Cmentarz Green Wood znajdował się na Brooklynie. Nie był typowym cmentarzem, ponieważ spełniał również role parku miejskiego i być może właśnie dlatego miał swój urok. Jeśli możemy mówić o uroku w kwestiach miejsca, które kojarzyć ma się ze smutkiem. Posiada wiele alejek oraz ławeczek, ma dużo zieleni i widać z niego całą panoramę miasta i generalnie sprawiał wrażenie miejsca idealnego na odpoczynek. Gdyby nie te płyty nagrobne, to można pomylić cmentarz z urokliwym parkiem. Dzisiaj mało osób wie, a jeszcze mniej pamięta, że cmentarz Green Wood był inspiracją do stworzenia słynnego Central Parku. Dzisiaj jednak Green Wood jest wspominane z innego powodu, ponieważ jest ostatnim miejscem spoczynku Harolda Waldorfa. Zawsze powtarzał, że chciał mieszkać przy Piątej Alei, spacerować po Central Parku oraz pewnego dnia spocząć na cmentarzy Green Wood. Dzisiaj zostało spełnione ostatnie z jego życzeń.
Harold Waldorf był szanowanym prawnikiem dochodzącym prawdy, ale również był czyimś przyjacielem, mężem, synem, ojcem i dziadkiem. Dzisiaj pozostawi po sobie żal, smutek, niezrozumienie oraz nieustępliwą rozpacz. Ludzie mówili, że był świetnym prawnikiem, płynnym i inspirującym. Miał uśmiech, który znosił wszystkie bolączki świata i wydawało się, że dzięki temu uśmiechowi może się unosić nad ziemią. Dzisiaj na pewno potrafi nie tylko się unosić, ale również latać.
— (…) Pan jest moim pasterzem
i niczego mi nie braknie,
pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.
Prowadzi mnie nad wody,
gdzie mogę odpocząć,
orzeźwia moją duszę.
Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoją chwałę.
Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę,
zła się nie ulęknę,
bo Ty jesteś ze mną.
Kij Twój
i laska pasterska
są moją pociechą.
Duchowny zakończył czytanie zamykając swój lektorat.
— Przystanie naszego smutku, to nic innego jak złość, wina, strach, depresja, akceptacja, zaprzeczenie. — kontynuował kierując się do wszystkich obecnych. — I prosimy cię Boże o siłę, aby przebrnąć przez kolejne przystanie naszego smutku chowając naszego brata Harolda. — zrobił kolejna pauzę i zaczął namaszczać trumnę. — Miałem skrzydła gołębia. Chciałem odlecieć i odpocząć. Dzisiaj Harold odleciał, aby odpocząć blisko naszego Pana.
/
Dan Humphrey leżał na ziemi i czuł jakby ktoś go wołał. Jego świadomość powoli wracała, ale z jakiegoś powodu bał się otworzyć oczy. To nie była niemoc, ale strach. Czuł przez zamknięte powieki jak uderza go mega jasne światło. Niemalże oślepiające. Dlatego mimo tych zamkniętych oczu to i tak się krzywił, więc było widać, że już nie śpi. Słyszał tylko powtarzające się jego imię: ,Danielu, Danielu, Danielu…". Nie było to jednak głos jego taty, mamy, Jenny czy nawet Blair. Tylko Harolda Waldorf. Chyba właśnie świadomość tego, że woła go kompletnie nieznany mu gość go zachęciła do otworzenia oczu. Gdy to zrobił to nie widział nic poza białością. Nawet nie miał przed oczami Harolda, a przecież kilka sekund temu słyszał jego głos jakby był obok niego.
Dan wstał i rozglądnął się. Był w totalnie białym pomieszczeniu i miał wrażenie, że już kiedyś widział ten obraz, ale nie mógł sobie przypomnieć, gdzie dokładnie. Było to jednak dziwne znajome miejsce. Zatrzymał się w miejscu i obrócił. Wtedy zobaczył Harolda, ale nie wyglądał jak Harold, którego znał. Miał na sobie dziwną białą szatę i długą białą brodę. O dziwo, to tez wydawało mu się dziwnie znajome. Mimo wszystko, to nie mógł pozbyć się pytania ze swojej głowy, gdzie się znajdują i czemu wszystko jest takie dziwne.
— Panie Waldorf? — zapytał niepewnie, a jego głos odbił się echem po całym pomieszczeniu. — Oryginalny strój. — próbował zażartować.
— Dziękuję, ale to nie moja zasługa. — odparł ze spokojem w głosie. Takim spokojem, którego Dan dawno nie słyszał.
— A czyja?
— Twoja. — uśmiechnął się. — Zwykle to miejsce zmienia swoją scenerię w zależności od przebywającej tu osoby oraz przewodnika. Z jakiegoś powody ty tak sobie wyobrażasz to miejsce.
Dan spojrzał na niego ze zdziwieniem. Nie rozumiał jego słów. Ostatnie, co pamięta to łowienie ryb na jakimś jeziorze. Nie przypomina sobie, aby w międzyczasie pomagał wybierać nowe ubrania dla taty Blair przypominające Dumbledore'a. Właśnie! Już wiedział, dlaczego to wszystko było znajome. Jeszcze raz rozejrzał się po okolicy. Był na tej samej stacji peronowej, w której Harry Potter po definitywnej walce z Voldermotem. Był na stacji King's Cross. W książce jak i w filmie było to przejście między światem żywych, a światem umarłych. Czy to znaczyło, że….?
— Co się dzieję panie Waldorf? — zapytał wprost po chwili milczenia
— Myślę, że wiesz.
— Nie żyję?
— Nie, jeszcze żyjesz.
— Jeszcze?
— Za dobrze nie jest. Pamiętasz, co się stało?
— Przyjechał pan po mnie i zabrał na ryby.
— A potem?
— Łowiliśmy i rozmawialiśmy.
— A potem?
Dan zmarszczył brwi. Nie pamiętał tego, co było dalej i jak się tu znalazł.
— Nie pamiętam.
— W porządku mój drogi. Nic się nie dzieję. — zapewnił go podchodząc do niego i obejmując ramieniem, a Dan poczuł dziwne ciepło oraz spokój. — Wszystko zaraz ci się przypomni.
Harold wyciągnął dłonią przed siebie i delikatnie ją pchnął robiąc otwór przypominający drzwi. Zrobiło się świat tak jasne, że trudno było dostrzec to, co jest za tymi otwartymi drzwiami. Było w tym swego rodzaju
— Wof, jak pan to zrobił?
Harold jednak nie odpowiedział, tylko ruszył przed siebie wchodząc za te drzwi. Dan nie wiedząc, co powinien zrobić po prostu zamknął oczy i ruszył za nim.
