierzam dostosować się do ogólnie przyjętych norm. Nie spełnię oczekiwań społeczeństwa, ponieważ najzwyczajniej w świecie są one poza moim zasięgiem – urwała, zastanawiając się, dlaczego właściwie się wysila, mówiąc już nie o roli kobiety, a swoim pochodzeniu. Odrzucenie i ucisk są odwiecznymi atrybutami tradycyjnego, zamkniętego świata.

Omiotła wzrokiem pozostałe uczennice, które przysłuchiwały się tej rozmowie z ogromnym zainteresowaniem. Cóż, nic dziwnego. Szczególnie przeciągłe spojrzenie rzuciła ślizgonkom, w tym Susan Yaxley, patrzącą nań z widocznym obrzydzeniem. Czy zrozumiały ukryte przesłanie, czy może po prostu były zniesmaczone?

Skoncentrowała się z powrotem na Legifer.

– Nawet jeżeli podporządkuję się waszym zasadom, nigdy mnie nie zaakceptujecie. Może w dalekiej przyszłości, ale czy będzie warto? – kontynuowała pozbawionym emocji głosem. To wręcz przerażające. – Cały ten ból i cierpienie, walka, wyłącznie po to, żeby wreszcie zakończyć ten parszywy konflikt, nie zostawi po sobie zwycięzców. – Zacisnęła dłonie na pasku torby, przewieszonym przez prawe ramię. – Mam serdecznie dość tej zabawy, skoro dobrze wiem, dokąd mnie doprowadzi.

Zamilkła i spojrzała wyczekująco na nauczycielkę. Ta spurpurowiała na twarzy.

– Głupia dziewczyno! Naprawdę myślisz, że cokolwiek osiągniesz swoim niepotrzebnym i pozbawionym logiki uporem? Natychmiast skończ pleść te herezje i usiądź z powrotem na swoim miejscu.

Hermiona westchnęła i potrząsnęła głową. Uśmiechnęła się ze smutkiem, a potem odetchnęła.

– Yhym, z pewnością jestem głupia…

Odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia. Legifer podniosła głos i nań krzyczała, żeby się zatrzymała, ale zupełnie nie zwracała na to uwagi. Otworzyła drzwi i wyszła na korytarz, nadal słysząc gniewne pokrzykiwania, którym towarzyszyły podekscytowane szepty pozostałych dziewcząt. Najwyraźniej pani profesor będzie potrzebowała kilkunastu minut, żeby uspokoić uczennice. To dawało Hermionie wystarczająco dużo czasu na ucieczkę.

Automatycznie skierowała się w stronę biblioteki, zamierzając pominąć transmutację. Miała nadzieję, że Dumbledore potraktuje ją łagodniej i skończy się tylko na upomnieniu. Nie mogła pomaszerować teraz na zajęcia, jak gdyby nigdy nic, zwłaszcza kiedy była roztrzęsiona. W tym momencie po prostu nie byłaby w stanie znieść bliskiej obecności Toma, skonfrontowana z nienawiścią, którą będzie jej okazywał.


W weekend zakopała się w książkach. Nie chciała mieć do czynienia z prawdziwym światem. Odkąd wyszła z zaklęć i uroków domowych, znów stała się obiektem plotek w szkole i, prawdę powiedziawszy, nie chciała słyszeć żadnej z nich. Tylko Longbottom zdołał sprawić, żeby się uśmiechnęła, gdy wpadł doń w odwiedziny, próbując ją przekonać, że dobrze zrobiła, sprzeciwiając się tej „nikczemnej banshee". Wbrew swoim oczekiwaniom nie odciągnął jej od lektur.

Oczywiście, otrzymała również list od dyrektora, w którym prosił o rozmowę w przyszłym tygodniu. Zajęty jak zawsze, nie wspomniał o żadnej konkretnej dacie, ale mimo to wciąż nie miała ochoty na pogawędkę. Wiedziała, że to sprawka Legifer, bo przecież wyszła z obowiązkowych dla dziewcząt zajęć. Dippet najprawdopodobniej będzie chciał jej powiedzieć, że nie może zrezygnować z uroków domowych.

Aby nie zatopić się w licznych problemach, postanowiła uciec w świat książek. Weekend minął jej bez większych zakłóceń, aczkolwiek nie znalazła niczego, co mogłoby przywrócić utraconą magię. Z desperacją w oczach i sercem na ręku chodziła na zajęcia, bojąc się natychmiastowej demaskacji i późniejszych konsekwencji. Na szczęście w poniedziałek jakoś przemknęła przez eliksiry, które nie wymagały większego użycia różdżki. Tom wrócił do strategii ignorancji, dzięki czemu była nieco spokojniejsza. Na następnej lekcji obrony przed czarną magią również jej się upiekło, ponieważ profesor zdecydował się na czysto teoretyczne zajęcia i zabrał się za omawiania następnej mrocznej klątwy, o której słyszała. Targnęły nią mdłości, mimo że nie mogła się skoncentrować na wykładzie. Odkąd w piątek wybiegła z klasy, żyła w ciągłym stresie. Była po prostu przerażona swoim niewykonaniem uroku lewitacyjnego, ponieważ uświadomiła sobie pewne zależności. Jak do tej pory, skutecznie ukrywała utratę magii, ale dopiero wtedy zrozumiała, że naprawdę znalazła się w opłakanej sytuacji. Co, jeżeli ludzie się dowiedzą? Co pomyśli, albo gorzej, co zrobi wówczas Tom?

Naturalnie, po skończonych lekcjach znów pobiegła do biblioteki. Siedziała tam całą wieczność, studiując jedną książkę za drugą. W końcu poczuła się zmęczona i musiała co minutę przecierać obolałe oczy. Wiedziała jednak, że nie mogła się poddać, ponieważ nadal nie odnalazła rozwiązania problemu.

Właśnie zabrała się za czytanie następnego ogromnego tomiszcza, kiedy poczuła, że ktoś się do niej dosiada. Odwróciwszy głowę, spojrzała na Longbottoma.

– Wystarczy, Hermiono. – Chłopak zmarszczył karcąco brwi. – Znowu przesiedziałaś tutaj cały dzień. – Sięgnął po księgę, którą przed momentem sobie przyniosła i zamknął ją z trzaskiem. – Czymkolwiek się zajmujesz, musisz odpocząć. Jestem przekonany, że kilka godzin przerwy cię nie zbawi.

Potrząsnęła głową i wyciągnęła rękę po tom, który został jej odebrany.

– Naprawdę muszę to przeczytać.

Mark odsunął lekturę.

– Absolutnie nie. Koczujesz w bibliotece od kilku dobrych godzin. Uwierz, że te książki nie znikną tylko dlatego, że dziś się wstrzymasz.

Zmrużyła oczy. Naprawdę musiała znaleźć rozwiązanie problemu z tymczasową utratą magii. Zamrugała i dopiero wtedy zauważyła, że jest cholernie zmęczona. Gdy przechyliła głowę w bok, poczuła ból w skroniach i piasek w oczach. Longbottom miał rację. Z pewnością nie przyswoi żadnej wiedzy, będąc na wpół przytomną. Mark najprawdopodobniej zauważył, że jej opór słabnie, bo natychmiast przejął kontrolę. Szybko machnął różdżką i odesłała tomiszcza, które nachomikowała na biurku, z powrotem na przynależne im regały. Następnie chwycił dziewczynę za rękę i pociągnął ku wyjściu z biblioteki. Nie zaprotestowała, ale zdołała skinąć głową pani Peters. Gdy maszerowali korytarzem w kierunku pokoju wspólnego Gryffindoru, zauważyła, że rzeczywiście było już późno. Po drodze prawie nikogo nie spotkali.

– Coś cię trapi? – zapytał niespodziewanie cichym głosem.

Kiedy nań spojrzała, zauważyła, że jest szczerze zaniepokojony.

– Nie…

– Na pewno wszystko w porządku? – spytał, zapewne nie uwierzywszy jej słabemu zaprzeczeniu.

– Oczywiście – powiedziała z naciskiem, chociaż prawda była zgoła inna. Odkąd straciła swą magię, czuła się po prostu okropnie.

Nieprawda, zaczęło się znacznie wcześniej, zaprotestował wewnętrzny głosik. Wpadła w depresję tuż po rozstaniu z Tomem, którego prawdziwie obdarzyła uczuciem. Została wyrwana z przygnębiających myśli, dopiero kiedy Longbottom złapał ją za rękę. Przystanął, przez co automatycznie również się zatrzymała.

– Wciskasz mi kit. Ostatnio zachowujesz się naprawdę dziwnie – podsumował łagodnie. – Jeżeli masz jakiś kłopot, możesz mi powiedzieć.

– To nic takiego – wyszeptała, nie chcąc, aby niepotrzebnie się martwił.

– Coś ewidentnie cię trapi – drążył, teraz szczerze zatroskany. – Mam nadzieję, że nadal nie chodzisz smutna, bo Riddle cię zostawił – dodał, pochyliwszy się do przodu.

Hermiona zamrugała. Czy wciąż żałowała zakończonego związku? Cóż, to oczywiste. Czuła się cholernie osamotniona, pozostawiona sama sobie i zaniedbana. Tęskniła albo za Tomem, albo za iluzją, którą dlań utkał – za bezpiecznym i beztroskim światem. Z pewnością marzyła o spokoju, ale dobrze wiedziała, że uczucia, którymi została obdarzona, były fałszywe. Zebrała się na odwagę, spojrzała Markowi prosto w oczy i skłamała.

– Już się z tym pogodziłam.

