Po powrocie do loftu, Dan sam nie wiedział, co powinien ze sobą zrobić. Najpierw usiadł na kanapę i założył ręce za głowę. Licząc, że w ten sposób przyjdzie mu do głowy genialny pomysł, który go z tego wszystkiego wyciągnie. Wcześniejsza rozmowa z Nate'em dała mu do myślenia. Czuł, że sprawa z Sereną poszła zbyt gładki, za prosto i nie mylił się. Może po prostu wolał sobie wmawiać, że wszystko jest dobrze i blondynka rozumie jego decyzję. Może był ślepy na to, co się dzieje. Może nie chciał tego widzieć. Może to on był odpowiedzialny za nałóg Sereny. To ostatnie nie wywołało u niego zastanowienia się, to było raczej potwierdzeniem tego, co wiedział już po rozmowie z szefem , Spectator'a". To on był winien problemów Sereny i to w jaki sposób ją potraktował. Czy jednak miał na siłę ciągnąć małżeństwo z powodu poczucia winy? Czy prawda nie była dla niej lepsza? Ponoć większość osób woli słuchać najgorszą prawdę niż najpiękniejsze kłamstwo. Gdy jednak chcemy być uczciwi i postanawiamy się zmierzyć z tą prawdą, to większość osób ma pretensje o tą najgorszą prawdę, a my zaczynamy się zastanawiać czy nie lepsze byłoby najpiękniejsze kłamstwo. Humphrey zaczął się zastanawiać czy prawda była dla Sereny dobra, czy może czasem nie podjął złej decyzji.
Otworzył laptopa i włączył pierwszy lepszy film, który miał w folderze. Chciał czymś zająć myśli, ale mu się to nie udawało. Rozglądał się po lofcie szukając odpowiedzi i może trochę pomocy, ale wiedział, że jest zdany sam na siebie. Wyciągnął telefon i napisał z Sereną kilka wiadomości. Chciał, aby przyszła do loftu, ponieważ miał dla niej ważna sprawę do omówienia. Zapewne mogła się domyśleć, o co chodzi skoro sama na niego wysłała Nate'a, ale nie mógł być o to zły. Archibald chciał się zachować po rycersku broniąc skrzywdzoną damę. Dan kiedyś też taki był, ale po drodze chyba zgubił sam siebie i przestał być tym, kim miał być zawsze.
Z rozmyślań wyrwał go dzwonek do drzwi. Zdziwił się, że Serena zjawiła się tak szybko, ale z jednej strony – dobrze, ponieważ chciał mieć tą rozmowę za sobą. Chociaż sam do końca nie wiedział, co powinien powiedzieć swojej jeszcze żonie. Otwierając drzwi zdziwił się jeszcze bardziej, ponieważ w progu nie stała Serena, ale Blair. Ona tak samo jak on był zdziwiona, że go widzi.
— Humphrey.
— Waldorf.
I to by było na tyle. Stali tak kilka dobrych chwil zanim brunet znowu przemówił.
— Skoro uprzejmości mamy za sobą, to powiesz co tu robisz?
— Przyszłam do Jenny, a ty dlaczego tutaj jesteś? — spytała z nieukrywana pogardą wymalowaną na jej twarzy. — Nie powinieneś być w apartamencie der Woodsen z Sereną? Chyba, że Lily miała dość swojego brooklyńskiego zachowania. Nie winię jej za to.
— Jenny jest w pracowni. — powiedział i zaczął pchać drzwi, aby dać jej do zrozumienia żeby to właśnie tam zaczęła szukać jednocześnie opuszczając to miejsce.
— NIE ma jej tam. — odepchnęła drzwi popychając Dana i weszła do środka.
Od razu ją uderzyło, gdy tylko tutaj się znalazła – nic się prawie nie zmieniło od ostatniego razu, gdy tu z nim była sama. Poczuła nagły przypływ tych wszystkich wspomnień. Ten sam blat przy aneksie kuchennym i mogłaby przysiąc, że układ poszczególnych naczyń również się nie zmienił. Zerknęła na prawo, gdzie byłą wciąć ta sama niebieska sofa. Ta sama, na której obiecała mu, że pojedzie z nim do Włoch, bo przecież nie pragnie niczego więcej jak spędzić z nim lato. Dzisiaj sama nie wiedziała, czy to wszystko było obłudnym kłamstwem czy może szczerością, która później przerodziła się w strach?
