ROZDZIAŁ 14. DRUGA SZANSA JEST JAK MODLITWA

21 stycznia 2000 roku

Mała Blair bawiła się swoim nowym domkiem dla lalek. Była zachwycona. Pamiętała, kiedy na spacerze z mamą i tatą zobaczyła go przez witrynę sklepu i od razu zapragnęła go mieć. Rodzice jednak nie kupowali jej tego, co chciała ,na już" czy dlatego, że ona tak chce. Tata zawsze jej powtarzał, że jak będzie grzeczną dziewczynką, to święty Mikołaj przyniesie jej prezenty na święta. Blair przez cały rok zawsze zapisywała swoje dobre uczynki oraz te złe. Jeśli się już zdarzyły, oczywiście, to starała się je ,wymazywać" robiąc dwa większe dobre uczynki z nadzieją, że to pomoże i święty Mikołaj popatrzy na nią tym łaskawszym spojrzeniem. Zawsze pokazywała tą listę swojemu tacie, a on był z niej bardzo dumny i zapewniał ją, że święty Mikołaj na pewno wszystko bacznie obserwuje. Tak się stało w tym roku. Dostała wymarzony domek dla lalek na święta Bożego Narodzenia. Na paczce był podpis ,dla najgrzeczniejszej dziewczynki na Manhattanie Blair od świętego Mikołaja". Dziewczyna promieniała za każdym razem, gdy to czytała, ale tak naprawdę wiedziała, że tym Mikołajem był jej ukochany tata. Nie przeszkadzało jej to jednak, aby udawać, że nadal wierzy w przybysza z Laponii. To była ta część dzieciństwa, której kurczowo się trzymała. Jakby nie chciała jej puścić, bo nie będzie odwrotu. Wejdzie w burzliwy okres bycia nastolatką i cała ta beztroska radość gdzieś zniknie. Podświadomie to dorastanie oddalała i nie chciała oddawać tej beztroski dzieciństwa. Coś jej mówiło, że po przestaniu byciu dzieckiem wszystko się zmieni i to wcale nie będą dobre zmiany.

Dziewczynka odłożyła na chwilę swoje lalki, bo usłyszała dziwny hałas oraz krzyki mamy. Zaniepokojona wyszła z pokoju i zorientowała się, że zapewne to pochodzi z salonu. Wzięła swojego pluszowego królika, na którego mówiła ,księżniczka", aby dodał jej otuchy. Powoli zeszła schodami w dół. Wiedziała, że rodzice rozmawiają, albo przynajmniej próbują. Słowa zakłócały historyczny płacz mamy Blair i dziewczynka po raz pierwszy dzisiaj bardzo się przeraziła. Schodziła dalej starając się robić jak najcichsze kroki, ale skrzypnięcie przedostatniego schodka zwróciło uwagę jej rodziców.

— Ja z nią porozmawiam. — usłyszała tylko głos taty.

Harold pojawił się kilka sekund późnej i zamknął za sobą drzwi do salonu. Były oszklone, więc Blair widziała tam siedzącą na kanapie mamę. Miała ukrytą głowę w dłoniach. Na widok dziewczynki uśmiechnął się szeroko.

— Co tam mała księżniczko? — zapytał podchodząc i mocno ją przytulając.

— Czy mama jest chora?

— Nie. Skąd ten pomysł?

— Wygląda na smutną. Mogę do niej iść?

— To nie jest najlepszy pomysł, kochanie.

— Dlaczego?

— Twoja mama jest bardzo smutna. Ciocia Lucy zmarła.

Oczy Blair rozszerzyły się z przerażenia pomieszanego z smutkiem. Kochała ciocię Lucy. Była najlepszą przyjaciółką mamy, ale bardziej traktowali ją jak członka rodziny. Wszędzie było jej pełno, wszystkim się interesowało i do pomocy drugiej osoby również była pierwsza. Ożywiała ten dom, za każdym razem, gdy przekroczyła jej próg. Nie mieszkała na Upper East Side i nie była przesiąknął elitarnym społeczeństwem. Zawsze była sobą – uśmiechnięta, pełna życia i radości z tego życia. Pomyślenie, że już nigdy więcej jej nie zobaczy wydawało się Blair najgorsza tragedią, która może spotkać dziecko. Łzy zaczęły napływać do jej oczu, ale nawet nie próbowała ich powstrzymywać.

— To dlatego ostatnio u nas nie była?

— Tak. Była bardzo chora i ukrywała tą chorobę przed wszystkimi.

— Mama nie wiedziała, że jest chora?

— Nie. Dlatego dziś jest bardzo smutna. Pamiętasz jak miesiąc temu była zła na ciocię Lucy, że ta nie odbiera od niej telefonów i nie odzywa się?

Blair pokiwała głową. Pamiętała. Mama była wściekła. Nawet nie chciała zaprosić jej na święta czy złożyć życzenia. Nie wiedziała, dlaczego ciocia Lucy jest na nią obrażona.

— Już wtedy bardzo cierpiała, ale nie chciała, aby twoja mama cierpiała z nią widząc w jakim jest stanie.

Mała dziewczynka popatrzyła na oszklone drzwi salonu i obserwowała jak jej mama zachodzi się płaczem. Chciała tam do niej pójść i ją przytulić, ale tata nie chciał, aby to zrobiła. Posłuchała się.

— Czy teraz mama nie cierpi bardziej?

— W rzeczy samej. Cierpi, że niczego nie zauważyła. Bardzo długo jeszcze będzie sobie to wyrzucać, ale to nie jej wina. Ona jeszcze tego nie wie i wątpię, aby kiedyś to zrozumiała. Jest uparta. — Harold popatrzył ze zrozumieniem na żonę. — Dlatego musisz mi coś obiecać, dobrze? — ponownie zwrócił się do córki.

— Co takiego tatusiu?

— Nigdy nikogo nie doprowadzisz do sytuacji, w której jest twoja mama ani samej siebie. Zawsze bądź szczera z ludźmi, których kochasz. Czasami będziesz musiała sama szukać odpowiedzi. Czasami coś, co będzie wydawać ci się oczywiste, nie zawsze takie będzie. Dlatego nie możesz nikogo oceniać pochopnie. Pamiętaj, że zawsze jest drugie dno.

— Dobrze tatusiu. — przytaknęła, chociaż jeszcze nie do końca rozumiała słów swojego rodzica.

— Zuch dziewczynka. — pocałował ją. — Teraz posiedzę z mamą, a ty pobaw się chwilę z Dorotą, dobrze? Zaraz do ciebie przyjdzie.

Blair pokiwała głową wtulając się w swojego królika, obserwując jak jej tata udaje się z kierunku salonu.

— Druga szansa! — zawołała za tatą, aby ten się odwrócił jeszcze na chwilę.

— Co? — Harold był wyraźnie zmieszany i zarazem zaskoczony słowami córki.

— Ciocia Lucy mówiła, że druga szansa jest jak modlitwa. Nie zrobi nikomu krzywdy, ale może zdziałać cuda. — wyrecytowała jakby dopiero teraz dotarły do niej słowa taty.

— Zgadza się córeczko. — uśmiechnął się do córki i zamknął za sobą drzwi salonu zasłaniając je dodatkowo roletami.

/

21 styczeń 2020, Obecnie

Dan wraz z Nate'em byli nieco zakłopotani sytuacją, która wydarzyła się (jak się okazuje) na terenie rezerwatu. Mijały sekundy, a obaj gorączkowo myśli jak szybko i bez szwank wybrnąć z tej sytuacji. To było głupie, ale żaden z nich tego nie przewidział. Nawet żaden z nich nie zauważył, że wchodzą na teren prywatny. Ta sytuacja była komiczna i może, za jakiś czas jeszcze będą się z tego śmiać. Jednak, jeszcze nie teraz. Pierwszy odważył odezwać się Dan.

— Bardzo nam przykro. Nie wiedzieliśmy, że ten teren jest… święty. — próbował tłumaczyć się, ale nie szło mu to zbyt dobrze.

— Tabliczki niczego wam nie powiedziały? — zapytał strażnik zdejmując swoje okulary przeciwsłoneczne.

— Cóż…

— Proszę dokumenty.

— Co? Dlaczego? — wtrącił się Archibald, któremu ten pomysł wyraźnie się

— Po prostu mu je dajmy, Nate. — odpowiedział Dan podając strażnikowi swój oraz Nate'a dokument tożsamości.

Gdy tylko Chuck Norris 2.0 wrócił do swojego samochodu, aby sprawdzić ich dokumenty, Archibald nie wytrzymał i od razu rzucił się z pretensjami do Humphrey'a.

— Gratulacje. Dałeś mu nasze dokumenty bez proszenia go o pokazanie odznaki. Skąd ty wiesz w ogóle, kto to jest?

— Oh przepraszam. — odpowiedział mu w tonacji ironicznej. — Nie znam się na łamaniu prawa jak politycy. Skąd więc mogę wiedzieć, jakie są moje obowiązki oraz prawa?

— Nie prowokuj mnie Dan. To wszystko twoja wina! Zamiast iść prosto do domku, to zechciało ci się obsikać święte drzewo.

— Jakbym robił to sam. — wykpił go.

— Nie wierzę! — rozłożył racę w geście bez radności. Emocje wzięły nad nim górę. — Ty nawet nie potrafisz przyznać się do błędu!

— Jedynym moim błędem był podpis na oddaniem ci prawa do ekranizacji mojej książki.

Nate ruszył w kierunku Dan'a, ale usłyszał głos nieznajomego jak dotąd mężczyzny.

— Spokojni panowie. — podszedł do nich zamykając drzwi do samochodu. — Nie chcecie oprócz dewastacji rezerwatu dostać jeszcze mandat za rozbój.

— Mandat? — powtórzyli obaj jednocześnie.

— Mandat. — przytaknął mężczyzna i znowu założył okulary na nos.

— Nie da się tego załatwić jakoś polubownie? — spróbował Dan.

— Może jakiś datek? — wtrącił Nate i poczuł jak Dan go szturcha uderzając łokciem w brzuch.

— Datek? — powtórzył strażnik i zrobił kilka kroków w przód zmniejszając odległość między nimi.

— Ma pan na myśli łapówkę?

— Nie, kolega nie miał tego na myśli. — powiedział Dan rozbawiony próbując wybrnąć z tej sytuacji. — Chodziło mu o datek dla…. — zawahał się szukając odpowiedniego słowa. — … waszych przodków. W formie modlitwy czy coś takiego.

— Fantastycznie. Co za szczodra oferta z waszej strony. Jestem prawdziwie wzruszony.

Twarz Chuck'a Norris'a 2.0 nieco się rozpromieniła. Przypominał teraz trochę takie dziecko, które dostało upragniony prezent na urodziny albo siedziało świętemu Mikołajowi na kolanach w centrum handlowym. Momentalnie oddał im dokumenty i zaczął iść ponownie do swojego samochodu, ale jego chód już nie przypominał tego żołnierskiego, ale był bardziej wyluzowany, gdzie sobie nawet gwizdał do rytmu. Otworzył tylnie drzwi i odwrócił się do patrzących po sobie chłopaków. To nie wyglądało na nic dobrego.