Longbottom nie odpowiedział, ale nie wznowił wędrówki. Stali we dwoje na przyciemnionym korytarzu, trzymając się za ręce i patrząc na siebie uważnie. Chwilę później została złapana za ramiona i przyciągnięta do uścisku. Ciepła dłoń wylądowała jej na policzku, a potem przesunęła się w delikatnej pieszczocie. Mark pochylił się naprzód, a Hermiona przymknęła oczy. Kiedy ich usta się dotknęły, objął ją w pasie i przyciągnął jeszcze bliżej, tak, że ostatecznie oparła się o jego klatkę piersiową. W momencie poczuła się bezpiecznie, dlatego też zatraciła się w doznaniach.

To miłe, mieć kogoś, komu na niej zależało. Wiedziała, że nie patrzył nań przez pryzmat niemagicznych korzeni i nie brzydził się tym, że jest mugolaczką. Przynajmniej na chwilę mogła odrzucić doskwierającą samotność. W pewnym momencie poczuła, że zabiera dłoń z jej policzka i wplątuje we włosy, palcami potęgując dostarczaną przyjemność. Mark nie pozwolił sobie na agresywniejsze podejście, decydując się na delikatne, czułe pocałunki. Wreszcie poczuła się kochana. Longbottom naprawdę chciał z nią być. Zawsze traktował ją z szacunkiem i był zupełnym przeciwieństwem Toma, który…

Napięła mięśnie, gdy zauważyła, dokąd zawędrowała myślami. Właśnie była całowana przez chłopaka, któremu najprawdopodobniej szczerze nań zależało, a skupiała się na tym, który nie zasługiwał na miłość. Nie, nie mogła związać się z następnym mężczyzną, zwłaszcza że wciąż pragnęła Toma. To nie byłoby sprawiedliwe i czułaby się podle, gdyby wykorzystywała przyjaciela, aby uporać się z bólem złamanego serca. Był miłym facetem i nie mogła zrobić mu podobnego świństwa. Zdeterminowana, uniosła ręce i delikatnie go odepchnęła. Longbottom natychmiast wypuścił ją z uścisku, więc cofnęła się o krok. Spojrzał nań zdezorientowany, choć widziała, że w niebieskich oczach zaczyna formować się zrozumienie.

– Mark, ja… – wymamrotała, chcąc dobrze ubrać to w słowa. – Wybacz, ale nie mogę. Przepraszam, jeżeli dawałam ci nadzieję. Nie powinnam była… – Strach ścisnął jej serce, kiedy zobaczyła, że posmutniał. Cholernie go lubiła, ale nie w romantyczny sposób. Był dlań szalenie ważnym przyjacielem. Gdyby zdecydował się teraz odsunąć i zachować dystans, bardzo by za nim tęskniła. – Naprawdę mi przykro – podsumowała, przestraszona, unikając jego wzroku.

Prawie podskoczyła w miejscu, zaskoczona dotykiem na ramieniu. Z wahaniem na niego spojrzała. Wciąż sprawiał wrażenie zasmuconego i rozczarowanego, ale teraz uśmiechał się też uspokajająco.

– W porządku, Hermiono – powiedział, a potem zerknął nań uważnie. – Jednak nadal za nim tęsknisz, prawda?

Byłaby okropna, gdyby znów skłamała.

– Tak – wyznała łamiącym się głosem.

– Rozumiem. – Longbottom przeczesał dłonią swoje włosy. – Wiesz, teraz nienawidzę go jeszcze bardziej – stwierdził z krzywym uśmiechem. – Riddle jest idiotą. Jestem szczerze przekonany, że pewnego dnia pożałuje, że cię zostawił.

– Nie masz do mnie pretensji…? – zapytała z obawą.

– W żadnym wypadku – odpowiedział pospiesznie. To niesamowite, że pomimo swojego rozgoryczenia, nadal próbował dodać jej otuchy. – Nie twoja wina, że lubisz złośliwych i podstępnych ślizgonów.


Tom właśnie szedł korytarzem, kiedy usłyszał dochodzącego z pobliskiego głosy. Nie zwrócił na nie większej uwagi i kontynuował swoją podróż. Wtem przystanął, kiedy zrozumiał, że to całkiem znajomy głos.

– Oczywiście. – To Hermiona.

– Wciskasz mi kit. – Jakiś męski głos. – Ostatnio zachowujesz się naprawdę dziwnie.

Oczywiście, nie byłby sobą, gdyby zignorował sprawę. Podszedł więc bliżej, starając się pozostać w cieniu. Szczerze mówiąc, nie miał zielonego pojęcia, dlaczego chciał podsłuchać, o czym rozmawiała dziewczyna. Jak dotąd, uparcie trzymał się swojego planu zachowywania bezpiecznego dystansu, dopóki nie zdecyduje, jak najlepiej rozegrać tę partię. Sam jej widok wystarczał, aby podnieść mu ciśnienie.

– Jeżeli masz jakiś kłopot, możesz mi powiedzieć. – Wytężył słuch i doszedł do wniosku, że to Longbottom.

Chociaż dobrze wiedział, że powinien się odwrócić i odmaszerować w swoją stronę, paradoksalnie zrobił coś przeciwnego i zaczął się skradać w ich kierunku. Gdy wreszcie dotarł do rogu, ostrożnie wyjrzał zza winkla. Zgodnie z oczekiwaniami zobaczył Hermionę, stojącą zaledwie kilka metrów dalej. Naturalnie, nie była sama, bowiem rzeczywiście towarzyszył jej Longbottom. Tom wytrzeszczył oczy. Chłopak stał zdecydowanie zbyt blisko, a nawet wydawał się trzymać ją za rękę. Z tej odległości nie widział wyrazu jego twarzy, ale miał swoje podejrzewania, ponieważ DeCerto się uśmiechnęła. Mimowolnie zacisnął dłonie w pięści. Od zawsze wiedział, że coś jest między nimi. Miał rację, prawda? Nawet gdy jeszcze byli razem, przeczuwał, że lubi tego gnojka.

– To nic takiego – powiedziała.

Zrobiło mu się niedobrze, gdy dostrzegł troskę na twarzy Longbottoma. Czemu właściwie przejmował się obrzydliwą szlamą?

– Coś ewidentnie cię trapi – odparł i pochylił się do przodu. – Mam nadzieję, że nadal nie chodzisz smutna, bo Riddle cię zostawił.

Zaryzykował przyłapanie, ponieważ, głodny odpowiedzi, przesunął się jeszcze bardziej. W jakiś niewyjaśniony sposób był cholernie zdesperowany.

– Już się z tym pogodziłam.

Co dziwne, moc Toma dość osobliwie zareagowała na tę rewelację. Musiał się wysilić, żeby nie zostać zdemaskowany przez wybuch przypadkowej magii. Prawie przegrał tę walkę, kiedy zobaczył, że Longbottom triumfował. Czemu miał problemy w panowaniu nad swoim temperamentem? Dlaczego tak śmiesznie reagował na to, co widział? To wręcz nieprawdopodobne.

Zmrużył oczy, nawet na moment nie zaprzestawszy obserwacji gryfonów. Wtem chłopak złapał Hermionę za ramiona, a potem przyciągnął bliżej. Gdy ostrożnie pogładził jej policzek, Tom musiał zagryźć z nerwów zęby i zaczął drżeć. Czemu nie zrobiła niczego, aby go odepchnąć? Naprawdę sprawiało jej to przyjemność?

Gdy idiota ponownie się pochylił, stracił nad sobą panowanie. Czarna magia rozbłysnęła w powietrzu, pragnąc dosięgnąć najbliższych ofiar. Kiedy musiał patrzeć, jak zaczynają się całować, zatopił się w dziwacznym odrętwieniu. Zanim się zorientował, Longbottom objął DeCerto w talii i pozwolił sobie na więcej. Czemu zezwalała mu na taką samowolkę? Przecież powinna go co najmniej przekląć.

Utraciwszy samokontrolę, sięgnął do kieszeni szaty, żeby wyciągnąć różdżkę i…

No właśnie, co dalej? Prychnął pod nosem, nagle straszliwie zirytowany niezrozumiałą potrzebą, która nim zawładnęła.

Zachowywał się po prostu niedorzecznie. Szczęśliwie, zdołał przemówić sobie do rozsądku, zanim popełnił głupotę, jakich mało. Co go właściwie obchodziło, jakim umizgom poddała się w chwili wolnej?

Odetchnął głęboko, chcąc zapanować nad swoją magią. Nie było przecież potrzeby interweniowania i przerwania tych beznadziejnych amorów.

Nijak był zainteresowany życiem miłosnym Hermiony.

Aby udowodnić sobie rację, odwrócił się na pięcie i poszedł z powrotem w kierunku, z którego przyszedł. Z pewnością nie zamierzał się wygłupiać i przeklinać tę pieprzoną parkę. W pierwszej kolejności nie powinien zawracać sobie głowy podobnymi pierdołami.

Chociaż usilnie się przekonywał, magia wciąż wściekle wokół niego trzaskała. W amoku nawet nie zauważył, że w pewnym momencie szedł tak szybko, że równie dobrze mógł puścić się biegiem.

Czemu miałbym powstrzymywać gnojki przed miłostkami?, pomyślał drwiąco, schodząc po schodach prowadzących do lochów. Longbottom, ten pustogłowy zdrajca krwi, był najprawdopodobniej jedynym facetem, który wciąż chciał pocałować DeCerto, nawet po tym, jak prawda o jej obrzydliwym pochodzeniu wyszła na jaw. Uśmiechnął się szyderczo, kierując się do pokoju wspólnego Slytherinu.