— Blair? — usłyszała za sobą jego głos.
Spojrzała na Dan'a i początkowo na jego twarzy malowało się zdziwienie, które przeobrażało się w coś, co ją zawsze przerażało w nim. Miała wrażenie jakby wiedział, o czym myśli.
— Próbowałaś do niej dzwonić?
— Tak. Nie odbiera.
— Może poszła do Jacob'a.
— Taa... może. — brunetka wywróciła oczami.
Dan spojrzał na kobietę pytająco. Miał wrażenie, że ma do tego związku takie samo podeście jak i on, ale nie chciał o to dopytywać.
Blair usłyszała znajomy głos, a raczej cytat z pewno filmu. Zmarszczyła brwi i spojrzała na Dan'a.
— Oglądasz Filadelfijską opowieść? Nadal nie możesz pogodzić się z tym, że Tracy wybrała czarującego Dexter'a zamiast nudnego Mike? — zapytała ironicznie. Dan od zawsze był sentymentalnym głupcem.
— Nie był nudny tylko stateczny. Bezpieczną przystanią dla Tracy, czego ona najbardziej potrzebowała.
— Nie uwielbiał jej, nie adorował ani nie podziwiał.
— Nie zgodzę się. To, że jako jedyny nie traktował jej jak bogini nie oznacza, że jej nie uwielbiał. Traktował ją jak równą sobie. Dostrzegał w niej wszystko to, co czego pragnęła. Nie musiała przy nim udawać kogoś, na kogo wykreowała ją prasa lub inni. Mogła być sobą.
— Aleś ty romantyczny Humphrey. — dodała zgryźliwie. Wiedziała, że ma racje, ale nie lubiła czuć się pokonaną w żadnej dyskusji. — Powinieneś więc wiedzieć, że zawsze wraca się do pierwszej miłości.
— Czyli do czego właściwie?— Dan uniósł jedną brew ku górze i zrobił kilka niepewnych kroków w kierunku kobiety, a ona zaczęła się cofać.— Do kogoś, kto ją tylko uwielbia, a nie kocha? Do kogoś, kto jej nie szanuje i ciągle krytykuje? Do kolesia, który oskarża ją o to, że wpadł w nałóg i obawiania ją za wszystkie swoje życiowe porażki, poważnie Blair? — zatrzymał się w momencie, gdy kobieta była niemal przyparta od ściany i tym samym minimalizując ich odległość do minimum. Spojrzał na nią uważnie i próbował wyczytać wszystko z jej twarzy.
— Wybrała to, co znała. — odparła w końcu, ale również jak on nie spuszczała z niego spojrzenia. — Wybrała to, co było dla niej oparte na znanych fundamentach. Dexter i Tracy znali się całe życie, pochodzili z tego samego świata i rozumieli się jak nikt inny.
— Dlatego powinni być razem? Bo pochodzą z tej samej warstwy społeczeństwa? Nawet jeśli Tracy nie jest przy tym sobą? — nie chciał jej wykpić, ale jego spojrzenie mówiło samo za siebie.
— Dexter znał jej świat, a Mike do niego nie należał.
—To dzięki Mike'owi poznajemy prawdziwą ją, a nie tą zasłonę dymną zbudowaną na potrzeby świata. Zasłonę, którą oczekiwał od niej Dexter. To dzięki niemu Tracy odkrywa swoją prawdziwą siłę i wcale nie staję się przez to mniej niezależna albo słabsza, ale możemy zobaczyć, że Tracy jest człowiekiem, a nie pustą lalką. — przerwał na kilka sekund, aby zebrać odpowiednie słowa całość. —Mogła wybrać bezwarunkowe uczucie, ale zamiast tego wróciła do destrukcyjnego małżeństwa, które zapewne skończyło się tak jak za pierwszym razem. — zamilkł wypuszczając powietrze.
— Może sądziła, że nie jest warta tego uczucia. Może wybrała to, co jej zdaniem zasługiwała.
