Było południe, gdy Dan przeszedł odprawę w Nowym Jorku. Wracał do domu po miesiącu pobytu w Los Angeles. Jego nowa praca była tym, czym myślał, że będzie - poniżej jego ambicji. Do tego zdarzały się przykre przytyki w jego kierunku że strony współpracowników. Chodziło o dosłowne nazywanie go Plotkara oraz zdobycie tej posady w nepotyczny sposób. Wiedział, że to nieprawda, ale nie mógł zaprzeczyć, że jego żona brała w tym swój udział. Jaki miała związek z jego szefem oraz jaki miała niego wpływ, a tego raczej nie chciał wiedzieć.
Wychodząc z lotniska włączył telefon i sprawdził wiadomości. Nie było nic poza prośbą połączenia od Jenny. Wzruszył ramionami. Cokolwiek chciała mu powiedzieć, to będzie miała okazję, gdy pojawi się zaraz w lofcie. Dlatego nawet nie odzwaniał ani nie pisał.
Złapał taksówkę na lotnisku i przebijając się przez miejskie korki, w końcu dotarł do domu. Zdziwił się jednak, gdy nikogo nie było w lofcie. Rozejrzał się spokojnie i zobaczył kartkę na blacie kuchennym. Wziął ja i przeczytał kilka słów od Jenny, która poinformowała go, że jest w szpitalu i żeby jak najszybciej do niej zadzwonił. Dan się przestraszył i nie myśląc za wiele ruszył do drzwi i biegiem złapał taksówkę, która zawiozła go do szpitala.
Wchodząc do szpitala, Dan zadzwonił do siostry i na szczęście odebrała telefon. Po drodze bowiem miewał różne scenariusze i wydawało mu się, że Jenny znowu zrobiła coś głupiego przez Jacob'a. Gdy usłyszał jej głos, to poczuł się nieco spokojniejszy.
— Jenny, dostałem twoją wiadomość. Co się stało?
— Gdzie jesteś?
— Właśnie wszedłem do szpitala. Jestem przy recepcji.
— Wjedź na siódme piętro.
Dan rozejrzał się po rozpisce oddziałów rozpisanych.
— Oddział dziecięcy? — zapytał zaskoczony. Nie był pewny czy dobrze usłyszał czy może jego siostra się pomyliła.
— Tak. Chodzi o Henrego.
— Co się stało?
— Miał wypadek, ale wyjaśnię ci wszystko potem. Teraz nie ma czasu. — powiedziała pośpiesznie i rozłączyła się.
Humphrey wcisnął przycisk windy i w niepokoju patrzył jak mija kolejne piętra. Martwił się o małego Bass'a zastanawiając się, co się stało. Gdy drzwi windy się rozsunęły, Dan wyszedł i zobaczył swoją siostrę chodzącą tam i z powrotem.
— Nareszcie jesteś. — odparła nieco przejęta i przytuliła brata.
— Co się stało Jenny?
— Potem ci powiem. Teraz jest potrzebna krew.
Dan spojrzał na nią pytająco.
— Krew? — powtórzył za nią jakby nie wiedział, co ma na myśli.
— Masz grupę A minus, tak? — zapytała nieco zirytowana i nie czekając na odpowiedzieć dodała. — Henry też, więc chodź.
/
Sześć lat wcześniej…
Leżała cały poranek w łóżku. Nigdy wcześniej nie czuła się w podobny sposób. Prawie nic nie zjadła, a jej wzrok padał na najnowsze wydanie Specantor'a oraz główną stronę wczorajszej gazety. Widziała siebie i jego i za każdym razem, gdy zerkała czuła to dziwne uczucie, którego dawno nie doznawała. Przewróciła się na bok, gdzie jej spojrzenie padało na komodę z filmami. Znała tą układankę na pamięć. Nie było to sortowanie alfabetyczne, ale po jej ulubionych tytułach. Pierwszym filmem oczywiście było , Śniadanie u Tiffany'ego". Zawsze wydawało jej się, że jest jak Holly Golightly, ale dziś doszła do wniosku, że była bardziej jak Scarlett O'Hara. Jak to możliwe, że stała się jedną z tych dam pozostawionych samych sobie? Tych samych dam, które żyły tylko pewnym wyobrażeniem i zbyt późno zrozumiały, co jest w życiu ważne?
Była dobra w tłumieniu tego, czego nie chciała pokazać. To było jak deptanie robaków, a może jak rozrywanie skrzydeł motyli? W końcu doszła do wniosku, że nie było to dobre, lecz złe. Myślała, że robi coś pożytecznego depcząc insekty, ale tak naprawdę rozrywała motyle niczym matka Natalie Wood, aby zmusić dziewczynkę do płaczu. Czasami tak łatwo było jej zapomnieć, że jest swoim największym wrogiem.
Kłamie i oszukuje siebie oraz innych niszcząc tym rzeczy, dobre rzeczy, a może nawet i piękne rzeczy. Rzeczy, które mogłyby ją uszczęśliwić, ale z zamiast tego wybierała te brzydkie i uczynniała je jeszcze brzydszymi. Wie, że dłużej tak nie może. Tkwiła w tym wystarczająco długo i stale wmawiała sobie to kłamstwo jako nową rzeczywistość.
Wiedziała, po co i dlaczego to robiła przez ten cały czas, ale dłużej już nie mogła. Przetarła dłonią łzy spływające z jej policzku sięgnęła dłonią po telefon na szafce przy łóżku. Spojrzała na zegarek była dziesiąta rano. Szybko policzyła, że w Paryżu jest teraz przed siedemnastą. Wybrała numer taty, przyłożyła telefon do ucha i nasłuchiwała w napięciu odgłosów wybierania. Zgłosił się po czterech sygnałach.
— Blair? — głos w słuchawce był jak zwykle zatroskany. Nie rozmawiali od dawna. Nawet nie pamiętała, ile dokładnie. Wiedziała, że jest zajęty swoją pracą w kancelarii, ale tęskniła za nim. Teraz bardzo chciałaby, aby był przy niej. To było jednak niemożliwe, a ona musiała zadowolić się zwykłą rozmową telefoniczną.
— Tato ja… — zaczęła i urwała. Głos jej drżał ze zdenerwowania, ale również dlatego, że całkiem niedawno płakała. Próbowała znaleźć odpowiednie słowa, ale w końcu uznała, że najlepsze są te bezpośrednie. — Ja już dłużej tak nie mogę. Nie mogę być żoną Chuck'a.
