Chuck Bass siedział w biurze Barry'ego i oczekiwał gospodarza. Zjawił się zaraz po tym jak otrzymał wiadomość od swojego adwokata. Wszedł do jego biura, ale nie został jednak przywitany przez uśmiech mężczyzny w stylu Goerge'a W. Busha. Zamiast tego zastał jego sekretarka, która pozwoliła mu poczekać w jego gabinecie. Gust Barre'ego zdecydowanie różnił się od tego, który posiadał Chuck. Powiedzieć, że mu się nie podobało, to nie powiedzieć nic. Bass nigdy nie lubił sportu, a mały gabinet Barr'ego był cały ozdobiony w różnorakie ozdoby, proporczyki czy inne bzdety związane z koszykówką. Shargel był jednak zagorzałym fanem jednej drużyny, ale dla Chucka nie robiło to żadnej różnicy. Nawet nie wiedział, że w Nowym Jorku są drużyny, które przynależą do NBA. Zaczął bawić się stojącą popielniczką w kształcie piłki do koszykówki. Była zrobiona z ceramiki w kolorze pomarańczy z przechodzącym czarnym paskiem. Na wierzchu była okrągła pokrywka również w kształcie mniejszej piłki do koszykówki, ale można było ją ,odbijać" poprzez naciskanie na nią.
Lubił mówić, że Blair Waldorf to jego pierwsza i ostatnia miłość. Nie przeszkadzało mu to jednak w nawiązywaniu relacji wzbogacających jego życie erotyczne. Picie oraz niekonwencjonalny tryb życia przyczyniły się do powstania małżeńskich konfliktów. Spotykał się z modelkami, początkującymi aktorkami czy dziewczynami, które zwyczajnie chciały zaistnieć w świecie show biznesu. Od tamtych pamiętnych wakacji we Francji nie było dnia, aby o tym wszystkim nie myślał. Zdjęcie zamordowanej kobiety, które pokazała mu paryska kobieta nawiedzało go co raz w nocy i wcale nie dlatego, że był wrażliwy na takie zdjęcia lub w jakiś sposób się ich bał. Nic z tych rzeczy. Chuck Bass bowiem doskonale znał tą kobietę.
Lucille miała dwadzieścia pięć lat i aspiracje na zostanie wielką gwiazdą. Miała jej miodowe włosy oraz magnetyzujące spojrzenie, w nieokreślony sposób były dla mężczyzny hipnotyzujące. Wpadł w zachwyt. Poznali się na jednym z przyjęć, do których często zmuszali go jego wspólnicy. Chuck niechętnie brał udział w tych imprezach, uważał ze były one zbyt nudne. Poza tym był zdania, że on jest reklamą sama w sobie i jego obecność na takich przyjęciach jest zbędna. Jednak, od tamtego momentu żadnego nie opuścił. Później poszło już z górki – spotkania poza przyjęciami, seks, seks i jeszcze raz seks. W końcu i tym się znudził, więc zakończył relacje w taki sposób jaki wydawał mu się słuszny. Nie było jednak mu dane jej tak zakończyć. Lucille była bowiem uparta i myślała, że Chuck w jakiś sposób pomoże jej w karierze. Ten jednak nie zamierzał maczać swoich palców w show biznesie, gdzie ludzie zadają pytania, a tajemnice wychodzą na światło dzienne. To bardzo by mu Nie odpowiadało mu to jako przykładnemu mężowi oraz ojcu.
Do tej pory wszystko idealnie ukrywał. Przynajmniej w jego mniemaniu tak właśnie było. Działał według określonego schematu – poznawał dziewczynę i od razu bezceremonialnie sugerował to, czego oczekuje. Dziewczyny na to szły bądź nie. Za nikim nie płakał ani za żadna nie rozpaczał. To on kończył relację i nigdy nie było na odwrót. Ani jedna z tych kobiet z nich nie działała na jego szkodę po ,pożegnaniu". Wiedziały bowiem, że to walka z wiatrakami, w której tylko one ucierpią. Nikt bowiem nie mógł zaszkodzić wielkiemu Chuck'owi Bass'owi.
— Wybacz, że musiałeś czekać. Dopinałem pewne sprawy.
Barry zjawił się tak cicho, że Bass nawet go nie usłyszał. Gdy adwokat usiadł na przeciwko niego, Chuck zwrócił uwagę na jego niezbyt codzienny ubiór. Barry miał bowiem szalik sportowy jakieś drużyny. Był cały podekscytowany.
