Jenny Humphrey przedawkowała kokainę i do kilku dni była w śpiączce w jednym z nowojorskich szpitali na oddziale intensywnej terapii. Dopiero dzisiaj została przeniesiona na normalny oddział, gdzie przy jej łóżku mogą przebywać rodzina oraz bliscy. Mimo to, Dan oraz Rufus w szpitalu byli codziennie z nadzieją, że jej stan się poprawi. Zarówno jeden jak i drugi nie mogli sobie darować, że tamtej nocy żaden z nich nie był przy niej. Żałowali, że nie zauważyli tak oczywistej rzeczy jak załamania. Każdy z nich był w takim momencie swojego życia, gdzie wydawało się, że stracili wszystko i nawet nie potrafili zobaczyć tego ,światełka w tunelu". Czemu nie potrafili ujrzeć tego w Jenny? Tylko każdy zajął się swoimi sprawami z myślą, że blondynka ,jakoś się z tego podniesie". Nie podniosła się i co gorsza – nie miała takiego zamiaru. Chociaż żaden z nich nie chciał tego nazwać wprost i po imieniu, że dziewczyna zamierzała w ten sposób ze sobą skończyć. Obaj panowie woleli to nazywać chwilą zwątpienia, słabości lub zwyczajnym odreagowaniem. Bali się spojrzeć na to z innej perspektywy – że ich kochana Jenny po prostu nie chciała już egzystować.
— Dziękuję Blair, ale nie musisz tego robić. — Dan wziął od brunetki kubek z kawą oraz torebkę z pączkami. Od kiedy Jenny przebywa w szpitalu, to były jego główne posiłki jak i Rufusa.
— Żartujesz? Jenny to moja przyjaciółka i chce być tutaj, gdy się obudzi. Nawet jeśli dzisiaj jestem na jej czarnej liście. Pewnie po przebudzeniu zrobi z mojego zdjęcia tarczę dla lotek. Ja bym tak postąpiła.
Dan uśmiechnął się i otworzył torebkę z pączkami wyjmując jednego. Zerknął na Blair, która tylko przewróciła oczami.
— No co?
— Tylko ty Humphrey mógłbyś wybrać pączka z nadzieniem pistacjowym. — zrobiła skwaszoną minę jakby to był najgorszy smak świata wybrany w rankingu przez wybitnych dietetyków.
— Przesadzasz. Nie jest taki zły. — dodał i ugryzł kawałek słodkiego wyrobu w taki sposób, że nadzienie znalazło się na jego policzku. Powycierał się, ale zrobił to dość niechlujnie.
Blair tylko ciężko westchnęła i zerknęła na niego tym swoim piorunującym spojrzeniem. Nie miała sił, żeby to komentować. Ostentacyjnie odsunęła się tylko, aby nikt nie połączył, że się znają lub co gorsze – że są tutaj razem.
— Na miłość boską Humphrey, ty nawet jedząc musisz pokazać, że jesteś z Brooklynu.
Dan roześmiał się. Właściwie to był pierwszy raz, gdy jego nastrój zmienił się z przygnębionego na nieco bardziej rozchmurzony. Doceniał próby Blair, nawet jeśli obecnie nie był najlepszym kompanem do towarzystwa. Kobieta była tu codziennie. Przynosiła jemu i Rufusowi kawę i przekąski. Wątpiła w jakość szpitalnego jedzenia i jak często podkreślała – chce ich dokarmiać, aby po przebudzeniu Jenny nie wystraszyła się na widok ich zmarnowanych twarzy. To w jakiś sposób im poprawiało humor i nieco podtrzymywało na duchu. Czasami zjawiała się sama, a czasami z Dorotą i Henrym. Mały Bass z ,dużym" Bassem miał tyle wspólnego, co samo nazwisko. Chociaż Dan bardzo starał się znaleźć w małym chłopcu odbicie Chuck'a, to z przykrością musiał stwierdzić, że tak nie jest. Henry nie był mieszanką wybuchową ani ,skórą zdartą „ z Chuck'a. Sprawiał wrażenie, że ma własną osobowość – był wrażliwy, spokojny, miły i jak na swój wiek ma dość spore poczucie moralne. Chłopiec imponował wszystkim w holu czekających na wieści o Jenny i w pewien sposób był to małą gwiazdą.
— Dzisiaj jesteś bez Henrego?
— Nie. Jest na dole z Dorotą. Uparł się, że musi wylosować Harrego Pottera z automatu. — odparła i odwróciła się w kierunku bruneta. Dan spojrzał na nią wzrokiem, w którym było widać rozbawienie i uniósł wysoko jedną brew. — Nie rób takiej miny. To wszystko twoja wina.
— Ja tylko wspomniałem mu o małym chłopcu, który pewnego dnia dostał list ze szkoły Magii i Czarodziejstwa. — Dan wzruszył ramionami i nadal konsumował swojego pączka.
— Pewnie dlatego tak mu się to spodobało.
— Dlaczego?
— Pewnie też chciałby dostać list, który zaprosi go do innej szkoły.
— Nie lubi chodzić do szkoły? To chyba normalne w jego wieku.
— To nawet nie o to chodzi, Humphrey. — Blair wywróciła oczami, ale zdecydowanie coś ją gnębiło i Dan to zauważył.
— O co chodzi?
— W szkole nie wiedzie mu się dobrze. Jest bystry, gadatliwy i ciekawy. Innym uczniom to przeszkadza, więc mu dokuczają.
— Ou… — Dan odłożył pączka i sprawiał wrażenie jakby się nad czymś zastanawiał. — Rozmawiałaś z nim o tym?