Kiedy zaczął się zastanawiać, co ta dwójka teraz robi, natychmiast spoważniał. Nieoczekiwanie oczami wyobraźni zobaczył Hermionę i Longbottoma w opuszczonej klasie. Ten obraz ponownie go rozwścieczył. Gdy gniewnie parł naprzód, w głowie miał wyłącznie jedną myśl.

Zdradza mnie z Longbottomem!

To odkrycie sprawiło, że rozgrzał się do czerwoności. Musiał się zatrzymać i spróbować opanować, ponieważ najpewniej zamordowałby pierwszego lepszego ślizgona, na którego by się napatoczył. Jego magia ostatnimi czasy dziwacznie się zachowywała, prawda? Teraz też trzaskała w powietrzu, zupełnie od niego niezależna. Oczywiście, zignorował fakt, iż działo się to zazwyczaj, kiedy Hermiona była w pobliżu. Jedynym powodem, dla którego się nią interesował, było to niezdrowe zaintrygowanie Insygniami Śmierci i bycie podróżniczą w czasie.

Obrzydliwa kłamczucha!

Skinął sobie gwałtownie głową, kurczowo uczepiony powyższych myśli. Owszem, właśnie tak było, nic więcej. Cała reszta mu nie przeszkadzała.

Stanął przed wilgotną ścianą, stanowiącą wejście do pokoju wspólnego. Zacisnął z gniewu usta i przez moment bez słowa gapił się na ukryte drzwi. Oczami wyobraźni znów zobaczył Hermionę przyciśniętą do Longbottoma.

Cóż, najwyraźniej złościł go fakt, iż szlama była w posiadaniu jednego z najpotężniejszych artefaktów w historii czarodziejskiego świata. Niezwyciężona Różdżka była wszak owianym tajemnicą Insygnium Śmierci. Co więcej, dziewczyna była kłamczuchą, gdyż oszukała go i zataiła przed nim cholernie ważne informacje. Odbyła podróż w czasie i kto wie, czego tak naprawdę tutaj szukała. Zmarszczył gniewnie brwi. Zdecydowanie zbyt długo przyglądał się temu przedstawieniu. Powinien porzucić pomysł obserwacji i wreszcie przystąpić do działania. Najwyższy czas pokazać tej brudnej szlamie, co to znaczy sprzeciwiać się Lordowi Voldemortowi. Odebrałby jej Insygnia i zmusiłby, aby wyjawiła mu wszystkie sekrety. Zastanowił się, jakim cudem tak długo tolerował niewiedzę. Ta nędzna szlama nie miała żadnego prawa posiadać czegoś równie potężnego.

Zabiorę jej różdżkę, pomyślał, zdeterminowany. Ustanowiwszy swoje priorytety, spróbował odzyskać wewnętrzny spokój. Wziął głęboki, uspokajający oddech. Czemu właściwie stracił nad sobą panowanie? Czy nie zdecydował wcześniej, że nie będzie działał pod wpływem impulsu? Mimo że rozum mówił jedno, serce i magia krzyczały coś zgoła innego. Moc szalała w nim gniewnie, domagając się uwolnienia i odreagowania. Ledwo mógł się kontrolować. Naprawdę musiał się uspokoić, zanim zrobi coś pochopnego i potem będzie żałował. Oczywiście, powinien poznać tajemnice Hermiony, ale najlepiej zrobiłby, jeżeli by się wstrzymał. Nie mógł jeszcze przypuścić ataku, zwłaszcza że ostatnio natknął się na wiele niejasności.

Jego postanowienie odeszło w niepamięć, kiedy znów wyobraził sobie Hermionę w łóżku z Longbottomem. Natychmiast stracił kontrolę nad swoją magią, która rozeszła się po korytarzu. Jak śmiała zdradzać go z tym przebrzydłym idiotą? To oczywiste, że nie dzielił się dziewczyną. Miała kategoryczny zakaz całowania się z innym, a tym bardziej zapraszania chłopaków do igraszek. Jak w ogóle mogła rozważać podobne opcje, skoro doń należała?

Stojąc pod wejściem do pokoju wspólnego, nawiedzany przez najstraszniejsze wizje, zupełnie stracił rozum. Zamiast wypowiedzieć hasło, po prostu się odwrócił i poszedł z powrotem w kierunku, z którego przyszedł. Jego magia tańczyła wokół, rozradowana możliwością szybkiego rozładowania napięcia.

Ta przeklęta szlama bawiła się nim wystarczająco długo. Nie zamierzał dłużej akceptować jej kpin i równie skandalicznego zachowania. Czemu właściwie robił plany? Dlaczego zdecydował się na bierną obserwację? Była wszak bezwartościowym śmieciem, niegodnym miana prawdziwej czarownicy. Gdy przejdzie do ataku, nie będzie miała z nim szans. Była słaba, więc wykorzysta to, aby jeszcze bardziej wdeptać ją w ziemię.

Zrezygnował z wszelkich prób kontrolowania swojej mocy, przez co wiła się po korytarzu niczym stado rozjuszonych węży. Zamierzał odebrać Hermionie Niezwyciężoną Różdżkę, a potem zmusić dziewczynę do wyjawienia wszystkich sekretów. Z pewnością będzie go błagać o litość, ale się nie ugnie, a przynajmniej nie do momentu, kiedy wreszcie przyzna, że doń należy i obieca, że będzie mu odtąd całkowicie podporządkowana. Gdy ją złamie, udowodni, że jest bezsilna i bezwartościowa. Ostatecznie będzie leżeć na ziemi u jego stóp, dokładnie tam, gdzie jej miejsce.

Nie miała żadnych szans na wygraną.


Wiatr czynił jej włosy jeszcze bardziej potarganymi. Stała na platformie na Wieży Astronomicznej. Zdecydowanie potrzebowała chwili samotności i odosobnienia po tym, co się przed momentem wydarzyło. Wciąż czuła się źle z tym, że odrzuciła zaloty Longbottoma. Wiedziała, że od dawna mu się podobała, ale po prostu gdzie indziej ulokowała swoje uczucia. Miała nadzieję, że szybko otrząśnie się z zawodu miłosnego i wkrótce wszystko wróci do normy. Nie chciała stracić następnego przyjaciela.

Mark powiedział jej, że pójdzie na boisko do quidditcha, aby trochę potrenować, ale dobrze wiedziała, że również pragnął samotności. W zupełności go rozumiała, dlatego też nie oponowała.

Wieża Astronomiczna zawsze pomagała jej oczyścić umysł i uspokoić skołatane nerwy. Omiotła wzrokiem hogwardzki krajobraz. Szkockie pustkowia sprawiały, że czuła się mała i nieistotna oraz w dziwny sposób umniejszały wagę jej problemów, co przynosiło wiele korzyści.

Pocałunek z Markiem boleśnie przypomniał jej, jak bardzo jest odizolowana. Była też zagubiona na więcej, niż jeden sposób. Utknęła w ślepym zaułku. Jak miała otworzyć sobie portal w przyszłość, skoro została pozbawiona magii? Nawet jeżeli Dumbledore pokona kiedyś Grindelwalda i zdobędzie Czarną Różdżkę, którą mu ukradnie, jak skoczy w czasie, skoro obecnie nie dysponowała nawet odrobiną mocy? Manuskrypt Ignotusa Peverella także nie przyniósł jej oczekiwanych informacji, gdyż była zbyt głupia, żeby zrozumieć to, co autor pragnął przekazać potomnym. Jedynym sensownym rozwiązaniem problemu z otworzeniem portalu jest zdobycie wszystkich trzech Insygniów Śmierci, a żeby to osiągnąć, będzie musiała pokonać Toma i odebrać mu Kamień Wskrzeszenia. Wyglądało na to, że na wieczność utknęła w latach czterdziestych.

– Jak żyć…? – wyszeptała, zapatrzona w beztroską szkocką dzicz.

To myśl praktycznie nie do zniesienia. Czemu została pokarana przez los? Czyżby za wszystko, co zrobiła podczas wojny? Znów będzie musiała patrzeć na zagładę czarodziejskiego świata, ponieważ Tom Riddle porzuci swe człowieczeństwo i podda się ciemności? Czy naprawdę będzie musiała obserwować narodziny Lorda Voldemorta, skąpanie kraju w nieskończonym konflikcie, rozpalanym i podtrzymywanym przez ludzką nienawiść i pogardę? Zamknąwszy oczy, zobaczyła odzianego w czerń czarnoksiężnika z krwistoczerwonymi oczami i wyrachowanym, pełnym wyższości uśmiechem. Rozniecił w magicznym świecie ogień, którego nie sposób ugasić wodą, a poparzonymi stali się mugolacy. Nienawiść Voldemorta zdecydowanie była najstraszniejszą rzeczą, z jaką musiała się zmierzyć i naprawdę nie chciała ponownie krzyżować z nim różdżki. Mimo to, jakby na przekór losu, i tutaj, w latach czterdziestych, znalazła się pod ścianą. Voldemort, chociaż młodszy i mniej doświadczony w boju, nadal był przerażający. Najgorsze, że nie potrafiła go powstrzymać, a ostateczne rozwiązanie problemu – śmierć czarnoksiężnika – nie wchodziła w rachubę. Wciąż go kochała, mimo że niejednokrotnie ją krzywdził, więc jak miała podnieść nań różdżkę oraz wypowiedzieć inkantację morderczego zaklęcia?

