ROZDZIAŁ 9. SPÓJRZMY WSTECZ

Chuck siedział przy swoim biurku w gabinecie, który był w ich apartamencie. Nie lubił przynosić pracy do domu, ale czasami zdarzały się sytuacje, w których nie miał wyjścia. Nie chciał też spędzać za dużo czasu w firmie, bo tracił przez to kolejny dzień z życia małego Henrego, którego uwielbiał. Praca była ważna, ale nie najważniejsza. Najważniejsza dla Chucka była rodzina, chociaż tak rzadko to okazywał ostatnimi czasy. Jego ostatnie zachowania na jego nieszczęścia przypominały zachowania Barta, gdy Chuck był dzieckiem. Nie chciał się zamieniać we własnego ojca, bo to był jego największy koszmar, przed którym się wzbraniał na wszystkie możliwe sposoby. Duch Barta nadal nad nim krążył. Nie tylko jego duch w firmie jako idealnego szefa czy przywódcy, ale Chuck widział go często na co dzień – jako widmo ojca, którym powoli i on się stawał. Dlatego chciał tego uniknąć.

Oparł się o fotel i rzucił spojrzeniem na zdjęcie w ramce. Była to ich rodzinna fotografia – on, Blair i mały Henry, który miał na tym zdjęciu niecałe dwa latka. Wziął ramkę w rękę i uśmiechnął się. To był cudowny czas dla jego rodziny. Chyba najlepszy i bardzo chciał do tego wrócić. W jego życiu był jeszcze jeden okres, do którego bardzo chciałby wrócić. Otworzył ramkę i wyciągnął z niego rodzinne zdjęcie, a pod nim było jeszcze inne, dość dobrze schowane. Przed narodzinami Henrego udał się na swoją pierwszy i poważny wyjazd w sprawach służbowych. Wyjazd, który pomógł mu w budowaniu tego, co stworzył po śmierci Bart w Bass Industries. Ten jeden kontrakt sprawił, że w pewnym sensie wrócił ,do gry". Patrzył cały czas na to zdjęcie, którego nie widział co najmniej kilka lat. Przetarł palcem kurz. Fotografia przedstawiała grupowy zjazd.. Był on, Jack, Georgina oraz kilku członków rodziny- spółki Sagnol. Wzrokiem znalazł na nim siebie i uśmiechnął się. Dobrze pamiętał tamten dzień i to jak się wtedy czuł. Był szczęśliwy tak po prostu. Bez tej całej otoczki firmy, prestiżu, gdzieś z dala we francuskiej małej mieścinie. Gdyby mógł wybrać dzień, który mógłby przeżyć jeszcze raz, to byłby to właśnie ten dzień. Dzień, w którym czuł, że po prostu żyje.

/

Sześć lat wcześniej…

Młody Bass pakował swoje rzeczy do walizki. Przeważnie kazał to komuś zrobić za niego, ale dzisiaj był wyjątkowo podekscytowany. To był jego pierwszy wyjazd służbowy od czasów odzyskania Bass Industries i jego nowe możliwości jako dyrektora generalnego w pozyskiwaniu potencjalnych kontrahentów. Francja zawsze była krajem, do którego miał zwyczajny sentyment. W pewnym sensie w tym państwie narodził się na nowo i ta zmiana pozwoliła mu potem odzyskać Blair. Wydawało mu się, że bez tamtych wydarzeń nie byłby tym, kim jest teraz. W pewnym sensie uważał Paryż za swoje szczęśliwe miasto, a cała Francję jako płomyk nadziei. Nic dziwnego, że był bardzo podekscytowany wyjazdem, ponieważ miał przeczucie, że i tym razem stolica miłości w żaden sposób go nie zawiedzie. Poza tym, to był pierwszy raz, gdy mógł udowodnić coś sobie, wujowi czy zmarłemu ojcu, że jest coś wart i on też potrafi być wizytówką rodzinnej firmy. To był jego wielki sprawdzian.

— Żałuję, że nie mogę z tobą jechać.

Chuck poczuł jak dłonie Blair otulają go w talii. Poczuł przyjemne ciepło. Wziął jej dłoń i pocałował.

— Nadal możesz jechać. Jack zabiera Georginę.

— Nie mogę. — powiedziała z lekkim przekąsem i wyraźnym niezadowoleniem. Usiadła na łóżku przyglądając się jak jej świeżo poślubiony mąż pakuje swoje rzeczy. — Moja mama chce zatrudnić Małą J. w swojej firmie. Potrafisz w to uwierzyć? Wiedziałam, że obchodzenie chanuki w końcu zacznie jej szkodzić.

Mężczyzna lekko się uśmiechnął. Wiedział, że jego żona nie przepada za Jenny Humphrey. Chociaż to i tak było za mało powiedziane. Ona jej wręcz nienawidziła i nie chciała oddychać tym samym powietrzem, co blondynka.

— Myślałem, że Elenor dała ci pełne prawo do kontroli nad firmą i do tego, kogo masz zatrudniać.

— Tak, ale ostatnio nam nie idzie i moja ,wspaniałomyślna" mama. — podkreśliła ostatnie słowa robiąc z palców tak zwany cudzysłów w powietrzu. — Uznała, że przyda nam się świeża krew, a jakimś cudem Mała J. została okrzyknięta talentem roku i zrobiła staż u samego Helmut'a Lang'a! — Blair była wyraźnie podminowana, a wszystko opowiadała w tonie jakby sama do końca nie mogła w to uwierzyć i taka była prawda. Nie potrafiła sobie wyobrazić, że Jenny może mieć talent w czymkolwiek poza psuciem krwi. — Nie wiem jakim cudem wszyscy na tygodniu mody łącznie z moją mamą nagle stracili wzrok i dobry gust.

— Rozumiem, że zrobisz wszystko, aby ten wzrok odzyskali. — Młody Bass nie potrafił ukryć rozbawienia. Złość Blair bardziej go bawiła niż miała wprawić w stan skupienia.

— Możesz się śmiać, Chuck, ale ja pokażę Małej J. gdzie jest jej miejsce. — powiedziała stanowczo i podeszła do męża zakładając dłonie na jego szyję. — Wróci dokładnie tam, gdzie jest jej miejsce – na Brooklyn.

— Chyba ominie mnie zobaczenie żony w swoim żywiole. — pocałował ją z całą namiętnością jakby małżeństwem zostali pięć minut temu.

— Dobra wystarczy… — oderwała się od niego z trudem. — Idź już zanim się rozmyślę i nigdzie cię nie puszczę.

/

Chuck wylądował we francuskiej stolicy i od razu zadzwonił do Blair poinformować ją jak minął mu lot i zapytał, co u niej. Powoli zaczęła wdrażać swój plan pozbycia się Jenny Humphrey, o czym naturalnie nie omieszkała wspomnieć jako misji swojego życia. Po kilku minutach zakończył rozmowę sugerując, że znaleźć na Jack'a i Georginę, którzy według rozkładu lotów powinni przylecieć z Australii niecałą godzinę temu. Rozłączył się i wybrał numer swojego stryja, ale coś go rozłączyło. Zmarszczył brwi spoglądając na telefon i spróbował jeszcze raz. Gdy znowu coś go rozłączyło, to nieco się zdenerwował. Co zresztą było widoczne na jego twarzy.

— Mój bratanek jak zwykle niecierpliwy. — usłyszał głos Jack'a za sobą i do razu się odwrócił. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

— Jack. — przywitał się z wujem i zauważył brak Georginy. Co nieco go zastanowiło. — Gdzie zgubiłeś ogon?