— Każdy zasługuje na bezwarunkową miłość. Nie ma idealnej miłości, ale jest taka, w której dwoje ludzi jest dla siebie stworzonych. Taka miłość, której nikt ani nic jej nic nie zniszczy.
Czekał, aż coś powie. Czekał na kontrę, ale ona nie nadeszła. Beznamiętnie przesunął wzrokiem po niej, a Blair poczuła jak przechodzą ją dreszcze. Nie była pewna czy z powodu tego spojrzenia, o którym prawie zapomniała. Czy może z powodu tego, co powiedział. Nie wiedziała czy nadal rozmawiają o filmie czy może o jej życiu. Poczuła się zagubiona, niepewne i zdecydowanie potrzebowała przestrzeni, którą Humphrey jej zabierał. Spuściła spojrzenie, nie wytrzymała go. Chciała i nie chciała odejść, bo miała wrażenie, że coś ją powstrzymywało.
Dan pod wpływem impulsu, który był tłumiony przez te wszystkie lata, gdy nawet nie miał okazji z nią porozmawiać, przysunął się do niej powoli, ostrożnie i splótł swoje palce z jej palcami. Nie protestowała, chociaż na niego nie patrzyła. Stali tak przez chwilę, a on cały czas próbował wymusić je spojrzenie. Wiedział, że w końcu ulegnie i spojrzy. Nie mylił się. Zrobiła to.
Zmusiła się, aby na niego spojrzeć. Na tą dłoń na niej, na jego przetartą koszulkę i te niepoukładane włosy, aż w końcu zatrzymała się na jego oczach. Wtedy zrozumiała, że to był błąd. Wiedziała, że przegrała. Przysunął się do niej jeszcze bliżej. Na tyle blisko, że mogła poczuć jego oddech na swojej szyi i zapach niemal tak samo magnetyczny jak to spojrzenie.
— Ekhem… — usłyszeli za sobą chrząkniecie i odskoczyli od siebie jak oparzeni. — Udam, że mam przewidzenia z powodu mojego zmęczenia.
Zarówno Dan jak i Blair spojrzeli w to samo miejsce – w kierunku drzwi. To była Jenny, na której twarzy malowało się rozbawienie, a na nich… niekoniecznie.
— Blair, co tutaj robisz? — spytała, aby przerwać tę niezręczną ciszę.
— Ou… Chciałam ci tylko coś dać. — odpowiedziała niemal automatycznie podchodząc bliżej blondynki.
Blair wręczyła Jenny niewielką broszka z szafirami i diamentami. Wyglądała zupełnie jak ta, która Elizabeth Taylor dostała od swojej wielkiej miłości – Richarda Burtona.
— Wiem, że nie będzie jutro na to czasu.
— Blair, to jest piękne. Dziękuję. — powiedziała nieco zmieszana i uściskała blondynkę.
Dan obserwował wszystko w milczeniu, ale doskonale znał tą broszkę i wiedział, dlaczego Blair podarowała ją jego siostrze. W zasadzie nie mógł wyjść ze zdziwienia, że Jenny i Blair zachowuję się jak najlepsze przyjaciółki. Miał wrażenie, że przegapił kilka sezonów serialu z życia jego siostry. Ta scena była tak nieprawdopodobna, że wydawała się absurdalna i nieprawdziwa. Jednak wydarzyła się naprawdę.
Po chwili w lofcie pojawiła się Serena. Oczywiście była zaskoczona obecnością swojej przyjaciółki i poczuła nieco zakłopotania, chociaż przywitała się z nią jakby nigdy nic się nie stało. Dan wziął płaszcz i wyszedł razem z nią na krótki spacer. Nie chciał rozmawiać o jej uzależnieniu w lofcie, gdzie każde słowo może usłyszeć Jenny i jej niespodziewana towarzyszka Blair. Właściwie to nawet nie wiedział jak zabrać się do tej rozmowy. Liczył, że to wszystko samo jakoś przyjdzie.