— Czyżbyś porzucił prawo dla koszykówki? — zakpił zwracając uwagę na jego szalik i założył nogę na nogę.
— Oh nie. — Barry wyraźnie się speszył i szybko zdjął szalik chowając do szuflady biurka. — Byłem na draftach. Knicks udało się wybrać najbardziej obiecującą młodą gwiazdę. James DeForest jest nasz!
— Fantastycznie. — odparł ironicznie i w taki sposób jakby go to nie interesowało. Faktycznie miał to gdzieś. — W jakiej sprawie chciałeś się ze mną widzieć?
— Lucille Hecht.
— Co z nią?
— Nie powinieneś najpierw zapytać ,kto to?" Przecież podobno jej nie znasz. — popatrzył na swojego klienta dość podejrzliwie.
— Do rzeczy Barry. Nie płace ci za marnowanie mojego czasu.
— Przy ciele znaleziono krew należącą do kobiety. Myślę, że na razie wypadłeś z kręgu podejrzanych, a paryscy federalni przestaną kręcić się wokół twojego mieszkania.
— Na razie?
— Nic nie można wykluczać, ale przestajesz być w kręgu zainteresowania. Byłbym w stanie dowiedzieć się więcej jeśli byś mnie wtajemniczył w tą znajomość.
— Jaką znajomość? — zapytał retorycznie rozkładając dłonie w geście bezradności. — Mówiłem ci, że jej nie znam.
— Oczywiście.
/
Dan Humphrey mógłby być teraz w kilku miejscach – towarzyszyć swojej żonie Serenie podczas debaty z jej podobnymi jej koleżankami, które nawzajem przeżywają i przekrzykują się w ,co za skandal". Mógłby też spędzać ten czas z siostrą, pocieszać ją i wspierać, ale coś mu mówiło, że Jenny woli zostać sama, bo i tak jest w bojowym nastroju. Zamiast tego wybrał coś innego. Postanowił poszukać Blair. Nie miał pojęcia, gdzie jej szukać, ale miał przeczucie, że jedyne tylko jedno miejsce gdzie kobieta mogła się znajdować – na lotnisku, gdzie kilka lat wcześniej próbował jej pomóc z ucieczką przed Louisem. Dan zaparkował samochód i zaczął krążyć po terenie lotnika z nadzieją, że w tłumie ludzi ujrzy te wyjątkowe sarnie oczy.
Chodził już około godziny i powoli tracił nadzieję, że to w ogóle możliwe, aby ona jednak tutaj była. Dlaczego miałaby być? Na pewno nie jest tak sentymentalnie głupia jak on i nie rozpamiętuje po raz enty przeszłości i nie szuka w niej jakieś symboliki, która nie istnieje. Zapewne wróciła do domu – do męża i syna, którzy na pewno znajdą sposób na to, aby w jakiś sposób poprawić jej humor. To będzie miejsce, w którym będzie czuła się dobrze i bezpiecznie, a nie śmierdzące lotnisko z bezdomnymi, ciapatymi i obcokrajowcami, którzy nawet nie znają angielskiego. Może w drodze powrotnej do loftu skoczy do Starbucks'a? Nie powinien pić kawy na noc, ale widział reklamę nowej sezonowej i coś czuję, że nie będzie w stanie wygrać z pokusą, gdy ponownie będzie przejeżdżał obok tego szyldu.
— A myślałam, że ten wieczór nie może być gorszy. Chyba, że wracasz do Los Angeles, to nawet ci pomacham.
Dan się zatrzymał i powoli odwrócił się w kierunku kobiecego głosu za nim. To była ona. Siedziała na ławce z nogą założoną na drugą. Dan zawsze uważał, że grymas złośliwości na je twarzy tylko dodawał jej urody. Nie mógł jej tego jednak powiedzieć. Zamiast tego po prostu się uśmiechnął, ale po minie Blair doszedł do wniosku, że musiał wyglądać jak idiota. Zrobił kilka niepewnych kroków w jej stronę i usiadł na tej samej ławce. Pamiętał jednak, żeby zachować ,bezpieczną" odległość.
— Nie wracam do LA, Blair. Zostaję w Nowym Jorku. Przyzwyczaj się do tej myśli.