— Tak i chciałam od razu pójść do szkoły załatwić tę sprawę.
— To chyba nie jest dobry pomysł. — przerwał jej. — Tylko to pogorszysz, gdy zrobisz z niego maminsynka i skarżypytę.
— Wiem, dlatego poprosiłam Chuck'a.
— I?
— I nic. Jest na razie zajęty sprawami firmy.
Zapadło chwilowe milczenie. Dan wiedział, że jest ostatnią osobą, która mogłaby się wtrącać w życie rodzinę Blair i Chuck'a, dlatego nie odezwał się już na ten temat. Zamiast tego postanowił coś zaproponować.
— Jeśli chcesz, to ja mogę z nim porozmawiać.
— Ty? — Blair popatrzyła na bruneta z zaciekawieniem, a po chwili zrobiła minę jakby sobie o czymś przypomniała. — Nie ma mowy.
— Dlaczego nie? Sam wiem jak to jest być wyrzutkiem.
— Dokładnie. Nie chcę, aby mój syn założył bloga do dręczenia innych i opisywał w nim jak bardzo wszystkich nienawidzi.
— Blair ja nie jestem…
Rozmowę przerwał dzwoniący telefon Dan'a. Mężczyzna zmarszczył brwi i powiedział brunetce, że dzwoni jego nowy szef więc musi ją na chwilę opuścić. Blair pokiwała głową ze zrozumieniem i wzięła łyk swojej kawy. Gdy zniknął za winklem, oparła ręce o kolana i ukryła twarz w dłoniach. Była zmęczona, wyczerpana i poniekąd zdezorientowana. Od czasu tamtego wieczoru, w którym Jenny trafiła do szpitala nie miała okazji porozmawiać z Danem o tym, co wydarzyło się przed tym przykrym incydentem. Z jednej strony nie miała odwagi wracać do tamtego pocałunku, a z drugiej uważała, że to nie jest odpowiedni moment. Dan jak i Rufus byli bardzo przejęci stanem Jenny. Nie dziwiła się, bo ona również się o nią martwiła. Zwłaszcza, że ich ostania rozmowa nie należała do najlepszych. Nadal nie wiedziała, kto próbował ją wrobić w trakcie pokazu i co gorsza – nie miała żadnych domysłów. Dramy oraz intrygi przestały ją interesować i zajmować jej życie, od kiedy pojawił się w nim Henry. Widocznie nadszedł czas, aby wyciągnąć z szafy stary kostium Queen B.
— Blair? — brunetka poderwała się słysząc swoje imię. Spojrzała na smukłą rudowłosą kobietę, która była pielęgniarką tutejszego szpitala. Będąc tu codziennie, Blair zdążyła już poznać każdą zmianę opiekujących się medyków przy Jenny i vice versa. — Widziałaś gdzieś tatę Jenny? Właśnie się obudziła i można do niej wejść.
— Nie. Odsypia nocną zmianę, ale ja mogę do niej zajrzeć. — dodała i od razu poderwała się z miejsca. Poczuła bowiem jakby wielki kamień spadł jej z serca.
— Tylko rodzina.
— Ale przecież ja należę do rodziny. — powiedziała tonem jakby to było oczywiste przy jednoczesnym pionującym spojrzeniu w kierunku pielęgniarki. — Jestem jej szwagierką. — skłamała i zapewne rudowłosa kobieta o tym wiedziała.
— W takim razie wejdź, ale tylko na chwilę. Nie można jej przemęczać.
— Bez obaw – nie będę. — dodała biorąc torebkę w dłoń i kierując się do Sali, w której przebywała blondynka.
— Pięć minut! — usłyszała jeszcze za sobą zanim zamknęła drzwi do pokoju Jenny.
/
Serena obserwowała Dana już kilka minut, od kiedy pojawiła się w szpitalu. Rozmawiał przez telefon i co chwilę pocierał dłonią o czoło. Nie umknęło jej uwadze, że był zły i zdenerwowany, nie przychodziło jej jednak do głowy co mogło wywołać u niego taką reakcję, ale nie mogła przypuszczać, co takiego mogło się stać. Gdy tylko odłożył telefon do kieszeni, natychmiast do niego podbiegła łapiąc za ramię.
— Dan, co się stało?
Brunet obrócił się nerwowo. Jego reakcja była totalnym zaskoczeniem, co malowało się na jego twarzy. Nie spodziewał się, że ktoś tu jest. Wziął głęboki wdech i zachowawczo odsunął się od blondynki.
— Właśnie straciłem pracę zanim ją dostałem.
— Co? Co się stało?
Dan dość szybko i skrótowo wyjaśnił jak wyglądała jego rozmowa z przyszłym i zarazem niedoszłym szefem. Ponoć doszło do poważnej pomyłki i Dan zajął miejsce niejakiego Derek'a Shargel'a, który był głównym kandydatem do objęcia stanowiska w redakcji. Przeprosili go, zaproponowali pewną rekompensatę, ale Dan się nie zgodził. Niczego już nie chciał. Był roztrzęsiony, co było po nim widać i przede wszystkim czuł się jakby ktoś zmieszał go z błotem. Było dokładnie tak jak za czasów liceum, gdzie na każdym kroku, ktoś go upokarzał z powodu tego, skąd pochodził. Minęło tyle lat i czuł, że nic się nie zmieniło. Mimo, że zapracował sobie na szacunek. Przynajmniej tak mu się wydawało, ale chyba jednak nie do końca. Nadal musiał coś udowadniać i wydawało mu się, że to się nie zmieni. Zawsze będzie tylko Danem Humphrey'em z Brooklynu.
— Dan, tak mi przykro.
