ROZDZIAŁ 16. DOLINA DECYZJI

Wszędzie były lalki. Lalki to takie zabawki dla małych dzieci, w których najmłodsi mogą ćwiczyć swoją wyobraźnie stwarzając historię poprzez zabawę w dom, dorosłe życie. Bawią się, bo mają minimalistyczny domek z garażem i samochodem oraz postacie, w które mogą się wcielić i którym mogą układać życie po swojemu. Każda z tych lalek jest w końcu kimś ,ważnym" i pełni bardzo odpowiedzialne role w swoich zawodach jak lekarz, prawnik, sędzia, ratownik, policjant, dziennikarz, strażak, nauczyciel i tak dalej. Już niemal na samym początku dzieciom wmawia się nawet podświadomie, że te zawody są i były prestiżowe, a bycie sprzątaczką, woźnym w szkole lub praca w sklepie w jakiś sposób nam uwłacza. Od samego początku również wmawia nam się, że możemy mieć takie lalki, którym możemy układać życie oraz wybierać zawody, ciuchy oraz domy. Możemy robić z nimi wszystko to, co chcemy, ponieważ wydaje nam się, że mamy do tego prawo.

Nathaniel Archibald stał przed lustrem i poprawiał swój krawat. Patrzył na swoje odbicie i czuł się jak lalka bez własnej woli.

— Gotowy na swój wielki dzień?

Nate odskoczył przestraszony. Odwrócił się i zobaczył swojego dziadka.

— Dziadku, czy musisz się tak zakradać? Przestraszyłeś mnie.

— Mała trema? — William zdawał się nie przejmować opryskliwym tonem Nate'a.

— Może trochę.

William van der Bilt uśmiechnął się delikatnie i podszedł do wnuka. Złapał go za krawat i zaczął go poprawiać.

— Niepotrzebnie obawiasz się porażki mój drogi. — zaczął spokojnym tonem, aby uspokoić wnuka, który dobrze się maskował. Nie było po nim widać żadnych oznak nerwów. — Budowaliśmy twoją pozycję w tym mieście sukcesywnie przez kilka lat. Jestem pewny, że niektórzy odetchną z ulga, gdy zobaczą nowego kandydata demokratów na stanowisko burmistrza. Jesteś młody, pełen energii, pomysłów i przez ostatnie kilka lat z małej redakcji zrobiłeś najchętniej czytaną gazetę w mieście. Jestem pewien, że rok 2021 będzie twój.

— Na razie mamy 2020 rok. — Nate dodał bez oznak najmniejszej emocji.

William spojrzał uważnie na wnuka jakby chciał go przeszyć wzorkiem. Młody Archibald poczuł lekki stres, przez który głośno przełkną ślinie i skarcił się w myślach za to.

— Kto będzie ci dziś towarzyszył? — dziadek zmienił temat.

— Um… mówiłem ci. Vanessa moja dziewczyna.

— Ta reżyserka z nieudaną kamerą w Hollywood? — zapytał z nieukrywaną ironią.

— Vanessa dopiero zaczyna robić filmy i musi nabrać doświadczenia. Jestem pewny, że w końcu odniesie sukces.

— Tłumaczysz ją.

— Nie, tylko…— zawahał się jakby słuchał odpowiednich słów. Jednak wiedział, co powinien powiedzieć. — Vanessa nie ma takiego dobrego zaplecza jak ja. Musi na wszystko zapracować sama.

— No właśnie. — William zaśmiał się ironicznie, a po chwili zmienił temat. — Mówiłem ci, że do miasta przyjechała Raina Thorpe? W Chicago zbudowała swoje nazwisko od nowa oraz dobrze prosperującą firmę kosmetyków. Teraz jest najbardziej pożądaną singielką w Nowym Jorku. Powinieneś…

— Dziadku. — Nate przerwał mu dość ostro. — Vanessa jest moją dziewczyną i to ona mi będzie mi dzisiaj towarzyszyć.

— Powinieneś pokazywać się z dziewczyną, która będzie na równi z tobą prestiżem to doda ci wyborców, a nie ich umniejszy. Przemyśl to Nathaniel'u.

— Nie dziadku. — popatrzył na niego i przejął od niego poprawianie krawatu. — A teraz wybacz, ale muszę odebrać Vanesse. — dodał i obszedł go kierując się do opuszczenia swojego pokoju.

— Nathaniel'u.

Blondyn zatrzymał się trzymając w dłoni klamkę drzwi. Odwrócił jednak tylko głowę, aby spojrzeć na dziadka. Chciał sprawiać wrażenie pewnego siebie, ale był przekonany, ze wyraz jego twarzy mówi zupełnie coś innego.

— Tak?

— Dziennikarze będą cię pytać o twojego ojca. Powiedz, że nie masz z nim kontaktu, od kiedy uciekł z Nowego Jorku, dobrze? Jego wizerunek będzie ci szkodził. Nie jest potrzebny na tym obrazku.

— Oczywiście dziadku.

/

Jenny Humphrey stała po środku czegoś, co przypominało opuszczony magazyn. Było brudno, wszędzie był kurz oraz pozostałości po poprzednich lokatorach, którzy na pewno byli bezdomnymi. Wszędzie bowiem walały się butelki po napojach wysokoprocentowych oraz obskurne materace. Ściany były wysokie na kilka metrów oraz otoczone metalową blachą, które robiła za prowizoryczną ścianę. Był luty i to dość mroźny, dlatego odczuwała chłód niemal w każdej części swojego ciała. Mimo, że miała na sobie puchową kurtkę i co chwile tupała sobie w miejscu, aby sprawiać wrażenie ruchu i rozgrzewać swoje ciało.

Stojąc zmarznięta oraz zła zastanawiała się, co tutaj właściwie robi. Wtedy zerknęła na swoje prawo, gdzie stał Eric i żywo z kimś dyskutował. Przyszła tutaj na jego prośbę, bo chciał jej coś pokazać. Był tka podekscytowany, że nie sposób było mu odmówić. Nawet jeśli nie wiedziała, o co dokładnie chodzi. Momentami jej nie doszły przyrodni brat bywał tajemniczy. Jedyne, co wiedziała, to żeby ubrać się ciepło, a i nawet to było za mało. Zerknęła na swoją opadającą na twarz grzywkę, na której zauważyła już śnieżną sadź, a z nosa zaczęło już ściekać. Na pewno będzie chora i wątpiła, aby termos z herbatą mamy jej pomógł. Czy jej wrodzona ciekawość była warta cierpienia, które przechodzi?

W końcu jednak Eric ucinał dłoń nieznanemu mężczyźnie cały uradowany i zaczął coś podpisywać na jego plecach. To był kawałek papieru i Jenny domyśliła się, że może jest to coś na wzór umowy. Miała tylko nadzieję, że niespodzianka blondyna nie będzie zawierała kupna tego miejsca. Po co mu to było? Przez jej głowę przeszły różne myśli, ale żadna z nich nie była tak wiarygodna jak to, że Eric faktycznie musiał kupić ten ogromny magazyn. Od kiedy rzucił studia i zamieszkał ponowie a stałe w Nowym Jorku, to zaczął zachowywać się trochę irracjonalnie. Czy na pewno dobrze zrobiła radząc mu, aby robił to, co chce?

— Zimno ci? — zapytał Eric, gdy podszedł do niej wystarczająco blisko.

— Nie, wcale. Czuję się jak w saunie — odparła ironicznie, a blondyn zachichotał. — Co my tu robimy i co trzymasz w ręce? — wskazała na kawałek papieru, który na pewno był umową.

— To jest akt własności. Jestem nowym właściciel tego miejsca! — zawołał wręcz zachwycony.

— Mogę wiedzieć po co ci ten brudny i śmierdząc magazyn?

— Nie jest tak źle. — Eric wywrócił oczami. — Stoisz właśnie na gruzach nowego klubu w Nowym Jorku! — zawołał, a jego głos odbił się echem.

— Zamierzasz otworzyć klub? Tutaj? — zapytała z niedowierzaniem Jenny, gdy echo Erica zamilkło. Rozejrzała się po tym miejscu i za nim świecie nie widziała tego, co widział w tym miejscu blondyn.

— Zawsze o tym marzyłem, ale to miejsce będzie absolutnie wyjątkowe! — zawołał nadal podekscytowany i wskazał na puste miejsce w kącie chcąc, aby Jenny podążyła za nim wzorkiem. — Tam będzie bar. A tutaj… — wskazał w przeciwnym kierunku. — Scena. Będą grały zespoły na żywo. — wskazał palcem na górę. — Tutaj zamierzam zrobić piętro, ale młodszej publiczności.

— Młodszej publiczności? — powtórzyła za nim próbując nadążyć za jego myślami.

— Tak. W naszym kraju można pić od dwudziestego pierwszego roku życia, więc kluby nie wpuszczają nikogo poniżej tego wieku, ale co z dzieciakami, którzy są nastolatkami albo młodymi dorosłymi i chcą się po prostu bawić albo posłuchać dobrej muzyki na żywo? — zapytał retorycznie, a następnie kontynuował. — Spędzają weekendy pod mostem brooklyńskim, gdzie i tak piją alkohol i wpadają na głupie pomysły. A już sama wiesz jaki jest procent utonięć nastolatków pod wpływem alkoholu w naszym mieście.