— Kamień z serca. — odparła ironicznie i przy okazji wywróciła oczami, gdy Dan się do niej dosiadł. Wyraźnie nie była zadowolona ze swojego nowego towarzystwa. — Co tutaj robisz Humphrey? Przyszedłeś mnie umoralniać i grozić mi palcem za to co niby zrobiłam twojej siostrze? Daruj sobie i wracaj na Brooklyn robić gofry.
— Nie jestem tutaj, aby cię oskarżać. Nie wierzę w twój udział w katastrofalnym pokazie Jenny.
Dan mógłby przysiąść, że na twarzy Blair pojawił się promyk, który nieco rozjaśnił jej twarz albo może to było tylko odbicie światła. Uśmiechnął się do niej delikatnie i nawet miał wrażenie, że ona odwzajemniła ten uśmiech.
— Oczywiście. — odpowiedziała ironicznie spoglądając na niego dość podejrzliwie.
— Wolałbym dać jej Tadż Mahal, ale koszty transportu okazałyby się zbyt wysokie. — powiedział cytując klasyka i spojrzał na brunetkę. Miał nadzieję, że rozpozna słowa i do czego nawiązuje. Ta jednak spojrzała na niego pytająco. Nie pozostało mu nic innego jak wszystko jej wyjaśnić. — Richard powiedział to o Elizabeth, gdy kupił jej diament o takiej samej nazwie.
— Wiem. — przerwała mu. Oczywiście, że o tym wiedziała. Uwielbiała ją, chociaż nie tak bardzo jak Audrey Hepburn. Przeczytała każdą możliwą biografię o Elizabeth Taylor. Oglądała każdy film na temat jej małżeństwa z Burtonem. Czy to była wspaniała Helena Bonham Carter czy Lindsay Lohan. Zawsze czegoś brakowało w tych historii. Czegoś, co sprawiłoby, że ta opowieść faktycznie była o Taylor i Burtonie. W żadnym filmie tego nie widziała.
— Widziałem jak wczoraj dajesz Jenny broszkę zrobiona na wzór tamtego diamentu. Na szczęście. — zamilkł i spuścił wzrok, że nie mógł zobaczyć żadnego wyrazu pojawiającego się na jej twarzy. Zamiast na nią spojrzeć zaczął recytować wiersz.
Choć z oczu mych nie bije już ten dawny, radosny blask,
Choć nic już nie zdoła przywrócić wiosennej bujności traw,
Ni kwiatów minionej świetności,
Nie smućmy się,
Lecz czerpmy siłę z okruchów codzienności.
I nastała cisza. Blair podniosła głowę, zaskoczona i spojrzała na bruneta. Znała ten tekst i wcale nie z filmu z Natalie Wood. Chociaż to też, ale właśnie dlatego wtedy wzięła ten wiersz. Obejrzała ,Wiosenną bujność traw" i była zachwycona. Filmowe odrobine szaleństwa i tragizmu odzwierciedlało jej życie. Nic tak dobitnie nie opisywało konfliktu na tle dorosłych i młodzieży. Brak zrozumienia, rozmowy czy wsparcia. Nie było nikogo, kto mógłby wskazać drogę, wesprzeć, czy starać się zrozumieć. Była tylko wszechobecna pruderia. Tak jak jej w życiu. W tamtym momencie czuła się jak Natalie Wood – pozostawiona sama sobie w dobie swojego szaleństwa. Dlatego wybrała ten wiersz na tamten konkurs recytatorski. Konkurs, który miał być jej wielkim debiutem, ale wówczas wszyscy bliscy ją olali. Ojca nie było, mama jak zwykle się nie pojawiła, a na przyjaciółki nie miała, co liczyć. Był tylko on – Dan Humphrey.
— Pamiętasz to? — zapytała w końcu i zmusiła się, aby na niego spojrzeć. Wiedziała, że za chwilę się odwróci i ich spojrzenia się spotkają, ale ten kontakt wzrokowy był tym, czego właśnie potrzebowała. Jakby miała zamiar wyczytać z jego oczu największą tajemnicę świata i gdy na nią spojrzał, to wiedziała.
— Pamiętam wszystko.
