Trzy miesiące później
Paryż – czyli najsłynniejsze miasto zakochanych. Mamy tutaj sztukę, symbole oraz długie spacery między Sekwaną czy nawet polami elizejskimi. Jest ta słynna wieża, na której czy nawet przed która oświadczało się tak wielu śmiałków wybrankom swego serca. Poziom romantyzmu jest tak wielki, że trudno sobie wyobrazić, że jakaś dziewczyna mogłaby powiedzieć ,nie". Mimo wszystko, to nie wieża Eiffla, Luwr, Sekwana czy pola elizejskie zyskuje największe uznanie w przypieczętowaniu odwiecznej miłości. To zostaje przypisywane od lat słynnemu mostowi Pont des Arts, gdzie pary wieszają kłódki ze swoimi inicjałami na znak bezgranicznej i wiecznej miłości. Kluczyk od kłódki razem wyrzucają do rzeki, aby już na zawsze móc należeć do siebie. Jest taka legenda, może bardziej przypowieść, która mówi o tak zwanym ,zamykaniu miłości" w kłódce i że wyrzucony kluczyk ma zapewnić trwałość związku. To symbol związku, jakiś zalążek historii albo zwyczajnie dobra wróżba. Niektórzy przesądni chcieliby z takiej dobrej wróżby skorzystać a ci nieprzesądni powiedzą, że jest to symboliczne albo robią to ,na wszelki wypadek" wcale nie mają wiary w to, że zwyczajna kłódka i zatopiony kluczyk w rzece ma zapewnić im szczęście oraz trwałość w związku.
Gdy Dan myślał o tym moście, to wyobrażał sobie coś podobnego, co miał w Nowym Jorku, ale wyróżniałby się tymi wszystkim kłódkami zakochanych. Nie sądził jednak, że będzie tego aż tak dużo. Na tym moście praktycznie między jedną kłódką a drugą był centymetr różnicy. Było tego tak dużo, że nie sposób sobie tego wyobrazić. Sam Humphrey dziwił się, że jeszcze znajdują się ludzi, którzy znajdują sobie miejsce na tą cenną kłódkę. To jednak go nie zniechęciło, ponieważ postanowił sprawdzać każdą kłódkę idąc przez most w kierunku aż do Luwru. To było głupie i starał się robić to niezauważalnie, aby przechodnie nie zwracali zbytnio na niego uwagi.
Dlaczego to robił? Czy czegoś szukać? Zdecydowanie tak – nie potrafił sobie wyobrazić, że taka ,epicka miłość", jaką miał Chuck z Blair nie znalazłaby zwieńczenia na tym moście w postaci kłódki. Przez ostatnie miesiące, gdy dowiedział się prawdy na temat Henrego uznał, że to był kolejny powód do tego, aby zrozumieć, że on i Blair są para, która nie może się wydarzyć. Gdy wydawało się, że nie będzie już kłamstw, tajemnic czy niedopowiedzeń, to pojawia się właśnie ta – najgorsza z możliwych. Wtedy poczuł się zrezygnowany i wszystkie te starania o to, aby walczyć o ten związek nie miały już dla niego sensu. Poczuł się oszukany i zdradzony. Najgorszy jednak był ten ból w klatce piersiowej, który przypominał mu o tym jak bardzo jest skrzywdzony. Nie chciał już dłużej cierpieć ani się zawodzić. Teraz czuł jakby jego cierpienie oraz jego zawód zachowaniem Blair był kolejnym punktem albo przystankiem do tego, że ona i Chuck ponownie się zejdą i nadal będą się upajać tą epicką miłością. On był tylko kolejną przeszkodą, która ta dwójka musi pokonać i jeśli tak ma być, to porządku – on po prostu usunie się w cień. Dlatego tutaj był, aby sprawdzić czy twa dwójka wiele lat temu zaklęła swoją miłość w kłódce i zatopionym kluczyku.
— Co ty do cholery robisz Humphrey?
Dan odwrócił się, bo usłyszał za sobą niski i chrapowaty głos. Znał ten głos, ale gdy się odwrócił, to nie widział osoby, do której mógłby ten głos przypisać. Za nim stał, a właściwie siedział jakiś facet sprzedający pamiątki. Miał typowy ,francuski wąs", a na głowie czapkę rodzaju kepi, która praktycznie zasłaniała mu oczy. Dan stał jak słup i patrzył na niego z lekkim zdezorientowaniem. Niby obcy człowiek, ale wydawał mu się tak bardzo znajomy. Wtedy zobaczył ten delikatny uśmiech i już nie miał wątpliwości z kim rozmawia.
— Chuck?
Wtedy mężczyzna podniósł głowę w taki sposób, że Dan mógł zobaczyć jego pełne rysy twarzy. To faktycznie był Chuck Bass. Jednak jego komiczny ubiór taki stereotypowy budził w Danie lekkie rozbawienie. Co również okazywał.
— Nie śmiej się jak idiota. Chodź tu i udawaj, że chcesz coś ode mnie kupić.
Dan posłusznie podszedł do tego stanowiska i wziął do rzeczy pierwszą lepszą rzecz, którą zobaczył i zaczął oglądać z zainteresowaniem. Przynajmniej tak chciał, aby to wyglądało.
— Co ty tutaj robisz w tym dziwacznym przebraniu? Myślałem, że jesteś w Nowym Jorku.
— A ja myślałem, że będziesz zajmować się tym, o co cię prosiłem.
— Zajmuje. Właśnie szedłem spotkać się z kimś, kto chce ze mną rozmawiać o śmierci Lucille.
— Przez most zakochanych oglądając kłódki i sprawdzając czy nie ma tu mojej i Blair?
Dan'a zatkało, że nie wiedział, co powiedzieć. Próbował ruszać ustami, ale nie wypuszczał z nich żadnych konkretnych słów tylko ewentualnie powietrze powodując jąkanie. Skąd on wiedział? Czy był jakimś chorym jasnowidzem, który pojawiał się jak na pstrykniecie palcem tylko po to, aby go dręczyć?
— Pod tym względem ty i Blair jesteście podobni. — dodał po chwili nieco rozbawiony Chuck wiedząc, że trafił w sedno. — Ona też na siłę próbuję wmówić sobie i przy okazji mi, że ty i Serena jesteście jak dwie połówki jabłka, które tylko dążą do tego, aby się połączyć w jedność. Czy zamiast tej błazenady nie możecie po porostu porozmawiać?
— Chuck proszę nie wtrącaj się. Zgodziłem się pomóc pod warunkiem, że nie będziesz wchodził buciorami w moje osobiste sprawy, tak? — przypomniał mu ich zawarty układ, ponieważ Bass zdawał się o tym zapomnieć.
— Nie będziesz w Paryżu wiecznie. W końcu wrócisz do Nowego Jorku i będziesz musiał stawić temu czoła.
— Wrócę do miasta kontynuować budowanie relacji z moim synem. Nie po to, aby rozmawiać z Blair. Nic nie jest w stanie tego naprawić.
Chuck pokiwał głową w milczeniu, ponieważ zdawał sobie sprawę z tego, że nic w świecie nie jest w stanie przekonać Humphrey'a do zmiany decyzji. Tylko on sam. Polecił mu tylko bardziej wczucie się w rolę turysty oglądającego pamiątki, bo nie zachowywał się naturalnie, a Bass nie chciał zbytnio zwracać na siebie uwagę.
— Co tutaj robisz w ogóle? — zapytał w końcu Dan przeglądając rzeczy, które Chuck miał na stoisku. — I skąd to dziwaczne przebranie?
— Chciałem sprawdzić jak sobie radzisz, a to był jedyny sposób, o którym pomyślałem.
— I najbardziej idiotyczny. — Dan się zaśmiał, ale zaraz uśmiech nieco spełzł z jego twarzy. — To jakaś forma sprawdzenia? Nie ufasz mi?
— Uznaj to za troskę.
Dan tylko pokiwał głową i nic nie powiedział. Schował dłoń do kieszeni i popatrzył na telefon. Zostało mu niewiele czasu, aby dotrzeć na umówione spotkanie. Pożegnał się z Bass'em i ruszył w kierunku Luwru.
/
Wielki dzień Nate'a Archibald'a. Nadszedł bowiem wyczekiwany dzień, w którym republikanie ogłoszą jego zwycięzco w wewnętrznych wyborach. Właściwie Nate zrobi to sam – potwierdzi, że wystartuje o fotel burmistrza Nowego Jorku. Udało się, a on sam poczuł ulgę, ponieważ spełniał oczekiwania wszystkich – dziadka, mamy oraz reszty, którzy pokładali w nim nadzieję. Był bardzo młody, ale mimo tak młodego wieku zrobił wrażenie na partii. Być może jego dziadek maczał w tym palce i gdyby tak było, to młody Archibald nie zdziwiłby się. Chciał jednak wierzyć w to, ze jego wygrana była wynikiem czystej gry. Dlatego był ślepy na wszystko inne – łączeni z argumentami. Dzisiaj jednak o tym nie myślał, ponieważ to był jego wielki dzień triumfu.
