Nikt z nas nie jest krystaliczny, bo wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Przypisane do bycia człowiekiem jest robienie błędów. Czemu więc za każdym razem jesteśmy tak bardzo zdziwieni, gdy ktoś z naszego otoczenia popełnia błąd? Czemu od razu chcemy krytykować, wytykać palcami oraz mówić te wszystkie rady, co byśmy zrobili na ich miejscu? Bo przecież jesteśmy tacy najmądrzejsi i nigdy nie popełniamy błędów. Sami budujemy obłudę, w której żyjemy. Hipokryzję dostrzegamy w rodzinie, u przyjaciół, u kolegów z pracy, ale najtrudniej jest nam dostrzec ją w sobie. Nie różnimy się zbytnio od siebie nawzajem – wszyscy popełniamy błędy, a w naszych głowach trwa nieustanna walka między tym, co powinniśmy robić, a tym żeby odpuścić. Prawdziwy zwycięzcy walczą z tą głową cały czas.
Minął miesiąc od kiedy Dan wyszedł ze szpitala i od czasu powrotu do domu skupiał się tylko na jednym – na pisaniu scenariusza. Było to kilka prac dziennie i owszem – zdarzały mu się dni, w którym mu się nie chciało, ale starał się motywować. To była walka, którą toczył ze swoją głowa każdego dnia. Za każdym razem, gdy mu się nie chciało otwierać laptopa pisać, to myślał o swojej siostrze Jenny oraz o Blair, które robiły już linie mody na ten film. To była ich szansa, aby po ostatniej wpadce na premierze nowej linii wyszły w końcu na prostą. Firma Waldorf nie cieszyła się dobrym wizerunkiem i ciężko będzie im zmyć plamę plagiatu, która na nich ciąży od kilku dobrych miesięcy. Chociaż zarówno Blair jak i Jenny nigdy nie mówią o tym w jego towarzystwie, to domyślał się, że dla nich jest to porażka druzgocącą. Obie kobiety nie mówią tego głośno, ale film może być szansą dla ich domu mody i Dan to rozumiał. Dlatego, gdy walczył ze swoją głową, to motywował się właśnie nimi.
Dzisiaj Humphrey w końcu skończył pisać scenariusz zaprosił do siebie Nate'a Archibalda – przyjaciela i jednocześnie producenta całego projektu. Od kilkudziesięciu minut blondyn nic nie robił nic innego tylko kartkował scenariusz i jednocześnie wypuszczał buch ze swoich ust, ponieważ ku zdziewaniu Dan'a palił papierosa. Humphrey'owi trudno był zachować spokój i denerwował się za każdym razem zerkał na swojego przyjaciela, aby sprawdzać jego reakcje na czytanie poszczególnych scen. Potrzebował czegoś, co pozwoli mu skupić się na czymś innym i zwrócił swoją uwagę na pewien rodzaj ,rozpraszacza", czyli włączył telefon i zaczął grać w grę , candy crush". Faktycznie – to pomagało, bo Dan przestał zerkać na blondyna i zajął się układaniem cukierków na planszy.
— Naprawdę to zrobiłeś człowieku! — zawołał radośnie Nate pociągając ustami za kawałek zwiniętego papierosa i wpuszczając buch. W dłoniach trzymał plik kartek, które chwile wcześniej dał mu Dan. Była to pierwsza wersja scenariusza.
— Poszedłeś na kurs szybkiego czytania czy jesteś z Kryptonu, ale jeszcze nie dojrzałeś do ratowania świata? — zapytał trochę z ironią, a trochę rozbawiony Dan. Archibald właściwie to przekartkował wszystko zatrzymując się tylko na chwilę na niektórych stronach. Zapewne na scenach z jego udziałem.
— Rzuciłem okiem. To wystarczy. Ufam ci, że to jest świetne! — dodał i pociągnął kolejnego bucha.
Dan zakaszlał i ostentacyjnie pomachał dłonią przed swoim nosem. Do tej pory nie przeszkadzało mu, gdy ktoś przy nim palił, ale papierosy Nate'a naprawdę miały dziwny zapach.
— Stary, mówił ci ktoś, że nie pali się papierosów przy osobach po zawale? — zapytał od kaszlując.
— Kto powiedział, że to papieros?
Nastała chwila ciszy.
— Palisz trawkę? Serio? W moim domu?
— Nie masz na drzwiach napisu ,zakaz palenia trawy". — odparł bez zastanowienia młody Archibald i trochę nie rozumiał pretensji swojego przyjaciela. — Ale dobra. Nie będę palił. — dodał obrażony i zgasił skręta do popielniczki, którą sam sobie przyniósł.
Dan spojrzał na przyjaciela pytająco i trochę z lekki mnie zrozumieniem. Gdzieś, głęboko w nim odezwał się głos, bardzo cichy głos, który podpowiadał mu, że zachowanie Nate'a nie jest naturalne i być może coś go gnębi. Wypadałoby stłumić ten głos i zająć się rozmową o jego filmie, skoro ukończył scenariusz. Dan jednak nie potrafił zagłuszyć tego głosu. Nie w taki sposób postępują przyjaciele.
— Wszystko w porządku? Nigdy nie widziałem cię z trawą. Znaczy… — przerwał i zrobił minę jakby szukał odpowiedniego słowa. —… widziałem cię parę razy z Chuckiem gdzieś za szkołą, ale tłumaczyłem to jako błędy młodości. Jak jest teraz? Zapisałeś się na studia i wspominasz stare czasy? — zaśmiał się nerwowo próbując żartować, ale Nate się nie zaśmiał. Nawet nie uśmiechnął i Dan poczuł lekkie zakłopotanie.
— Niezupełnie.
Nate ze zrezygnowaniem usiadł na łóżko Dana i ten nie wiedząc zbytnio, co zrobić – uczynił to samo. Siedzieli tak chwilę w milczeniu i Humphrey zastanawiał się czy powinien dopytywać, ale stwierdził, e najlepiej zrobi, gdy poczeka i Nate sam zdecyduje, w którym momencie będzie chciał się otworzyć. Owszem – był zakłopotany ciszą, która przeciągała się w nieskończoność, a tak naprawdę trwała zaledwie kilka minut.
— Chodzi o ten cały stres z wiązany z kampanią. — wydusił z siebie Archibald. — Presja jest ogromna, wiesz?
— I trawka cię uspokaja?
— Trochę tak.
Znowu nastała chwila ciszy. Dopiero teraz Dan zauważył jak trzęsą się dłonie młodego Archibalda. Przez chwilę milczał, aby zbierać myśli. Jak nie mógł tego zauważyć wcześniej? Może ze strony blondyna było to tylko zdenerwowanie, stres oraz presja, ale czy to wszystko mogło zbudować taką reakcje jego organizmu. Po raz pierwszy Humphrey poczuł lekkie zmartwienie o przyjaciela i chociaż on sam jak pewnie cały Manhattan widział Nate w roli polityka, to dzisiaj po raz pierwszy zwątpił, aby faktycznie to była jego droga.
— Nate, nie obraź się na mnie… — zaczął spokojnie brunet zerkając na przyjaciela. — Ale czy na pewno polityka to jest coś dla ciebie?
— Uważasz, że nie poradzę sobie z presją, bo palę trawkę? — warknął. — Dzięki za troskę, ale nie jestem aż tak beznadziejny jak uważasz.
Nate wyraźnie się zdenerwował, czego upust dał poprzez zaciśnięcie scenariusza Dana. Po chwili z łoskotem wstał łóżka i skierował się do drzwi.
— Nate, to nie tak. — Dan wstał za nim i próbował załagodzić sytuację. Nie rozumiał czemu jego przyjaciel obruszył się jak indyk. — Nie mam cię za beznadziejnego. Czemu w ogóle tak pomyślałeś? — na twarzy Humphrey malowało się coś na wzór konsternacji.
— Podważasz fakt, że nie mogę pracować pod presją. A tacy ludzie nie nadają się na stanowiska, o które się ubiegają.
— To nieprawda, ale…. — Dan zrobił krótką pauzę oraz krok w kierunku przyjaciela. — Czasami nasi bliscy wymagają od nas za dużo. Czasami rzeczy, których sami nie mieli odwagi zrobić, gdy mieli okazję. Czasami przelewają swoje ambicje na nas, a my po prostu nie chcemy ich rozczarować.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Jeśli powiesz mamie i dziadkowi, że polityka nie jest tym, co chcesz zrobić w życiu, to świat się nie zawali, a oni nie przestaną cię kochać.
Zapadał cisza, a panowie tylko wymieniali się spojrzeniami i obaj bali się jako pierwsi spuścić ten wzrok. Jednocześnie Nate był wściekły za te słowa Dan, ponieważ czuł jakby przyjaciel w niego nie wierzył i jakby między swoimi wypowiedziami dawał mu do zrozumienia, że się nie nadaje na stanowisko burmistrza. Nikt nie lubi, gdy mu się ujmuje jego wartości i nawet jeśli Dan tego nie robił, to Nate odczuwał to jako wbicie szpilki. Z drugiej zaś strony, to był wdzięczny za to, że przyjaciel zobaczył coś, czego nikt inny wcześniej nie był w stanie zobaczyć.
— Nie musisz na mnie głosować. — blondyn powiedział tylko tyle i od razu pożałował, ponieważ zapewne stracił
— I tak bym tego nie zrobił. Od lat głosuję na partę Republikańską. — dodał w pośpiechu i dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że palną niepotrzebną głupotę. — Nate..
— Dam ci znać jak znajdę reżysera. — przerwał mu i jednocześnie zmienił temat. Nacisnął klapkę na drzwi jakby chciał wychodzić z pomieszczenia.
— Reżysera? A co z Vanessą? — zapytał nieco rozkojarzony Dan.
— Zrezygnowała. Pewnie uznała, że jestem również beznadziejny jako producent. Nie tylko polityk. — dodał na koniec i trzasnął drzwiami, gdy wychodził zostawiając zdezorientowanego Dan'a samego.