/
Głowa Erica pojawiła się za ściany w jednym z nowojorskich szpitali. Po chwili nieco wyżej pojawiła się głowa Jenny, a tuż nad nią głowa Vanessy. Ich miny mówili tylko jedno ,uroczyście ślubuję coś niedobrego". W szpitalu leżał Dan od kilku dni, ale jego stan nie ulegał zmianie. Odwiedzanie było możliwe tylko na kilka minut w ciągu dnia i ktoś taki jak Eric czy Jenny nie mieli z tym problemu, bo należeli do rodziny. To wcale nie oznaczało, że ktoś poza rodziny nie mógł go odwiedzić, ponieważ była taka możliwość. Jednakże był ktoś, kto te odwiedziny takim osobom uniemożliwiał i tą osobą była Serena jako prawowita żona Dan'a mogła komuś zabronić wejść. Na tej liście miała Blair oraz Vanessę. Dzisiaj Eric i Jenny próbowali wdrożyć swój plan w życie, aby odwrócić uwagę Sereny od łóżka szpitalnego Humphrey'a.
— Jeszcze raz. — odezwała się Jenny patrząc wzorkiem niżej na głowę Erica. — Jaki to ma związek z twoim genialnym planem?
— W sumie to żaden. — odparł Eric wzruszając ramionami. — Ale widziałem to na filmach i zawsze chciałem to zrobić.
— Mówił ci ktoś, że jesteś idiotą?
— Ty, wiele razy.
— Dobra, to co robimy? Jaki masz plan? — odezwała się Vanessa.
— Na razie jest plan A, czyli kulturalne zapytanie Sereny czy Vanessa może zobaczyć się z Dan'em.
— I to ma niby pomóc?
— To moja siostra, okej? Dlatego na razie kulturalnie, więc śmiało idź. — polecił jej Eric.
Vanessa przewróciła oczami i z lekkim zniechęceniem udała się przez korytarz do sali, w której leżał Dan. Po chwili się zatrzymała, gdy obraz stał się pełniejszy i mogła dostrzec kto się tam znajduję.
— Ej, czy to nie Blair? — Vanessa zwróciła się do swoich towarzyszy odwracając się do nich głową.
Po chwili zarówno Jenny jak i Eric znaleźli się przy brunetce. Obserwowali w milczeniu jak Blair rozmawia z Sereną i widać było po gestach, że dyskusja jest napięta.
— Lepiej tam pójdę. — powiedziała Jenny i nie czekając na reakcję pozostałych udała się wspomóc przyjaciółkę.
Decyzja Jenny była słuszna, ponieważ gdy tylko znalazła siew polu widzenia, to zatrzymała rękę Sereny, bo doszłoby do rękoczynów.
— Co tu się dzieję?! — krzyknęła do nich, a one zauważyły jej obecność.
— Przekaż swojej przyjaciółce, że nie ma wstępu do Dan'a. — Serena powiedziała tonem obrażonej księżniczki zakładając ręce na piersi.
— Nie masz prawa zabronić mi go widywać! — krzyknęła Blair.
— Mam. — odparła Serena i dumnie pokazała obrączkę na swoim palcu.
— Nie możesz jej pozwolić zobaczyć się z Danem? Chociaż na chwilę. — wtrąciła się Jenny.
— Nie! To jest mój mąż nie jest do jasnej cholery!
— Dopiero, co straciła tatę. Daj je chociaż zobaczyć swojego chłopaka.
— TO JEST MÓJ MĄŻ! — Serena ponownie warknęła w kierunku Jenny.
— Dziewczyny, spokojnie.
Jenny się odwróciła i zobaczyła swojego tatę oraz Lily. Uśmiechnęła się, bo czuła, że Rufus stanie po ich stronie i pozwoli wejść Blair do pokoju i ta cała telenowela się skończy. Przynajmniej na jakiś czas.
— Tato, możesz przerwać tą dziecinadę Sereny? Blair chce tylko zobaczyć się z Danem. Ma do tego prawo jak każdy.
— Właściwie Jenny, to uważam, że Serena ma rację. Blair nie powinna tutaj być. Małżeństwo Dana i Sereny formalnie nadal istnieje. Jej obecność tutaj jest niewskazana i może być szkodliwa. Wiesz jaka działa prasa.
— Przepraszam bardzo, że co? — młodsza Humphrey była w szoku od słów, które wypowiedział jej tata i patrzyła na niego wzorkiem, w którym była nadzieję, że zaraz to wszystko cofnie. On jednak tego nie zrobił. — Martwisz się wstydem oraz tym, co może napisać o Danie i Blair jakiś tanie pismak? Szkoda, że tobie nie przeszkadzał skandal, gdy porwałeś Lily z jej własnego ślubu. — dodał i spojrzał na swojego tatę z rozczarowaniem. Nie potrafiła tego zrozumieć.
Jenny nawet nie chciała czekać na reakcje Rufusa czy nawet Lily i wzięła Blair za dłoń i skierowała się z nią do wyjścia.
— Chodźmy Blair od tej bandy hipokrytów.
/
Dan spodziewał się spadku z wysokości, ale tak nie było. Przejście przez te drzwi wyglądało jak zmiana pomieszczeniu w jego lofcie. Jedyne, co go zdziwiło to zmieniona sceneria. Nie byli już w siódmej części Harrego Pottera, ale nad dobrze znanym mu jeziorze. Dokładnie tam, gdzie było jego ostatnie wspomnienie. Zamiast jednak pustej łódki w tamtym miejscu. Widział łódkę, w której siedzieli dwaj mężczyźni i obaj łowili ryby. Na początku wydawało mu się, że są to obcy dla niego ludzie, ale im bliżej podchodził, to zaczął dostrzegać, że to nie są nieznajomy, ale on i Harold. Wyglądał jakby obserwował siebie z przeszłości i nie mógł zapobiec nieuniknionej katastrofie. Czuł jak mu niedobrze od tego, co widzi. Jakby bał się tego, co będzie dalej. Jakby przeczuwał, co może się stać. Nie odzywał się jednak i poczekał aż Harold, który nie był już dyrektorem Hogwartu, ale sam sobą pierwszy zacznie mówić.
— Pamiętasz to?
— Trudno o tym zapomnieć. Terroryzował mnie pan w sprawie Blair.
Harold się zaśmiał.
— Jeśli pewnego dnia będziesz miał córkę, to zrozumiesz.
— Wyjaśni mi pan o co tutaj chodzi? — Dan zmienił temat. — Czuję się jakbym oglądał wideo z własnego życia.
— Teraz próbujemy ci przypomnieć to, co się stało. Po prostu obserwuj.
