Serena van der Woodse siedziała rozbawiona w lofcie Dan'a Humphrey'a. zagryzając gofry, które dla niej zrobił. Z lotniska wrócili kilka godzin temu. Serena przez chwilę poczuła się jak za dawnych lat licealnych. Czy tęskniła za nimi? Z pewnością nie była to przeszłość, którą warto było zapamiętać, ale tęskniła za swoimi straconymi latami. Latami, które mogła wykorzystać inaczej, gdyby miała swoją obecną wiedzę życiową oraz doświadczenie.
— Naprawdę zaproponował ci trójkąt z twoją siostrą? Nie mogę w to uwierzyć! — Serena była zdecydowanie rozbawiona opowieścią Dana dotyczącą nowego chłopaka czy też ,przyjaciel" Jenny, który zdecydowanie był nowatorski w podejściu do związków.
— To naprawdę nie jest zabawne, Sereno. — Dan chciał, aby zabrzmiało to poważnie, ale nie wychodziło mu to, bo po chwili i on się roześmiał. Nie było mu do śmiechu w chwili, gdy ta propozycja padła, ale dzisiaj już miał z tego niezły ubaw.
— Czy Jenny o tym wie? — zapytała przygryzając kolejnego gofra, który nałożył jej Dan.
— Nie, nie wydaje mi się. Na pewno nie chciałaby, abym uczęszczał w jej … zabawach. To obrzydliwe! — dodał ze skwaszoną miną. Żałował, że powiedział o tym Serenie, bo teraz jeszcze trudniej będzie u o tym zapomnieć.
— Próbowałeś z nią o tym rozmawiać? Mam na myśli… no wiesz… jej obecny styl życia chyba ci nie pasuje. — Serena zmieniła nieco ton swoich wypowiedzi na bardziej poważny. Widziała, że Dana to poniekąd męczy to, co dzieję się z jego siostrą.
— Nie wiem, czy to jest dobry pomysł. Jest dorosła i na pewno nie będzie chciała słuchać kazań starszego brata. Chcesz więcej bitej śmietany? — zapytał wyciągając tubę z bitą śmietaną i przesuwając ją między oczami dziewczyny.
— Ou nie, za dużo pustych kalorii i tak łamię swoją dietę. Jestem pewna, że Jenny nadal liczy się z twoim zdaniem. Jeśli chcesz z nią porozmawiać, to zrób to.
Rozmowę przerwał dźwięk otwieranych drzwi. To była Jenny, a zaraz za nią Jacob. Na jego widok Dan zrobił nieco skwaszoną minę licząc, że jego młodsza siostra tego nie zauważy. Jenny przywitała się z Sereną. Wszystko wyglądało tak, jakby w ich życiu się nic nie zmieniło.
— Serena, to jest mój chłopak Jacob... — przedstawiła blondyna nie dokańczając nazwiska, która za nie powiedziała Serena.
— Aborn.
— Znacie się? — wtrącił się Dan.
— Dan, Jacob w zeszłym roku został ogłoszony najlepiej opłacanym modelem według magazynu Forbes. Jak mogłeś nie zauważyć, z kim spotyka się twoja siostra? — uśmiechnęła się nieco rozczarowująco, a kolejne słowa skierowała już do Jacoba. — To prawda, że zostałeś twarzą Waldorf Designs? Elenor i Blair muszą być wniebowzięte.
Dan przysłuchiwał się rozmowie Jacoba i Sereny w milczeniu. Dowiedział się miedzy innymi w jaki sposób Blair pozyskała Aborn'a do swojego domu mody i jak poznał się z Jenny. Nie była to jedna z tych wielkich i romantycznych historii porywających na nogi. Wspólna praca nieco ich zbliżyła i zaczęli się spotykać. Jenny nie wspomniała słowem o ich „otwartym związku" jeśli taki istniał. Danowi wydawało się, że tak właśnie jest, chociaż nie był tego pewny. Jenny sprawiała wrażenie jakby traktowała go poważnie.
Dan co jakiś czas zerkał na chłopaka swojej siostry i nie potrafił jego twarzy z niczym skojarzyć. Nigdy nie był fanem mody, ale twarzy Jacoba nie kojarzył nawet z magazynów. W sumie, to nie czuł się z tego powodu jakoś głupio, ale nieco nieswojo, gdy za bardzo nie mógł włączyć się do rozmowy. Mogła to być też kwestia tego, co powiedział Serenie o Jacobie. Zajął się w milczeniu robieniem gofrów, aż Jacob opuścił loft pod pretekstem sprawdzenia swoich kostiumów przed najbliższym pokazem. Jenny miała do niego dołączyć za jakiś czas, ale wymigała się przed pójściem razem z nim idiotyczną wymówką. Danowi wydawało się, że chce o czymś z nimi porozmawiać na osobności i nie mylił się.