— Mój ogon ma imię. — Jack sprawiał wrażenie niezwykle poruszonego sposobem w jaki jego bratanek nazywał jego wybrankę. — Georgina ma się dobrze i jest w hotelu. Była wyczerpana lotem. Poczekałem tu sam na ciebie.

— Czuję się zaszczycony. — powiedział i ruszył ze swoją walizkę w kierunku postoju taksówek. — Gdzie mamy umówione spotkanie z inwestorami?

— Sagnol Company czekają na nas w Creil.

— Chyba w Créteil. — poprawił wuja swoim francuskim akcentem. Lekko się uśmiechnął i sprawiał wrażenie dość wyniosłego.

— Nie, Chuck. Creil. — zatrzymał się nieco zakłopotany i sprawdził swój notes w telefonie, czy aby na pewno dobrze przeczytał nazwę miejscowości i podał ją bratankowi.

— Co to za wieś? — zapyta biorąc telefon od Jack'a. Nigdy nie słyszał o tej miejscowości i niezbyt był zadowolony, że będzie spał tylko w trzy gwiazdkowym hotelu. Miał nadzieję, że wynajem auta z kierowcą nie będzie problemem.

— Nie wiem, ale tam nas oczekują. Chodźmy, bo Sagnol nie lubi spóźnialskich. — klepnął bruneta po ramieniu i zachęcił, aby ten się pośpieszył. Sam natomiast pośpiesznym krokiem ruszył w kierunku postoju taksówek. — To niedaleko od Paryża. Będziemy mogli podziwiać francuską przyrodę. — krzyknął za bratankiem, który nadal stał oszołomiony i niezbyt zadowolony z takiego obrotu sytuacji.

Jack sprawiał wrażenie na wskroś zadowolonego, co było do niego niezbyt podobne. Miał dobry humor i Chuck pomyślał, że zasługa Geroginy i jej pewnych umiejętności wykazywanych podczas lotów samolotami. Wywrócił oczami i udał się za stryjem, który już wsiadał do taksówki. Liczył, że te dwa tygodnie miną dość szybko i będzie mógł wrócić do Nowego Jorku, do swojej żony. Teraz jednak musiał przetrwać. Musiał podpisać ten kontrakt i udowodnić wszystkim, że jest więcej wart niż Bart Bass.

/

Życie z Sereną van der Woodsen nie było bajkowym życiem jak początkowo sądził Dan. Nigdy nie wychodził z założenia, że życie musi być idealne. Bardziej kierował się ku temu, aby to życie było skomplikowane, aby kochająca się para mogła przechodzić przez swego rodzaju trudności udowadniając tym samym swoją wielką miłość. Dan był trochę typem romantyka idealisty, co zresztą było widać w jego zachowaniu czy nawet pracach. Właściwie to jednej, bo do tej pory napisał tylko jedną książkę i pracował nad drugą. Mimo tego całego swojego romantycznego podejścia, nie potrafił się wyzbyć tego, że różnic miedzy nim a Sereną jest znacznie więcej, które bardziej ich oddalają aniżeli łączą. Tak było teraz, gdy on siedział sam w Nowym Jorku, a ona pognała za karierą do Los Angeles. Mężczyzna nie miał o to problemu, bo to byłaby czysta hipokryzja z jego strony. Nie chciał po prostu opuszczać swojego miasta i naciskał na to, aby Serena robiła karierę na Manhattanie. Ta jednak nie chciała i pewnie miało to związek z tym, aby nie być w jednym miejscu ze swoją matką. Dan jednak nie preferował ucieczek. Wolał stawiać czoła wszystkiemu temu, co przyszło do niego znienacka. Nigdy nie był tchórzem i nie chciał nim być.

Siedział teraz w lofcie i pisał kolejny rozdział do swojej książki. Przynajmniej się starał, a po chwili i tak wszystko kasował. Nigdy nie wierzył w coś takiego jak ,wena", ale ostatnimi czasy nie mól wyjść z przekonania, że naprawdę jest beznadziejny i już raczej nic nie wyjdzie ,spod jego pióra". Czy ,Inside" było zwyczajnym fartem debiutanta, który miał się już nigdy nie powtórzyć? Patrząc w pusty plik dokumentu, Humphrey coraz bardziej zaczynał wierzyć w to, że nigdy więcej już nic nie napisze.

Puste wpatrywanie się w ekran przerwało pukanie do jego drzwi. Otworzył i zobaczył w nich kuriera. Zdziwił się, bo niczego nie zamawiał. Miał nadzieję, że Jenny nie zrobiła znowu większych zakupów. Nie chciało mu się zawozić tego na jej nowy adres za obrzeżach Nowego Jorku.

— Przesyłka dla Daniel'a Humphrey'a.

— To ja.

— Proszę tu podpisać. — Podał mu pokwitowanie, a gdy Dan złożył na nim podpis. Przekazał niewielką paczkę.

Brunet zamknął drzwi loftu i zajął się od razu rozpakowaniem zawartości, w której było niewielkie pudełko oraz kartka.

Pora rozliczyć się z przeszłością i zamknąć pewien rozdział za sobą. Nie zrobię tego za ciebie.

Georgina

Mężczyzna zmarszczył brwi. Wiedział, że odpowiedź znajduje się w pudełku, które pośpiesznie otworzył. Był w nim pierścionek zaręczynowy, który kupił kilka miesięcy wcześniej i z którym pojechał do Włoch razem z Georginą. To przywołało wspomnienia. Pamiętał, że pewnego wieczoru, w którym za dużo wypił, opowiedział jej wszystko. Alkohol zawsze jest złym doradca bo bycie pod wpływem nie może być doradca jeśli chodzi o zwierzenia. Wtedy było podobnie. Pamiętał, że dał jej go i chciał, aby go wyrzuciła, sprzedała lub zrobiła z nim cokolwiek innego. Był pewien, że ktoś taki jak ona dość szybko i sprawnie go zmaterializuje na gotówkę. Nie chciał go widzieć i w tamtej chwili było mu wszystko jedno, co się z nim stanie. Nawet jeśli wydał na niego większość ze swojego kontraktu. Kobieta jednak nie sprzedała. Cały czas miała to przy sobie, a teraz z nieznanych mu przyczyn postanowiła mu odesłać. Po co i w jakim celu? Nie wiedział, ale Georgina zawsze miała ukryty motyw działania i tak musiało być i tym razem. Dan nie wiedział tylko, co nią kierowało. Najszybciej można było dowiedzieć się tego u źródła. Zadzwonił do niej, ale połączenie od razu zostało odrzucone. Miała wyłączony telefon. Stwierdził, że spróbuje ponownie później.

— O mój Boże!— usłyszał piskliwy głos swojej siostry. Nie zauważył jak ktoś wchodzić do loftu. Chociaż teraz pamiętał, czy w ogóle zamknął drzwi. — Zamierzasz oświadczyć się Serenie?!

— Co? — zapytał nieco zdezorientowany, a dopiero po chwili spojrzał na pierścionek w swojej dłoni, który dość pośpiesznie schował z powrotem do pudełka. — Um… nie.

— Znalazłeś na drodze?

— Nie bądź śmieszna.

— Więc o co chodzi?

— O nic Jenny. Co tu robisz? Nie miałaś czas mieszkać w moim nowym lokum?