Serena podeszła do mężczyzny i go przytuliła. W jej geście można było wyczuć troskę oraz wsparcie, za co brunet był wdzięczny. To jednak nie zmieniało tego, jak się czuł, a czuł się okropnie.
— W porządku Serena. Powinienem wiedzieć, że tak będzie. Pewne rzeczy nigdy nie będą dla mnie.
— Nie mów tak. — kobieta ponownie przytuliła męża.
Stali w uścisku dość dłuższą chwilę, gdy nagle blondynka oderwała się od mężczyzny jakby właśnie na coś wpadła.
— Dan! — pisnęła euforycznie. — Niedawno mój znajomy z LA poszukiwał kogoś do swojej redakcji. To duża gazeta. Głównie plotkarska, ale jak to większość w Hollywood. — uśmiechnęła się niepewnie. — Wiem, że to nie jest to, o czym marzysz, ale miałbyś jakiś punkt zaczepienia. Szansę, dzięki której możesz się wybić. Mogę do niego zadzwonić jeśli chcesz. Porozmawiam z nim i cię zaoferuje.
— Nie chcę pracy po znajomości i nie jestem pewny, czy chce tak zaczynać.
— To, co zamierzasz robić? Zostaniesz kelnerem w Peach Pit? — powiedziała ironicznie oraz rzuciła na niego gniewne spojrzenie, ale po chwil złagodniała. Wiedziała, że sprzeczką nic nie zyska. Podeszła do niego bliżej i ujęła jego dłoń w swoje ręce. — To nie będzie praca po znajomości. Zadzwonię do Jeff'a i powiem, że mam dla niego kandydata. Prześlę twoje CV i to wszystko. Od niego będzie zależał proces rekrutacji. Nie masz stuprocentowej pewności, że ci zaoferują pracą, ale możesz spróbować pokazać się z jak najlepszej strony.
Dan nerwowo zaczął pocierać dłonią o swoją brodę. Serena była przekonująca, ale wyjazd z miasta nie był teraz najlepszym pomysłem. Nie chciał zostawiać Jenny po tym, co tutaj się stało. Wiedział, że młodsza siostra go potrzebuje i nie mógł być egoistą.
— Nie wiem Serena czy to jest dobry pomysł. Nie chcę teraz zostawiać siostry. Potrzebuje mnie.
— Dan, daj spokój. Jenny jest dorosła. Poza tym Rufus tu jest.— Serena próbowała przekonać Dana, aby ten jednak wziął wyjazd z Nowego Jorku pod uwagę. Była zdeterminowana, ale też nie chciała popełnić żadnego błędu, który mógł zniechęcić jej męża do opuszczenia miasta. — Pomyśl o sobie. Czy Jenny myślała o tobie, gdy wyjechała, aby zająć się swoją edukacja i karierą? Nie i nie ma w tym nic złego. Ty też powinieneś teraz zająć się sobą. Jestem pewna, że Jenny to zrozumie i nie będzie od ciebie wymagać, abyś został. — spojrzała na niego i zobaczyła tą niepewność na jego twarzy. — To może być twoja ostatnia szansa. Nie zaprzepaść jej tylko po to, aby siedzieć w lofcie i obserwować jak kariera Jenny nabiera tempa.
/
Gdy Blair weszła do pomieszczenia od razu w oczy rzuciła jej się blondynka, która nie przypominała radosnej siebie sprzed kilku tygodni. Brunetka poczuła jak coś ją ściska w piersi. Było jej przykro z powodu tego, co się stało. Chociaż wiedziała, że nie była winna sytuacji z Jacobem, to mimo wszystko odczuwała pewne wyrzuty względem siebie. Od początku mu nie ufała. Może gdyby bardziej naciskała na Jenny, aby nie angażowała się tak bardzo i tak szybko, to może jakoś by zaradziła temu, co się stało?
— Blair? — odezwał się ochrypnięty głos. Jenny nie ukrywała zdziwienia widokiem kobiety jako pierwszej w jej małej sali.
— Hej… jak się czujesz?
— Jak ktoś, kto przedawkował kokainę. — odparła nieco ironicznie. — Co tutaj robisz?
— Czy to nie oczywiste? Martwiłam się o ciebie. Jesteśmy przyjaciółkami.
— Nie, nie jesteśmy. Nie po tym, co mi zrobiłaś.
Blair westchnęła ciężko. Wiedziała, że ta rozmowa będzie trudna, ale nie przypuszczała, że aż tak. Blondynka była tak samo uparta jak Dan. To chyba dziedziczna cecha wszystkich Humphrey'ów. Pozwoliła sobie przysunąć krzesło bliżej łóżka Jenny i na nim usiąść.
— Naprawdę myślisz, że mogłaby to zrobić? Po wszystkim, co razem przeszłyśmy?
