ROZDZIAŁ 20. PRZYJACIEL, Z KTÓRYM MUSISZ SIĘ POŻEGNAĆ

Życie jest doświadczeniem, które powala nas co najmniej kilka razy. Doświadczeniem, które pokazuje nam rzeczy, których nigdy nie chcieliśmy widzieć. Doświadczeniem, które pokazuje nam czy jest smutek oraz czym są porażki. Pomimo tych wszystkich negatywnych doświadczeń jedno jest prawie pewne - możemy ponieść się po każdym tym doświadczeniu. Możemy po każdym z nich wyciągnąć lekcję. Możemy walczyć do samego końca, jeśli tylko tego chcemy, bo to od nas zależy czy jesteśmy w stanie walczyć czy się poddać i odejść. Niektórzy ludzie mówią, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. To nieprawda. Co nas nie zabije, to nas nie zabije, ale czy nas wzmocni? Nie zawsze, bo czasami może nas zniszczyć, sponiewierać w taki sposób, że nie będzie nam się chciało nic poza płakaniem. Takie jest życie – nie może być krainą mlekiem i miodem płynącym, musi być pewnym doświadczeniem, które nas do tej krainy przybliży. Jeśli chcemy, jeśli wierzymy, jeśli pragniemy.

Według przypowieści biblijnych był jeden silny wojownik imieniem Samson. Jak każdy wielki wojownik miał swoją słabą cechę, punkt który może spowodować jego porażkę i jak każdy mężczyzna – poznał kobietę, zakochał się i to był błąd jego życia. Samson zaufał Dalili powierzając jej tajemnice pochodzenia swojej siły, ale mimo tego zaufania Dalila i tak go zdradziła. W każdej relacji tak silnej kwestia zaufania jest ważna. Jednakże na tyle ważna, że może iść w parze ze zdradą. Czy należy zdradę wykluczać? Nigdy, bo tylko wtedy nie będziemy rozczarowani albo nie będzie bolało nas tak mocno.

Dan czuł się zdradzony oraz oszukany przez osobę, która kochał nad życie. Wydawało mu się, że on i Blair wreszcie wychodzą na prostą i w ich relacji może być tylko lepiej. Naprawdę wydawało mu się, że jedynym problem będzie Serena, która nie chciała dąć mu rozwodu. Tymczasem kilka dni temu podpisał papiery rozwodowe i był oficjalnie singlem, ale nie był z Blair z powodu tego, że ukrywała przed nim prawdę, że to on jest ojcem Henrego a nie Chuck. Humphrey stracił przez to siedem lat życia swojego synka i ominął praktycznie wszystko, co było do pomięcia jeśli chodzi o małe dzieci. Nie widział jak zaczyna raczkować, chodzić, jak mówi pierwsze słowa i to go bolało.

Dan Humphrey był najbardziej nieobecnym tatą świata. Nawet jeśli nie robił tego z własnej woli. Był zły na kobietę i żadne jej argumenty do niego nie przemawiały. Czuł się bardzo zraniony, a jego relacja z Henrym wyglądała nijako. Starał się nadrabiać z nim czas więc zabierał go na wspólne wypady pod tytułem ,ojciec i syn kontra reszta świata", ale nie za bardzo mu to wychodził i chłopiec nie był bardzo zainteresowany. Chociaż był grzeczny w stosunku do Dan'a, to mężczyzna zauważał, że ta sytuacja nie jest dla chłopca komfortowa i nie widzi jego jako swojego prawdziwego ojca. Sam Humphrey nie wiedział, co powinien zrobić, aby ich relacja poszła do przodu. Jenny sugerowała sesje z terapeutą, ale Dan stanowczo odmawiał. Nie chciał bowiem, aby obcy ludzie rozwiązywali za niego problemy. Jakby to mówił o nim jako ojcu? W jego mniemaniu dość marnie. Próbował zbudować relację z synem od nowa i po swojemu.

Wziął kilka głębszych wydechów zanim odważył się zapukać do apartamentu Waldorf. Dzisiaj był dzień, który miał spędzić z Henrym i zaplanował z nim kino oraz obwoźny cyrk, który akurat pojawił się w Nowym Jorku. Może dzień pełen atrakcji nieco ich do siebie zbliży? Jak to mówią – nadzieja matka głupich

— Hej. — powiedział, gdy otworzyła mu Blair. Niby wiedział, że to będzie ona, ale nadal miał nadzieję, że nie będzie musiał się z nią konfrontować.