Dan wywrócił oczami, ale bez dalszego zbędnego już komentowania obserwował dalej. Pamiętał rozmowę o Blair, a potem zauważył jak Harold daje mu list zaadresowany do swojej córki i prosi go o to, aby go przekazał. Schował go do plecaka. Tego już nie pamiętał i próbował sobie przypomnieć dlaczego. Chciał nawet o to zapytać swojego przodownika, ale w tym momencie wszystko stało się jasne. Usłyszał strzały i zobaczył jak Harold z łódki upada na swoją łódź krzycząc tylko do Dan'a z łódki, aby ten uciekał. Ciekawe gdzie? Do wody? Tak samo zareagował Dan z łódki i wskoczył do jeziora. Padały kolejne strzały i Dan obserwator przestraszył się tego, czego był świadkiem. Próbował zlokalizować strzały, ale nie potrafił.
Po chwili stwierdził, że lepiej będzie jeśli skupi się na dawnym sobie, który uporczywie próbował przepłynąć do brzegu. Dan obserwator pomyślał, że to głupie skoro napastnicy są na lądzie, to tylko będą czekać na to, aby władować mu kulkę. Już po nim, na pewno. Jednak, to samo pomyślał dawny on, ponieważ nie wypływał na ląd. Zamiast tego dopłynął do jakiś chaszczy i wyrywając jedną z trzcin zanurzył się ponownie w wodzie używając ją do oddychania. Z oddali nie wyglądało to podejrzanie, bo Humphrey nie wynurzał się z nad tafli wody, a wystająca trzcina nie wyróżniała się zbytnio na tle pozostałych obok.
— To było całkiem sprytne. — skomentował Harold.
— Dzięki. — odpowiedział mu dumnie. — Widziałem to kiedyś z Blair w ,Doktor No".
— Uratowało ci to życie.
— Ale z jakiegoś powodu jestem w tym dziwnym miejscu razem z panem. Pokazał mi to pan to, co się wydarzyło chwilę po naszej rozmowie, ale co dalej? Utopiłem się w tej wodzie?
— Nie. Wynurzyłem się, gdy odjechali myśląc, że nie żyjesz.
— I?
— Sprawdziłeś, co ze mną.
— I?
— Byłem martwy.
Dan spodziewał się takiej odpowiedzi. Wiedział to w momencie, gdy padł pierwszy strzał, ale mimo wszystko poczuł ogromny smutek oraz przygnębienie. Poczuł się też winy, bo gdyby nie on i Blair, to pewnie Harold nigdy by nie przyjechał z Francji ze swojego bezpiecznego miejsca i nigdy nie wziąłby go na te głupie ryby. Może nadal by żył i Blair miałaby tatę, a Henry dziadka.
— To nie twoja wina. — powiedział spokojnie Harold patrząc na swojego towarzysza.
— Czytasz w myślach też teraz pan potrafi?
Waldorf się zaśmiał.
— Nie, ale widziałem to po twoim wyrazie twarzy. Nic z tego, co się wydarzyło nie było twoją winą i chcę żebyś to wiedział.
Wtedy Dan usłyszał kolejny łoskot. Spojrzał na łódkę, gdzie leżał martwy Harold Waldorf i zobaczył siebie padającego obok niego. Był cały mokry, bo zapewne dopiero co wyszedł z wody oraz dziwny wyraz twarzy.
— Hej, co mi się stało? Przecież nie słyszałem żadnych strzałów! — wpadł w lekką panikę, bo na chwilę stracił cała sytuacje z oczu.
— Dostałeś zawału.
— Zawału? — powtórzył niepewnie próbując zrozumieć jakim cudem ktoś w takim wieku młodym jak on może dostać ataku serca.
— Masz chore serce Dan, wiedziałeś o tym?
/
Kilka dni później Chuck siedział z małym Henrym w szpitalu i oczekiwał na wieści w sprawie Dan'a Humphrey'a. Nigdy nie był jego fanem i nadal nie był, ale z jakiegoś powodu czuł się winny temu, co się wydarzyło. Od momentu tej tragedii nie byłoby dnia, w którym nie zastanawiałabym się, czy gdyby wcześniej zajął się sprawą fundacji ,Popioły Feniksa", to czy Harold nadal by żył, Dan nie walczyłby o życie. Nie mógł obwiniać się o całe zło tego świata, ale tego jednego czuł się konkretnie obciąży odpowiedzialnością. Nawet jeśli nie było to jego własność, a jego ojca. Chociaż formalnie rozwiązane stowarzyszenie, to było coś, co nie dawało młodemu Bassowi spokoju. Głos w jego głowie podpowiadał mu, że siedzenie tutaj i obwianie się nie pomoże, ale obecnie na nic innego nie miał siły. Chciał tylko usłyszeć jakieś dobre wieść, a takie mógł dostać tylko tutaj, w szpitalu. Pozostało mu tylko czekać cierpliwie na odpowiednie wiadomości i miał nadzieję, że będą już tylko takie, które nie wpędzą go w większe poczucie winy. Nawet jeśli będzie to Dan Humphrey.
— Tato?
— Tak, synu?
— Mogę ci zadać pytanie?
— Oczywiście.
— Gdzie jest dziadek Harold?
Chuck westchnął i spojrzał na syna próbując ubrać to wszystko w naj najdelikatniejsze słowa. Nigdy nie myślał o tym, że będą go czekać trudne rozmowy z Henrym. Przez te kilka lat myślał, że na takie przyjdzie czas w odpowiednim momencie. Wyobrażał sobie, że pierwsza poważna rozmowa będzie o dziewczynach i o seksie a nie o śmieci i żegnaniu się z najbliższymi. Wolałby pytanie na poziomie, ile wynosi kwadrat liczby pi.
— Dziadek jest teraz w niebie z Bogiem. — wybrał najbezpieczniejszą odpowiedź.
— A gdzie to jest? Jaki jest tam adres?
— Adres? — Chuck zaśmiał się. Chociaż nie chciał, to było silniejsze od niego.
— No taki adres z ulicą i kodem pocztowym. Gdzie jest to niebo?
— To trochę bardziej skomplikowane.— Chuck objął małego chłopca ramieniem z czułością. — Twój dziadek jest w miejscu, które trudno jest nam sobie wyobrazić, ale jestem pewny, że twój dziadek teraz jest szczęśliwy.
— Rozumiem tato. Jest w niebie. — przytknął ojcu dając, że rozumie. Chociaż wcale tak nie było.
Mały Henry przestał zadawać pytania, tylko włożył ręce do kieszeń ściskając list, który napisał do dziadka, ale nie zdążył go wysłać i był tym zasmucony myśląc o tym, że dziadek nigdy nie dowie się o tym jak bardzo go kochał i że będzie za nim tęsknił. Mały Henry tak naprawdę tego nie rozumiał nic z tego, co powiedział mu jego tata i wiedział, że on nie jest osobą, która mu to wyjaśni. Będzie musiał znaleźć swoją odpowiedź sam.