Zakładając, że kiedykolwiek odzyskam magię, pomyślała z goryczą. Czy to był właśnie żarcik losu? „Szkoda, ale głowa do góry. Zawsze mogło być gorzej!", dodała z cichym parsknięciem.

Nie po raz pierwszy pożałowała, że została cofnięta w czasie, a nie zginęła w Ministerstwie Magii. Wtedy przynajmniej byłaby razem z Ronem i Harrym.

Pogrążona w myślach, prawie przegapiła fakt, iż ktoś otworzył drzwi na platformę. Uczniowie nieczęsto tutaj przychodzili, dlatego też natychmiast zastygła w bezruchu i wstrzymała na moment oddech. Kiedy się odwróciła, zobaczyła Toma, w którego karmazynowych oczach jawiła się wyłącznie bezbrzeżna nienawiść i pogarda. Omiotła go spojrzeniem i z przerażeniem zauważyła, iż w dłoni trzyma różdżkę, w pełni przygotowany do wyprowadzenia ataku. Przez chwilę stał w spokoju, najprawdopodobniej upewniając się, czy są tutaj tylko we dwoje. Gdy nabrał pewności, zrobił groźny krok naprzód, a Hermiona automatycznie się cofnęła. Wtem po raz kolejny zrozumiała, że jest całkowicie bezbronna. Jej magia zniknęła i całkiem możliwe, że już nigdy nie rzuci żadnego zaklęcia. Wyciągnięcie broni byłoby jedynie stratą czasu, bo obecnie jest zwyczajnym patykiem bez grama magicznej mocy. Prawdę powiedziawszy, była całkowicie zdana na łaskę Toma. Niestety, patrzył nań z taką złośliwością, że była przekonana, że żadnej nie okaże.

Niespodziewanie machnął ręką, a niewidzialna siła powaliła ją na podłogę. Zderzyła się z chłodnym kamieniem i zanim zdążyła złapać przynajmniej oddech, została ponownie popchnięta, tym razem na balustradę. Spróbowała zmniejszyć impet wyciągniętymi rękoma, ale się spóźniła i uderzyła głową w mur. Sapnęła, gdy poczuła, że krew spływa jej po twarzy. Wstała, z ledwością utrzymując się na chwiejnych nogach, ale upadła, a zaś Riddle w międzyczasie podszedł bliżej. Przystanął tuż przed nią, a że nie miała siły dłużej stać, skończyła przed nim na klęczkach.

– Skąd pochodzisz? – zapytał pozbawionym emocji głosem, a z czerwonych oczu wiało chłodem.

Spojrzała nań z niedowierzaniem, cała obolała od uderzeń. Czemu pytał o najmniej istotną rzecz? Wiedział, skąd przybyła, a przynajmniej ogólnie, gdyż opowiedziała mu co nieco o swojej przykrywce. Hermiona „DeCerto" urodziła się i wychowała we Francji. Dlaczego nagle się tym zainteresował? Wstrzymała na moment oddech, czując narastającą gulę w gardle i supeł w żołądku. Szczerze mówiąc, zaniepokoiła się na poważnie. Z racji tego, że milczała, Tom zrobił kilka kroków naprzód i kontynuował przesłuchanie.

– Kiedy się urodziłaś? – syknął bezlitośnie.

To proste z pozoru pytanie sprawiło, że włosy prawie stanęły jej dęba, a szczęka opadła. Zapatrzyła się na niego szeroko otwartymi oczami, sparaliżowana ze strachu i niezdolna do jakiejkolwiek akcji. Czerwone tęczówki zapowiadały surowe konsekwencje, jeżeli będzie się migać od odpowiedzi lub dalej kłamać.

Z ledwością mogła oddychać.

Wie, uświadomiła sobie z gorączką. W jakiś niewyjaśniony sposób odkrył, że przeniosła się w czasie.

– Myślałaś, że się nie dowiem? Że nie zauważę tego, że specjalnie spartaczyłaś Ortusa, nad którym wspólnie pracowaliśmy? – zadrwił zastraszająco. – Jak udało ci się przenieść w przeszłość? Użyłaś Niezwyciężonej Różdżki? Co próbujesz tutaj zrobić? – spytał. – Zaraz wszystko mi wyśpiewasz.

Wykluczone!, pomyślała. Naturalnie, zrobi wszystko, aby temu zapobiec. W momencie spanikowała. Jeżeli odmówi mu informacji, Tom dołoży wszelkich starań, żeby rozwiązać jej język i zmusić do wyznań. Miała wrażenie, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi. To była najstraszniejsza rzecz, jakiej się obawiała. Dzień, w którym musiała stawić czoła bezwzględnemu wrogowi bez wsparcia wiernych i odważnych przyjaciół, wreszcie nadszedł. Cholernie się bała, ale wiedziała, że nie może się złamać, bo inaczej będzie po wszystkim. Zdeterminowana, zacisnęła usta w wąską linię i, spojrzawszy chłopakowi prosto w oczy, powoli potrząsnęła przecząco głową. Wzięła głęboki, uspokajający oddech, przygotowując się w duchu na los, który Riddle dlań przygotował.

Zobaczywszy jej opór, ślizgon przywdział na twarz beznamiętną maskę. Odrzuciwszy wahanie, machnął różdżką.

Frigus.

Hermiona upadła na ziemię, przeszyta szczypiącym chłodem. Miała wrażenie, że zaraz zamarznie. Zimno wzięło ją we władanie i wrzynało się w skórę niczym najprawdziwsze ostrze. Oddychała, jakby była zima. Gdy chłód się nasilił, stopy i dłonie zaczęły jej drętwieć, a potem kostnieć. W chwili, kiedy była przekonana, że zaraz straci przytomność, Riddle przerwał zaklęcie. Nieubłagane zimno odeszło w niepamięć, więc przymknęła oczy, poddając się cudownemu ciepłu. Wtem poczuła dłoń na policzku, sunącą w łagodnej pieszczocie. Uniosła powieki i zobaczyła, że przykucnął obok, sprawiając wrażenie prawie łagodnego.

– Czemu poszukujesz Insygniów Śmierci? – zapytał z jakby czułością. Najprawdopodobniej próbował teraz innej techniki. – Możesz mi śmiało powiedzieć. Wiem, że zamierzasz je zjednoczyć.

Zadrżała, gdy poczuła, że dalej pieści jej policzek. Owładnęła nią panika, ale mimo to nadal milczała.

– Gdzie ukryłaś pelerynę niewidkę? – dodał, wciąż z pozornym uczuciem.

Zapatrzyła się nań pustym wzrokiem. Nadal leżała na kamiennej platformie, ciężko oddychając. Poznał całą prawdę!, podsumowała z rozpaczą. Wiedział, że jest podróżniczką w czasie, że zdobyła Czarną Różdżkę i był zorientowany w temacie Insygniów. Jakimś cudem doszedł nawet do wniosku, że ukradła pelerynę. W jaki sposób dokopał się do prawdy…?

Sapnęła z przerażenia.

– Gdzie ukryłaś pelerynę niewidkę? – zapytał ponownie, tym razem z czarującym uśmiechem. Gdyby nie znała jego prawdziwego oblicza, całkiem możliwe, że by się na to nabrała.

Za wszelką cenę musiała zachować trzeźwość umysłu, więc zmusiła się do uspokojenia nerwów. Jakkolwiek doszedł do prawdy, stanowczo odmawiała oddania mu peleryny. Nie mogła zdradzić mu najmniejszego szczegółu dotyczącego Insygniów, czy też przyszłości. Owładnięta ponurą determinacją, stłumiła strach i przygotowała się na dalszą sesję tortur.

– Lepiej zacznij mówić, kochanie. – We współczującym tonie Riddle'a zabrzmiała groźba. Czyżby zaczynała się kruszyć fasada, którą przyjął?

Zacisnęła lodowato zimne dłonie w pięści, a następnie spojrzała nań wyzywająco.

– Odwal się – warknęła odważnie.

Usłyszawszy agresywną odpowiedź, natychmiast zmienił swe nastawienie. Gwałtownie wstał i paskudnie się wykrzywił.

– Nadszedł najwyższy czas, żeby raz na zawsze wyjaśnić twoje kłamstwa, szlamo – syknął ze złośliwością.

Hermiona przełknęła ślinę. Bezbrzeżna nienawiść w karmazynowych oczach przerażała ją do cna, ale i tak nie zamierzała wszystkiego mu wyśpiewać. Gdy milczała, Tom zakręcił różdżką i rzucił nań następną klątwę.

Dilaniare.

W momencie poddała się obezwładniającemu bólowi. Miała wrażenie, że jakaś niewidzialna siła próbuje obedrzeć ją żywcem ze skóry. Chwilę później ból wniknął głębiej, zupełnie jakby miała zostać rozerwana na strzępy. Jęknęła, bo była zbyt słaba, żeby krzyczeć i zacisnęła oczy z nadzieją, że tym razem naprawdę straci przytomność. Gdy poczuła w ustach smak krwi, gwałtownie zakaszlała i prawie się zakrztusiła.

Ból zniknął, dopiero kiedy Riddle zakończył swą klątwę. Hermiona pozostała na ziemi, zwinięta w kłębek, targana bolesnymi spazmami i kaszlem. Była szalenie obolała i miała ochotę zwymiotować. Policzki miała mokre od łez, chociaż nawet nie zauważyła, kiedy zaczęła płakać.

Nie miała siły ruszyć choćby palcem, kiedy chłopak doń podszedł i brutalnie złapał za nadgarstek. Bezceremonialnie podwinął rękaw jej szaty i sięgnął do kabury. Gdy skonfiskował jej różdżkę, z odrętwieniem pomyślała, że to i tak bezcelowe, ponieważ nie dysponowała żadną magią i nie mogła się obronić. Szczerze mówiąc, nie stanowiła dlań zagrożenia, zwłaszcza teraz.