/
To był najgorszy dzień w życiu Jenny Humphrey. Porównywalny był jedynie z dniem, w którym musiała opuścić Nowy Jork w niesławie oraz do opuszczenia jej przez matkę. Do tej pory wszystkie te rzeczy starała się brać z pokorą i czasami jako nauczkę. Wydawało się jej bowiem, że wszystko jest po coś, a ona ma tylko iść dalej. Wszystko po to, aby pewnego dnia sięgnąć swoich marzeń i zostać projektantką. Droga była długa oraz kręta. Przechodziła przez różne fazy – od stażu poprzez pomocnicę projektantów, aż wreszcie jej projekty mogły ujrzeć światło dzienne. Na wszystko zapracowała sama – swoją ciężką pracą, chęciami do nauki i trochę w byciu w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Poza tym mogła się wypromować dzięki firmie Waldorf. Cieszyła się i to bardzo. To miało być spełnienie jej marzeń i zupełnie nowy krok w jej prężnie rozwijającej się karierze. Tak jednak nie było. Zamiast tego doświadczyła porażki w postaci debiutanckiego pokazu, który zapewne będzie jej ostatnim. Jak wcześniej w przypadku zostawienia przez matkę czy przymusowym opuszczeniu Nowego Jorku zawsze widziała światełko w tunelu. Miała nadzieję oraz posiadała chęci do dalszej walki. Tym razem tak nie było. Nie było niczego – ani nadziei ani chęci do dalszej walki. Była tylko przerażająca pustka zmieniająca się w ciemność, która nigdzie jej nie zaprowadzi.
Wróciła do loftu i zamknęła się w pokoju. Nie chciała z nikim rozmawiać. Chciała być sama jakby to miało pomóc rozwiązać jej problemy. Nie dało się. Jedyne, co mogłoby jej pomóc, to wehikuł czasu, którym cofnęłaby się do tego feralnego wieczora i zapobiegła katastrofie. Płakała. Gdy wydawało jej się, że już nie ma czym płakać, to nadchodziła nowa i Nowa fala smutku i bezradności zalewała ją bardziej niż poprzednie, z którą nie potrafiła sobie poradzić. Nie wiedziała, co bardziej ją zabolało – głupi pokaz czy to, co zrobił Jacob.
Kiedy powoli zaczynała rozumieć, że zniszczony pokaz to nie koniec świata i wszystko dzieje się po coś. Przed oczami miała swojego byłego chłopaka i rozrywający ból na myśl o tym co jej zrobił, którego tak nawet nie mogła nazwać. Wszystko się w niej buzowało – złość, gniew, rozpacz, smutek i rozczarowanie. Nie rozumiała dlaczego Jacob postąpił w taki sposób i czym sobie na to wszystko zasłużyła. Analizowała każdy swój związek oraz relacje – z mamą, tatą, bratem czy Lily i jej rodziną. Żadne z nich nie był idealny. Chociaż przez ostatnie lata zbliżyła się do Dan'a, to jednak nie było to to, co posiadali, gdy byli dziećmi. Bardzo chciała do tego wrócić i czuła, że Dan również, ale przed nimi była długa droga. Relacja z rodzicami pozostawała wiele do życzenia. Miała wrażenie, że po idealnym dziecku, jakim był Dan, ktoś taki jak ona to było tylko rozczarowanie, co nie raz dali jej to w taki sposób odczuć. Pokaz w pewien sposób miał na celu pokazać, że ona jak Dan potrafi wyjść na szczyt. Potrafi być artystką w swoim fachu. Chciała, aby tak było. Chciała tego uznania w oczach taty, gdy Dan wydał książkę, a potem kolejną. Chciała, aby mama do niej zadzwoniła z gratulacjami. Chciała, aby od tej pory dzwoniła coraz częściej i żeby od nowa stały się przyjaciółkami. Chciała jej ufać, zwierzać się i mieć w niej oparcie. Nie dostanie tego. Mama nie przyjechała. Nie zadzwoniła. Nawet teraz, aby ją w jakiś sposób pocieszyć. Jenny wiedziała, że rodzicielka ma swoje życie i ,dawne" dzieci nie zajmują jej myśli ani tym bardziej czasu. To ją bardziej przygnębiało. Brakowało w jej życiu mamy i chociaż wydawało jej się przez chwilę, że zyskała zastępczą w postaci Lily, to szybko została sprowadzona na ziemię. W taki sam sposób jak jej tata stał się po raz drugi rozwodnikiem.