Blair oraz Jenny miały dość burzliwą przeszłość, do której żadna nie wracała wspomnieniami chętnie. Ich znajomość nie zaczęła się dobrze, a wojny toczyły przez całe liceum. Waldorf była zachwycona, gdy mała Jenny wyjechała z miasta i nawet po jakimś czasie zapomniała o jej istnieniu. Młodsza siostra Dan;a wykorzystała czas poza Nowym Jorkiem dość dobrze. Była bowiem z dala od szkolnych dram i potrzeby zaistnienia w świecie Upper East Side jako nowa królowa. Z czasem licealne problemy, kłótnie oraz potrzeby wydawały jej się tak zabawne, że aż żałosne. Wstydziła się tego, kim i jaka była i gdyby tylko mogła, to na pewno cofnęłaby kilka rzeczy. Pewnie dlatego przyjęła ofertę od Elenor Waldorf i zaczęła pracę jako jej projektantka, co początkowo niezbyt podobało się samej Blair. To się jednak z czasem zmieniło. Od czasu jej powrotu do Nowego Jorku jej relacja z brunetką poprawiała się z dnia na dzień, a z czasem przerodziła się w przyjaźń. Jenny lubiła nazywać ją swoją przyjaciółką, co kiedyś wydawało jej się niemożliwe. Dziś jednak darzyła ją sympatią, dużo rozmawiały, zwierzały się sobie, a ich wspólna praca dawała owocne efekty. Polubiła małego też Henrego, który lubił się do niej zwracać ,Jen". Pewnie tak było mu łatwiej. Czasami wydawało jej się, że są dla niej bliżsi niż jej własna rodzina. Zarówno rodzice jak i Dan żyli swoim życiem i przypominali sobie o niej od święta i to dosłownie.
— Pomyśl Jenny… — kontynuowała. — Pracowałyśmy razem poświęcając całe dnie i nieraz noce. Tak jak Ty traciłam czas i energię. Przypłaciłam nawet kilka razy moje pęknięte paznokcie poprawiając twoje szkice. Naprawdę myślisz, że zrujnowałabym moją reputację, reputację firmy mojej mamy oraz jej nazwisko w imię… no właśnie czego? — zapytała retorycznie. Nawet nie pamiętała dobrze tego bełkotu Jacob'a w tym jego beznadziejnym występie na pokazie. Po chwili Blair położyła dłoń na dłoni Jenny. — Przede wszystkim za nic w świecie nie zniszczyłabym naszej przyjaźni. Jesteś dla mnie zbyt ważna. Jesteś dla mnie jak rodzina.
Popatrzyła na Jenny, u której oczy zrobiły się szkliste.
— Przepraszam Blair…
— Nie, nie musisz tego robić. Jedyną osobą, która ma za co przepraszać jest twój ex i zapłaci za wszystko, co ci zrobił. Obiecuję.
/
Od kilku dni Chuck nie miał okazji porozmawiać z Blair. Nie chodziło nawet o natłok jego pracy, której miał całkiem sporo, ale o fakt, że jego żona prawie wcale nie bywała w domu. Całe dnie i czasem nawet noce spędzała w nowojorskim szpitalu czekając na wieści o stanie zdrowia Jenny Humphrey. Pewnie nie przeszkadzałoby to aż tak bardzo, gdyby nie to, że w szpitalu był również Dan Humphrey. Świadomość obecności samotnego chłopca dzień w dzień przy jego żonie nieco go irytowała. Starał się tego nie okazywać i tym samym nie podejmować pochopnych decyzji mogących zdenerwować Blair.
— Chuck, co tutaj robisz? — Serena wyraźnie była zainteresowana obecnością mężczyzny w szpitalu.
— Przyszedłem do Blair i mojego syna. — odpowiedział chłodno i zamierzał wyminąć Serenę, gdy poczuł jak ktoś go zatrzymuje ściskając za ramię.
— Właściwie, to dobrze, że cię spotkałam. Musimy porozmawiać.
— O co chodzi?
— Dan powiedział mi, że niejaki Derek Shargel zajął jego miejsce w ,New Your post". Czy tak nie ma na nazwisko adwokat mojej mamy i twój? — zapytała podejrzliwie uważnie mu się przyglądając.
— Zgadza się. Co za zbieg okoliczności. — odparł sarkastycznie ze swoim charakterystycznym uśmiechem na twarzy.
— Prawda?
— I co zamierzasz z tym zrobić? — zapytał poważnym tonem obserwując twarz blondynki, która z każdą chwilą się rozjaśniała aż pojawił się na niej uśmiech.
— Jestem zachwycona. — odparła i przytuliła Bass'a. Nie wierzyła, aby to się udało, ale Chuck nigdy jej nie zawiódł, gdy go o coś poprosiła. — Teraz Dan nie będzie miał wyboru i wróci ze mną do Los Angeles. Dziękuję że to dla mnie zrobiłeś!
— Nie, abym narzekał na nieobecność Humphrey'a w moim życiu, ale nie rozumiem, co ty w nim widzisz. Jest dla ciebie co najwyżej przeciętny i nie pasuje do naszego świata.
— Nie mów tak Chuck. Dan jest wyjątkowy.
— Wyjątkowy? Chyba wyjątkowo nudny. Tandeciarz z brakiem dobrych manier, hołota z nizin społecznych z nieudaną karierą pisarską. Jeśli możemy to w ogóle nazwać ,karierą". — zaakceptował ostatnie słowo robiąc z palców tak zwany cudzysłów w powietrzu. — Traktuję cię jak siostrę i martwię się, gdy spotykasz się z kimś nieodpowiednim, a Humphrey taki jest.
— Doceniam to Chuck, naprawdę. Wiem, że Dan jest dla mnie odpowiedni. Nie chcę skończyć jak moja matka – rozwiedziona razy pięć.
Dla Sereny najgorsze, co mogło ją spotkać, to podążanie ścieżkami swojej matki. Nie chciała być jak ona. Marzyła jej się prawdziwa i romantyczna miłość, która będzie ją unosić przez całe życie. Dla niej rozwód będzie oznaczać porażkę i coś, co będzie miała wspólnego z Lily poza genami. Pamiętała w dniu ślubu, kiedy Lily powiedziała jej, że pierwszy ślub będzie pamiętać całe życie. Nawet wtedy nie wierzyła w jej związek z Danem, chociaż zdecydowali się na ślub po pięciu latach związku. To był dla niej cios, ale po chwili przypomniała sobie jaka była jej matka. Dlatego Serena była taka zawzięta jeśli chodziło o bruneta z Brooklynu. Związek z Danem musiał wyjść, aby udowodnić coś Lily, a przede wszystkim samej sobie.