— Zapraszam. Pojedziecie ze mną.

/

Dziewczyny siedziały same w pomieszczeniu. Zarówno Vanessa jak i Blair nie miały ochoty ze sobą rozmawiać i obie zajęły się czytaniem książek. Jenny nawet nie próbowała połączyć obie kobiety w jakąś konwersację. Nie miała ochoty na kolejne kłótnie oraz rozdzielanie ich, a dzięki temu, że każda była zajęta sobą. Blondynka natomiast maiła chwile dla siebie, więc siedziała w oknie i się nudziła. Była wpatrzona w domek, do którego udał się Eric w celu ,pożyczenia" trochę drewna. W domku zaczynało być coraz bardziej chłodno i nic dziwnego – wszędzie można było zauważyć wilgoć. W końcu wypatrzyła Erica, który z tego domku wychodził, ale nie był sam. To ją nieco zdziwiło. Podeszła do drzwi i je otworzyła czekając aż się pojawi na tyle blisko, aby zacząć rozmowę.

— Eric. — przywitała blondyna z lekkim zdziwieniem w głosie, gdy zobaczyła obok niego kobietę ubraną w białą sukienkę. — Co to ma być? Mieniłeś orientację i porwałeś obcą pannę młodą? Sprytne. — zażartowała ironicznie.

— Ha ha ha, zabawne. — powiedział przechodząc przez próg i rzucając drewno pod komunikiem. — To jest Hayley. — przedstawił dziewczynę obok niego. — Hayley właśnie się rozwodzi i nie ma dokąd się udać. Zaprosiłem ją.

— Co?! — dziewczyny zawołały niemal jednocześnie.

— Nie chciałam się narzucać. — powiedziała zapłakana dziewczyna smarkając w chusteczkę. — Ale Eric był tak miły i powiedział, że macie jedno wolne łóżko.

— Czy ty nie jesteś czasem tą dziewczyną z domku obok? Nowożeńców? — dopytała Jenny.

— Tak, ale mój jeszcze mąż to idiota.

Eric w międzyczasie zaprosił Hayley do środka, rozpalił kominek dokładając drewna, które pożyczył od nowożeńców. Vanessa zrobiła ciepłą herbatę i poddała roztrzęsionej kobiecie.

— To, co się stało? — zapytała podając jej kubek i usiadła na kanapie naprzeciwko kobiety.

— Zaszłam z nim w ciążę.

— To, co? Przecież się z tobą ożenił.

— Vanessa! — Jenny ją zbeształa spojrzeniem. Czasami brunetka bywała bardzo niedelikatna.

— O ciąży dowiedziałam się dwa tygodnie temu i chciałam mu powiedzieć dzisiaj, ale niefortunnie się zdarzyło, że znalazł sam test.

— I?

— Wściekł się, że przed nim to ukrywałam i czekałam do ślubu! Jakbym złapała go na dziecko specjalnie!

— A było tak?

— Oczywiście, że nie!

— Więc?

— Ponieważ…

— Ponieważ się bała jego reakcji. — wtrąciła się Blair, a każdy spojrzał w jej kierunku. — Może cię kochał, ale nieplanowane dziecko zmienia wszystko. Łącznie z uczuciami.

Hayley popatrzyła na nią jakby ktoś po raz pierwszy ją rozumiał, a jej twarz się rozpromieniła.

— Zgadza się. — pokiwała głową. — Nate i ja nigdy nie rozmawialiśmy o dzieciach. Oboje wiedzieliśmy, że jeszcze to nie jest ten etap. Po prostu… stało się…

— Może dobrze się stało, że znalazł ten test. — kontynuowała Blair. — Im dłużej to byś odkładała, to by ciężej było ci powiedzieć. Znajdowałabyś milion argumentów, które podpowiadałyby ci, że to jeszcze nie ten czas. W końcu odpowiedni czas by minął, a on oświadczyłby się twojej najlepszej przyjaciółce.

— He? — Hayley popatrzyła na nią niezrozumiałym spojrzeniem. Jej mina mówiła, że najwyraźniej straciła wątek. — Chyba nie zrozumiałam…

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Eric wstał z fotela i poszedł zobaczyć przez okno.

— To chyba Nathan. — powiedział zdziwiony odwracając się do Hayley.

— Nie wpuszczaj go! Nie chcę go widzieć!

— Hayley…

— Nie!

— Zrób to dla swojego dziecka. — odezwała się Blair, a następnie wstała i poszła do kuchni.

— Mogę tu zostać z tobą. — powiedział Eric patrząc na swoją nową znajomą.

— Ja również. — dodała Jenny. — Będziemy twoim wsparciem.

Dziewczyna uśmiechnęła się.

— W porządku. — powiedziała. — Wpuśćcie go.

/

Komisariat policji w Sydney był pusty. Znajdowało się w nim tylko kilku policjantów, którzy stojąc w niewielkim kółku o czymś żywo dyskutowali. Chuck obserwował ich dłuższą chwilę i zastanawiał się, co może ich tak bardzo pochłaniać podczas ich przerwy na lunch, o ile taką posiadali. Trudno było sobie wyobrazić, że policjant nie przyjedzie na interwencję, ponieważ jest w trakcie jedzenie pączka. Do tej pory się nigdy na tym nie zastanawiał, jak wygląda praca stróżów prawa czy pracowników pogotowia ratunkowego. Dziś jednak był zainteresowany sceną, która widział. Być może dlatego, że nie miał nic lepszego do roboty poza obserwacją. Czy rozmawiają o akcjach albo inwestycjach? Bardzo w to wątpił. Zwłaszcza, że doskonale znał rynek giełdy i nie pojawiło się tam nic zaskakującego. Czysta stabilizacjach. Chociaż dochodziły do niego głosu z Chin o tajemniczym wirusie, który opanował kraj. Bass się jednak tym nie przejmował. Nawet w przypadku ewentualnego kryzysu był dobrze zabezpieczony jak i jego firma.

Młody Bass stał opierając się jedną dłonią o blat recepcji, a drugą trzymając małą Lily za rękę. Zgłosił się niecałe pięć minut temu, że znalazł dziewczynkę, która najwyraźniej się zgubiła. Pominął oczywiście wszystko, co było związane z ucieczką dziewczynki. Domyślał się, że może tym sprawić potem kłopotów rodzicom dziewczynki albo samej mamie. Małe dzieci maja różne pomysły i trudno tutaj mówić o tym, że powinny myśleć o konsekwencjach. Są jeszcze na to zbyt małe, aby je rozumieć. Jednak rodzice, którzy są niewinni również nie powinni ponosić żadnych konsekwencji. Przynajmniej w opinii młodego biznesmena, który rozumiał powody ucieczki małej dziewczynki. Była ona przerażona prawdą, która dotarła do niej zbyt szybko, a raczej od niewłaściwych osób. Dzięki temu sam zaczął zastanawiać się nad tym, jak zareagowałby Henry. Był w podobnym wieku do Lily. Taka informacja również byłaby dla niego druzgocącą, ale w końcu musiałby tą prawdę usłyszeć. Tak naprawdę nie ma na to odpowiedniego wieku. Każdy jest trudny, ldatego rozumiał mamę dziewczynki, która wolała jej tego nie mówić.

— Przykro mi, ale nie mam żadnego zgłoszenia zaginięcia dla Lillian Flynn. — powiedział policjant poprawiając okulary na nosie. Były zbyt wielkie i Chuck zastanawiał się, czy mężczyzna faktycznie miał wadę wzorku, czy może okulary są tylko ozdobą. Tak czy siak – mądrzej z nimi również nie wyglądał.

— Jest pan pewien? — młody Bass był zdziwiony, że jeszcze mama dziewczynki nie zgłosiła zaginięcia. Przecież na pewno zauważyła, że nie ma córki przy niej. To wszystko było dla niej bardzo dziwne. — Proszę sprawdzić jeszcze raz. Może w okolicznych miasteczkach albo wsiach?

— Sprawdziłem. Nie jesteśmy amatorskim biurem detektywistycznym. — policjant wyraźnie się obruszył, że Chuck mógł pomyśleć, że są tak nieprofesjonalni. — Nikt nie zgłosił zaginięcia, ale niech pan zostawi dziewczynkę. Zaraz przyjedzie ktoś z pobliskiego domu dziecka i zabio….

— Pan chyba żartuję. — przerwał mu wchodząc ostro w słowo. — Ta dziewczynka nie jest sierotą, ma rodzinę. Po prostu się zgubiła, a waszym zadaniem powinno być odnalezienie jej rodziców w trybie natychmiastowym. Czy ty jest za trudne dla policji w Sydney? — zakończył sarkastycznie.

— Robimy, co możemy, ale obecnie trudno nam jest zlokalizować rodziców małej na podstawie podanych danych. Ona nawet nie wie, gdzie mieszka. — policjant próbował się bronić, ale wybrał dość marny sposób na to.

— Ma pięć lat. Pan w jej wieku czytał już sonety? Nie wydaje mi się. To normalne, że nie potrafi wskazać miejsca, gdzie mieszka.

— W każdym razie – może pan ją tutaj zostawić. — powiedział spokojnie znowu poprawiając okulary na nosie i tym samym kończąc dyskusję. — Obecnie nic więcej nie możemy więcej zrobić dopóki ktoś się nie zgłosi. Puściliśmy już ogłoszenie do Internetu oraz rozgłośni radiowych. Będziemy czekać, a do tego czasu dziewczyna będzie w bezpiecznym miejscu.

— Ma pan rację. — niemal zasyczał. — Lily będzie w bezpiecznym miejscu. — przytaknął mu i nawet na twarzy policjanta malowało się zdziwienie, że tak łatwo odpuścił.

Chuck wyciągnął z marynarki swoje generowane pióro, które dostał od Blair na ostatnie święta Bożego Narodzenia i zaczął coś pisać na jednej z małych karteczek leżących na blacie. Pisał szybko i nerwowo, co było widać po stylu jego pisma, ale również po szybkości pisanych wyrazów. Po chwili skończył. Schował pióro, a zapisana kartkę posunął w kierunku mężczyzny siedzącego w policyjnej repecki.

— Do czasu aż nie zgłoszą się po Lily rodzice. Będzie u mnie. Tu jest adres. — dodał i obrócił się na pięcie nadal trzymając małą blondynkę za rękę. Razem z nią ruszył do limuzyny, która na nich czekała.