Był jeszcze on – Jacob. Chłopak, który zmienił jej życie. Był pierwszym, który wprowadził do jej życia coś innego poza pracą, obowiązkami czy monotonią. Nie tylko poczuła, że jest młoda i może korzystać z życia. Może nie używali tak górnolotnych słów jak ,kocham cię", ale czy to oznaczało, że go nie kochała? Kochała, ale bała się to wyznać. Targała nią obawa o to, że on nie czuje i te słowa wszystko zmienią i zmienią na gorsze. Bała się odrzucenia. Takiego samego dorzucenia jakie zaoferowali jej rodzice. Za każdym razem kończyło się to w taki sam sposób, gdy przed kimś otwierała swoje serce. Czemu teraz miałoby być inaczej? Dlaczego była tak głupia i ściągnęła nogę z hamulca? Dlaczego pozwoliła sobie się tak głupio i bez pamięci zakochać?
Sięgnęła po torebkę, gdzie miała paczkę papierosów. Nie paliła, ale uważała, że z jakiegoś powodu powinna mieć paczkę przy sobie. Podpalała sobie okazjonalnie - podczas imprez czy z nerów. Tak jak dzisiaj. Poczuła nagłą potrzebę dostarczenia swojemu organizmami tytoniu. Gdy włożyła rękę do torebki, to poczuła w niej coś jeszcze. O czego istnieniu totalnie zapomniała. Kokaina Sereny, którą miała spuścić w toalecie – nie zrobiła tego. Teraz trzymała mały woreczek w ręku i przyglądała mu się z uwagą. Może właśnie to jest jej odpowiedź na wszystko? Problemy, upokorzenia, wstyd i na brak wyjścia z tej sytuacji? Chciała znaleźć sposób, aby przejść dalej. Może to właśnie było to?
Chwyciła ze stolika nocnego ramkę ze zdjęciem. Była na nim z Jacobem. Rozbiła ją i wyciągnęła z niej zdjęcie. Usłyszała przy drzwiach głos Rufusa. Zapewne ciekawość wzbudziło u niego dźwięk pękającego szkła.
— W porządku tato. To tylko… wypadła mi szklanka.
— Jenny jeśli czegoś lub kogoś potrzebujesz, to jestem.
— Jedyne, czego potrzebuje teraz to świętego spokoju! — warknęła. Odpowiedzi z drugiej strony jednak nie było. Nie było jej przykro, że w taki sposób skierowała swoje nerwy w kierunku taty. Może nie był winien tego, co stało się dziś wieczorem, ale miała do niego znacznie więcej żalu z przeszłości. Żalu, który wcale nie odszedł.
Odczekała aż Rufus sprzed drzwi jej pokoju a jego kroki zamilkną gdzieś w oddali. Popatrzyła na zdjęcie przez chwilę, a następnie przedarła je na pół. Ponownie sięgnęła po torebkę z kokainą i rozsypała proszek na stoliku nocnym. Mijała minuta, po niej kolejna, następna i tak dalej. Tylko na to patrzyła, coś hamowało ją przed zrobieniem ruchu. Koniec końców stało się. Nie było hamulców tak jak nie było nadziei. Zgięła kawałek zdjęcia, na którym był Jacob w rulon i wciągnęła narkotyk. Po chwili była już tylko ciemność.
/
Jacob Aborn patrzył w zaciemnione niebo. Próbował dostrzec gwiazdy, ale wydawało się, że żadnej nie ma. Niebo musiało być bardzo pochmurne Albo niezbyt łaskawe by po tym ci zrobił, mógł zostać uraczony widokiem gwiazd wskazujących mu którą drogę powinien obrać. Czy czuł się okropnie? Zdecydowanie tak. Czy miał wyrzuty sumienia? Z każdą chwilą coraz mniejsze. Z każdą chwilą nieustanie sam siebie próbował tłumaczyć i wychodziło mu to. Być może pomagało mu w tym wybujałe ego, własna miłość oraz myślenie, że żadnej rzeczy nie robi źle – zmuszają go do tego okoliczności lub inne osoby. On jest niewinny i nieskazitelny. Musi dbać o sobie oraz o swoją przyszłość. To było dla niego najważniejsze. A Jenny? Po prostu była ofiarą systemu, w którym się oboje znaleźli.
— Wybacz spóźnienie. Musiałam upewnić się, że jestem sama i nikt nie będzie za mną szedł.
— W porządku. Masz pieniądze?
— Nie tracisz czasu. — odparła wywracając oczami. — Jestem słowna jeśli chodzi o interesy. — dodała wyjmując kopertę z torebki i dając ją Jacob'owi.
