Deszczowa pogoda odwiedziła Nowy Jork, gdy Nate Archibald jak każdego dnia przesiadywał od rana w swoim biurze w Spektatorze. Od kilku lat niewiele zmieniło w jego życiowych planach jak i w jego miejscu pracy. Jedyne, co mogło wydawać się nowe, to sofa umieszczona w taki sposób, aby siedząc można było obserwować Central Park. Z jakiegoś powodu patrzenie przez okno uspokajało Nate'a. Robił to kilka lat i czasami miał wrażenie, że w jego życiu nic się nie zmienia. Jeśli oczywiście dziadek nie ma względem niego jakiś planów, a ostatnie takie plany się pojawiały. Miał bowiem kandydować na burmistrza miasta. Był sceptycznie nastwiony do tego pomysłu z racji tego, że prowadzi gazetę, ale ciągłe przekonywanie dziadka oraz mamy sprowadziło go na drogę kandydatury. Będzie ją ogłaszać w przyszłym tygodniu. Nie denerwował się z tego powodu, a bardziej się martwił tym, że nie sprosta wymaganiom stawianym przez jego rodzinę. Rodzinę, która miała ambicję zostać drugim klanem Kennedych w tym kraju. Miał tylko nadzieję, że nie skończy jak John lub Bob.
Tęsknił za tatą, ale od jakiegoś nie miał od niego żadnych wieści. Wiedział, że pływa gdzieś swoją łodzią po morzu karaibskim spełniając swoje dziecięce marzenia. Z jednej strony Howard Archibald zachowywał się jak facet z syndromem Piotrusia Pana, który ucieka od odpowiedzialności i nie zamierza zostać nigdy dorosłym. Z drugiej jednak strony Nate bardzo zazdrościł ojcu tej swobody oraz wolności, którą ma. Tego, że każdego dnia może robić to, co chce, a nie to co ma zaplanowane przez sztab doradców, sekretarzy czy innych pomagaczy.
Usłyszał pukanie do drzwi i momentalnie odchylił głowę w tym kierunku, ale nie ruszył się z sofy. Zobaczył swoją nową sekretarkę.
— Vanessa Abrmas do pana. Mówiłam, że nie ma pan teraz czasu, ale się upiera żeby wejść.
— W porządku. Niech wejdzie.
Nate niechętnie wstał z sofy i zapiał guzik marynarki. Podszedł do swojego biurka, gdzie czekał aż brunetka zjawi się w jego drzwiach. Z perspektywy czasu Vanessa nic się nie zmieniła, a Archibald mógłby powiedzieć, że nawet wypiękniała. Nadal miała kruczoczarne włosy, które falowały na różnych długościach, ale nie opadały na jej twarz. Trzymały je jedynie opaska. Dalej olśniewała urodą i na pewno zwracała na siebie uwagę przechodząc przez ulicę. Coś jednak jeszcze się zmieniło. Gdy widział ją po raz ostatni sześć lat temu, to nie biła od niej aż taka pewność siebie. Teraz ona była uderzająca i niemalże charyzmatyczna.
— W końcu jesteś. Dzwoniłem do ciebie ponad miesiąc temu! — powiedział be zbędnych uprzejmości podchodząc do niej i przytulając na powitanie.
— Miesiąc? Ciesz się, że nie kazałam ci czekać sześć lat jak ty mi.
— Nie złość się. Miałem ku temu powody.
— Oh tak? Jakie? — zapytała zakładając ręce na piersi.
/
Sześć lat wcześniej…
Chuck Bass wracał razem z Claude Sagnol'em z boiska golfowego, gdy zaczepiła go Eva i poprosiła o chwilę rozmowy. Powiedziała, że to ważne i potrzebuje jego pomocy w związku z jej niesfornym kuzynem Jacobem. Bass poprosił ją o chwilę dla siebie, aby móc się odświeżyć po towarzyskiej rozgrywce w golfa. Po kilkudziesięciu minutach przyszedł do pokoju gościnnego, gdzie siedziała na łóżku razem ze swoim kuzynem. Oboje wyglądali na bardzo zmartwionych, więc ta aura udzieliła się również brunetowi.
— O co chodzi? — zapytał patrząc najpierw na blondynkę, a potem na Jacob'a.