/

Podróż samochodem strażnika rezerwatu trwała około godziny i nawet jeśli Dan oraz Nate bardzo by się starali, to nie byliby w stanie zapamiętać tej trasy. Była zbyt skomplikowana – miała za dużo jazdy okolicznymi dróżkami oraz skrzyżowania. Na miejscu okazało się, że znajdują się na dość obszernym placu otoczonym dookoła drzewami. Było tam kilkanaście osób i Dan zauważył, że wszyscy mieli indiańskie rysy twarzy oraz zawiązane grube warkocze z tyłu. Wszyscy coś robili – jedni rozkładali jakieś plandeki – zapewne na namioty, a drudzy układali ogromne kamienie robiąc dość spory okręg i Dan domyślił się, że będzie tu ognisko, ale coś go niepokoiło. Nieznajomi mu rdzeni mieszkańcy Ameryki układali kamienie w jakimś dole na około metr, może półtora. To nieco go zmartwiło.

— Człowieku, gdzie my jesteśmy? I co to za ludzie? — zapytał Nate korzystając z okazji, gdy zostali sami z Dan'em.

— Nie mam pojęcia, ale nie podoba mi się to wszystko.

— Gdzie jest nasz Chuck Norris? Zaczynam myśleć, że złożą nas tu w ofierze.

— Nie musisz się tego bać. — zaskoczył ich głos za nimi. Był to ich strażnik, który ich tu przywiózł. — Nie musicie nazywać mnie Chuck. Mam na imię Tadi.

Mężczyzna podał im dłonie i przywitał się z nimi.

— Miło pana poznać. Jestem Dan, a to Nate.

Ścisnęli sobie dłonie.

— Co wy tu robicie? — zapytał Dan.

— Nasze plemię wierzy, że nasz stwórca usiadł na tych kamieniach i z jego potu powstał człowiek.

— Więc przychodzicie sobie tutaj, siadacie na kamieniach i czekacie aż z waszego potu powstanie człowiek? — zadrwił Nate.

— Nie. — odparł rozbawiony Tadi. — Dziś nic takiego się nie wydarzy.

— A co? — zapytali obaj jednocześnie.

— Zobaczycie. Na pewno się spocicie.

Kwadrans później Dan oraz Nate siedzieli pół nadzy w wykopanym dołku, w którym teraz paliło się ognisko. Byli otoczeni przez innych – również pól nagich mężczyzn, którzy jak oni siedzieli na rozgrzanych kamieniach, ale z tą mała różnicą, że oni jeszcze odśpiewywali jakieś swoje piosenki, których słów obaj panowie nie rozumieli. Było bardzo gorąco, lał się z nich pot i zarówno Dan jak i Nate łapali z coraz większym trudem powietrze.

— Umrzemy tu. — zajęknął się Archibald.

— Spokojnie Nate, damy radę.

Tadi zaczął polewać czymś niezidentyfikowanym rozgrzane ognisko do momentu aż ogień zaczął się coraz rzadziej tlić i była tylko para. W końcu przywódca plemienia przemówił.

— Teraz czas na modlitwy. — oznajmił wszystkim. — Przodkowie, cieszymy się, że tu jesteśmy. Prosimy was o zdrowie.

Mężczyzna ponownie polał jakaś dziwną cieczą ogień i zaczął wykrzywiać coś w niezrozumiałym języku. Po chwili odwrócił się do Dana dając mu małą chochelkę z płynem i powiedział.

— Twoja kolej.

— Przodkowie… — zaczął i powoli wypuścił powietrzę. — Nie wierzyłem w drugie szanse, ale ktoś mi pokazał, że są one jak modlitwa – nie zrobią krzywdy, a mogą czynić cuda. — polał chochelką po rozpalonym ognisku i oddał ją przywódcy plemienia.

— Następny. — popatrzył na Nate'a i przekazał mu małą chochelkę, która napełnił już płynem.

— Przodkowie nie wiem, co powiedzieć poza tym, że jestem wdzięczny, że mój przyjaciel Dan jest tu ze mną – nigdy tego nie zapomnę. — dodał i polał chochelką po rozpalonym ognisku, a potem oddał ją Tadi'emu.

W bajce braci Grimm, którą stworzyli dla dzieci, Jaś powiedział do Małgosi: ,rzucajmy okruszki, żebyśmy dzięki nim znaleźli drogę do domu, bo zgubienie drogi to najgorsze, co może się nam przytrafić." W każdej bajce jest morał i przenośnia. Jaś i Małgosia, w końcu po długich poszukiwaniach znaleźli drogę do domu. Tutaj, w przypadku Nate'a czy Dan'a drogą do domu było odbudowanie tej relacji, która została naderwana oraz zachwiana. Nadszarpnęło ją wiele problemów: rywalizacja o dziewczynę, manipulacje osób trzecich, złe wybory, zdrady czy brak szczerości. Chodziło o to, aby przywrócić jej równowagi i chyba to się udało. Najważniejsze jest, żeby nie przejmować się niepowodzeniami. Zapomnieć o ty, co było i po małych trzech krokach w tył, zrobić jeden duży w przód. Dziś Nate i Dan mimo, że trzy razy się cofali, to w końcu razem zrobili ten jeden krok do przodu.

/

Nowożeńcy próbowali dojść do porozumienia dzięki mediatorom w postaci Jenny oraz Erica. Tymczasem Blair siedziała w małej kuchni wynajętego domku. Zrobiła sobie kawę, której nie piła. Mieszała w niej tylko łyżeczką raz od lewej, a raz od prawej strony. Patrzył w oddal. Jej wzrok akurat padał na niewielkie okno, które pokazywało krajobraz tego miejsca. Pewnie, w innych okolicznościach zwróciłaby na niego większą uwagę. Być może nawet by go podziwiała. Dziś jednak odczuwała tylko pustkę. Czasami łapało ją takie lekkie roztargnienie, które zmuszało ją do refleksji. Poczuła się lepiej od ostatniej rozmowy z Chuckiem. Ich związek się skończył, a ona mogła powiedzieć mu prawdę. Męczyło ją to od bardzo dawna i poczuła ulgę, gdy w końcu wyznała mu wszystko. Rozumiała też jego reakcję i fakt, że on musi sobie to wszystko poukładać i przemyśleć. Po raz pierwszy zobaczyła, że jej mąż również się zmienił. Jego wcześniejsza wersja wpadłaby w furię i zniszczyłby wszystko, co rujnowało jego idealny świat, ale obecny Chuck tego nie zrobił. Obecny Chuck podszedł do wszystkiego niezwykle dojrzale. Powiedział jej, że nadal mogą być przyjaciółmi i Blair liczyła na to, że naprawdę tak będzie. Liczyła na to, że po jego powrocie do Nowego Jorku nadal jej to powie. Był bowiem częścią jej życia i nadal chciała, aby w jej życiu uczestniczył. Jednak w nieco innej formie.

— O czym myślisz?

Blair odwróciła się na dźwięk czyjegoś głosu i zobaczyłam Vanesse opartą o fugę. Prawie zapomniała o jej obecności. Po tym, jak w ich domku pojawił się Nate, mąż Hayley, to Vanessa i Blair udały się do kuchni, aby przeczekać te rozmowy. Blair chciała ją ignorować, ale jak widać na dłuższą metę nie było to możliwe. Wywróciła oczami, ale nawet tego nie planowała. Chyba weszło jej to w nawyk, gdy w pobliżu była Abrams.

— Odliczam dni do końca pobytu tutaj, aby nie móc cię oglądać więcej niż to koniecznie.

Vanessa uśmiechnęła się i ruszyła się w kierunku Blair. Usiadła naprzeciwko niej opierając głowę o swoje ręce. Zaczęła uważnie się jej przyglądać. Sprawiała wrażenie, jakby chciała coś skomentować albo zwyczajnie budowała napięcie i czekała aż Blair wybuchnie. To by było w stylu dawnej Vanessy, ale od czasu wyjazdu z Nowego Jorku i podążaniu za swoimi marzeniami wiele się zmieniło. W tym ona sama. Chciałaby powiedzieć, że wstydziła się dawnej siebie, ale gdyby nie te wszystkie błędy, które doprowadziłyby do wyjazdu, to nie stałaby się tym, kim jest dzisiaj. Dlatego niczego w życiu nie żałowała. Wręcz przeciwnie – była wdzięczna za wszystko, co doprowadziło ją do tego miejsca. Nawet jeśli było to siedzenie z Blair Waldorf w kuchni wynajętego domku.

— Co? — warknęła Waldorf zirytowana tym męczącym wpatrywaniem się w nią. — Chcesz coś powiedzieć, to powiedz. Wyjdź i daj mi spokój na resztę dnia.

— Ciekawi mnie coś.

— Dlaczego jestem reżyserem, skoro nie mam żadnego talentu? — dopowiedziała złośliwie w jej kierunku, ale Vanessa nie była wzruszona tym komentarzem. Szkoda, bo Blair miała ochotę się z kimś pokłócić.

— To, co powiedziałaś do Hayley. — zaczęła ignorując wcześniejszy komentarz brunetki. — Nie mówiłaś z jej perspektywy, tylko swojej, prawda?

— Teraz rozumiem, dlaczego chcesz pomóc Humphrey'owi z scenariuszem. Masz bardzo wybujałą wyobraźnię.

— Nie jestem twoim wrogiem, Blair. Liceum się skończyło.

— Dzięki za informację. Bez niej bym tego nie zauważyła. — Blair cały czas była ironiczna.

Vanessa ciężko westchnęła i popatrzyła w sufit jakby chciała powiedzieć ,Boże, pomóż mi" i prawdopodobnie tak było.

— Blair, czy ty kiedykolwiek rozmawiałaś z Danem szczerze? Bez gierek, intryg czy manipulacji?

— Oczywiście, wiele razy. Nie uciekłam w przeciwieństwie do ciebie.

— Ja nie uciekłam. — broniła się. — Wyjechałam.

— Tak się teraz na to mówi? Dobre. — prychnęła ironicznie.

— Uznałam, że mój pobyt w Nowym Jorku nie ma już sensu. Dlatego wyjechałam i zrobiłam coś dla siebie. Może nie powinnam załatwiać pewnych spraw w taki sposób, ale z perspektywy czasu cieszę się, że wyjechałam. Mogłam się od tego wszystkie zdystansować.

— Zdystansować od czego?

— Od Nowego Jorku, Upper East Side, książki Dan'a. Zrozumieć, że nie do końca była tą dobrą osobą, którą powinnam być.

Blair popatrzyła na nią unosząc lekko brew ku górze, jakby nie była do końca pewna czy dobrze wszystko usłyszała. Czy Vanessa Abrams zobaczyła belkę w swoim oku? To byłoby coś nowego.

— I książka Humphrey'a ci w tym pomogła?

— Pomogła zobaczyć wszystko jego oczami. Zobaczyć też ciebie jego oczami.

— Wiem, do czego chcesz zmierzać. Książka, to tylko fikcja literacka. Jego prawdziwą muzą zawsze była tylko Serena.