Ten bezceremonialnie ją wziął i zaczął przeliczać zawartość, gdy skończył schował kopertę do wewnętrznej kieszeni swojej skórzanej kurki. Spojrzał dość wymownie na kobietę, a gdy ta nie reagowała i nie potrafiła odczytać odpowiedniej intencji, to postanowił się upomnieć.
— Nie zapomniałaś o czymś jeszcze?
— Nie zapomniałam. Powiedziałam ci, że nie oddam ci nagrania dopóki nie będę mieć pewności, że nasz interes pozostanie słodką tajemnicą. U mnie jest bezpieczne, a ty masz pewność, że nie użyję go przeciwko tobie. Chyba, że mnie do tego zmusisz. — dodała zakładając ręce na ramiona i spojrzała na niego uważnie. — Masz to, na co się umawialiśmy. Pieniądze i moje kontakty. Szepnę o tobie słówko komu trzeba. Teraz jednak znikaj i nie próbuj się ze mną kontaktować. To ja odezwę się do ciebie.
Jacob spojrzał na nią wnikliwie. Był najbardziej zawistną, wredną i okropną kobietą, którą miał nieprzyjemność poznać. Nienawiść aż od niej biła i nie rozumiał jak nikt do tej pory mógł tego nie zauważyć. To jednak nie była jego sprawa, ani jego świat. Chciał zniknąć i to jak najszybciej. Jego kariera modela się skończyła, ale może próbować swoich sił w innej gałęzi show-biznesu. Może to robić dopóki jego reputacja nie zostanie naruszona. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego jak łatwo można tutaj kogoś zniszczyć. Ten system był zły, ale podobał mu się. Podobała mu się ta gra. Fakt, że tak łatwo ze szczytu można upaść na samo dno był dla niego tak samo fascynujące jak to że można niszczyć ludzi stojących nam na drodze Był młody i niedoświadczony, ale dzięki temu, co stało się dzisiejszego wieczoru zyskał pewne lekcję tego, kim może być w przyszłości.
— Zanim się rozejdziemy, to mogę cię o coś zapytać?
— Pewnie. Byle szybko. Nie chcę kusić losu i obiektywów, że ktoś może nas zauważyć.
— Dlaczego to robisz? Przecież Blair to twoja przyjaciółka.
— Nie jest moją przyjaciółką dopóki jest inspiracją dla mojego męża. Wtedy jest moim wrogiem.
Reputacja jest ważna. Możne nas zaprowadzić na sam szczyt i w taki sam sposób może nas z tego szczytu zepchnąć. Dla Jacob'a Aborn'a reputacja była wszystkim, czego potrzebował do osiągnięcia sukcesu. Bynajmniej tak mu się wydawało. Musiał tylko teraz nie zrobić nic głupiego, a wydarzenia dzisiejszego dnia zabrać do grobu. Jeden mały błąd może zaważyć na wszystkim – na tym, kim będzie lub kim nie będzie. Wartość jego reputacji jest obecnie w rękach Sereny van der Woodsen.
Odwracając się od odchodzącego Aborn'a, Serena wyciągnęła z torebki telefon i zaczęła pisać kilka wiadomości tekstowych do Chucka. Wysłała mu screen wiadomości z CNN Network na temat tego, co wydarzyło się podczas pokazu. Chuck sprawiał wrażenie usatysfakcjonowanego przebiegiem zdarzeń. Relacja z Chuckiem była dla blondynki ważna i zrazem wyjątkowa. Traktowała go jak brata, a on ją jak siostrę od momentu, w którym Lily go zaadoptowała. Tak naprawdę, to dzięki niej w pewnym sensie poczuł czym jest dom. Szkoda, że panna van der Voodsen nie mogła powiedzieć tego samego o Lily. Nie miała najlepszych relacji z matką i ta nigdy nie starała się ich naprawić albo sprawić, że Serena poczułaby się ważna w jej życiu. Dla Lily ważne były trzy rzeczy: reputacja, pieniądze i facet. Nie było w jej życiu miejsca na dzieci, o czym zarówno Serena jak i Erick nie raz się przekonali. Odmienne zachowanie Lily prezentowała wobec Chucka i poniekąd blondynka była o to zazdrosna.
Po chwili usłyszała swoje imię i podnosiła głowę. To był Nate. Zaskoczona odruchowo schowała telefon do torebki i próbowała znaleźć odpowiednie słowa, aby nie zbudzać jego ciekawości i co grosza – podejrzeń. Wyglądała na speszoną i w istocie taka była.