/
Od czasu przyjazdu, a raczej ucieczki do Nowego Jorku, Eve nie zmieniła swojego miejsca zamieszkania. Nadal gościła w apartamencie Chuck'a razem ze swoją córeczką. Wyrzuciła swój stary telefon, zmieniła numer, konta pocztowe oraz pozmykała wszystkie portale społecznościowe jak Instagram czy facebook. Wydawało by się, że jest bezpieczna, ale tak się nie czuła. Ciągle miała obawy i ciągle była przerażona. Ciągle na ulicy odwracała głowę i patrzyła, czy ktoś jej nie obserwuje czy może gdzieś ktoś nie czai się za winkla. Szukała swoim spojrzeniem twarzy Scott'a, bo nie wierzyła w to, aby odpuścił. Nie wierzyła w to, aby ich nie szukał.
Cały ich związek można było określić jako taki ,rollercoaster". Nie zawsze tak było. Ciągle pamiętała początki i to w jaki sposób Scott ją ujmował. Pamiętała pierwsze dni zauroczenia, które powoli przeradzało się w zakochanie. Poznała Scott'a, gdy Lily miała niespełna roczek i była zbyt mała, aby nawet ją pamiętać. To było w jednym z większych marketów, w którym Eva robiła zakupy i natrafiła tam na swojego przyszłego narzeczona. Nie wiedział, czy kupuje odpowiednie mleko dla dziecka w tym wieku i prosił o porady. Był mało doświadczony, ale jednocześnie i odważny zagadując o to nieznajomą mu kobietę. Opowiedział jej swoją historię. Eva była zdumiona, że własna matka potrafiła zostawić dziecko i uciec. Jednocześnie też była pod wrażeniem tego jak jej przyszły narzeczony radził sobie w roli samotnego ojca. Imponowało jej to i coraz częściej się widywali pod pretekstem tego, że blondynka będzie mu pomagać przy dziecku. Z czasem ich związek stał się naturalny. Sama Eva nie byłaby w stanie wskazać konkretnego momentu powstania tej relacji, ale pokochała małą Lily od razu i nie wyobrażała sobie życia bez niej. Od tamtego czasu cała trójka tworzyła rodzinę.
Gryzła się z tym, co zrobiła, ponieważ jej czyn ucieczki był bardzo spontaniczny. Zabrała ze sobą dziewczynkę, ponieważ czuła się za nią odpowiedzialna. Nie mogła zostawić ją z tym facetem, który od bardzo dawna nie przypominał tego urokliwego bruneta, w którym się zakochała. Dzisiaj się go bała i bała się jego od dłuższego czasu. Została jednak przy nim dla Lily. Dla dziewczynki, aby miała dom i pełną rodzinę. Miarka jednak przebrała się w momencie, gdy Scott podniósł rękę na dziewczynkę, która chciała tylko bronić mamy. Eva wiedziała, że to jest ten moment, w którym należy podjąć decyzję o ucieczce. Pod wpływem tej spontanicznej decyzji znalazła się w Nowym Jorku. Dokładnie w mieszkaniu Chuck'a. Przez ostatnie kilka tygodni starała sobie odpowiedzieć na pytanie, czemu ze wszystkim miejscu na ziemi wybrała apartament Chuck'a Bass'a. Być może odpowiedź była bardzo blisko niej, ale ona jeszcze bała się odkryć tą kartę prawdy.
— Myślę, że Lilian powinna chodzić do szkoły razem z Henrym. — Chuck odezwał się przewracają gazetę, a kątem oka obserwując reakcję blondynki. Jedli razem śniadanie. — Poczyniłem nawet pewne kroki, aby…
— Co masz na myśli? — przerwała mu, a w jej głosie można było usłyszeć zdenerwowanie. — Chyba nie zapisałeś jej do prywatnej szkoły?
— Właściwie to zrobiłem. — przytaknął jej odkładając gazetę na stół. — I nie musisz martwić się kosztami, bo za wszystko zapłacę.
— Chuck… — Eva wstała od stołu i podeszła do okna. — Doceniam wszystko to, co dla nas robisz, ale to jest za dużo. Nie stać mnie na posłanie Lilian do prywatnej szkoły, a nie mogę przyjąć od ciebie takiego… — przerwała, aby wyszukać odpowiednie słowo. —… takiego prezentu.
— Dlaczego nie?
Chuck wstał i podszedł do kobiety stając obok niej. Jego wzrok jak zwykle był przenikliwy i powodujący, że policzki Eve same zaczynały płonąć. Miał coś w sobie. Coś, co nazwałaby magnetyzmem, ale schowanym pod maską, która wykreował dla świata. Czasami wydawało jej się, że widzi prawdziwego jego – szlachetnego i wrażliwego chłopca ukrytego gdzieś pod fasadą tego egocentryka, którym był na co dzień.
— To jest za dużo. Nawet nie wiem, czy zostanę w Nowym Jorku.
— Chcesz wrócić do Francji?
— Powrót aktualnie nie jest możliwy. — odparła pośpiesznie. — To będzie pierwsze miejsce, do którego uda się Scott, aby mnie szukać.
— O Nowym Jorku nie pomyśli. Dlatego skorzystaj z mojej oferty. Lilian bardzo dobrze mówi po angielsku i spełnia wszystkie wymagania szkoły. Zaprzyjaźniła się z Henrym i ma swojego pierwszego przyjaciela.
— Chuck…
— Powinnaś tutaj zostać. — zrobił krok, aby się do niej zbliżyć. Swoimi dłońmi chwycił ją za ramiona zmuszając tym samym, aby na niego spojrzała. — Ze mną będziecie bezpieczne, obiecuję.
Patrzyli na siebie przez jakiś czas nie mówiąc do siebie nic. Eva czuła jak się do niej zbliża – milimetr po milimetrze. Blondynka widziała w tych oczach ciepło, oddanie oraz uczucie i od tamtego momentu wszystkie jej obawy opadły. Chciała tutaj zostać z nim i ze swoją kochaną córką, która była całym jej światem. Nie byłoby dnia, w którym by o tym nie pomyślała i nie dała się ponieść wodzą fantazji. Było jednak coś, co ją wstrzymywało. Były to obawy oraz strach. Miała złe przeczucia i te same przeczucia podpowiadały jej, aby trzymać Chucka z dala od tego wszystkiego, ponieważ jej problemy nie są jego problemami.
Gdy był twarzą przy jej twarzy gwałtownie odwróciła głowę.
— Przepraszam Chuck, ale nie mogę tego przyjąć. — zadrżała i nie patrzyła na niego.
— Mamo!
Drzwi salonu się otworzyły i wbiegła mała Lily, która od razu wpadła w objęcia swojej mamy. Chuck nie chciał im przeszkadzać i odsunął się. Sam też próbował się trochę uspokoić i zapomnieć o tym, co właśnie się stało albo raczej nie stało.
Młody Bass zajął się własnymi myślami i nawet nie słuchał tego, o czym rozmawiała matka z córką. Dopiero po chwili poczuł jak ktoś ciągnie go za nogawkę. Spojrzał zdezorientowany w dół i zobaczył małą Lily, która się do niego szczerze uśmiechała. Odwzajemnił ten uśmiech i po chwili kucnął, a dziewczynka wręczyła mu własnoręcznie narysowany obrazek. Chuck z uśmiechem wziął rysunek i zaczął go oglądać.
— Bardzo piękny. — nie było w tym krzty kłamstwa, które mówi się małym dzieciom. Nie był żadnym artystą wykształcenia, ale musiał Lilian jak na swój wiek naprawdę miała talent. Chuck był pod wrażeniem. — Powiesz mi, co jest na rysunku? — pytanie z grzeczności, ponieważ wiedział, co jest na rysunku. Katem oka dostrzegał, że Eva cały czas ich obserwuje.
— Tak. — dziewczynka rozpromieniła się, gdy miała możliwość opowiedzenia o tym, co narysowała. — Roszpunka wyglądająca ze swojej wieży za swoim kwieciem, a tutaj ten na koniu to jest Flynn.
— Bardzo piękne. — pochwalił ją nadal się do niej uśmiechając. — Pozwolisz, abym sobie to zatrzymał?
— Jeśli tylko chcesz, to tak. — w głosie małej dziewczynki można było dosłyszeć euforię.
— Dziękuję. Obiecuję ci, że ten obrazek będzie w wyjątkowym miejscu.
/
Ten list tam leżał. Ciągle w tym samym miejscu, ale ona nie miała odwagi go przeczytać. Każdego dnia na okrągło analizowała swoją ostatnią rozmowę z tatą. Płakała za każdym razem, gdy przypominała sobie swoje słowa. Śniła o tej rozmowie codziennie. Za każdym razem budziła się z płaczem. Dokładnie w tym samym momencie, gdy jej tata opuszczał loft Humphrey'ów. Za każdym razem chce go zatrzymać, przeprosić i przytulić. Nie chce go wypuszczać. Nie chcę żeby odchodzić do miejsca, w którym czeka go nieuchronna śmierć, ale nie może go złapać. Nie może go dogonić. Na tym sen się kończy za każdym razem, gdy się przebudza.
Czy myśli o tym, co by było gdyby? Oczywiście – każdego dnia. Czy ta rozmowa mogła się potoczyć inaczej? Mogła jak najbardziej. Blair mogła inaczej się zachować albo użyć innych słów. Czasami myślała o tym, że gdyby posłuchała tatę i wróciła do Chuck'a nadal udając idealną żonę bez wtajemniczenia Bass'a do planu, to jej tata nadal by żył. To wszystko jednak byłoby kosztem jej własnego szczęścia. Znowu musiałaby zostawić Dan'a i wiedziała, że tym razem byłoby na zawsze. Tym razem Humphrey by jej tego nie wybaczył i ich drogi rozeszłyby się na zawsze. Jeden obecny w jej życiu kosztem tego drugiego? Czy nie mogło być innego wyjścia?
W zamyśleni szła przez korytarz szkoły swojego syna. Gdy mijała gabinet dyrektora natknęła się na kogoś, kto z niego wychodził. Zapewne nie zwróciłaby na tą osobę większej uwagi, gdyby jej doskonale nie znała.
— Chuck?
— Blair?
— Myślałam, że dzisiaj ja odbieram Henrego.