/
Dan i Harold weszli przez kolejne drzwi, ale tym razem byli w mieszkaniu jego mamy. Dan zauważył siebie oraz swoją młodszą siostrę, gdy o czymś żywo dyskutowali. Brunet pamiętał ten dzień doskonale i już wiedział, a raczej przypuszczał, co Harold mu pokazuje. To był dzień z jego przeszłości ponad rok temu, gdy ich mama miała zawał i lekarze poinformowali ich, że ma genetyczną wadę serca w postaci choroby wieńcowej i że prawdopodobnie jedno z nich tą wadę odziedziczyło. Należało wykonać odpowiednie badania, aby tą przypadłość potwierdzić.
Jenny oraz Dan porobili wszystkie badania i dostali wyniki. To był dzień wyników i ich rozmowa na ten temat. Jenny pokazała wyniki nieco zmartwiona mówiąc, że jest zdrowa. Jej reakcja wynikała z tego, że obawiała się, że skoro ona jest zdrowa to Dan był chory. Tak przynajmniej mówił lekarz informując ich, że jeden z dwojga odziedziczy chorobę wieńcową. Dan jednak zapewnił, że jest zdrowy i nie musi się martwić. Blondynka jednak była sceptyczna, więc pokazał jej zdjęcia, które zrobił telefonem – swoich wyników, bo nie miał ich przy sobie. Dopiero wtedy mu uwierzyła i przytuliła go mocno.
— To była prywatna rozmowa. — odezwał się wreszcie współczesny Dan obserwujący tą scenkę. Czuł się nieco skrępowany. — Jaki jest cel jej oglądania?
— Pamiętasz, co powiedziałeś siostrze?
— Tak, że jestem zdrowy. — odparł ironicznie Humphrey. Przecież przed chwilą obaj słyszeli tą rozmowę.
— I skłamałeś.
Dan milczał wymownie. Doskonale wszystko pamiętał całą rozmowę oraz motywy, którymi się kierował. Okłamał ją mówiąc, że ma wyniki dobre. Prawda jednak była zupełnie inna.
— Nie chciałem martwić siostry. — powiedział po chwili.
— Jak sfałszowałeś swoje wyniki badań?
— Nie zrobiłem tego. — odparł i westchnął. Musiał opowiedzieć całą historię. — Gdy w szpitalu je odbierałem, to nie mogłem czekać i od razu je przeczytałem. Razem ze mną był taki nastolatek. Był zdrowy. Zrobiłem zdjęcia jego wyników za drobną opłatą.
— Rozumiem i wolałeś okłamywać nie tylko Jenny, ale i siebie, że jesteś zdrowy? Nie brałeś leków.
— Brałem do pewnego momentu. — bronił się i widząc niezrozumienie na twarzy Harolda kontynuował. — Ostatnio w lofcie zrobiło się dość tłoczno i zostałem pozbawiony prywatności. Nie chciałem pytań, a dobrze się czułem, więc je wyrzuciłem.
— To było bardzo głupie.
Po tych słowach Harold odszedł od Dan'a i w miejscu, gdzie wisiały obrazy mamy rodzeństwa Humphrey ruszył dłonią odsłaniając kolejne drzwi, przez które przeszedł. Dan zrobił to samo. Gdy światło zniknęło, brunet zauważył, że są w szpitalu. Rozejrzał się i zobaczył samego siebie sprzed kilku miesięcy, gdy czekał na windę i odbierał telefon od Jenny. To był ten dzień, w którym oddał swoją krew dla Henrego.
— A tutaj po co jesteśmy?
— Dla mojego wnuka.
— Ale po co?
Dan zapytał, ale Harold nie odpowiedział, tylko bez słowa wsiadł z Danem z przeszłości do windy. Dan teraźniejszy zrobił to samo. Dalej obserwowali całą sytuację w milczeniu, a całkiem sporo się działo tego dnia. Wtedy Humphrey po raz pierwszy widział paniczny strach Blair o los kogoś innego niż swój własny. Posiadanie dziecka ją zmieniło, nawet bardzo. Miała do siebie wiele obaw, gdy była w pierwszej ciąży, ale niepotrzebnie. Była dobra mama – pełną troski, miłości i zrozumienia. Zupełnie innym odbiciem niż Alison czy Eleonor i żałował, że wtedy jej tego nie powiedział. Miał nadzieję, że jeszcze będzie miał ku temu okazję.
— Po co mi pan to pokazuje? — nie wytrzymał tego milczenia i ponowił pytanie spoglądając na ojca Blair, ale ten nadal milczał. — To jakaś forma sądu ostatecznego? Najpierw pokazuje mi pan moje złe uczynki jak kłamstwo, a teraz dobre, bo oddałem dla kogoś krew?
Harold delikatnie się uśmiechnął na słowa młodego chłopaka.
— Nadal tego nie widzisz, prawda? — zapytał retorycznie spoglądając mu w oczy. Było w nich widać zagubienie i niezrozumienie. — Nie szkodzi, kiedyś zobaczysz.
/
Było późne popołudnie kolejnego dnia tygodnia. Eric, Jenny, Blair oraz Vanessa siedzieli w szpitalnej restauracji na samym dole całego budynku. Było to pod ziemią, więc nie było żadnych okien. Oprócz miejsca gastronomicznego na tym piętrze była również niewielka kaplica oraz zapewne kostnica, ale nikt tego nie mówił oficjalnie. Żadne też drogowskazy na ścianach jej nie wskazywały, ale czy naprawdę musiały? Wszyscy wiedzieli, że kostnice w szpitalach znajdowały się na samym dole. Zapach na całym piętrze był dziwny, więc to tylko dodawało coraz to więcej argumentów wszystkim wierzącym w tą teorię spiskową. Był to jednak temat zastępczy, ponieważ ludzie tutaj woleli dyskutować o tym, czy faktycznie jest tu kostnica niż o druzgocących wiadomościach na temat stanu zdrowia swoich bliskich.
— Myślicie, że byłbym dobrym kelnerem? — zapytał Eric czytając gazetę i coś w niej zakreślając. Nadal był bezrobotny, a jego fundusz powierniczy został wycofany. Zresztą – nie zamierzał korzystać z pieniędzy ojca czy matki.
— Czy ty szukasz pracy w gazecie? — zapytał Vanessa unosząc lekko brew ku górze.
— Tak, co w tym dziwnego?
— Ktoś w ogóle jeszcze dodaje anonse? Myślałam, że w dobie Internetu tylko tam można znajdować oferty pracy.
— Jak widać się pomyliłaś. — dodał i wziął w dłonie gazetę i przystawił niemal przed twarz Vanessy stronę z ogłoszeniami.
— Lepiej sprawdź, czy nie ma pracy w cyrku. — odezwała się Jenny mieszając łyżeczką kawę. Nie słodziła, ale robiła to z przyzwyczajenia. — Widzę cię w roli klauna.
— Ha ha ha, ale zabawne.