— Dlatego chce się z nią rozwieść? Dlatego wyjechał do Los Angeles? Dlatego znowu mieszka w Nowym Jorku? Dlatego rzucił swoją pracę i zamiast tego chwycił się oferty filmu, który może nawet nie powstać? — spojrzała na nią wymownie. — Potrafisz dostrzec podróbki Gucciego z odległości dziesięciu metrów, a czasami jesteś naprawdę ślepa.

— Jaki ty masz znowu problem!?

W tym momencie wszedł Eric.

— Puk, puk. — zawołał zadowolony. Czasami dziewczyny zastanawiały się, skąd u niego taka radość życia? Mógłby nią zarażać. — Ogłaszam rozejm. Nate i Hayley się pogodzili. Możecie wrócić.

Po chwili zniknął, a za nim wstała Vanessa i znowu zatrzymała się przy progu kuchni. Jeszcze na chwilę odwróciła się do brunetki.

— Nie mam żadnego problemu, Blair. — ponownie nawiązała kontakt wzorkowy z brunetką. — Patrzysz na niego jakby był wschodem i zachodem słońca. — wiedziała, że kobieta za chwilę będzie próbować się bronić oraz kontratakować, dlatego dodała pośpiesznie. — I dla jasności. — podniosła tylko rękę, aby ucieszyć Blair. — Dan patrzy na ciebie w ten sam sposób. Jeśli jest coś, co powinien wiedzieć, to mu o tym powiedz.

/

Wracając do swojego apartamentu, Chuck po drodze kupił potrzebne rzeczy dla dziecka, ale w tym również kilka rodzajów zabawek. Głównie klocki lego. Chciał czymś zająć dziewczynkę dopóki nie znajdą się jej rodzice. Zamówił też posiłek odpowiedni wartościowo i odżywczo dla pięciolatki. Nie zapomniał również o małym deserze. Wiedział, że małe dzieci nie będą mogły spać, jeśli nie dostarczą swojemu organizmowi odrobinę cukru. Miał lekkie wątpliwości, czy powinien tak postępować. Słyszał bowiem, że jest obecnie moda na tak zwane ,zdrowe wychowanie", które polega na tym, aby od samego początku nie podawać dziecku niczego ,niezdrowego" jak czekolady. On sam uważał, że ten to lekka przesada, ponieważ dziecko potrzebuje wszystkiego – nawet tej czekolady. Dlatego też kupił małą przekąskę i nie zauważył, aby dziewczynka widziała ten towar pierwszy raz na oczy, więc się nieco uspokoił. Rodzice na pewno nie trzymali ją na odległość ze słodyczami.

Mała Lily przestała się bawić i zerknęła w stronę swojego chwilowego opiekuna. Siedział na fotelu, i czytał gazetę. Co jakiś czas na nią zerkał i uśmiechał się sprawdzając, czy jest wszystko dobrze. Odwzajemniała jego uśmiech. Początkowo bawił się z nią, aby chociaż trochę przestała się smucić. Gdy dziewczyna chociaż trochę złapała rytm zabawy, to zostawił ją zajmując się na chwile swoimi sprawami. Chociaż to było niemożliwe, ponieważ cały czas myślał o małej, po którą nadal nikt się nie zgłosił. Był już wieczór, a on ciągle zerkał na swój telefon z nadzieją, że ten zadzwoni albo dostanie wiadomość. Tak jednak nie było. To było dla niego bardzo zastanawiające i powodowało, że nieco się zmartwił. Oczywiście – Bass był przygotowany na to, że dziewczynka zostanie z nim na noc.

Dziewczynka wzięła głębszy wdech i wypuściła powietrze. Widziała to na filmach, które oglądała jej mama i zapamiętała ten gest ludzi, którzy tak robili, gdy mieli przed sobą poważna rozmowę. Chuck był miły i polubiła go od razu. Powinna powiedzieć mu prawdę od razu. Zostawiła klocki, którymi się bawiła i zaczęła iść w stronę fotela, na którym siedział mężczyzna. Przykucnęła przy nim oraz ułożyła swoje dłonie na jednym ze skórzanych oparci. Wyglądało to trochę tak jakby się modliła.

— Nie byłam z tobą szczera. — dziewczyna powiedział to tak poważnie, że na twarzy Bass'a pojawił się uśmiech rozbawienia.

— Z czym? — zapytał odkładając gazetę na mały stoliczek i ponownie wrócił wzorkiem na małą blondynkę o dużych niebieskich oczach.

— Z moim imieniem.

— Nie nazywasz się Lillian?

— Tak mam na imię.

Chuck był wyraźnie zmieszany słowami małej dziewczynki.

— Mam na imię Lillian Rosson.

— To dlaczego powiedziałaś, że Flynn? — teraz zaczynało wszystko być trochę jasne dla młodego biznesmena. Pewnie dlatego policjanci nie znaleźli dziewczynki w swojej bazie danych, ponieważ Lillian Flynn nie istniała. To nie zmieniało faktu, że nieco zaniedbali to zadanie, ponieważ skupili się tylko na podanych danych, zamiast poszukać dziewczynki o imieniu Lily. Był wściekły, że są tak niekompetentni. Na pewno wspomni o tym, gdy pojedzie tam jeszcze raz. Przy okazji porozmawia z ich przełożonym.

— Roszpunka to moja ulubiona bajka i chcę mieć męża, który będzie nazywał się Flynn. — oświadczyła całkiem poważnie tonem dorosłej osoby.

— Rozumiem. — Chuck przygryzł wargę, aby się nie roześmiać. — Wiesz, że prawie przez to małe kłamstwo trafiłabyś do domu dziecka i twoi rodzice nigdy by cię nie znaleźli?

— Ale ty mnie uratowałeś! Jesteś taki jak Flynn dla Roszpunki. — mała dziewczynka rzuciła mu się na szyję mocno przytulając, co nieco zaskoczyło Bass'a, ale odwzajemnił uścisk.

— Twoja mama pewnie bardzo się martwi i boi o ciebie. Musimy jej powiedzieć, gdzie jesteś.

— Wiem, ale musiałam wszystko przemyśleć. — młody Bass nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Nadal miał wrażeni jakby rozmawiał małą dorosłą.

— I co wymyśliłaś?

— Już wiem, co powiem mojej mamie. — oświadczyła z całą powagą. — Znam numer telefonu na pamięć. Możesz do niej zadzwonić i powiedzieć, gdzie jestem?

— Dobrze.

Chuck wyciągnął telefon i podał go małej Lily. Dziewczynka wstukała numer telefonu i podała go mężczyźnie.

— Proszę. Moja mama nazywa się Eva. Eva Coupeau. — zaciągnęła po francusku nazwisko, a młodego Bass'a przeszły ciarki.

/

Był wieczór, gdy Dan i Nate wpadli do domku ,z hukiem". Obejmowali się ramieniem jakby wcześniej razem coś śpiewali, co właściwie było prawdą, ponieważ całą drogę śpiewali wszystko to, czego nauczyli się od plemienia Pueblo. Obaj cali byli niemal czarny na twarzach, ale nie sprawiali wrażenia jakby im to w ogóle przeszkadzało. Reszta natomiast czuła się zaskoczona pamiętając bowiem jak jeszcze kilka godzin temu panowie byli do siebie dość sceptycznie nastawieni, a Dan tolerował Nate'a tylko ze względu na Jenny i jej prośbę. Teraz natomiast przypominali dwójkę najlepszych przyjaciół. Eric i dziewczyny czuli się jakby ominęli kilka odcinków sezonu i właśnie doglądnęli finał.

— Co się z wami działo tyle czasu? — Vanessa odezwała się pierwsza wstając z kanapy. — I dlaczego wyglądacie jak dzieci, które na karnawał przebrały się za węgiel drzewny?

— Gdzie macie nasze rzeczy? — dodała Jenny stając za nią.

— Właściwie to ich nie wzięliśmy, ale mieliśmy świetna przygodę! — zawołał zadowolony Dan, który nadal obejmował Nate'a.

— Doprawdy? Jaką? — Vanessa założyła ręce i uważnie zaczęła się im przyglądać.

— To długa historia i opowiemy wam po drodze do baru, ale najważniejsze, że ja i Dan doszliśmy do porozumienia. Mamy ze sobą wiele wspólnego.

— Nate, proszę cię. — Blair odezwała się odkładając książkę, która przed chwilą czytała. — Jedyne, co macie ze sobą wspólnego, to fakt, że obaj zostaliście rozprawiczeni przez Serenę i obaj zdradzaliście z nią swoją dziewczynę.

Eric zachichotał. Zarówno Humphrey jak i Archibald popatrzyli na niego z wyrzutem.

— No co? To było zabawne i prawdziwe. — Młody van der Woodsen tylko wzruszył ramionami ze swoim anielskim spojrzeniem. — To, co to za bar? Myślałem, że jesteśmy na jakimś odludziu, ale chętnie bym się rozerwał. — zmienił temat.

— Tadi nam o nim powiedział. Podobno dzisiaj mają jakąś większą zabawę z muzyką na żywo. Możemy tam iść, bo i tak nie mam lepszych propozycji, prawda? — Dan spojrzał po wszystkich zainteresowanych.

W tej chwili z kuchni weszli Nate oraz Hayley. Dan popatrzył na nich mierząc wzorkiem od stóp do głów. Miał poważne wątpliwości czy faktycznie nie było ich tylko kilka godzin, czy może dni. Nie miał pojęcia, kim są ci ludzie i dlaczego obściskują się w ich domku.

— Kim wy do cholery jesteście?

— Kim cholery jest Tadi?! I co to za imię? Brzmi jak imię jakieś prostytutki. Byliście w burdelu, przyznajcie się. — Vanessa nie odpuszczała za wszelką cenę chciała zrozumieć, co się między nimi wydarzyło.

— Nie! — krzyknęli niemal jednocześnie.

Eric znowu zachichotał. On jako jedyny bawił się tu najlepiej. Po co miał brać ze sobą laptopa, aby oglądać filmy czy seriale? Skoro ,Dni naszego życia" miał tu na żywo.

— Chyba my wszyscy mamy sobie coś do powiedzenia. Tylko najpierw ja i Dan weźmiemy kąpiel po leśnej saunie.

— Oby tylko nie razem. Tego chyba nie chcecie mieć wspólnego, prawda? — Blair zadrwiła wracając do czytania książki.

/

Wkrótce cała szóstka udała się do klubu polecanego przez strażnika. Nie znajdował się on daleko od ich wynajmowanego domku. Chociaż przekonanie Blair, aby zrobił sobie spacerek było trudne, bo tak samo trudno było wytłumaczyć jej, że ta miejscowość nie posiada prywatnych limuzyn na wynajem. Cała drogę Dan, Jenny, Eric, Vanessa oraz Nate musieli słuchać narzekania Blair dosłownie na wszystko – zaczynając od jej nieodpowiednich butów, a kończąc na nieodpowiedniej nawierzchni drogi. W końcu Dan zaczął ją nieść na plecach, aby trochę dać odpocząć swoim uszom oraz uszom jego towarzyszy. To było trochę wbrew jej woli, ale w końcu przestałą protestować. Jak się okazało – to był strzał w dziesiątkę, ponieważ Blair przestała narzekać. W międzyrasowe panowie opowiedzieli wszystko to, co się wydarzyło przez ostatnie kilka godzin. To również wydało się wszystkim zabawne i z perspektywy czasu zarówno Nate jak i Dan będą się z tego śmiać.