— Słuchajcie, muszę wam o czymś powiedzieć. Nie zgadniecie kogo dziś widziałam? — zapytała nieco retorycznie spoglądając na twarz Dana, a potem na Sereny. Po chwili kontynuowała. — Scotta.
— Scotta? Tego Scotta, który jest synem naszych rodziców? — wtrącił się Dan po raz pierwszy od kilkudziesięciu minut.
— Dokładnie, tego samego.
— Jenny, jesteś pewna?
Relacja w rodzinie Humphrey i van der Woodsen były nieco skomplikowane, co jest dość delikatnym stwierdzeniem na obecną sytuację. Scott był synem Rufusa Humphre i Lily van der Woodsen, co czyni go przyrodnim bratem zarówno Sereny, Erica jak i Dana i Jenny. Ich rodziny na zawsze będą połączone i to nie przez ślub Sereny i Dana.
— Tak myślę, ale jest jeszcze coś… — zawahała się przez chwilę. — Myślę, że on nie przyjechał tu w odwiedziny do nikogo z naszych rodziców. On tu mieszka.
Po tych słowach cała trójka jadła gofry w milczeniu. Każdy zajął się swoimi myślami, które krążyły wokół ich przyrodniego brata, o którym tak naprawdę nic nie wiedzieli i z którym nie utrzymywali żadnego kontaktu. Co tutaj robił i dlaczego przyjechał? Najważniejsze jednak pytanie – dlaczego nikomu nic nie powiedział? Jaką wielką tajemnice ma Scott Rosson?
Serena dostała telefon i zniknęła za drzwiami loftu razem z Jenny, która dołączyła do Jacob'a. Dan został sam i zrobił coś, co wydawało mu się, że więcej nie zrobi. Otworzył laptopa i po raz pierwszy od sześciu lat zaczął pisać.
/
Nathaniel Archibald siedział w swoim biurze Spectator'a, gdy poczuł wibrację telefonu. Zerknął na ekran i zobaczył wiadomość od nieznajomego numeru. Poczuł dziwny niepokój, tak było za każdym razem, gdy dostawał wiadomość od nieznajomego numeru. Nadal miał w pamięci wszystkie przygody z Plotkarą. Chociaż wydawało się, że to koniec, bo Plotkara się ujawniła i zamknęła bloga, to nadal ten niepokój gdzieś miał. Nate wziął głęboki wdech i przeczytał wiadomość na swoim smartfonie.
New York Times nie miało wystarczają jaj, aby to opublikować. Ty je masz?
Zmarszczył brwi. Po chwili przyszła wiadomość mms. Było to zdjęcie pewnej kobiecie zrobione w ciemnej alejce. Było dość ciemno, ale nie na tyle, aby jej nie rozpoznał. Tą twarz rozpozna wszędzie. Z nerwów odpiął guzik przy kołnierzyku i wypuścił powietrze. Poczuł jak robi mu się gorąco, aj ego dłonie zaczynają się pocić. Nie był pewny, co ma zrobić, ale wiedział, aby nie wchodzić w dyskusję z nieznajomym. To nigdy nie kończyło się dobrze, a poza tym musiał pomyśleć na trzeźwo, a najlepiej dowiedzieć się u źródła. Od razu wyłączył rozmowę z nieznanym numerem i przeszedł do listy kontaktów wykonując jeden telefon. Niestety, ale odezwała się tylko sekretarka.
— Hej, Serena to ja. Musimy porozmawiać. Oddzwoń do mnie jak najszybciej. To pilne.
Odłożył telefon na biurko i oparł się o swój fotel rozmyślając i stukając długopisem o blat swojego biurka. Minęło wiele lat i miało się tak bardzo wiele zmienić, ale czy w istocie tak było? Wszyscy byli dorosłymi ludźmi, poważnymi dorosłymi ludźmi, którzy budowali swoje kariery. Ostatnimi czasy Archibald miał wrażenie, że jego starzy przyjaciele popełniają ciągle te same błędy, z których nie wyciągają żadnych wniosków. Westchnął i poczuł wibrację telefon. Zerknął na telefon. To była Serena.