Czekał za kulisami sceny, na której miał wystąpić za jakąś godzinę i patrzył jak zbierają się ludzie. Niektórych znał, jednych kojarzył, a jeszcze innych widział po raz pierwszy na oczy. Najbardziej chciał, aby byli jego bliscy. Blair, Jenny i Eric obiecali, że będą oglądać na żywo w Internecie. Chuck odmówił, ponieważ nie chciał być widziany na wiecu żadnej ze stron – uciekał z dala od polityki. Dana również się nie pojawił, ponieważ od dawna nie było go w mieście – potrzebował wyjechać po ostatnich rewelacjach w jego życiu i chociaż Nate to rozumiał, to część jego była z tego powodu smutna. Chciał, aby jego przyjaciel dzisiaj był tutaj z nim. Vanessa też miała być, ale ostatnio źle się czuła. Kilak razy zemdlała i lekarz polecił jej zostać w domu. To poniekąd też sprawiało mu przykrość, ale rozumiał sytuację. Tylko bardzo się o nią martwił, bo zaczynał się przepracowywać tworząc plan filmowy, a raczej miejsce do castingów z magazynu, który wynajął im Eric.
Nate poczuł, że ktoś go mocno obejmuje od tyłu. Wiedział, że to była Vanessa. Poczuł ulgę i jednocześnie nieopisaną radość, że jego dziewczyna już się tutaj zjawiała.
— Hej, co tutaj robisz? — zapytał odwracając się do niej i całując delikatnie w usta. — Myślałem, że lekarz kazał ci odpoczywać.
— Tak, ale chciałam się z tobą zobaczyć. Życzyć ci szczęścia iii…. — zawahała się.
— O co chodzi Vanessa? — Nate poczuł dziwny skurcz w żołądku jakby miało się zaraz coś wydarzyć. Coś, co niekoniecznie by mu się spodobało.
— Chciałabym z tobą porozmawiać, ale to może poczekać. Zobaczymy się wieczorem u mnie?
— Wiesz, że nie lubię, gdy ktoś tak zaczyna rozmowę. Powiedz mi teraz.
— To nie jest odpowiedni moment ani czas. Zaraz masz wystąpienie.
— Które mi nie pójdzie, bo cały czas będę się stresować tym, co chcesz mi powiedzieć.
Nate naciskał, ale z drugiej strony był nieco zły, że jego dziewczyna zjawiła się tutaj tylko po to, aby go powiadomić, że mają do pogadania. Jeśli chciała porozmawiać z domu, to powinna na niego poczekać bez konieczności informowania go o tym. Jakby nie wiedziała, że takie teksty na ogół stresują i już nie chce się o niczym innym myśleć, bo poziom zdenerwowania sięgnął zenitu. Nate'owi nie brakowało nerwów oraz stresu i teraz miał tego więcej.
— Jesteś pewien?
— Tak. — objął ją swoimi dłońmi za jej ramiona.
— Muszę trochę ograniczyć pracę. To polecenie lekarza.
— Okej. Nie musisz organizować castingów sama. Dopóki Dan nie wró…
— To nie o to chodzi.
— Wiem, że będą czekać nas wysokie straty. Być może będziemy musieli przełożyć plany na film do następnego roku.
— O co chodzi kochanie? Jesteś chora? — Nate poczuł dziwne ukłucie w żołądku, a przez jego głowę przebiegało mnóstwo myśli i niekoniecznie tych dobrych.. Zaczął się martwić, że stan Vanessy jest bardzo poważny.
Vanessa się zaśmiała i złamała zachowawczo za brzuch.
— Nie do końca. — popatrzyła mu w oczy. — Jestem w ciąży.
Nate puścił ramiona Vanessy popatrzył na nią przerażony.
— Co jak?
— Naprawdę muszę ci tłumaczyć?
— Myślałem, że się zabezpieczasz.
— Nie biorę regulamin tabletek. Znaczy teraz tak, ale nie w momencie, gdy mieliśmy przerwę. Zresztą, co to za oskarżenia? Facet bez kondoma? To żałosne.
Młody Archibald usiadł na ławce i schował głowę w dłonie. To jednak niewiele pomogło, ponieważ nawet jeśli nie widział teraz świata, to on nadal tam był, a on nadal miał problem. Chowanie głowy w piasek nie pomaga i on o tym wiedział. Poczuł jak Vanessa siada obok niego. To go zmotywowało do tego, aby się podnieść i odwrócić głowę w jej stronę.
— Co my teraz zrobimy? — zapytał cicho.
— Co masz na myśli?
— Nie mogę mieć teraz dziecka. Moja kandydatura, moja kariera, to wszystko…— zawahał się szukając odpowiedniego słowa. — … to po prostu komplikuje. To nie jest dobry moment ani dla mnie ani dla ciebie. Poza tym nigdy o tym nie rozmawialiśmy. No wiesz… o założeniu rodziny.
Vanessa podkręciła głową z niedowierzaniem i wstała z ławki iż impetem. Nate wyczuł, że była zła, dlatego też wstał za nią i próbował ją objąć, ale wyrwała mu się. Odwróciła się do niego i zmierzyła go wzorkiem w taki sposób, że ciemny blondyn zaczął analizować wszystko, co przed chwilą powiedział szukając złego słowa, może zdania, ale niczego takiego nie dostrzegał.
— Wiesz co, Nate? Wal się.
— Hej, Vanessa! — próbował ją zatrzymać i złapał ją za ramie mocno przycinając ją do siebie. — Uspokój się. Porozmawiamy o tym o występie, dobrze?
— Puść mnie. — powiedziała spokojnie, ale przez zaciśnięte zęby. Nate usłuchał i puścił brunetkę.
— Dokończymy tą rozmowę potem? Jestem pewien, że znajdziemy rozwiązanie.
— Nate, czy ty się słyszysz? Nie ma żadnego rozwiązania! — krzyknęła na tyle głośno, że część osób za kulisami zaczęło się interesować ich rozmową .Archibald poczuł jak policzki mu pieką i tylko błagał w myślach, aby Vanessa mówiła ciszej. — Nawinie myślałam, że się ucieszysz, a wieść o twoim dziecku ucieszy cię nieco bardziej niż twoja kariera polityczna.
Wyrwała się i ruszał do wyjścia. Nate zrobił krok jakby chciał ją zatrzymać, ale wiedział, że to nie ma sensu.
— Nie zostaniesz na wystąpienie? — zawołał za nią.
Vanessa się zatrzymała i po chwili znowu odwróciła się w jego stronę. Popatrzyła na niego przez chwile z niedowierzaniem i powiedziała tylko:
— Wal się.
/
Luwr jako dama i zaraz duma całego Paryża był bardzo pięknym miejscem. Jego gmach robił wrażenie już w oddali. Trudno uwierzyć, że początkowo miało być tylko fortecą obronną dla króla Francji Filipa II. Potem stał się on rezydencją Karola V. Dzisiaj jest jednym z miejsc na świecie, gdzie ludzie przyjeżdżają podziwiać najbardziej drogocenną sztukę. To w końcu tam wisi słynna Mona Lisa czy stoi marmurowa Wenus z Milo. Ludzie przychodzą tutaj po refleksję, po zatrzymanie się i pomyślenie o przeszłości, która ukształtowała nasz obecny świat oraz o przeszłości, która ma nigdy już nie wrócić.
Dla miłośnika historii oraz poniekąd sztuki jakim był Dan, Luwr był pięknym miejscem. Pomo całej niezwykłości tego miejsca, gdzie można po prostu piać z zachwytu nad wszystkim, co się tam znajduje, to Humphrey nie potrafił znaleźć w tym radości. Ciągle myślał o kimś, z kim powinien odwiedzać te miejsca, ale już nie będzie z tego robić. Nie po tym, co go spotkało z jej strony. Nie po tym, jak go oszukała i przez kilka lat życia jego syna nawet nie wiedział o jego istnieniu w taki sposób, w jaki powinien to wiedzieć.
Stał przed słynnym obrazem Leonardo da Vinci, gdy poczuł czyjąś obecność za swoim prawym ramieniem. Delikatnie się odwrócił głowę i kątem oka dostrzegł, że jest to Manuel Battiston, czyli facet, z którym był umówiony.