W końcu jednak dotarli na miejsce. Już w oddali było słychać muzykę oraz odbijające się światła led. Był to raczej bar, w którym grała muzyka na żywo z takim typowo wiejskim klimatem, gdzie wszyscy doskonale się bawili. W środku wyglądał tak, jak można było sobie to wyobrazić – sporo stolików oraz drewnianych krzesełek obok, jeden bar, gdzie siedziała cała tutejsza świta oraz dość obszerny parkiet taneczny. Było bardzo dużo ludzi oraz tłoczno, co można było wyczuć nawet w powietrzu. Jednak, całej szóstce udało się znaleźć jeden wolny stolik akurat na sześć miejsc. Znajdował się on w kącie i miał on idealne spojrzenie na cały taneczny parkiet oraz bar. Mogli spokojnie obserwować wszystko to, co się tutaj dzieje.

— Gdzie tu jest kelner? — zapytała Blair siadając przy stoliku i sięgając płaszcz, który zarzuciła za swoim krzesełkiem.

Dan się roześmiał i zobaczył jak brunetka paraliżuje go wzorkiem.

— Co cię bawi Humphrey?

— Blair, to jest bar nie restauracja na Manhattanie. — wyjaśnił nadal rozbawiony. — Zamówienia składa się przy barze i tam od razu płacisz.

— Świetnie, to zrobisz dla nas zamówienie.

W pewnym momencie w klubie zaczęli grać utwór country zespołu Rednex - Cotton Eye Joe. Dan aż się ożywił, gdy to usłyszał, a jego wzrok poszedł za salą, gdzie wszyscy zaczęli tańczyć układ. Bez większego zastanowienia sięgnął po kapelusz leżący na blacie i go ubrał. Zaczął poruszać się w rytm tej piosenki.

— Chodź. — wyciągnął rękę w kierunku Blair. — Wiem, że to znasz i uwielbiasz.

— Nie ma mowy Humphrey! — oburzyła się i odsunęła swoją dłoń od jego. — Po pierwsze nie każdy nosi flanelę jak ty ani takich… — zawahała się próbując odpowiednie określić kapelusz, który miał na sobie Dan. — … nakryć głowy. — zakończyła z wymuszonym uśmiechem. Bardzo dużo ją kosztowało nie obrażenie kolejnej części jego garderoby.

— To nie problem. Mogę ci dać swoją. — dodał i zaczął rozpinać guziki w swojej koszuli w kratę.

— Co ty robisz?! To nie klub ze striptizem, Humphrey.

— Uspokój się. — popatrzył na nią rozbawiony. — Nie będę paradować nago. Mam koszulkę pod spodem. — wyjaśnił i ściągnął koszulę, którą ubrał na brunetce przyciągając ją bliżej siebie. Nawet nie reagował na jej protesty. Jego koszula była zdecydowanie na nią za duża, więc podwinął ją w pasie i zawiązał na kilka guzów.

Blair złapała powietrzę i zaczęła nierówno oddychać. Starała się nie spotkać z nim wzrokiem. Był ku temu powód, ponieważ nie chciała, by dostrzegł, jak działała na nią jego bliskość.

— Nie wiem, co kombinujesz Humphrey. — odezwała się w końcu, gdy uspokoiła nieco drżenie swojego głosu. — Ale jeśli chcesz bawić się w Fred'a Astaire'a, to nie szukaj we mnie swojej Ginger Rogers. Nie będę nią.

— Nie musisz. Wystarczy, że raz będziesz moją Audrey Hepburn.

Twarz Blair się rozpromieniła jakby właśnie padło na nią ciepłe promyki słońca. Dan nie musiał mówić już nic więcej – Blair poszła z nim na parkiet dołączając do jakieś grupy tańczącej układ Cotton Eye Joe.

— Ja też chce. — odezwała się Vanessa odprowadzając Blair i Dana wzorkiem. Po chwili popatrzyła na Nate'a i wzięła go za rękę prowadząc na parkiet.

— Hej, ale ja tego nie umiem! — blondyn próbował się bronić, ale na próżne. Vanessa podjęła ich wspólną decyzję sama.

— Nauczę cię. To wcale nie jest takie trudne.

Po chwili Vanessa z Nate'em znaleźli się na parkiecie, gdzie brunetka próbowała wytłumaczyć swojemu chłopakowi kroki tego układu. Najpierw Vanessa zatańczyła pierwsza z nadzieją, że Nate to powtórzy, ale niestety Archibald totalnie nie wiedział, jak powinien stawiać kroki. Brunetka w końcu uznała, że najlepsza będzie metoda ,na sucho", aby pokazać mu kroki.

— Ugnij prawą nogę, nie lewą. Lewą zostaw prostą. O tak. Widzisz? Pracuję tylko prawą pietą. — zaprezentowała. — Teraz ręką. Do góry i kręć nią. — poleciła, a po chwili wywróciła oczami patrząc na to, co blondyn robi. — Ale Nate co ty wyprawiasz? Masz to tak robić jakbyś kręcił lassem, a nie machał mamie na pożegnanie. Nigdy nie oglądałeś westernów?!

Jenny i Eric obserwowali ich uważnie z rozbawieniem, a Eric w pewnym momencie wyciągnął telefon, aby uwiecznić pierwsze kroki Nate'a, które stawiał w tak znanym układzie do piosenki country. Chociaż to było nieco trudne, ponieważ jego ręka ciągle się trzęsła ze śmiechu. Im dalej było w las, to tym bardziej ciemniej. W pewnym momencie van der Woodsen poczuł jak ktoś go szturcha w ramię, aby zmienił kierunek obserwacji.

— Eric, patrz na nich! — zawołał Jenny wskazując palcem na Blair i Dana, którzy już nie byli w tym tamtym miejscu, co minutę wcześniej, ale znaleźli się na scenie razem z grupą taneczną.

Młody van der Woodsen momentalnie zmienił kierunek swojego nagrywania na Blair i Dan'a. Nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Oboje razem wyglądali świetnie i tak samo się bawili, a przynajmniej takie zadowolenie malowało się na ich twarzy.

— Widać, że świetnie razem się dogadują. — skomentował na głos.

— To prawda. — Jenny przytaknęła nie odrywając wzorku od brata i przyjaciółki.

— Co więc poszło nie tak?

— Nie było szczerości. Brakowało zaufania i zbyt wiele tajemnic. — wyjaśniła niema automatycznie nawet nie odwracając głowy do Erica.

— Takich jak Plotkara? — zapytał wprost, a jego wzrok utkwił na blondynce.

Jenny popatrzyła na niego i zaczęła mu się uważnie przyglądać. Czy Eric coś wiedział albo podejrzewał? Czy mogło być jakieś drugie dno w jego pytaniu? Chciała coś powiedzieć, ale po chwili zrezygnowała. Każde słowo mogłoby być za dużo. Każde jedno słowo mogło dać pewne szlaki, jakieś podejrzenia, a tego nie chciała. Przecież obiecała dochowywać tych tajemnic.

— Dlaczego o to pytam? — dopowiedział sam Eric, który wiedział, że Jenny nic sama nie powie. — Bo wiem, że Dan nie jest Plotkarą.

— Skąd ty…— Jenny byłą wyraźnie zmieszana jak i zaskoczona, ale nadal nie chciała za dużo powiedzieć.

— To wiem? — znowu powiedział za nią z lekkim rozbawieniem. — Przecież to oczywiste. Dan po prostu nie jest tak fałszywy. Nigdy nie był. Zawsze był pierwszym, który chciał pomagać. Miał od zawsze ten kompleks bohatera, który kłóci się z wizerunkiem Plotkary. — wyjaśnił odkładając telefon na blat. — Kiedy wyjeżdżałem na studia, był totalnie zakochany w Blair i jak mógł robić jej te wszystkie świństwa jako Plotkara, a potem tłumaczyć się listem miłosnym do Sereny? — zapytał retorycznie patrząc wyczekująco na blondynkę. — Brakuję mi tylko jednego elementu – dlaczego się przyznał i dlaczego po tym wyznaniu strona została faktycznie zamknięta? Co pominąłem?

— Jeśli ci powiem, obiecasz, że zachowasz to dla siebie?

— Masz moje słowo.

/

Chuck przez dłuższą chwilę nie potrafił się zdobyć na wybranie numeru do Evy. Czy to naprawdę mogła być ona? Czy to tylko dziwny zbieg okoliczności oraz zbieżności nazwisk? Chyba nie do końca tak było. Z tego, co mówiła mała Lily, to jej mama bardzo przypominała Eve. Tą samą Evę, którą znał i tą samą, którą kochał. W końcu to zrobił – nacisnął zieloną słuchawkę na swoim telefonie i przyłożył go do ucha. Nasłuchiwał jak zostaję wybierany numer i czuł jak serce mu tłucze się w piersi. Denerwował się i widział to sam po sobie. Słyszał pierwszy sygnał, potem drugi, trzeci i kolejny. Cisza. Nie odebrała. Chuck rozłączył się, gdy tyko włączyła się poczta głosowa. Oczywiście – automatyczna. Kobieta nie nagrała swojej, a to tylko jeszcze bardziej go stresowało. Potrzebował tej pewności. Potrzebował wiedzieć, kim jest matka Lily. Chociaż tak naprawdę już to wiedział.

Lily położyła się do łóżka, bo była zmęczona, ale Chuck obiecał jej, że jak tylko mama oddzwoni, to na pewno ją obudzi. Dziewczynka bardzo szybko usnęła. Młody biznesmen bardzo ostrożnie oraz icho wyszedł z pokoju tak, aby jej nie budzić. Usiadł z powrotem w fotelu i zaczął rozmyślać. Zaczął przypominać sobie ich ostatni spotkanie i uśmiechnął się sam do siebie na samo wspomnienie tego. Wtedy naprawdę był szczęśliwy i prawie zapomniał jakie to jest uczucie. Ścisnął w dłoni telefon i poczuł wibrację. Zerknął na ekran i zobaczył nieznajomy numer – ten sam, który podyktowała mu mała dziewczynka. Chuck odkaszlnął i odebrał naciskając zieloną słuchawkę na ekranie swojego telefonu i przyłożył go do ucha.

— Witaj Eva.

Cisza. Nie było słychać nic poza jakimiś szmerami oraz oddechem przez kilka sekund.

— Kto mówi?

To była ona. Chcuk rozpoznał to charakterystyczne drżenie głosu. Ona również wiedziała, z kim rozmawia, a przynajmniej on to tak odbierał.

— Auć. Czy aż tak dużo czasu minęło?