— Ou… — brunet był wyraźnie zaskoczony obecnością swojej byłej żony. Może nie o tyle zaskoczony, ponieważ tutaj chodził od szkoły Henry, ale zwyczajnie nie spodziewał się tego, że na nią wpadnie. — Miałem coś do załatwienia.
— W szkole Henrego? Co takiego? — Blair popatrzyła na niego podejrzliwie. Znała go tyle lat, że potrafiła dostrzec, kiedy coś ukrywał.
— To długa historia, ale chodzi o Eve.
— Eve? — powtórzyła za nim jakby chciała ciągnąć go za język, ale nie było to konieczne. Sama domyśliła się, o kim mówi Bass. — Tą Eve?
— Tak. — odparł nawet na nią nie patrząc, bo nagle miał silną potrzebę przeglądnięcia dokumentów, które trzymał w dłoni.
W powietrzu było czuć zakłopotanie i oboje unikali swoich spojrzeń. Jakby pomiędzy był jakiś temat tabu albo puszka Pandory, którą przez przypadek otworzyli i teraz nie bardzo wiedzieli jak to zamknąć. Nie wiedzieli jak wrócić do początku i udawać, że ta puszka wcale się nie otworzyła. Nie było to jednak koniecznie. Wcale nie było to wynikiem tego, że oboje nadal czuli wobec siebie jakieś zobowiązania. To była po prostu ich pierwsza rozmowa po ich rozwodzie na temat ich ewentualnych innych związków.
— Długo to trwało, ale cieszę się z twojego szczęścia. — Blair się uśmiechnęła od Chucka i popatrzyła na niego z życzliwością. Naprawdę powiedziała to szczerze.
— To nie tak… — zająkał się. — Ja i Eva nie jesteśmy razem. Tylko przyjaciele.
— Też miałam długo przyjaciela zanim zobaczyłam w nim kogoś więcej. Bądź cierpliwy.
Chuck popatrzył na Blair i delikatnie się uśmiechnął. Wypuścił powoli powietrzę jakby poczuł ulgę. Trochę bał się jej reakcji, ale nie rozumiał dlaczego właściwie się bał. Nie przypuszczał, że kiedykolwiek odbędzie z nią taką rozmowę. Przez te wszystkie lata różnie z nimi bywało, ale od kiedy odrzucili tą fasadę trzymania ich związku na siłę, to ich relacja zdecydowanie się poprawiła. Cenił ją i darzył szacunkiem, ale nie był pewien, czy kiedykolwiek ją kochał. Chuck mógł nazwać Blair swoją najlepsza przyjaciółką i naprawdę tak było. Znała go jak własną kieszeń i potrafiła dostrzec w nim wszystkie nastroje. Dobrze było ją mieć w swoim życiu, ale przez te wszystkie lata, Chuck myślał, że posiadanie Blair może być tylko i wyłącznie w jeden sposób. Bycie jej przyjacielem wydawało się niemożliwe, ale to była od początku jedyna słuszna opcja.
— To, co to za wielka sprawa, którą tutaj załatwiasz dal Evy?
Chuck dość skrótowo wyjaśnił Blair, że Eva razem ze swoja córką uciekła od swojego narzeczonego, który się znęcał nad nią psychicznie i fizycznie. Dlatego bardzo chciał jej pomóc zaaklimatyzować się w Nowym Jorku. Chciał zapisać małą Lily do szkoły, do której również uczęszcza Henry, ale Eva odmówiła twierdząc, że to za drogi prezent. Dlatego Bass wykazał się odrobiną sprytu i wziął obrazek namalowany przez dziewczynkę i pokazał go w szkole z nadzieją, że może zakwalifikować się do programu stypendialnego. Nie udało się, ale Chuck zaproponował dofinansowanie tego jednego stypendium i na to zarząd szkoły się zgodził. Oczywiście będzie to robił anonimowo, aby stypendysta nigdy się o tym nie dowiedział.
— Jesteś bardzo sprytny. — skomentowała, gdy Bass opowiedział jej wszystko oraz jak dokładnie wszystko sobie zaplanował, aby Eva nigdy nie dowiedziała się, że stypendium będzie finansowane przez niego.
— Wiem. — odparł zadowolony z siebie.
— To straszne, co spotkało Eve. Jak ona się trzyma?
— Raz jest lepiej. Raz jest gorzej. Boi się nawet mnie. Czasami nie wiem jak z nią rozmawiać. Przecież nie chcę jej skrzywdzić.
— Ona to wie Chuck, ale…
— Państwo Bass… — Blair przerwał radosny głos wysokiej kobiety o ognistym kolorze włosów.
Oboje się odwrócili. Stała za nimi nauczycielka Henrego. Blair nawet nie zareagowała na nazwanie ją nazwiskiem byłego męża. Chociaż w pierwszej chwili chciała zareagować i ją poprawić. Po chwili jednak odpuściła. To było nieistotne. Nie przeszkadzało jej to. Zwłaszcza, że Henry miał to samo nazwisko i nie chciała wprowadzać niepotrzebnego zamieszania.
— Co państwo tutaj robią? — spojrzała na nich z zainteresowaniem. — Henry jest z państwem?
— Jak z nami? — zapytał Chuck swoim niskim i chropowatym głosem. — Przecież powinien być tutaj, w szkole. Chcieliśmy go odebrać.
— Henry mówił, że zabierają go państwo na wycieczkę poza miasto. — powiedziała z zakłopotaniem nadal na nich patrzyła jakby na ich twarzy można było wyczytać odpowiedzi. — Nie ma go z państwem?
— Nie, nie ma. Gdzie do cholery jest mój syn?! — Blair krzyknęła w rozpaczy
Odbiło się tylko echo jej krzyku w korytarzu szkolnym. Dopadła ją mieszanka strachu i paniki. Blair poczuła jak robi jej się czarno przed oczami. Chciała zrobić krok do przodu, aby nie stracić równowagi. Było to jednak za trudne. Zachwiała się. Odruchowo próbowała złapać się ramienia Chuck'a, ale nie zdążyła. Upadła z dość dużym łomotem tracąc przytomność.
/
Vanessa Abrams obecnie ,okupowała" mieszkanie swojej starszej siostry Ruby. To nadal był Brooklyn i całkiem blisko loftu Humphrey'ów, więc Danowi zajęło niecałe dwadzieścia minut spokojnego spaceru, aby się tam znaleźć. Kamienica była ładna i przypominała tradycyjną holenderska architekturę, a raczej na pewno ją była. Przypominała czasy świetlności, gdy dzielnica Brooklyn był osobnym miastem założonym przez Holendrów.
Ruby mieszkała w jednej z kamienic znajdujących się w dzielnicy Brooklynu. Jak cała rodzina również Rudy była uzdolniona artystycznie, ale jako jedyna nie zdecydowała się pójść w tym samym kierunku, co rodzice czy młodsza siostra. Chociaż początkowo wszystko na to wskazywało. Jednakże, z czasem Rudy zaczynała być coraz bardziej nieszczęśliwa ze swojego życia. Uszczęśliwianie swoich rodziców z powodu tego, co robi przestało być jej priorytetem. Dlatego podjęła decyzję o studiach na jednym z najlepszych uniwersytetów w kraju – w Stanford, gdzie studiowała psychologię. Dzisiaj była wykształconą panią doktor psychologii wykładającą na tutejszym uniwersytecie oraz dumną mamą dwójki dzieci. Nadal kochała sztukę, ale bardziej jako formę relaksu czy zainteresowania ani ani dziedziny życia, w której ma się realizować zawodowo.
Dan wjechał windą na trzecie piętro. Ruby mieszkała w zabytkowej kamienicy, ale wyposażonej w windę, ale zainstalowaną gdzieś zaraz po drugiej wojnie światowej. Nie była więc pierwszej nowości, ale zadbana. Nie było w niej monitoringu ani luster i dobrze, bo z jakiegoś powodu Dan czuł się niekomfortowo w zamkniętym miejscu pełnym luster. Jakby był w finalnej scenie z Ritą Hayworth oraz Orson'em Welles'em w filmie , Dama z Szanghaju" albo dla miłośników kina walki, to przypomniało to ,Wejście smoka" z Brucem Lee.
— Dan! Jak miło cię widzieć! — drzwi otworzyła Ruby i od razu wpadła mu w uścisk. Mimo początkowego zakłopotania, Dan odwzajemnił uścisk. — Proszę, wejdź do środka. — dodała i zaprosiła go do środka.
Mężczyzna ostrożnie się zaczął rozglądać po mieszkaniu. Mimo, że kamienica była zabytkowa, to można było przypuszczać, że wnętrze również wygląda jak za czasów filmów noir. To jednak było mylne pojęcie. Mieszkanie Ruby było niezwykle nowocześnie urządzone – europejski komfort, cztery pokoje, wielki telewizor wiszący na ścianie w dużym pokoju. Jeden poziom, ale niezwykle przestrzenie wszystko ułożone. Nie można było odnieść wrażenia, że jest zagracony. Kontrast dla tego, co Humphreyowi mieli w swoim lofcie. Dan usiadł na kanapie. Chociaż to było podobne z wyposażenia do tego, co on miał w swoim lofcie. Cała reszta się nie zgadzała, a gdy usiadł na kanapie, to niema się w niej zapadał. Zrozumiał, że to również się nie zgadzało. Co to był za materiał? Taki miękki, że można byłoby na tym spać.
— Jak się czujesz? Vanessa wspominała, że byłeś w szpitalu. — Ruby postawiła przed nim filiżankę z kawą i usiadła na fotelu trzymając w dłoni swoją filiżankę.
— W porządku, dziękuję. Lekarze zalecili ruch, więc przyszedłem pieszo odwiedzić Vanessę.
— Oh, nie ma jej. Poszła z dziećmi na plac, ale zaraz powinna wrócić. Chcesz, abym po nią zadzwoniła?
— Nie. — wyrwało mu się pośpiesznie. — Poczekam na nią. Bardzo ładnie się tutaj urządziłaś. — zmienił temat i pochwalił jej mieszkanie.
— Dzięki, ale to nie moje dzieło. Jeszcze James'a. Nic tutaj nie zmieniłam od czasu… — przerwała spuszczając wzrok do filiżanki.