— Doceniam to, że ze mną tu siedzicie, ale naprawdę nie musicie. — powiedziała Blair przerywającą dyskusję. — Nie zobaczę się z Danem dopóki jest tu Serena, a jest tu zawsze, więc dalsze siedzenie tutaj nie ma sensu.
— Daj spokój Blair. — odezwała się Jenny i objęła ramieniem swoją przyjaciółkę. Wiedziała, że jest to dla niej trudne. Nawet nie miała czasu na opłakanie taty, bo stan zdrowia Dana się nie poprawiał. — W końcu coś wymyślimy, nie martw się. Wszystko się ułoży.
— Od tego ma się przyjaciół. — dodał Eric z lekkim półuśmiechem i położył dłoń na ramieniu Blair, aby dodać jej otuchy.
Potem Eric i Jenny spojrzeli wymownie na Vanesse, a ona na nich. Chociaż u brunetki było to spojrzenie niezrozumienia, bo wiedziała, że oboje próbują jej coś powiedzieć, ale nie wiedziała co.
— No co? — zapytała patrząc na Erica i Jenny. — Jestem z wami solidaryzowana przeciwko Serenie i jestem team Blair, ale nie nazwę jej przyjaciółką. Mowy nie ma. — dla efektu potwierdzenia swojego zdania zrobiła gest dłonią mówiący w języku migowym ,nie".
Wszyscy się roześmiali łącznie z Blair.
— Oh, zdrajca na dwunastej. — powiedział Eric i odsunął się od dziewczyn. Jenny i Blair zrobiły to samo.
— Hej ludzie, co tam kombinujecie? — odezwał się za wesoły głos Nate'a, który zbliżył się do ich stolika.
Archibald rozejrzał siei zrobił gest jakby chciał się do nich dosiąść, ale nigdzie nie było miejsca. Eric i dziewczyny siedzieli, a miejsca obok zajmowały ich torebki i plecaki. Zresztą, to było niekonieczne, ponieważ Vanessa, Jenny oraz Blair momentalnie wstały zabierając swoje rzeczy i skierowały się do wyjścia z punktu gastronomicznego.
— Dokąd idziecie? — zapytał zdezorientowany ich zachowanie kandydat na burmistrza miasta.
— Wybacz Nate, ale jesteśmy team Vanessa. — dodała Blair i dziewczyny zniknęły za drzwiami restauracji.
Archibald spojrzał na siedzącego nadal Erica, który również wstał.
— Niech zgadnę – ty też jesteś team Vanessa?
— Nie, ale jestem team ,lubię loft Humphrey'ów". — odezwał się rozbawiony młodszy van der Woodsen. Ostatnie czego potrzebował w życiu, to stanie się bezrobotnym, bo Jenny go wyrzuci za kolaborowanie ze zdającą.
— Nadal tam mieszkasz?
— Owszem. Mam pokój po Rufusie.
— Nie zamierzasz wrócić do domu? Myślałem, że już ci przeszło.
— Co mi miało przejść? — zapytał zdziwiony patrząc na Archibalda.
— Twój bunt. — zaśmiał się. — Przecież nie chcesz całe życie wykonywać takiej pracy jak…
— Jak kto Nate? — przerwał mu. — Normalni ludzie? — w jego głosie można było usłyszeć irytację.
— Nie to chciałem powiedzieć. — dodał pośpiesznie kandydat na burmistrza z ramienia demokratów. — Po prostu wydaje mi się, że popełniłeś błąd rezygnując ze studiów na tak prestiżowej uczelni. Możesz być kimś Eric i mieć łatwe życie. Czemu chcesz to rzucić na rzecz jakiegoś baru?
— To nie jest tylko bar. To jest marzenie. — powiedział już nieco łagodniej. — Żadna praca nie hańbi stary, a ja nie zamierzam całe życie być spełnieniem czyiś marzeń i ambicji. Chce spełniać własne i nie być niczyją lalką. Ty też powinieneś.
Po tych słowach odszedł zostawiając Archibalda w głębokim zamyśleniu. Obserwowało go jak wychodzi za drzwi punktu gastronomicznego i cicho go podziwiał. Eric był odważny rezygnując ze wszystkiego na rzecz spełniania marzenia. Nie bał się niczego – rodzice go wydziedziczyli i zostawili bez majątku dopóki nie będzie tańczył tak, jak oni mu zagają. Minęło trochę czasu, a młodszy van der Woodsen nie był ani trochę zrezygnowany. Wręcz przeciwnie – cały był radosny i promieniał. Wtedy Nate zrozumiał, ze pieniądze, władza i uznanie nie dają szczęścia, ale otoczenie ludźmi, którzy cię rozumieją, akceptują i wspierają bez względu na wszystko. Kochają cię takim jaki jesteś, a nie taki jakim chcą cię widzieć.
/
Był późny wieczór. Chuck Bass siedział w swoim gabinecie w apartamencie, do którego przeprowadził się jakiś czas temu od momentu rozwodu z Blair. Kobiecie nadal trudno było pogodzić się ze śmiercią taty, co było naturalnym zjawiskiem. Dlatego też Chuck i Eleonor zobowiązali się opiekować małym Henrym przez jakiś czas. Dzisiaj była kolej Bass'a. Wiedział, że mały chłopczyk bawi się w pokoju dziecięcym i z tego powodu miał trochę czasu dla siebie – mógł przeglądać plik dokumentów, który dostał od Georginy. Do tej pory nie miał na to czasu ze względu na okoliczności. Wiedział jednak, że nie może tego odkładać w nieskończoność. Wiedział, że śmierć Harolda miała związek ze sprawą jego ojca. Dlatego musiał poskładać wszystko w całość jak najszybciej. W prawdzie nie miał żadnych tropów, ale to go w żaden sposób nie zniechęcało. Czuł tylko ciężar odpowiedzialności.
Od godziny oglądał przeglądał dokumenty fundacji ,Popioły Feniksa". Poza brudem na swoich dłoniach nie dowiedział się niczego ciekawego. Dowiedział się między innymi, że jego ojciec założył tą działalność charytatywną pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Cała organizacja miała na celu wspierać finansowo uzdolnione dzieciaki wychowane w domach dziecka lub w rodzinach zastępczych. Bardzo szlachetna inicjatywa i młody Bass nie rozumiał, dlaczego jego ojciec wszedł w coś, co nie przynosiło mu żadnych zysków. Nigdy nie widział w nim dobrego Samarytanina, więc musiało w tym być drugi dno.
Miał właśnie przeglądać listę wychowanków, gdy do jego gabinetu przyszedł lokaj i poinformował go, że ma gości. Zerknął na zegarek i zdziwił się, że ktoś o tej porze ma ochotę na odwiedziny.
— Kto? — zapytał swoim lodowatym głosem.
— Jakaś kobieta. Nie przedstawiła się.