— Nagranie. — rzuciła Eva i podała Chuckowi niewielki aparat fotograficzny, na którym zarejestrowano obraz przedstawiający jej kuzyna oraz innego mężczyznę w dość jednoznacznej sytuacji.
— Jesteś gejem i co z tego? —Bass zapytał odrywając się od oglądania filmiku. Chuck obejrzał kilka sekund nagranie, aby mniej więcej wiedzieć jakie jest jego przesłanie. Nie był fanem filmu dla dorosłych, zwłaszcza homoseksualnych. Nie rozumiał problemu, z którym mierzył się Jacob oraz Eva. W obecnych czasach bycie homoseksualnym nie było napiętnowane.
— Nie chodzi o to.
— To o co?
Eva zerknęła nerwowo na kuzyna, a ten tylko skinął głowa zawstydzony.
— Chodzi o to, z kim on tam jest. To Victor Carpentien biznesmen paryski, a nieoficjalnie bardziej znany jako lichwiarz, który dorobił się na handlu żywym towarem oraz właściciel domu publicznego w Creil.
Bass piorunująco spojrzał na kuzyna Evy. W jednym momencie zrozumiał, czemu Jacob jest takim wielkim problemem dla swojego ojca. Wiedział, dlaczego to wideo zostało wysłane do młodego Sagnol'a. To był czysty szantaż, a Jacob był niezwykle naiwny. To jednak nie była kwestia problemów prawnych w powodu zbyt szybkiej jazdy francuskimi ulicami czy kontrowersyjne imprezy do rana, ale sprawa rzutowała na cały wizerunek jego ojca oraz jego pracy.
— Jak możesz być tak głupi?! Nie myślisz, że pewne rzeczy mogą zaszkodzić twojemu ojcu?! —Chuck podniósł głos. Było słychać, że jest wściekły. Podszedł do kuzyna blondynki i złapał go mocno za ramię powodując, że ten wstał i się z nim zrównał.
Jacob nie powiedział nic usprawiedliwianego, a jedynie coś mruczał pod nosem. Nawet teraz nie zdawał sobie sprawy z powagi tej sytuacji. Co nie było zaskoczeniem dla nikogo z obecnych w pokoju.
— Czego od Ciebie żądają? — Chuck kontynuował swoje przesłuchanie nie zwracając zbytnio uwagi na to, co ma do powiedzenia Jacob.
— Miliona euro oraz aby ojciec wycofał swoją kandydaturę na burmistrza.
—Jasna cholera! — Bass nie wytrzymał pchnął z powrotem Jacob'a na łóżko i uderzył pięścią w stół. Oparł dłonie i przez chwilę nic nie mówił. Nawet nie patrzył na dwójkę swoich towarzyszy, którzy w przeciwieństwie do niego byli wpatrzeni jak w obrazek. — Zostaw mi nagranie oraz dane, gdzie masz przekazać fundusze. Zajmę się tym. — powiedział po dłuższej chwili milczenia odwracając się do swoich rozmówców.
— Jak? — zapytał cicho i niepewnie młodszy Sagnol.
— Nie twoja sprawa. — syknął Chuck. — Mam swoje sposoby, a Ty jedyne, co masz zrobić to wyjechać w kraju na jakiś czas. Zmień branżę, Eva zostanie tu i będzie pomagać twojemu ojcu. Ty zajmij się czymś mniej wymagającym. Masz ładna buzię, zostań modelem. — powiedział ironicznie, z takim samym uśmiechem namalowanym na jego twarzy.
Zmieszany Jacob chciał opuścić pokój, ale młody Bass jeszcze go zatrzymał.
— Coś jeszcze.
— Tak?
— Nie używaj nazwiska swojego ojca. Wystarczająco już nadszarpnąłeś jego reputacji i coś mi mówi, że zrobisz to jeszcze nie jeden raz.
— Chyba żartujesz! Mam być bezimiennym?!
— Aborn. — zabrzmiał cichy głos blondynki, która cały czas obserwowała sytuację milcząc. Napotkała pytając spojrzenie Chucka, więc wyjaśniła. — Panieńskie nazwisko matki Jacoba, to Aborn.
— Fantastyczne! Od dziś jesteś Jacob Aborn.