— Chciałam cię prosić o towarzyszenie mi na jutrzejszym przyjęciu w Waldorf Designs. — Jenny rzuciła torebkę na kanapę i usiadła obok brata zakładając nogi pod siebie.

— Co z Tonym? — Tony był obecnym chłopakiem Jenny, za którym Dan niezbyt przepadał, chociaż starał się to ukrywać i nie wychodzić na nadopiekuńczego brata.

— Zerwałam z nim.

— Ou… przykro mi.

— Nie, nie jest ci przykro. — Jenny szturchnęła bruneta w ramię — Nie musisz udawać. Wiem, że go nie lubiłeś.

— Po prostu był dziwny. Miałem co do niego przeczucia i pisał podwójne igrek przy każdej wiadomości. Kto normalny tak robi?

Jenny zachichotała. Wiedziała jaki Dan jest drażliwy na punkcie pisowni. Faktycznie jego ,yyou" również ją irytowało do tego stopnia, że wolała do niego zadzwonić niż pisać z nim wiadomości tekstowe.

— Quuen B mówiła to samo i oboje mieliście racje. — wywróciła oczami. Ciężko było jej przyznać to, że Blair nie myliła się. — Tylko proszę daruj mi te twoje ,a nie mówiłem?" — wywróciła oczami, bo wiedziała, że Dan tylko czeka, aby wypowiedzieć to w odpowiedniej chwili.

— Cieszę się, że podjęłaś dobrą decyzję i z przyjemnością będę ci jutro towarzyszył. — uśmiechnął się szczerze do siostry. Też miał się pojawić sam, bo dostał zaproszenie.

— Dzięki. To wróćmy do pierścionka. O co z nim chodzi? Tylko mnie nie zbywaj.

— O nic, naprawdę.

Dan specjalnie ignorował dalsze pytania Jenny dając jej do zrozumienia, że nie chce o tym rozmawiać. Chciał zdecydowanie zmienić temat, ale widząc jak blondynka zakłada ręce niczym kiedyś Rufus za każdym razem, gdy coś przeskrobali, wiedział, że nie uniknie tego tematu.

— Nie patrz tak na mnie. — odparł jakby widział swój koszmar z dzieciństwa. — To stara sprawa… Kupiłem go dawno i zamierzam oddać do jubilera. Nie planuje oświadczać się Serenie.

— O Chryste…

— Co?

— Tylko nie mów, że dla ,Queen B". — podkreśliła to ironicznie mając nadzieję, że brunet skontruje to równie złośliwa uwagę, ale nie zrobił tego.

Dan się zarumienił i nie musiał odpowiadać. Wiedziała. Nadal nie mogła uwierzyć, że jej starszy brat miał krótki epizod miłosny z jej największym wrogiem. To wydawało jej się tak abstrakcyjne, że aż niemożliwe. Cieszyła się, że nie musiała na to patrzeć, bo nie było jej w mieście. Chociaż do tej pory nie brała tego związku na poważnie. Bardziej przypominał jej te wszystkie związki Joey Potter z , Dawson's Creek", które miały jej uświadomić, że jej prawdziwą miłością jest Pacey Witter i zawsze nią był. Joey od zawsze myślała, że to jej najlepszy przyjaciel Dawson Leery jest jej największą miłością i zarazem życiowym partnerem. Znała od zawsze i od kiedy pamięta to z związała te wszystkie fantazje o przyszłości oraz wspólnym życiu. Jenny patrząc na zakłopotanego starszego brata, który kupił pierścionek zaledwie po kilku miesiącach związku z Blair. Doszła do pewnego wniosku, który był zbyt przerażający, aby powiedzieć go na głos. Serena nie była jego Pacey'em. Serena była jego Dawsonem.

/

Była słoneczna pogoda zachęcając do spaceru po Central Parku, gdy Nate Archibald siedział w swoim biurze w Spectaktorze. Cały czas stał przy oknie i spoglądał na tych wszystkich ludzi, którzy w przeciwieństwie do niego wiedli dość prozaiczną egzystencję. Życie, w którym było brak planów na przyszłość, trudnych decyzji do podjęcia czy presji związanej ze swoim stanowiskiem. Życie, którego zawsze chciał spróbować, ale nigdy nie miał odwagi. Zawsze czuł presję, albo tą nakładaną przez rodziców albo tą, którą nakładał na niego dziadek. Po tym, co zrobił jego kuzyn Tripp, to ta presja była podwójna. Dziadek chciał koniecznie, aby jego nazwisko w jakimś stopniu zaistniało na scenie politycznej. Skoro nie byłoby to za sprawą Trippa, to został właśnie Nate. Nie uśmiechała mu się kariera polityczna, ale czy miał wybór? Ponoć wybór zawsze jest, tylko nie każdy ma tyle odwagi, aby tego wyboru dokonać. W przypadku Archibald'a może nie o tyle chodziło o brak odwagi, ale raczej nie chciał nikogo rozczarować. Skoro Tripp w jakiś sposób splamił honor rodziny van der Bilt, to Nate miał być tym, który przywróci tą rodzinę ponownie na arenę polityczną.

— Panie Archibald. — odezwał się głos sekretarki z aparatu telefonicznego. — Ktoś do pana.

Trochę go to zdziwiło. Nie spodziewał się nikogo o tej porze, a jego organizator nie przewidywał żadnych zmian w umówionych spotkaniach. Blondyn niechętnie oderwał się od okna i podszedł do biurka przyciskając przycisk na telefonie.

— Kto?

— Vanessa Abrams.

Ta informacja nieco go zaskoczyła. Nie widział Vanessy od dobrych dwóch lat i prawdę mówić już o niej zapomniał. Był ciekaw, dlaczego wróciła i dlaczego chciała się z nim widzieć. To wygrało.

— Niech wejdzie.

Nate usiadł za biurkiem i wyczekiwał, aż w drzwiach stanie dobrze znana mu szatynka. Po chwili zmieszana dziewczyna pojawiła się w jego biurze, a on dość chłodno ją przywitał i spotkał się z podobnym przyjęciem.

— Czym zawdzięczam tą wizytę? — Nate od razu przeszedł do konkretów. Nie sądził, aby miał o czym rozmawiać z Vanessą w sprawach osobistych.

— Dzwoniłam do ciebie, pisałam i nie było odzewu. Sądziłam, że to jedyny sposób, aby zwrócić twoja uwagę.

— O czym ty mówisz? Nie miałem żadnych wiadomości od ciebie. — Nate wyglądał na wyraźnie zmieszanego i zaskoczonego. Wyciągnął swój organizator i zaczął go przeglądać. Nie było nic, co by mogło wskazywać na to, że Vanessa się z nim kontaktowała. To samo zrobił z wiadomościami e-mail na swojej skrzynce. Nie było tam nic, łącznie z tymi przekierowanymi od sekretariatu.

— Kontaktowałam się z twoją sekretarką. — wyjaśniła i sądząc po minie blondyna, to uwierzyła mu, że mówi prawdę.

— Mhm. Chyba będę musiał z kimś to wyjaśnić.

Archibald zastanawiał się, dlaczego Lucille nie przekazała mu żadnych wiadomości. Zapomniała? Czy może zrobiła to specjalnie? Stwierdził, że teraz nie będzie tego rozdrabniać, a pomówi z nią na osobności po spotkaniu z Vanessą.

— Siadaj. — dodał pośpiesznie jakby zapomniał o swoich dobrych manierach. — Chcesz się czegoś napić?