— I tak po prostu ją wpuściłeś? — warknął.
Mimo całej swojej niechęci wstał i skierował się do holu, gdzie oczekiwali go jego goście. Wszedł pewnym krokiem z ułożoną już w głową wymówką wyproszenia, bo ma dużo pracy i to nie jest odpowiedni moment, ale zadzwoni i umówi się na inny dzień. Młody Bass jednak gwałtownie zatrzymał się, bo go wmurowało, gdy zobaczył, kto siedzi na sofie.
— Chuck! — mała Lilian podskoczyła z kanapy i pobiegła objąć zaskoczonego Bass'a w pasie.
— Lilian. — powiedział zaskoczony kucając przy dziewczynę i przytulając ją na powitanie. — Jak wiedziałaś, gdzie mnie znaleźć?
— Moja mama wiedziała. — odparła dumnie i odwróciła się za siebie, aby popatrzeć na swoją rodzicielkę. Kobieta stała tuż za nią.
— Eva. — Chuck się przywitał wstając i podając blondynce dłoń. Chciał się jej przyjrzeć, ale to było trudne. Kobieta miała ciemne okulary oraz twarz okrytą chustą. Uznał to za nieco osobliwe, ale nie komentował. — Czym zawdzięczam tą wizytę?
— Przepraszam, że tak nagle… ale ja… — zaczęła roztrzęsiona.
Chuck był nieco zmartwiony tym widokiem i pomyślał, że coś się stało. Zrobił krok w jej stronę i chciał ją wziąć za ramię, ale odsunęła się jak poparzona.
— Przepraszam. — powiedział zmieszany swoim gestem, ale naprawdę nie chciał zrobić niczego złego. — Chcesz usiąść? Zrobię ci herbatę?
Blondynka skinęła głową i skierowała się z powrotem na sofę. Chuck polecił lokajowi przygotowanie kolacji dla swoich gości. Potem kucnął przy małej Lilian i poprosił ją, aby udała się do pokoju Henrego. Zapewnił ją na słowo honoru, że chłopiec będzie chętny do zabawy, bo sam szuka kompana. Dziewczynka wkrótce zniknęła za drzwiami małej sypialni. Gdy został sam z Evą, to usiadł obok niej, le tym razem zachowując dystans i zaczął rozmowę.
— Co się stało Eva? Tylko nie mów, że nic. — uprzedził ją, bo przypuszczał, że bardzo trudno będzie wyciągnąć z niej informacje. — Zjawiasz się w Nowym Jorku w środku nocy z małym dzieckiem. Musiało się coś stać.
Kobieta jednak nie odpowiedziała. Nie zareagowała, gdy lokaj podał im kolację. Siedziała w milczeniu, a Chuck obok niej. Postanowił poczekać aż sama będzie gotowa mówić. To jednak trochę trwało i zamiast mówić blondynka zdjęła swoje okulary przeciwsłoneczne oraz zakrywającą twarz chustkę. Bass był przerażony tym, co zobaczył – kobieta miała same siniaki oraz zadrapania.
— Musiałam uciekać i to było pierwsze miejsce, o którym pomyślałam.
/
Henry był zaskoczony, gdy próg jego drzwi przekroczyła nieznajoma dziewczynka, ale dzieciaki bardzo szybko złapały kontakt. W końcu jego towarzyszem był ktoś, kto był w podobnym wieku jak on. Rozmowa szła im bardzo lekko i szybko. Bardzo dobrze się dogadywali i dużo sobie opowiadali. Chyba w tym wieku otwartość na relacje z drugą osobą przychodziła znacznie łatwiej niż w wieku dorosłym, gdy każdy z nas ma za sobą różne relacje oraz doświadczenia – dobre i te złe.
Dzieciaki siedzieli na dywanie, którym był odzwierciedleniem małego miasteczka. Henry bardzo lubił ten dywan, ponieważ miał na nim narysowane ulice i mógł śmiało jeździć po nich swoim autkiem. Były też domki utworzone w niewielkie osiedla. Zawsze pobudzało to jego wyobraźnie i bawił się we wszystkie osoby, które znał rozstawiając swoje zabawki w różnych miejscach na dywanie. Kady dom należał do kogoś, kto był odpowiednikami jego rodziców, babci Eleonor, babci Lily, cioci Jenny, Sereny, wujka Dana, Erica i tak dalej. Dzisiaj pozwolił dołączyć do zabawy swojej nowej koleżance i nawet podał jej pudełko swoich zabawek i pozwolił jej dodać swoje postacie do ich małego miasteczka.
— Rozwód rodziców nie jest taki zły. — powiedział Henry próbując pocieszyć swoją nową koleżanką. — Moi też się rozwiedli i nadal się lubią. Może twoi też nadal będą się lubić.
— Ale moi nawet nie są małżeństwem.
— To nie mieszkasz z nimi?
— Mieszkam, ale nie mieli ślubu. Tata oświadczył się mamie.
— Co to znaczy oświadczył?
— Eeeee… — dziewczynka była nieco zaskoczona tym pytaniem. — Chłopak daje pierścionek swojej dziewczynie i prosi ją żeby wzięli ślub.
Henry zmrużyło czy. Do tej pory była na dwóch ślubach, w tym jednym nieskończonym, ale zdążył zauważyć pewną rzecz, która na tych ślubach się dzieje.
— Czy na ślubie nie wymieniają się pierścionkami?
— Też.
— To po dziewczynie dwa pierścionki?
— A twoja ile ma?
Henry chwilę się zadumał zanim odpowiedział.
— Dużo i często zmienia na różne okazje.
— Moja ma tylko jeden. Ten od taty.
Lilian rozejrzała się po wielkim dywanie, na którym siedzieli. Zauważyła, że jedna z zabawek leży poza terytorium ich małe miasteczka.
— Dlaczego tamten Ken leży poza miastem? — wskazała palcem na wspominaną zabawkę.
— Oh, to nie jest Ken. To mój dziadek Harold.
— Więc? Nie lubisz go, że jest poza miastem?
— Kochałem go. — odpowiedział biorąc zabawkę i przytulając do siebie. — Ale dziadek umarł i nie wiem, gdzie teraz jest.
— Moja mama mówi, że zmarli idą do nieba.
— Mój tata też tak mówi. Wiesz, gdzie to jest?
— No tam. — wskazała palcem na górę.
— Ale wiesz jaki tam jest adres?
— Adres?
— No wiesz… z kodem pocztowym.
— Tam nie ma adresu. — dziewczynka zmarszczyła brwi.
— Czyli już nigdy z nim nie porozmawiam?
— Chyba nie. — pokręciła smutno głową.
Nastała chwila ciszy. Złotowłosa Lily wzięła wspominaną lalkę Ken'a nazwaną Harold i postawiła go na stoliku niedaleko dywanu, na którym się bawili. Potem spojrzała na zdziwionego Henrego.