/
Dzięki wcześniejszym próbom zdjęcia knebla przez Blair, został on nieco naruszony i Jenny z łatwością pozbyła się go poprzez branie głębszych wydechów i wdechów i w końcu knebel z ust odpadł. Przesunęła się krzesłem w kierunku Blair i podniosła się z nim. Stanie nie było trudne, ale uciążliwe ponieważ obie nogi miała związane, więc łatwo można było stracić równowagę. Dlatego musiała uważać. Zbliżyła się do twarzy brunetki i zębami próbowała zdjąć jej knebel. To było skomplikowane, bo nie trafiła za pierwszym czy kolejnym razem, a jedyne co zrobiła to gryzła Blair w policzek. W końcu jednak udało jej się zębami chwycić kawałek taśmy na ustach brunetki i zerwała to dość mocno i szybkim ruchem, na co ta syknęła z bólu.
— Nie mogłaś być delikatniejsza?
— Nie ma za co. — powiedział sarkastycznie panna Humphrey. — Przynajmniej darujesz sobie depilacje na jakiś czas.
— Nie robię depilacji twarzy. — odparła oburzona i zaczęła sprawdzać ustami czy faktycznie nie potrzebuje depilacji.
— Powiedziałaś komuś, że tu jedziesz?— zapytała Jenny zmieniając temat. Wiedziała, że nie mają zbyt czasu na dyskusję, a chciała wiedzieć ile muszą czekać na ewentualny ratunek.
— Nie...
— Świetnie, po prostu pięknie! Jak mogłaś być tak głupia!— w tym momencie blondynka straciła nadzieję, że ktokolwiek ich tu znajdzie.
— Przepraszam, że się martwiłam i miałam źle przeczucia!— odparła atakiem na atak. Przez chwilę miała wrażenie jakby znowu były w liceum, a to była kolejna ich potyczka. — Chciałam sprawdzić czy są słuszne i miałam rację! Od początku miałam rację co do niego!
— Świetnie! Dam Ci za to medal jak tylko Tony rozwiąże mi ręce, czyli nigdy.
— Oh Boże, zamknij się.
— Po prostu nie rozumiem jak mogłaś być tak głupia i nikomu nic nie powiedzieć!
— Nie odzywaj się już! Żałuję, że tu przyszłam, zero wdzięczności za chęć pomocy!
— Wdzięczności za co?! Że nie pofatygowałaś się komukolwiek powiedzieć i przez to tutaj umrzemy? Inteligent Blair Waldorf głupia jak dziecko.
W tym momencie brunetkę nieco się zirytowała i kopnęła w kostkę Jenny. Obie kobiety nawet nie zwróciły uwagi, że w tej furii Blair oderwała taśmy z kostek. Blondynka syknęła z bólu i chciała ją uderzyć, ale związane ręce z tylu bardzo to uniemożliwiały.
— Boże, nienawidzę cię!— krzyknęła niemalże z desperackiej furii.
— Ja Ciebie bardziej!
— Mam nadzieję, że to ciebie zabije pierwszą.
— Właściwie to nie jest głupi pomysł.
Dziewczyny spojrzały przerażone w kierunku, z którego dobiegał głos. Był to Tony, który widocznie przyglądał się im od dłuższego czasu z tym swoim szerokim uśmiechem psychopaty na twarzy.
/
Dan nudził się na przyjęciu. Nie było ani Jenny, a Blair jak zniknęła tak do tej pory nie wróciła. Próbował dzwonić od jednej i do drugiej, ale bez rezultatu. Szykował się po prostu beznadziejnie nudny wieczór. Co jakiś czas popijał drinka i obserwował wszystkie te ważne osobistości ze świata mody. Nie był totalnym ignorantem, ale znał tylko kilka nazwisk i być może kojarzył kogoś ,z widzenia". Poza tym ten temat był mu bardzo obcy, a jego minimum wiedzy wynikało tylko z tego, że jego siostrą byłą Jenny Humphrey – młoda, utalentowana i wschodząca gwiazda amerykańskiej mody.
— Dan?
Odwrócił się słysząc swoje imię i nieco się zdziwił. Zobaczył kogoś, kogo nie spodziewał się zobaczyć. Był to Scott – jego przyrodni brat, który tak samo szybko pojawił ł się w jego życiu i tak samo szybko z niego zniknął.