/
Dan wszedł do małego sklepiku jubilerskiego na jednym z brooklyńskich osiedli znajdującego się tuż obok siedziby banku. Nie posiadał zbyt wielu klientów, ponieważ nie był żadną znaną marką ani również nie posiadał żadnych własnych oddziałów w innych miastach świata. Był to sklep rodziny. Jeden z tych, które przekazuje się z pokolenia na pokolenie. Można było się zastanawiać jak tyle lat prosperuje na tak obszernym rynku, ale był to jeden z tych sklepów, który nie potrzebował znanego nazwiska, aby się utrzymać. Czy więc był marką samą w sobie? Poniekąd. Wyglądał zupełnie jak, jak można sobie to wyobrazić – niewielki, ale i przestronny, bez tłumu ludzi przyklejonych do gablot sklepowych. Gdy wchodziło się do środka, to od razu było to sygnalizowane dzwoneczkiem umieszczonym na górze drzwi. Humphrey wszedł i rozglądnął się. W środku nie było żadnego klienta, a zza ladą również nie dostrzegł sprzedawcy.
— Dzień dobry. — powiedział ochrypłym głosem i wtedy dostrzegł jak ktoś podnosi się za lady.
— Dzień dobry. — odpowiedział serdeczny głos pana w sędziwym wieku. W ręku trzymał długopis, którym cały czas obracał. Był wysoki i szczupły, a jego włosy zapewne od dawna się srebrzyły. — Znowu pan wrócił.
— Przepraszam? — brunet był nieco zmieszany i odwrócił się jakby poszukiwał wzrokiem kogoś, do kogo innego mogło to być powiedziane.
— Był pan tu kilka miesięcy temu kupując pierścionek. Potem pan wrócił z chęcią oddania, ale nie mógł pan. — wyjaśnił.
— Zgadza się. Skąd pan…
— To wiem? — przerwał mu. Zachowywał się jakby znał scenariusz tej rozmowy na pamięć. — To moja praca. Dziś jest pan gotowy go oddać?
— Tak… nie…. nie wiem…. Myślałem, że jestem.
— Ale chyba nie jest pan. Nadal ją pan kocha?
Dan nie odpowiedział. Nie musiał.
— Są dwie opcje do wyboru. — powiedział jubiler chcąc zmienić temat. — Może pan nadal czekać, aż stanie się pierwszym wyborem albo… — urwał.
Mężczyzna sięgnął dłonią pod ladę otwierając szufladę. Wyciągnął z niej małe pudełeczko, które otworzył. W środku były kolczyki. Położył go na blacie i skierował otwartą dłonią w taki sposób, aby zachęcić klienta do zobaczenia.
— Damskie kolczyki. — stwierdził brunet i popatrzył pytająco na sprzedawcę. Czy to była jakaś insynuacja? Mógł jednak nie ubierać tego szalika Jenny, ale wychodząc z domu nawet nie patrzył. Tylko sięgnął odruchowo w ,swoje" miejsce. Co tam robił jej szalik? Teraz pewnie wygląda jak transwestyta.
— Na pewno jest albo będzie inna kobieta. — wyjaśnił ze spokojem starszy mężczyzna. — To symboliczna wymiana. — sprzedawca wskazał palcem pudełeczko, które miał w ręce Dan. — Pytanie tylko czy jest pan gotów zostawić przeszłość za sobą?
— Jestem.
— To jak będzie? — wziął pudełeczko i podsunął je bliżej bruneta w taki sposób jakby był wężem w raju kuszącym Ewę. — Wymieniamy przeszłość na przyszłość?
/
Fotograf zrobił zdjęcia, a przynajmniej próbował kilka razy złapać idealne ujęcie, ale za każdym razem ktoś to przerywał swoim nieodpowiednim ruchem czy też komentarzem do osoby, która stała obok. Irytowało go, ponieważ był profesjonalistą. Zapewne dlatego, że dopiero co zaczynał swoją przygodę z aparatem jako artysta i zawodowiec w jednym. Dobre zdjęcia równały się dobrej reklamie. Na początku każdy się stara, a potem wszystko przechodzi w stan uśpienia oraz zwyczajnego wypalenia. Ten jednak tak nie uważał, ponieważ wiedział, że jego miłość do aparatu jest wieczna i nieskończona. Jeszcze nie wiedział, jak bardzo się mylił.
— Proszę państwa! — przerwał nieco podirytowany. — Przez pięć sekund proszę się nie ruszać, dobrze?! — popatrzył na nich swoimi wyłupiastymi oczami i widząc milczącą aprobatę zrobił kolejne zdjęcie. Tym razem było idealnie. — DZIĘKUJE! — krzyknął z zachwytu. — Możecie się rozejść.
— Nie miałaś wrażenia, że to jest najdłuższe pięć sekund w naszym życiu? — powiedział rozbawiony Chuck do swojej blond towarzyszki, gdy towarzystwo grupowe nieco się rozeszło. — Przez cały czas powtarzałem sobie, aby nie podrapać się po nosie. Nie chciałem go bardziej wkurzyć.
— Też zauważyłeś, że był lekko podminowany?
— Jakby żyłka miała mu pęknąć. — przytaknął. — Chcesz się czegoś napić? — zapytał wskazując skinięciem głowy na kelnera rozdającego drinki.
— Nie.
— Cóż, ja się napije. — powiedział i sięgnął dłonią po kieliszek z alkoholem, gdy kelner przechodził obok nich.
—Rozmawiałeś ostatnio z Blair?
— Nie. Jeśli nie licząc tego jednego razu po porwaniu jej oraz Jenny.
— Mhm.
Nie było trudno dostrzec coś na
— To nie jest rozmowa na telefon. Wolałbym to załatwić osobiście. — próbował się wytłumaczyć. Chciał, aby kobieta wiedziała, że w żaden sposób tego nie przeciąga ani nie próbuje grać na dwa fronty. To nie jest fair w stosunku do Evy czy Blair. — Poza tym…
— To nie jest odpowiedni moment? — przerwała i dokończyła za niego zerkając na niego i unosząc brew ku górze. — Nigdy nie jest.
— Eva… To nie tak.
— A jak Chuck? — odwróciła się w jego stronę zakładając dłonie. Była bardzo zainteresowana tym, co powie. Jej ton jednak nieco się uspokoił. Czy mogła mieć pretensje? Nie i tego chciała się trzymać. — Jeśli czujesz teraz jakiś obowiązek wobec Blair, to rozumiem to. Jedź do Nowego Jorku i wróć jak wszystko… — zawahała się szukając odpowiednich słów. — Jak będziesz wiedział, czego chcesz.