— Co robisz? — zapytał.
— Myślę, że tu będzie dla niego dobre miejsce.
— Dlaczego?
— Bo jest w niebie. Może patrzeć na wszystko z góry – obserwować cię i czuwać nad tobą. Jestem pewna, że to robi każdego dnia.
Po tych słowach mały Henry się rozpłakał.
/
Nate wyszedł po schodach na piętro i skierował się do Sali, w której leżał Dan. Na korytarzu nie było nikogo oprócz Sereny, która jak na wierną żonę przystało - czuwała tutaj dniami i nocami albo chociaż do końca godzin na odwiedziny. Nate słyszał rozmowę swoich przyjaciół w szpitalnym barze o tym, że blondynka zabrania wejść Blair zobaczyć się z Dan'em. Nawet jeśli ten jest nieprzytomny, to jest bardzo słabe zachowanie z jej strony. Chociaż Archibald oficjalnie był wykluczony z tego małego klubiku osób pomieszkujących na lofcie Humphrey'ów, to nadal był ich w teamie. Nawet jeśli oni uważali inaczej.
Podszedł pewnym siebie krokiem w kierunku Sereny. Zatrzymał się tylko przy jakimś automacie z gorącymi napojami i wybrał cappuccino o smaku milki. Pomyślał, że pewnie będzie za słodkie, ale i tak nie zamierzał tego pić. Kubek z kawą miał być tylko rekwizytem jego misternie przygotowanego planu.
— Serena, hej. — przywitał się z blondynką całując ją w policzek. — Jak ma się Dan? Jakieś wieści?
— Niestety bez zmian. — odparła smutno.
— Nie chcesz czegoś zjeść? — zapytał nagle. — Pewnie siedzisz tu całe dnie, a na dole widziałem przystępny bar. Podobno mają dobre obiady jak na szpitalne jedzenie.
— Nie. — odpowiedziała stanowczo i trochę ze złością. — Niczego nie potrzebuję. Moja mama i Rufus przywożą mi posiłki. Nie trzeba, ale dzięki Nate.
Archibald zagryzł wargi i popatrzył na swoja dłoń w której trzymał kubek z kawą. Pora na pla sumie jedyna opcja, która mu została. Pomyślał sobie, że próbował delikatnie odwrócić jej uwagę, ale nie była chętna. Czy to w sumie jej wina? Nate o tym nie myślał. W sumie już nawet o niczym nie myślał, tylko wylał swój kubek z kawą na Serene.
— Nate! — blondynka odskoczyła jak oparzona próbując zmyć ze swojej sukienki ciemną kawę i dość lepiącą. Musiała to być jakaś słodka. Obrzydziło ją to.
— Matko boska! — krzyknął przerażony używając swoich wszystkich zdolności aktorskich, których nabył podczas uczęszczania na kółko teatralne w liceum. — Co ja zrobiłem! Nie chciałem! — nadal panikował i był pod wrażeniem, że jest tak świetnym aktorem. — Powinnaś to ściągnąć i się przebrać. Widziałem na dole jakiś niewielki sklepik z ubraniami. To nie żaden butik, ale w szpitalu i tak cię nikt nie ogląda, a potem Lily cię przyniesie jakąś sukienkę. — zasugerował.
— Chyba masz rację. Zejdę tam, to tylko kilka minut roboty.
— Dokładnie. Ja tu poczekam i popilnuje ci rzeczy. — zaoferował się robiąc minę niewiniątka. Prawdziwa twarz anioła.
— Dziękuję Nate. Jesteś kochany. — pocałowała go w policzek i poszła w kierunku windy.
Gdy tylko Archibald stracił Serenę z oczu, to wyciągnął telefon i napisał wiadomość do Erica: Jeśli nadal jesteście na terenie szpitala, to teren czysty. Możecie przyjść z Blair, ale pośpieszcie się. To tylko kilka minut.
/
Przychodząc na ten świat dostajemy wyobrażenia z bajek, że każdy żył długo i szczęśliwie. Wchodząc w wiek dojrzałości dowiadujemy się, że jednak to ,długo i szczęśliwie" nie jest taka oczywistą rzeczą, a w naszym życiu nie wystarczy tylko pokonać zło, ponieważ w prawdziwym życiu to tak nie wygląda. W tym życiu nigdy nie wybieramy między dobrem, a złem. Prawdziwe wybory w życiu są pomiędzy mniejszym złem a większym dobrem. Wtedy dowiadujemy się, że nasze życie nie jest usłane różami, a nie wszystko jest piękną historią. Czasami spotykają nas dobre momenty i myślimy, że tak będzie już zawsze. Wtedy nas dopadają te smutne epizody, a czasami rozdziały pełne nieprzyjemnych chwil i również myślimy, że to będzie tak na zawsze.
Myślimy też, że wszyscy ludzie w naszym życiu są dani nam na zawsze. Nie każda relacja, znajomość czy związek trwa wiecznie. Nie każda osoba, z którą czujemy głęboką więź będzie na zawsze. Czasami ludzie pojawiają się w naszym życiu, aby nauczyć nas miłości. Czasami ludzie pojawiają się, aby uczyć nas jak nie godzić się na mniej. Czasami pokazują nam czym jest smutek, żal, rozpacz oraz nieszczęście. Czasami to przez nich przechodzimy przez mrok naszego życia, ale warto pamiętać o tym, że tylko na ciemnym niebie możemy zobaczyć gwiazdy i to te gwiazdy rozświetlają nam drogę. Nawet z trudnych doświadczeń możemy wyciągnąć cenne nauki o miłości, szacunku czy zrozumieniu. To zostaje z nami na zawsze. Tak, czasami ludzie odchodzą, ale to w porządku, ponieważ ich lekcje pozostają na zawsze i to jest to, co się liczy. To pozostaje z nami na zawsze.
— Długo jestem nieprzytomny? — zapytał Dan stojąc nad nagrobkiem Harolda Waldorf'a i czuł jak przeszywa go żal, smutek o rozpacz. Wydawało mu się, że wszystko to, co pokazuje mu tata Blair trwało w ciągu co najmniej doby, ale wygląda na to, że znacznie dłużej.
— Ponad tydzień.
Dan zagwizdał.
— Przykro mi, że ominąłem pański pogrzeb.
— To nie twoja wina. Spędziłeś ze mną więcej czasu niż każdy obecny na pogrzebie.
— A dlaczego tutaj jesteśmy?
— Bo twoja podróż dobiega końca. Powinnaś już wracać.
W tym momencie brunet poczuł mocne światło, które go raziło do tego stopnia, że musiał zakryć dłonią oczy. Gdy czuł, że światło znikło to odsłonił oczy i zauważył, że znowu był na stacji King's Cross, a Harold znowu przypomniał Dumbledore'a.