— Ou Nate.. Hej…
— Serena, co tutaj robisz? Myślałem, że po pokazie wróciłaś do domu.
— Tak… ja tylko…— wyraźnie blondynka zaczęła gubić się w słowach oraz w tym, co chciała powiedzieć. Obecność Archibald'a nieco ją zaskoczyła i nie spodziewała się go tutaj, a co za tym idzie? Nie miała gotowej wymówki.
Archibald jednak przestał zwracać na nią uwagę. Zamiast tego za nią zobaczył oddalając się znajoma sylwetkę. Znał Jacob'a. Cały czas bowiem był blisko Jenny i Blair i wspierał ich w ich nowych planach oraz projekcie. Miał okazję poznawać różnych ludzi, z którymi dziewczyny spędzały czas. Jedna z nich był właśnie Jacob.
— Czy to nie Jacob? Co ten szczur tu robi? — Nate sprawiał wrażanie jakby nie słuchał tego, co mówi Serena. Nawet nie zwracał na to uwagi. Zamiast tego ruszył biegiem w jego kierunku. Chciał go złapać. Nie zamierzał pozwolić mu uciec za to, co zrobił.
Po chwili było słychać tylko ogromny łoskot upadku, a zaraz po nim paniczny krzyk Sereny, który zwrócił uwagę oddalającego się Aborn'a. Odwrócił się zauważając Nate'a leżącego na ziemi i nie myśląc zbyt długo ruszył się w bieg. Po chwili zniknął już za zaułkami.
— Co to było? O co ja się przewróciłem? — zapytał zdezorientowany blondyn, a po chwili spojrzał w kierunku, w którym uciekał Jacob. — Świetnie, zwiał mi.
Serena pomogła mu wstać i z ogromną czułością zapytała czy dobrze się czuje. Nawet nie zauważył jej skromnego udziału w tym małym wypadku, a mianowicie jej wystającej nogi, o którą się potknął. Nate w tracie swojego biegu. Nie mogła bowiem pozwolić na to, aby Jacob został złapany. Wszystko by się wydało, a jej rola nieszczęśliwiej żony nie wypadłaby już wiarygodnie w oczach Archibald'a, który był jej największym sprzymierzeńcem jeśli chodzi o małżeństwo z Danem. Aborn zniknął z pola widzenia, a Nate zaczął utykać i nie sprawiał wrażenia jakby cokolwiek podejrzewał. Nawet zniknęło gdzieś jego zainteresowanie obecnością Sereny w tym miejscu. Cały jej plan jest bezpieczny. Przynajmniej na razie.
/
Wracając z lotniska, Dan odwiózł Blair pod jej dom. Po raz pierwszy odnosił wrażenie, że było na za czasów, że od czasu jego przyjazdu do Nowego Jorku w jakiś sposób przełamali pierwsze lody. Nie było wśród ich rozmów chamstwa czy złośliwości. Miał wrażenie, że było jak za czasów, gdy spędzali czas ze sobą podczas przerwy świątecznej. Dobrze się bawili rozmawiając i wymieniając swoimi poglądami na nowości, które obejrzeli w kinie. W zeszłym roku dla młodych ludzi zdecydowanie królowało coś takiego jak ,After. Zarówno Dan jak i Blair nie mieli nic dobrego do powiedzenia na temat tego filmu. Dla nich to był zwyczajny chłam bez większej głębi czy przekazu. Chociaż oboje zgodzili się do tego, że obecnie film jest dobry jeśli pokazuje coraz to śmielsze sceny seksu. Zostawili nowości kinowe i zajęli się dyskusjami na temat filmów Hitchcock'a – prawdziwego artysty swoich czasów. Czy jednak wszystkie jego filmy przetrwały próbę czasu? Tutaj Dan i Blair mieli nieco inne zdanie. Zwłaszcza, gdy na tacę dyskusji rzucono film ,Ptaki". Dan jako sentymentalny głupiec twardo bronił tego filmu, bo przecież jest klasykiem. Blair jednak ostro twierdziła, że on się zwyczajnie zestarzał. Odmienne zdania nie przeszkadzały im jednak w tej żywiołowej dyskusji, w której było pełno szacunku do zdania drugiej osoby.