– Co próbujesz tutaj osiągnąć? – zapytał z chłodem.

Zamknęła powieki, nie chcąc dłużej nań patrzeć. To nie zmieniło faktu, że słyszała, że jest okrążana. Wtem złapał ją za włosy, brutalnie pociągnął w górę i zmusił, aby na niego spojrzała. Nadal odrętwiała i targana mdłościami, znów skonfrontowała się z jego nienawiścią.

– Zapytam po raz ostatni – syknął przerażającym, zapowiadającym piekielne katusze głosem.

Otwarła szerzej oczy, po czym pozwoliła sobie na niemy płacz. Jej ciało drżało niekontrolowanie, a mimo to nie mogła oderwać wzroku od tych czerwonych, zimnych i obojętnych tęczówek. Tląca się w nich ciemność utwierdziła ją w przekonaniu, że nie ma już do czynienia z Tomem Riddle'em, a Lordem Voldemortem.

– Czemu cofnęłaś się w czasie?

Jasno dawał do zrozumienia, że nie będzie tolerował nieposłuszeństwa. Aż za dobrze wiedziała, do czego jest zdolny, co zaś sprawiło, że ponownie zadrżała ze strachu. Nie mogła zdradzić mu szczegółów. Wtem poczuła, że mocniej zaciska dłoń na jej włosach, co przysporzyło jeszcze więcej bólu. Zacisnęła usta, zdeterminowana, aby milczeć. Zatraciła się w nienawiści, którą emanował i z trudem łapała oddech. Najwyraźniej przemoc fizyczna sprawiała mu przyjemność, bowiem chwilę później ponownie szarpnął ją za włosy.

– Odpowiedz!

Otworzyła buzię i sapnęła. Szczerze mówiąc, pragnęła ze wszystkiego się zwierzyć, byleby tylko uciec od Voldemorta, gdyż nie była gotowa na konfrontację. Serce mocno waliło jej w piersi, a ze strachu prawie zwymiotowała. Znów szarpnął ręką, przez co zaskomlała z bólu. Chciał, żeby się poddała i całkowicie mu uległa. Lubił mieć wiedzę i trzymać ludzi w garści, tak więc nic go nie powstrzymywało.

– Jeżeli nie zaczniesz mówić, gorzko tego pożałujesz – powiedział z przerażającym spokojem, podczas gdy oczy miał twarde niczym stal.

Hermiona się zapatrzyła. Nie widziała niczego więcej, poza płonącą nienawiścią i głodem wiedzy. Wszystko inne zniknęło, pozostawiwszy tylko i wyłącznie Lorda Voldemorta. Przez głowę przelatywały jej obrazy z wojny. Zobaczyła zgliszcza swojego domu na mugolskim przedmieściu i zwęglone zwłoki rodziców, leżące gdzieś pod gruzami. Znów była świadkiem makabrycznych bitew, w których brała udział. Wokół umierali ludzie, podczas gdy ona kurczowo trzymała się życia. Nienawiść i pogarda Voldemorta rozdarła cały kraj, rozprzestrzeniwszy się niczym szalenie zaraźliwa choroba, pozostawiając po sobie wyniszczony organizm i ogólne spustoszenie.

Jak mogła dalej stawiać opór?

Nie poddała się chwili słabości. Mimo niezdolności do walki postanowiła podjąć ten niewyobrażalny trud. Voldemort był wymagającym przeciwnikiem – zimnym, bezwzględnym, przerażającym i… nieludzkim.

Wszystko to sprawiało, że drżała ze strachu. Ciemność nie odpuszczała, nawet w takiej formie.

Odkąd zaczęła się wojna – nie, poprawka, odkąd wkroczyła do czarodziejskiego świata, mając zaledwie jedenaście lat – musiała znosić dyskryminację i docinki rówieśników. Potem było tylko i wyłącznie gorzej.

– Uwierz, że się złamiesz, Hermiono – syknął z okrucieństwem. – Wciąż daję ci wybór. Albo teraz zaczniesz mówić, albo wymuszę na tobie zeznania.

Gwałtownie wciągnęła oddech. Nie chciała dłużej stawiać oporu i pragnęła się poddać. Jakby nie patrzeć, Lord Voldemort zawsze wygrywa, prawda? Nie miała z nim najmniejszych szans. Jak mogła pokonać tak bezdenną ciemność? Była przecież zupełnie bezsilna.

Otworzyła buzię, żeby ogłosić swą kapitulację, ale właśnie wtedy dokonała nadzwyczajnego odkrycia. Jest inaczej, pomyślała z wahaniem, zauważywszy niewielką różnicę. Krwistoczerwone oczy wciąż były przepełnione nienawiścią, której dzikość groziła pożarciem. Ledwo mogła oddychać, a jednak… coś się zmieniło. Mimo strachu odniosła dziwne przeczucie. Chociaż znajdowała się na skraju załamania nerwowego i wierzyła, że zaraz się podda, zdała sobie sprawę, że coś jest na rzeczy.

Nie chodziło o Voldemorta, a o nią samą. W chwili, gdy była gotowa się podporządkować, ze zdziwieniem odkryła, że nie jest w stanie pochylić głowy. Zrozumiała, że nie ma innego wyboru. Czy tego chciała, czy też nie, musiała podjąć ten trud i ponownie stanąć do walki. Niezależnie od tego, czy tkwiła w tym sama, czy też miała wsparcie przyjaciół i towarzyszy, musiała stawiać opór. Mimo że przypadkowo znalazła się w obcym świecie, pozbawiona magii i innych możliwości obrony, nie chciała się poddawać. Owszem, tęskniła za najbliższymi, ale nadszedł czas, żeby iść dalej. Kompani wspierali ją na tyle, na ile mogli, ale teraz musiała wziąć się w garść. Wiedziała, że otwarte przeciwstawienie się będzie ją wiele kosztować, ale była gotowa ponieść konsekwencje swoich decyzji.

Kimkolwiek był dla niej Tom Riddle – przeciwnikiem, przyjacielem, kochankiem, czy też potworem w ludzkiej skórze – nie zamierzała dać się pochłonąć i złamać. Naprawdę sądził, że się ugnie pod wpływem nienawiści, którą prezentował światu? Myślał, że, zmaltretowana, brutalnymi słowami i torturami sprawi, że straci swą godność i odpowie mu na każde pytanie?

Niedoczekanie!

Odebrał jej już wystarczająco wiele, dlatego też teraz wyznaczyła granicę.

Zebrawszy się na odwagę, spojrzała mu prosto w oczy. Chociaż piekielnie się bała, zrozumiała, że jest ponad paraliżem. Mimo że czuła strach, w niewyjaśniony sposób potrafiła się od niego zdystansować. Gdy o tym pomyślała, doszła do wniosku, że obawa jest dobrą rzeczą, gdyż ostrzega przed niebezpieczeństwem. Wcześniej pozwalała, aby owładnęła nią panika, a teraz wreszcie wyzbyła się tych emocji. Zdeterminowana, otworzyła więc usta, żeby przypieczętować swój los.

– Niczego ci nie powiem.

Voldemort rzucił nią o podłogę. Zderzywszy się z twardym kamieniem, jęknęła z bólu. Była zbyt słaba, żeby się pozbierać.

– Sądzisz, że żartuję? – spytał.

Wybrała milczenie. Wystarczająco dobrze wiedziała, że już od wejścia na platformę porzucił zabawę w kotka i myszkę. Była wobec niego bezsilna, ale nadal mogła stawiać opór. Straciła swą magię, ale i tak zabrał jej różdżkę. Po torturach, jakie jej zafundował, nie potrzebowała nawet odrobiny mocy, ponieważ i tak był silniejszy pod względem fizycznym. Nie mogła ani uciec, ani go pokonać.

Już na starcie przegrała tę bitwę.

Nie znaczyło to jednak, iż Voldemort okaże się zwycięzcą. Odsłonił się, ponieważ pragnął wydusić z niej informacje. Zmuszając ją do mówienia, chciał też pokazać, że będąc mugolakiem, stoi na przegranej pozycji.

Pragnął, żeby została złamana.

Cóż, nie zamierzała spełnić tej zachcianki.

Zdeterminowana, przyjęła na siebie następne przekleństwo. Cholernie bolało. Miała wrażenie, że jego magia powoli, aczkolwiek skrupulatnie, wkrada się do środka i dewastuje każdy nerw, który napotka na swojej drodze. Syknęła z bólu, kiedy czarna magia wniknęła jeszcze głębiej. To było nawet gorsze od klątwy, którą została uraczona wcześniej. Czuła się, jakby była przebijana tysiącem zaklętych noży. Gwałtownie zakaszlała. Tym razem szybciej zaczęła krwawić, więc zwinęła się w kłębek i przyłożyła dłoń do ust. Łzy spływały jej po policzkach, gdyż przestała się kontrolować. W pewnym momencie wyimaginowane noże zaczęły się obracać, tylko dokładając więcej bólu. Całkiem możliwe, że minęła minuta, a może wieczność, kiedy klątwa została przerwana. Zawyła, gdy sztylety zostały gwałtownie wyrwane z jej ciała, a magia chłopaka się wycofała. Nie zdążyła nawet złapać oddechu, ponieważ sekundę później poczuła dłoń chwytającą ją za ramię. Ostatecznie znalazła się na plecach, przyciśnięta do chłodnego kamienia. Znów skończyła w potrzasku.