— Nie, dzięki. Mam przy sobie zarys scenariusza, więc jeśli chcesz to możesz zerknąć. — powiedziała i położyła dość grubą teczkę na jego biurko.

— Scenariusza? — powtórzył za nią jakby nie rozumiał do czego zmierza. — Czego ty właściwie ode mnie oczekujesz?

— Chcę nakręcić film, a ty możesz być producentem.

— Ale ja nie zajmuje się filmami. Prowadzę redakcję. — odparł i pokazał dłonią na swój gabinet. — A dziadek szykuje dla mnie kampanię wyborczą.

— I chyba nie jesteś tu zbyt szczęśliwy, co? — spytała retorycznie. Kobieta zwykle mówiła to, co mówi i chociaż trudno było się z tym zgodzić – znała go jak mało kto. — Daję ci szansę, żebyś spróbował czegoś nowego, Nate. Czegoś, co nie ma związku ani z twoi tatą ani z twoim dziadkiem. Czegoś, co możesz zrobić sam.

— No nie wiem Vanessa… Nigdy nie zajmowałem się takimi rzeczami i z tego, co wiem ty również nie. Skąd ten pomysł?

— Studiuję w szkole filmowej. — wyjaśniła. — Pracuję jako asystentka asystenta reżysera i nie ukrywam jest to nieco uciążliwe. Kobieta reżyser ma ciężko w świecie filmowym bez odpowiednich znajomości. Muszę zaistnieć i nabrać szacunku, a zrobię to tylko w jeden sposób. To jest ten jedyny sposób.

Nate spojrzał na kobietę. Faktycznie dużo się zmieniło. Wiedział, że Vanessa ma artystyczne zamiłowania, ale nie przypuszczał, że pogoni za swoimi marzeniami. Z jednej strony się cieszył, że się odważyła, a z drugiej tak bardzo jej zazdrościł.

— Po prostu rzuć okiem na mój pomysł, okej? — kontynuowała nie dając za wygraną. Była uparta i chciała zwyczajnie zrobić coś, o czym zawsze marzyła. — Przeczytaj i zadzwoń do mnie. W teczce masz mój numer. Będę czekać na twój telefon.

— W porządku. Tyle mogę ci obiecać – przeczytam i zadzwonię, ale nie nastawiaj się na nic.

Pożegnał się z nią dość serdecznie i został sam w swoim gabinecie. Zapewne wyszła pełna nadziei, że coś zmieni się w jej życiu. Zerknął na teczkę, którą zostawiła Vanessa. Otworzył ją i wziął do ręki wizytówkę z jej numerem. Po chwili schował ją do kieszeni swojej marynarki. Jeszcze nie wiedział, że przez najbliższe sześć lat nie wybierze tego numeru.

/

Jenny pracowała w swoim wynajętym małym domku na obrzeżach Nowego Jorku. Nie chciała zbytnio przebywać w siedzibie firmy Waldorf. Głównie z powodu Blair, która traktowała ją dość wyniośle i dawała pod wątpliwość jej projekty niemal za każdym razem. Czego tak naprawdę blondynka się spodziewała zanim podjęła się pracy jako projektantka u Eleonor i nie było to dla niej zbytnio zaskoczeniem. Dla własnego komfortu psychicznego, chciała pracować w ciszy i spokoju, aby zdążyć ze wszystkimi poprawkami. W miejscu, gdzie nikt nie będzie komentować jej pracy, co ostatnimi czasy było dość częstym zjawiskiem. Mimo całego wsparcia Eleonor Waldorf, Jenny czuła się zwyczajnie źle w firmie, z którą podpisała kontrakt. Z jednej strony było jej przykro, co było oczywiste, ale z tej drugiej strony rozumiała Blair oraz jej intencje. Zapewne na jej miejscu zachowywałaby się w podobny sposób. Dlatego tak dużo je łączyło poza pasją do mody. Blondynka zdawała sobie sprawę, że sobie na to wszystko zasłużyła. Jej przeszłość nie należała do tych, którymi można się chwalić, a wstydzić. Odkupienie przychodzi łatwo tylko na filmach. Jenny Humphrey jednak się nie poddawała. Zmieniła się i chciała, aby każdy to w niej zauważył. Łącznie z Blair Waldorf.

Blondynka chciała dziś skończyć swoją pracę wyjątkowo szybko, ponieważ firma zorganizowała przyjęcie, na które zaproszono samego Marc'a Jacobs'a. Projektant od dziecka był idolem małej Jenny, dlatego tak bardzo się denerwowała i co chwilę zerkała na telefon, aby kontrolować czas. Sukienka wieczora wisiała już na drzwiach i blondynka chciała już ją ubrać, wyjść i oczekiwać swojego idola na przyjęciu. Właściwie niedługo potem to zrobiła, była gotowa i oczekiwała Dan;a, który obiecał jej, że pójdzie z nią. Był opcją zapasową, która pojawiła się nagle.

Towarzystwo brata podczas dzisiejszej imprezy mogło wydawać się nieco dziwne, ale Jenny niedawno zerwała z chłopakiem, który miewał dziwne zachowania przypominające te z maniakalną obsesją na jej punkcie. Tony, bo tak nazywał się chłopak przejawiał ogromne zainteresowanie dziewczyną, co początkowo jej schlebiało i bardzo się podobało. Nie było w tym nic nadzwyczajnego u blondynki, która do tej pory pragnęła uwagi i zainteresowania, a Tony okazywał jej tego bardzo dużo. Po jakimś czasie jednak zaczął traktować Jenny jak własność czy trofeum, które nie ma własnej woli. Zaczął przejawiać coraz to bardziej toksyczne zachowania w restauracjach, klubach czy innych miejscach publicznych, gdzie razem się udali. Był coraz bardziej agresywny oraz zazdrosny. Czekał na nią pod pracą, aż w końcu zaczął czekać pod drzwiami jej pracowni, co było uciążliwe nie tylko dla niej, ale również dla pozostałych pracowników firmy.

Blondynka jednak nie chciała niczego zmieniać. Tony był przystojny, seksowny, pewny siebie, inteligentny, świetnie się z nim rozmawiało na każdy temat, bo miał ogromną wiedzę. Wysoki blondyn o niebieskich oczach przypominających to ciepłe spojrzenie samego Paul'a Newman'a. Wystarczyło samo spojrzenie w te oczy i cała złość Jenny znikała. Tony wydawał się idealny, a jego ,delikatne" zaborcze zachowania były dla niej tylko drobnymi minusami.

Najpierw uwagę na dziwnego zachowanie Tony'ego zwrócił Dan, ale blondynka uznała, że jest to typowe troszczenie się starszego brata, któremu nie podoba się chłopak siostry. Jak każdy kolejny. Dlatego Jenny zbytnio nie przykuwała uwagi do słów brata. Później chłopaka zaczęła komentować Blair, ale blondynka uznała, że są to zwyczajne uszczypliwości, a obecność Tony'ego w siedzibie firmy to dobry pretekst do wiecznego zwracania jej uwagi.