— Długo czekasz?— zapytał radosnym głosem mężczyzna.
— Oh, nie. — Dan odwrócił się od obrazu. — Miałem, co robić. — dodał wskazując obraz i delikatnie się uśmiechnął.
— Rozumiem. — zaśmiał się delikatnie Maunel. — Czyżby szukał pan inspiracji do swojej nowej książki?
— Nie mogę tego zdradzić. — odparł tajemniczo Humphrey. Chociaż to tak naprawdę był pół-prawda.
— Przejdziemy się? Obok jest kawiarnia. Możemy tam usiąść i porozmawiać.
Dan siknął głową i minutę późnej obaj panowie byli już w drodze do zareklamowanej kawiarni przez Manuel'a.
Manuel był ciemnoskórym mężczyzną po czterdziestce albo i nawet po pięćdziesiątce. Trudno było to określić. Miał jakieś ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Był łysy, ale posiadał również bardzo mocny zarost. Nie był jednak jakoś niechlujny, bo widać było, że Battiston dba o to i zapewne raz w miesiącu odwiedza ,barbera". Dan poznał ciemnoskórego mężczyznę odwiedzając tutejszy komisariat. Owszem, Manuel był policjantem. Poza typowymi cechami policjanta miał jeszcze jedną, dzięki której rozmawiała dzisiaj z Danem – był wielkim fanem literatury obyczajowej amerykańskiej i przy okazji fanem książki Humphrey'a. Dlatego tak chętnie zgodził mu się pomóc odpowiadać na pytanie związane z jego kolejną książką. Tym razem nieco kryminalną. Dan był z siebie dumny, że sprzedał tak dobry ,bajer" i będzie mógł wyciągać informacje policyjne ze śledztwa, a przynamniej miał nadzieję, że uda mu się to dobrze ugrać.
Tamtego dnia Dan miał niezwykłe szczęście, że na niego wpadł, ponieważ tamta wizyta w komisariacie nie poszła po jego myśli i można ją określi jako ,pocałował klamkę" próbując załatwić swoje sprawy. Wtedy poznał Manuela w najbardziej prozaiczny sposób – wylał na niego kawę. Tak zaczęła się konwersacja, a policjant od razu rozpoznał w Danie tego Dana, którego czytał bestsellerową książkę.
— Kawa? Ciasteczko? — zapytał policjant, gdy już usiedli. — Mają tutaj świetne makaroniki.
— Oh proszę nie. — odparł Dan i widząc minę Manuela dodał. — Te ciastka źle mi się kojarzą… no wiesz… z byłą…
— Oh, wszystko jasne. — przytaknął ciemnoskóry mężczyzna jakby rozumiał sytuację. — Moja była żona lubiła chodzić po centrach handlowych i wiesz co? — poczekał chwilę, aby zbudować napięcie. — Po rozwodzie przestałem chodzić po galeriach.
— Myślę, że chyba prawie każda kobieta lubi chodzić po galeriach. Nie powinieneś się zniechęcać do takich miejsc. — odparł Dan. — Swoją drogą czy każdy gliniarz musi być rozwiedziony? — wypalił swoje pytanie bez zastanowienia. — Wiesz… nie chcę, żebyś czuł się źle z moim pytaniem. Ja tylko próbuje zbudować profil psychologiczny mojego bohatera. Jeśli nie chcesz, to nie musisz odpowiadać.
— Nie, w porządku. — zapewnił go policjant. — Nie każdy z nas jest rozwodnikiem. Policjant ot jak każdy inny człowiek – czasem ktoś trafi na tą jedyną na całe życie, a czasem musi długo szukać.
— Czy to przez pracę?
Manuel się zastanowił przez chwilę. Akurat, gdy pojawił się kelner i przyjął zamówienie obu panów. Dan jednak postawił na kawę mrożoną oraz makaroniki. Dokładnie jak jego rozmówca.
— Nie powiedziałbym albo przynajmniej nie za każdym razem. — odpowiedział ciemnoskóry mężczyzna, gdy kelner odszedł. — Bycie policjantem to jest jak służba i nasze kobiety o tym doskonale wiedzą. Czy o akceptują? Muszą się nauczyć z tym żyć.
— Jak było z tobą i twoją żoną?
— Zdrada.
— Oh, rozumiem.
— Trudno było mi to wybaczyć i zapomnieć.
— Jasna sprawa, rozumiem.
— Nadal mamy kontakt, bo mamy syna. Widujemy się i rozmawiamy. Czasami próbuje mnie pytać o szanse.
— I co ty na to?
— Jeszcze nie jestem na to gotowy.
— Ale bierzesz to pod uwagę? Poważnie? Nawet jak jesteście już po rozwodzie? Dlaczego?
— Czy to nie oczywiste? Bo nadal ją kocham.
— Ale ona cię zdradziła, oszukała, ukrywała przed tobą prawdę. — argumentował Dan. — Twoje uczucia się nie zmieniły?
— Ani trochę. Madeleine popełniła błąd.
— Błędem jest kupienie używanego telewizor, który za miesiąc się zepsuje, a wy zostajecie bez kasy i gwarancji na naprawdę. Zdrada nie jest błędem. To definitywne zakończenie wszystkiego.
— Mówisz jakbyś ty nigdy nie popełniał błędów.
— Popełniam je jak każdy.
— Ale są takie, których nie potrafisz odpuścić i wybaczyć.
— Nie, nie ma. — Dan pomyślał w tej chwili o Blair oraz o Henrym. Potraktował to jak zdradę, że ktoś inny wychował jego syna i on do tej osoby mówił codziennie ,tato". To bardzo bolało bruneta.
— Jesteś pisarzem. Wiesz, że doskonałość nie istnieje. Czemu jej na siłę szukasz?
— Co?
— Życie nie jest idealne i miłość też taka nie jest. Jeśli będziemy szukać kogoś, przy kim nigdy nie będziemy płakać czy nigdy nie będziemy smutni, to jesteśmy skazani na bycie samemu. Czasem robimy pewne rzeczy lub mówimy pewne słowa nawet jeśli nieumyślnie, które ranią drugiego człowieka. W życiu trzeba się nauczyć przebaczać, pracować wspólnie nad relacją. Szukanie ideałów, którymi sami nie jesteśmy, to na pewno nie jest to. Powinniśmy też stanąć w refleksji, czy tak postępowaliśmy w swoim życiu, że nikt przez nas nigdy nie płakał? Nikt nie czuł się samotny przez nas, niepewny, przestraszony? Jeśli tak rzeczywiście było w naszym życiu, to po co drugi człowiek? Skoro my sami jesteśmy idealni.
Dan chciał coś powiedzieć, ale jedyne, co zrobił, to się zapowietrzył. Manuel miał rację. Człowiek gatunek niedoskonały oraz pełen wad i usterek. Ludzkość jednak jest zapatrzona we własny gatunek twierdząc, że są idealni. Zapominają jednak o tym, że nikt nie jest doskonały. Zapominamy o tym, że jako ludzie wiele razy ponosimy porażki. W naszym życiu jest wiele niepewności, znaków zapytania oraz tuneli bez światełka na końcu. Dlatego musimy potrafić wstawać albo chociaż próbować, gdy upadamy. To jest normalne, ponieważ upadki się zdarzają. To część naszego życia. Jeśli chcemy coś osiągnąć, to musimy coś poświęcić oraz poświecić się temu procesowi osiągania tych wielkich rzeczy. Nic nie przychodzi łatwo ani tym bardziej za darmo. Im człowiek więcej upada, tym więcej on się nauczy w życiu. Zdobywa większe doświadczenie, z którym chce się dzielić i tak dalej. Upadki nas krzywdzą oraz smucą, ale też hartują i uodparniają na kolejne. Stajemy się silniejsi.
— Myślę, że już wybaczyłeś swojej żonie. — skomentował tylko Dan i delikatnie się uśmiechnął. Chciałby mieć taki spokój ducha oraz taką wielką siłę przebaczania, jaką w sobie miał jego rozmówca.
— Ty swojej byłej też kiedyś wybaczysz.
— Może kiedyś, ale czy to będzie to samo? Czy zaufanie będzie odbudowane? Wątpię.
— Przekonasz się. Więcej wiary. Potrzebujesz tylko czasu i ty i ona.
W tej chwili kelner przyniósł zamówienie, a Dan z nostalgią sięgnął po jeden z makaroników i zaczął je jeść.
— Naprawdę dobre. — powiedział na głos, a Manuel tylko się uśmiechnął zadowolony z siebie.
— Mówiłem?