— Scott? Co tutaj robisz? — odparł podając mu dłoń na przywitanie. Dopiero teraz zauważył, że towarzyszyła mu piękna i zarazem tajemnicza kobieta. — Dan Humphrey. — przedstawił jej się całując jej dłoń. Zwykle nie robił takiego ,procederu", ale teraz poczuł dziwną potrzebę, aby tak zrobić.
— To moja dziewczyna Lucille. — przedstawił ją Scott nie dając dziewczynie dojść do głosu, co według Dana było nieco dziwne. Przyjrzał się dziewczynie i sprawiała wrażenie niezwykle pewnej siebie, ale kto by nie był na jej miejscu? Miała niezwykłą urodę przyciągającą wzrok. Z jakiegoś jednak powodu brunet miał wrażenie, że jest w pewnym sensie ,stłumiona" przez swojego życiowego partnera.— Zostaliśmy zaproszeni. Lucille jest nową modelką Waldorf Designs.
— Ou… to świetnie. — na twarzy Dan'a malowało się zaskoczenie. Nie spodziewał spotkać się Scotta, który najwyraźniej ułożył sobie życie z jedną z dziewczyn Blair. — Nie wiedziałem, że planujesz przyjechać do Nowego Jorku. Tata wie?
— Tak. Rozmawiałem z nim i Lily. Ucieszyli się, że będą mieli mnie na miejscu. Chciałbym być częścią waszego życia i proszę… nadarzyła się świetna okazja dla Lucille, a ja postanowiłem ją wspierać.
— To chyba będziemy się częściej widywać.
— Mam nadzieję.
/
Chuck i Eva wyszli kilkadziesiąt minut po Jacobie. Zamienili kilka słów, w którym głównie kobieta podziękowała młodemu Bassowi za próbę pomocy i jednocześnie podkreśliła, że nie oczekuje od niego zdziałania cudów. Wiedziała, że piwo, które naważył jej kuzyn powinien sam je wypić, ale z drugiej strony jej wujek nie był niczemu winien. Nie chciała, aby musiał przechodzić przez to pasmo upokorzeń, które go czeka. Nie zasłużył na to, dlatego gdzieś w głębi miała nadzieję, że Chuck będzie w stanie w jakiś sposób załagodzić sytuację.
Odchodząc objęła mężczyznę i pocałowała delikatnie w usta. Chuck uśmiechnął się i obserwował jak odchodzi. Wiedział, że będzie musiał zrobić wszystko, aby pomóc tej rodzinie. Pierwsze, o kim pomyślał to jego prawnik Barry Shargel. Do tej pory młody Bass mógł na nim polegać i mu ufać, ponieważ niekiedy wyciągał go z ciężkich sytuacji, jak wcześniej robił to dla ojca Chuck'a. Może będzie miał jakiś pomysł?
— Jak słodko.
Chuj usłyszał za sobą głos Geroginy i momentalnie odwrócił się mierząc ja wzrokiem. Nie odzywał się i nie zamierzał. Ruszył w jej kierunku, aby ja wyminąć i wrócić do swojego pokoju. Wtedy poczuł jak jej głos znowu go zatrzymuje.
— Ciekawe czy Blair ma świadomość jak dobrze się tu bawisz.
Zatrzymał się i odwrócił się znowu patrząc jej w oczy. Tym razem w tym spojrzeniu była pogarda. Nie chciał jednak w żaden sposób dać się jej sprowokować, więc rozmowę zaczął spokojnie.
— Pomagam Evie do czasu aż jej toksyczny były zniknie i da jej spokój. Tłumaczyłem wam...
— Oh proszę Cię. — przerwała mu wywracając oczami. — Za bardzo się angażujesz w to całe ,udawanie". Zresztą... — zrobiła krótką pauzę i zmniejszyła odległość między nimi. —Takie bajeczki możesz opowiadać Blair. A właśnie co u niej? Kiedy ostatni raz z nią rozmawiałeś?
— Czego chcesz Gerogina? — Bass zapytał wprost. Nie było sensu przeciągać tej rozmowy. Wiedział, że brunetka przyszła do niego z interesem. I nie mylił się, bo zauważył jak źrenice kobiety się rozszerzyły.