Jenny nie widziała problemu w swoim chłopaku, chociaż czasami ją męczył i pewnie nie widziałaby jeszcze długo, gdyby nie sytuacja sprzed wczoraj. Panna Humphrey jak co dzień pracowała w firmie, a Tony jak zwykle ,czatował" pod drzwiami jej gabinetu. Jak każdego dnia z rana przychodziła Blair, aby móc skomentować prace Jenny. Tego jednak dnia nie przyszła jak zwykle rano. Była spóźniona, wiec gdy wpadła do firmy jak burza, to nie zwracała uwagi na nic właściwie. Niemalże biegła przez korytarz i tak się złożyło, że wpadła na chłopaka blondynki, który coś przeglądał i wszystkie te papierki, świstki wypadły. Zanim oszołomiony zdążył zareagować, to pierwsze zdjęcie z podłogi podniosła Blair jak i każde kolejne. Ku jej przerażeniu Tony, który bardziej wyglądał jak ministrant był tak naprawdę niezrównoważony. Wszystkie dokumenty, które miał dotyczyły Jenny, jej danych, świadectwa szkolne, ubezpieczenie i tak dalej. Przerażające jednak były zdjęcia robione blondynce z ukrycia. Było bardzo dużo ujęć z całego dnia Jenny, gdzie nie spędzał tego czasu z chłopakiem. Reakcja ze strony córki Eleonor była natychmiastowa. To był gwóźdź do trumny tego związku. Właściwie, to nie do końca, ponieważ chłopak uciekł bojąc się konsekwencji, a Jenny zablokowała jego numer. Bała się go, ale nie czuła się zagrożona. Wydawało jej się, że nie będzie próbował się z nią kontaktować. Wydawało jej się, że przestraszył się na tyle krzyczącej Blair, że nie będzie próbował nawet podchodzić pod ulice, w której pracuje.

Jej rozmyślania przerwał dzwonek do drzwi. Zdziwiła się, że Dan tak szybko przyjechał, ale to lepiej. Korki do miasta o tej porze były ogromne, wiec lepiej jeśli będą tam przed czasem. W euforii otworzyła drzwi, a gdy to zrobiła to na jej twarzy namalował się grymas zdziwienia oraz oszołomienia. To nie był Dan. To był Tony.

— Tony…

— Witaj Jenny. — odparł chłopak dość wesoło z tym błyskiem w oku, które można zobaczyć u Kuby Rozpruwacza we wszystkich filmach fabularnych, w których ta postać wystąpiła.

Jenny chciała mu zamknąć drzwi przed nosem, ale nie zdążyła zareagować, ponieważ blondyn uderzył ją kolbą broni w głowę. Blondynka upadła na ziemię od razu tracąc przytomność.

/

Blair siedziała sama przy stoliku i popijała szampana zastanawiając się czy naprawdę jej obecność w Nowym Jorku była konieczna. Jenny Humphrey nie była chodzącą katastrofą dla firmy Waldorf jak z początku uważała. Blondynka wniosła do ich domu mody coś, czego nie było od dawna – świeżość, pomysły oraz kreatywność. Chcąc nie chcąc, Blair musiała przyznać, że projekty Małej J. są dobre, są świetne i mogą naprawdę przynieść świetlność Waldorf Designs. Od czasu do czasu rozglądała się za swoją współpracownicą, ale nigdzie jej nie mogła dostrzec. To było dziwne. Marc Jacobs już tu był jako w pewnym sensie ,atrakcja" tego przyjęcia. Blair wydawało się, że Jenny będzie pierwszym z przybyłych, ale nie była. Ani pierwszym, ani dziesiątym ani setnym. Nie była też wielkim spóźnialskim. Była za to wielkim spóźnionym. Dla brunetki było to dziwne. Nie miała od niej żadnych wiadomości. Nie, żeby patrzyła, co chwilę w telefon. Sama też nie zamierzała dzwonić i okazać chociaż odrobinę zainteresowania albo, żeby blondynka pomyślała, że zwróciła uwagę na jej brak obecności. Jednak cały czas się zastanawiała. Wiedziała bowiem, że Jacobs był podziwiany przez Małą J. niemal od zawsze. Co więc takiego było ważnego, aby przegapić spotkanie ze swoim idolem?

Zespół zaczął grać jedną z najnowszych piosenek Taylor Swift. Nie była jej wielką fanką, ale utwór ,all to well" jakoś przypadł jej do gustu. Nie znalazła się tylko na szczycie list przebojów, ale również na jej prywatnej playliście na Spotify. Zamknęła oczy i zaczęła powoli ,odpływać" w ten świat fantazji oraz marzeń, do którego ostatnimi czasy tak rzadko zaglądała.

— Zatańczymy?

Blair otworzyła powieki i zobaczyła Dan'a. Skrzywiła się lekko i popiła łyk szampana, ale ten nie dawał za wygraną.

— Chodź. Wiem, że uwielbiasz tą piosenkę.

— Niby skąd to możesz wiedzieć Humphrey?

— Ponieważ cię znam.

Chwilę później była już nim na parkiecie kołysząc się w rytm muzyki. Byli jedną z nielicznych par, które się na to zdecydowały więc zapewne przyciągali wzrok lub też kolejnych naśladowców. Początkowo Dan bał się na nią spojrzeć, ale kiedy wreszcie to zrobił, to był przekonany, że zobaczy ten jej charakterystyczny gniewny grymas, który mówił ,Uważaj Humphrey, bo depczesz mi po nogach", a zamiast tego widział jej uśmiech. Jakby podobało się jej, że patrzy na nią w taki sposób.

— Więc gdzie zgubiłaś swoją epicką miłość? — Dan miał tendencje do psucia momentów i tak było tez i tym razem.

— Chuck pojechał w interesach do Paryża. — Blair zdawała się nie zwracać uwagi na ironiczny ton jego wypowiedzi.

— Mhm. — obrócił ją kilka razy dokoła własnej osi i znowu przyciągnął do siebie. Poczuł jak jej dłonie oplatają go w karku i zauważył na sobie znajome mrowienie. Miał tylko nadzieję, że ona na to nie zwróci uwagi.

— A gdzie jest Serena? Wreszcie przejrzała na oczy i cię rzuciła?

— Nie. — zaśmiał się. — Jest w Los Angeles. Robi swój pierwszy film.

— Mhm. — Wiedziała o tym, ale nie potrafiła powstrzymać się od złośliwej uwagi. Tak naprawdę wyczekiwała tego zerwania. Dan i Serena byli zdecydowanie za długo razem znając ich wcześniejsze ,staże". Zerwanie zbliżało się więc wielkimi krokami.

Dan ponownie obrócił ją, ale tym razem z dość powolną precyzją, a jego cała uwaga była skupiona na niej. Gdy ponownie ją przyciągnął do siebie, nie omieszkał wypytywać ją dalej.

— To co tutaj robisz? Czemu nie pojechałaś z nim?

— Mam firmę, zapomniałeś?

— Nie, ale wydaje mi się, że Jenny świetnie sobie radzi z projektami.

— A propos… Gdzie jest Mała J.? Nie miała czasem przyjść z tobą?

— Napisała mi, że spotkała koleżankę ze szkoły i woli nadrabiać zaległości niż nudzić się na przyjęciu dla bufonów. — wzruszył ramionami. Nie negował decyzji Jenny. Chociaż pojechał po nią, ale nikogo nie zastał w domu, wiec przyjechał tu sam. Właściwie to nie wiedział dlaczego. Miał być tylko towarzyszem siostry. — Do ciebie chyba też napisała.