— Jeden rozwód to nie tragedia, Serena. Wcale nie oznacza, że popełnisz błędy Lily, a być może naprawisz jeden.
Otworzyły się drzwi szpitalnej windy i wyszedł z niej Nate Archibald. Jak codziennie rano sprawdzał, co u Jenny i czy może się już wybudziła. Martwił się tym, co się wydarzyło i jak inni nie mógł darować tego, co zrobił Jacob. Idąc przez korytarz zauważył Serene rozmawiającą z Chuckiem. Zdziwiła go obecność Bass'a, ale nie zastanawiał się nad tym długo. Postanowił do niech podejść. Przywitał się z mężczyzną uściskiem dłoni i następnie zwrócił się do blondynki.
— Hej, Serena. Masz Chwilę?
Blondynka zerknęła na swojego przyszywanego brata, a ten dał jej tylko znak głową i odszedł zostawiając ich samych.
— Tak. O co chodzi?
Nate spojrzał na nią w dość dwuznaczny sposób, ale Serena sprawiała wrażenie niewzruszonej jakby wcale nie mieli o czym rozmawiać. To nieco ,wybiło" blondyna z rytmu.
— Um… chodzi o tamten wieczór…
— Nate. — przerwała mu dość ostrym tonem. — Nie ma o czym rozmawiać. Jesteśmy przyjaciółmi, a ja jestem żoną Dan'a. Tamta noc była pomyłką.
— Ale… — zaczął nieco zdenerwowany pocierając swoje dłonie.
— Nie ma żadnego ,ale" Nate. — ponownie mu przerwała mocno akcentując słowo ,ale". Chciała mu dać do zrozumienia, że dla niej sytuacja jest jasna i dla niego też powinna. Sprawiała wrażenie pewnej siebie oraz stanowczej. — Miałam potrzebę, a ty ją zaspokoiłeś.
Ostatnie słowa nieco uderzyły w Archibalda. Poczuł się razem jak nic nieznaczącą przygodą powtarzaną co jakiś czas i jak ktoś, kto dla kobiety może być tylko w jeden sposób – jako ktoś od potrzeb seksualnych. Poczuł się jakby nic innego nie potrafił sobą zaoferować.
— To nie miało dla ciebie żadnego znaczenia? — wydusił z siebie patrząc uważnie Serenie w oczy. — Za każdym razem?
— Nie. — odpowiedziała szczerze. — I jeśli chcesz nadal być przyjacielem Dan'a i naszego małżeństwa, to również jak ja o tym zapomnisz i nigdy więcej nie będziesz do tego wracał.
Nate skupił na niej swoje spojrzenie. Nie był pewny, w jaki sposób powinien odebrać jej ostatnie słowa. Zapewne Dan Humphrey wiedział w jakim stanie jest jego żona oraz jakie są jej problemy z nałogiem. Czy w takiej sytuacji mógłby się na nią złościć za jej skoki w bok? Może wytłumaczyć ją tym, że była cały czas pod wpływem. Natomiast jeśli chodziło o niego… Dan zapewne będzie wściekły i z całą pewnością może uznać, że Nate wykorzystał po prostu sytuację. Pewnie nie tylko on by tak pomyślał, bo reszta jego przyjaciół również. Nie mógł na to pozwolić. Nie mógł być ,starym" Nate'em Archibald'em.
— Okej. — powiedział po krótkiej pauzie będąc dalej w zamyśleniu. — Możesz być pewna, że nie będę miał wpływu na wasze małżeństwo.
— Świetnie. — Serena poczuł ogromną ulgę. Wiedziała, że Nate nie zrobi nic przeciwko niej. — To mamy wszystko wyjaśnione? Bo muszę teraz zadzwonić do mojego znajomego z wydawnictwa w Los Angeles. Omówimy szczegóły pracy Dan'a.
— Myślałem, że Dan będzie pracował w ,New York post". — na twarzy blondyna malowało się zdziwienie oraz zakłopotanie. Czyżby coś go ominęło? Nie rozmawiał ostatnio z Dan'em i było to bardzo możliwe.
— Nie będzie. Dziś dostał wiadomość, że jednak nie podpiszą z nim kontraktu.
— Jak to możliwe? — Nate wyraźnie nie dopuszczał do siebie myśli, że cos tak nieprawdopodobnego mogłoby się wydarzyć. Pamiętał rozmowę z Jenny na temat jak dobrą ofertę dostał jej brat. Dlatego wrócił i co? Nagle nic z tego nie wyszło?
— Nie wiem. Podobno nastąpiła pomyłka, bo chodziło im o bardziej kwalifikowanego kandydata.
— Tydzień przed sobie przypomnieli? Kto tak robi? — Nate wyraźnie był zaskoczony całą sytuacją i zrobiło mu się żal Dan'a. Natomiast Serena – wyglądała jak z kamienną twarzą. Jej zachowanie również było dla niego niezbyt zrozumiałe. — Co Dan teraz zamierza?
— Mój znajomy w Los Angeles zaoferował mu posadę w plotkarskim magazynie gwiazd.
— Ma pisać dla szmatławca? Poważnie Serena? — ciężko nie było wyczuć tej ironii sytuacji, która spotkała Dan'a. Czyżby bycie Plotkara było dla niego przekleństwem? — Poza tym naprawdę aż w LA? Dan teraz będzie chciał być przy Jenny. Ona go potrzebuje.