— Jack mi się oświadczył.
— Gratuluję. — odparł sarkastycznie i jednocześnie zastanawiał się, do czego ta rozmowa ma zmierzać.
— Nie ma czego. — prychnęła. — Razem z pierścieniem podsunął mi intercyzę.
— To normalne w naszych kręgach.
— Ale nie w moich! — powiedziała dość ostro podnosząc głos. Po chwili jednak wyraz jej twarzy nieco złagodniał. — Nie pozwolę sobie wejść w małżeństwo bez zabezpieczenia. Dlatego przekonasz Jack'a, aby intercyza nie była konieczna, a ja w ramach wdzięczności dostanę nagłej amnezji i Blair nie dowie się o twojej "przysłudze" względem Evy.
/
Tony zaczął spokojnie spacerować obok Jenny i Blair, które nadal były związane. Jego chód przywodził na myśl tych wszystkich polityków wstających na mównicy i jak z pamięci i bez przekonania mówią swoje mowy, których zapewne nawet sami nie piszą.
— Rozwiązałyście sobie usta. — stwierdził. — To nic i tak zamierzałem z wami porozmawiać.
— Czego ty chcesz chory psychopato! — Blair po wcześniejsze kłótni nadal była nieco podminowana. Być może stąd ten nagły atak furii, który nie był zbyt rozważny zważywszy na sytuację, w której się znajdowała.
— Nie pogarszaj tej sytuacji ty idiotko! — Jenny nie była dłużna i zapewne w pewnym sensie ,ciążyło jej", że nie miała ostatniego zdania podczas tej kłótni.
— Blair zawsze byłaś niewychowana. — stwierdził Tony opierając się o stół i wyciągając za pleców nóż do steków, którym zacząć się bawić . — Zawsze traktowałaś mnie z góry. Zawsze obrażałaś Jenny i każdy efekt jej pracy. Nigdy nie byłaś z niczego zadowolona. Zawsze tylko krytyka. Czułaś się lepsza? Nie jesteś. — Tony zrobił kilka kroków i zatrzymał się przed Blair. Ostentacyjnie zaczął przykładać jej nóż pod gardło. Zbliżając się niemal czuł jej niepewny oddech, drżenie oraz strach, który w jakiś dziwny i niewytłumaczalny sposób mu się podobał i chciał czuć tego więcej. — Dlaczego mam ci darować życie? Za bycie suką?
— Nie rób tego. — przerwała mu Jenny, a on na nią tylko spojrzał. — Sam powiedziałeś, że upokarzała mnie, nie ciebie. To ja powinnam dać jej nauczkę, nie ty.
Tony uśmiechnął się złowieszczo.
— Myślisz, że jestem głupi? Uwolnię cię, a ty mnie zaatakujesz.
— Nie, Tony. Od dawna chciałam to zrobić. — Jenny wyprostowała się cały czas patrząc na swojego byłego chłopaka. — Od kiedy wróciłam, na każdym kroku próbuje niszczyć moją prace wytykając mi wszelkie niedoskonałości. Próbowałam…. Próbowałam to znosić, ale dłużej nie mogę. — spojrzała na niego niemal błagalnie. — Jeśli mi nie wierzysz, to możemy zrobić to razem. Potrzebuję cię, przepraszam że cię zostawiłam.
Mężczyzna nadal patrzył na blondynkę nieco podejrzliwie, ale część niego chciała wierzyć, że Jenny mówi prawdę i w jakiś sposób to dziwne zdarzenie ich do siebie zbliżyło. Być może nawet uświadomiło pannie Humphrey, że zakończenie tego związku było pomyłką. Czy zrobiła to świadomie czy ze strachu już go tak nie obchodziło. To chyba wygrało. Tony klęknął obok dziewczyny i ją rozwiązał. Spojrzał na nią i pocałował wpychając swój język.
Blair, która obserwowała to wszystko z niedowierzaniem, poczuł jak żołądek podchodzi jej do gardła i zwyczajnie zrobiło jej się niedobrze. To było obrzydliwe i nie mogła na to patrzeć bez skrzywienia, a po chwili i tak odwróciła wzrok. Chociaż jej uszy nie pozwoliły jej zapomnieć, że taka scena i tak ma miejsce. Miała tylko nadzieje, że w jej obecności nie dojdzie do czegoś więcej.