Dan smutno pokiwał głową. James był mężem Ruby. Zginął kilka lat temu w wypadku na motocyklu zaraz po urodzeniu ich drugiego dziecka, co tylko dodawało tragizmu całej sytuacji. Dan zerknął na komodę, nad która wisiał telewizor i zobaczył tam zdjęcie ze ślubu Ruby i James'a. Byli młodzi i szczęśliwi. Zdecydowanie nieświadomi tego jaka smutna czeka ich przyszłość.
— Przykro mi. — odezwał się po krótkiej chwili milczenia.
— To nie twoja wina. — odparła i delikatnie uśmiechnęła się do Dan'a. — James był idealny. Był moim najlepszym przyjacielem. Był moją romantyczną bratnią duszą. Rozumieliśmy się bez słów. Mówią, że czas leczy rany, ale to nieprawda. Czas jedynie pozwala oswoić się z tym, że już nigdy nie zobaczysz dobrze znanego ci uśmiechu. Nie będziesz mogła okrzyczeć go za nie spuszczanie deski w łazienne. Nie spędzisz z nim ani jednego wieczoru przy winie i filmie. Takie rany nie zabliźniają się nigdy.
— Musi być ciężko. Nawet nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić... — zrobił pauzę i zawahał się, ale dokończył swoją myśl. —… jak to jest stracić swoją bratnią duszę.
— To nie jest do opisania. Każdego dnia budzę się z nadzieją, że to wszystko było koszmarem, a potem mierzę się z tą złą prawdą.
— Brzmisz jakby każdy dzień był walką.
— Bo jest.
— Jak sobie z tym radzisz? Jak znajdujesz chęci do życia?
W tym momencie otworzyły się drzwi i weszła Vanessa z dwójką małych dzieci w wieku na około siedem i dziesięć lat. Chłopiec i dziewczynka pobiegli przywitać się z mamą. Ruby nie musiała mu odpowiadać. Wiedział już jak ta silna kobieta znajduje chęci do życia.
Chwilę później Dan znajdował się w pokoju Vanessy. Przynajmniej pokoju, który brunetka do dyspozycji podczas swojego pobytu w Nowym Jorku. Cały pokój był po prostu.. ,w stylu Vanessy" i to najlepiej go określało.
— Stało się coś, że chciałeś ze mną porozmawiać? — głos przyjaciółki oderwał go od obserwowania wystroju wnętrz.
— Tak. — odwrócił się i zmierzył się wzorkiem z Vanessą. — Nate powiedział mi, że nie będziesz reżyserować filmu.
— Tu nie chodzi o ciebie, to są powodu osobiste.
— Naprawdę Vanessa? Powody osobiste nazywasz zerwanie z Nate'em?— w głosie Dana można było dosłyszeć ironię.
— Nie mogę na niego patrzeć, dobra?
— Mam ci przypomnieć, że zgodziłem się na ten film, bo ty mnie przekonałaś, że nie zniszczysz mojej historii? — teraz w jego głosie ironię zastąpiła pretensja.
— Przepraszam Dan, ale nie masz o co się martwić. Twój przyjaciel na pewno wybierze dobrego reżysera.
— Pierdolę to! — wszedł jej w słowa ze złością. — Nie będzie tego filmu! Rezygnuję! — dodał i zwrócił się w kierunku drzwi.
— Dan, ale nie możesz się wycofać. Podpisałeś kontrakt.
— Nie obchodzi mnie to. Zaufałem ci, a ty to zaufanie zawiodłaś, bo oboje z Nate'em zachowujecie się jak dzieci! Co to jakieś przedszkole?! Zaraz zabierzecie sobie grabki i pójdziecie obrażeni do domu!?— wykrzyczał jej w to twarz i mało go to obchodziło, że Ruby i dzieciaki mogą wszystko słyszeć. — Cholera! Po co mi to było!
— Możesz przestać krzyczeć? Nie jesteśmy tutaj sami.
— Do widzenia Vanessa.
Dotknął klamki i nacisnął, ale poczuł jak Vanessa szarpie go za ramię.
— Okej Dan, przepraszam. Możemy porozmawiać? — spojrzała na niego wyczekując i widząc, że nie reaguje dodała ,proszę". Wtedy dopiero Dan puścił klamkę i odwrócił się do przyjaciółki.
— O czym? Będziesz mnie przekonywać, abym oddał moją książkę komuś, kogo zupełnie nie znam? Zgodziłem się na film, ponieważ wiedziałem, że ty tego nie zniszczysz ani nie zrobisz z tego komercji. Wiem, że sprzedałem prawa i moje odejście nic nie zmieni, bo film i tak powstanie, ale … — zrobił krótką pauzę, aby zebrać myśli. — Tylko w taki sposób wyrażę swój bunt, że nie chcę być tego częścią.
— Masz rację, przepraszam. — Twarz Vanessy wyrażała, że naprawdę było jej przykro z powodu tego jak egoistycznie postąpiła. — Nie powinna rezygnować tylko ze względu na to, że w tej chwili nie mogę porozumieć się z Archibaldem. Napisze do niego maila i spróbuje to odkręcić i wrócić, okej?
— Powinnaś z nim porozmawiać twarzą w twarz.
— Nie chcę Dan, naprawdę. Chcę tylko formalnego kontaktu.
— Vanessa powinnaś. — ton Humphrey'a był stanowczy. — Myślę, że źle znosi tą całą kampanię.
— I dlaczego powinno mnie to obchodzić? Niech porozmawia z dziadkiem, bo przecież i tak robi wszystko co ten mu każe.
— Wiedziałaś, że podpala trawkę?
— Nate? — Vanessa była zdziwiona.
— I zachowuje się agresywnie. — dodał po chwili. — Wiem, że jesteś na niego zła, ale nie wmówisz mi, że przestało ci na nim zależeć. Więc porozmawiaj z nim. Jestem pewien, że…— przerwał mu dzwoniący telefon. — Wybacz…
Dan wyciągnął telefon z kieszeni i zerknął na komunikator na telefonie. To była Blair. Poinformował Vanesse, że odbierze i zajął się rozmową ze swoją dziewczyną, która trwała kilkanaście sekund. Blair była w histerii i brunetowi było ciężko ją uspokoić, co było niemożliwe. Wydusiła tylko z siebie, że mały Henry zaginął.
— Zaraz u ciebie będę. — powiedział do słuchawki telefonu i rozłączył się.
Dan pośpiesznie pożegnał się z przyjaciółką informując ją o tym, co się stało i odszedł jak najszybciej kierując się do apartamentu Waldorf. Vanessa natomiast wyciągnęła telefon i zadzwoniła do Archibald'a.
/
Biegnąc przez Central Park, Humphrey co chwilę się zatrzymywał, aby złapać oddech. Co tu dużo mówić – Dan miał poważny problem z utrzymaniem dobrej kondycji, a ostatni raz, gdy musiał się poważnie wysilać, to było jeszcze w czasach liceum, gdzie miał zajęcia z wychowania fizycznego. Potem było długo, długo nic aż do teraz. Idąc teraz tempem umierającym i łapiąc każdy oddech zastanawiał się nad tym, czy wykupienie miesięcznego karnetu będzie dobrym pomysłem. Może w ten sposób złapie formę oraz będzie znacznie lepiej wyglądać. Co jak co, ale brzuch zaczynał mu się pojawiać, a on nie robił nic, aby w jakiś sposób z tym walczyć.
Zatrzymał się opierając swoje dłonie o biodra i łapiąc oddech coraz szybciej i szybciej. Zamierzał nieco się uspokoić i znowu zacząć biec, ale usłyszał dziwnie znajomy głos wołający jakiegoś dziadka. Odwrócił się i zobaczył chłopca nad stawem, który sprawiał wrażenie jakby chciał złapać kaczki krzycząc przy tym do nich dziadku. Dan przez chwilę obserwował tą scenę zastanawiając się, o co chodzi. Zanim zdecydował się podejść. Z każdym kolejnym krokiem przekonywał się coraz bardziej, że doskonale zna tego małego chłopca.
— Henry? — zapytał zdziwiony podchodząc bliżej chłopca upewniając się, że ma do czynienia z synem Blair.
Chłopak popatrzył do gry, skąd dochodził głos i poczuł lekkie zakłopotanie tą sytuacją, w której się znalazł. Został odnaleziony i jego misja spełzła na niczym.
— Wujek Dan?
— Co tutaj robisz mały? Wiesz, że rodzice cię szukają?
— Wiem… — pokiwał smutno głową. — Pewnie zaraz mnie sprzedasz.
Dan mimowolnie roześmiał się ze słów małego Henrego, chociaż nie powinien. Nie miał jednak zbytnio doświadczenia z dziećmi, a raczej wcale. Z Henrym zaczął budować relację od paru miesięcy, ale kiedy zaczął swój związek z Blair, to miał wrażenie, że chłopiec się zdystansował i nie miał mu tego za złe. Doskonale to rozumiał. Był starszy, gdy jego własna mama odeszła od nich do innego faceta i on tego faceta nienawidził. Nawet jeśli go nie znał. Henry był po prostu mniejszą wersją jego z liceum.
Humphrey postanowił jednak zaryzykować. Kucnął, aby być głową na wysokości małego Bass'a.
— Powiesz mi dlaczego uciekłeś? Czy coś się stało?
— Chciałem poszukać dziadka Harolda.
— Tutaj?
Henry skinął głową spuszczając wzrok.
— Ale wiesz, że on… — Dan ugryzł się w język. Czy Blair i Chuck nie przeprowadzili z nim tej rozmowy i Henry zwyczajnie nie rozumie tego, co się stało z jego dziadkiem? I czy to właśnie on będzie musiał brutalnie sprowadzić go na zimie? Nie chciał, dlatego zamilkł zanim dokończył zdanie.
— Wiem – umarł.
Dan wypuścił powietrze jakby poczuł ulgę. W istocie tak było, ponieważ poczuł ulgę. Nie będzie musiał przechodzić z nim przez ten trudny temat.
— To skoro wiesz, to dlaczego szukasz dziadka Harolda tutaj? — zapytał rozglądając się za sobą. Nadal były tam kaczki, które jeszcze chwilę wcześniej gonił Henry. — Wśród kaczek?
— Próbowałem znaleźć jego adres.