— Jenny ma Rufusa i jej matka mogłaby się nią w końcu zainteresować. To nie jest rola Dana, tylko ich rodziców. — dodała dość ostro. Wyraźnie była przeciwna temu, aby to brunet zajmował się Jenny i jej problemami. — Dan musi zająć się swoją karierą, a ja musze ratować moje małżeństwo. Nie zrobię tego będąc w Nowym Jorku. — odparła chłodno mierząc wzrokiem w taki sam sposób swojego przyjaciela. Po chwili poczuła wibrację telefonu i zerknęła na ekran. To był jej znajomy z Los Angeles. — Wybacz Jeff dzwoni. Muszę odebrać.
Archibald pokiwał głową ze zrozumieniem i nic już nie mówił. Obserwował tylko jak Serena odbiera telefon, rozmawia krocząc przed siebie, a po chwil znika za winklem. Stał tak jeszcze przez chwilę mijany przez personel szpitala, pacjentów oraz gości. Czuł się winny z powodu ostatniej nocy z Sereną i miał ogromne wyrzuty sumienia. Jeszcze kilka dni temu miał Dan'a za kogoś najgorszego, kogoś narcystycznie egoistycznego i myślącego wyłącznie o sobie i swoich potrzebował. Miał go za kogoś, kto z premedytacją krzywdzi bliskich nie patrząc na ich uczucia. Dzisiaj jednak, zdał sobie sprawę z tego, że wcale nie był lepszy. Czy miał więc prawo go oceniać? Sięgnął do kieszeni swojej marynarki i wyciągnął z niej telefon. Nacisnął kilka przycisków wybierając numer i przystawił go sobie do ucha.
— Hej to ja. Wchodzę w to.
/
Rufus poinformował swojego syna, że Jenny już się obudziła i może z nią chwilę porozmawiać, ale nie za długo, bo blondynka potrzebuje odpoczynku. Brunet ucieszył się. To była jedyna dobra wiadomość, którą dzisiaj usłyszał. Natychmiast udał się do sali. Wszedł do pomieszczenia, w którym leżała Jenny i rozglądnął się po nim. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to śpiąca na fotelu Blair. Zmarszczył brwi i popatrzył na swoją młodszą siostrę.
— Odleciała jakieś piętnaście minut temu. Tata mówił, że siedziała tu całą noc.
— Naprawdę? — na twarzy Dana malowało się zdziwienie. Wydawało mu się, że jak on wróciła do domu poprzedniego popołudnia. — Odwoziłem ją oraz Henrego wczoraj do domu. — powiedział tonem jakby sobie coś przypomniał.
— Położyła Henry'ego spać i wróciła tutaj siedzieć z tatą.
— Wof. — Dan nie ukrywał zaskoczenia. Blair zmieniła się przez te kilka lat. Sprawiała wrażenie dojrzalszej i opiekuńczej. Może to pojawienie się w jej życiu Henrego wiele zmieniło, a może taka była zawsze, tylko w końcu zdjęła swoją maskę. — Jak się czujesz? — zapytał zmieniając temat.
Humphrey usiadł przy łóżku swojej młodszej siostry i poczuł ulgę. Obudziła się, mógł ją przytulić czy nawet lekko ,opierniczyć", ale była tutaj i nic jej nie było. Bynajmniej tyle przekazał mu jego tata zanim wszedł do pokoju. Można powiedzieć, że najwyżej skończyło się na strachu. Teraz, gdy wiedział, że wszystko z młodszą siostrą w porządku, to czuł złość, że coś takiego zrobiła.
— Proszę cię, nie rób takiej miny w stylu Rufusa.
— Jakiej? Nie robię żadnej miny.
— Jedynej, którą masz. — Jenny wywróciła oczami. Ostatnie, czego teraz potrzebowała, to pretensje oraz umoralniania od ,świętego" brata. — Taka, która przypomina mi, że jest coś takiego jak ,moralny kurs imienia Rufus'a Humphrey'a". — zaakceptowała ostatnie słowa wyraźną ironią. Ich ojciec nie mógł wyprzeć się, że Dan jest jego synem. Był – o zgrozo, jak jego młodsza kopia.
— Nie przyszedłem tutaj, aby cię osądzać. — zapewnił ją nieco urażonym tonem. Czasami zastanawiał się czemu siostra ma go za ludzką wersję Boga, który nie ma nic innego do roboty poza osądzeniem innych. Chociaż z drugiej strony, gdy patrzył na siebie z przeszłości, to wcale się jej nie dziwił.
— To byłoby coś nowego.
— Nie wolno mi się martwić o moją młodszą siostrę? I o wybory jakich dokonuje?
— Od początku go nie lubiłeś i nie zaprzeczaj.
— I czy nie miałem racji? — zapytał rozkładając dłonie w geście jakby był najmądrzejszy na świecie, ale widząc reakcję siostry, to postanowił zmienić nieco ton wypowiedzi. Nie chciał się z nią kłócić. Nerwy na pewno nie pomagają na jej stan zdrowia. — Po prostu nie rozumiałem jak możesz być w związku z kimś tak… kompletnie różnym od ciebie.
— Aż tak się nie różnimy.
— Jenny, poważnie? — spojrzał na siostrę lekko unosząc brew ku górze. — Popatrz na siebie. Jesteś odpowiedzialna i rozsądna, a on? Lekkomyślny i arogancki. Nie rozumiem, dlaczego leciałaś na takiego egocentryka jakim jest Jacob. Dlaczego on? Przecież to dupek. — Dan dostrzegł na twarzt Jenny lekki uśmiech i poczuł się nieco luźniej. — Może to moja wina. — kontynuował. — Powinienem być przy tobie i odstraszać każdego debila, który się wokół ciebie kręci.