Chuck podszedł do niej i wziął ją za rękę, którą niechętnie mu podała. Skulił głowę i pocałował ją.
— Wiem, czego chce.
— Proszę, proszę… Czy to nie moja ulubiona para?
Oboje odwrócili się i zobaczyli Georgine. Chuck nie puszczał ręki Evy, tylko zrobił krok do przodu i zaczął iść prowadzącą ja sobą. Nie zamierzał psuć sobie ostatniego wieczoru obecnością Georginy.
— Halo, a wy dokąd? — obróciła się za nimi z miną zbolałego psa. Nie można było nie zobaczyć rozczarowania na jej twarzy. — Chuck, nie zapytasz czego chce?
Mężczyzna zatrzymał się i niechętnie odwrócił się w kierunku brunetki. Czy był sens z nią walczyć, ignorować czy dyskutować? I tak dopnie swego.
— Czego chcesz?
— Pogratulować! Słyszałam, że bocian uwił sobie gniazdko nad apartamentem Waldorf.
— O czym ty mówisz?
— Czy do ciebie zawsze trzeba drukowanymi literami? — zapytała nieco zirytowana. — Blair jest w ciąży.
— Kłamiesz.
— Ja? — jej twarz złagodniała i rozpromieniła się. Przybrała niemal mistycznej postaci anioła. — Co za niedorzeczność. Zachowujesz się jakbyś nie wiedział, skąd się biorą dzieci.
Georgina poniekąd przewidziała zachowanie Bass'a, dlatego był przygotowana na taką ewentualność. Niechętnie sięgnęła do torebki i wyciągnęła z niej kartkę, z której zaczęła czytać.
— Imię: Blair. Nazwisko: Waldorf-Bass. Data urodzenia: 15 listopa… — przerwała, ponieważ poczuła jak ktoś wyrywa jej kartkę. — Hej!
— Co to ma być? — warknął mężczyzna i zaczął czytać to, co przed chwilą miała w dłoni brunetka.
Twarz Chucka pobladła i właściwie to wystarczyło Evie. Wiedziała, ze to, co powiedziała Georgina było prawdą. Puściła dłoń Bass'a i zaczęła biec w kierunku wyjścia. Chuck chciał zareagować, ale wiedział, że jest to zbędne. Nic już nie naprawi. Niczego już nie zmieni. Popatrzył tylko na nią pełnymi bólu oczami i patrzył w kierunku, w którym zniknęła jeszcze przez dobrych kilka minut. Po chwili odwrócił się w kierunku brunetki, a ona miała okazję zobaczyć w tych ciemnych oczach coś, czego do tej pory nigdy nie widziała – prawdziwy i głęboki smutek. Przez chwilę nawet było jej przykro, ale szybko jej przeszło. Przypomniała sobie bowiem, po co tutaj przyszła. Później jednak te oczy będą ją jeszcze długo nawiedzać w snach.
— Skąd to masz? — zapytał po dłuższej chwili milczenia. Sprawiał wrażenie jakby to do niego nie docierało, bo w rzeczywistości tak było.
— Proszę cię. — prychnęła ironicznie. — Masz mnie za amatorkę? Zawsze będę ubezpieczać moje sprawy. — odparła triumfalnie. Teraz wiedziała, że rozdaje karty. — Lepiej załatw mi ten brak intercyzy. — przypomniała mu stanowczo to, na co umawiali się kilka dni temu. — Zawsze mogę odwiedzić jeszcze jedną panią zakochaną w panu Bassie, a wtedy nie będziesz miał tylko powodów, aby tutaj zostać, ale również i wracać do Nowego Jorku, TATUŚKU. — powiedziała rozbawiona mocno akcentując ostatnie słowo.
Po chwili uśmiechnęła się i wyminęła Chucka zostawiając go samemu sobie. Czy był zadowolona? Bardzo, ponieważ czuła, że wszystko układa się dokładnie w taki sposób, jaki sobie wymarzyła.
/
Blair odłożyła telefon od ucha i rozłączyła połączenie z tatą. Uspokoił ją nieco i przekonał do tego, aby w tym wszystkim jeszcze trochę wytrzymała. Musiała, przecież obiecała. Miała tylko chwilę słabości. Tata przede wszystkim miał rację – podeszła do tego zbyt emocjonalnie po ostatnich wydarzeniach z porwaniem oraz przetrzymaniem przez byłego chłopaka Jenny Humphrey. To ją nieco złamało i przez to zaczynała się zastanawiać nad życiem, nad tym, co jest dla niej ważne i nad wszystkimi decyzjami, które podjęła ostatnim czasie. Zaczęła wątpić w momencie, w którym zdała sobie sprawę, że życie jest zbyt kruche, aby przed nim uciekać. Zbyt krótkie, aby nie próbować i zbyt krótkie, aby nie przeżyć je w sposób, jaki chce. Życie jest byt krótkie, aby nie mieć przy sobie osoby, którą się kocha. Zbyt krótkie, aby żyć tylko wyobrażeniami. Bolało ją, że zbyt późno zdała sobie sprawę z tego, że niszczyła jedyną dobrą rzecz w swoim życiu. Chciała ją naprawić, ale wiedziała, że nie może. Było za późno – Dan był z Sereną i wchodzenie w ich związek po raz kolejny byłoby bardzo złe. Przecież oni zawsze mieli być razem. Tak jak ona i Chuck. To była niepisana zasada. Ją po prostu zmyliło to, co poczuła w momencie, gdy ją przytulił. Było tak jakby nie istniał świat, ale tak naprawdę on cały czas tam był.
Obróciła się i z obaczyła uchylone drzwi do swojej sypialni. Zmarszczył brwi i z niechęcią wstała, aby je zamknąć. Gdy dotknęła ich i wtedy zobaczyła cień osoby. Wyjrzała za fugę drzwi i zobaczyła ją. Stała tam Jenny Humphrey z założonymi rękami na ramiona jakby przyłapała kogoś na gorącym uczynku. Poniekąd tak było.
— Mała J. — zdumiała się na widok blondynki. — Co ty tutaj robisz?
— Twoja mama prosiła mnie, abym cię czymś zajęła. — wyjaśniła patrząc na nią podejrzliwie. Po raz pierwszy chciała wyczytać jak najwięcej z wyrazu jej twarzy. — To prawda? Od początku był cel twojego małżeństwa z Chuckiem? — zapytała mając oczywiści na myśli rozmowę Blair z jej ojcem, którą usłyszała.