— Wof. Znowu wygląda pan jak dyrektor Hogwartu. — powtórzył na głos swoje spostrzeżenia.
Waldorf nie odezwał się nic, tylko się uśmiechał. Miał oto znamiona ciepłego uśmiechu. Dokładnie tego samego, który zapamiętał Dan z filmów o słynnym czarodzieju, gdzie to Albus Dumbledore obdarował nim Harrego w chwilach, gdy czarodziej potrzebował otuchy. Dan usłyszał gwizd nadjeżdżającego pociągu. Spojrzał w kierunku tunelu, ale nie widział nic poza dziwnym światłem. Ponownie spojrzał na Harolda, a jego uśmiech nie schodził z twarzy. Pomyślał o tym, jakie ostatnie pytanie Potter zadał swojemu mentorowi i zagryzł wargi. Podkusiło go o to samo.
— Naprawdę chcesz o to zapytać?
— Skąd pan wie, o co chcę zapytać?
— Po prostu pytaj.
— Czy to wszystko dzieje się naprawdę czy tylko w mojej głowie?
— Ależ oczywiście to dzieje się w twojej głowie. Tylko skąd wniosek, że wobec tego nie dzieje się to naprawdę?
Dan się zaśmiał i poczuł się jak małe dziecko, któremu spełniło się marzenie. Został jeszcze list z Hogwartu, że jest czarodziejem i zapraszają do nauki. Byłby wtedy spełniony. Zastanawiał się czy będzie o tym wszystkim pamiętał i czego właściwie oczekiwał od niego Harold? Sam nie wiedział. Chciał o to zapytać, lecz odgłosy pociągu stawały się coraz głośniejsze. Humphrey nadal nic nie potrafił dostrzec w tunelu, co poniekąd go stresowało i martwiło. Później pojawił się silny wiatr nie wiadomo skąd. Potem Dan zobaczył pociąg – wjeżdżał na tory. Nie było czasu na rozmyślania, dlatego zaryzykował.
— Czego właściwie pan ode mnie oczekuje? Co ja powinienem zrobić? — zawołał.
— Nie słyszysz? — Harold zapytał spokojnie.
Humphrey popatrzył na starszego mężczyznę z wyraźną konsternacją na twarzy. Nie wiedział, o czym ten do niego mówi i co ma niby słyszeć? Ale wtedy faktycznie zaczął słyszeć dzwonek. To był dzwoniący telefon w jego kieszeni. Zdziwił się, że w ogóle jakiś ma. Sięgnął dłonią i wyciągnął go. Zobaczył identyfikator dzwoniącego.
— Plotkara. — powiedział na głos i spojrzał pytająco na Harolda.
— Znajdź ją, a uzyskasz odpowiedzi na swoje pytania. — po tych słowach pchnął Dana prosto w nadjeżdżający pociąg.
/
Kilka minut to było zdecydowanie to, czego potrzebowała Blair, aby zobaczyć się z Dan'em. Po wiadomości od Nate'a, którą przekazał jej Eric natychmiast pobiegła na piętro, gdzie leżał jej ukochany. Reszta została przed drzwiami ,na czatach", ale tak naprawdę mało ją to obchodziło, czy ktoś ją zobaczy i czy Serena przyjdzie. Na pewno nie da się wyprosić. Chciała być stanowcza jak zwykle.
Gdy weszła to sali i zobaczył bezbronnego Humphreya lezącego przykutego do łóżka, to poczuła jak łzy same napływają jej do oczu. Nie było jej tam, gdy znaleźli jego i jego tatę, ale czuła się winna całej sytuacji z Danem i Haroldem. Może, gdyby posłuchała ojca i nadal tkwiła w jego planie, to nic by się nie stało? Może nadal on by żył, a Dan nie leżałby teraz z jednym wielkim pytajnikiem, czy się obudzi. To było dla niej dużo, nawet bardzo. Była jednak przekonana, że to jej egoizm doprowadził do tego wszystkiego, a jej cierpienie to tylko kara, albo aż kara.
Usiadła obok niego i pogłaskała po głowie nadal płacząc. Nie mogła nic zrobić, ale oddałaby wszystko, aby się obudził. Oddałaby wszystko, aby znowu zobaczyć ten głupkowaty uśmiech na jego twarzy, sarkastyczne komentarze i totalne bezguście, które uważał za normalne i jedyne.
— Hej. — powiedziała zachrypniętym głosem. — Słyszysz mnie? — zapytała retorycznie, a po chwili złapała go za rękę. — Jeśli mnie słyszysz, to uściśnij mi dłoń. — znowu zamilka na kilka sekund patrząc na swoją dłoń w jego i oczekując jakiegokolwiek znaku, czegokolwiek, ale nic takiego się nie wydarzyło. — Nieważne. — odparła zawiedziona uciekając wzorkiem po ścianach pokoju.
Blair potrzebowała chwili. W idealnym świecie albo chociaż takim, które przedstawiają filmy i seriale, to po jej słowach jej ukochany by się obudził i żyliby długo i szczęśliwie. Tak jednak nie było, a ona mogła mówić i mówić bez żadnej pewności, że on to słyszy. Na pewno nie słyszał. Przecież śpiączka to było jak mówienie do kogoś, kto spał – czy kiedykolwiek słyszała to, co mówiono przy niej, gdy spała? Oczywiście, że nie. Dan jej nie słyszał, ale mimo wszystko chciała powiedzieć to, po co tutaj przyszła. Przypuszczała, że więcej nie będzie miała okazji.
— Chciałabym, abyś tutaj był. — powiedziała na głos, ale nie mogła zdobyć się na odwagę, aby na niego spojrzeć. — Naprawdę cię potrzebuję, bo obawiam się, że nie dam sobie rady przez to przejść. — otarła łzy, gdy ponownie pomyślała o swoim tacie, z którym nawet się nie pogodziła. — Jest tak wiele rzeczy, o których nie rozmawialiśmy i których jeszcze nie zdążyłam ci powiedzieć. — ponownie zrobiła pauzę, ale tym razem spojrzała na nieprzytomnego chłopaka. — Proszę, pozwól mi to zrobić. Nie chcę, żeby było jak z moim tatą. — załkała gorzko na samą myśl o swoim tacie, ponownie. — Tak bardzo cię kocham. Chciałabym, żebyś to wiedział.
Brunetka poczuła jak coś poruszyło się w jej dłoni. To była ręka Dan'a? Albo jej się wydawało, że tak było? Możliwe, bo jej mózg mógł płatać różne figle. Zwłaszcza takie, które chciała, aby stały się prawdą. Gdy patrzyła skupiona na jego dłoń próbując zauważyć kolejny jakiś minimalny ruch, to usłyszała niski głos:
— Zajęło ci cholernie dużo czasu, aby to powiedzieć.