— Daj spokój, to nie jest twoja wina.
— Cóż, chyba jednak trochę jest, ale nieważne. Wiesz Jenny… zasługujesz na kogoś, kto cię wysłucha. Kogoś, kto będzie ci oddany. Zasługujesz na kogoś, kto postawi cię w centrum swojego świata, a Jacob nie jest takim kolesiem.
— Masz rację. — przerwała mu. — Zasługuje na kogoś lepszego, a wiesz skąd to wiem? Bo mam brata, który tak dobrze mnie traktuje.
Dan po raz pierwszy dzisiaj się uśmiechnął. Wstał i przytulił swoją młodszą siostrę jakby chciał, aby zawsze wierzyła w zapewnienia, że wszystko będzie dobrze. Dopóki on będzie przy niej, a przecież nie chce jej opuścić. Nawet kosztem swojej kariery.
— Hej, czy to oznacza, że również zrozumiałaś, że potrzebujesz lepszych filmów z swoim życiu? — zażartował. Zawsze się śmiał z gustu Jenny, który niewiele się zmienił od czasów, gdy była jeszcze w szkole i szalała za wszystkim idolami nastolatek. — Bo jeśli tak, to podrzucę ci moje odtwarzacze Blu-ray'a.
— Nawet o tym nie myśl. — zaśmiała się. — Nie zamienię Ryana Goslinga na czarno-białe filmy.
/
Blair było głupio, że zasnęła na fotelu, ale chyba nie miała już siły walczyć ze zmęczeniem. Nadal była nieprzytomna, więc chciała tylko znaleźć Dorotę i Henrego i iść do domu się wyspać. Odczuwała to całe zmęczenie podwójnie, gdy Jenny się obudziła. Blair poczuła ulgę, że wszystko jest dobrze z jej przyjaciółką. Gdy wychodziła z sali blondynki poczuła jak ktoś ją ciągnie za ramię. To był Chuck.
— Co ty tutaj robisz?— była wyraźnie zaskoczona obecnością męża w szpitalu. Wiedziała, że stan zdrowia Jenny go nie obchodził, więc musiał być inny powód jego obecności tutaj.
— Nie widuję mojej żony i mojego syna od kilku dni. To chyba normalne, że się martwię, prawda? — powiedział dość spokojnie uważnie obserwując brunetkę.
— Wcześniej ci to jakoś nie przeszkadzało. — odparła chłodno i wyrwała się z jego uścisku. — A teraz wybacz. Idę po Dorotę i Henrego i wracamy do domu.
— Odesłałem ich do domu jakąś godzinę temu. Co tam tak długo robiłaś?
— Co cię to obchodzi? Z tego, co wiem, to ty nie musisz się tłumaczyć mi, więc i ja nie zamierzam tego robić.
Chuck westchnął ciężko. Wiedział, że bez tej jednej konkretnej rozmowy ich relacja w małżeństwie się nie poprawi.
— W porządku. — odparł tonem jakby zrezygnował. — Powiem ci wszystko w domu.
— Nie Chuck. Powiesz mi teraz.
— Jeśli tego chcesz. Zejdźmy do stołówki i tam ci wszystko powiem.
Kilka minut później siedzieli w szpitalnej stołówce. Nic nie zamówili, bo oboje zgodnie twierdzili, że tutejsze przekąski jak i kawa są najgorsze w całym mieście. Blair siedziała z nogą założoną na nogę, którą nerwowo poruszała. Cały czas obserwowała męża. Chciała jak najwięcej wyczytać z jego twarzy. Chuck jednak zachowywał kamienną twarz.
— Od jakiegoś czasu jestem szantażowany. — zaczął nie podnosząc wzroku. — Ktoś ma nagranie ostatnich chwil życia mojego ojca na dachu Empire.
— Co?! Jak to możliwe? Przecież byliśmy tam sami. — Blair nawet nie udawała zaskoczenia. Analizowała w głowie tamto wydarzenie. Było dla niej traumatyczne i pamięta każdy szczegół. Przynajmniej się jej tak wydaje.
— Nie wiem, ale najrozważniej tak nie było. — Chuck nadal był spokojny. — Chcieli zapłaty za milczenie. Odmówiłem. Kilka dni później zatrzymała mnie policja podczas naszych krótkich wakacji w Paryżu.
— To o to chodziło?— kobieta byłą wyraźnie przejęta oraz poruszona. Niepewnie wyciągnęła dłoń i ujęła w nią dłoń swojego męża. — Czemu mi nie powiedziałeś?
— Czy to nie oczywiste? Nie chciałem cię martwić i załatwić wszystko sam.
— Nie jesteś sam, Chuck. Nie pamiętasz? Jesteśmy drużyną.
— Doceniam to, ale na razie jest po wszystkim. Zapłaciłem żądania.
— Myślisz, że to wystarczy? Nie bądź naiwny. Za jakiś czas znowu się odezwą. Wiesz jak działają szantażyści.
— Na razie nie mam wyboru. Nie chcę, aby Bass Industries straciło kilku kontrahentów z powodu afery prawnej jego dyrektora głównego. Nie po to na to wszystko pracowałem, aby to stracić.
Zapadło chwilowe milczenie. Blair wiedziała jak ważna jest dla Chucka firma jego ojca, która traktuje jak spuściznę. Starała siego rozumieć, ale zawsze uważała, że Chuck byłby w stanie zapracować na własne imię czymś, co nie miało związku z jego ojcem. Nie mówiła tego głośno, bo wiedziała jakby się to skończyło.