— Nie wiem o czym mówisz. — odparł a dość wymijająco. Ostatnie, czego potrzebowała, to zwierzenia się Jenny Humphrey.
— Nie zaprzeczaj. Wiem, co słyszałam.
— Pewnie na Brooklynie nie uczą, że podsłuchiwanie czyichś rozmów jest niegrzeczne, a ty do tego wymyślasz swoje niedorzeczne teorie. Zaraz napiszesz do Plotkary? Oh poczekaj… — zrobiła krótką i zarazem ironiczną pauzę przy okazji zmniejszając odległość między nimi. — Przecież twój brat jest na emeryturze. — zakończyła złośliwie.
Jenny otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć, ale tylko nabrała powietrza i powoli je wypuściła. Jakby nabrała wody w usta, ponieważ wybrała milczenie. Wiedziała, ze nie może tego powiedzieć. Przynajmniej nie do niej należała ta rola. Zamiast tego chciała bardziej ,przycisnąć" Blair. Nie chciała odpuścić.
— Ile z tego wszystkiego wie Dan?
— Wyjdź.
— Ile! — nadal naciskała.
— Powiedziałam wynocha!
Blair krzyknęła i szarpnęła blondynkę za ramię mocno ściskając i kierując ją do wyjścia ze swojego pokoju.
— Blair! — zabrzmiał głos Eleonor stającej niemal w progu sypialni brunetki. — Jak ty się zachowujesz? — zapytała, a wyraz jej twarzy wskazywał na to, że była mocno zniesmaczona tym, co zobaczyła. — Jennifer przyszła na moją prośbę. Razem będziecie pracować nad nową kolekcją, bo dziewczyna ma świetny pomysł, dlatego…
— Ale…
— Żadnych ale! — przerwała dość ostro i podniosła dłoń. Nie chciała słuchać żadnych nonsensownych argumentów swojej córki. — Nie będziesz teraz przez kilka tygodni użalać się nad sobą. Praca pomoże ci zapomnieć o tych przykrych… wydarzeniach. — powiedziała tonem jakby bała się powiedzieć na głos słowo ,porwanie" oraz ,uwięzienie". — Bądź miła dla Jennifer i przyjemnej pracy dziewczynki. — ostatnie zadanie powiedziała niezwykle zadowolona z siebie niemalże machając im w ramach życzenia powodzenia.
Eleonor wyszła, ale Blair zdążyła jeszcze złapać ją w korytarzu.
— Mamo! — krzyknęła, aby ta zwróciła uwagę. Była teraz niczym jak mała dziewczynka, której rodzicielka odmówiła zakupy kinder niespodzianki.
— Blair, ja naprawdę nie mam czasu z tobą dyskutować. Chcesz być szefową tej firmy? To zachowuj się w taki sposób.
/
Nowy Jork tętnił życiem. Codziennie zdarzały się tu ludzkie tragedie opisywane w miejskich magazynach, stronach internetowych czy zwykłych plotkach roznoszonych ,po sąsiadach". Ciągle ktoś albo gnał za swoimi sprawami, swoim życiem, a ktoś inny miał to wszystko gdzieś. Byli też ludzie, którzy zajmowali się intrygami, aby ich idealny plan wypadł naprawdę realnie. Serena siedziała w poczekalni gabinetu ginekologicznego. Czytała najnowsze wydanie magazynu Vogue, a właściwie to tylko przeglądała strony bez większego zainteresowania. Nudziła się i ciągle zerkała na zegarek, aby jej czas przesiadywania tutaj był wiarygodny. Wdychała ciężko, co jakiś czas. Gdy skończyła kartkować, to zaczęła przysłuchiwać się rozmową innych kobiet siedzących jak ona w poczekalni. Były o kobiety albo w widocznej albo w zaawansowanej ciąży. Jedna z nich bardzo ekscytowała się swoją pierwsza wizytą po teście ciążowym. Stwierdziła, że bardzo długo starali się z mężem i wreszcie ich małe marzenie się ziściło. Była taką ,gwiazdą" w tej poczekalni, ponieważ z każdej strony obeszły jej wszystkie kobiety czekające na wizytę.
— Gdyby ten pasek nie wyszedł z kolorem, to sama bym go chyba zamazała. — zażartowała.
— To tak nie działa, a szkoda. — zaśmiała się kolejna.
— Słyszałam coś innego. — dorzuciła Serena tak samo rozbawiona jak swoje towarzyszki i wstała biorąc torebkę do ręki kierując się tym samym do wyjścia.
— Jeśli się pani spieszy, to może wejść pani przede mną. — powiedziała kobieta, która miała swoją pierwszą wizytę. Zauważyła, że Serena wychodzi i chciała ustąpić jej miejsca. Wiedziała jak wizyty u ginekologa są ważne podczas ciąży.
— To nie będzie konieczne. Nawet nie byłam umówiona. — odparła panienka van der Woodsen i zniknęła.
Wychodząc z kliniki zobaczyła samochód swojej mamy zaparkowany na parkingu. Udała się w tamtym kierunku z głową wysoko podniesioną do góry. Wsiadła do samochodu i zamknęła drzwi.
— Iii? — zapytała zniecierpliwiona Lily, gdy córka zajęła miejsce obok niej.
— A jak myślisz? Jestem w czwartym trzecim tygodniu.
— Dan wie?
— Jeszcze nie.
— Zamierzasz mu powiedzieć?
— Oczywiście. Nawet jeśli nie układa się nam najlepiej.
— Co masz na myśli? — starsza van der Woodsen wydawała się być zainteresowana.
— Wydaje mi się, że szuka sposobu, aby uciec z tego związku.
— Cóż… teraz już tego nie zrobi. Porozmawiam dziś z Rufusem. On zawsze miał na niego odpowiedni wpływ. Dan weźmie odpowiedzialność za to dziecko, obiecuje. Nie martw się o to. — powiedział spokojnie biorąc córkę za dłoń i uśmiechając się serdecznie. Nie miała pojęcia, że ta jej kochana córeczka wszystko sobie wymyśliła. Zrobiłaby wszystko, aby zatrzymać przy sobie Dan'a i to właściwie robiła. Nie zważała na żadne konsekwencje. O nich pomyśli dopiero potem.
/
Brunetka wróciła do pokoju z wyraźnym przekąsem na twarzy. Czasami dawała się złapać na tym, że nadal chciała zachowywać się jak , Queen B", chociaż liceum już dawno się skończyło. To było głupie i niepotrzebne i wiedziała o tym, ale czasami to ego wychodziło na wierzch i dawało o sobie znaki.