— Adres? — powtórzył za nim nieco zdezorientowany Dan.
— Adres z kodem pocztowym, aby wysłać do niego list.
— Henry, ale sam powiedziałeś, że twój dziadek umarł. Czy wiesz, co to oznacza?
Henry westchnął i był oto westchnięcie, które Dan odczytał jako zażenowanie, ale milczał tylko czekał na to, co powie mu młody Bass. Ten natomiast bez słowa podszedł do najbliższej ławki, wspiął się na nią i usiadł. Dan poszedł za nim i usiadł obok niego. Nadal milczał i czekał aż chłopiec sam się odezwie. Nie wiedział, czy to jest dobra taktyka, ale na chwilę obecną nie miał lepszej.
— Szukałem odpowiedzi u mądrych ludzi. Popytałem, ale ciągle jeszcze niewiele wiem. — odezwał się w końcu Henry patrząc gdzieś daleko przed siebie. — Dla większości religii umieranie jest życiem po życiu. Mówili mi o niebie, raju, kosmosie. Buddyści wierzą w sansara, katolicy w nieśmiertelną duszę, a hindusi w reinkarnacje, czyli przemieszczanie się duszy. Powiedzieli, że człowiek po śmierci może zostać motylem, kwiatkiem albo…
— Kaczką. — dokończył za niego Dan trochę rozbawiony, ale nie dawał tego po sobie poznać. Popatrzył na niego i był pod ogromnym wrażeniem tego, że ten chłopiec jest taki mądry, bo przyswoił wiedzę, którym innym zajmuję kilka lat.
— Kaczka nie była moim dziadkiem. — odparł Henry nieco zawstydzony. — Wiem, co inne religie mówią o śmierci, ale nadal nie wiem jak dostarczyć ten list. — dodał i wyciągnął z kieszeni niewielką kopertę, gdzie widniał tylko nadawca. Widać było, że to pismo dziecka. — Dziadek Harold pisał do mnie listy. Zanim umarł dostałem od niego list i mama i tata mówili, abym znalazł czas odpisać. Nie zrobiłem tego, bo wolałem się bawić, a pisanie listów było nudne.
— Chyba nie… — Dan wszedł mu w słowo, ale znowu przerwał, bo nie wiedział jak o to zapytać. Wiedział, do czego zmierza chłopczyk, ale trudno było mu zapytać wprost i jednocześnie delikatnie. — Jest ci smutno, że nie napisałeś tego listu przed śmiercią dziadka?
Henry znowu pokiwał smutno głową, po jego policzkach spłynęły łzy. Dan poczuł jak ten widok ściska mu serce i nie myśląc za wiele przytulił chłopca do siebie i pozwolił mu się wypłakać.
— Chyba będę mógł ci pomóc. — powiedział po kilku minutach i wziął chłopca za rękę. — Chodź ze mną.
/
Nate leżał na kanapie w swoim apartamencie. Jak wrócił od Dan'a i rzucił scenariusz do filmu na blat biurka, to się położył i zbytnio nie zmieniał swojej pozycji. Wyciągnął z kieszeni skręta, ale go nie zapalał. Tylko mu się przyglądał i okręcał w swoich palcach. Czasami przykładał go do swojego nosa i wąchał. Od jakiegoś czasu opadły mu chęci na robienie czegokolwiek. Czuł się potwornie smutny i nie potrafił określić źródła tego smutku. Palił, aby poprawiać sobie nastrój i to naprawdę działało, bo czuł nieogłupiony do tego stopnia, że nie myślał ani nie analizował niczego zbytnio przesadnie. Wychodził z domu, gdy musiał. Zanim jednak to zrobił, to musiał poudawać w lustrze dobrą minę do złej gry. Musiał poudawać kilka uśmiechów, które potem będzie ,sprzedawał" wszystkim tym, których minie na ulicy czy spotka w pracy, podczas kampanii i tak dalej.
Usłyszał dzwonek do drzwi. Potem kolejny, kolejny i kolejny na zamianę z pukaniem do drzwi. Nie chciało mu się zbytnio fatygować do drzwi. Poza tym oczekiwał odrobiny spokoju. Ostatnimi czasy nie miał na nic czasu. Łącznie z prowadzeniem Spectator'a. Próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz tam był i miał wątpliwości, czy to było w tym tygodniu czy może jeszcze wcześniejszym. Czy przejmował się tym? Nie bardzo, ponieważ dziadek z pewnością trzyma nad tym wszystkim piecze. Sam mu to powiedział, że ma się nie przejmować redakcją, więc tego nie robi. W sumie to na niczym mu nie zależy.
— WEJŚĆ! — krzyknął leżąc na sofie w tak zwanej pozycji ,do góry brzuchem". Nawet nie zdjął butów. Tylko leżał, a w palcach obracał swojego skręta. Jeszcze niezapalonego.
— Nie odbierasz moich telefonów.
Nate zerwał się na równe nogi.
— Vanessa.
Młody Archibald zdziwił się, że ją zobaczył w progu swojego mieszkania. Nie rozmawiali ze sobą od czasu pamiętnego bankietu wydawanego przez jego rodzinę na jego cześć, aby w ten sposób uczcić jego kandydaturę w wewnętrznych wyborach partii Demokratycznej. Inicjatywa rozmowy nie wychodziła z ani jednej ani z drugiej strony i oboje zaakceptowali taki stan rzeczy. Nikt nie podejmował walki, ponieważ zarówno Nate jak i Vanessa uważali, że racja jest po ich stronie. Najprościej mówiąc – oboje byli po prostu zbyt uparci i każdy wolał uparcie trzymać się swojego. Jakby od tego zależała przyszłość świata.
— Nie odbierasz moich telefonów. — powtórzyła zakładając dłonie na piersi i przejmując swoje wojownicze nastawienie w stylu Lary Croft. Przyjęła swoją postawę pewności siebie, a jej spojrzenie mówiło, aby Archibald zaczął się tłumaczyć. Typowa kobieta, która ze swojego chłopaka chcę zrobić pantofla.
— Nie sądziłem, że masz cos jeszcze do powiedzenia. — wzruszył ramionami. — Zrezygnowałaś z filmu. — dodał i wrócił na swoja sofę, ale tym razem tylko usiadł. Wypadałoby zaproponować jej coś do picia, ale wątpił, aby brunetka została dłużej.
— Zmieniłam zdanie. Nadal chce reżyserować.
Nate spojrzał na nią podejrzliwie. Chciał się uśmiechnąć, ale z drugiej strony nie chciał tego pokazywać przy niej. Nie chciał przyznawać, że to ona jest powodem do radości.
— Dlaczego?
— Po prostu… — Vanessa usiadła obok Nate'a na kanapie, ale nie patrzyła na niego. Jej wzrok był utkwiony gdzieś przed siebie. — Moje zachowanie było nieprofesjonalne, przepraszam.
— Przepraszasz? Ty? — zaśmiał się i popatrzył na swojego skręta w dłoni. Nadal nie był odpalony, więc nie mógł być na haju. Ona naprawdę tu była i naprawdę go przeprosiła. Potem niespostrzeżenie schował skręta w poduszkę. Początkowa radość zastąpiło podejrzenie, które przerodziło się w znalezienie odpowiedzi. — Rozmawiałaś z Dan'em. — powiedział tonem jakby to było oczywiste.
— Czy to ważne, dlaczego tu jestem? Ktoś musiał sprowadzić mnie na ziemię. — spojrzała na niego. — Daj mi go.
— Co?
— To, co schowałeś pod poduszką. Daj mi go. — powiedziała już nieco ostrzejszym tonem głosu i wyciągnęła dłoń czekając aż Nate jej coś na nią położy.
Nate wywrócił oczami, ale posłusznie sięgnął po to, co miał schowane w poduszce i dał swojego skręta brunetce. Wiedział, że dyskusja jest daremna i zwyczajnie nie chciało mu się kłócić. Popatrzył jeszcze chwilę na tego skręta i posłusznie go położył na jej dłoni.
— Zadowolona? — zapytał ironicznie.
— Nie bardzo. — odburknęła mu. — Po co ci to?
— To tylko skręt. Przestań dramatyzować Vanessa. — wywrócił oczami i zbliżył się do niej. — Jeśli chcesz, to mogę się z tobą podzielić. Będzie zabawnie.
— Nate, to nie jest zabawne. — Vanessa wstała odwracając się z powrotem do blondyna. — Co się z tobą dzieje? Zachowujesz się nieodpowiedzialnie. Chyba dziadek nie byłbym zadowolony, prawda?
Wspomnienie dziadka nie zrobiło na nim wrażenia. Wręcz przeciwnie – poczuł się zażenowany i nie chciał o tym dyskutować. Położył się na sofie. Nienawidził kilku rzeczy: oceniania go przez pryzmat tego, co o nim piszą, swojej słabości do kobiet oraz tego, gdy inni próbowali udzielać mu kazań oraz prawić morały na temat tego, jak powinien się zachowywać.
— Jakoś to przeżyje. Chcę spać. — dodał i obrócił się plecami do niej. Nie chciał słuchać żadnych gadek, które miałyby zmienić jego życie. — Cieszę się, że nadal będziemy pracować przy filmie, ale jeśli to wszystko po co tutaj przyszłaś, to już możesz iść.
Młody Archibald zamknął oczy i naprawdę próbował zasnąć. Był trochę zaspany i zmęczony. Przez długi czas w jego mieszkaniu była cisza, więc pomyślał sobie, że Vanessa po prostu wyszła. Nie dziwił się, bo zwyczajnie zachował się wobec niej jak ostatni cham. Żałował tego, bo mógł jednak w dość grzeczniejszy sposób ją wyprosić. Może właśnie stracił jedyną szansę na rozmowę z nią? Wtedy poczuł jak czyjaś dłoń głaszczę go po głowie. Odwrócił się i zobaczył ją. Wcale nie wyszła.
— Co się dzieje Nate?
— Po prostu tęsknię za tobą.