Po chwili Jenny wstała z krzesła i podeszła do Blair. Bez zastanowienia uderzyła ją pięścią w policzek tak mocno, że twarz pani Bass obróciła się o kilka stopni. Zapiekł ją policzek i poczuła ogromny ból oraz łzy napływające do oczu. Nie chciała jednak dać po sobie poznać, że w jakiś sposób to wywołało u niej tyle emocji. Nie odzywała się, tylko milczała. Dostała po raz drugi, trzeci i czwarty, ale tym razem nie mogła powstrzymać łez. Pociekły po jej policzkach. Nie słyszała nic poza szumem w swoje głowie oraz dochodzącymi do niej odgłosami euforii Tony'ego. Mężczyzna zachowywał się jakby zachowywał się jakby czyjeś cierpienie go podniecało i pewnie tak było. Nie rozumiała jak można być tak upośledzonym psychopatą i nie rozumiała jak Jenny mogła stracić rozum. Słyszała historie jak instynkt samozachowawczy wydobywa z nas najgorsze wersje w momencie, gdy chcemy się bronić i chronić własne życie. Nie sądziła jednak, że będzie dane jej tak szybko się o tym przekonać i widzieć jak Jenny zmienia się w takiego samego potwora, którym jest Tony.
— Daj mi nóż.
— Ty suko! — krzyknęła brunetka, ale po chwili tego pożałowała, bo Jenny znowu ją uderzyła.
— Myślę, że to sprawi ci więcej radości. — Tony podszedł do blondynki i wręczył jej broń.
Zimna stal w jej dłoni sprawiła, że wzdrygnęła. Widząc niezdecydowanie oraz zaskoczenie Jenny dodał:
— Śmiało. Ona na to zasłużyła. — był w tym momencie jak diabeł, który szepta do ucha i nakłania do siedmiu grzechów głównych, uśmiechając się jednym z tych złych uśmiechów.
Jenny drżącą rękę wycelowała pistoletem. Zacisnęła mocno dłoń próbując przyciszyć strach oraz ten skurcz żołądka. Zamknęła oczy, wzięła głęboki oddech i szybkim ruchem odwróciła się do swojego byłego chłopaka.
— Giń ty skurwielu! — krzyknęła i nacisnęła na spust, ale nic się nie stało. Broń nie była naładowana. Jenny spojrzała przerażona na Tony'ego.
— Cóż… — powiedział spokojnie. Nie wyglądał na zaskoczonego i rzeczywiście nie był. — Tak myślałem, że nie jesteś szczera. Do końca jednak miałem nadzieję, że nie będziesz w stanie mnie oszukać.
— PADNIJ!
Jenny usłyszała za sobą głos Blair i odruchowo rękami złapała się za tył głowy robiąc przysiadł. Usłyszała tylko trzask rozbijającego się krzesła i huknięcie czegoś ciężkiego na ziemie. Otworzyła oczy i zobaczyła swojego byłego chłopaka, który leżał nieprzytomny. Obok niego były rozwalone kawałki krzesła. Spojrzała wyżej i zobaczyła rozwścieczoną i nadal drżącą twarz Blair.
— O mój Boże… — powiedziała patrząc najpierw na jedno, a potem na drugie. — Jak ty…?
— Potem! — przerwała jej biorąc ja za rękę i ciągnąc ją niemal siłą do wyjścia. — Musimy uciekać.
/
Była czwarta nad ranem, gdy Dan dostał telefon od taty informujący go o tym, co się stało z Jenny ostatniej nocy bankietu. Początkowo nieco zaspany i być może z powodu tak wielkiego zdenerwowania Rufa nie do końca rozumiał tego, co się stało. Później, powoli dochodziły do niego słowa ojca. Był wściekły. Nie tylko na Tony'ego, ale również na siebie. Może, gdyby sprawdził dwa razy czy jego siostra faktycznie postanowiła odpuścić sobie bankiet, to nie doszłoby do takiej sytuacji. Obwiniał się, bo mało to skończyć się naprawdę źle i jego młodsza siostra mogłaby nie przeżyć konfrontacji z tym psychopatą. Pewnie tak by się to skończyło, gdyby razem z Blair nie udało im się uciec. Swoją drogą opowieść Rufusa o tym, co się stało wydawała się Danowi dość ekstremalna i ciężko było mu sobie wyobrazić Jenny współpracującą z Blair. Chociaż w momentach walki o własne życie wszystko jest możliwe. Być może tak właśnie było.