Blair gwałtowanie odsunęła się od bruneta jakby ją oparzył. Podeszła do stolika, gdzie leżała jej torebka. Poszukała telefonu i przeglądnęła wiadomości. Faktycznie – Mała J do niej napisała i treść wiadomości nieco ją poruszyła. Od kiedy Jenny mają za brata kogoś takiego jak Dan pisała podwójne igrek? Wyglądała na nieco zaniepokojoną. Humphrey stał za nią i tylko spojrzał na nią pytająco, ale nic nie odpowiedziała. Zamiast tego obróciła się na pięcie i zaczęła kierować się w stronę wyjścia.

— Blair, co jest?

— Nic. Muszę iść coś sprawdzić.

Nim cokolwiek zdążył zrobić czy zaprotestować, to już jej nie było. Zniknęła w tłumie, a o tylko patrzył na nią tęskniącym spojrzeniem. Taka była prawda – tęsknił za nią i nie potrafił pogrzebać tego uczucia. Nie potrafił porzucić tej potrzeby bycia obok niej. Popatrzył dziś w jej sarnie oczy i to wszystko wróciło w taki sposób jakby nigdy od niego nie odeszło. Wszystkie te uczucia, emocje i wspomnienia, które pamiętał aż za dobrze.

/

Chuck był na imprezie zorganizowanej przez Sagnol Company. Z oczywistych względów oraz powołując się na swoją nienaganną pamięć, był przekonany czego mniej więcej może się spodziewać na takiej imprezie. Jego pewność opierała się na tym, że spodziewał się, że impreza firmowa będzie przypominała bankiet. Jednak to, co zobaczył przeszło jego oczekiwania kilkukrotnie. Wszystko przypominało biesiadę zorganizowana prze tutejszych mieszkańców prezentowane przez miejscowe zespoły ludowe z taką samą oprawą muzyczną. Chuck podpierał ścianę popijając już kolejnego drinka. Z tego miejsca miał dość dobry widom na to, co dzieje się na parkiecie. Wszyscy świetnie się bawili w rym tej specyficznej muzyki, w tym również Jack i Georgina. Młody Bass obserwując tą ,czułą" scenkę zastanawiał się, czy to może wpływ brunetki czy po prostu jego stryj zrobi wszystko, aby przypodobać się kontrahentowi. Istniała jeszcze opcja, że miał kryzys wieku średniego, co Chuck również brał pod uwagę.

Z pewnym momencie mężczyzna zauważył, że oboje przestali nagle ,podskakiwać". Zamienili kilka słów, po czym brunetka obróciła się na pięcie i odeszła. Chuck pomyślał, że być może poszła ,przypudrować nosek" lub cokolwiek innego, co kobiety lubią robić w łazience podczas randki. Jack natychmiast zauważył swojego bratanka i udał się w jego kierunku w dość ,tanecznym" podskoku, co z perspektywy tego drugiego wyglądało dość komicznie.

— Widzę, że niezbyt dobrze się bawisz. — zauważył starszy Bass podchodząc nieco bliżej swojego bratanka i częstując się drinkiem z tacy od kelnera. — Na szczęście rozwiązałem ten problem.

— Co masz na myśli? — Chuck zapytał odstawiając pustą szklankę na tacę i biorąc kolejnego drinka.

— Załatwiłem ci randkę.

— Randkę? Czy ty zwariowałeś? Mam żonę! — krzyknął pokazując dłoń, na której nadal widniała obrączka. Nerwowo złapał Jack'a za kołnierz jego koszuli i mocno ścisnął.

— Uspokój się. — powiedział przez zaciśnięte zęby jednocześnie chwytając dłoń bratanka odsuwając ją od swojej koszuli, która poprawił. Zerknął nerwowo po Sali czy przypadkiem nikt nich nie obserwuje. Ostatnie czego by chciał to afera. Nie chciał przedstawienia, ponieważ to źle wpływa n wizerunek firmy. — To siostrzenica Sagnol'a. Młoda, ambitna i z ikrą jeśli wiesz, co mam na myśli. Sagnol chce ją przygotować na przejęcie firmy.

— Myślałem, że ma tylko syna.

— Tak, ale wiesz jak to jest… playboy, rozrzutnik i nieodpowiedzialny chłopak. Sagnol musi ciągle nadstawiać za niego karku, gdy cos przeskrobie, a robi to dość często. Dlatego chce Evelyn przygotować na swojego następcę, bo nie uważa, aby Jacob był w stanie. Nie ufa mu i nie chcę pogrążyć swojego nazwiska i szczerze? Nie dziwię mu się.

Chuck tylko ze zrozumieniem pokiwał głową popijając alkohol w swojej szklance. Rozumiał podejście swojego przyszłego partnera i miał nadzieję, że ten nie odda firmy swojemu synowi, który widocznie miał tendencje do samo destrukcji. Chociaż z drugiej strony… kobieta zarządzającą firmą architektoniczną? Był sceptyczny widząc kobiety na takich stanowiskach, ale nie mówił o tym głośno. Było bowiem źle odbierane.

Claude Sagnol uzyskał swój majątek w tradycyjny sposób – odziedziczył go. Jego rodzina od zawsze byłą związana z architekturą, dzięki czemu mężczyzna miał dość spore pole manewru, którego nie zmarnował w przeciwieństwie do swojego syna. Uzyskał dyplom jednej z najlepszej uczelni – Yeil i był dość znanym architektem, który budował swoje imię dzięki znanej rodzinnie renomie oraz swoim charakterystycznym stylem. Nazywano go bowiem ,szokującym architektem nowoczesności". Został doceniony przez wielkie koncerny, uczelnie, gdzie chętnie brano go wykładania zajęć dla młodych studentów oraz konkursy, gdzie otrzymywał wyróżnienia. Najcenniejszym ze wszystkich wyróżnień była nagroda Pritzkera, która została mu przyznana w 1990 roku, co tylko utwierdziło jego pozycję na arenie międzynarodowej jako jednego z najzdolniejszych architektów świata. Claude był krnąbrnym facetem po pięćdziesiątce. Mierzył niecałe metr siedemdziesiąt siedem wzrostu, był blondynem, miał szerokie ramiona oraz twarz, która była dość przyjazna. Gdy siego spotkało, to miało wrażenie, że kocha wszystkich ludzi na świecie. Nie sposób było źle się czuć w jego towarzystwie roztaczał bowiem zaraźliwą energię, która sprawiała mimowolną radość.

— Widzę, że już zrobiłeś wywiad środowiskowy. — mruknął popijając resztę swojego whisky ze szklanki.

— Lubię poznawać ludzi, z którymi mogę współpracować oraz ich historię. To nas do siebie zbliża, zacieśniamy więzy i tak dalej. Sam rozumiesz…— spojrzał na syna swojego brata z nadzieją, że zobaczy tam zrozumienie.

— Prawdziwy psychoterapeuta z ciebie.

— A żebyś wiedział. — zrobił krótką pauzę. — Siostrzenica Sagnol'a przeżyła niedawno przykre zerwaniez chłopakiem…— Jack zahaczy

— I co z tego? Mam być jej pocieszycielem? — prychnął ironicznie i wskazał dłonią na kelnera, aby ten podszedł. Znowu miał pustą szklankę i chciał kolejnego drinka.

— Nie. Będziesz bardziej ,towarzyszem w trudnych chwilach". — wyraźnie zaakceptował ostatnie słowa.

— Jak wygodnie nazwane.

— Daj spokój, Chuck. Przecież nikt ci nie każe jej przelecieć. — mężczyzna spojrzał na swojego bratanka, a gdy napotkał jego paraliżujący wzrok, to nieco zmienił ton swojej wypowiedzi. — To znaczy… będzie ci towarzyszyć podczas naszego wyjazdu. Daj jej ponarzekać czy wypłakać się w rękaw. Towarzysz jej w tych wszystkich zabawach.