Wchodząc, widziała Jenny, którą rozkładała już swoje projekty na jej biurku. Ten dzień naprawdę zapowiadał się ,wyśmienicie". Jednak kobieta zamierzała wziąć na poważnie słowa matki, która miała rację. Chociaż ciężko było jej się od tego przyznać. Powtarzała sobie w myślach, że to tylko jeden wspólny projekt, tylko kilka miesięcy wspólnej pracy i koniec Udowodni wszystkim, że jest Blair profesjonalistką Waldorf … znaczy Bass.
— Miejmy to za sobą. Pokaż, co tam masz. — powiedziała niechętnie.
Blair wzięła szkice blondynki w rękę. Zaczęła je przeglądać – kartka po kartce oraz zapisane notatki z pomysłami na reklamę. To był moment, w którym się nieco zadumała. Podobał jej się pomysł ,Małej J." i musiała przyznać, że jest nietuzinkowy. To mogło naprawdę się udać. Kwestia wyboru dobrych modeli oraz odpowiedniej kampanii reklamowej.
— To jest… — zaczęła. — Naprawdę dobre. Trochę zmieniłabym koncepcję niektórych strojów, ale na ogół jestem pod wrażeniem. Skąd ten pomysł? — zachwyciła się szczerze i zerknęła na Jenny, która cały czas stukała ołówkiem o biurko. — Możesz przestać? — zapytała nieco ironicznie i wyrwała jej ołówek z dłoni zmuszając tym samym, aby blondynka na nią spojrzała. Była zarazem nieco podirytowana. Miała wrażenie, że blondynka wystawiała jej cierpliwość na próbę. Nie chciała się jednak dać sprowokować. — Próbuję z tobą rozmawiać o twoich projektach i naszej wspólnej pracy.
— Czemu mam wrażenie, że nie byłaś szczera z moim bratem i nie powiedziałaś mu całej prawdy?
Brunetka spojrzała na nią zakłopotana.
— Co?
Jenny nie miała sił tego powtarzać, ale na jej szczęście nie musiała tego robić, ponieważ Blair załapała o co chodzi.
— Możesz po prostu o tym zapomnieć i skupić się na pracy? To ciebie nie dotyczy! — warknęła. Dlaczego za każdym razem ktoś z rodziny Humphrey musi wchodzić z butami w jej życie?
Blondyna wstała z impetem i zaczęła iść w kierunku drzwi.
— Dokąd idziesz? — Blair patrzyła na nią nieco zdezorientowana.
Jenny złapała za klamkę, ale odwróciła się w kierunku swojej szefowej. Zostawiła dla siebie ostatnie słowo.
— Idę do Dan'a. Jeśli ty nie chcesz powiedzieć mi prawdy, to powiem mu to, co wiem. Dobrze wiesz, że on prędzej czy później poskłada wszystko do całości.
Odwróciła się i nacisnęła za klamkę i otworzyła drzwi pokoju, wtedy usłyszała za sobą cichy głos Queen B.
— Proszę nie…
Jenny zamknęła drzwi i znowu odwróciła się w kierunku brunetki.
— Powiem ci wszystko, ale proszę nic mu nie mów.
— Nie ma mowy. Najpierw chce usłyszeć całą historię.
— Siadaj. Powiem Dorocie, aby zrobiła nam kawę. To będzie ta dłuższa wersja.
/
Resztę ostatniego wieczoru zabaw, Chuck spędził w podobny sposób, w jaki spędzał dzień numer jeden – pił, pił i jeszcze raz pił. Wymieniał tylko szklanki na tacy kelnera, który już robił rundki w wyliczeniu, aby co pół godziny przechodzić obok niego. Jeszcze dwa dni temu wszystko było dla niego jasne, klarowne i oczywiste. Pierwszy raz przyznał się do swoich uczuć i pierwszy raz zrozumiał, że to, czego szukał całe życie w Nowy Jorku było cały czas tutaj. Kochał Blair i ta miłość zawsze będzie w jego życiu, w jego przeszłości. Nie wymaże jej w żaden sposób i nie powie, że tego nie było. Miłość do Blair oraz związek z nią był pewnym etapem w jego życiu. Etapem, który miał go przygotować na coś innego. Na coś, co miało być dla niego stworzone. Po raz pierwszy uwierzył w przeznaczenie i po raz pierwszy został brutalnie zderzony z rzeczywistością, ponieważ nie wszystko było takie, jak sobie wymarzył. Nie przewidział komplikacji.
Zdał sobie sprawę, że razem z Blair żyli w zaprzeczaniu oraz pogoni za uczuciem, które nie istnieje, a raczej istnieje, ale nie między nimi. Jak do tego doszło, że dopiero teraz to do niego dotarło? Zapewne dlatego, że oboje chcieli żyć w wyobrażeniu wykreowanym przez dzieciaki z liceum. Dzieciaki, którymi już dawno nie byli.
— Udało się, Chuck. — powiedział zadowolony Jack podchodząc do bratanka i stukając swój kieliszek o niego. — Podpiszą z nami umowę na wyłączność.
— Nie sądzę.
— Żartujesz? To już pewne! Możesz przypisać swój pierwszy sukces jako prezesowi firmy.
— Jack, nie podpisze tej umowy.
Starszy Bass popatrzył na Chuck'a jak na idiotę.
— Oszalałeś?! — nie potrafił ukryć emocji. — Znów za dużo wypiłeś? — zerknął na kieliszek, który trzymał w dłoni jego bratanek. — Porozmawiamy rani, gdy będziesz trzeźwy.
Uznał, że tak będzie najrozsądniej. Nie zamierzał teraz się z nim kłócić, bo do niczego dobrego to by nie doprowadziło. Starszemu z Bass'ów zależało na podpisaniu ten umowy, dlatego nie chciał robić niczego, co mogłoby sprowokować tego młodszego. Zrobił krok, aby wyminąć Chuck'a, ale wtedy ten się odezwał.
— Słyszałem, że oświadczyłeś się Georginie.
Jack sprawiał wrażenie nieco zbitego z tropu. Nie wiedział, do czego zmierza jego bratanek, co było wyraźnie wymalowane na jego twarzy.
— Nie rozumiem. — odparł zdezorientowany wracając wzorkiem na Chuck'a. — Twoje zachowanie ma być formą gratulacji czy prezentu ślubnego? Dziękuję ci bardzo. — powiedział ironicznie, a w jego głosie można było dostrzec lekkie drżenie.