— Dlatego ty zamierzasz pozwalać im tutaj pić? Naprawdę bardzo szlachetnie, ale wiesz, że będziesz miał kłopoty, prawda?

— Niezupełnie. — odparł z tajemniczym uśmiechem. — To będzie wstęp dla wszystkich – dorosłych i nieletnich, ale dorośli będą dostawać przypinki przy wejściu, że mogą pic alkohol. Będą to okazywać przy barze, a młodzi nie. Będą jednak mogli tutaj wejść i bawić się przy dobrej muzyce. — zakończył rozkładając dłonie jakby to było epicentrum jego wyjaśnień.

Jenny popatrzyła na niego nico sceptycznie, ale po chwili ten sceptycyzm zaczął ją opuszczać, a w jego miejsce pojawił się szeroki uśmiech.

— Wiesz co? Podoba mi się to. — pochwaliła go. — To naprawdę może być strzał w dziesiątkę i być może przyczynisz się do rozwiązania niektórych problemów z szwędającym się nastolatkami po mieście.

— Dziękuję. — dodał zadowolony czując to uznanie w głosie panny Humphrey.

— To jednak ryzyko. Nie boisz się?

— Życie polega na ryzykowaniu, ale od kiedy rzuciłem studia, to czuję się taki… — zawahał się szukając odpowiedniego słowa. —… Pewniejszy siebie.

— Nie przeraża cię nawet ten dziwny wirus, który podobno jest w Chinach?

— Co z nim?

— Może do nas przyjść? — zapytała patrząc uważnie na blondynka unosząc jedną brew ku górze.

Eric się zaśmiał.

— Nie martwię się o to. Na pewno do tego nie dojdzie.

/

Kilka dni temu do apartamentu Blair dostarczono dokumenty rozwodowe. Jedna koperta była dla niej, a druga dla Chuck'a, który od paru dni nie dawał żadnego znaku życia ani też nie odbierał telefonu. Rozumiała to i nie naciskała na niego w żaden sposób. Ostatnia ich rozmowa nie poszło zbyt dobrze. Chociaż nie rozstali się w gniewie, to widziała po twarzy swojego męża, że jest zraniony, gdy dowiedział się prawdy. Zrobiła to, co wtedy musiała, ale nigdy nie wierzyła w to, że Chuck może mieć cokolwiek wspólnego z nielegalnymi interesami Barta. Jej ojciec, Harold jednak się upierał przy tym, że wszystkie możliwości należy sprawdzić. Zgodziła się i tak trwała w tym małżeństwie lata codziennie przekonując się, że młodszy Bass nie miał o niczym pojęcia. Kopiowała dokumenty, podsłuchiwała rozmowy oraz robiła zdjęcia i nic nie wskazywało na to, że Chuck kontynuuje dzieła swojego ojca. Dlatego mu zaufała i opowiedziała o wszystkim. Nawet jeśli jej mąż jest niewinny i nie robi nic nielegalnego, to ten interes nadal kwitnie, bo ktoś piastuje nad nim piecze. Pierwszym i naturalnym podejrzanym był Jack Bass – stryj Chuck'a a brat Bart'a. Bass'a. Dlatego też młodszy Bass udał się w podróż służbową do Australii.

Blair stała przy oknie w salonie patrząc na ruch uliczny. Za dwie godziny będzie musiała wyjechać z domu po swojego syna Henrego, który kończy zajęcia w szkole. Miała już zaplanowany dzień z synem, bo jak każdego dnia spędzali go razem i z Danem. Brunetka chciała, aby Henry coraz lepiej i bardziej poznał jej… no właśnie. Jak powinna go w sumie nazwać? Nie potrafili się oficjalnie nazwać dopóki oboje się w związkach małżeńskich i co do tego oboje byli zgodni. Jednak Blair niedługo mogła już nie być mężatką.

Spojrzała na dwie koperty, które leżały na stole i lekko westchnęła. Chciałaby, aby było już po wszystkim. Chciałaby zasnąć i obudzić się za pięć lat. Chciała zobaczyć czy jej i Danowi udało się pokonać te wszystkie przeciwności losu. Czy będą potrafili zaufać sobie od nowa? Czy kiedykolwiek jej wybaczy?

Jej rozważania przerwał trzask zamykanych drzwi samochodu. Popatrzyła znowu przez okno i zobaczyła samochód, a z niego wysiadającego Chuck'a. Jego widok mocno ją zaskoczył. Nie odpisywał, nie odzwaniał ani nie powiadomił, że zamierza wrócić. To mimo wszystko był dobry znak i kobieta czekała aż jej mąż przekroczy próg domu.

— Nie sądziłam, że przyjedziesz. — powiedziała, gdy Chuck wszedł do salonu.

— Miałbym przegapić podpisywanie papierów rozwodowych własnego małżeństwa? — spróbował zażartować, ale zauważył na twarzy swojej jeszcze żony lekki grymas przypominający uśmiech.

— Dawno nie rozmawialiśmy.

— Potrzebowałem czasu, aby wszystko przemyśleć. Pobyt w Australii dobrze mi zrobił. Nabrałem dystansu do wszystkiego.

— Myślałam, że mnie nienawidzisz.

— To nieprawda, Blair. — powiedział spokojnie i z lekkim rozczuleniem spojrzał na swoją jeszcze żonę. — Byłem zły i rozgoryczony, ale zdałem sobie sprawę, że ja również byłem nieuczciwy w tym małżeństwie. Nie fair byłoby…

— Co masz na myśli? — przerwała mu zmieniając ton na nieco ostrzejszy.

— Wdałem się w romans.

— Oh, świetnie.

— Blair…

— Chuck nie. — ponownie mu przerwała, ale tym razem odpowiednio gestykulując dłońmi. Nie chciała tego słuchać i tak naprawdę żałowała, że zapytała. — Lepiej będzie jeśli tego nie będzie roztrząsać.

— Myślę, że jestem ci winien wyjaśnienia.

— Chuck, ale co ty chcesz wyjaśniać? — zapytała z lekkim chichotem. — Zostawmy to za sobą i zacznijmy nowy rozdział jako przyjaciele.

— Jeśli tego chcesz. — przytaknął, ale dość niechętnie.

— Jak poszła rozmowa z Jackiem? — Blair próbowała ciągnąć rozmowę z Bassem zmieniając temat i była ciekawa czy jego wyjazd przyniósł jakiekolwiek rezultaty. Nie bała się tego, że mu zaufała i wszystko powiedziała, ale bała się tego, że Chuck może wpaść w kłopoty i być w niebezpieczeństwie. Zawsze działał impulsywnie.

— Tak jak oczekiwaliśmy.

— Czyli ,nic nie wiedział". — zacytowała swoje słowa robiąc z palców cudzysłów w powietrzu.

— Dokładnie, ale wiem, że kłamie.

— Dowiedziałeś się czegoś?

— Niestety nie. Ne drążyłem jednak tematu i uśpiłem jego czujność.

— Rozumiem. Strategiczne podejście.

Chuck przytaknął.

— Henry za tobą tęsknił. — Blair zmieniła ponownie temat.

— Wiem. Będę chciał odebrać go dziś ze szkoły jeśli pozwolisz.

— Właściwie to ja i Henry mamy już plany na dzisiaj.

— Proszę Blair.

Kobieta spojrzała uważnie na młodego Bass'a. Co miała mu powiedzieć? Odmówić? Nie miała do tego serca. Widziała po jego minie, że to jest dla niego ważne. Zresztą nie mogła powiedzieć mu, że codziennie po szkole idą na Brooklyn robić gofry. To byłoby nietaktowne i na pewno w pewnym stopniu sprawiłoby mężczyźnie przykrość. Nawet jeśli jego wcześniejsze wyznanie ją uderzyło, to nie zamierzała odbijać piłeczkę. Nie w taki sposób postępują dorośli i odpowiedzialni ludzie, a dziecko nie jest żadną kartą przetargową.

— W porządku. Możesz go dziś odebrać i spędzić z nim dzień.

— Dziękuję. Doceniam to.

— Przypomnij mu tylko, że ma odpisać na list do dziadka Harolda.

— List? — popatrzył na nią nieco zdezorientowany.

— Tak. Mój tata pisze do niego listy, a Henry mu odpisuje…. Po swojemu używając rysunków.

Oboje się zaśmiali. Blair, bo przypomniała sobie jeden z ostatnich listów Henrego do dziadka, w którym obrazował słowa, których nie chciał napisać, bo wydawały mu się za trudne i nie chciał tego literować, a Chuck? Chuck mógł sobie to tylko wyobrazić.

— W porządku. Pomogę mu napisać.

— Dziękuję.

Chuck odsunął krzesło usiadł naprzeciwko Blair, a przed nim leżały papiery rozwodowe w kopercie. Chwilę siedzieli w milczeniu patrząc na kartkę i długopis. W końcu pierwszy krok zrobił Bass sięgając po kopertę i już nie zastanawiał się nad tym ani chwili dłużej. Po prostu podpisał. To samo zrobiła Blair. Od tej chwili oboje byli wolni. Po prostu wolni.

— Wydamy wspólne oświadczenie dla prasy? — zapytał Chuck odkładając długopis.

— Miałam ci to samo zaproponować.