/
Rodzina Bass zatrzymała się w hotelu Shangri-La Paris. Wieczorami, gdy mały Henry już spadł pod opieką pokojówki, Chuck i Blair przesiadywali w hotelowym barze i próbowali zabawiać się jak za dawnych czasów. Przynajmniej ze strony Chuck'a wychodziła taka inicjatywa. Blair byłą sceptyczna co do tego. Doskonale pamiętała tamte czasy i nie wspominała ich dobrze. Poza tym – teraz wszystko było inne. Prowadziła firmę za Elenor, to byłą presja ale też i prestiż. Była żoną znanego biznesmena i przede wszystkim była matką najpiękniejszego chłopca na ziemi. Nie chciała życia, które prowadziła w liceum. Była dorosła i chciała się tak czuć. Przede wszystkim chciała być odpowiedzialna i nie chciała powielać błędów rodziców w wychowaniu. Nie chciała, aby Henry czuł to co ona czy Chuck, ale jej mąż niestety nieco jej to nico utrudniał.
Blair łapała się na tym, że zwykle mu ustępowała. Robiła bowiem wszystko, aby go uszczęśliwić. Łapała się na tym, że cały czas to był jej priorytet i gdzieś po drodze zagubiła znajdowanie własnego szczęścia. Nie chciała, aby Henry uwielbiał ją bardziej niż Chuck'a, bo ten by tego nie zniósł. To samo było z jej firmą – nie chciała, aby jej sukcesy przyćmiły wielkiego Chuck'a Bass'a. Ten wówczas kazałby zawiesić ich związek na czas nieokreślony, aby znowu był Chuckiem Bass'm – młodym i sukcesywnym miliarderem, a nie Chuckiem Bassem mężem słynnej Blair Waldorf.
Dzisiejszy wieczór miał nie różnić się od wszystkich pozostałych, które przeżyli w Paryżu. Szykując się w pokoju Blair ubrała swoją małą czarną i poperfumowała się Coco Chanel, które Chuck tak bardzo uwielbiał. Popatrzyła jeszcze na swoje odbicie w lustrze i przykleiła do siebie jeden z tych sztucznych uśmiechów, które miała w rezerwie.
Gdy weszła do baru, Chuck był tam, gdzie przez resztę dni, gdy nie załatwiał interesów – przy barze. Powoli schodząc po schodach poprawiła skrawek swojej sukienki i dołączyła do męża, który zwrócił na nią uwagę czując jej perfumy. Przywitał się całując jej dłonie i wrócił do picia swojego drinka. Dzisiaj miał dla nich nową grę, ale nie było mu dane pokazać. Chwile po tym, gdy pojawiła się Blair tuż za nią znalazł osie dwóch funkcjonariuszy paryskiej policji ubranej po cywilnemu.
— Charles Bass? — zapytał niski i chropowaty głos.
— Kto pyta? — odparł Chuck nawet nie odwracając się do swoich rozmówców, tylko dalej popijał spokojnie swojego drinka.
— Oficer Valbuena. Zechcę pan pójść z nami?
— O co chodzi Chuck? — wtrąciła Blair coraz bardziej podenerwowana. Ten jednak nie zwracał na nią uwagi, tylko dalej popijał swojego drinka. Zerknął kątem oka a żonę i gestem palca kazał jej się nie wtrącać. Była oburzona, ale czy miała inny wybór?
Chhuck w końcu odwrócił się do dwóch funkcjonariuszy paryskiej policji i uśmiechnął się szyderczo.
— Najpierw chciałbym się dowiedzieć, o co chodzi.
— Wszystko wyjaśnimy na miejscu. Proszę z nami iść.
— Wolałbym dowiedzieć się tutaj. — Bass naciskał.
— Nie jest pan u siebie. Tutaj nie mamy prawa Mirandy. — odparł policjant i wziął od niego szklankę z drinkiem i odstawił na blat dość ostentacyjnie. — Nie musze przedstawiać panu zarzutów, aby zabrać pana na posterunek. Jeśli będzie pan się dalej stawiać, to będę zmuszony zatrzymać pana i pańską żonę na dwie doby. Kto się wtedy zajmie małym Henrym? — zapytał dość szyderczym tonem widząc, ze uśmieszek na twarzy Bass'a powoli znika. — Zapytam więc jeszcze raz. Czy zechce pan pójść z nami?
— Z największą przyjemnością.
/