– Czemu tutaj jesteś? – syknął.

Uniosła powieki i zobaczyła górującego nad sobą Voldemorta. Przykucnął obok niej i wzmocnił uścisk na kołnierzu szaty. Zamrugała i spojrzała w karmazynowe oczy, ponownie wypełnione po brzegi czystą nienawiścią.

Jakże dziwacznie, pomyślała, nijak tym dotknięta. Chociaż była poddawana najróżniejszym torturom, zdołała zachować trzeźwy, spokojny umysł. Nie mógł jej skrzywdzić, przynajmniej psychicznie. Tak długo walczyła z tą pogardą, że się doń przyzwyczaiła. Nie miała chwili wytchnienia, nawet w snach. Mimo to czuła się odporna.

Strach, którym się dotąd kierowała, wyparował, nie pozostawiwszy po sobie najmniejszego śladu. Nie pozwoli się złamać, nawet jeżeli tortury miałyby trwać całą noc. Miała do czynienia z Lordem Voldemortem, potworem w ludzkiej skórze, siejącym wyłącznie zniszczenie. W latach czterdziestych był jeszcze Tomem Riddle'em, prefektem, którym często władały uczucia, ale przede wszystkim człowiekiem, nie do końca pozbawionym człowieczeństwa – w tej postaci tracił całą swą grozę.

Z wysiłkiem uniosła rękę. Oczywiście, bolało, ale nijak się tym przejęła. Umorusaną od krwi dłonią dotknęła jego policzka. Sprawiał wrażenie zaskoczonego, dlatego też nie cisnął weń żadnym zaklęciem. Zamiast tego, wytrzeszczył oczy, co wyglądało komicznie, ponieważ wciąż przywdziewał beznamiętną maskę. Wiedziała, że mimo spływających po policzkach łez, również wygląda na obojętną. W przeciwieństwie jednak do niego nie miała założonej żadnej maski.

– Choćbyś nie wiem, jak się starał, nie zamierzam się poddać – powiedziała stanowczym, szorstkim i śmiertelnie spokojnym głosem.

Cóż, nie skłamała. Voldemort przegra to starcie. Może i jest silniejszy, obecnie pod każdym możliwym względem, ale nie miał nań przewagi.

W reakcji na jej oświadczenie wzmocnił uścisk na kołnierzu, przez co miała trudności z oddychaniem. Wciąż krwawiła, ale nie czuła się tym powstrzymywana. Zapatrzyła się nań i przez moment toczyli bitwę na spojrzenia. Gdyby chciał to teraz zakończyć, nawet by go nie powstrzymywała. Mógł się wściekać, ile tylko chciał, ale nigdy nie zdradziłaby mu żadnej tajemnicy.

Wtem poczuła delikatne łaskotanie w umyśle i wstrzymała oddech. Najwyraźniej próbował legilimencji. Szczerze mówiąc, nie przewidziała tej możliwości i automatycznie zaczęła się martwić. Pozbawiona magii, a tym samym barier oklumencyjnych, była bezbronna i narażona na atak.

Zdesperowana, postawiła na jedną kartę. Uspokoiła myśli ze świadomością, że nie da rady przekopać jej wspomnień, ponieważ miała wszystko pod kontrolą. Szperał w jej umyśle, poszukując przydatnych informacji, ale skupiła się na rozległym oceanie. Mimo że się starał nieustannie zanurzał się w wodzie. Ilekroć docierał do czegoś, co wydawało mu się interesujące, Hermiona odpychała to od siebie, nigdy nie naruszywszy nieruchomej powierzchni oceanu. W obliczu tej przewagi, spróbował gwałtowniejszego wymuszenia, nie przejmując się sprawianym bólem. Za każdym razem, gdy przypuszczał atak, tafla wody się burzyła, ale nic ponadto – nie zdołał przejrzeć odmętów. Czuła nienawiść, którą się kierował, furię i gniew. Ewidentnie tracił nad sobą panowanie. DeCerto pozostawała zaś doskonale opanowana, manipulując swoimi myślami i wspomnieniami. Im bardziej się złościł, tym łatwiej było podążać za jego niszczycielską siłą i kontrolować swój umysł. Mimo że się starał, do niczego nie docierał.

Voldemort przegrywał.

Gdy ta myśl, a raczej przekonanie, odbiło się echem, zakończył połączenie i się wycofał. Zamrugała, czując, że rzeczywiście się oddala. Skupiwszy się na przeciwniku, spojrzała na niego uważnie. Wciąż się nad nią pochylał, ukrywając wszystkie swoje emocje, poza nienawiścią widzianą w krwistoczerwonych oczach. Pogarda, którą emanował, sprawiała, że miała ochotę spłonąć na popiół; była przytłaczająca i okrutna, ale nijak nań oddziaływała. Właściwie to nic teraz nie zakłóciłoby wewnętrznego spokoju, który osiągnęła siłą woli.

Nie zamierza się złamać.

Wtem brutalnie szarpnął za kołnierz, przez co krzyknęła z bólu. Zanim się zorientowała, znalazła się kilka centymetrów od jego twarzy.

– Naprawdę myślisz, że mi się przeciwstawisz? – syknął niskim, niebezpiecznym głosem z morderczym błyskiem w oku. – Nigdy niczego nie osiągniesz. Jesteś szumowiną i zawsze nią będziesz. Jesteś bezwartościowa.

Nie mogła się powstrzymać i przymknęła oczy. To było zupełnie nie na miejscu, dlatego też delikatnie się uśmiechnęła, aczkolwiek kiedy uniosła powieki, pokazała, że triumfuje.

Wywalczyłam wolność.

Zastygł w bezruchu, najwyraźniej zrozumiawszy, że przegrał, po czym wypuścił ją z uścisku, przez co padła na ziemię. Chciała krzyknąć, gdy zderzyła się z kamieniem, ale zacisnęła usta i nie wydała z siebie ani jednego dźwięku. Uniosła lekko głowę i zobaczyła, że kończy zaklęcie, którego początku nie zauważyła. Wnioskując po końcowych ruchach nadgarstka, był to urok maskujący. Bez słowa podszedł do drzwi prowadzących na schody, ale zanim je otworzył, po raz ostatni się odwrócił. Wciąż był rozzłoszczony i niezadowolony.

– Radzę ci zatrzymać tę uroczą pogawędkę między nami – powiedział cichym i zaskakująco normalnym głosem, dzięki czemu utwierdziła się w przekonaniu, że na dziś skończyli schadzkę. Pogroziwszy jej, odwrócił się i wyszedł.

Mimowolnie się zastanowiła, dlaczego zaprzestał próby wyciągnięcia z niej prawdy. Mimo że niczego by nie osiągnął, mógł dalej próbować, a jednak zaniechał przesłuchania. Może po raz pierwszy zaakceptował swoją porażkę. Szczerze mówiąc, miała to głęboko gdzieś.

Oddychała ciężko, nadal leżąc na ziemi. Była obolała i czuła się, jakby przebiegło po niej staro rozszalałych hipogryfów. Miała wrażenie, że jej wnętrzności zostały powykręcane na wszystkie możliwe strony, a głowę zaraz coś rozsadzi.

Mimo to wciąż się uśmiechała.

Wygrana Voldemorta była po prostu niemożliwa. Mógłby wypruć sobie żyły z wysiłku, ale niczego by nie osiągnął. Był najniebezpieczniejszym czarodziejem, jakiego kiedykolwiek spotkała. W latach dziewięćdziesiątych szczycił się sianiem postrachu i byciem niezwyciężonym. Musieli go za wszelką cenę powstrzymać, ale sprawiał wrażenie niepokonanego. Zawsze widziała w nim czarnoksiężnika odpowiedzialnego za wszelkie zło na świecie. Teraz jednak ten obraz został zastąpiony przez następnego zwyczajnego, złamanego chłopaka, pragnącego władzy. Dziś poniósł spektakularną porażkę i odtąd zawsze będzie przegrywał. W przyszłości rzuci cały kraj na kolana i wciągnie w wir wojny, której siłą napędową będzie nienawiść w najczystszej postaci. Ostatecznie po dwóch latach zginie, pokonany w Ministerstwie Magii przez trójkę nastolatków. Od samego początku był skazany na porażkę. Tutaj, w latach czterdziestych, było dokładnie tak samo. Owszem, był utalentowanym i bardzo zaradnym młodym czarodziejem, ale to nijak zmieniało przygotowane mu przez los przeznaczenie.

Hermiona spróbowała się podnieść do pozycji siedzącej. Jej ciało zaprotestowało, a kiedy rzeczywiście usiadła, targnęły nią mdłości. Zignorowawszy ból, chwyciła się balustrady i podciągnęła do góry. Mimowolnie zauważyła również, że sesja tortur, której właśnie doświadczyła, nie zeszpeciła szkockiego, pięknego krajobrazu.

Sięgnęła do kieszeni szaty i wyciągnęła z niej chusteczkę, którą wytarła twarz z krwi i łez. Wyglądało na to, że miała rozciętą z boku głowę, więc przycisnęła doń materiał, chcąc przynajmniej trochę zatamować krwawienie. Zdecydowanie będzie potrzebowała maści na siniaki i skaleczenia oraz eliksiru przeciwbólowego. W duchu liczyła, że wciąż miała w apteczce spory zapas, ponieważ naprawdę nie chciała pomaszerować do skrzydła szpitalnego. Westchnęła ciężko, zwalczywszy następną falę bólu, a później oparła się plecami o balustradę. Czuła się roztrzęsiona i cholernie osłabiona.