— Chuck.

Młody Bass uśmiechnął się.

— Zgadza się. Co u ciebie?

— Chuck, po co dzwonisz i skąd masz mój numer? — można było wyczuć w tonie jej głosu zaskoczenie pomieszane z lekkim niedowierzaniem. Najwyraźniej również nie miała ochoty na pogaduszki. Nie dziwił się, ponieważ zapewne odchodziła od zmysłów szukając córki.

— Lily mi go dała. Prosiła, abym zawiadomił cię, gdzie jest.

— O mój Boże! — krzyknęła z radością w głosie. Ogromny ciężar spadł jej z serca. Dopiero potem wróciła do niej świadomość oraz racjonalne myślenie. — Lily jest u ciebie?! Ale jak?!

— To długa historia. Wiesz, gdzie jest Meriton Suites?

— Tak.

— Zatrzymałem się tutaj. Gdy przyjedziesz, to zapytaj o apartament Bass'a.

— Zaraz będę.

— To czekam tu na ciebie.

/

Było około północy, gdy Dan, Nate, Jenny, Blair, Vanessa oraz Eric. Nie zdarzyło się, aby ktoś narzekał na spędzony czas w klubie, a raczej wiejskim barze. Nawet Blair powstrzymała się od komentarzy. Wszyscy bardzo dobrze się bawili i wszyscy chyba tego potrzebowali – napić się czegoś mocniejszego, pobawić się i zapomnieć, że gdzieś tam czeka na nich prawdziwy świat. Być może większość z obecnych tutaj była dość sceptycznie nastawiona do pomysłu Nate'a, ale w gruncie rzeczy dzisiaj nikt nie żałował, że zdecydował się pojechać. Nawet jeśli nie trafili do Beverly Hills i nawet jeśli nikt dokładnie nie wiedział, gdzie dokładnie się znajdują.

— Może teraz coś obejrzymy? — zaproponowała Blair.

— Razem? Masz na myśli nas wszystkich? — zdziwił się Dan i zaczął uważnie się jej przyglądać. Miał wrażenie, że jest w tym wszystkim drugie dno.

— Tak. Zarazić kolejne osoby ,Śniadaniem u Tiffany'ego" to czysta przyjemność.

— Oczywiście. — Eric zachichotał.

— Chcesz coś powiedzieć? — Blair spojrzała na niego udając ,groźną" minę i zakładając na piersiach. Wyglądała jak jego nauczycielka od fizyki za każdym razem, gdy Eric rzucił głupi komentarz, a reszta klasy się śmiała.

— Tylko to, że Dan jako jedyny ma laptopa. — odparł i dla równowagi zrobił minę niewiniątka.

— Świetnie! Humphrey, gdzie masz swój przenośny kalkulator? — zwróciła się do Dan'a jak zwykle z odpowiednim komentarzem.

— Ha, ha, ha. To nowoczesny sprzęt. — odparł próbując podłapać naśladować jej głos. — I jest w moim pokoju.

— Może taki był, gdy w RPA rozgrywali mistrzostwa świata w piłce nożnej. — odparła ironicznie Blair przekomarzając się z brunetem.

Dan popatrzył i zmniejszył między nimi odległość. Patrzył na nią i skupił się na jej sarnich oczach. Nabrał powietrza jakby chciał coś powiedzieć, ale nie potrafił znaleźć odpowiedniej riposty. Nie wiedział, czy te oczy go hipnotyzowały do takiego stopnia, czy zwyczajnie nie potrafił jej odpowiedź. Tak czy siak – Dan zrezygnowała z dogrywki.

— Dziesięć… — rozbawiony Eric zaczął odliczanie uważnie obserwując tą dwójkę, ale ci nie zwracali na niego najmniejszej uwagi. — Dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden…. — zrobił krótką pauzę. — Przykro mi stary, przegrałeś. Pokonany przez dziewczynę!

Blair roześmiała się i klepnęła Dan'a w ramię puszczając do niego oczko.

— Pójdę po twój laptop.

Dan tylko skinął głową i gdy Blair zniknęła za rogiem, to bez rzucił poduszką w Eric'a, którą ten złapał w locie. Humphrey zdziwił się refleksem swojego jeszcze szwagra. Blondyn popatrzył na niego swoim łobuzerskim spojrzeniem. To znaczyło tylko jedno.

— O stary, właśnie wywołałeś poważny konflikt zbrojny. — wstał i zrobił poważną minę skupiającą wzrok na Danie. — Broń się bandyto!

Tak zaczęła się wojna na poduszki.

/

Tymczasem Blair weszła do pokoju Dan'a. Uśmiechnęła się sama do siebie widząc, że pomieszczenie bardzo przypominało jego pokój w lofcie. Była pewna, że mężczyzna sam wszystko przemeblował, aby czuć się jak w domu. To było bardzo w jego stylu. Kobieta od razu wzorkiem zaczęła szukać przenośnego komputera. Leżał na łóżku i dziewczyna odruchowo usiadła na nim i wzięła laptop na kolana. Otworzyła i poczekała wieczność (tak się jej wydawało), aż się uruchomi. Gdy już to zrobił, to brunetka wzorkiem odszukała folderu, który nazwał się ,filmy". Kliknęła go dwa razy i uśmiechnęła się. Tak jak przepuszczała – Dan miał poukładane filmy w folderach od gatunków, aktorów czy duetów. Miała już kliknąć folder, który nazywał się ,Hepburn, Audrey", gdy rzuciła się jej w oczy tajemniczy podpis jednego z folderów. Był oznaczony literami XYZ. Blair z rozbawieniem wywróciła oczami.

— Dlaczego chłopcy, filmy dla dorosłych musza wrzucać do tak oczywistych folderów? — powiedziała na głos sama do siebie kręcą głową z rozbawienia.

Nie mogła ukryć zadowolenia ze swojego odkrycia, które zapewne jeszcze chciała wykorzystać przeciwko Humphrey'owi przy najbliżej okazji, ale też nie mogła powstrzymać swojej ciekawości, ponieważ kliknęła w ten folder. Gdy to zrobiła, to zobaczyła ponumerowane klipy wideo. Wszystkie miały ciemne ikonki, więc żadna nie przedstawiała żadnego ujęcia. To jeszcze bardziej wzbudziło jej ciekawość, a tego nie dało się już zatrzymać. Skoro powiedziała ,A", to naturalnym odruchem było dopowiedzenie ,B". Tak też zrobiła. Dwa razy kliknęła na klip, który był ponumerowany jako jeden. Gdy się włączył, to jej oczom ukazał się dach Empire oraz trzy sylwetki postaci w oddali. Poczuł dziwny uścisk w żołądku, ale oglądała dalej. W miarę upływu sekund, kamera zaczęła się przybliżać i Blair rozpoznała wszystkie osoby w kadrze – była tam ona sama, Chuck oraz Bart. Chwilę przed jego śmiercią. Doskonale pamiętała ten dzień, bo bardzo długo ten koszmar spędzał jej sen z powiek. Nie musiała tego oglądać. Zamknęła laptop. Wiedziała, co to jest i nie mogła w to uwierzyć. To Dan był osobą, która szantażowała Chuck'a.

/

Powiedzieć, że Blair była zła, to nie powiedzieć nic. Była wściekła i nie zamierzała tego zostawić. Zamierzała skonfrontować Dan'a z tym, co znalazła u niego na laptopie. Owszem – nie powinna grzebać w jego plikach, ale skąd mogła wiedzieć, które są prywatne? Zresztą, czy to miało znacznie? Nie żałowała tego, co zrobiła. Właśnie, gdyby nie jej wścibskość, to nie dowiedziałaby się, że to Humphrey stoi za tym wszystkim, co spotkało Chuck'a, gdy byli we Francji. Nie mogła uwierzyć, że jest do tego zdolny. Chciała go zrozumieć czy postawić się na jego miejscu, ale za nic w świecie nie mogła. Nie potrafiła zrozumieć jego motywów oraz tym, czym się kieruje. Co ten człowiek chciał osiągnąć? Znowu uśpił czujność ich wszystkich, aby znowu między nimi wszystkimi mieszać.

— Jak mogłeś?! — wrzasnęła, gdy znalazła się wystarczająco blisko.

Dan wstał za kanapy, za którą się ukrywał, aby nie dostać poduszką.

— Jak mogłem co?

— Jakbyś nie wiedział!

— Nie wiem. — odparł oszołomiony i całkowicie szczery. Ja jego twarzy malowało się zaskoczenie.— Blair, wszystko w porządku? — próbował złapać ją za dłoń, ale wyrwała ją.

— Nie dotykaj mnie! Brzydzę się tobą!

— Blair! — Jenny również wstała za drugiej kanapy, a w jej włosach można było dostrzec pierz. Była oszołomiona zachowaniem przyjaciółki. — O co chodzi?

— Znalazłam nagranie!

— Nagranie? — powtórzyli wszyscy w pomieszczeniu. Każdy uważnie obserwował Blair z tym samym zaskoczeniem w oczach.

— Nagranie moje i Chucka na dachu w dniu śmierci Bart'a. A raczej nagranie, które przez ten cały czas miała Plotkara, prawda? — spojrzała na Dan'a, a on w jej oczach nie dostrzegł nienawiści. Było coś innego – smutek, ból i rozczarowanie. To było dla niego znacznie gorsze. Dlatego spuścił wzrok. Nie potrafił tego znieść. — Popatrz na mnie!

Blair złapała go za brodę i zmusiła, aby na nią popatrzył.

— To ty szantażowałeś Chuck'a!

— Co?! — zapytał oszołomiony. Nie miał pojęcia, o czym brunetka do niego mówi. — Nigdy nie szantażowałem Chuck'a! Nie miałbym powodu tego robić!

— PRZESTAŃ KŁAMAĆ! — wrzasnęła na niego.

— Blair nie kłamię, przysięgam. Nie mam z tym nic wspó….

Brunetka spoliczkowała go, a Dan poczuł jak cała twarz zaczyna go piec.

— Jesteś jedyną osoba, która ma to nagranie! — przerwała mu. Nie mogła słuchać tych kłamstw. Nie mogła po raz kolejny nabrać się na to spojrzenie w jego oczach. — i jesteś jedyną osobą, która wróciła do miasta i wszystko zaczęło się od nowa. — zrobił pauzę i czuła jak coraz ciężej jej się oddycha. — Nie wierzę, że prawie zapomniałam, kim naprawdę jesteś. Nie chcę cię znać i nie próbuj się do mnie zbliżać! A gdy jeszcze raz będziesz próbował szantażować Chuck'a, to cię zniszczę. Zrozumiałeś?! — popatrzyła na niego po raz ostatni i zaczęła kierować się do drzwi.

— Blair…— Jenny próbowała zatrzymać przyjaciółkę zastając jej drogę do drwi wyjściowych. W tej chwili chciała jej wszystko powiedzieć, ale wiedziała, że nie może. Obiecała, że tego nie zrobi.