Pochyliła się i pocałowała go, a on przyciągnął ją do siebie. Zacisnął mocno dłonie na jej biodrach i obrócił ją w taki sposób, że teraz on leżał na niej. Nie mógł oprzeć się chęci dotknięcia jej ciała, dlatego zdarł z niej bluzkę, a jego ręce pieściły jej piersi, a on całował jej szyję. Wziął do ust jeden z jej sutków, ssąc go delikatnie, podczas gdy drugi masował swoją dłonią. Jego ręka powędrowała w dół między nogami Vanessy. Powoli bardzo delikatnie wsunął jeden palec, a potem drugi i zaczął pocierać kółka na jej łechtaczce. Brunetka wiła się pod nim i jęczała.
To było spontaniczne, ale zarówno ona jak i on nie mieli ochoty tego przerwać tylko dokończyć swoje igraszki do końca. Nawet jeśli było to skrajnie nieodpowiedzialne i naprawdę nie powinni tego robić, to obje temu głosu rozsądku zakleili usta.
Vanessa zagryzła wargę cicho pojękiwała z rozkoszy, jej biodra poruszały się mimowolnie. Sięgnęła dłonią po jego rozporek i pozbyła się jego spodni pomagając mu się ich pozbyć. Potem rozpoczęła masowanie jego penisa, który pulsował w jej dłoni. Patrzyła na niego i przygryzała wargę za każdym razem, gdy dostrzegała na jego twarzy podniecenie i to gdy coraz trudniej zaczyna oddychać. Zamykał oczy i wstrzymywał oddech. Nie chciał ani tracić czasu ani skończyć w jej dłoni.
Nate ustawił się między nogami i powoli centymetr po centymetrze wszedł w nią cały, a ona mu na to pozwoliła. Tylko na początku, bo potem zaczął poruszać się w niej gwałtownie, a jego oczy były w nią wpatrzone. Ciche pojękiwania kobiety zmieniły się w coraz to głośniejsze krzyki. Leżąc pod blondynem objęła go i mocno zacisnęła paznokcie na jego plecach. Unosiła biodra, aby czuć, jak on wnika w nią coraz głębiej, a ona odczuwała coraz większą lawinę przyjemnych dreszczy. Nate czuł, że zbliża się do krawędzi i ostatnim, mocnym pchnięciem eksploduje. Vanessy ciało zadrżało, gdy poczuła, gdy nasienie blondyna ją zalewa i oboje osiągnęli szczyt rozkoszy.
Potem leżeli długie chwile razem w swoich objęciach i nie podejmowali próby rozmowy. Jakby bali się przerwać tą magiczną chwilę. Jakby bali się, że po wypowiadanych słowach cały świat się o nich upomni, a przecież liczyło się tylko co było tu i teraz. Nie myśląc o konsekwencjach w końcu zasnęli.
Niektórzy ludzie są sobie przeznaczeni. Przeznaczenie kojarzy nam się niekiedy z prostą drogą, bo taka powinna być, gdy zmierzamy przez życie z ukochaną osobą. Co jeśli to nieprawda? Co jeśli prawdziwa miłość oraz przeznaczenie, to cholernie trudny szlak drogi do przejścia? Czasem miłość jest pełna trudności, cierpienia oraz niepewności. To wcale nie oznacza, że ma być nieszczęśliwa. Jest piękna, bo dwoje ludzi przyciąga się niczym magnesy.
Niektórzy lubią mówić, że oczy są oczami duszy. Jednak, niespecjalnie lubimy w coś takiego wierzyć. Znamy bowiem mnóstwo ludzi, którzy potrafią zwodzić innych i ciężko nam jest wierzyć w to, aby nasze oczy potrafiły przewidzieć zamiary innych osób wobec nas. Dlatego pozostajemy nieufni. Ta nieufność często przeszkadza nam w naszym przeznaczeniu, dlatego między innymi jest ono dla nas takie trudne.
Czasami jednak ryzykujemy i oferujemy komuś nasze serce z nadzieją, że nie zostaniemy zranieni. Dzieje się jednak różnie i nigdy nie zostajemy nie naruszeni. Cierpienie oraz zawody to cześć ludzkiego życia. Zapominamy o tym i odchodzimy, bo wolimy szukać doskonałości jakby ona istniała. Zamiast skupiać się na naprawianiu tego, co stworzyliśmy razem. Boimy jednak się to robić. Tego nam brakuje. Brakuje nam odwagi, by żyć i kochać nasze drugie połówki za to, kim są, a nie za to, jak sobie ich wyobrażamy.
Korzystając z wolnej chwili, Chuck zaczął przeglądać dokumenty od Georginy, do których siadł po raz pierwszy do czasu przyjazdu Evy i małej Lily do Nowego Jorku. Wcześniej zwyczajnie nie miał na to czasu albo po prostu to była tylko wymówka, ponieważ bał się tego, co może tam znaleźć. Wydawało się, że jego ojca nic nie jest w stanie bardziej obciążyć i już nic nie sprawi, że będzie miał do niego coraz to większe pretensje. Nawet jeśli Bart nie żył już od kilku lat, to ten cały żal, który miał w sobie młodszy Bass cały czas był. Bart nigdy nie był dobrym ojcem. Nigdy nie był czuły, ale zawsze miał wymagania co do Chuck'a i wręcz żądał, aby ten odnosił sukcesy, które ten odnosił, gdy był w jego wieku. Ciągle wypominał Chuck'owi, że ten ma wszystko, podczas gdy on o wszystko musiał walczyć sam. Jeśli jego walka polegała na wzbogaceniu się na nielegalnych interesach, to jednak Chuck wolał być bananowym dzieckiem.
Dostarczone dokumenty nic nie mówiły szczególnego o fundacji. Wszystko wyglądało na jak najbardziej legalną organizację, która nie była przykrywką do niczego. Coś jednak nie dawało młodemu Bass'owi spokoju. Coś musiało tutaj być, a on notorycznie coś przegapiał za każdym razem, gdy przeglądał te wszystkie papiery od nowa. Co to jednak było? Nic nie rzucało mu się w oczy, więc musiało to być cos naturalnie niepozornego. Sięgnął ostatecznie po listę adopcyjnych dzieciaków, które fundacja ,Popioły Feniksa" pomogła. To była ostateczność, ponieważ wątpił, aby adopcyjne dzieciaki cokolwiek wniosły do tej sprawy. Dlatego przegląd zrobił tylko dla formalności.
— Nie jesteś u Blair?
Eva wyraźnie była zdziwiona widząc Chuck'a w salonie, który jej oczami pracował. Kiedy napisał jej, że Henry zaginał, to się martwiła tak samo bardzo jak on i zrozumiała, że raczej już nie wróci do apartamentu. Wiedziała, że Henry po kilku godzinach się odnalazł, ale przypuszczała, że Chuck spędzi czas ze swoją rodziną na rozmowach oraz wyjaśnianiu problemu. To wydawało się być naturalne.
— Nie. — Chuck odwrócił się do blondynki i posłał jej delikatny uśmiech. — Dan go znalazł i poprosił o cierpliwość zanim przyprowadzi go do domu. Uznałem, że moja obecność tam będzie zbędna. Dan i Blair sobie poradzą bez mojego udziału.
— Czy jako tata nie powinieneś być obecny? — przez ton głosu Evy przemawiało zdziwienie zachowaniem Bass'a, czego naturalnie nie ukrywała nawet po wyrazie swojej twarzy.
— To skomplikowane. — dodał tajemniczo, a po chwili zmienił temat. — Mam coś dla ciebie. — dodał i sięgnął do torby po list, który wręczył blondynce.
— Co to takiego?
— Przyszło z moją korespondencją. Sprawdź sama.
Eva odpieczętowała list i go przeczytała. Z treści dowiedziała się, że jej wniosek spotkał się z pozytywnym rozpatrzeniem i córeczka została przyjęta do szkoły na zasadzie stypendium z powodu jej wielkiego talenty artystycznego.
— Nie rozumiem… nie składałam żadnego podania do szkoły.
— Ale ja to zrobiłem.
— Ty?
— Pozwoliłem sobie wziąć jedną z pracy Lily. Zaniosłem ją do szkoły Henrego i złożyłem podanie o przyznanie stypendium dla wyjątkowego talentu. Skoro dostałaś list, to znaczy, że wniosek został rozpatrzony pozytywnie.
Chuck trochę nagiął prawdę, bo tak naprawdę ustawił całe te stypendium oraz list, który napisali kilak godzin wcześniej i kurier go wrzucił do skrzynki. Eva jednak nie musiała tego wiedzieć, a Bass zrobi wszystko, aby nigdy się o tym nie dowiedziała. Nie było mu z tego powodu wstyd, bo uważał, że postępuje słusznie i nawet Blair przyznała, że jego działania są nieco pogmatwane, ale nadal szlachetne. Wziął sobie te słowa do serca. Chciał tylko dla nich jak najlepiej, ale wiedział, ze Eva nigdy nie przyjmie od niego takiej pomocy finansowej i rozumiał to. Nie przeszkodziło to mu jednak w tym, aby tą pomocą jej wcisnąć.
— Czy to oznacza, że Lily dostanie stypendium za naukę w tej szkole?
— Tak. — przytaknął skinięciem głowy. — Pokryje to koszty nauki w szkole i zostanie coś na inne rzeczy książki, pomoce naukowe, może korepetycje, ale też ciuchy i takie…— przerwał, bo poczuł jak Eva go całuje. Chociaż to było spontanicznie i szybkie, że nawet nie zdążył tego odwzajemnić.
— Przepraszam ja nie chciałam…— powiedziała zawstydzona.
— Nic się nie stało. — odparł będąc nadal w szoku i spontanicznie dotykając palcami swoich ust. Nie wiedział, co powinien zrobić. Był jak słup soli.
— Możemy udawać, że nic się nie stało? To było z wdzięczności.
— Oczywiście.
— Tyle robisz dla mnie i dla Lily. Jesteś dobrym człowiekiem Chuck i nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie ci się odwdzięczyć.
— Nie musisz. Możesz zostać w Nowym Jorku i tutaj budować swoje życie od nowa. Ja ci pomogę i ja cię ochronię jeśli będzie trzeba. Zaufaj mi.
Po tych słowach odważył się ją przytulić i ku jemu pozytywnemu zaskoczeniu nie odsunęła się od niego ani też go nie odepchnęła. Nie bała się go i po raz pierwszy do tygodni Chuck to poczuł. Blair miała rację – bycie cierpliwym popłaca. Nawet jeśli to był mały krok, to dla niego było to coś wielkiego.