/

Od kilku dni harmonogram Dana wyglądał podobnie – wstawał rano, pił kawę, otwierał laptopa i zaczynał pisanie scenariusza do filmy, który był ściśle tajny, ponieważ nie pokazywał go nikomu. Nawet Blair. To trwało mniej więcej do godziny siedemnastej, kiedy to w jego lofcie pojawiała się Blair razem z Henrym. Spędzali razem czas poprzez robienie razem obiado-kolacji, graniu w planszówki oraz na oglądaniu bajek lub filmów przystępnych treściowo dla najmłodszych. Wieczorem ich odwoził do domu, ale robili to niezwykle ostrożnie. Od czasu, gdy czekali aż ich sprawy rozwodowe ,pójdą do przodu" musieli być ostrożni, aby w żaden sposób nie pokazać siew mediach. Zaszkodzenie wizerunków nie wchodziło w grę, ponieważ to tylko by utrudniło sprawy rozwodowe oraz odbiłoby się w jakiś sposób na Henrym. Dlatego Dan i Blair postanowili, że dopóki nie będą oficjalnie wolni, to nie będę w żaden manifestować tego, że są razem i poczekają. Dan codziennie czekał aż w ich domu pojawią się jego ulubieni goście. Od czasu powrotu do Nowego Jorku Humphrey nie przypuszczał, że jego życie może właśnie w taki sposób wyglądać, ponieważ mimo wszystko był szczęśliwy. Tak po prostu.

Dzisiaj pisał scenariusz i zdziwił się, gdy usłyszał pukanie do drzwi. Spojrzał na zegarek w laptopie. Była dwunasta w południe więc za wcześnie za pojawienie się Henrego oraz Blair. Nie chciał przerywać sobie pisania, więc zamierzał zignorować pukanie do drzwi, ale one coraz bardziej się nasilały. Dlatego też zniechęcony i zrezygnowany odłożył laptopa ze swoich kolan i poszedł otworzyć drzwi. Zdziwił się, gdy zobaczył Blair.

— Gdzie Henry? — zapytał nie ukrywając swojego zdziwienia, a nawet rozglądając się za brunetką, czy też chłopiec gdzieś się nie schował, ale nigdzie go nie było widać.

— Tobie też dzień dobry. — powiedziała rozbawiona i przekroczyła próg loftu. — Jest z Chukciem.

— Chuckiem? — powtórzył za nią uważnie się jej przyglądając. Z jakiegoś powodu poczuł lekką obawę. Tak chyba było za każdym razem, gdy w jej życiu znowu pojawiał się Chuck. — On… wrócił?

— Wrócił. — odpowiedziała zadowolona, co jeszcze bardziej budziło w brunecie poczucie stresu.

— Czy… — zawał się przez sekundę. — Blair, czy coś się wydarzyło? — Dan odważył się zapytać. Przecież i tak niczego nie uniknie, a tym razem chociaż do niego przyszła. Stop. Czemu on od razu myśli o najgorszym? Przecież wcale nie musi być jak ostatnim razem, prawda?

Blair jakby czytała z jego twarzy wszystkie te obawy, które w nim toczyły walkę, ponieważ subtelnie pogłaskała dłonią jego policzek, a jej wzrok padł ja jego usta. Spontanicznie stanęła na palcach i pocałowała go. Zaskoczony jej reakcją był tylko przez moment, ponieważ dość szybko przejął inicjatywę i wsunął język w jej wargi rozchylając, delikatnie pieszcząc i co tu dużo mówić – cholernie ją kusząc na coś więcej. Przesunęła dłoń wsuwając ją w jego włosy czując jak Dan przyciska ją bliżej siebie. Przerwał pocałunek, ale nie wypuścił jej z ramion.

— Czy to znaczy, że jednak nie zamierzasz mnie rzucić, aby pobiec do Chucka na szczyt dachu Empire? — zażartował parząc jej w oczy, w których można było dostrzec błysk szczęścia.

— Oh, chcesz grać w tą grę? — uśmiechnęła się przygryzając wargę. — Założymy się, za ile po tym wydarzeniu pobiegniesz do Sereny zostać ,wykorzystanym"? — podkreśliła ironicznie ostatnie słowo.

— Okej. Mamy 1:1, ale nie myśl, że pozwolę ci mieć ostatnie słowo.

— Czyżby? — przybliżyła swój nos do jego i delikatnie o niego się otarła.

Po chwili kobieta odsunęła się gwałtownie i podekscytowana pokazała mu swoją dłoń niemal machając mu przed oczami. Uśmiechnęła się promienie w taki sposób, który jeszcze u niej nie widział albo widział bardzo dawno temu, że prawie zapomniał jak ten uśmiech wygląda. Mimo wszystko, Dan stał i patrzył na nią niezrozumiałym spojrzeniem.

— eeee… Nowy kolor paznokci? — próbuje zgadywać, o co chodzi.

— Nie. — Blair popatrzyła na niego z politowaniem. — Nie widzisz, że czegoś na tej dłoni brakuje?

Dan popatrzył na jej dłoń, a potem znowu na Blair i wtedy zrozumiał. Uśmiechnął się szeroko z iskierkami w oczach, że nie sposób było ten uśmiech odwzajemnić z podwójną siłą. Wyglądał jak szczerzący się idiota, ale to był jej idiota i była w nim szaleńczo zakochana. Znowu, a może po prostu nigdy nie przestała?

— Jesteś wolna? — zapytał, a jego uśmiech nie schodził z twarzy.

— Jestem wolna. — przytaknęła.

Dan zrobił krok w jej stronę i ujął w dłonie jej twarz. Znowu ją pocałował, ale tym razem nieco gwałtownie w taki sposób, że prawie zabrakło jej oddechu, a świat dookoła niej zawirował. Oderwała się na chwilę od jego ust, aby delikatnie westchnąć, a potem ponownie do nich przylgnęła. Zrzucił z niej płaszcz na ziemię. Złapał ją za pośladki i przyciągnął ją bliżej siebie, a on objęła go nogami w pasie. Pokierował się z nią w stronę kanapy i jego ciężarne ciało wbijało ja w materac i coś jeszcze. Poczuła dziwny ból wbijania się czegoś w jej plecy. Oderwał się od jej ust i zaczął całować ją po szyi, schodząc stopniowo coraz niżej. Jęknęła cicho tracąc zmysły przy tym zmysły. Przez jej głowę przebijały się setki myśli, ale znikały tak szybko jak się pojawiały.

— Chwila, chwila, chwila przestań… — przerwała odrywając się od niego i delikatnie popychając, aby zrobił jej miejsce. — Nie powinniśmy.

— Daj spokój. — pocałował ją znowu i wyszeptał. — Dam ci przeczytać scenariusz do filmu.

— To kuszące Dan i to bardzo, ale chcę żeby nasz pierwszy raz…

— Robiliśmy to już. — przerwał jej.

— Tak, ale teraz jest inaczej i zaczynamy od nowa. Ustaliliśmy, że gdy oboje będziemy wolni….

— Ty jesteś.

— Ale ty nie. Serena zapomniałeś? — zapytała retorycznie z nutką ironii. Dan tylko ciężko westchnął. — Poza tym… Chciałabym, aby to było wyjątkowe dla nas oboje, a w tym momencie nie jest. — sięgnęła dłonią pod plecy. Po chwili wyciągnęła plastikowe pudełko z płytą DVD filmu. — Z filmem pod moimi plecami. Chociaż bardzo kocham ,To wspaniałe życie".

Dan wziął od niej pudełko i rzucił za siebie. Wrócił do całowania jej, ale Blair zdawała się być nieugięta. Chociaż jej opór coraz bardziej miękł.

— Dan… proszę… — wydyszała między pocałunkami. — Jenny może w każdej chwili wrócić.

— Ma dziś spędzić dzień z Ericiem. Nie wróci tu wcześniej niż wieczorem. — zapewnił ją i ponownie się na niej położył wsuwając swój język między jej wargi.

Kobieta nie protestowała. Wydawała się być przekonana. Zwłaszcza gdy zdjęła z niego koszulkę i zaczęła drapać go po plecach. Wtedy wpadała Jenny z Haroldem. Blair słysząc hałas otwieranych drzwi oraz rozmowę, automatycznie zepchnęła Dana z siebie powodując, że runął na podłogę.

— O mój Boże! — zawołała i niema od razu zakryła swoje oczy dłonią. — Mój dzisiejszy licznik zakłopotania sięgnął zenitu.

— Blair. — odezwał się Harold. Z jego twarzy nie można było nic wyczytać.

— Tato, co ty tutaj robisz? — Blair wstała próbując doprowadzić się do porządku. Nie wiedziała, co bardziej u niej przeważało – poczucie wstydu, zakłopotania czy zdziwienie, że widzi swojego ojca. — Nie powinieneś być we Francji?

— Blair. — powtórzył. — Możemy porozmawiać? — spojrzał na nią, a po chwili na leżącego na podłodze i półnagiego Dana. — Na osobności. — dodał.

/

Napięcie w lofcie Humphrey'ów nie spadało nawet odrobinę. Mimo, że w pomieszczeniu została tylko Blair ze swoim ojcem. Czy czuła zakłopotanie? Zdecydowanie tak. zwłaszcza, że jej tata nakrył ja w dość intymnej sytuacji z chłopakiem, który nawet oficjalnie nie był jej chłopakiem. Miała trochę czasu, aby to trochę przemyśleć i przygotować swoje standardowe wymówki, ponieważ niemal od razu udała się do łazienki. Ubrała się jak gdyby nigdy nic i nawet poprawiła fryzurę zanim wróciła do swojego taty oczekującego jej przy blacie popijającego coś w kubku. Zapewne była to ta obrzydliwa kawa parzona. Dan mógłby w kocu zainwestować w ekspres do kawy albo ona powinna dać mu to w prezencie na urodziny. Zdecydowanie byłby to bardzo praktyczny prezent.