— Pamiętasz mój ślub, Jack? — zapytał retorycznie nie patrząc na wuja. — W Central Parku. Pamiętasz jak wpadłeś na ten pomysł? — kontynuował swoją retorykę z nieco podniesionym głosem. — Zachęcałeś mnie do tego ślubu, bo to mi pomoże z oskarżeniami policji względem mojego ojca. Pamiętasz to?
— O co masz do mnie pretensje? Czyż nie masz spokoju? Zadbałem o twoje interesy.
— Szkoda, że nie o wszystkie.
— Nie rozumiem? — patrzył na niego spod zmarszczonych brwi nie mając pojęcia, do czego zmierza Chuck.
— Intercyza. — wyjaśnił jednym słowem. — Nie podpisałem jej z Blair.
— No i? Nie było wtedy na to czasu. Sam wiesz, że…
— Zamknij się. — powiedział spokojnie, a potem spojrzał na bawiącego się wzorkiem Sagnol'a. Zmuszając stryjka do tego samego. — Chcesz tej umowy? To nie podpiszesz intercyzy z Georginą.
— Nie bądź śmieszny Chuck. — wykpił go Jack.
— Zamknij się! — podniósł nieco głos. — Może wtedy zrozumiesz jak to jest tkwić w małżeństwie, którego nie chcesz.
/
Blair nienawidziła jeździć po Brooklynie. Z jakiegoś powodu rzadko kiedy opuszczała drugą cześć, która łączył most. Tak naprawdę nie pamiętała, kiedy ostatni raz tu była. To musiało być… jeszcze za czasów, kiedy była z Dan'em. Poczuła delikatny skurcz w żołądku. To było przed czasami, gdy nie było kłamstw, zaprzeczania oraz niszczenia dobrych rzeczy. Czy to możliwe, aby udało się to jeszcze wszystko naprawić? Czy dobrze zrobiła słuchając Jenny? Czy dobrze zrobiła idąc do loftu do Rufusa i pytając Rufusa, gdzie możne znaleźć Dan'a? Mogła jeszcze się wycofać. Mogła zatrzymać samochód i wrócić do swojego apartamentu udając, że nic się nie stało i wcale nie miało się coś stać. Wcale nie miała tego szalonego pomysłu, aby mu wszystko powiedzieć. Tata powiedział jej, że wiedza jest niebezpieczna, ale najbezpieczniejsza u osób, którym ufamy i które kochamy.
Zajeżdżając na parking i odpinając pasy jeszcze miała wątpliwości. Kiedy to wszystko stało się takie trudne? Pewnie w momencie, w którym sama zaczęła wszystko utrudniać oraz komplikować. Zastanawiała się, co by było, gdyby od początku powiedziała prawdę albo chociaż, gdyby Dan odpisał jej chociaż na jednego mail'a. Jednak, tutaj trochę go rozumiała – ona tez by ignorowała takie wiadomości. Czemu jednak podjęła to ryzyko? No tak – namówiła ją Jenny swoim godzinnym monologiem. Od kiedy Queen B zaczęła słuchać Małej J? Coś poszło zdecydowanie w nieodpowiednim kierunku.
Odwróciła się i wtedy go zobaczyła – wychodzącego ze sklepu jubilerskiego. Wyglądał tak jak zwykle – włosy w nieładzie, torba na ramieniu, szalik w totalnym bezguście i ta mina utrudzonego artysty. Nie musiała się dalej przekonywać. Wiedziała, że musi to zrobić. Musi mu powiedzieć.
— Humphrey! — zawołała wysiadając z samochodu miejskiego.
— Blair… — odparł zakłopotany widząc Blair na Brooklynie. Była ostatnią osobą, o której pomyślałby, że spotka ją tu przypadkiem. — Co ty tutaj robisz? Zgubiłaś się?
— Szukam cię. — wyjaśniła wywracając oczami jakby to było coś oczywistego. — Rufus powiedział mi, że tutaj cię znajdę. Zakupy? — zapytała niepewnie zerkając na witrynę sklepu, przed którą stał Dan.
— Raczej zwrot. — odparł krótko i poprawił torbę na ramieniu. — Szukasz mnie? Dlaczego?
— Chciałam z tobą o czymś porozmawiać. Masz chwilę?
— Pewnie. O co chodzi?
— Nie tutaj. Pasuje ci Eleven Madison? Przyjadę po ciebie o ósmej wieczorem.
— W porządku. — odpowiedział niemal mechanicznie cały czas zastanawiając się dlaczego Blair chce z nim rozmawiać i z tego powodu umawia się z nim do restauracji. Jednak, z jakiegoś powodu uznał, aby nie dopytywać tylko przekonać się na miejscu.
— Okej.
— Okej. — powtórzył za nią czując lekkie zakłopotanie. Zerknął nerwowo na telefon, aby wyświetlić godzinę. — Muszę iść… mam sprawy… To do zobaczenia wieczorem.
— Do zobaczenia, Humphrey.
Obróciła się za nim, gdy szedł i uśmiechnęła się. Potem popatrzyła na jubilera, od którego wychodził i bez większego namysłu weszła do środka.
/
Z każdym kolejnym krokiem powtarzał sobie, aby się za nią nie oglądnąć. Ciekawość niemal go zżerała od środka, o czym ona chce rozmawiać i dlaczego to jest takie ważne, że musi poczekać do wieczora. Nie chciał jednak naciskać, aby w jakikolwiek sposób pokazać jej, że go to interesuje. Nie, już raz miała go podanego na tacy i nie zamierzał znowu być w tym samym położeniu, w którym był jeszcze kilka miesięcy temu.
— To słodkie, że to robicie razem!
Odwrócił się w kierunku piszczącego głosu. Dan zobaczył swojego brata Scott'a oraz jego dziewczynę Lucille.
— Hej… — przywitał się. — Robimy co? — powtórzył za nią totalnie nie rozumiejąc zachwytu dziewczyny. Dlaczego mówiła w liczbie mnogiej?
— Kupujecie pierścionek dla Sereny! Przecież to totalnie urocze! — krzyknęła i mocno go przytuliła jakby byli parą dobrych przyjaciół. Mimowolnie brunet się wzdrygnął.