Od razu po telefonie taty pojechał do domu Jenny. Wziął taksówkę, która pojawiła się dość szybko pod jego loftem. O tej godzinie nie było dużego ruchu na ulicach, więc przemieszczenie się na obrzeża Nowego Jorku nie zajęło mu dużo czasu. Dojeżdżając do ulicy widział z odległości migające świaatła sygnalizacji. Poczuł dziwny skurcz w żołądku. Niby wiedział od taty, że z Jenny wszystko w porządku, ale i tak zaczął się stresować. Gdy dojechał zobaczył pojazdy policji, straży oraz pogotowia. Było tez całkiem sporo dziennikarzy i zwyczajnych gapiów, którzy zlecieli się do sensacji niczym muchy do gówna.
Zrobił kilka kroków po trawniku i zobaczył Jenny w ramionach Rufusa. Uśmiechnął się z ulgą. Z jego siostrą faktycznie wszystko było dobrze i chyba niepotrzebnie się martwił. Podszedł do nich i objął ramieniem tatę i młodszą siostrę. Przypomniał sobie czasy, gdy mieli tylko siebie i wtedy było… po prostu dobrze. Potem zaczęło się to całe życie i wszystko się skomplikowało. Łącznie z ich relacjami.
Podniósł głowę i wtedy ją zobaczył. Siedziała przy karetce, gdy jakiś ratownik opatrywał jej rany. Syknęła głośniej, gdy mężczyzna dość niezgrabnie nakleił jej plaster. Dan był pewny, że powiedziała jakąś uszczypliwą uwagę w kierunku ratownika i mimowolnie uśmiechnął się. Puścił tatę oraz Jenny i ruszył w jej kierunku.
— Blair. — powiedział cicho, gdy się zbliżył, a ona tylko podniosła wzrok i wstała biegnąc w jego kierunku.
Objął ją dwiema rękami, gdy w niego wpadła. Wtedy wyciągnęła do niego ramiona i zaczęła płakać wtulając się w niego. Trzymał ją w ramionach czując niemalże każdy wysłany przez nią impuls. Czuł jej szloch, drżenie oraz przerażenie i najbardziej na świecie chciał ją uspokoić. Potem, nie potrafił ustalić, ile tak stali, ale był pewny, że to najcudowniejsza chwila od ostatniego roku. Trzymał ją długo bez słów i bez żadnego ruchu aż do momentu, gdy zorientowali się, że zostali sami.
/
Nate ustawił sobie cztery kubki napełnione wodą w kącie swojego biura i rzucał małymi piłeczkami do tenisa stołowego z odległości co najmniej dziesięciu metrów. Zrobił sobie mini wyzwanie na wrzucanie wszystkich czterech piłeczek bez robienia przerwy i trafienia we wszystkie kubki, co mu się udało. A on sam wpadł w euforie i z szeroko otwartymi ramionami okręcił się wokół własnej osi.
— I proszę państwa Nate Archibald jako jedyny trafia piłką z połowy parkietu. Do tej pory nie udało się to nikomu. Czy zapisze się w historii? — mówił sam do siebie naśladując komentatora sportowego.
Gdy obrócił się w kierunku drzwi, zobaczył rozbawioną Serene opierającą się o fugę drzwi.
— Serena. — powiedział zaskoczony i zawstydzony, a na jego policzku można było dostrzec rumieniec. — Jak dużo widziałaś?
— Wszystko? — odparła nadal rozbawiona. Chociaż jej uśmiech dość szybko zniknął, a w jego miejscu pojawił się coś, co zaniepokoiło młodego redaktora.
— Coś się stało?
— Nie… właściwie to tak. Chodzi o ostatnie wydanie Spectatora.
— Nie musiałaś przyjeżdżać z LA, aby osobiście mi pogratulować. — odparł nadal zawstydzony.