— Co tutaj robisz? — powtórzyła, gdy zostali sami. Nawet nie chciała wiedzieć jak ją tutaj znalazł.

— Przyleciałem pierwszym samolotem, gdy usłyszałem od matki, że zamierzasz się rozwieść z Chuckiem.

— Właściwie to właśnie to zrobiłam.

— Żartujesz?

— Nie.

— Dlaczego to zrobiłaś bez mojej wiedzy?

— Bo go nie kocham! I Chuck nie zasługuje na to, aby ktoś go oszukiwał przez tyle lat! — warknęła ze złością.

— Blair! — ton Harolda nieco się podniósł, ale nadal był spokojny i opanowany. Nie znosił sprzeciwów ani tego, że ktoś się wtrąca. — Dobrze wiesz, że Chuck może być zamieszany w interesy swojego ojca. Chcesz mieć na sumieniu dziesiątki dziewcząt i dzieci wywożonych z krajów, które służą tylko….

— Tato, przestań! — przerwała mu mając już w łzy w oczach. — Nie podchodź mnie w ten sposób. — spojrzała na niego swoimi sarnimi oczami.

— Blair, ale to prawda. Jesteśmy tak blisko, a ty się wycofujesz! Proszę, idź i napraw swój związek z Chuckiem.

— Na to jest już za późno. — dodała i spuściła wzrok i przez sekundę milczała.

— Kochanie… — Harold zrobił krok w stronę córki i objął ją za ramiona. — Nigdy nie jest za późno na naprawę związku.

— Tym razem jest. — Blair wyswobodziła się z ojcowskiego uścisku i obeszła go. Chciała znaleźć się w bezpiecznej odległości zanim zrzuci na niego kolejna bombę. — Powiedziałam mu wszystko.

— Co to ma znaczyć? — głos Harolda nadal był spokojny, ale dokładnie wiedział co Blair miała na myśli.

— Powiedziałam mu prawdę o naszym związku, o twoim dochodzeniu wobec jego taty i o tym, jak naprawdę się wzbogacił.

— Blair… — starszy Waldorf przymknął na sekundę powieki jakby chciał sprawdzić czy to wszystko mu się nie śni. — Chyba nie mówisz poważnie. — spojrzał na nią z nadzieja, ale jednocześnie i niedowierzaniem.

— Mówię. — powiedziała stanowczo. — Zasługiwał na to, aby znać prawdę, bo on jest niewinny i cokolwiek powiesz – wierzę w to. Chuck nie jest i nigdy nie był taki jak swój ojciec.

— Nie wiesz tego z kim masz do czynienia.

— Wiem. Żyłam z nim przez sześć lat, razem wychowaliśmy syna. Nie jest idealny, ale też nie jest potworem. Nigdy nim nie był.

Harold załamany usiadł na sofie i schował głowę w swoich dłoniach. Siedział tak dobrych kilka minut. Blair stwierdziła, że lepiej jeśli nie będzie przerywać tej niezręcznej ciszy. Chciała dać tacie czas na ochłonięcie oraz przetworzenie informacji.

— Po prostu nie wierzę. — odezwał się po chwili.

— Tato, proszę cię nie dramatyzuj. — powiedziała ironicznie. — Chuck gra w naszej drużynie. Pojechał do Australii iii…

— CO?! — Harold huknął wstając z kanapy i ponownie znalazł się przy swojej córce i mocno złapał ją za nadgarstki. — Jak mogłaś mu powiedzieć?! Teraz wszyscy możemy być w niebezpieczeństwie!

— Puść mnie! To boli! — krzyknęła, a mężczyzna nieco zwolnił uścisk.

— Jak możesz być taka bezmyślna Blair! — krzyknął, ale już nie było w tym złości, lecz zrezygnowanie oraz rozczarowanie. Czuł się jak największy przegrany. — Czy kilka tygodni, może miesięcy z tym chłopcem jest warte ryzyka? Czy tak trudno było poczekać jeszcze trochę?

— Tato…

— Wiesz, że to może skończyć się tragicznie, prawda? Wszyscy możemy ponieść konsekwencje twoich głupich decyzji.

Twarz Blair się napięła. Tego było za dużo. Wiedziała, że być może to wszystko było zbyt spontaniczne i trochę nieprzemyślane, ale nie żałowała niczego. Natomiast on nie miał prawa prawić jej morałów.

— Czy kiedy uciekałeś z Romanem do Francji, to czy zastanawiałeś się kiedyś nad konsekwencją swoich czynów?

— Blair, to nie jest to samo.

— Nie? — weszła mu w słowo. — Zapomniałeś jak czułam się ja i mama zostawiona przez ojca, który nagle sobie przypomniał, że jest gejem? Oh no tak… — zaczęła ze znana sobie ironią. — Nie możesz tego pamiętać, bo cię tu nie było i nie jesteś sobie w stanie tego wyobrazić! Nie masz prawa wytykać mi tego, że jestem bezmyślna, bo jestem dokładnie taka sama jak ty! — wykrzyczała mu to w twarz, a po całym lofcie odbiło się jej echo.

Nastała grobowa cisza, ale było gęsto od emocji. Nie było nic poza spojrzeniami pełnymi złości, rozczarowania, niezrozumienia i odrzucenia. Padło o kilka słów za dużo. Takich słów, których oboje będę jutro żałowała. Nawet nie jutro, a za parę godzin. Oboje jednak są zbyt dumni i zbyt uparci, aby przyznawać się do popełnionych błędów.

— Nie urodzi wrona gawrona, tylko takiego jak ona. — skomentował z uśmiechem na twarzy. — Pójdę już. Pozdrów ode mnie Daniela. — dodał całują ja w czoło i pośpiesznie opuścił loft Humphrey'ów pozostawiając zdezorientowaną Blair samą.

/

W rezydencji van der Bilt'ów zaprezentowanie Nate'a jako jednego z kandydatów demokratów na burmistrza Nowego Jorku przebiegło lepiej niż się spodziewano. Młody Archibald był prawdziwą sensacją i przypadł do gustu wielu osobom z różnych kręgów czy też środowisk. Był nowy, energiczny oraz z wizją zmiany tego miasta. Nie robił przedstawienia pod tytułem ,obiecuje ci wszystko, co mogę", lecz dość treściwie przekazywał to jak widzi obecnie Nowy Jork i co zamierza w nim zmienić. Chodziło oczywiście o realne zmiany, ponieważ Nate w przeciwieństwie do innych kandydatów był szczery. Wiedział, że miasto jest zadłużone, wiec kolejne absurdalne inwestycje rozrywkowe nie wchodzą w grę. Jego konferencja prasowa wraz z pytaniami przebiegała dobrze, ale jednak to merytoryka odpowiedzi na jego pytania robiła wrażenie. Nawet zaczęto go nazywać nowym Kennedy'm. Chociaż nie do końca było wiadome, skąd pojawiło się to porównanie. Później Nate dowie się, że plotkę puścił ją jego dziadek, aby przedostało się to do pracy i wizerunek Nate'a był kojarzony z charyzmatycznym przywódcą kraju.

Młody Archibald stał i odpowiadał na wszystkie pytania, które dzisiejszego wieczoru zadawali mu dziennikarze. Nie czuł żadnej presji ani stresu, lecz był bardzo spokojny. Wiedział, że to to była zasługa osoby, która stałą obok niego, która dotrzymywała mu kroku i mentalnie wspierała dodając otuchy. Był wdzięczny za jej obecność, chociaż wiedział, że to nie było dla niej łatwe. Ostatni podobny zjazd jego rodziny, na który ją zaprosił skończył się ich zerwaniem. Wtedy był nieco inny, młodszy i niedojrzały. Dostrzegał w pewnych rzeczach korzyści dla siebie, a nie fakt, że będzie czyjąś marionetką. Dzisiaj był inną osobą i chciał to pokazać Vanessie.

— Okej Nate ostatnie pytanie. — zgłosił się dziennikarz z New York Times. — Jak wyglądają obecnie relacje z twoim ojcem? Czy uciekinier wróci kiedyś od kraju? Obawiasz się, że jego wizerunek może zaskodzić twojej kandydaturze?

Blondyn poczuł się nieco zakłopotany tym pytaniem, ale wtedy poczuł uścisk swojej dłoni. To była ręka Vanessy. Dodało mu to odwagi.

— Mój ojciec Howard Archibald nie jest żadnym uciekinierem. Kilka lat temu podał się karę i za dobre sprawowanie został warunkowo zwolniony z więzienia.

— Tak, ale czy obawiasz się, że jego osoba może wpłynąć na twoją kandydaturę?

Nate chwilę milczał, a potem zdecydował się udzielić odpowiedzi, którą zapewne pochwaliłby jego dziadek, lecz nie on sam. Pożałuje tej odpowiedzi w chwili wypowiedzenia tych słów.

— Nie, ponieważ od kiedy mój ojciec wyjechał z kraju nie mam z nim kontaktu.

Uścisk Vanessy zwolnił i puściła jego dłoń. Blondyn poczuł jak zrobiła dwa kroki w tył.

— Dziękuje za odpowiedź i powodzenia.