— Eee…. — wydusił z siebie, bo czuł się na tyle zażenowany tą sytuacją, że nie stać go było na więcej. Po za krótkim wyjaśnieniem, który był oczywisty. — Nie kupuję żadnego pierścionka dla Sereny. — tak było proście niż tłumaczyć im, że właściwie przyszedł tutaj oddać pierścionek, który dawno temu kupił Blair – swojej byłej dziewczynie i nigdy w życiu nie pomyślał w tak poważny sposób o Serenie, w jaki pomyślał o brunetce
— To nie nasza sprawa. — wtrącił się Scott do swojej dziewczyny i spojrzał na brata. — Wybacz. Lucille strasznie się podnieca takimi rzeczami. Kocha śluby. — wyjaśnił wywracając oczami w taki sposób, aby jego partnerka tego nie zauważyła. — Od kiedy pracuje u Nate chce być częścią waszej paczki.
— Paczki? Nie mamy żadnej paczki. — Dan nie chciał, aby to zabrzmiało jak wyśmianie, ale chyba tak było.
Absurdem było nazywanie jego, Blair czy Nate ,paczką". Może czasami zdarzyło im się znaleźć wspólny język, gdy jakaś strona widziała w tym korzyść, ale ciężko było ch teraz nazwać przyjaciółmi. Zwłaszcza po tych wszystkich wydarzeniach, które miały miejsce jeszcze kilka tygodni temu.
— I nie będzie żadnego ślubu. — powtórzył dosadnie, aby dotarło. Z jakiegoś powodu łącznie go ślubem z Sereną nieco go irytowało. Tylko dlaczego? Byli razem, a ślub jest kolejną i zarazem naturalną koleją rzeczy. Dan po prostu nie widział siebie i Sereny jako małżeństwo i w myślach nieco się zbeształ za to. Nie powinien nawet tak pomyśleć, bo to sugerowało jasno, że nie jest to poważny związek.
— Nie musisz niczego ukrywać przed nami! — przerwała mu, a Dan dopiero teraz zobaczył, że Lucille jest irytująca swoim zachowaniem. — Wiem, że Serena była u Nate'a i wszystko mu powiedziała. — tutaj zręcznie pominęła fakt, że całą rozmowę w pokoju swojego szefa podsłuchała.
— Co dokładnie Serena powiedziała Nate'owi? — zapytał nieco zorientowany.
— No że będziecie mieli razem dziecko!
— Co?!
/
Gdy życie nie idzie nam tak, jakbyśmy chcieli, to najlepiej jest wrócić do tego skrzyżowania i wybrać jeszcze raz. Humphrey nie miał na to czasu, ale zamierzał skorzystać z innej opcji – rady rodzica. Rufus w takich sytuacjach bywał nieoceniony, a on musiał z kimś porozmawiać. Dlatego czym prędzej popędził do domu.
W lofcie Dan zastał Rufusa i Lily, którzy żywo o czymś dyskutowali. Zdziwił się widząc ich razem, ponieważ z tego, co pamiętał ich rozstanie nie należało do najprzyjemniejszych. Chyba próbowali być przyjaciółmi. Przynajmniej w taki sposób to odebrał. Dan wiedział, że to niemożliwe, ale dał im czas, aby sami do tego doszli. Gdy Lily zobaczyła Dana natychmiast podeszła i go przywitała całując każdy z jego policzków. Poczuł się dziwnie. Była za miła i za serdecznie. Zaczął coś podejrzewać.
— Właśnie rozmawiałem z Lily na temat czegoś. — zaczął Rufus i spojrzał dyskretnie na swojego syna.
— Na temat czegoś? — powtórzył patrząc na tatę, a potem na byłą macochę. — O co chodzi?
— Lily chciałaby ci coś dać.
— Okej?
Dan spojrzał na blondynkę i zobaczył jak wyjmuje z torebki małe pudełeczko. Przypominało to, które niedawno oddał do jubilera. Zapewne był tam pierścionek zaręczynowy. Wziął to do dłoni, ale nie otworzył. Nie musiał. Wiedział, co tam jest i zdenerwował się tą dziwną konspiracją.
— Co to jest? — zapytał patrząc na Lily.
— To mój pierścionek zaręczynowy. Myślę, że Serena byłaby zachwycona, gdyby go dostała pewnego dnia, gdy odważysz się zrobić ten oczywisty krok.
Dan skrzywił się lekko i spojrzał na Rufusa szukając pomocy, ale ten był tak samo zachwycony jak Lily. Brunet westchnął lekko zrezygnowany. Czy on był w jakimś Truman Show, w którym każdy wiedział, do czego ma zmierzać jego życie, oprócz niego samego?
— Tato, mogę z tobą porozmawiać? — zerknął w stronę ojca nadal trzymając pudełeczko od Lily nie zerakając ani razu w jej kierunku. — Na osobności. — dopowiedział i niemal czuł jak blondynka ciężko wzdycha na jego grubiańskie zachowanie. Miał jednak to w dalekim poważaniu.
— To nie było miłe Dan. — zaczął Rufus, gdy drzwi do loftu się zamknęły.
— Dzięki za radę. Zapisze do mojego notesiku zasad dobrego zachowania imieniem Rufusa Humphrey'a. — powiedział ironicznie. — Możesz mi powiedzieć, co to ma być?
— Serena jest w ciąży. — stwierdził. — Wiedziałeś, prawda?
— Dowiedziałem się przypadkowo przed chwilą.
— No to wiesz, co masz zrobić.
— Co?
— Oświadczyć się. Teraz będziecie rodziną, taką prawdziwą.
— Tato, ale ja nie chce się z nią żenić! — podniósł głos. Nie był nastolatkiem, aby ojciec mówił mu, co ma robić. — Rozumiem, że jest w ciąży i nie wypieram się tego dziecka. Będę go wychowywać i wspierać finansowo iii…
— Chyba żartujesz Dan. — przerwał mu ostro Rufus i tak samo na niego spojrzał. Nie był zadowolony z postępowania swojego syna. — Żadne twoje pieniądze nie dadzą temu dziecku to, co dać mu może pełna rodzina.
— Ale tato… — w głosie młodszego Humphrey'a można było wyczuć lekką desperacje. — Nie kocham jej. Właściwie to chciałem, to skończyć
— Synu… — zaczął Rufus i położył dłoń na ramieniu Dan'a. — Serena jest w ciąży. Będzie miała twoje dziecko. — powtórzył jakby nie dotarło to do niego. — Musisz wziąć za to odpowiedzialność. Musisz zachować się jak mężczyzna. Zachować się dobrze, fair wobec Sereny i wobec tego dziecka. Nie możesz jej teraz zostawić. — spojrzał mu w oczu, ale wzrok Dana był ciągle skupiony na pudełeczku, który ściskał w dłoni. — Ja to zrobiłem, gdy twoja matka była z tobą w ciąży. Jesteś to winien nam obojgu, aby zapewnić temu dziecku pełen dom i wychować go tak, jak cię tego nauczyłem. — zrobił krótką pauzę. — Chyba nie chcesz, aby to dziecko miało rozbitą rodzinę i wieczne życie na walizkach jak Serena i Eirc?