/
Serena wyczuwała tą niepewność swojego jeszcze męża. Miała najgorsze obawy, dlaczego chciał się z nią tak szybko spotkać i porozmawiać, chociaż była pełna nadziei, że jej rozmowa z Nate'em została miedzy nimi. Byłaby wściekła, gdyby okazało się inaczej. Chociaż może tak naprawdę o to jej chodziło? A ta wściekło miała być tylko pokazowa. Przecież ćwiczyła to tyle raz przed lustrem i wypadała całkiem naturalnie. Doświadczenie z planu filmowego robiło swoje oraz ten naturalni wdzięk, który miała w sobie. Była doskonała aktorką, która potrafiła wykorzystać każdy swój atut.
Chciała, aby Nate zareagował na to, co ona mu powiedziała i żeby w jakiś sposób wpłynął na Dan'a i jego decyzję. Tak naprawdę nie chciała tego rozwodu, chociaż okazywała dużo zrozumienia brunetowi. Chciała być nadal jego przyjaciółką, bo tylko w taki sposób mogła być nadal blisko niego. Była zdesperowana do tego stopnia, że posunęłaby się do wszystkiego.
Tak naprawdę zrobiła wszystko. Posunęła się do kłamstw w związku z przedłużeniem tego małżeństwa z powodu promocji jej nowego filmu, co było nieprawdą. Premiera przesuwała się tylko za sprawą jej intryg oraz przeszkód, które sam stwarzała rękami osób trzecich. To ona zainicjowała spotkanie z dilerem. To za jej sprawą zrobiono to zdjęcie i to ona finalnie wysłał je do Nate'a. Tak naprawdę nigdy nie brała, ale miała zachowawczo jedną torebkę z koką w torebce od Boarini Milanesi, aby grać na wyrzutach sumienia Dan.'a. Wszystko zaplanowała i dokładnie wiedziała jak ta rozmowa się potoczy. Wystarczyło tylko odpowiednio zagrać i poruszyć te struny, które wywołają w brunecie poczucie winy. Może to było perfidne z jej strony, ale za bardzo go kochała, aby go odpuścić. Nie mogła tego zrobić.
— Miałem niezbyt przyjemne spotkanie z Nate'em. — Dan przerwał w końcu ciszę. — Powiedział mi o twoim… problemie.
Wykrztusił to z siebie na swój sposób. Nie potrafił powiedzieć tego wprost i też sam unikał jej kontaktu wzorowego. Chociaż sam nie wiedział czemu. Odbywali już takie rozmowy, ale teraz było zupełnie inaczej. Dan miał przeświadczenie, że narkotykowy problem jego żony jest z jego winy.
— Nie chciałam Dan nic mu mówić, ale miał zdjęcia i przyparł mnie do muru.— Serena spuściła głowę. Sprawiała wrażenie zakłopotanej oraz zawstydzonej.
— Jakie zdjęcia?
— Ktoś zrobił zdjęcia, gdy kupowałam …
— Ouu… — przerwał jej wypuszczając powietrze.
Po chwili zatrzymał się i ujął jej dłonie w swoje racę. Zmusił się, aby na nią popatrzeć. Spróbował się uśmiechnąć z czułością, ale miał wrażenie, że wyszło to dość karykaturalnie.
— To wszystko, co się z tobą dzieje jest moją winą, prawda?
Serena znowu spuściła wzrok w ziemię, ale nie puściła dłoni Dan'a. To chyba mu wystarczyło, aby wiedzieć. Nawet nie potrzebował usłyszeć tego potwierdzenia na głos. Czuł się jak najgorszy człowiek, który stąpa po tym świecie. Skrzywdził osobę, która tak naprawdę nic mu nie zrobiła i która jako jedyna go kochała szczerze. Jak to o nim mówi jak o człowieku? Czy może w ogóle nazywać się człowiekiem? Nawet nikt nie musiał go stawiać w złym świetle – zrobił to sam.
— Serena… przepraszam… Ostatnie, czego chciałem, to skrzywdzić właśnie ciebie. —na jego twarzy malował się wyraźny ból. Z jednej strony cieszył się, że Serena nie chciała na niego patrzeć. Nie był pewny czy wytrzyma to spojrzenie zawodu, bólu oraz rozczarowania. — Mimo wszystko…. Nie powinnaś tak radzić sobie z problemami. Pomyślałaś o konsekwencjach? Jest mnóstwo osób, które nie pogodziłby się z tym, że może coś ci się stać. Eric, Lily, twój tata…
— A ty? — przerwała mu podnosząc wzrok na jego ciemne oczy.