— Jenny wracam do Nowego Jorku. — oznajmiła i spojrzała na nią niemal błagalnie. — Jeśli naprawdę jesteś moją przyjaciółką, to nie będziesz próbować mnie zatrzymywać. Zrozum, że nie mogę przebywać z nim w jednym pomieszczeniu.

— Blair… po prostu może go wysłuchaj…

— Nie! Jenny nie każe ci wybierać, bo to twój brat, ale nie zmuszaj mnie, żebym tu została i musiała na niego patrzeć. Uszanuj proszę moja decyzję.

Blondynka skinęła głową i niechętnie odsunęła się z lewo i tym samym dając możliwość Blair, aby wyjść. Brunetka szybkim ruchem wyszła zatrzaskując drzwi za sobą i nawet się nie odwróciła. Po jej wyjściu nastała długa chwila milczenia, w której wszyscy świadkowie bali się cokolwiek powiedzieć. Trwało to tak, dopóki Dan bez słowa nie zamknął się u siebie i nie chciał nikogo widzieć. Reszta zaplanowała wieczór w nieco inny sposób. Tylko Jenny i Eric znali tajemnicę Dan'a, a Vanessa i Nate uznali, że lepiej jest po prostu tego nie komentować. Chociaż tak naprawdę nie potrafili zrozumieć zachowania oraz intencji Dan'a. Czy naprawdę był tym samym chłopakiem, które znali większość swojego życia? Czy po prostu był Plotkarą, która tylko czaiła się, aby zniszczyć im życie?

/

Nie wzięła ze sobą niczego poza telefonem oraz torebką Gucciego, którą miała akurat pod ręką. Nie chciała tam dłużej przebywać i nie potrafiła na niego dłużej patrzeć. Jak on mógł to robić? Nadal próbować niszczyć im życie? Dlaczego wciąż to robił? Były takie momenty przez ostatnie tygodnie, że widziała w nim chłopaka, w którym się zakochała i jakaś część jej próbowała wymazać z jej pamięci to wszystko, co miało związek z Plotkarką. Wymazać jakby to nigdy nie istniało. To jednak samo wracało. Jakby ktoś chciał przypomnieć jej, że on wcale nie jest dobrym człowiekiem. Nigdy nie był. Zawsze miał plan, według którego działał, aby osiągnąć swój cel. Ten cały obraz kompleksu rycerza w lśniącej zbroi był tylko dobrze uszytą maską, którą Dan Humphrey zakładał na swoja twarz każdego dnia. Jego prawdziwym obliczem zawsze byłą Plotkara i dziś sobie o tym przypomniała i już nigdy o tym nie zapomni. Chuck miał rację, jak zawsze.

Zatrzymała się na chwilę, aby złapać świeżego powietrza. Oparła się o drzewo i kucnęła. Nie mogła dłużej tego powstrzymać, więc się rozpłakała. To był straszny dzień. Co ona sobie myślała? Jak mogła znowu mu zaufać? Jak mogła znowu wpuścić go do swojego życia i do życia Henrego? Czy kiedykolwiek zastąpi dzień, w którym przestanie żywić do niego uczucia, których nigdy jeszcze nie nazwła i przestanie widzieć w nim, kogoś kim nigdy nie był?

Poczuła wibrację. Wzięła telefon do ręki i spojrzała na ekran. Myślała, że dzwoni Jenny, ale to nie była ona. To była Elenor.

— Hej mamo.

— Blair? — Elenor wyczuła w głosie swojej córki, że coś nie jest w porządku. — Czy coś się stało?

— Nie. Wszystko dobrze. Czy coś z Henrym? — zmieniła temat.

— Nie. Nie musisz się martwić. Cyrus świetnie sobie radzi z wnukiem. — uspokoiła ją. — Właśnie dzwonię zapytać, gdzie jesteś. Tylko nie mów, że w apartamencie, bo tam już byłam.

— Jesteś w Nowym Jorku? — zapytała oszołomiona.

— Tak. A ty gdzie jesteś?

— To długa historia. Jenny zaproponowała wyjazd integracyjny dla ludzi, którzy są związani z filmem. A ty? Dlaczego jesteś w Nowym Jorku?

— Nie pamiętasz?

Nastała chwila ciszy. Blair nie miała pojęcia, o czym faktycznie zapomniała i nawet nie starała się sobie przypomnieć, ponieważ jej głowę zaprzątały całkowicie inne myśli. Najprościej było się przyznać, że nie pamięta.

— Nie.

— Dziś rocznica śmierci Lucy.

— Oh. — jęknęła. — Przeprasza mamo. Zupełnie o tym zapomniałam. Złapię transport do Nowego Jorku i dołączę do ciebie.

— Nie musisz, Blair. Baw się z przyjaciółmi. Potrzebujesz tego po ostatnich wydarzeniach, tak jak Jenny. Gdy wrócisz, to pojedziemy na cmentarz razem.

— Ale mamo…

— Nie, Blair. Postanowione. — powiedziała stanowczo. — Poza tym jest późno. Ja czuję, że nie jesteś w cywilizowanym miejscu. Nie chcę się martwić, że ktoś może cię porwać.

— Mamo, przesadzasz. — brunetka w rozbawieniu wywróciła oczami.

— Nigdy nie przesadzam jeśli chodzi o moją córkę.

Blair mimowolnie się uśmiechnęła.

— Kocham cię mamo. Pozdrów ode mnie Lucy.

— Tak zrobię. Ja ciebie też.

Pani Waldorf-Bass nacisnęła czerwona słuchawkę i się rozłączyła. Popatrzyło w gwieździste niebo i pogrążyła się w zadumie. Zaczęła przypominać sobie ciocię Lucy. Nadal pamiętała ją doskonale. Mimo, że minęło prawie dwadzieścia lat. Tęskniła za nią bardzo. Nawet, gdy zachowała o niej tylko dobre wspomnienia, to co roku w ten dzień, każde wspomnienie zostaje przypieczętowane łzami. Od jej śmierci wszystko było inne. Nie tylko zachowanie mamy czy taty, ale wszystko. Nic już nie było takie samo. Od tamtego momentu zaczęło się między nimi wszystkimi psuć. Zarówno mama jak i tata się oddali, nie tylko od siebie, ale również od niej. Czasami Blair wydawało się, że gdyby ciocia Lucy żyła, to jej rodzina nadal byłaby cała. Ona to w jakiś cudowny sposób wszystko scalała.

— Druga szansa jest jak modlitwa. — powtórzyła cicho słowa cioci Lucy.

Nagle wstała nieco oszołomiona. Jakby właśnie coś zrozumiała. Jakby właśnie coś do niej dotarło. Niby wiedziała, co znaczą. Niby powtarzała je co roku, ale czy naprawdę znała znacznie tych słów? Zaczęła iść. Nie szła jednak w stronę przystanku, postoju taksówek czy czyjegokolwiek, co mogło ją zabrać do Nowego Jorku. Wręcz przeciwnie – wracała do domu, którego jeszcze kilka minut temu uciekła.

/

Po około godziny od ich rozmowy, Eva pojawiła się w apartamencie Chuck'a. Przez ten cały czas młody Bass się denerwował do tego stopnia, że próbował ćwiczyć przed lustrem w łazience wszystko możliwe powitania oraz przewidywalny przebieg rozmowy. W końcu dzwonek zadzwonił, a on poszedł otworzyć. Był piękna jak zawsze. Dokładnie tak samo jak ją zapamiętał. Nie zmieniła się absolutnie nic, te szczęść lat były niemal niezauważalne na jej twarzy. Było jednak coś, co w jej spojrzeniu nieco go zaniepokoiło. Gdzieś uciekła radość, która biła z tych niebieskich oczu. Miał złe przeczucia, ale nie chciał się nimi z nią dzielić.

— Eva. — powiedział na przywitanie i odsunął się, aby zaprosić ją do środka. — Wejdź, proszę.

Chuck poczekał aż kobieta wejdzie i zamknął drzwi do apartamentu.

— Przyjechałaś tu taksówką?

— Nie. Przyszłam na piechotę.

— Tyle czasu zajęła ci droga? Musisz mieszkać daleko.

— Gdzie jest Lily? — zapytała ignorując pytanie mężczyzny. Kobieta zachowywała się dość nerwowo. Rozglądała się spokojnie po apartamencie i trzymała się za podbrzusze jakby było jej zimno. Nie umknęło to uwadze młodego Bass'a.

— W mojej sypialni. Śpi. — powiedział spokojnie. — Wszystko w porządku?

— Tak. Chcę tylko zobaczyć moją córkę i wrócić do domu.

— Lily śpi. Poza tym jest późno. — spojrzał na zegarek, który miał na ręce. — Nie musisz jej budzić Miała ciężko dzień. Możecie zostać do rana.

— Nie.

— Eva. Nie bądź nierozsądna. — zrobił w jej kierunku krok, ale ona się odsunęła. To było dziwne, ale Bass nie zrobił już kroku w jej kierunku. Nie chciał sprawiać jej dyskomfortu. — Nie puszczę was. Jest zbyt późno. Możesz zadzwonić do męża.

— Narzeczonego. — poprawiła go wchodząc mu w słowo.

— Narzeczonego. — powtórzył za nią. Był zdziwiony, że jej narzeczony puścił ją samą i to jeszcze musiała przyjść tu pieszo.

Ta rozmowa była coraz dziwniejsza. Coś mu tutaj nie pasowało i miał wrażenie, że jego przeczucia są jednak słuszne. Chociaż jeszcze to wszystko tłumił tłumaczeniami, że kobieta się tak zachowuje z powodu córki, która zaginęła. Na pewno to miało jakiś wpływ na jej zachowanie – od początku jest nerwowo i przestraszona. Zapewne on na jej miejscu zachowywałby się podobnie.

— Nie ma go obecnie w Sydney. Jesteśmy same. — blondynka cały czas unikała wzorku Bass'a.

— To nie musisz dzwonić i go martwić. Ja was nie puszczę na kolejny godziny spacer w nocy. — Chuck twardo chciał trzymać się przy swoim. — Nie musisz się niczego obawiać. Możesz spać w sypialni z Lily, ja będę spał na kanapie. Pomyśl o małej. Na pewno nie chcesz jej budzić i męczyć drogą.

— Dobrze. Zaprowadź mnie do mojej córki.

/

Gdy Blair weszła do domku, to nawet nikt tego nie zauważył. Jenny, Eric, Vanessa i Nate byli zajęci grą. Po chwili brunetka zorientowała się, że grają w tabu. Grę, która przypomina kalambury w wersji słownej, ale ma kilka poważnych różnic. Jeden z graczy z drużyny losuje kartę z hasłem i próbuje naprowadzić pozostałych z jego drużyny na odgadnięcie hasła. Nie może używać tak zwanych ,zakazanych słów", które są na tej karteczce. Dlatego zawsze ktoś z drużyny przeciwnej stoi za tą osobą i pilnuję, aby do podpowiedzi nie zostały użyte te zakazane słowa.