Jakim cudem się dowiedział…? Potrząsnęła z niedowierzaniem głową i zapatrzyła się pustym wzrokiem przed siebie. Tak bardzo starała się zatrzeć ślady, a on i tak dobrnął do prawdy. Teraz wiedział o niej prawie wszystko. Nie, poprawka, nie najważniejszą część. Wiedział, że pochodziła z innego okresu, ale nie miał zielonego pojęcia o swojej przyszłości. Nie poznał prawdy o Harrym i wygłoszonej przez Trelawney przepowiedni. To oczywiste, że zabrałaby tę wiedzę ze sobą do grobu.

Wzięła głęboki oddech, czując bolesne pulsowanie w środku. Mocno przygryzła dolną wargę. Dopiero teraz, gdy uszła z życiem, zrozumiała, że Voldemort ma nad nią olbrzymią władzę. W latach dziewięćdziesiątych dyktował wszystkim zasady. To niesamowite, że w latach czterdziestych, będąc zaledwie nastolatkiem, znów dominował. Jakim cudem tak umiejętnie kontrolował sytuację?

Cóż, dałam mu możliwość!, pomyślała ze złością i świadomością, że za późno na opłakiwanie popełnionych błędów. Nie zamierzała jednak pozwalać, aby jego nienawiść dalej wszystko determinowała. Oczywiście, mógł przypuszczać atak za atakiem, dokuczać i krzywdzić, ale nie wyjawi mu prawdy. Dowiedział się co nieco, to prawda, ale sekret pozostał bezpieczny.

Odetchnęła, zignorowawszy ból w klatce piersiowej i odsunęła chusteczkę od sączącej się rany, a krew splamiła jej włosy i skroń. Złożyła materiał na pół, po czym znów przycisnęła go do rozbitej głowy. Następnie odepchnęła się od balustrady i stanęła bez podparcia. Wciąż odczuwała ból i zatoczyła się do przodu, kiedy próbowała podejść do drzwi. Oczywiście, zamierzała wrócić do dormitorium. Wciąż była wczesna godzina, więc całkiem możliwe, że jej współlokatorki jeszcze się włóczą po zamku. Jeżeli będzie miała pecha, zgromadziły się w pokoju wspólnym i koczują nad czasopismem o najnowszych trendach w modzie. Z pewnością nie uniknęłaby pytań, gdyby przyszła umorusana i sponiewierana. Gdyby nie straciła swej magii, mogłaby po prostu aportować się w dormitorium. Z drugiej strony, jeżeli dysponowałaby mocą, nie skończyłaby w tak opłakanym stanie.

Skierowała się w kierunku pokoju wspólnego, szczęśliwie, usytuowanego niedaleko Wieży Astronomicznej. Nie zniosłaby dłuższego marszu. Szła dzielnie, lekko utykając. Z każdym krokiem musiała zagryzać zęby z bólu i podtrzymywać fasadę. Wreszcie dotarła do portretu Grubej Damy, która akurat ucinała sobie drzemkę. Zatrzymała się na moment i wzięła kilka uspokajających wdechów. Następnie po raz ostatni powycierała się chusteczką. W duchu liczyła, że ciemne włosy zamaskują teraz już lekko zaschniętą krew. Zapukała w ramę obrazu, a namalowana nań czarownica ziewnęła i powoli otworzyła oczy. Mimo że spała, sprawiała wrażenie zmęczonej.

– Czemu zawsze zakłócają mój spokój? – zapytała w przestrzeń Gruba Dama, po czym spojrzała na czekającą Hermiona, która wymamrotała pod nosem „Nutria". – W porządku, w porządku – odpowiedziała, przymknąwszy z powrotem oczy.

Przejście się otworzyło, więc weszła do pokoju wspólnego, gdzie została powitana gwarem. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że wokół kręciło się wielu gryfonów, grających w karty, rozmawiających z przyjaciółmi lub po prostu odrabiających prace domowe. Nie zwróciła nań większej uwagi, skierowawszy się od razu ku schodom prowadzącym do dormitorium. Była cholernie obolała, a zawroty głowy sprawiały, że prawie się potykała po drodze. Jedyne, o czym teraz marzyła, to odpoczynek.

– Zaczekaj, Hermiono! – Usłyszała, gdy była już blisko wtaszczenia się na górę. Jęknęła pod nosem i odwróciła się w stronę Weasleya. – Hej – dodał wesoło, gdy doń dotarł.

– Cześć – odparła, starając się brzmieć zwyczajnie, aczkolwiek musiała przyznać, że widziała go lekko zamazanego.

– Widziałaś gdzieś Marka? – zapytał. – Mieliśmy razem popracować nad wypracowaniem dla Kettleburna, ale nie zjawił się o umówionej godzinie.

– Myślę, że… jest na boisku do quidditcha… – powiedziała. Znów odgrywała przedstawienie, ponieważ nie mogła powstrzymać się od ciężkiego sapania. Naprawdę musiała usiąść, bo ból był nie do zniesienia.

– Mówisz, że na boisku? – Zamyślił się, a chwilę później rozjaśnił. – To dobry pomysł. Raczej do niego dołączę.

– Mhm…

– Coś nie tak? – zapytał, chociaż wcześniej miał zamiar się odwrócić i odejść. – Nie wyglądasz za dobrze, Mionka.

Wymusiła uśmiech na twarzy.

– Szczerze mówiąc, boli mnie głowa… To nic wielkiego. Chyba… położę się na chwilkę.

– Jasne, odpocznij sobie – odparł, zatroskany.

– Niczym się nie martw – odpowiedziała.

Czując spływającą po głowie krew, szybko przyłożyła dłoń do rany, żeby Weasley przypadkiem czegoś nie zauważył. Rzuciła mu jeszcze jeden uśmiech, a następnie wspięła się po schodach. Ból rozdzierał ją od środka i mimowolnie jęknęła. Gdy dotarła do swojego dormitorium, z wahaniem otworzyła drzwi. Upewniwszy się, że sypialnia jest opustoszała, wpadła do środka, zatrzasnęła za sobą drzwi i odetchnęła z ulgą. Wreszcie znalazła się w bezpiecznej przystani.

Chwiejnym krokiem podeszła do łóżka. Kiedy się pochyliła, musiała przetrwać kolejny atak bólu, a po nim dodatkowo gwałtowny kaszel. Zacisnęła mocno oczy, ale to nie powstrzymało potoku łez. Biorąc miarowe hausty powietrza, spróbowała zapanować nad nierównym oddechem. Nim minęła chwila, ból przeobraził się w tępe pulsowanie, o wiele bardziej znośne. Kaszel powoli ustąpił, więc uniosła powieki i puściła materiał koca, którego się kurczowo złapała. Agonia, w której się niespodziewanie znalazła, przerażała ją do cna. Nie miała zielonego pojęcia, jakich zaklęć padła ofiarą. Nie rozpoznała żadnej klątwy. Oczywiście, wiedziała, że najprawdopodobniej Tom uciekł się do czarnej magii, ale nie potrafiła dokładnie określić rozmiaru wyrządzonych szkód.

Wtem znów zanurzyła się w ostrym bólu, który natychmiast sprowadził ją na ziemię. Sapnęła i owinęła rękę wokół brzucha. Miała wielką nadzieję, że najgorsze ma już za sobą.

Może powinnam pójść do pielęgniarki, pomyślała i przygryzła wargę. W jaki sposób wytłumaczy swoje obrażenia? Madam Dulan od razu zrozumiałaby, że została trafiona mroczną klątwą. Co wtedy, gdy prawda wyjdzie na jaw? Czy odważyłaby się powiedzieć, że były chłopak nienawidzi jej do tego stopnia, że pragnąłby własnoręcznie wydusić z niej życie?

Spróbowała odsunąć od siebie gorzkie myśli, ale i tak się rozpłakała. Została zaatakowana przez człowieka, którego obdarzyła uczuciem. Była bezbronna i nawet nie wyciągnęła różdżki, a mimo to przeszedł do ataku. Czy była zszokowana tym okrucieństwem? Owszem. Czy była zaskoczona przebiegiem sytuacji?

Nie.

Igrała z Lordem Voldemortem. To oczywiste, że nie miał żadnych skrupułów, żeby cisnąć w kogoś przekleństwem, ot nawet dla urozmaicenia czasu. Miał gdzieś, czy ktoś ucierpi. Liczyła się satysfakcja, którą osiągnie, zwłaszcza że przed oczami miał bezwartościową szlamę.

Otarła twarz dłonią i potrząsnęła głową, jakby chcąc oczyścić głowę. To było okropne. Wszystko, co robił, bolało. Z drugiej strony, w pełni zasłużyła na karę, którą otrzymała. Nigdy nie powinna mu była zaufać. Teraz zaś płaciła cenę za sentymentalny błąd. Najlepiej by zrobiła, jeżeli rzeczywiście pomaszerowałaby do skrzydła szpitalnego i udowodniła wszystkim, że Tom Riddle jest pokręconym, pozbawionym kręgosłupa moralnego czarnoksiężnikiem. Zamiast wstać z łóżka, sięgnęła po szkolny kufer i przyciągnęła go bliżej. Następnie poszperała w środku i wyciągnęła na wierzch apteczkę. Otworzyła drewnianą szkatułkę i przejrzała zapasy, które jej pozostały. Niestety, nie miała pełnego asortymentu. Jedyne, co znalazła, to buteleczkę eliksiru przeciwbólowego. Niezdolna do rzucenia nawet najprostszego zaklęcia, nie odważyła się użyć któregoś z uroków diagnostycznych. Wolała nie ryzykować pogorszenia się stanu zdrowia.