— Czy będzie ci przeszkadzać jak w trakcie posiłku będę zadawał ci pytania i robił notatki?
— Oczywiście, że nie. — Manuel tylko machnął ręką, a Dan uznał to za znak, że może robić swoje.
— Czy na miejscu zbrodni można zawsze zidentyfikować krew zabójcy oraz ofiary jako różne? Nawet jeśli są ,rozlane" obok siebie?
— Tak, można prowadzić takie badania.
— I ewentualne pokrewieństwo?
— Tak, też można.
— A czy mieliście jakiś niecodzienny przypadek, że trudno było wam ustalić do kogo należy krew? Wiesz… zależy mi na jak najlepszym zakręconym pomyśle, aby było ciekawie.
Battiston chwilę się zastanowił, co można było zauważyć na jego mocno zmarszczonym czole. Dan czuł, że się denerwuje oraz stresuje. Zadawał pytania bardzo okrężną drogą. Nawet nie wiedział czy Manuel jest policjantem, który pracował przy sprawie Lucille. Liczył jednak, że mężczyzna coś będzie wiedział, a jemu coś uda się z niego wyciągnąć.
— Kilka miesięcy temu cos takiego było, tak. — odezwał się po dłuższej chwili. — To nawet była dość głośna sprawa.
— Nie mieszkam we Francji na co dzień. Pewnie i tak bym o tym nie słyszał.
— Tak, ale podejrzanym numer jeden został amerykański przedsiębiorca.
— Kto?
— Nie mogę ci powiedzieć.
— Oh, daj spokój. To tylko zaspokojenie ciekawości. Nie wyniosę tej informacji nigdzie. Zbieram informacje tylko do książki.
— Niejaki Bass, syn Barta Bass'a.
— Oh, poważnie? — Humphrey udał dziwienie. — I co? Przymknęliście go?
— Tylko na kilka godzin. Brak dowodów.
— Coś jednak usiało go oczyścić ostatecznie, że przestał być podejrzanym. — Dan nadal naciskał, aby Manuel ujawnił mu więcej szczegółów z tamtego śledztwa.
— Krew.
— Krew? Czyja? Zabójcy? Nie pasowała do krwi Bass'a?
— Nie. Krew ofiary.
— He?
— Znaczy niezupełnie…
— Co to znaczy niezupełnie?
— To była krew pępowinowa.
— Krew jaka?
— Pępowinowa. — powtórzył, ale widział, że będzie musiał to wyjaśniać. — Taka krew, która zostaje w pępowinie i łożysku po narodzinach i po odpępowieniu dziecka.
— Okej, ale po co trzymać tą krew? Ofiara była w ciąży?
— Była.
— W dniu zabójstwa? — Dan był przerażony. Jaki potwór zabija matkę z dzieckiem?
— Nie. Jakieś siedem lat temu.
— Nic z tego nie rozumiem. — Dan ze zrezygnowaniem rzucił długopisem o blat stołu. Czuł się jak idiota, który nie rozumie najprostszych terminów.
— Ofiara była w ciąży. Urodziła dziecko. Zdecydowała się na pobranie krwi pępowinowej i ta krew była przechowywana przez kilka lat w laboratorium. Wiesz, to taka nowoczesna forma medyczna. Nie jestem lekarzem i się nie znam na tym. Wiem tyle, ile mi wyjaśnili lekarze oraz laboratoranci. Coraz więcej rodziców decyduje się przechowywać krew pępowinową, aby w przyszłości móc leczyć się dzięki niej na ciężkie choroby jak białaczka czy nowotwór.
— Rozumiem, więc ofiara była chora i odebrała swoją krew z laboratorium, bo liczyła na terapię dzięki niej? Wtedy zginęła?
— W twojej wypowiedzi zgadza się tylko to, że zginęła. Wcale nie była chora.
— To, po co jej była ta krew?
— To próbowaliśmy ustaliście.
— Próbowaliście? To już nie próbujecie?
— Sprawa na razie została umorzona z powodu braku dowodów.
— Rozumiem.
Dan miał już wszystko to, co chciał wiedzieć, a przynajmniej tyle, ile udało mu się wyciągnąć z tego nieświadomego, ale i sympatycznego policjanta.
— Coś czuję, że chyba będziesz chciał wykorzystać ten temat. — skomentował policjant z uśmiechem.
— No wiesz jest na pewno niekonwencjonalny i nietypowy. Chyba do tej pory nikt tego nie zrobił. Będę pierwszy.
— Nie mogę się doczekać aż ja wydasz.
— Oczywiście, że dostaniesz pierwsze wydanie razem z autografem jako mój najwierniejszy fan oraz informator. — Dan się zaśmiał, ale to był śmiech głupka. Wcale nie miał zamiaru pisać książki kryminalnej. Zbierał tylko informacje dla Chuck'a i było mu głupio przed Manuelem. Miał nadzieję, że jeśli będzie po wszystkim, to będzie w stanie jakoś mu to wyjaśnić.
— Będę się zbierał. Zaraz zaczynam zmianę. — Battiston wstał i podał rękę brunetowi. — Miło było cię poznać Dan. Długo jeszcze będziesz w Paryżu?
— Kilka dni. Będę musiał wrócić i pracować nad książką.
— Jasna sprawa. — uśmiechnął się i skierował się do drzwi, a po chwili jeszcze się odwrócił. — Mogę jeszcze cię o coś zapytać?
— Jasne.
— Twoja pierwsza książka ,Inside".
— Co z nią?
— Jest ona oparta na faktyach?
— Można tak powiedzieć.
— Czy Claire i Dylan w prawdziwym życiu….
— Nie. — wyprzedził pytanie Dan i zaprzeczył rzekomemu związkowi między prawdziwym Dylanem czyli nim, a prawdziwą Claire czyli Blaire.
— Szkoda. Kibicowałem im.
Manuel otworzył drzwi kawiarni i wyszedł.
— Ja też. — dodał Dan.
/
Człowiek nie wybiera kim jest, ale przez swoje decyzje wybiera kim się staje. Wybierając kłamstwo staje się kłamcą. Wybierając kradzież staje się złodziejem. Wybierając prawdę staje się sobą. Człowiek, który indywidualnie szuka prawdy, dojdzie do poznania prawdy o sobie. Stanięcie w prawdzie o sobie wymaga odwagi. Odwagi człowieka pokornego. Odwaga wcale nie jest dla nielicznych ludzi, ponieważ to nieprawda. Odwaga jest dla każdego. Każdy z nas ma w sobie tyle samo strachu, co odwagi. Po prostu wybieramy czy bardziej będziemy kierować się strachem czy odwagą. Większość z nas wybiera to pierwsze, ponieważ jest bezpieczne. Wybierając odwagę często musimy stawić czoła czemuś w samotności, ponieważ wielu będzie nas nie rozumieć czy zmuszać do zmiany zdania albo działania. Jeśli jednak wytrwamy przy swoim, co jest bardzo trudne, to na pewno osiągniemy znaczenie więcej niż kierować się strachem z grupą ludzi, których uważamy za bliskich.
Serena stała przed apartamentem Waldorf zastanawiając się, czy ma w sobie wystraczająco dużo odwagi, aby to zrobić. Stała przed tymi drzwiami naprawdę wiele, wiele razy i zaraz po wejściu konfrontowała się ze swoją przyjaciółką niemalże tyle samo razy. Nie zawsze wiedziała to, co ją tam czeka. Do dziś pamięta niedzielny poranek, kiedy odwiedziła swoją przyjaciółkę a ta skonfrontowała ją z tym, co sama wiedziała, czyli o wspólnej nocy Sereny i wtedy ówczesnego chłopaka Blair – Nate'a. to było jedno z najgorszych doświadczeń w jej życiu. Nie o sam fakt jak została potraktowana przez Blair, bo to było okropne, ale z drugiej strony jej się nie dziwiła. Obiecała sobie wtedy, że nigdy więcej nie skrzywdzi swojej najlepszej przyjaciółki. Lata później, stojąc przed drzwiami tego apartamentu zdaje sobie sprawę z tego, że swoją obietnice złamała co najmniej kilkanaście razy.
Kiedyś były najlepszymi przyjaciółkami, a dzisiaj? Blondynka nawet nie potrafiła na to odpowiedzieć. Tak bardzo skupiła swoje życie wokół swojego nieudanego małżeństwa, że tak naprawdę zatracała coraz to ważniejsze rzeczy. Jedną z takich rzeczy była przyjaźń z Blair, która po raz kolejny ucierpiała przez relacje z facetem. Czy powinno tak być? Od sytuacji z Archibaldem powinny żyć według zasady: ,przyjaźń ponad facetami", ale im to nie wyszło. Serenie wydawało się, że już nigdy więcej nie podzieli gustu razem. Blair. Trudno było zaliczyć Carter'a do ich wspólnej listy, nawet jeśli ze strony blondynki uczucie było szczere, to ze strony Blair to była tylko zabawa i chęć utarcia nosa Chuck'owi, ale Dan? Przecież od początku był jej i tak powinno zostać.