Eric trzymał karteczki, a za nim stałą Jenny, która uważnie obserwowała, aby chłopak nie używał tak zwanych ,zakazanych słów" do podpowiedzi. Szybko zorientowała się, że podzielili drużyny dość klasycznie, ponieważ chłopaki na dziewczyny. Nie chciała im przerywać, więc chwilę przyglądała się jak grają. Na jej twarzy malował się uśmiech rozbawienia. Byli tak beztroscy, że im tego zazdrościła.

— To jest takie miejsce kultu, gdzie są ci faceci, co mają taki… zarost jakby….— Eric próbował tłumaczyć dość okrężnie, ale Nate patrzył na niego jak na idiotę, a Vanessa zatkała sobie usta, aby stłumić swój chichot. — No wymieniaj rodzaj zarostu!

— Broda?

— Nie!

— Wąsy?

— Tak! I ci kolesie, co je mają.

— Wąsaci?

— Nie! Chodzi o tych kolesi, co ginęli w niemieckich obozach koncentracyjnych.

— Nie wiem…. Chyba…. Żydzi? — zapytał nieśmiało Archibald.

— Tak! I gdzie oni się modlą? — popatrzył na niego w wyczekiwaniu. Teraz już musiał zgadnąć. — No dalej!

— Mekka?

— Czas się skończył! — zawołała Jenny szczęśliwa naciskając Ericowi do ucha piszczałkę. Chłopak aż podskoczył.

— Kurwa Nate ty idioto! Jaka Mekka! SYNAGOGA!

Blondyn wpadł w lekki szał, a reszta mogła zobaczy jak żyłki mu wyszły z nerwów. Nate był nieco zawstydzony, a dziewczyny zaczęły zachodzić się ze śmiechu. W końcu i Archibald do nich dołączył. Zobaczenie jak Eric wychodzi z równowagi było bezcenne.

— Gdzie jest Dan? — Blair zapytała nieśmiało.

Zrobiło się cicho i każdy spojrzał w kierunku drzwi, gdzie stała Waldorf. Cała czwórka była zdziwiona oraz zaskoczona. Nie do końca było jasne, co ich bardziej zaskoczyło – to, że jednak wróciła czy nazwała Dan'a po imieniu. Nie sądzili bowiem, że kobieta wróci. Zamierzali jutro się spakować i wyjechać stąd. Dla nich wszystkich ten wyjazd można było uznać za zakończony i niestety jako porażkę. Nikt już nie widział nadziei w tym filmie, a raczej nadziei w tym, aby przekonać Blair do współpracy z Dan'em. Tymczasem ona po kilku minutach nieobecności znowu pojawia się w drzwiach. Pierwsza z konsternacji wyszła Jenny, która podeszła do przyjaciółki.

— U siebie. — odpowiedziała z lekkim uśmiechem i przytuliła ją szepcząc jej do ucha. — Cieszę się, że wróciłaś.

Blair obeszła ich wszystkich zamykając za sobą drzwi do pokoju Dan'a. Gdy to zrobiła, to cała czwórka niemal od razu rzuciła się do drzwi i próbowała podsłuchiwać. Eric i Vanessa przyklei swoje uszy do drzwi, a Nate położył się na ziemi próbując obserwować to, co się dzieje. Jenny siedziała beztrosko na kanapie i tak wiedziała, że jej wszystko powtórzą. To nie było ani dojrzałe ani kulturalne, ale obecnie nikt z nich nie potrafił wygrać z ciekawością.

/

Cień Plotkary znowu wyszedł i znowu zniszczył mu życie. Chciało mu się płakać, ale nie potrafił się na to zdobyć. Czy to w jakiś sposób by pomogło? Te kłamstwa oraz tajemnicy niszczyły go coraz bardziej. Miał ich dość i chciałby się pozbyć tego ciężaru, ale wiedział, że nie może. To był układ, który zawarł i nie mógł się z niego wycofać. Nawet nie chciał. Nie mógł skrzywdzić osoby, którą kocha tylko z powodu egoizmu.

Dan siedział na skraju swojego łóżka twarzą do ściany, a plecami do drzwi. Nie widział, kto wchodzi do jego pokoju, ale doskonale słyszał. Nawet nie zamierzał się odwracać. Wiedział bowiem, że to jego siostra Jenny, która po raz kolejny próbuje go przekonać do tego, aby z nimi zagrał. Nie miał jednak ochoty. Jak mógłby mieć? Jednego wieczoru był najszczęśliwszy od kiedy pamięta i nie minęła nawet doba, a wszystko znowu się rozpadło.

— Jenny, mówiłem ci, że nie mam ochoty. Odpuść.

— Nie jestem Jenny.

Dan odwrócił się szybo oraz nerwowo w kierunku głosu. To była ona.

— Blair? — zapytał zszokowany jakby nie mógł uwierzyć, że ona naprawdę tu jest. Przetrwał oczy, aby upewnić się, czy czasem nie zasnął i to wszystko mu się śni. — Co ty… — zająkał się. — Myślałem, że nie chcesz mnie widzieć.

— Tak było. — przytaknęła mu i zaczęła robić niewielkie kroki w jego kierunku. On robił to samo. — Dzisiaj jest rocznica śmierci Lucy.

— Lucy? — powtórzył za nią nieco zdziwiony oraz oszołomiony. Nie wiedział bowiem, do czego ta rozmowa będzie prowadzić.

— Była przyjaciółką mojej mamy i jedyną osobą, która sprawiała, że moja mama nie była tą Elenorą, którą znasz dzisiaj. — uśmiechnęła się lekko. — Była jak jej bratnia dusza bez żadnego romantycznego podtekstu.

— Przykro mi. Chyba była dla waszej rodziny bardzo ważna. — Dan nie wiedział, co powiedzieć, a to jedyne, co mu przyszło do głowy.

— Tak, to prawda. — przytaknęła.

Blair usiadła na skraju łóżka. Humphrey zrobił to samo, ale ostrożnie. Był cały napięty oraz zestresowany. Jakby bał się, że zaraz na niego nakrzyczy i każe odejść. Nie zrobiła tego. Odetchnął z ulgą.

— Pewnego dnia zachorowała na nowotwór i nikomu o tym nie powiedziała. Z tamtego okresu pamiętam tylko moją mamę, którą byłą wściekła za każdym razem, gdy wracała do domu i mówiła tacie, że Lucy znowu nie odebrała od nie telefonu albo się rozłączyła albo nie odzwaniała. Gdy widziała się z nią po raz ostatni, to Lucy była dość nieuprzejma i sprawiała wrażenie obrażonej albo złej i moja mama miała dość tego zachowania i też przestała się odzywać. — zrobiła pauzę, ale Dan jej nie przerywał tylko słuchał. — Później pamiętam mamę, która wróciła do domu w histerii oraz płaczu, bo dowiedziała się, że Lucy zmarła, a całe jej wcześniejsze zachowanie było spowodowane tym, że wszystkich odtrącała z powodu choroby.

— Przykro mi. — powiedział i ostrożnie przesunął dłoń w kierunku jej dłoni i opuszkami palców zaczął od błądzenia, aż w końcu otworzył się ująć jej dłoń. Popatrzyła na niego i uśmiechnęła się, ale widział łzy w jej oczach. Chciał ją przytulić, ale bał się, że go odtrąci.

— Nie mogłam w to uwierzyć, wiesz? Ona była taka…. Żywiołowa, pełna energii, humoru. Za każdym razem, gdy u nas była rozbawiała moją mamę do łez. Zawsze, gdy ktoś z nas potrzebował pomocy, to w kilka minut przybiegała z pomocą. Nigdy nikogo nie zostawiła w potrzebie. Zawsze miała w sobie tyle optymizmu, nadziei i dobrej woli. — Blair otarła lecą łzy. — Trudno było mi uwierzyć, że ktoś tak silny….

— Został pokonany przez chorobę? — dokończył za nią. — Chciałbym powiedzieć, że rozumiem, ale tak nie jest. To nie są pytania, na które dostaniemy odpowiedź w tym życiu.

— Wiem. Nawet nie próbuje tego szukać. — znowu otarła dłonią łzy.

— Mam nadzieję, że się na mnie nie obrazisz, ale uważam, że źle postąpiła. Twoja mama powinna wiedzieć, nie powinna jej ani ciebie odtrącać.

— Właśnie dlatego tu jestem. — popatrzyła na niego swoimi sarnimi oczami pełnymi bólu oraz strachu. Do końca nie wiedziała, czy dobrze robi, ale nie było już odwrotu. — Życie Lucy nauczyło mnie, że nie zawsze jest tak, jak nam się wydaje. — nie spuszczała z niego wzorku. — Kiedyś sama powiedziała mi, że druga szansa jest jak modlitwa. Nie zrobi krzywdy, a może zdziałać cuda. — zacytowała i ścisnęła jego dłoń. — Chcę wierzyć, że jakimś sposobem ciocia Lucy wysłała mi znak, abym dała ją tobie. Dzisiaj Dan chcę ci dać tą drugą szansę. Chcę wierzyć, że to wszystko, co robisz nie jest tym, na co wygląda. Jeśli więc tak jest, to powiedz mi wszystko, proszę…

To zabrzmiało niemal jak błaganie. Spojrzał na nią z rozczuleniem. Kochał ją, ale przed nim nie mogła ukryć tego, jaka jest w środku. Nie mogła ukryć tego, że mimo wszystko, kim jest, co będzie robić i jak żyć, to dalej będzie empatyczną i pełną współczucia kobietą. Być może to zawsze ją gubiło, albo to sprawiało, że była lepsza od reszty z Upper East Side. Dan widział ją już w różnych postaciach. Miała wyobraźnie i lubiła zaskakiwać. Czasami odważna, czasami roztrzęsiona ze strachu, śmiejącą się i płacząca na zmianę. Można powiedzieć, że widział ją w każdej jej odsłonie i każda ta odsłona była na swój sposób ciekawa i piękna. I tak Blair Waldorf zmieniła się, coraz częściej stawiała na swoim i podejmowała swoje własne decyzję. Więc tak, to Blair Waldorf czasami myliła się, bo to ona byłą tą, z której powinni brać przykład, a nie na odwrót.

— Powiem ci wszystko.

/

Ten rozdział został zadedykowany Lucynie. Mojej prywatnej Lucy – pełnej życia, radości, humoru oraz tej, która zawsze niosła pomoc. Życie Lucyny nauczyło mnie, aby iść przez nie ze śmiechem na twarzy, bo nawet gdy umarła, wszyscy myśleli, że sobie żartuje i żegnali ją z uśmiechem. Jesteś już tam, gdzie my dopiero idziemy. Spoczywaj w pokoju z Bogiem i mam nadzieję, że do zobaczenia w miejscu, gdzie nie ma trosk oraz gdzie wszelki smutek przeminął.