Nate nadal nie mógł uwierzyć, że ostatnie wydanie jego gazety przebiło New York Times. To był dość duży sukces jak na tak młodą gazetę w tak krótkim stażu jej działalności. Chociaż dobre zdjęcie oraz historia z pierwszej strony zrobiła swoje. Nie mógł co prawda osobiście podziękować Jenny czy Blair, że dały się uwięzić psychopacie.
— Właściwie, to nie jestem tu z powodu gratulacji. — jej ton zabrzmiał poważnie. Po chwili kobieta wyciągnęła z torebki gazetę i pokazała pierwszą stronę przyjacielowi. — Czy naprawdę nie było innego zdjęcia niż mój chłopak obejmujący moją najlepszą przyjaciółkę?
Blondyn podszedł do panny van der Woodsen i wziął od niej gazetę. Przyglądnął się zdjęciu i mimowolnie się uśmiechnął.
— Serena, to tylko zdjęcie. — wyjaśnił na spokojnie. Nie rozumiał problemu, który miała blondynka. On był zachwycony całym ujęciem. Brakowało mu do pełni szczęścia tylko deszczu. Dodawałoby to uroku i dodatkowego romantyzmu, ale nie można mieć wszystkiego. — Poza tym to jest świetne ujęcie. Lucille ma świetne oko. Chyba muszę dać jej podwyżkę.
— Lucille? Jak twoja sekretarka?
— Tak. Niewiarygodne, że była na miejscu tak szybko i to z aparatem.
— Nate. — Serena westchnęła poprawiając swoje włosy. Położyła dłoń na biurku swojego przyjaciela i zobaczyła skoroszyt z podpisem ,Inside". Mimowolnie wzięła to do ręki. — Co to?
— Ou… to jest Vanessy.
— ,Inside"? To brzmi jak tytuł książki Dan'a.
— Tak, ale Vaessa chce nakręcić film na podstawie jego książki. Zostawiła mi scenariusz i zaproponowała mi bycie producentem.
— Świetnie. — prychnęła ironicznie i rzuciła skoroszytem na biurko z nieukrywaną złością.
— O co chodzi? To może być świetna okazja dla Dan'a. Nie chcesz tego dla niego?
— Szczerze, to nie chce. Dan nie może tu zostać. Widziałeś to zdjęcie? — znowu pokazała mu przed nosem pierwsza stronę Spektatora.
— Serena, to tylko zdjęcie. Czego ty się tu doszukujesz?
— Czy to nie oczywiste? — spojrzała na niego wymownie.
— Przestań. — wywrócił oczami i zabrał jej gazetę rzucając na biurko. — Dan jest z tobą. Blair z Chuckiem i jak ostatnio sprawdzałem, to nadal są małżeństwem. — wyjaśnił spokojnie jak na zasadzie, że dwa plus dwa, to cztery, a nie pięć.
— Nate, jestem w ciąży.
Ta informacja nieco zaskoczyła młodego Archibald'a i nie wiedział, co powiedzieć. Zakłopotanie malowało się na jego twarzy. Nie wiedział, że jego przyjaciele planowali dziecko, a jeśli nie, to pewnie Dan będzie jeszcze bardziej zaskoczony niż on.
— To świetnie! Gratulacje. — odchrząknął. Nawet jemu wydawało się, że zabrzmiał dość mało entuzjastycznie. — Ale nadal nie rozumiem, Serena. Co ma twoja ciąża do filmu Vanessy?
— Jeśli Dan będzie chciał filmu, to zostanie w Nowym Jorku, a ja nie mogę tak ryzykować. — spojrzała na blondyna, ale jedyne co dostrzegała, to jego nie przekonanie. — Proszę… — Serena kontynuowała i wzięła dłoń przyjaciela w swoje obie ręce. — Odmów Vannessie. Dan musi pojechać ze mną do LA. Nie chcę wychowywać tego dziecka sama. Blair już miała swoją szansę i wszyscy wiemy jak potraktowała Dan'a. — puściła jego rękę i sama położyła dłoń na jego policzku. — Proszę Nate…
— W porządku, Sereno. — odparł i odwrócił się biorąc skoroszyt ze scenariuszem i wyrzucając go do kosza. — Zrobię to dla ciebie, dla was.
CIĄG DALSZY NASTĄPI… KIEDYŚ