Straciła Humphrey'a raz kilka lat temu, gdy Blair i Dan tworzyli przez jakiś czas parę. Wtedy zaczęła wchodzić w ich związek butami i przyczyniła się do zniszczenia go. Wtedy tak tego nie widziała, ponieważ wszyscy dookoła mówili, że ich związek jest czymś, co nigdy nie powinno się zdarzyć. Przecież w ogóle do siebie nie pasowali. On z Brooklynu, a ona z Upper East Side. Samotny chłopak spotyka towarzyską snobistyczną dziewczynę i nawiązują ze sobą więź. Przez całe czas Serena widziała ich jako wrogów i nawet nie zauważyła, gdy stali się kimś więcej. Znała ich oboje. Od początku mieli te same ambitne cele. Ten sam gust, to samo hobby. Mimo wszystko, to zderzenie dwóch światów. To ekscytujące i przerażające, bo zrobili wiele rzeczy, aby z tym walczyć, ale większość ich prób połączenia tych światów zakończyła się niepowodzeniem.
Zapukała do drzwi, ponieważ tym razem odwaga zwyciężyła nad strachem. Wzięła kilka głębszych wydechów i czekała. Drzwi w końcu się uchyliły i stanęła w nich była przyjaciółka Sereny.
— Masz tupet tutaj przychodzić. — odparła Blair i chciała natychmiast zamknąć drzwi, ale zahamowała ją stopa blondynki. Dzisiaj ubrała sportowe buty, ponieważ przewidziała to, że właśnie w ten sposób będzie przebiegać początek tej rozmowy. W butach na szpilce ten incydent nap pewno uszkodziłby jej stopę.
— Blair poczekaj! Chce tylko porozmawiać. Proszę wpuść mnie, proszę.
Przez klika sekund nie się nie działo. Odpowiedziało jej echo własnego głosu odbijające się z korytarza za nią. Potem poczuła tylko jak drzwi się rozsuwają i zobaczyła twarz Blair.
— Wejdź.
/
By być wielkim, to trzeba najpierw być małym .Wielkiemu człowiekowi pokora nigdy nie zaszkodzi, a jedynie go wzmocni. Ktoś kiedyś powiedział, że pycha kroczy przed upadkiem i miał rację. Pokora natomiast kroczy przed wielkością. Taki jest świat i nic tego nie zmieni. Pokora w przeciwieństwie do pychy, to oczywiście cnota. Jednak ,być pokornym w dzisiejszych czasach oznacza siedzieć cicho, nie wychylać się, nie mówić zanadto, znosić ciosy zadane przez oprawcę.
Nate zastanawiał się czy bycie pokornym ma sens. Nie mówił na głos swojego zdania i przeważnie stosował się do wytycznych wyznaczanych przez dziadka, mamę czy rodzinę, która przecież chciała dla niego jak najlepiej. Od pewnego czasu nazywał siebie lalką, ale z drugiej strony nie robił niczego, aby to zmienić. Co tutaj robił tak właściwie? Czy naprawdę chciał być kandydatem Demokratów? Nawet ich poglądy były dalekie od niego, ale czy to ktoś wiedział? Oczywiście, że nie, bo Nate Archibald był lalką, która robiła to, co mu się kazało, a on nie zrobił nic, aby to zmienić.
— Panie i panowie! — jego rozmyślania przerwał głos Williama van der Bilta przemawiającego na piedestale do masy zgromadzonych na sali. — Mam zaszczyt zaprosić was na konferencje prasową. Nie tylko jako gospodarz i organizator tego spotkania, ale jako dumny dziadek. Chciałbym zaprezentować niezwykle utalentowanego młodzieńca mojego wnuka – Nathaniel'a Archibald'a!
Rozległy się brawa, a Nate pewnym siebie krokiem wkroczył na scenę. Uścisnął dłoń ze swoim dziadkiem, a ten nim zszedł zdążył mu szepnąć do ucha:
— To najszczęśliwszy dzień w twoim życiu, synu.
Blondyn obrócił się i zobaczył w oczach seniora rodu błysk. Może radości, może dumy, a może i tego i tego. W każdym razie – Nate nigdy nie widział swojego dziadka tak… szczęśliwego. To będzie odpowiednie słowo. A to wszystko za czyją sprawą? Właśnie niego – przeciętnego młodzieńca o nijakich zdolnościach, syna kapitana Archibalda i najmłodszego wnuczka Williama van der Bilt'a. Zapewne nikt nie pomyślał o tym, że Nathaniel Archibald tak daleko zajdzie i dzisiaj on powinien czuć euforię, ale z jakiegoś powodu nie czuł. Przynajmniej nie z tego powodu. To osiągniecie, na które pracowali wszyscy razem przez kilka długach miesięcy nie było aż tak stagnujące jak twierdził jego dziadek, ale cos innego już tak.
— Dziękuję dziadku. — powiedział do mikrofonu pierwsze swoje zdanie kierując do Williama van der Bilta. Potem patrzył już w tłum oraz blaski fleszy aparatów fotograficznych. — Jak wiecie, ta konferencja prasowa została zorganizowana, aby partia Demokratów mogła ogłosić swojego kandydata do startu w wyborach na burmistrza naszego cudownego miasta. — uśmiechnął się nieśmiało, a na sali rozległy się brawa. — Zawsze marzyłem, aby móc reprezentować… — zawahał się i westchnął patrząc w tłum, w którym nie było ani Sereny ani Blair. Jednak najbardziej odczuwał brak Vanessy. — Wiecie… przed chwilą mój dziadek powiedział mi, że to będzie najwspanialszy dzień mojego życia i miał rację, ale nie ze względu na politykę. Dzisiaj dowiedziałem się, że moja narzeczona jest w ciąży. Czuję się zaszczycony propozycje partii, która zaproponowała mi zostanie numerem jeden Demokratów, ale pragnę oświadczyć, że to nie jest decyzja, którą podejmę samodzielnie. Zrobię to z moją narzeczoną. Mam nadzieję, że niedługo żoną myśląc o dobru naszej rodziny. Powiadomię was, gdy podejmę decyzję. Moja narzeczona nie mogła mi towarzyszyć, ale chciałbym jej powiedzieć, że nigdy nie byłem szczęśliwszy i kocham cię.
Nate puścił stolik, na którym opierał ręce, obrócił się na pięcie i odszedł opuszczając tym samym piedestał i scenę. Nie chciał zwracać uwagi na to, co było za nim. Kątem oka zobaczył tylko zdezorientowana twarz swojego dziadka oraz mamy. Zapewne było w tym spojrzeniu jeszcze rozczarowanie, wstyd, złość oraz chęć wydziedziczenia go, ale nic to nie obchodziło młodego Archibalda. Chciał się tylko zobaczyć z Vanessą. Wychodząc z budynku i czując powiew wiosennego wiatru poczuł, że jest naprawdę wolny.
/
W lofcie Humphrey'ów, Jenny siedziała na kanapie. Jej twarz wyrażała pełne skupienie. W dłoniach trzymała kilkanaście kart rozłożonych niczym wachlarz. W pomieszczeniu panowała totalna cisza. Tylko Eric leżąc przy stoliku ziewał ostentacyjnie, aby zwrócić swoja uwagę i dać znak, że się nudzi. Jenny zerkała na stolik, gdzie leżała tylko dziewiątka kier. Od tej jednej karty zaczyna się grę zwaną ,pan". Dzisiaj ją i Vanessę nauczył ją Eric, który z kolei nauczył się tego będąc na studiach prawniczych od jakiś studentów polski. Vanessa siedziała obok Jenny. Ona już skończyła pozbywając się swoich kart. Została tylko ona i Eric. Jenny patrzyła w swoje karty. Musiała pozbyć się najpierw tych najmniejszych. Miała tylko dziewiątkę pik oraz cztery dziesiątki. Wiedziała, że można rzucać cztery jednakowej wartości za jednym razem, czyli ona mogła rzucić cztery dziesiątki. Wiedziała, że Eric ma dwie pozostałem dziewiątki wiec tym ruchem go przyblokuje. Całkiem sprytne, ale musiała też pozbyć się swojej dziewiątki. Wtedy przypomniała sobie zasadę o cofaniu ruchu kart w kolorze pik.