— Skoro już o nich mowa. — przerwał mu. — To ile będzie trwał ten cyrk?

— Nie wiem. To ich sposób gościnności. Czy nie jest świetne? — zapytał retorycznie, ponieważ wiedział, że jego bratanek nie podzielał tego samego entuzjazmu, co on. — Wyluzuj się i zabaw. Siostrzenica Sagnol'a jest bardzo ładna. — klepnął bratanka w ramię.

Chuck miał paskudny humor, co nie uszło uwadze jego stryjka. Wzruszył ramionami i sam dokończył swojego drinka odstawiając pustą szklankę tacę kelnera, który akurat przechodził obok. Robił to dość często, bo najwidoczniej Chuck był jego częstym ,klientem".

Po chwili starszy Bass zauważył Sagnol'a i jego siostrzenicę. Szturchnął bratanka, aby ten podążał wzorkiem za nim.

— To oni. Chodź, przedstawię cię.

Chuck ruszył za stryjem niezbyt zadowolony, ale nie mógł tego po sobie pokazywać. Próbował dostrzec tajemniczą blondynkę stojącą przy szefie Sagnol Company, ale nie potrafił. Ciągle głowa wuja mu zasłaniała twarz dziewczyny. Przestał więc się wychylać, aby nie wyglądać idiotycznie. Gdy jednak zbliżył się wystarczająco, aby zobaczyć jej twarz to zamarł.

— Claude! — zawołał Jack swoim francuskim akcentem w taki sposób, aby ten zauważył.

— Jack! Chuck! Jak się bawicie?

— Wyśmienicie. Właśnie mówiłem Chuckowi jak wspaniała impreza.

— Cieszę się. Poznaliście już moją siostrzenicę?— zapytał i pokazał blondynkę jakby była trofeum, która zapewne tak traktował. — To jest…

— Eva. — dokończył za niego Chuck patrząc na blondynkę, którą doskonale znał.

— Znacie się? — na twarzy Claude malowało się zaskoczenie, które po chwili rozjaśnił szeroki uśmiech. Taki stan rzeczy chyba mu pasował.

— Mieliśmy już przyjemność się poznać kilka lat temu w Paryżu.

— Świetnie! — przerwał im Jack, któremu najwyraźniej to bardzo odpowiadało. — Zostawimy was, abyście mogli powspominać stare i dobre czasy. —zrobił pauzę, by po sekundzie zwrócić się do Sagnol'a. — Claude, czy nie chciałbyś mi i Georginie przypomnieć jak tańczy się ten wasz bourree?

Złapał starszego mężczyznę kładąc dłoń na jego karku i sprawił, żeby ten podążył za nim na parkiet, gdzie czekała już zdezorientowana Georgina. Chuck został sam ze Evą. Początkowo milczeli, co było dość krępujące. Młody Bass dokończył po raz kolejny drinka do końca i odstawił szklankę na tackę, ale tym razem nie brał kolejnego.

— Więc… jesteś siostrzenicą Sagnol'a.

— Tak. — zaśmiała się nerwowo. — Nigdy nie było okazji się o tym powiedzieć.

— Jak dla mnie okazja była zawsze przez te kilka miesiecy. Ty nie byłaś po prostu szczera. — wypalił bez zastanowienia i nie żałował tych słów. Kobieta nie pierwszy raz nie była z nim całkowicie szczera, kiedy on obnażył przed nią dosłownie wszystko. — Zresztą nie pierwszy raz.

— Może po prostu nie miałam okazji powiedzieć? — odparła takim samym chamskim tonem jak brunet. — Skoro zostałam dość szybko wypędzona z miasta przez Blair. — odparła przypominając sobie wydarzenia z jej ostatniego dnia pobytu w Nowym Jorku.

Na twarzy mężczyzny ukazała się żyłka. Zdenerwował się na samo wspomnienie tamtych wydarzeń. Nie chciał do nich wracać i wydawało mu się, że nie wróci. Bedzie żył dalej, jakby nigdy nic i jakby nigdy Eva nie pojawiła się w jego życiu. Chciał przekonać samego siebie, że pozwolić jej odejść było dobrą rzeczą. Być może najlepsza jaką kiedykolwiek zrobił w swoim życiu. Chciał dobrze i takie ,załatwienie sprawy" przez Blair w pewnym sensie wydawało mu się naturalne oraz rozsądne w ich świecie. Dzięki czemu on zachował się zasadniczo szlachetnie i blondynka nie musiała poznać jego gorszej strony jak Blair. Być może w jej wspomnieniach nadal jest Henrym.

Chuck wskazał ręką na kelnera, aby ten podszedł z kolejnym drinkiem. Poczuł jak czyjaś dłoń łapie jego i ściąga na dół. To była Eva.

— Wystarczy ci na dziś, Chuck.

— Nie jesteś moją matką. — powiedział to z pogardą. Wzdrygnął się od jej dotyku, a ona odsunęła się chowając dłonie pod pachami. Była wyraźnie zakłopotana, co nie umknęło jego uwadze.

Stali dość długo w tak nerwowej ciszy obserwując to, co dzieje się na parkiecie. Żadne z nich nie zamierzało przerwać niezręcznego milczenia. Zwłaszcza Chuck, który jedyny gest jaki robił to na kelnera. W końcu Eva wydała z siebie jęk niezadowolenia i przeprosiła Chucka udając się na wprost do wejścia, w którym właśnie pojawił się wysoki brunet. Zdecydowanie się za kimś rozglądał i za chwilę miało się okazać za kim. Czekał aż blondynka do niego podejdzie. Zaczął z nią konwersację i z perspektywy Chuck'a byłą to rozmowa przypominająca bardziej kłótnię. Zwłaszcza, gdy nieznajomy zaczął szarpać blondynkę. Młody Bass przyglądał się temu przez chwilę aż postanowił interweniować. Odstawił szklankę na tacę i pewnym krokiem podszedł do obserwowanej wcześniej dwójki rozmawiającej. Objął blondynkę w pasie i pocałował z policzek.

— Kochanie czy wszystko w porządku? — zapytał swoim niskim głosem i uważnie przyjrzał się facetowi, który przypominał mu jednego z tych wokalistów garażowych grup rockowych. Mimo swoich uprzedzeń wyciągnął do mężczyzny dłoń na powitanie. — Jestem Chuck Bass, narzeczony Evy. Czy mogę ci w czymś pomóc, bo widzę że masz wyraźny problem?

— Narzeczony? — nieznajomy powtórzył tonem jakby po raz pierwszy słyszał to słowo.

— Mam ci to przeliterować?

— Nie trzeba. Chciałem tylko przywitać się z Evą. — odparł nieco zmieszany i cały czas patrzył na kobietę, która unikała jego wzorku. — Chyba będziemy się dość często widzieć. Będę tu przez kilka dni. Za nic w świecie nie przegapiłbym naszych tradycyjnych zabaw.

— Nie mogę się doczekać. — Chuck zmierzył go chłodnym spojrzeniem i wyczekał aż ten wymięknie i odejdzie, co też tamten uczynił. To było do przewidzenia. Od młodego Bass'a pewność siebie biła aż na odległość.