— Nie. — odparł szybko. Tego akurat był pewien.
— To wiesz, co powinieneś zrobić.
— Wiem.
/
Miłość – takie proste uczucie, które są dostępne dla każdego człowieka. Ludzie jednak z reguły lubią sobie wszystko komplikować. Może nie tylko dlatego, że lubią, ale też i głównie dlatego, że mają wysoko lotne wyobrażenia o miłości. Wszystko przez to, czym karmie nas reklama, marketing i wszystkie inne „piękne historie" w filmach, serialach oraz opowieściach, które oczywiście nie są prawdziwe. Ludzie lubią wierzyć w to, że takie miłości się zdarzą. Miłości, które porywają serca. Miłości, które pokonują wszystkie przeciwności losu, aby w końcu móc być szczęśliwymi. Miłości, do których w tle przygrywają piosenki Ed'a Sheerana. Chcą perfekcji, romantyzmu oraz idealnej historii. Takich jednak nie ma.
W prostocie jest najwięcej miłości oraz tego porywu. Ludzie, jednak tego tak nie widzą i całe życie czegoś szukają. Szukają tego, co pokazuje im mainstream i często przy tym odrzucają te prawdziwe uczucia. Mogą przez całe życie szukać wielkiej miłości i nigdy jej nie znaleźć. Nie dlatego, że prawdziwa miłość nie istnieje, ale dlatego, że każdy z nas ma wady. Jeśli dwoje ludzi się kocha mimo tego, to czego potrzeba więcej? Czy warto odrzucać prawdziwe uczucie dla mrzonki, która być może nie istnieje? Gdy spojrzymy w oczy ukochanej osoby, to wszystkie lęki miną. Nie ma idealnej miłości, ale jest taka, w której dwoje ludzi jest dla siebie stworzonych. Taka miłość, której nikt ani nic jej nic nie zniszczy i taka, którą można bardzo szybko odrzucić.
Wiedziała o tym, bo sama ją odrzuciła. Czy teraz jednak miała szansę ją odzyskać? Nie była pewna, ale zamierzała spróbować. Była punktualnie. Denerwowała się, gdy wysiadła z taksówki. Czuła jak żołądek podchodzi jej do gardła, jak jej skroń pulsuje i jak jej oddech jest nierównomierny. Zatrzymała się, gdy znalazła się przed wejściem do loftu. Powtarzała sobie w myślach, że da radę. Gdy sięgnęła za klamkę, poczuła jak ktoś z drugiej strony ją szarpie. Wybiegła Serena. Była cała zapłakana. Czy to możliwe, aby zerwali? Czy to możliwe, że nie tylko ona chciała, aby dali sobie jeszcze jedną szansę?
— Serena…ja… przepraszam…
— Dan mi się oświadczył! — krzyknęła i pokazała przyjaciółce serdeczny palec prawej dłoni.
Blair oniemiała. Cały czas patrzyła na jej pierścionek na jej palcu. Miał duży brylant. Był zupełnie inny niż ten, który oddał Dan do jubilera. Dlatego oddał, aby mieć na ten pięknu pierścionek? Ledwo jej pogratulowała. Przytuliła ja. Resztę pamiętała jak przez mgłę. Wróciła do taksówki. Dan za nią pobiegł i próbował coś powiedzieć, ale nie pamiętała nawet co. Chyba jemu też pogratulowała. Zapytał się jej, o czym chciała z nim rozmawiać. Powiedziała, że nieważne. To przecież mogło poczekać, prawda?
/
Jenny Humphrey radziła sobie z problemami na swój sposób. Nie chciała, aby sytuacja z Tonym w jakikolwiek sposób odbiła się na jej psychice ani na jej pracy. Nie był to dobry moment na depresję oraz strach za każdym razem, gdy wyjdzie na ulice i będzie bała się zrobić krok. Dlatego zamierzała przeciwdziałać temu do razu. Zajęła się pracą i nie chciała o tym wszystkim myśleć. To był dobry sposób, ponieważ skupiała się teraz na nowej kolekcji Waldorf Designs. Gdy nadchodził wieczór i jej praca się kończyła, to postanowiła wyjść na miasto i nieco poflirtować z nieznajomymi. To było dla niej jak rozproszenie, którego potrzebowała pod koniec dnia.
Tego wieczoru ubrała sobie na ,cel" barmana, który był przystojny. Doskonale wiedziała, co robi i zapewne on też. Miał pewne doświadczenie w zabawianiu kobiet podczas każdej swojej zmiany. Chociaż pewnie ją traktował jak kolejna zdesperowaną klientkę, która potrzebuje zainteresowania.
Jej niezobowiązane pogawędki przerwał dzwonek telefonu. Zrezygnowana i niezbyt zadowolona wyjęła go z torebki i zobaczyła na numer dzwoniący. Była to Blair. Jenny nieco się zdziwiła. Widocznie posłuchała jej rady i chciała zdać relację. Blondynka nie przypuszczała, że będzie miała czas na dzwonienie. Z drugiej jednak strony była ciekawa relacji, które ma dla niej brunetka. Dan na pewno tego dla niego nie zrobi.
— Wybacz, zaraz do siebie wrócę. — powiedziała puszczając oko do barmana.
Odwróciła się i nacisnęła przycisk akceptacji połączenia. Przyłożyła słuchawkę do ucha.
— Dzwonisz, żeby się pochwalić? — zapytała radośnie nadal zerkając na swojego barmana. Po chwili jej uśmiech zrobił zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. — Proszę powiedz, że to są łzy szczęścia. — przegryzła wargę i spoważniała słuchając tego, co miała jej do powiedzenia brunetka. — Czekaj… co? Zaraz tam będę. — powiedziała i rozłączyła się zbierając swoje rzeczy z lady.
— Coś się stało? — zapytał barman.
— Moja… przyjaciółka… Ma gorszy czas i chyba potrzebuje wsparcia. Wpadnę tu jutro. — rzekła na pożegnanie obróciła się na pięcie wybiegając z baru, aby jak najszybciej złapać transport do apartamentu Waldorf.
Wychodząc zdała sobie sprawę, że nazwała Blair swoją przyjaciółką.