— Dziewiątka pik cofa do mnie, bo jesteśmy tylko my, więc jak cofa, to rzucam kolejne cztery dziesiątki. — powiedziała zadowolona z siebie pozbywając się pięciu kart ze swojego wachlarzyka.
— Hej! Co ty robisz! — Eirc wyraźnie się oburzył i podniósł się z podłogi. — Nie można tak robić!
— Sam powiedziałeś, że kolor kart pik cofa ruch do przeciwnika, skoro jest nas tylko dwoje, to logiczne że cofa do mnie. — Jenny powiedziała to tonem jakby tłumaczyła blondynce kawał o blondynkach.
— Tak, pik cofa ruch do przeciwnika, ale gdy graczy jest co najmniej trzech. — pokazał jej na palcach. — Jak grała z nami Vanessa, to to stosowaliśmy. Nie da się grać z cofaniem pika we dwie osoby, do kogo chcesz cofać? Przecież to logiczne. Zabieraj te dziesiątki.
— Nie! Przecież cofnęło do mnie!
— Jenny! Przestań wymyślać swoje zasady!
— Nie wymyślam! Sam powiedziałeś, że…
— Wiesz co? — przerwał jej, bo miał wrażenie, że Jenny zacięła się płyta i będzie powtarzać jedno i to samo. — Wejdź na Internet i wpisz zasady tej gry. Sama się przekonasz, że mam rację.
— Dobra!
— Dobra! — powtórzył Eric przedrzeźniając swoją przyjaciółkę.
Młody van der Woodsen poszedł do kuchni zrobić sobie coś do jedzenia, ponieważ zgłodniał i ponieważ wiedział, że Jenny nie znajdzie tak łatwo zasad tej gry. Otworzył mikrofalówkę, na której była godzina i nagle postrzegł, że miał coś robić o tej godzinie. Wtedy go oświeciło/.
— O cholera! — zawołał zwracając uwagę zarówno Jenny oraz Vanessy, która do tej pory siedziała spokojnie i robiła coś w telefonie. — Przecież zaraz jest konferencja prasowa Nate'a! — zwrócił się do dziewczyn i wzbudził tym poruszenie.
— Faktycznie… — Jenny wypowiedziała słowa jakby na śmierć o tym zapomniała, bo w sumie tak było. Tak pochłonęła się nową grą w karty, że jej wyleciał oto z głowy. Jednak dość szybko znalazła pilot i włączyła telewizor. — Chyba się zaczyna. — powiedziała widząc na ekranie dziadka Nate'a, który coś mówił. Nacisnęła na pilocie przycisk plusa, aby zwiększyć głos.
Vanessa odłożyła telefon i wzięła jedną z poduszek na swoje kolana i mocną ją objęła. Jedną dłonią zaczęła obgryzać skórki od paznokci. Przyszła tutaj, ponieważ musiała się komuś wyżalić i streścić swoją ostatnią rozmowę z Nate'em, która nie poszła zbyt dobrze i jej chłopak albo były chłopak źle zareagował na to, że jest w ciąży. Zarówno Jenny jak Eric próbowali ją pocieszać, a przynajmniej bardzo się starali i była im za to wdzięczna. Długo rozmawiali, zjedli lody, pożartowali, a na koniec Eric nauczył ich tej dziwnej gry w karty. Vanessa może pierwsza skończyła grę pozbywając się wszystkich kart, ale nic z niej nie rozumiała. Zobaczyła na ekranie młodego Archibald'a i westchnęła ciężko.
— W porządku V? — zapytała z troską Jenny siadając blisko niej. — Nie musimy tego oglądać. Możemy skończyć tą głupią grę Erica. — dodała wywracając oczami.
— Nie, w porządku. — uśmiechnęła się. Cieszyła się, że ich miała. Może nie zawsze dobrze się między nimi układało, ale ostatnie miesiące tak wiele zmieniły, że Vanessa mogła ich nazwać swoimi przyjaciółmi.
Mikrofala wydała charakterystyczny dźwięk, a Eric otworzył drzwiczki i po całym pomieszczeniu rozszedł się zapach smażonej kukurydzy. Dokładnie jak w kinie.
— Czy zrobiłeś sobie popcorn? — zapytała Jenny unosząc brew ku górze.
— A i owszem. — odpowiedział siadając miedzy nimi na kanapie z miską pełną popcornu słonego i karmelowego. — To będzie dobre przedstawienie.
— To tylko konferencja prasowa Eric. Nudna konferencja prasowa. — powiedziała blondynka i wywróciła przy tym oczami, ale i tak sięgnęła dłonią do miski i wzięła garść popcornu, które potem wsadziła sobie do ust zagryzając i czując jak łuski kukurydzy wchodzą jej miedzy zęby. Po prostu świetnie.
Potem cała trójka patrzyła się w ekran telewizora. Czasami kamera pokazywała na zgromadzonych ludzi raz dziennikarzy. Było widać transparenty wyborcze z nazwiskiem Archibalda nawołujące, aby na niego głosować. W ciszy słuchali tego, co najpierw mówił William van der Bilt, a potem przyszła kolej na Nate'a. Spodziewali się podziękowań oraz nawoływania do zagorzałego udziału w jego kampanii wyborczej. Zamiast tego Nate powiedział:
— Wiecie… przed chwilą mój dziadek powiedział mi, że to będzie najwspanialszy dzień mojego życia i miał rację, ale nie ze względu na politykę. Dzisiaj dowiedziałem się, że moja narzeczona jest w ciąży. Czuję się zaszczycony propozycje partii, która zaproponowała mi zostanie numerem jeden Demokratów, ale pragnę oświadczyć, że to nie jest decyzja, którą podejmę samodzielnie. Zrobię to z moją narzeczoną. Mam nadzieję, że niedługo żoną myśląc o dobru naszej rodziny. Powiadomię was, gdy podejmę decyzję. Moja narzeczona nie mogła mi towarzyszyć, ale chciałbym jej powiedzieć, że nigdy nie byłem szczęśliwszy i kocham cię.
Przemówienie Archibalda dobiegło końca, a on po prostu zbiegł ze sceny i uciekł. Na ekranie pojawił się dziennikarz, który żywo i z ekscytacją to relacjonował. Czegoś takiego nie mieli od dawna albo nigdy.
— Wof, ale jazda. — skomentował Eric śmiejąc się i zagryzając kukurydzę zębami, co spowodowało odgłos strzelania roznoszący się po całym pomieszczeniu.
— Nie mówiliście nam, że się zaręczyliście. — powiedziała Jenny odwracając głowę w kierunku Vanessy. Można było w tonie jej głosu dosłyszeć pretensję. Przecież się przyjaźnili, prawda? Czemu robili z tego tak wielką tajemnicę?
— Bo tego nie zrobiliśmy.
/
Po spotkaniu z Manuel'em Battiston'em, Dan skierował się od razu do wynajętego hotelu. Był to jeden z luksusowych hoteli w Paryżu. Humphrey mógł sobie pozwolić na ten luksu, ponieważ wszystko było na koszt Bass'a. Może nie miał jego karty kredytowej, aby nie został tutaj ślad po Chuck'u, ale mieli rozliczyć się po powrocie Dan'a do Nowego Jorku. Cały ten plan wyszedł dość spontanicznie i początkowo Humphrey czuł się dziwnie, że współpracuje właśnie z Bass'em. Ich przeszłość wskazywała na to, że nie zawsze dobrze się dogadywali. Właściwie to nigdy nie dogadywali się dobrze. Mieli swój dobry moment parę lat temu, ale bardzo szybko on się skończył, gdy Chuck odkrył, że Dan jest zakochany w Blair i chce o nią walczyć. Tak początek pięknej przyjaźni skończył się zanim się w ogóle zaczął.
Dan nie wiedział jak teraz określić ich relacje, więc mówił sobie, że teraz łączą ich tylko interesy, co było w sumie prawdą. Razem przecież pracowali nad sprawą próby wrobienia Chuck'a w morderstwa niejakiej Lucille Hecht, która była wychowanką fundacji ,Popioły Feniksa". Z kolei wspomniana fundacja została założona przez Barta Bass'a, czyli ojca Chuck. Młodszy z rodziny Bass uważał, że to wszystko jest powiązane. Humphrey musiał się z tym zgodzić, ponieważ ojciec Blair, Harold przed śmiercią pracował właśnie nad sprawą tej fundacji. Czy to wszystko było jakoś ze sobą połączone? Może tak, a może było po prostu zbiegiem okoliczności.