— Nie będę ci już przeszkadzać. — oderwała się od niego. — Widziałam, że pracujesz.
— Oh to? To nie… — wziął odruchowe do ręki jedną z teczek, ale mu wyleciała z rąk i się wszystkie dokumenty rozsypały na ziemię. — Cholera jasna…
Oboje z Evą kucnęli i zaczepi zbierać dokumenty z podłogi. Eva wzięła jeden papier i chciała go odłożyć do pozostałych, ale coś na nim zwróciło jej uwagę. Przyglądała się jemu dłużej niż powinna, co zwróciło również uwagę młodego Bass'a.
— Coś nie tak? — zapytał.
— Co to za lista?
— Fundacji, którą założył mój ojciec. To lista wychowanków. Czemu pytasz?
— Jest na niej Scott i Lucille'a.
— Scott? Twój narzeczony?
— Tak.
— A dziewczyna?
— To mama Lily.
— Pokaż.
Chuck wziął od niej dokument i zaczął się temu przyglądać i dopiero wtedy go zmroziło. Nigdy nie pytał o Scott'a jakoś bardzo szczegółowo i nawet nie domyślił się, że może go znać. Dopiero, gdy przeczytał , Scott Rosson", to go oświeciło, że cały czas miał do czynienia z córką syna swojej macochy. Jak to możliwe, że to wszystko było ze sobą powiązane i przy okazji tak bardzo pogmatwane? Czy to naprawdę był przypadek? Czy wpadał w jakąś psychozę? Czy Eva wiedziała, że związała się z synem van der Woodsen'ów? Czy cokolwiek wiedziała o swoim narzeczonym? Zapewne by ją o to zapytał, gdyby nie zobaczył kolejnego nazwiska, które jak poprzednie go zmroziło.
— Lucille Hecht to mama Lily?
— Tak. — przytaknęła i widząc twarz Chuck'a to nieco się przeraziła. — Czy coś się stało?
— Mieszkaliście od zawsze w Australii?
— Nie.
— Od tam mieszkanie
— Nie wiem… kilka miesięcy. — Eva była wyraźnie zdezorientowana wywiadem, którym przeprowadzał z nią Chuck.
— Gdzie mieszkaliście wcześniej?
— We Francji. Dlaczego pytasz? Co się dzieje Chuck?
— Wasz wyjazd z Francji mi się z czymś pokrywa.
— Z czym? Nie bardzo rozumiem do czego zmierzasz i szczerze? Zaczynasz mnie przerażać.
— Kilka miesięcy temu Lucille Hecht została znaleziona martwa w Paryżu.
/
Dan i Henry szli przez ogromny cmentarz Green Wood, który znajdował się na Brooklynie. To tutaj był pochowany Harold Waldorf i Dan po raz pierwszy od całego zdarzenia będzie miał okazję odwiedzić jego grób. Do tej pory nie mógł się na to zdobyć, ponieważ cały czas miał w pamięci swój nadzwyczajnie dziwny sen, o którym nie mógł zapomnieć. W prawdzie były to już tylko strzępki wspomnień, ale sama idea tego snu została – to była jakaś dziwna podróż i wskazówki, których Dan za cholerę nie potrafił rozgryźć. Zresztą czy powinien to robić? Przecież ten sen był tak odrealniony jak wszystkie inne sny, że siłą rzeczy nie mógł być prawdziwy. Dlatego był snem, a nie realnym zdarzeniem. Mimo wszystko – nie potrafił o nim zapomnieć i szukał w nim jakieś szczegóły, do którego może odnieść się w rzeczywistości. Szukał wskazówek jakby faktycznie Harold mu je zostawił. Do dzisiaj nie miał nic i obawiał się nieco tego ,spotkania" na cmentarzu jakby Harold miał zweryfikować to, co do tej pory Dna zrobił. To było głupie, ale Humphrey naprawdę miał takie obawy.
— Wujku Dan?
— Tak?
— A czy kiedykolwiek jeszcze zobaczę dziadka?
Humphrey wypuścił powietrzę. Oto i ono – trudno pytanie, a myślał, że raczej nie spotka go to dzisiaj. Jak on ma na to odpowiedzieć? Przecież skąd mam to wiedzieć? Ostatnie czego chciał, to okłamywać dziecko czy budować mu jakaś fałszywą rzeczywistość. Myślał gorączkowo, ale nic mądrego mu nie przychodziło do głowy. Zresztą jak zawsze w takich momentach. Przeszło mu przez myśl, aby być z nim szczerym. Powiedzieć to, co sam myśli i to, jakie on sam żywił nadzieje. Przecież jak inni w coś wierzył – śmierć nie była ostatecznością, jedynie czymś przejściowym. Czy w to wierzył? Naprawdę chciał, aby tak było.
— Mówiłem ci, że jak byłem nieprzytomny, to twój dziadek mi się śnił?
— Nie.
— Byłem w Londynie na stacji kolejowej na peronie 9 i .
— Na tej stacji z Harrego Pottera? — głos małego Henrego się nieco ożywił.
— Dokładnie tej samej. — przytaknął mu z uśmiechem i dalej szli razem w kierunku wyjścia. — Był tam twój dziadek Harold i wyglądał jak Albus Dumbledore dyrektor Hogwartu.
— Dziadek Harold dyrektorem Hogwartu? — powtórzył mały Bass, a Dan po jego minie widział, że ten próbuje sobie to wyobrazić. Uśmiechnął się sam do siebie.
— Tak i myślę, że teraz… w niebie jest takim dyrektorem Hogwartu.
— Czyli jak będę miał jedenaście lat i dostanę list ze szkoły magii i czarodziejstwa, to znowu zobaczę dziadka?
Dan zatrzymał się i kucnął przy małym Henrym, aby na niego spojrzeć. Nie miał zbytnio doświadczenia w rozmowach z dziećmi i naprawdę miał nadzieję, że teraz nie robi niczego złego. Miał nadzieję, że Blair nie będzie na niego zła. Czuł, że nawet nie ma prawa do takiej rozmowy z jej synem, ale z jakiegoś powodu nie potrafił się opanować, aby to zrobić. Nie potrafił się opanować, aby przysłowiowo nie dorzucić tych swoich trzech groszy.
— Może nie jak będziesz miał jedenaście lat, ale gdy będziesz już starszym sędziwym panem u progu swojego życia, to twój dziadek po ciebie przyjdzie i zabierze cię do tego Hogwartu w niebie. Wtedy będziesz miał czas opowiedzieć mu całe swoje życie i wiedzieć jaki był z ciebie dumny, gdy tak dobrze się uczyłeś, gdy zdobywałeś najlepsze oceny, gdy byłeś grzeczny i słuchałeś mamy, ale przede wszystkim będzie z ciebie dumny, gdy będziesz dobrym człowiekiem i po prostu będziesz spełniał swoje marzenia. Możesz mu to obiecać?
Twarz małego Henrego rozpromieniła się po raz pierwszy od kilku dni i Dan uśmiechnął się widząc radość chłopca.
— Myślę, że mogę to zrobić.
Dan znowu go wziął za rękę i szli już w milczeniu przez resztę tego spaceru aż nie zatrzymali się przy grobie Harolda Waldorf. Postali chwilę tylko wpatrując się w nagrobek, a Dan zastanawiał się, co powinien powiedzieć i jak zacząć rozmowę. Trochę go to stresowało, ale na szczęście nie musiał, ponieważ to syn Blair pierwszy się odezwał.
— Harold Waldorf. Ukochany mąż, ojciec i dziadek. — mały Henry przeczytał na głos napisy wyryte na nagrobku.
— To jest grób twojego dziadka.
— Co my tu robimy?
— Chciałeś wysłać list do dziadka, prawda? Nie musisz. Możesz go przeczytać tutaj.
— Tak po prostu?
— Tak. Mogę odejść na parę minut, jeśli chcesz.
Henry się nie odezwał. Spuścił głowę i stali tak kilka minut w milczeniu. Humphrey zrozumiał, że to jego czas i musi odejść, aby dać chłopcu trochę prywatności na jego rozmowę z dziadkiem. Nie sądził, aby mógł powiedzieć coś więcej. Gdy odwrócił się i zaczął iść w kierunku najbliższej ławki usłyszał jak mały Henry go woła.
— Tak Henry?
— Skąd mam wiedzieć, że dziadek to usłysz?
Dan uśmiechnął się lekko i wrócił do chłopca, przy którym przykucnął.
— Usłyszy.
— Skąd wiesz?
— Bo twój dziadek zawsze będzie z tobą. Będzie tutaj. — powiedział i położył palec na jego główkę. — I tutaj. — tym samym palcem dotknął teraz jego piersi w okolicach serca. — Gdziekolwiek jest twój dziadek, to zawsze będzie wiedział, co teraz myślisz albo co robisz albo co mówisz. Musisz sobie tylko wyobrazić to, co chciałbyś mu powiedzieć. On cię usłyszy.
Chłopczyk uśmiechnął się przez łzy i przytulił Dan'a. Mimo, że nie byłą to ani łatwa sytuacja ani łatwa rozmowa, to Humphrey był wdzięczny za te kilka chwil z małym chłopcem. Miał nadzieję, że będą w stanie razem zbudować normalną relację i że Henry zawsze będzie wiedział, że może na nim polegać. Chciał, aby Henry zawsze wiedział, że może przyjść do niego z każdym problemem, bo on będzie starał się mu pomóc. Miał nadzieję, że chłopiec będzie to wiedział.
— A zostaniesz ze mną? Chciałbym to przeczytać przy tobie.
— Oczywiście.
I Henry przeczytał list, który napisał dla dziadka, a potem schował go do koperty i zostawił przy nagrobku. Potem wziął Dan'a za rękę i skierowali się w kierunku wyjścia z cmentarza.