— Dziękuję, ale nie musiałeś. — Eva powiedziała, gdy zostali sami. — Nawet jak zaraz się dowie, że to farsa. — westchnęła, ale byłą wdzięczna brunetowi, że dzięki niemu ma chociaż dzisiaj spokój od natarczywego byłego.

— Nie, nie dowie. — po raz pierwszy się do niej uśmiechnął szczerze i radośnie. Jakby nagle stał się innym człowiekiem niż tym, którym był jeszcze dziesięć minut później. — Myślę, że możemy przed nim poudawać dopóki nie wyjedzie.

/

Blair wysiadła z taksówki w okolicach wynajętego domu Jenny. Zrobiła sobie krótki spacerek i czuła się dość dziwnie i nieswojo. Nie rozumiała, że ktoś może chcieć z własnej woli mieszkać w takiej okolicy. Cicho, ciemno, brakuje tu ,życia" i przez ten cały czas czuła jakby ktoś za nią szedł. Nie trzeba mówić, że sam minutowy spacerek po chodniku ją przerażał.

Gdy już znalazła się na posesji, to zauważyła, że dom nie jest oświetlony i z ulicy sprawiał wrażenie jakby nikogo w nim nie było lub zwyczajnie jak na tą porę przystało – wszyscy spali. To jednak ją w żaden sposób nie zniechęciło. Wręcz przeciwnie – pewnym krokiem wkroczyła na podwórko i przeszła pod drzwi, do których zapukała, ale nie było żadnej odpowiedzi. Zrobiła tak kilkukrotnie aż zaczęła walić pięścią w drzwi.

— No dalej Mała J! Wiem, że tam jesteś! — Szarpnęła kilkukrotnie za klamkę, ale było zamknięte. Blair nie dawała za wygraną, co było naturalne w jej przypadku, a raczej naturalną cechą wpisaną w jej charakter.

Nikt nie reagował. Brunetce jednak nie przeszło przez myśl, że być może faktycznie dom jest pusty, a Jenny należałoby szukać gdzieś w nowojorskich barach. Zapewne w końcu Waldorf by się poddała, gdyby nie zobaczyła odbijającego się światła z piwnicy. To nieco wzbudziło jej podejrzenia. Tylko, co Mała J mogłaby robić w piwnicy? Zrobiła sobie tam pracownie? W ciemnej, mokrej i najbardziej nieprzyjemnym pomieszczeniu w całym domu? To nie miało żadnego sensu, a ona musiała to sprawdzić.

Blair obeszła dom dookoła próbując znaleźć jakiekolwiek wejście ,awaryjne", ale nie było żadnych drugich drzwi. Cztery kąty Jenny były dosłownie czertami kątami. Dom był bowiem mały, nie miał nawet garażu, a cały ogród trochę zaniedbany. Dla brunetki nie było to nic nadzwyczajnego, bo pewnie blondynka nie miała czasu bawić się roślinami, ale po co w takim razie wynajmowała dom zamiast zwykłego mieszkania? Miał tylko parter i to nieszczęsne zejście do podziemi, gdzie zapewne była piwnica. Mało prawdopodobne, aby mieściło się tam coś innego jak przystało na typową amerykańską rodzinę.

Blair w końcu wróciła do frontowych drzwi szukający jakiegoś pomysłu, ale nic jej nie wpadło do głowy, bo za oczywistym działaniem. Czy na pewno chciała tam wejść czy to była tylko jej paranoja?

— Obym się myliła. — odparła do siebie i zamknęła oczy.

Stłukła torebką szybę przy obramowaniu drzwi. To było jej pierwsze przewinienie prawne i oprócz zniesmaczenia poczuła swego rodzaju ekscytację. Wsunęła dłoń w rękawiczce i otworzyła sobie drzwi od wewnątrz. Weszła cicho i rozejrzała się. Nie zauważyła nic niepokojącego ani nic, co by mogło zwrócić jej uwagę. Podeszła przez korytarz mijając kuchnię oraz salon, w których było nadzwyczajnie cicho i ciemno. Z daleka widziała odbijające się światło spod drzwi piwnicy. To jej się najmniej podobało, ale otworzyła te drzwi.

Zeszła po schodach na dół czując jak one skrzypią pod jej stopami. Przypominało te wszystkie sceny z horrorów, które oglądała razem z Humphrey'em, gdzie zaraz miał wyskoczyć zamaskowany clown, nadpobudliwy kruk czy zwyczajny zabójca z siekierą. Pamiętała, że w wakacje urządzili sobie dni, w których oglądali tylko horrory. Chociaż nie przepadała za tym gatunkiem, to dała się przekonać, a filmy Hitchcock'a wchłaniała jak gąbka. Owszem, uważała że niektóre z jego filmów się zestarzały dzisiaj określa się je mianem ,ramoty". Pamiętała, że podczas takich scen zawsze krzyczała: nie idź tam! Przecież to oczywiste, że właśnie w takich miejsca ukrywają się zabójcy!" Tymczasem, co ona sama robi? Popełnia ten sam błąd, co każdy bohater. I to w imię czego? Być może własnej paranoi, a przynajmniej jeszcze trochę będzie się łudziła, że to tylko paranoja.

— Mała J? — zapytała półszeptem.

Dlaczego właściwie szeptała? To wydawało jej się dziwne, dlatego odchrząknęła i zawoła ją nieco głośnej. Wtedy usłyszała dziwny dźwięk jakby szuranie krzesłem o podłogę i stłumiony głos wydobywający się na starymi meblami. Było ich dużo i zapewne po poprzednich właścicielach. Blair nie dziwiła się, ze blondynka nie chce z nich korzystać. Wyglądały jak za czasów młodości babci Waldorf i tak samo pachniały, co tylko sprawiało, że brunetka chciała jak najszybciej stąd uciec.

Im była bliżej tych stęchłych mebli, to tym bardziej odgłosy stawały się coraz bardziej wyraziste, silniejsze i takie, które przyprawiały Blair o dreszcze. Gdy zajrzała za to całe wyposażenie, zobaczyła Jenny Humphrey siedzącą na starym krześle związaną i zakneblowana. Brunetka odruchowo zasłoniła usta dłonią. Kto odważył się na coś takiego? Była przerażona i natychmiast rzuciła się do rozwiązania blondynki.

— O mój Boże, kto ci to zrobił? — zapytała wystraszona klękając przy niej i pośpiesznie próbując ja rozwiązać. Jednak to, co wygląda na filmach w realnym świecie nie jest już takie proste. Nie wiedziała za co się zabrać i gdzie jest ten przysłowiowy ,guzek", który rozwiązuje pętle.

W pewnym momencie Jenny zaczęła się nerwowo wiercić i próbować krzyczeć coś przez zaklejone usta.

— Możesz się tak nie wiercić!? Próbuję cię rozwiązać!

Blair zareagowała nerwowo. Rozumiała, że dziewczyna może być lekko zdenerwowana tą sytuacją, ale jej panik w niczym nie pomagała. W końcu spojrzała na blondynkę, która oczami próbowała jej coś pokazać. Coś, co było za nią. Albo raczej ktoś. Wtedy poczuła czyjąś obecność i to przerażenie, które czuła za każdym razem, gdy oglądała film Hitchcock'a . Niestety, gdy Blair się odwróciła było już nieco za późno na interwencję. Zobaczyła postać, a po chwili poczuła tylko jak cos twardego uderza w jej głowę, być może nawet kilka razy, w wyniku czego ogarnęła ją ciemność i straciła przytomność.

CIĄG DALSZY NASTĄPI… KIEDYŚ