— Dziękuję również za wszystkie pytania. Miłego wieczoru dla wszystkich. — pożegnał się z prasą i chwycił swoją dziewczynę za dłoń. Oboje z Vaness zeszli z piedestału.

Gdy tylko znaleźli się sami, Vanessa nie mogła się powstrzymać, aby nie zbombardować blondyna pytaniami. Nie mogła bowiem zrozumieć tego, co się tam stało i co nim kierowało, aby w taki sposób wyprzeć się swojego taty. Chciała od niego sensownego wytłumaczenia, chociaż wątpiła, że jakiekolwiek zaakceptuje.

— Nate, co to było? — zapytała z wyraźną pretensją w głosie.

— Co masz na myśli?

— To pytanie. Dlaczego ich okłamałeś? Przecież rozmawiałeś ze swoim tatą w tamtym miesiącu.

— Dziadek przewidział to pytanie i uznał, że najbezpieczniej dla mojego wizerunku….

— Najbezpieczniej dla twojego wizerunku? — powtórzyła za nim wchodząc mu w słowo. Wyraźnie było słychać ironię. — Nate, to twój ojciec do cholery!

— Ciszej proszę, nie rób scen. — obrócił się nerwowo dookoła i zaczął patrzeć, czy ktoś ich nie obserwuje lub nie daj Boże robi jakieś zdjęcia.

— Czy to teraz jest dla ciebie najważniejsze?

— Co? — zapytał zdezorientowany wracając spojrzeniem na brunetkę.

— Wizerunek, kariera i to całe gówno ponad własną rodzinę?

— Oczywiście, że nie.

— Poważnie? — zapytała retorycznie z nutką ironii. Nie wierzyła mu. — A co na to wszystko twój tata? Nie pomyślałeś, że może to oglądać i będzie mu przykro?

— Mój tata to zrozumie. — powiedział stanowczo. — Czy musimy się o to kłócić? Wszystko w porządku, to tylko taka gra.

— Nie Nate, nie jest w porządku. — brunetka pokręciła głową z niedowierzaniem w to, co słyszy. — Mam jakieś deja vu. Od początku czułam obawy, aby tutaj przychodzić, żeby nie skończyło się tak jak ostatnio, ale myślałam sobie ,daj spokój Nessa. Przecież Nate nie jest już dzieciakiem i na pewno nie postawi cię niżej niż swój wizerunek". — powiedziała z niedowierzaniem. Poczuła się jak idiotka, która po raz kolejny dała się nabrać na te oczy. — Tymczasem ty potrafisz się wyprzeć własnego ojca dla głupiej kariery politycznej.

— Nie mów tak, proszę. — Nate niemal zajęknął. Próbował załagodzić sytuację, ale wiedział, że to idzie tylko w jednym kierunku – ku katastrofie. — Wiesz, że to nieprawda.

Vanessa ściągnęła bransoletkę, która dostała od niego wczoraj specjalnie na tą okazję, gdy ją zaprosił jako swoją towarzyszkę. Wtedy była szczęśliwa, a dzisiaj? Ma wrażenie, że jej piękny sen zmienia się w jakiś koszmar, w którym ona pełnić rolę statysty dopóki czymś się nie spodoba się komuś od van der Bilt'ów. Wzięła jego dłoń w swoje ręce i wręczyła mu bransoletkę.

— Vanessa…— wiedział, co to oznacza i nie było to nic dobrego.

— Wiem, że znam twojego tatę tylko przez rozmowy na skypie, ale to cudowny człowiek, który za każdym razem podkreślał jak bardzo jest z ciebie dumny. — patrzyła na niego, ale nie było w tym spojrzeniu ani gniewu ani złości, tylko zwykle rozczarowanie i to było gorsze od złości. — Powinieneś być wdzięczny za to, że masz tatę. Nie każdy ma to szczęście. — dodała próbując powstrzymać się od łez, które napływały jej do oczu. — To koniec Nate. Nie mogę być z kimś, kto stawa karierę i swój wizerunek ponad rodzinę. Dzisiaj jest to twój tata, a jutro mogę to być ja. Nie będę twoją lalką, która postawisz albo zdejmiesz z półki, gdy będziesz miał na to ochotę.

Odwrócił się niemal od razu i wtedy popłynęły jej łzy. Niemal strumieniami, które ocierała ukradkiem. Mimo wszystko nie potrafiła ich powstrzymać, to było silniejsze od niej. Zawsze była twarda – tak ją widziała rodzina oraz przyjaciele, ale dzisiaj coś w niej pękło. Wolałaby tutaj nie przychodzić, ale stało się. Teraz musi stąd jak najprędzej uciec. Dlatego też szła coraz szybciej i szybciej. Próbował ja zatrzymać, ale ona już nie słuchała. Nawet ani razu się nie odwróciła. Po prostu odeszła. Zacisnął swoją dłoń w pięść, w której nadal trzymał bransoletkę Vanessy.

— Tak to jest, gdy zapraszasz byle kogo.

Zdezorientowany Nate odwrócił się i zobaczył swojego dziadka. Stał tu cały czas czy po prostu pojawił się znikąd?

— To był test. — kontynuował William van der Bilt robiąc krok w kierunku swojego wnuka. — I ona go nie zdała.

— Test? O czym ty mówisz dziadku?

— Mówiłem ci, że dostaniesz pytania o swojego ojca. Ja zapłaciłem dziennikarzowi za to pytanie.

— Dlaczego?

— Bo chciałem zobaczyć jak zachowasz się w tej sytuacji. — wyjaśnił. — I chciałem zobaczyć jak zareaguje twoja dziewczyna, gdy usłyszy kłamstwo. Nie zdała tego testu. — powiedział spokojnie mężczyzna, który jak zwykle lubił przyjmować postawę psychologa. — Powinna być twoją Jackie i bronić cię w każdej sytuacji, a narobiła ci wstydu wychodząc obrażona z przyjęcia, które odbyło się na twoją część.

Nate milczał. Nie wiedział bowiem jak powinien to skomentować, aby w żaden sposób nie urazić starszego mężczyzny. Poczuł jak dłoń dziadka ląduje na jego karku i przyciąga go bliżej siebie.

— Następnym razem posłuchaj mojej rady jeśli chodzi o dziewczyny. Nie każda może być żoną przyszłego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

/

Następnego dnia w lofcie Humphrey'ów Dan i Blair siedzieli objęci na kanapie ich dłonie były splecione w uścisku jedna z drugą tworząc całość. Oglądali wspólnie film ,Marzenia o karierze" z Fredem Astaire oraz Rita Hayworth. Gdyby nie te wszystkie niezbyt przyjemne sytuacje z Haroldem czy Sereną, to mogliby powiedzieć, że są w trakcie przeżywania swojego miesiąca miodowego. Mimo wszystko – cieszyli się każdą wspólną chwilą spędzaną razem. Dan nadal mieszkał tutaj z Jenny i nic nie wskazywało na to, aby się to zmieniło. Tak przynajmniej było do dnia wczorajszego, ponieważ rodzeństwo Humphrey przyjęło pod swój dach Vanessę po dość burzliwym rozstaniu z Nate'em. Para mieszkała razem, ale ostatniego wieczoru Vanessa stanęła z walizką pod drzwiami rodzeństwa zapłakana. Zarówno Jenny jak i Dan nie mieli serca jej odmówić. W końcu to i tak tylko na jakiś czas, prawda? Rodzeństwo Humphrey byli niemal pewni, że Nate zjawi się jeszcze tego samego wieczoru, aby porozmawiać ze swoją dziewczyną, ale tego nie zrobił. To było dziwne, ale nikt się nie chciał w to wtrącać. To były sprawy między Vanessą oraz Nate'em.

Zostało trzydzieści minut filmu, gdy leciała scena taneczna z głównymi bohaterami, gdy Blair się lekko przekręciła, ponieważ chciała coś skomentować. Zawsze tak robiła, ponieważ chciała widzieć twarz Dan'a.

— Wiesz, co by tutaj pasowało? — odezwała się bawiąc się jego palcami u dłoni.

— Hm?

— Inna piosenka.

— Co jest złego w tej? — zapytał rozbawiony Dan.

— Pomyśl, gdyby tutaj była piosenka Dean'a Martin'a ,Sway". Przecież ona byłaby tu idealna!

Dan popatrzył kilka sekund w milczeniu na taniec głównych bohaterów. Miał minę jakby się nad czymś zastanawiał.

— Czy ja wiem…

Blair zerwała się szybko z objęć Dan'a i jednym kliknięciem zatrzymała film. Zminimalizowała obraz i zaczęła wpisywać coś w wyszukiwarce youtube.

— Co robisz? — brunet oparł się łokciem o podłokietnik i patrzył na nią rozbawiony.

— Udowodnię ci, że mam rację.

Dan wywrócił oczami i cieszył się, że Blair tego nie widzi. Potrafiła być uparta, ale z drugiej strony to było urocze, gdy za każdym razem chciała postawić na swoim. Minęło kilka dobrych lat, od kiedy ostatni raz coś wspólnie oglądali i dyskutowali na temat obrazu na ekranie, ale wydaje się, jakby wcale tyle czasu nie minęło. Blair byłą nadal tym samym koneserem kina, którą poznał w liceum. Miło było mieć poczucie, że pewne rzeczy wcale się nie zmieniają.