Odkorkowała miksturę, a potem duszkiem wypiła zawartość. Gdy ostry ból w klatce piersiowej i żołądku ustąpił, odetchnęła z wyraźną ulgą. Oparłszy się o łóżko, pozwoliła sobie na rozluźnienie.

Nie minęło pięć minut, kiedy poczuła olbrzymi, piekący i rozprzestrzeniający się po ciele ból. Krzyknęła, szczerze zaskoczona i natychmiast wstała z łóżka. Tak szybko, jak tylko mogła, zataczając się co rusz, pospieszyła do łazienki, gdzie upadła na kolana, chcąc zwymiotować na wypolerowane kafelki. Zaczerpnęła powietrza i wsadziła dwa palce do gardła, ale nie zdołała wywołać wymiotów. Ból nie zelżał nawet na moment, więc po prostu zwinęła się w kłębek, aby przynajmniej odrobinę zmniejszyć swą agonię i przycisnęła twarz do chłodnej posadzki.

Wyglądało na to, że miała przed sobą ciężką noc.

Mimo cierpienia nie czuła się zrozpaczona. Ciężko i wytrwale pracowała, ale ostatecznie zwyciężyła, więc było warto. W końcu zburzyła mur strachu i nienawiści, który Lord Voldemort wokół niej zbudował.

Była w tym momencie niepokonana.


Tom siedział na swoim łóżku w dormitorium i z podejrzliwością przyglądał się trzymanej w dłoni różdżce. Jego magia przyjemnie przepływała przez zaczarowane drewno. To zdecydowanie była dobra broń. Sprawiała wrażenie lekkiej, odpowiednio giętkiej i dobrze leżała w ręce. Testowo się zamachnął, czym natychmiast uformował zaklęcie, a książka z biurka uniosła się w powietrze. Ciemna różdżka dobrze się sprawowała, przez co miał czasem wrażenie, że używał własnej. To drewno zdecydowanie wzmacniało przepływ magii, podsumował.

Czy była inaczej nadzwyczajna?

Szczerze mówiąc, wypróbował kilka prostszych uroków i nie czuł większej różnicy – żadnego wzrostu mocy, czy nawet niezachwianej pewności siebie. Wzmocnił uścisk na uchwycie oręża i przywołał całą swą magię. Z zadowoleniem odnotował gniewny prąd, tak silny, że włosy na karku stanęły mu dęba. Hm, jego moc również wydawała się w porządku.

Wyciszył się i spojrzał na ukradzioną różdżkę, teraz zirytowany. Jeżeli rzeczywiście była najpotężniejszym czarodziejskim artefaktem, to nie był z nim związany. Czemu ten oręż służył brudnej szlamie, a odmówił z nim współpracy? W momencie się rozgniewał i przymknął powieki, żeby przynajmniej na chwilę stracić różdżkę z oczu. Gdy tylko odciął się od świata, zobaczył w głowie przepełnione bólem czekoladowe oczy, wpatrzone w niego z niezłomną determinacją. Nawet po pobiciu i spenetrowaniu siłą umysłu Hermiona się nie poddała. Nijak mógł wygrać to starcie…

Gwałtownie otworzył oczy.

To niedorzeczne!

Zwyczajna szlama nie powinna być w stanie mu się oprzeć. Zacisnął usta w cienką linię, po czym spuścił wzrok z powrotem na ukradzioną różdżkę. To dziwne. Wygrał, prawda? Wreszcie osiągnął to, do czego zmierzał od dłuższego czasu. Udowodnił, że jest lepszy, a nawet zdołał odebrać dziewczynie różdżkę.

Skoro zszedł z Wieży Astronomicznej jako zwycięzca, to dlaczego czuł ten kłujący ból w klatce piersiowej? Czemu właściwie nie był zadowolony, że posiadł broń, której pragnął? Czemu był taki przygnębiony? Zrobił wszystko, co sobie wcześniej skrupulatnie zaplanował. Chciał pozyskać oręż, który równie dobrze mógł być Niezwyciężoną Różdżką, ot potężnym, niezwykle cennym i owianym tajemnicą artefaktem. Odkąd dowiedział się o mugolskich korzeniach Hermiony i zrozumiał, że weszła w posiadanie jednego z Insygniów Śmierci, przeniósł swą pożądliwość z dziewczyny na broń. Zdobył różdżkę, ale z jakiegoś niewyjaśnionego powodu nie potrafił napawać się olbrzymim sukcesem. Nie czuł się usatysfakcjonowany osiągnięciem.

W zamyśleniu przesunął palcami po gładkiej, ciemnej powierzchni oręża, wypolerowanego, błyszczącego i pozbawionego skazy. Z pewnością o niego dbała. To wręcz groteskowe, pomyślał. W pierwszej kolejności nie powinna posługiwać się różdżką. To obrzydliwe, że szlamom pozwalano na taką samowolkę i praktykowanie magii, do której nie powinni mieć dostępu. Tom chciał temu czynnie przeciwdziałać, ale jakoś teraz nie mógł wykrzesać z siebie ani entuzjazmu, ani wściekłości. Fakt, iż odebrał DeCerto różdżkę, nie był żadnym przestępstwem, prawda? Szczerze mówiąc, wyświadczył tylko czarodziejskiemu światu przysługę.

Czemu nie rozkoszował się triumfem? Zamiast być dumnym ze zwycięstwa, ciągle uciekał myślami do Hermiony i tego, co teraz robi. Czy dotarła do skrzydła szpitalnego? A może wciąż leży na Wieży Astronomicznej? Niespodziewanie poczuł chęć wybiegnięcia z dormitorium i sprawdzenia, czy platforma jest już pusta. W niedowierzeniu potrząsnął głową. Czemu właściwie chciał zyskać pewność? Przecież wcale mu nie zależało na tej szlamie. Pragnął Niezwyciężonej Różdżki, a nie DeCerto!

Jeżeli ta broń rzeczywiście była Insygnium Śmierci, odmawiała mu służby i posłuszeństwa. Zmarszczył brwi, ponownie poddawszy oręż oględzinom. Był święcie przekonany, że właśnie w nim tkwił sekret imponującego talentu Hermiony. Jakby nie patrzeć, potrafiła robić rzeczy, z którymi czasem nie był w stanie konkurować. Właśnie teraz, gdy pokazał, na co go stać i udowodnił swą wyższość, z łatwością pokazała, że potrafi go prześcignąć. Nie miał nawet najmniejszej szansy, aby przebić się przez bariery oklumencyjne, które wzniosła, będąc w agonii. To takie nieprawdopodobne, aby zwykła szlama była od niego, dziedzica Salazara Slytherina, w jakikolwiek sposób silniejsza. Był przekonany, że to dzięki Niezwyciężonej Różdżce. W momencie poczuł się obrzydzony swoją postawą, kiedy zwątpił we wcześniej wyciągnięte wnioski.

To musiała być prawda! W przyszłości w jakiś sposób zdobyła Niezwyciężoną Różdżkę. Czemu na mnie nie reaguje?, pomyślał ze złością. Był tak cholernie sfrustrowany, że nie mógł wystarczająco się skoncentrować. Mimowolnie wrócił myślami do Hermiony. Czy nadal leżała na Wieży Astronomicznej? Użył nań kilka mrocznych klątw i może teraz potrzebować pomocy…

Ze wściekłym sykiem odrzucił trzymaną w dłoni różdżkę, a potem rzucił jej paskudne spojrzenie. Czemu gdybał nad takimi pierdołami? DeCerto nic dla niego nie znaczyła. Była istotą niższego rzędu, brudną i splugawioną, dlatego też zdecydował się na przeprowadzenie ataku – żeby pokazać swą wyższość. Odniósł miażdżący sukces.

Zmrużył oczy, jakby oczekiwał, że oręż zaprotestuje. Oczywiście, nic podobnego się nie wydarzyło, więc odwrócił wzrok. Mimo że zwyciężył, oczekiwany triumf nie nastąpił. Zamiast tego ponownie doświadczył niezłomnej determinacji w oczach dziewczyny i nadal czuł tę zimną, przerażającą obecność, która otulała go, kiedy penetrował jej umysł. Jakim cudem? Przecież przegrała, pomyślał z niedowierzaniem. Chciał przywłaszczyć sobie Niezwyciężoną Różdżkę. Automatycznie przeskanował wzrokiem ciemne drewno, teraz leżące swobodnie na łóżku. Osiągnął zamierzony cel. To wszystko, czego od niej pragnął.

Nie do końca, warknął wewnętrzny głos, koncentrując się na liście priorytetów. Oczywiście, kradzież różdżki była wysoko wypunktowana, ale przesłuchanie pod wpływem tortur miało na celu w pierwszej kolejności pozyskanie informacji. Miała wyjawić mu każdy swój sekret i odpowiedzieć na zadawane pytania. Oczekiwał, że się podporządkuje. Chciał ją złamać i udowodnić, że jest bezwartościową szlamą, niezdolną do wzniesienia protestu. Rzucił nań parę klątw, ale się nie poddała. Odmówiła mu, nawet słownie, jakichkolwiek informacji. Gdy postanowił przestać się cackać i posunął się do legilimencji, zamknęła swój umysł na cztery spusty i pilnie strzegła wyjawienia prawdy. Tak naprawdę pozwoliła mu na swobodny spacer po ścieżkach w jej głowie, ale ciągle zagradzała mu drogę.

Kiedy doznał olśnienia, zacisnął dłonie w pięści.

Jednak przegrał.