/
Śmierć kogoś bliskiego zawsze jest ciężkim tematem, ciężką sprawą, o której nie da się zapomnieć. Da się bowiem do tego przywyknąć i żyć z dnia na dzień, ale czy zapomnieć? W żadnym wypadku, to zostaje na trwale w nas, naszej duszy. Nie możemy jednak na siłę zakopywać uczuć żalu, rozpaczy oraz smutku, wmawiając sobie, że nic się tak naprawdę nie stało lub co gorsza, że nic nas to nie obeszło. Karmienie się nadzieją, że te sprawy się zakończą jest niezwykle łudzące. Takie sprawy nigdy nie umierają z naszym bliskim. Zaczajają się, zapuszczają korzenie i nabierają siły, szykując się do ataku.
Śmierć nigdy nie jest ostatecznym końcem życia. Tak naprawdę ma być tylko etapem początkowym czegoś nowego. Pewnie wielu będzie się zastanawiać dokąd ta śmierć ma nas zaprowadzić. Czy gdzieś tam jest inny, lepszy świat czy może czeka nas kara, etap przejściowy, samotna wędrówka czy być może dostaniemy całkiem nowe życie. Tak naprawdę, to nikt nie jest w stanie odpowiedzieć nam na to pytanie, ponieważ nie ma osób, które to „przeżyły", aby wrócić i nam opowiedzieć, co czeka nas wszystkich. To budzi kontrowersje, ale też pewną tajemniczość. Ciekawi nas przecież, co będzie dalej, ale też motywuje do tego, aby jednak starać się dobrze przeżyć swoje życie skoro ma być nagroda. Wszyscy bowiem chcemy być szczęśliwi, nikt nie chciałby zostać ukarany.
Co jest zapłatą za grzechy oraz złe uczynki? Sama śmierć czy jest po niej coś więcej? Coś, co ludzie określają mianem piekła? Ponoć odpowiada to śmiertelnej niewoli więzienia, ale jest znacznie gorsza. Nie odpoczywasz tam, nie zbijasz piątek z kumplami spod celi ani też nie grypsujesz. Jak tam jest? Właściwie to nikt nie wie, a każdy się boi. Przynajmniej ta część wierząca jest przekona, że za wszystko, co robimy źle będzie kara i dlatego mamy wieść dobre życie, aby nas to nie spotkało. Prawda czy zwykłe strasznie? Odpowiedź znają tylko ci, co zmarli.
Blair siedziała i patrzyła na list, który otrzymała od Dan'a kilka tygodni temu. Był to list od jej ojca, który chciał jej dać zanim wyjedzie z Nowego Jorku, ale nie zdążył. Nadal nie miała odwagi, aby to przeczytać. Bała się. Okropnie się bała.
— Nadal próbujesz się przekonać do przeczytania?
Blair odwróciła się i zobaczyła za sobą Dan'a. Uśmiechnęła się. Wstała i poszła się do niego przytulic. To był bardzo długi i ciężki dzień i cieszyła się, że jest w ramionach ukochanego. Samodzielność oraz swoboda nigdy nie zapewniają żadnej satysfakcji. Zawsze potrzebny jest ktoś obok. Ktoś, kto nas rozumie, wspiera i w nas wierzy. Dla Blair Dan był taką osobą. Nawet jak nadal cuchnęło od niego totalną wsią. Kochała go takim, jaki był.
— Henry już śpi? — sprytnie zmieniła temat.
— Tak.
— Nadal nie mogę uwierzyć, że wybrał sobie ciebie do czytania bajek na dobranoc.
— To chyba jakiś początek w nasze relacji. — odparł z uśmiechem Dan i znowu jego wzrok padł na kopertę. — Dzisiaj Henry zapytał się mnie czy chce być przy tym jak będzie czytał list do dziadka. Mogę to samo zrobić dla ciebie. Jeśli to tylko doda ci odwagi.
— Kocham cię za to, ale naprawdę nie jestem gotowa. Jeszcze nie.
— Hej…— powiedział cicho i zapał ją dłonią za podbródek i zmuszając ją tym samym, aby na niego spojrzała. Drugą ręką poszukał jej dłoni, aby spłacać ich palce razem. — Jesteś.
Blair spojrzała na niego. Jego ciemne oczy były pełne miłości i wiedziała, że jest to miłość skierowana do niej. Patrzył na nią jak zahipnotyzowany. Nawet jeśli nie byli ze sobą przez kilka lat, to jego miłość nigdy nie zmalała, nigdy nie była zachwiana i nigdy nie ustała. Ona ciągle rosła razem z nim. Mimo, że jej to mówił, ale dopiero dzisiaj to zobaczyła. Nadal było między nimi pełno wątpliwości oraz przeszkód, z których oboje zdawali sobie sprawę.
Ich związek to było jak zderzenie dwóch światów, które próbują być razem i pozostać razem mimo tak ogromnych różnic. Już wcześniej próbowali być razem i zrobili wiele rzeczy, aby walczyć z tymi różnicami oraz podziałami, ale większość ich prób położenia tych światów zakończyła się niepowodzeniem. Na to jednak potrzeba było dużo czasu, aby oboje zrozumieli, że tak długo jak ich miłość jest silniejsza niż siła, która ich próbuje rozdzielać do tych różnych i odrębnych światów, to ich związek będzie w porządku. Będzie stabilny i będzie pełen zrozumienia. To zrozumienie, wzajemne zaufanie i przede wszystkim miłość pozwoliła im znaleźć równowagę między obydwoma światami. Całe ich życie będzie polegało na rozwiązywaniu konfliktów, ale oboje są na to gotowi.
— Jestem gotowa. — powtórzyła przez łzy i puściła jego rękę.
Usiadła na swoim łóżku i sięgnęła po kopertę. Dan usiadł obok niej i przytulił ją. To było dodanie wsparcia oraz otuchy. To było wszystko to, czego obecnie potrzebowała. To było wszystko to, co dodawało jej odwagi, aby otworzyć tą kopertę, ale zanim to zrobiła, to minęło jeszcze czasu. Dan natomiast jej nie naciskał. Nic nie mówił. Tylko cierpliwie czekał aż to zrobi.
Nagle, zadzwonił jego telefon, ale on sięgnął po niego tylko po to, aby go wyciszyć.
— Przepraszam kochanie.
— Nie, w porządku. Odbierz. Może to ważne.
— Nie, jestem teraz z tobą. Cały świat poczeka. — dodał i pocałował ją delikatnie w usta.
— Myślę, że możesz odebrać. Poradzę sobie.
— Jesteś pewna?
— Tak.
Dan zrozumiał tą lekką insynuację. Potrzebowała spokoju i potrzebowała zrobić to w samotności. Całkowicie to rozumiał. Jeszcze raz ją pocałował i po chwili opuścił jej pokój informując ja, że wróci za jakieś cztery minuty. Gdy tylko zniknął za drzwiami, brunetka rozpieczętowała kopertę i wyjęła list, który zaczęła czytać.
Najdroższa Blair!
Przykro mi, że nasza ostatnia rozmowa nie poszła tak, jak tego oczekiwałem. Oboje jesteśmy uparci i chcemy stawiać na swoim. Nie lubimy słuchać tego, co mówią nam inni, bo wydaje nam się, że jesteśmy najmądrzejsi i zrobimy wszystko lepiej. Taka natura wielkich intelektualistów, prawda? Chociaż musisz mieć to po matce, na pewno nie po mnie.
Potrzebowałem chwili, aby ochłonąć i zrozumieć twoje podejście. Popełniłem błąd i chciałbym cię za to przeprosić. Ja sam też wybrałem swoją miłość, bo kierowałem się własnym szczęściem nie patrząc na innych. Jak mógłbym więc wymagać od ciebie poświęcenia? Wyszedłbym na strasznego hipokrytę.
Nie powinienem mówić ci, co masz robić/ Jesteś panem swojego losu i zawsze taka byłaś. Zawsze wiedziałaś, co będzie dla ciebie dobre. Byłem przy tobie przez większość życia. Widziałem cię jak dorastasz i jak się uczysz. Widziałem cię jak przechodzisz z rezolutnej nastolatki do dorosłej i pewnej siebie nastolatki. Widziałem cię jak walczysz i nie poddajesz się próbując zdobyć swoje. Widziałem jak ciężko pracujesz, aby stać się coraz to lepszą wersją siebie.
Chociaż nie zawsze byłem przy tobie, to wiedz, że nigdy nie przestałem być z siebie dumny.
Dzisiaj widzę jakie twoje serce jest piękne. Jest czyste i gotowe na to, aby być kochane. Tak samo jak ja kocham ciebie. Przygotuj się na to, co będzie dalej. Obiecaj mi tylko, że kiedy wybierzesz mężczyznę, z którym pragniesz być, to będzie ktoś, kto cię szanuje i dobrze cię traktuje. Niech będzie to, ktoś ko przyspiesza bicie twojego serca. Niech będzie to ktoś, kogo kochasz dlatego kim jest, a nie co ma posiada czy jaki posiada status. To nic nie znaczy. Kieruj się rozumem, ale podążaj za sercem.
Kocham cię moje dziecko. Jestem i zawsze będę z tobą.
Do zobaczenia wkrótce,
Twój kochający tata
Blair się rozpłakała, ale nie trwało to zatrważająco długo. Usłyszała trzask drzwi i stojącego w progu Dan'a. Spojrzała na niego, aby mu powiedzieć o tym, co napisał jej tata w liście, ale zobaczyła jego minę i zamarła. Sprawiał wrażenie jakby zobaczył ducha. Poczuła dziwny niepokój, że wkrótce coś się wydarzy i nie będzie to nic przyjemnego. Nie wiedziała czy Dan był smutny, zły, nieszczęśliwy czy może wszystko to razem połączone. Jedno było pewne – na pewno nie stało się nic dobrego.
— Coś się stało? — zapytała i zauważyła, że jej głos drży. Mimowolnie złapała się dłonią za gardło. — Kto dzwonił?
— Plotkara.
— Co?!— brunetka podeszła do mężczyzny, ale ten się cofnął. Zmartwiła się. — O co chodzi? Co ci powiedziała?
— Wysłała mi.
— Co ci wysłała? — złapała go za ramiona i mocno ścisnęła. Chciała, aby na nią spojrzał. On jednak znowu się odsunął, a raczej wyszarpał z jej uścisku. — Dan, o co chodzi?
— Czy Henry jest moim synem?
/