— Teraz posłuchaj tego uważnie. — odezwała się w końcu wracając na kanapę. Przesunęła film na początek sceny tanecznej, ale wyciszała dźwięk filmu. Zamiast tego puściła piosenkę Dean'a Martin'a ,Sway". Puściła piosenkę i oboje mogli oglądać taniec do utworu słynnego muzyka-aktora pochodzenia włoskiego. — I co? — popatrzyła na niego w wyczekiwaniu, gdy taniec z utworem się skończył.

— Może masz rację, naprawdę to tutaj pasuje. — przytaknął z udawaną niechęcią.

Blair z radości aż zaklaskała w dłonie i zrobiła minę w stylu ,widzisz? Jestem prawdziwym geniuszem". Taka była szczęśliwa, co było widać po jej spojrzeniu.

— Jest tylko jedne problem kochanie. — powiedział biorąc kobietę za dłonie i pociągając ją do siebie tak, aby usiadła na nim okrakiem. — ,Sway" jest piosenką z lat pięćdziesiątych, a ,Marzenia o karierze" o dziesięć lat młodsze.

— Na pewno Dean Martin napisał słowa i muzykę po oglądnięciu tej sceny. — odparła pewnym siebie głosem zbliżając swoją twarz do Dan'a.

— Oh tak?

— Mhm. — mruknęła całując go po szyi idąc coraz wyżej zatrzymując się na jego ustach. Delikatnie je rozchyliła jakby chciała zaprosić jego język do środka. Założyła mu ręce za szyję i przytuliła się do niego, aby poczuć jego bliskość.

— Boże, czy wy możecie znaleźć sobie pokój? — Jenny jęknęła wychodząc ze swojego pokoju do salonu. Zakryła sobie oczy i próbowała po omacku przejść do aneksu kuchennego.

— W porządku Jenny, nie musisz błaznować. — odezwał się Dan, gdy Blair już z niego zeszła. — Jesteśmy grzeczni! — dodał rozkładając dłonie jakby chciał pokazać swoja niewinność.

Jenny posłała mu tylko spojrzenie pełen politowania.

— Co u Vanessy? — zapytała Blair, ponieważ panienka Abrams przesiadywała w pokoju Jenny.

— Bez zmian. Nate dzwonił do kogoś z was? — spojrzała na nich.

Oboje pokręcili głową.

— Dziwne.

Jenny włączyła czajnik na wodę i przez chwilę wszyscy siedzieli w milczeniu. Podeszła do szafki w poszukiwaniu herbat, ale nie mieli zbyt dużego wyboru. Tylko klasyczna czarna oraz o smaku owoców leśnych. Dziewczyna stwierdziła, że najbezpieczniej będzie iść w klasykę. Podstawiła dwa kubki dla siebie oraz Vanessy i patrzyła w wyczekiwaniu aż woda w czajniku się zagotuje.

— Myślicie, że oni się pogodzą? — zapytała blondynka.

— Wątpię. — skomentowała Blair, a po chwili czuła spojrzenie rodzeństwa Humphrey. — No co? Przecież wszyscy wiedzieliśmy jak się to skończy. Oni do siebie zupełnie nie pasują, ponieważ są…

— Z innych światów? — dokończył za nią Dan i uważnie się jej przyglądał. — Tak jak my?

— My to co innego.

— Tak? A jaką widzisz różnice? — patrzył na nią badawczo jakby studiował każdą, niemal najmniejsza emocje na jej twarzy.

Jenny uderzyła w stół dłonią aż podskoczyły kubki. Zarówno Blair jak i Dan spojrzeli w jej kierunku.

— Za dobrze wam było? — zapytała retorycznie z nutką ironii. — Powinniśmy jej pomóc albo im.

— Nie uważam Jenny, że powinniśmy się w to wtrącać. Są dorośli. — odpowiedział Dan.

— Zgadzam się. — przytaknęła Blair.

— Ale…— kontynuował brunet. — Uważam, że powinniście zająć się na razie Vanessą. Jutro nie macie swojego babskiego wieczoru? Zabierzcie ją ze sobą.

— Nie ma mowy. Nie będę chodzić Vanessą Abrams po butikach. Ona nawet nie widzi różnicy pomiędzy Gucci a Louis Vuitton.

Jenny zachichotała, ponieważ to była prawda.

— Blair… — Dan zaczął i popatrzył na nią mrugając powiekami, a potem uśmiechnął się szeroko.

— I za każdym razem sprawdza ceny na metkach! — brunetka się nie poddawała.

— Blair… — mężczyzna powtórzył i pocałował ją za uchem. — Bądź miła, proszę.

Jenny zrobiła palcami znak jakby chciała wymiotować, gdy rozległo się pukanie do loftu.

— Otworzę! — zaoferowała się, bo nie chciała patrzeć na zakochane gołąbeczki.

W drzwiach stał Eric, a w dłoni miał skórzaną torbę.

— Hej, nie szukacie współlokatora? — zapytał wesoło.

/

Chuck zabrał Henrego na weekend za miasto. Było to małe, nowe, ale jakże urokliwe osiedle. Jeden duży hotel wypoczynkowy przypominający kurort, gdzie były wszystkie możliwe rozrywki dostępne zaczynając od basenów, parków wodnych, a kończąc na rozrywkach w środku budynku jak cala zabaw. Blair się zgodziła na wyjazd chłopca bez żadnych problemów, bo wiedziała jak mały tęsknił za swoim tatą. Bardzo trudno było mu wytłumaczyć, że jego rodzice nie będą już razem, ale to nie zmienia faktu, że przestają go kochać, bo ich rozstanie oraz rozwód nie mają z nim nic wspólnego. Po tym, gdy oboje mu ogłosili, że nie będą razem, Henry spędzał cały swój wolny czas z mamą, ponieważ Chuck wyjechał poza miasto w interesach. To były pierwsze dni, gdy mogli spędzić czas razem. Zarówno starszy jak i młodszy Bass tego potrzebowali.

Był już wieczór, gdzie mały Bass był już wykąpany i leżał w swoim małym wynajętym pokoiki, gdy odwiedził go Chuck.

— Henry, czy o czymś nie zapomniałeś? — zapytał cicho zaglądając głową do pokoju.

— Zjeść lody na kolację, bo byłem grzeczny? — było słychać lekką nutkę ironii. Popatrzył na niego tymi swoimi ciemnymi oczami i Chuck miał wrażenie, że widzi mini Blair.

— Nie. Obiecałeś mamie, że odpiszesz na list do dziadka.

Na twarzy małego Henrego pojawił się niewielki grymas. Cały dzień miał nadzieję, że jego tata o tym zapomni. Naprawdę nie chciało mu się tego robić, gdy w tym miejscu miał tyle rzeczy do robienia.

— Czy naprawdę muszę? — zapytał od niechcenia. — Nie możemy do niego zadzwonić na skypie? U mnie w klasie nikt nie pisze listów. Wszyscy dzwonią na kamerce.

— Henry… — Chuck zaczął spokojnie i usiadł na łóżku chłopca. — Twój dziadek bardzo lubi, gdy do niego piszesz. Będzie mu smutno, gdy tego nie zrobisz.

— A mogę jutro po turnieju planszowym? — zapytał po dłuższym namyślę i szybko dodał. — OBIECUJE!

— Dobrze synu, a teraz śpij. — dodał i pocałował chłopca w czoło.

Opuścił pokój dziecięcy i zamierzał sam położyć się spać. Nie chciał zajmować się pracą, ponieważ obiecał sobie, że tego nie zrobi. To miały być dwa dni dla niego oraz Henrego. Prawie dostał zawału, gdy zobaczył postać siedzącą w fotelu. To była kobieta, która paliła papierosa. Chuck nie widział twarzy, ponieważ w pokoju było zgaszone światło i padał tylko cień. Jednym ruchem dłoni sięgnął po włącznik światła i po chwili w całym pomieszczeniu było jasno.

— Ależ to było urocze. — powiedziała ironicznie nawiązując do jego rozmowy z Henrym, a po chwili zgasiła papierosa.

— Georgina.

— Kopę lat Chuck.

— Jak się tutaj dostałaś?

Brunetka tylko prychnęła pogardliwie i podniosła się z fotela zbliżając się do Bass'a. Dopiero, gdy wstała, Chuck zauważył, że miała w dłoni ciemną i skórzaną torbę kształtem przypominającą te na przenośne komputery. Przez jego głowę przechodziło milion myśli i żadna z nich nie była pozytywna.

— Naprawdę myślisz, że będę ci się ze wszystkiego zwierzać jak u księdza na spowiedzi?

— Nawet o tym nie pomyślałem. — wysyczał. — Czego chcesz?

— Uuu… co tak agresywnie i niemiło? Zaraz pomyślę, że jestem nieproszonym gościem, a przyszłam do ciebie z darami. — odparła ironicznie i wręczyła mężczyźnie torbę, którą jeszcze przed chwilą trzymała w dłoni.

— Co to jest?

— Sam zobacz. — założyła ręce na pierś uważnie obserwując to, co robił Chuck.

Bass podszedł do najbliższego stolika i rozsunął suwak torby. Było w niej kilak teczek dokumentów. Wyciągnął pierwszą lepsza i otworzył. Były tam papiery, część z nich była spopielona, a cześć wyglądała jakby ktoś wyciągnął je w porę z ognia. Wyciągnął jedną z kartek, na której widniało logo fundacji ,Popioły Feniksa. Chuck spojrzał pytająco na Georginę.