Danowi tego brakowało i nie wiedział jak bardzo za tym tęsknił. Czasami, gdy chodził do kina z Sereną, to ona była zachwycona, a on zniesmaczony. Nawet nie miał o czym z nią rozmawiać. Byli jak dwa oderwane od siebie światy, których nic nie łączy. Przekonywał się o tym każdego wspólnego ich dnia, ale przecież musiał robić dobrą minę do złej gry. W końcu przestał to robić i poczuł się zdecydowanie lżej. Teraz nawet o niej nie myślał. Cały czas wpatrywał się w te sarnie oczy i nie rozumiał jak mógł pójść dalej bez niej. Chociaż czy faktycznie poszedł dalej?
Siedzieli już dłuższą chwilę pod jej domem, ale nawet nie zwracali uwagi na uciekający czas. Widocznie nie było brunetowi brakowało takich rozmów, bo Blair również nie sprawiała wrażenia znudzonej.
— Dziękuję Humphrey.
— Żaden problem. Miałem po drodze do Starbucks'a. — odparł i popił swoje borówkowe frappuccino, a właściwie siorbał jego lodowe resztki. Wywołało to jedynie grymas na twarzy Blair, ale nie chciał komentować jego maniery, a raczej ich brak.
— Nie chodzi o to, że mnie podwiozłeś. Dziękuję za dzisiaj. Jesteś chyba jedyną osobą w Nowym Jorku, która chciałaby ze mną teraz rozmawiać.
— Jestem pewien, że sprzedawca w Starbucks'ie chciałby z tobą porozmawiać i nie tylko. — odparł rozbawiony i poczuł jak Blair szturcha go w ramię. — No co? Nie mów, że nie widziałaś jak na ciebie patrzył i ten tekst o kawie na koszt firmy, ale mogłaś darować sobie, że jestem twoim bratem gejem. — zakończył nieco urażony. Czasami miewał dziwne myśli czy faktycznie wygląda jak gej i szukał podobieństw miedzy sobą , a Erickiem. Jedynym homoseksualistą, którego znał.
— Nie chciałam, aby było ci przykro, że ty musisz płacić za kawę. Samo ,dziękuję Blair, jesteś super" wystarczy Humphrey. — rzuciła z udawaną wyniosłością i oboje parsknęli śmiechem.
— Wiesz Blair, że nie wszystko możesz robić z bratem?
— Oh tak, co niby nie mogę z tobą robić? — odparła rozbawiona i odwróciła się w jego stronę.
— Tego.
Zbliżył twarz do jej twarzy. Przywarł do jej ust i rozchylił je językiem, a ona pogłębiła pocałunek. Oboje się w tym zatracili było w nich wszystko to, za czym tęsknili każdej nocy i każdego dnia od czasu ich rozstania. Powoli położył dłoń na jej policzku lekko smyrgając go swoim palcem, na którym były opadające pasma włosów. Poczuł jak jej dłoń układa się na jego, ale nie zabiera jej ze swojej twarzy tylko splątuję z nim swoje palce.
Zanim zdała sobie sprawę, co się dzieje, to trwały tylko sekundy, a Blair wystarczyło, że jego usta musnęły ją delikatnie. Trudno powiedzieć, co z tej chwili nią kierowało – ciekawość, tęsknota, pożądanie czy może zwyczajna chęć spróbowania zakazanego owocu. Cokolwiek to było nie pozwoliło na reakcję jej zdrowego rozsądku. Zrobiło to za nich coś innego – dzwonek telefonu Dana. Momentalnie od siebie odskoczyli próbując złapać oddech i żadne z nich nawet na siebie nie spojrzało. Zamiast tego Dan odebrał telefon.
— Hej tato, o co chodzi?
I to były jedyne słowa, które powiedział. Słuchał tego, co mówił Rufus i z każdą chwilą jog twarz zmieniała wyraz w coraz to smutniejszy i coraz bardziej rozpaczliwszy. Blair widziała ból na, który się na nim malował i kiedy się rozłączył zapytała:
— Coś się stało?
— Mój tata… Jenny… — odparł nieco się jąkając i wtedy poczuł jak Blair chwyta jego dłoń. Było coś w sposobnie w jaki na niego patrzyła. Coś, co sprawiało, że mimowolnie się uspokajał. — Jenny przedawkowała narkotyki, a mój tata tak płakał i nie byłem w stanie nic zrozumieć. Nawet nie wiem, czy ona żyje.
— Nawet tak nie mów! Na co czekasz? Jedźmy do niej jak najszybciej.
/