— Oczywiście, że ja też.
— Nie wierzę w to. Nie chcesz ze mną być.
— Serena…— Dan wypuścił powietrze i zrobił to w dość nerwowy sposób. — To nie oznacza, że jesteś dla mnie mniej ważna, rozumiesz? Zależy mi na tobie i jesteś częścią mojego życia.
— Ale mnie nie kochasz.
Dan puścił dłonie Sereny i zaczął nerwowo je zaciskać. Nie czuł się dobrze w tej sytuacji. Miał wrażenie, że źle się przygotował do tej rozmowy i źle się za nią zabrał. Chociaż, czy tak naprawdę dało się tą rozmowę poprowadzić w dobrym kierunku?
— Musisz iść na odwyk.
— Dan ja nie…
— Serena proszę! — podniósł głos, chociaż tego nie zamierzał. Jedyne, co zamierzał to być stanowczym. Serena spojrzała teraz na niego z większą uwagą oraz zaciekawieniem.
— Dobrze, ale mam warunek.
— Cokolwiek.
— Dasz nam szansę.
/
Chuck siedział po ciemku ze szklanką whisky w dłoni. Co chwilę popijał i zerkał na telefon sprawdzając godzinę. Gdy wreszcie drzwi apartamentu się otworzyły, to nie dał żadnego znaku, że jest tu obecny.
— Gdzie byłaś? — Blair niemal podskoczyła słysząc jego głos. Nie spodziewała się, że ktoś siedzi w salonie, a tym bardziej, że jest to jej mąż.
— Przestraszyłeś mnie.
— To nie jest odpowiedź na moje pytanie.
— Ja również nie dostałam swojej, gdy zapytałam cię o sytuacje w Paryżu.
Było tylko słychać lekkie stuknięcie. Chuck odstawił swoją szklankę. Wstał i podszedł do Blair kilka kroków bliżej, a jego twarz rozświetlił blask padujące księżyca. Dopiero teraz mogła zobaczyć w pełni wszystkie, które się malowały na jego twarzy. Nie widziała w tym nic pozytywnego.
— Gdzie byłaś? — powtórzył i tym razem bardzo powoli mocno wszystko akcentując.
— Czy ty jesteś głuchy?! Nie będę się przed tobą tłumaczyć jeśli ty tego nie robisz! — zbeształa go.
Blair nie zamierzała prowadzić tej rozmowy, tylko minęła Bass'a kierując się w stronę ich sypialni. Wtedy to poczuła – mocne zaciśnięcie poniżej je łokcia i szarpnięcie, które spowodowało, że się odwróciła z powrotem w kierunku męża. Na jej twarzy malowało się niedowierzanie z mieszanką przerażenia.
— Puść mnie, bo pożałujesz. — powiedziała dość spokojnie jak na sytuację, w której się znajdowała.
— GDZIE BYŁAŚ?! ODPOWIEDZ MI! — szarpnął ją mocniej przyciągając ją jeszcze bliżej siebie.
— PUSZCZAJ MNIE!
Blair drugą ręką sięgnęła na stolik i chciała wziąć cokolwiek, co mogłoby jej pomóc, ale nic nie mogła sięgnąć. Wreszcie zdecydowała się na staromodny sposób – uderzyła go kolanem między nogi. Cios nie był mocny, ale dobrze wymierzony, Chuck zachwiał się i jęknął z bólu. Od razu chciał ruszyć w kierunku żony, ale coś go powstrzymało. Zmrużył oczy, tak samo jak Blair. Nagle w całym pomieszczeniu zrobiło się jasno.
— Co tu się do cholery dzieje?
Głos Elenor i zapalane światło dostatecznie zwróciło ich uwagę, aby oboje odwrócili się w jej kierunku stojącej na schodach. Za kobieta stał jednak jeszcze ktoś – Henry, który był przerażonym tym, co właśnie zobaczył.
/