— Czy nie tego ostatnio szukałeś w Sydney? — zapytała.

— Tak, ale skąd ty…

— to mam? — dokończyła za niego. — To dość proste. Po waszej rozmowie Jack wrócił do domu dość podenerwowany i zaczął grzebać po całym gabinecie łącznie z sejfem. Zaczął się pozbywać dowodów, ale udało mi się uratować tyle, ile mogłam. Wiedziałam, że to było coś, czego od niego chciałeś więc musiało być ważne. — wyjaśniła.

— Dlaczego mi to dajesz?

— Chyba tego szukałeś, prawda? — niemal warknęła.

— Tak, ale czemu mi pomagasz?

— Ponieważ kiedyś ty pomogłeś mi i dziś mogę zostawić Jack'a i nie martwić się o moją przyszłość. Nie podpisaliśmy intercyzy przed ślubem.

— Dziękuję. — Chuck nadal był w szoku i chociaż nie do końca rozumiał intencji działania brunetki, to był bardzo wdzięczny

— Nie boisz się? — zapytał po chwili uważnie się jej przyglądając.

— Zawsze istnieje ryzyko, a ryzyko jest tym, co kocham najbardziej.

/

Była dokładnie 3:15 w nocy, gdy Dan poczuł jak ktoś go szturcha i próbuje dobudzić. Brunet otworzył zaspane oczy i zobaczył Erica, który szeptał jego imię i trzymał dłonie na jego ramieniu próbując go dobudzić w taki sposób, aby nie zwrócić uwagi śpiącej w jego ramionach Blair. Kobieta została na noc, ponieważ Henry i tak był z Chuckiem, więc oboje mieli całe dwa dni dla siebie.

— Eric? — zapytał na wpół śpiąco.

Widocznie zapytał zbyt głośno, ponieważ blondyn pokazał mu palec na ustach, aby był cicho.

— Chodź, ktoś do ciebie. — wyszeptał.

Dan wyswobodził się z uścisku Blair próbując jej nie obudzić i poszedł do salonu, gdzie młody blondyn spał na kanapie. Dan i Jenny przyjęli kolejnego współlokatora pod swój dach, ale nie mieli już dodatkowego pokoju, ponieważ Rufusa zajęła Vanessa. Poczuła się lepiej, gdy dziewczyny zaproponowały jej wspólny babski dzień i nie chciała przez całą noc płakać do jednej z poduszek Jenny. Wolała płakać już sama, aby nie zakłócać komuś nocy po raz kolejny.

Eric natomiast przyszedł po pomoc, bo jego ojciec William, gdy dowiedział się, że ten rzucił studia i zamierza otworzyć bar w Nowym Jorku pozamykał mu wszystkie konta w banku oraz zablokował karty. Eric został z niczym, chyba że zamierza wrócić do Londyny kontynuować studia prawnicze to wtedy jego konto w banku zostanie przywrócone. Jak można się domyśleć, młody van der Woodsen odmówił. Nie zamierzał żyć pod dyktando rodziców, dlatego został z niczym. Przynajmniej na razie. Jeszcze nie miał na siebie żadnego planu, ale zamierzał go obmyśleć jutro z samego rana.

Dan wszedł do salonu i zobaczył, że czeka na niego nie kto inny jak Harold Waldorf. Miał na sobie dziwną czapkę przypominając kaszkiet, a w dłoni trzymał długi kij. Humphrey myślał, że to ostatnie mu się przewidziało, więc przetarł oczy, ale nawet po tym nadal widział ten dług kij w dłoni. Co do cholery? Obrócił się za siebie, ale Erica tam nie było. Schował się w jego pokoju. Świetnie, to się nazywa wsparcie przyjaciela.

— Panie Waldorf. — chciał, aby jego głos nie drżał z przerażenia.

— Witaj Danielu.

— Blair tu nie ma. — skłamał i poczuł jak jego twarz robi się czerwona. W duchu cieszył się, że świeciła się tylko jedna lampka i Harold nie może zobaczyć dokładnie emocji na jego twarzy. To było głupie, ale nie chciał żadnej afery o trzeciej w nocy. Był rozespany zmęczony i chciał tylko wrócić do łóżka.

— Ja do ciebie.

To nieco zbiło go z tropu i zaskoczyło. Chociaż czy powinno? Od początku wiedział, że ten kij jest dla niego. Po prostu Harold chce go ukarać za to, że Blair uciekła od Chucka i zniszczyła mu jego plany. Miał prawo być zły. Dan gorączkowo zaczął się rozglądać za czymś, czym może się bronić, ale nic takiego nie było. Żałował, że za dzieciaka nie jeździł z ojcem i jego kolegami na żadne zjazdy rycerstwa. Miałby chociaż jakąś tarcze przybita do ściany do obrony. Trudno, najwyżej zrobi nura pod blat kuchenny, a potem zacznie wołać o pomoc i obudzi resztę domowników. Mało to rycerskie, ale skuteczne.

— Tak? — zapytał niepewny, ale nie uzyskał odpowiedzi. Zamiast tego Harold rzucił w niego tym kijem, aby brunet go złapał. Kij okazał się wędką

— Ubieraj się. Jedziemy na ryby.

/

Dan Humphrey nigdy wcześniej nie wędkował i o ile technikę trzymania wędki opanował dzięki wracającym wspomnieniach z oglądanych filmów przyrodniczych, to już technika zarzucania wędki pozostawała wiele do życzenia i robił to, gdy Harold na niego nie patrzył, bo był za bardzo skupiony zbyt bardzo na własnym zarzucaniu. Dan zauważył, że robił to bardzo finezyjnie jakby rzut podkręcony. To na pewno nie był jego pierwszy raz, a kolejny. Humhprey nie zdziwiłby się, gdy Harold Waldorf miał w swoim domie we Francji osobny pokój na pamięta iż wędkowania jak wędki, najbardziej okazałe złowione ryby lub nagrody sportowe. Jeśli wędkarstwo ma swoje turnieje zawodowe. Próbował go naśladować, ale mu nie wychodziło. Żałował nie miał w swojej torby żadnego podręcznika dla początkującego wędkarza niczym Bill Chandler w filmie ,Romantyczna pułapka".

Stali na dwóch osobnych łódkach, ale dość blisko siebie na środku jakiegoś jeziora. Humphrey nawet nie wiedział, gdzie są, ponieważ całą drogę samochodem sobie drzemał, a raczej próbował, ponieważ Harold Waldorf cała trasę do jeziora śpiewał do puszczanej przez siebie muzyki. Nie przepadał za Taylor Swift, ale był wrażeniem utworów, które śpiewał tata Blaira w kolejności chronologicznej od rzucanych przez piosenkarkę chłopaków. Zastanawiał się nawet, czy pan Waldorf nie jeździ za piosenkarka w jej trasę koncertową, ale nie miał śmiałości o to zapytać.

— Coś ci dziś nie łapie. — skomentował Harold wyciągając kolejną złowioną rybę i rzucając ją do wiaderka.

Dan tylko wzruszył ramionami. Chciało mu się spać. Która była godzina? Ile tutaj musi jeszcze stać? Czuł jak woda wchodzi mu do jego jasnych adidasów. Powinien wziąć gumiaki jak Harold, ale w sumie to było bez znaczenia, ponieważ żadnych nie miał w swojej garderobie. Zastanawiał się tylko czemu do jego łódki nalewa się woda. Czy Harold próbował go utopić i wrócić do Nowego Jorku z pretekstem nieszczęśliwego wypadku? Stop! Człowieku nie myśl o takich rzeczach.

— Jaką wziąłeś przynętę?

— Proszę? — zapytał śpiącym głosem mrugając kilka razy.

— Przynętę. — powtórzył. — Z pudełka, które ci dałem. — wskazał małe pudełeczko leżace za brunetem.

Wtedy Dan zdał sobie sprawę, że nie wziął żadnej przynęty na wędkę. Cholera jasna, jak może być takim amatorem! Od godziny moczy pustą wędkę i dziwi się, że nawet żadna ryba jej nie szturchnęła. Odwrócił się do taty Blair i uśmiechnął się do niego jak idiota. Tylko na tyle było go stać. Harold spojrzał na niego tylko z lekkim politowaniem.

— Panie Waldorf. — zaczął niepewnie odwracając się w kierunku mężczyźni ledwo trzymając równowagę. — Po co mnie pan tutaj zabrał? Bo na pewno nie chodzi o ryby.

— Masz rację Danielu. — przytaknął i wyciągnął wędkę. Dan zrobił to samo. — Chciałem z tobą porozmawiać.

— Chcę mnie pan przekonać do współpracy? Żebym naciskał na Blair, aby wróciła do Chucka i nadal pomagała realizować pański plan?

— Powiedziała ci?

— Oczywiście. — wziął głęboki oddech. — Nie zrobię tego. Nie przekona mnie pan niczym.

— Nie zamierzałem tego robić.

— To po co mnie pan tutaj wziął? Chyba nie zamierza zabić i wrzucić zwłoki do tego jeziora? — zażartował i się zaśmiał, ale tylko on. To był kiepski żart.

— Chciałem wiedzieć czy zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji. Wiesz w co się pakujesz? To już nie jest zabawa Danielu.

— Wiem o tym.