Czytał książkę, gdy usłyszał pukanie do drzwi swojego pokoju. Zmarszczył brwi ze zdziwienia, ponieważ nie zamawiał obsługi hotelowej, ale niechętnie zmusił się do wsadzenia zakładki do książki i odłożenia jej na szafkę nocną. Zsunął się z fotela i skierowania do drzwi, które otworzył. Ku jego zdumieniu, to wcale nie była obsługa hotelowa, ale Chuck. Nadal miał na sobie ten śmieszny francuski wąsik, co wywołało uśmieszek na twarzy Dan'a. Nie miał na sobie garnitury tylko dresy marki adidasa w kolorze butelkowej zieleni.
— Co ty tutaj robisz?
— Mogę wejść?
— W końcu ty jesteś sponsorem. — zażartował sobie Humphrey i odsunął się, a dłonią zaprosił go do środka.
Chuck wszedł do środka i od razu skierował się na fotel, na którym wcześniej siedział Dan. Ten z kolei wywrócił oczami. Był tu parę dni, ale to było jego ulubione miejsce w tym pokoju. Podszedł do pokojowego barku i wyciągnął z niego butelkę bouronu oraz dwie szklanki. Postawił je na stoliku pomiędzy fotelem na łóżkiem, na którym spał. Bez słowa napełnił obie szklanki. Jedną podał Bass'owi, a drugą wziął dla siebie i usiadł na łóżku.
— Czego się dowiedziałeś? — zapytał bez żadnych wstępów.
Dan podzielił się ze swoim towarzyszem tym, co dzisiaj usłyszał od policjanta Manuel'a. Opowiadał mu wszystko ze szczegółami, które zapamiętał. Chuck słuchał uważnie bez przerywania. Od czasu do czasu tylko przytakiwał głową. Gdy Dan opowiadał mu o rewelacji, że Lucille była w ciąży, to dostrzegł na jego twarzy cień smutku oraz zakłopotania. Wiedział, że będzie go to męczyło i zapyta o to wprost.
— Była w ciąży? Ze mną?
— Nie, nie z tobą.
Zarówno Dan jak i Chuck odwrócili głowy, bo usłyszeli w pokoju kobiety głos. Dan się przeraził, ponieważ nie słyszał jak ktoś wchodził, ale gdy kobieta wyszła z cienia, to zobaczył, że doskonale ją zna.
— Georgina! — powiedział z nerwami w jej kierunku i wstał z łóżka, aby podejść bliżej. — Jak tu weszłaś? Nie umiesz pukać?
Georgina spojrzała na niego z pogardą i tylko wzruszała ramionami obchodząc go i siadając na łóżku. Wzięła również jego szklankę z alkoholem i zaczęła pić.
— Nie krępuj się. — powiedział ironicznie w stronę brunetki i sam oparł się o ścianę stając miedzy Georginą a Chuck'iem.
— Zaangażowałem Georginę do naszego małego teamu. Prosiłem, aby dzisiaj nas odwiedziła. Nie masz nic przeciwko.
Dan tylko wzruszył ramionami. Było mu to obojętne to, co robił Chuck. W końcu to była jego sprawa oaz jego plan, a Georgina miał pewne talenty, które zapewne Bass chciał wykorzystać.
— Lucille Hecht nie była w ciąży z tobą. — powtórzyła kobieta patrząc na Bass'a. — Urodziła dziecko w 2013 roku.
— Skąd o tym wiesz? — wtrącił Dan.
— Mam swoje sposoby. — odparła tajemniczo kobieta zakładając nogę na nogę. Tryskała od niej pewność siebie. — Oh, Dan. Po prostu nie próżnowałam i użyłam swoich kobiecych wdzięków do wyciągnięcia informacji.
— Nieważne. — Dan przewrócił oczami. — Jeśli jest tak jak mówisz, to dziecko ma jakieś siedem lat. Co ona robiła z krwią pępowinową właśnie teraz?
— Ukradła ją.
— Ukradła? Dlaczego?
— Tego nie wiem. Zginęła z krwią w rękach, dosłownie.
— A co z dzieckiem? Gdzie ono jest? — wtrącił Chuck, który do tej pory siedział cicho.
— Na pewno nie było z nią. W Nowym Jorku nie wspominała nic o dziecku. — odpowiedział Dan próbując sobie przypomnieć ich spotkanie sprzed kilku lat, ale było to bardzo mgliste wspomnienie.
— Po urodzeniu wyrzekła się praw rodzicielskich. — odpowiedziała im Georgina.
— To nie ma sensu. Skoro Lucille oddała dziecko, to czemu po siedmiu latach ukradła krew pępowinową? Po co jej ona? — Dan spojrzał pytająco na Georginę, a potem na Chuck'a. — Czytałem, że niektórzy zamrażają krew, aby potem wykorzystać ją w ewentualnym leczeniu. Może to było to? Może była chora?
— Nie. Sekcja zwłok niczego takiego nie wykazała. Zresztą mam wyniki. — odparła i wyciągnęła ze skórzanej torebki akta, które rzuciła na stolik.
— A ojciec dziecka? Może to on potrzebował leczenia?
— No właśnie to jest w tym wszystkim najlepsze. — powiedziała z dumą brunetka patrząc na Humphrey'a. — Nie zgadniecie, kto był ojcem dziecka. Twój brat Dan.
— Scott jest ojcem dziecka Lucille? — wtrącił Chuck z niedowierzaniem na twarzy. — Lily ma siedem lat.
— Stary, kiedy ostatni raz sprawdzałem, to twoja macocha jest znacznie starsza. — spróbował zażartować Dan, ale nikogo to nie śmieszyło.
— Nie Lily van der Woodsen, ale Lillian. Przybranej córki Evy. Wiedziałem, że gdzieś widziałem twarz jej byłego narzeczonego. To Scott Rosson, ale jaja.
/
Poziom niezręczności osiągnął maksimum w momencie, gdy Blair siedziała na kanapie w swoim apartamencie. Na przeciwko niej usiadła Serena, która wcześniej wtargnęła do niej z prośbą rozmowy. Do tej pory się nie odezwała. Być może czekała aż Blair zaproponuje jej coś do picia lub przekąskę. Brunetka jednak tego nie uczyniła i nie zamierzała tego robić. Chciała tylko, aby blondynka już sobie poszła. Żałowała, że jednak nie planowała wybrać się na konferencje prasową Nate'a, bo zapewne uniknęłaby tej żenującej rozmowy. Serena była intruzem i już żałowała tego, że się zgodziła na rozmowę. Blondynka zapewne będzie teraz zgrywać ofiarę jak miała w zwyczaju.
Właściwie to Blair była trochę zdziwiona, że Serena nie zaczęła rozmowy od: ,jak mogłaś ukraść mi Dana?! Znowu." W sumie, to nigdy go nie ukradła, bo tak naprawdę Humphrey nigdy nie należał do Sereny, ale ona tego nie rozumiała. Traktowała go trochę jak swoje trofeum w rywalizacji, w której to ona królowała od zawsze. Była takim mistrzem świata. Myślała, że jest takim Leo Messim, który zgarniał cztery razy z rzędu Złotą Piłkę dla najlepszego piłkarza w roku. Dan jednak nie był żadną nagrodą Złotej Piłki ani tym bardziej trofeum, które można postawić sobie na półkę i celebrować swoje zwycięstwo.
— Będziemy tak na siebie patrzeć czy powiesz, po co przyszłaś? — zaczęła Blair z lekką irytacją w głosie.
— Przepraszam, ja po prostu… — zrobiła krótką pauzę. — Zbieram myśli.
— To zbieraj je szybciej.
Serena westchnęła i obróciła się za siebie. Rozpięła swoją torebkę i wyciągnęła coś z niej. Były to kartki w formacie A4, które podała zdezorientowanej Blair.
— To papiery rozwodowe. Moje i Dana. Postanowiłam dać mu rozwód.
— Dlaczego? — na twarzy Blair trudno było ukryć zdziwienie. Trudno się temu dziwić. Przez ostatnie miesiące Serena pokazywała swoje rogi i nic nie wskazywało na to, że będzie chciała dać rozwód Danowi i teraz nagle zmieniła zdanie? Dziwne i zarazem bardzo podejrzane.
— Wyjeżdżam do Los Angeles. Zaczynam od nowa.
— A co to ma do rzeczy? Nagle małżeństwo to dla ciebie przeszkoda? Mieszkaliście z Danem w Los Angeles kilka lat. Co ty kombinujesz Serena? — spojrzała na nią i rzuciła papierami na blat.
— Po prostu daje mu wolność i chcę, żebyś była pierwszą osobą, która się o tym dowie.
— Dlaczego? Skąd ta zmiana?
— Po prostu jestem ci to winna.