— Nie martw się. Przejdziemy przez to razem i dowiemy się, kto za tym stoi. Obiecuję ci, że będę przy twoim boku bez względu na wszystko.
Chuck lekko się uśmiechnął i pocałował żonę z czułością. Można powiedzieć, że odetchnął z ulgą. Nie był pewny czy to się udał, ale najwyraźniej przekonał Blair i to było najważniejsze. Teraz będzie posłuszną żoną, która będzie chciała stać przy jego boku i zajmowała się tylko jego sprawami. O to mu chodziło. Na chwilę zapomni o rodzeństwie Humphrey, a jednego z nich właściwie pozbył się z tego miasta. Czy ten dzień nie mógł być lepszy?
/
Dan stał oparty o ścianę i obserwował jak Chuck rozmawia z Blair. Próbował wyczytać o czym rozmawiają po emocjach na ich twarzach, ale to było trudne, bo nie był obiektywny. Poczuł dziwne ukłucie w żołądku i nie potrafił nazwać tego uczucia. Oddałby wszystko, aby wiedzieć o czym rozmawiają. Na pewno się nie kłócili i Dan pomyślał o tym z nutką zawodu. Dlaczego chciał, aby w ich małżeństwie się nie układało? Nie byli jak on i Serena. Chuck i Blair byli z ich towarzystwa tą ,epicką miłością", która doprowadzała do torsji żołądkowej. W każdym razie – wiedział, że łączy ich coś wyjątkowego. Wydawało się, że zawsze szukali siebie nawzajem. Nawet, gdy byli daleko od siebie, to coś ich przyciągało wzajemnie.
— Milion dolarów za twoje myśli.
Dan usłyszał za sobą znajomy głos i odwrócił się niepewnie. Zobaczył Nate'a i zdziwił się. Nie rozmawiali od czasu ich wieczornego spotkania, gdzie Nate uderzył go w twarz za problemy Sereny z narkotykami. Dzisiaj był ostatnią osobą, z którą chciał rozmawiać i słuchać jego pretensji.
— Nate, co tutaj robisz?
— Sprawdzałem jak się ma Jenny i przyniosłem ci kawę. — powiedział i podał mu kubek. Była to kawa z automatu, ale Dan doceniał chęci. Chociaż gest nieco go dziwi i szukał w nim drugie dna
— Dzięki. — powiedział i wziął od niego kawę, którą zaczął wąchać. — Pachnie jak czarna z mlekiem. Rozumiem, że nic mi tam nie dosypałeś?
Nate się zaśmiał.
— Nie, ale jeśli chcesz, to mogę wypić przed tobą i przetestować.
— Nie, ale nieco mnie dziwi twój gest. — powiedział szczerze. Dan lubił od razu przechodzić do rzeczy, a ciekawiły go intencje Archibald'a. — Jeszcze kilka dni temu sprzedałeś mi prawy sierpowy i nie chciałeś ze mną rozmawiać. Teraz… jesteś dla mnie miły, dlaczego?
— Po prostu… — Nate zaczął nerwowo miesząc mieszadełkiem w swojej kawie. Sprawiał wrażenie wyraźnie zakłopotanego. — Przesadziłem wtedy i chciałem cię przeprosić. Miałeś rację. Nie powinienem wtrącać się w sprawy twoje i Sereny znając tylko jedną część opowieści.
— W porządku. Nic się nie stało. — powiedział szczerze i wypił łyk kawy. Skrzywił się. Nate przesadził z cukrem. — Rozumiem, że byłeś zły. Znasz Serene od dziecka, przyjaźnicie się i zależy ci na niej. Pewnie postąpiłbym tak samo, gdyby to chodziło o Jenny czy nawet Vanesse swego czasu.
— Czyli między nam jest okej?
— Tak, jest okej.
— Cieszę się. — Nate wyraźnie odetchnął z ulgą. Jego wyrzuty sumienia były mniejsze, ale nadal go gnębiły. — Więc… słyszałem od Sereny o tym jak cię potraktowali w ,New York post".
— Wybacz Nate, ale nie chcę o tym zbytnio rozmawiać.
— Rozumiem. — Archibald pokiwał głową ze zrozumieniem. — Przyjmiesz ofertę z Los Angeles?
— To raczej nic pewnego. Tylko mam stawić się na rozmowę.
— Serena sprawiała wrażenie pewnej siebie, gdy mi o tym mówiła. Chyba nie masz konkurencji, Humphrey. — poklepał go po ramieniu.
— Zobaczymy. — Dan chciał uciąć temat jego ewentualnej pracy w mieście aniołów.
— Nie sprawiasz wrażenia zadowolonego.
— Nastawiałem się na pracę tutaj. Teraz jeszcze sytuacja z Jenny. Nie chcę jej zostawiać, gdy mnie potrzebuje. To byłoby egoistyczne.
— Nie ma innego powodu, dla którego chciałbyś zostać?
Dan spojrzał na Blair i na chwilę ich spojrzenia się spotkały. Uśmiechnęła się do niego lekko przechylając głowę, a on poczuł delikatny uścisk w żołądku znajome ciepło na sercu. Miał wrażenie jakby przez chwilę byli sami w pomieszczeniu, a cała reszta przestała mieć znaczenie – tylko on i jej sarnie oczy, które na niego patrzyły. Blair była z Chuckiem od kilku nieprzerwanie. Mieli razem syna i Dan o tym wszystkim wiedział, a mimo to wciąż ją kochał i zdawał sobie sprawę, że to się pewnie nigdy nie zmieni.
— Nie, nie ma.
/