— Na pewno? — popatrzył na niego jakby chciał go przeszyć wzorkiem. — Zostaniecie teraz we dwójkę. Być może nie będę mógł wam pomóc czy was chronić. Blair jest teraz najważniejsza i powierzam ci ją jako istota twoich obowiązków. Powinieneś kochać ją, opiekować się nią i chronić ją. Przepadnie ci wiele rzeczy. Być może zapomnisz o karierze pisarza, ale nad to co robisz dla niej i poniekąd dla mnie, to nie ma większego aktu miłości i oddania.

— Rozumiem.

— Na pewno Danielu?

Dan zastanowił się dłuższą chwilę zanim odpowiedział. Czuł się nieco dziwnie, ponieważ tylko Harold i jego była żona Eleonor mówili do niego pełnym imieniem. Za każdym razem, gdy je wypowiadali, to czuł, że ma kłopoty. Tutaj jednak było coś więcej i nie potrafił tego rozgryźć. Na twarzy Harolda malowała się powaga, ale coś jeszcze. Humphrey mógłby przysiądź, że był to strach i przerażenie. Po raz pierwszy poczuł, że może faktycznie nie do końca zdawał sobie sprawę w co się pakuje, ale niczego nie żałuje. Nie cofnąłby niczego, ponieważ jedyne czego chciał, to być przy Blair na dobre i na złe.

— Tak sądzę.

/

W lofcie Humphrey'ów było południe, gdy Blair sobie jeszcze smacznie spała. Nie ustawiała budzika, ponieważ to Dan miał ja obudzić, więc nie odczuwała potrzeby wstawania. Nie wiedział jednak, z Humphrey'a nie było w domu od kilku godzin. Nagle, poczuła jak coś mokrego spada na jej twarz. To ja gwałtownie wyrwało ze snu. Była w szoku, bo wszędzie czuła, że jej mokro. Łącznie z twarzą. Po omacku złapała się za nią o poczuła, że wszędzie są krople. Po chwili położyła jedna dłoń na materac i również poczuła, że jest mokro. Dobudził ją hałas trzasku wiaderka rzucanego o podłogę. Spojrzała zorientowana i zobaczyła Serenę z jedną ze swoich wściekłych min stojącą nad nią z założonymi rękami na piersi.

— Czy ty do reszty postradałaś zmysły?! — warknęła, gdy dotarło do niej, co zrobiła blondynka, czyli oblała ją wiadrem wody.

— Jak śmiesz pierdolić się z moim mężem ty puszczalska szmato!

Powiedzieć, że Serena wpadła w szał, to nie powiedzieć nic. Złapała Blair za włosy i wytargała ją z łóżka rzucając na podłogę. Po chwili sama się na nią rzuciła z dziwnym krzykiem przypominający ten z filmów anonimowanych o Tarzanie. Dziewczyny zaczęły się szarpać i krzyczeć do momentu aż Blair nie uwolniła się z jej uścisku i nie oddaliła.

— Nie sypiam z Danem! — warknęła próbując złapać oddech po tym mały pojedynku na podłodze. Zastanawiała się czy Dan ma tu płyn do dezynfekcji, bo na tej podłodze jest z milion bakterii.

— Masz mnie za idiotkę?! Śpisz w jego łóżku!

— Wiem, że ciężko ci jest sobie wyobrazić dwoje ludzi w łóżku, którzy tylko śpią! — warknęła.

— Wynoś się stąd!

Blair zaśmiała się szyderczo.

— Chyba sobie żartujesz. Nigdzie się nie wybieram.

— To loft mojego męża i nie chcę cię w nim widzieć!

— Do którego ty nie masz prawa jedyną osobą, która powinna się wynosić jesteś ty!

— Co tutaj się do cholery dzieje?

Dziewczyny się odwróciły i zobaczyły w progu stojącą Vanesse ze szczoteczką do zębów w ustach.

— A ty co tutaj robisz? Czy ten loft zamienił się w przytułek dla bezdomnych? — Serena wyraźnie zadrwiła i z pogardą patrzyła na panienkę Abrams.

Vanessa wyjęła szczoteczkę z ust i podeszła do blondynki pewnym siebie krokiem. Tak bardzo jej nienawidziła, że nie potrafiła tego opisać słowami.

— Wyjdź stąd zanim włożę ci tą szczoteczkę w tyłek.

Blair zachichotała. Natomiast Serena nadal promieniała pewnością siebie, ale tym razem postanowiła odpuścić, ale nie chciała zostawiać ostatniego słowa.

— W porządku. Pozdrowię od ciebie Nate'a. — zadrwiła i obróciła się, aby wyjść. — Zgadnij, gdzie był wczoraj?

Vanessa się zagotowała i chciała złapać ją za te blond kudły, aby ją wyszarpać po podłodze jak chwilę wcześniej Serena Blair. Jednak poczuła jak ktoś ją łapie za rękę i przyciąga niżej. Odwróciła się zdezorientowana i zobaczyła za sobą Blair.

— Ona nie jest tego warta. Niech idzie.

Vanessa tylko skinęła dłonią jakby chciała odpuścić.

Mijając Serene do pokoju Dana wbiegła Jenny z telefonem w dłoni.

— Co ona tutaj robiła? — zapytała dziewczyn, ale dość szybko sobie przypomniała po co tutaj przyszła. — Zresztą nieważne. Blair twoja mama podobno nie może się do ciebie dodzwonić. — dodała i rzuciła brunetce telefon.

Brunetka w locie chwyciła telefon i od razu przyłożyła go do ucha.

— Halo?

— Blair?

— Mamo, co się stało?

— Twój ojciec…

— Nie chcę o nim rozmawiać. — dość stanowczo weszła jej w słowo. — Dlatego wyłączyłam telefon, bo wczoraj cały czas do mnie dzwonił.

— Blair, daj mi skończyć.

— Okej… — brunetka dała dokończyć mamie sprawę, z która dzwoniła, ale ta przez chwilę milczała. Blair poczuła się dziwnie jakby obleciał ją strach chociaż nie wiedziała dlaczego. Czuła dziwny niepokój i dopiero teraz zwróciła uwagę na ton głosu swojej matki. Był niecodzienny, taki dziwny, drżący jakby kilka minut temu skończyła płakać. — Mamo, co się stało?

— Twój ojciec…— wyjąkała w końcu. — Został zastrzelony.

/

Był wieczór, gdy mały Henry siedział w swoim pokoju malował kolorowanki i coś pisał. Chuck obserwował chłopca od dobrych kilku minut i za nic w świecie nie mógł przemóc się, aby do niego wejść. W dłoni ściskał telefon z lekkim przerażeniem. Popatrzył na wyświetlacz. Wyświetliła mu się godzina i minęło dokładnie trzy kwadranse od telefonu Lily. Nie rozmawiał ze swoją macochą od tamtego pamiętnego ślubu, który okazał się niewypałem, bo panna młoda uciekła. Nie przypuszczał, że ich rozmowa od tamtego wydarzenia nie będzie przyjemna. Nie miało to oczywiście związku z nim samym czy pretensjami, które miał Chuck za to co zrobiła Lily, ponieważ nie miał. Był chyba jedynym graczem w obozie Lily i Rufusa, ponieważ reszta ich dzieci zdawała się mieć ogromne pretensje za to, co się wydarzyło. Chuck cieszył się jej szczęściem, bo Rufus nie był takim złym facetem. Inny nić jego ojciec. Był troskliwy i opiekuńczy względem blondynki. Nie uważał Lily za zdobycz czy nagrodę jak postrzegali ją jej poprzedni partnerzy. To był dojrzały związek polegający na wsparciu i wzajemnym szacunku. Wiele przeszli, aby dziś potrafić rzucić to wszystko i być ze sobą bez względu na wszystko. To było godne podziwu. Prawdziwy akt odwagi, oddania i miłości. Dla swojej macochy nie mógł wyobrazić sobie lepszego towarzysza życia.

— Henry. — powiedział cicho i odważył się wejść do pokoju chłopca.

Chłopiec oglądał się i zobaczył twarz taty, która była smutna. Pomyślał, że to jego wina i automatycznie na jego twarzy również pojawił się grymas przechodzący w paraliżujący smutek.

— Tato, ja już pisze ten list do dziadka, naprawdę. — powiedział tonem jakby chciał się tłumaczyć. — Chciałem dołączyć mu moje rysunki. Chcesz zobaczyć? — zapytał i pokazał pomalowane karki trzymając je w swoich obu małych dłoniach. — Widzisz? Sam to zrobiłem! — zawołał już nieco entuzjastycznie i oczekiwał pochwały.

Chuck chciał się uśmiechnąć, ale nie potrafił się na to zdobyć. Podszedł do chłopca i kucnął przy nim. Widział wszystkie rysunki Henrego oraz jego list i poczuł dziwne ukucie w okolicy swojego serca. Łzy jakoś same mu napływały do oczu, ale postarał się je zatrzymać. Przetarł rękawem swoje powieki. Przecież musiał być silny i nie okazywać żadnej słabości. Tego uczył go Bart, a on przez to nie potrafił być inny. Nawet nie wiedział czy potrafi mieć inne oblicze.

— Musimy porozmawiać. — wydusił z końcu z siebie.

— Czy ja coś zrobiłem? — zapytał nieco przerażony.

— Nie, nic złego nie zrobiłeś. — zapewnił go i pogłaskał dłonią po policzku. — Chodzi o twojego dziadka Harolda.

— Coś się stało?

/