Blair spojrzała na byłą przyjaciółkę nieco sceptycznie i uniosła lekko brew ku górze.
— Serena van der Woodsen czująca potrzebę pokuty? A to coś nowego. — Blair oparła się wygodnie o swoją sofę i założyła dłonie na piersi czekając na wyjaśnienia.
— Dan nigdy mnie nie kochał. — Serena zaczęła opierając dłonie o swoje kolana i spuszczając wzrok. Nie chciała patrzeć na Blair. — Próbowałam go zdobyć, gdy byliście razem. Wtedy, kiedy nie dotarłaś na przyjęcie i wybrałaś Chuck'a.
— Nie wybrałam.
— Pozwól mi skończyć i dopóki tego nie zrobię, to mnie nie oceniaj, dobrze? — spojrzała na nią i po chwili kontynuowała.
— Okej.
— Wiedziałam, że jesteś z nim w ciąży.
— Co? Skąd?
— Plotkara mi powiedziała.
— Wiedziałaś, że Dan nie był Plotkarą?
— Tak… To ona wysłała mi twoje wynik. Użyłam ich, aby oszukać moją mamę i wmówić jej, że jestem w ciąży z Danem. Ona powiedziała o wszystkim Rufusowi, a on z kolei przekonał Dan'a do oświadczyn skoro będziemy rodziną.
Blair otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć, ale nie zrobiła tego. Była w szoku. Pamięcią wróciła do tamtego wieczoru sprzed niemal ośmiu lat, kiedy chciała zaryzykować i powiedzieć o wszystkim Humphrey'owi. Wtedy wydawało jej się, że jest to dobry pomysł i e powinna tak uczynić od początku. Nie kochała Chuck'a i miała nadzieję, że Dan nie kocha Sereny. Jakaś część niej chciała, aby znowu spróbowali i byli razem. Wtedy wydawało jej się to realne i wydawało jej się, że Dan chce tego samego, co ona. Chciał, ale nie wiedziała tego. Przyszła do niego, aby powiedzieć mu, że go kocha i nigdy nie wybrała Chuck'a, ale wtedy spotkała Serenę w drzwiach loftu. Serenę, która pokazała jej swoją dłoń, a na niej pierścionek zaręczynowy. To była jej odpowiedź i to było jej nieszczęście. Nawet nie pamiętała, jak wróciła do domu. Całą drogę płakała.
Teraz dowiedziała się, że to wszystko było kłamstwem. Zacisnęła pięści. Była wściekła i takim wściekłym spojrzeniem popatrzyła na swoją byłą przyjaciółkę. Miała ochotę wyrwać jej ten blond kudły i przy okazji wydłubać oczy łyżką do grejpfruta. Serena miała swoje fazy oraz błędne decyzje, ale tą przeszła samą siebie. Nie mogła tego zrzucić na żadną ze swoich stałych wymówek, ponieważ to, co zrobiła było zwykłym wyrachowaniem.
— Chyba źle usłyszałam… Użyłaś moich testów ciążowych, aby zmusić Dana do oświadczyn?! — Blair wstała z nerwów. — Jak mogłaś coś takiego zrobić?! — spojrzała na nią z domieszką niedowierzania, smutku oraz rozczarowania. Serena skupiła twarz w dłoniach.
— Ja…
— Przyszłam do niego w dniu waszych zaręczyn… — kontynuowała Blair nie zważając na dukanie blondynki. — Chciałam mu o wszystkim powiedzieć, ale ty… Wiedziałaś. Od początku wszystko wiedziałaś i z premedytacją go oszukałaś. Wiesz, co zrobiłaś?! Wiesz, ile go ominęło w życiu Henrego i vice versa?! POPATRZ NA MNIE! — warknęła do niej, a Serena powoli opuściła dłonie i spojrzała na Blair oczami pełnymi łez. Blair sama miała oczy we łzach. — Tu nie chodziło o mnie o ciebie i o tą głupią rywalizację. Tu chodziło o dziecko, które miało prawo znać od urodzenia swojego ojca.
— Przepraszam Blair, ale zrozum, że była zdesperowana. Dzisiaj przyszłam sama o wszystkim ci powiedzieć.
— I co ma niby przemówić na twoją korzyść?! Na przepraszam jest za późno i to jest zdecydowanie za mało. Nie wrócisz nam tych ostatnich siedmiu lat – ani mi, ani Henremu ani Danowi.
Blair spojrzała na leżące papiery rozwodowe i wzięła je w dłoń. Zerknęła na nie i zobaczyła na nich podpis Sereny. Jeszcze kilka miesięcy nawet by o tym nie pomyślała. Wiedziała, że jej była przyjaciółka nie odpuści sobie tego małżeństwa. Według swojej obietnicy. Blair spodziewała się walki, skandalu oraz rozwodu stulecia na miarę tego ,które w latach 90 nawiedziło wyspy Brytyjskie za sprawą księcia Karola oraz księżnej Diany, a ona miała odebrać role złej czarownicy Camille. Tak jednak się nie stanie i w sumie odetchnęła z ulgą widząc podpis. Nawet jeśli relacja jej i Dana trudno teraz nazwać związkiem.
— To nie naprawi tego, co zrobiłaś. — stwierdziła ponownie rzucając papiery na blat stolika. — Zresztą, to powinnaś dać Danowi, nie mi.
— Chciałam porozmawiać najpierw z tobą.
— Dlaczego? Szukałaś przebaczenia? Nie dostaniesz go Serena. — zastanowiła się patrząc na twarz byłej przyjaciółki. Pomyślała, że blondynka nie przyszła tutaj bezinteresownie. Zresztą to nic nowego. — Czy to twój warunek, aby podpisać papiery? Chcesz wybaczenia?
— Nie. — Serena wstała z kanapy i zrobiła niepewny krok w kierunku Blair. Wzięła ją za dłonie i chociaż brunetka chciała się wyrwać, to Serena ścisnęła ją mocniej. — Wiem, co się stało między tobą a Dan'em. Nie jestem w stanie mu tego wszystkiego powiedzieć, bo nie mam odwagi i nazwij mnie tchórzem lub jakkolwiek chcesz. — westchnęła. — Ty możesz powiedzieć prawdę. Jestem pewna, że Dan ci wybaczy jeśli pozna, że to wcale nie ty byłaś diabłem waszej historii, tylko ja.
— To brzmi jak pozwolenie na to, abyśmy byli razem. Wybacz, ale ci nie wierze. — wyrwała swoje dłonie z uścisku Sereny. — Już raz dostałam takie przyzwolenie. Chyba pamiętasz jak się to skończyło, prawda?
— Teraz jest inaczej. Byłam z Danem ponad pięć lat. Mieszkaliśmy w Los Angeles z daleka od ciebie, ale to niczego nie zmieniło. Nadal cię kochał.
Serena ponownie wróciła do kanapy, gdzie leżała jej torebka. Wyciągnęła z niej niewielką książek. Były na niej kolorowe obrazki oraz duże litery. Zdecydowanie to była książeczka dla dzieci. Trzymała w dłoni też cos niewielkiego. Przypominało nośnik pen drive'a. Ponownie podeszłą do Blair i wręczała jej tą niewielką książeczkę czytając tytuł.
— Wybrane legendy, baśnie oraz historie dla dzieci. Autor: Daniel Humphrey.
— Dajesz mi to, ponieważ?
— Wiem, że to książka dla dzieci, ale poczytaj ją. Sama zobaczysz, że mówiłam prawdę. Potem zobacz to, co jest na pen drive'ie. — podała jej niewielki przedmiot do dłoni. — Zawsze mówił, że nie napisał drugiej książki i może to prawda, bo jej nie opublikował, ale zdecydowanie coś napisał.
— Serena, to tylko literatura. Nie powinnaś kierować się fikcją w swoim życiu. — Blair stwierdziła nieco znużonym głosem.
— Jeśli chodzi o was, to literatura nigdy nie była fikcją Blair. — stwierdziła i znowu skierowała się sofy ale tym razem nic nie wyciągnęła ze swojej torebki. Tylko ją wzięła i założyła za ramię. — Musze już iść. Za kilka godzin mam samolot, a jeszcze nie jestem spakowana. — stwierdziła i skierowała się do drzwi.
— Serena…
— Tak?
— Dziękuję.
— Za co?
— Za powiedzenie mi prawdy.
— Powinnam zrobić to dawno temu. — dodała na koniec i opuściła apartament Waldorf.
— Może jeszcze nie jest na nic za późno. — powiedziała do siebie Blair, gdy została sama.
Czy miała na myśli relacje z Danem? Relację z Sereną? A może jedno i drugie?