— Hej. — odpowiedziała mu. — Wejdź.

Wpuściła go do środka. Apartament nie zmienił się za bardzo, ale Dan i tak uciekał wzorkiem bacznie obserwując wszystko to, co się w nim znajdowało jakby był tu po raz pierwszy.

— Co u ciebie? — milczenie pierwsza przerwała Blair. — Słyszałam od Jenny, że wróciłeś ze swojego tourne po Europie. Jakaś specjalna okazja?

— Nie bardzo. Potrzebowałem chwili dla siebie na przemyślenie pewnych spraw. — Dan odparł nieco wymijająco, ponieważ nie chciał tłumaczyć się z Blair ze swojej współpracy z Chuckiem oraz Georginą. — Teraz przyszedłem po syna jak się umawialiśmy.

— Oczywiście. — Blair czuła się nieco zbita z tropu tym oficjalnym tonem Humphrey'a. — Dan… — zaczęła niepewnie i zmniejszyła odległość między nimi i spojrzała mu w oczy. — Może jak wrócisz z Henrym, to znajdziesz chwilę, aby porozmawiać?

Dan chciał odmówić, ale się zawahał. W sumie to dlaczego nie? Przecież to tylko rozmowa i nie można unikać jej w nieskończoność. Poza tym, ważne było, aby rodzice Henrego chociaż trochę się dogadywali. Na pewno zła energia między nimi oddziałuje na ich syna, a przecież oboje nie chcieli, aby zaczynał swoje życie od niepotrzebnych traum oraz stresów.

— Jasne, czemu nie?

— Naprawdę? — w głosie Blair wyraźnie można było dosłyszeć niedowierzanie i Dan zauważył niewielki uśmiech, który pojawił się na jej twarzy. — W takim razie coś przygotuje.

— Ty? Masz na myśli gotowanie? — zdziwił się, bo nie był pewny czy dobrze usłyszał.

— Tak. Próbuję coś sama.
— Oh i jeszcze nie spaliłaś kuchni? Nie słyszałem, aby przez Brooklyn jechała straż pożarna. — Dan zażartował śmiejąc się.

— Ha ha ha. — zaśmiała się ironicznie.
— A testowali to w laboratorium? No wiesz… czy jest jadalne? Albo może to dobry materiał na trutkę na myszy?— Dan nadal żartował.

— Zamknij się Humphrey! — zaśmiała się i rzuciła w niego poduszką.

Blair po raz pierwszy od tygodni poczuł ulgę i nadzieję, że może wszystko jakoś się ułoży. Jednak jak to bywa z nadziejami – są płonne i chwilowe, a gdy odchodzą są druzgocące. W przypadku Blair ta nadzieja szybko odeszła i ponownie zostawiła niemożność, przez którą można było tylko rozłożyć ręce, ale o tym miała się dopiero przekonać.

— Mamo, ja nie chcę z nim jechać.

Oboje się odwrócili i zobaczyli małego Henrego, który stał tutaj już od jakiegoś czasu, ale zarówno Blair jak i Dan jego nie zauważyli. Syn Blair i Dana był gotowy do wyjścia. Miał na sobie kurtkę, trzymał się dłońmi za szelki plecaka oraz miał czapkę z daszkiem, na której widniało logo Yankees'ów. Dostał to kiedyś w prezencie na Mikołaja, w którego nadal wierzył, a czapkę traktował jak prawdziwy relikt, ponieważ cały czas powtarzał, że kiedyś będzie grał dla Yankees'ów. Chociaż nigdy nie widział ich meczu na żywo, bo nikt nigdy nie miał na to czasu i uważali to za stratę czasu i coś, czym nie powinien się zajmować. Zostało mu obserwowanie gry swojej drużyny w telewizji, gdy był pod opieką dziadków.

— Henry… — brunetka zrobiła krok w kierunku syna i kucnęła przy nim chwytając go za ramiona. — Rozmawialiśmy o tym. Wiesz, że tata chce spędzać z tobą czas, aby nadrobić to, co straciliście.

— On nie jest moim tatą! Nie chcę z nim nigdzie iść!

Młody Bass wyrwał się Blair i popchnął ją, a ona tracąc równowagę upadła na podłogę. W oczach małego Henrego tylko przez chwilę można było dostrzec coś na wzór przerażenia, ale to zaraz minęło. Zacisnął pięści, ponieważ przed zejściem na dół obiecał sam sobie, że będzie stanowczy. Nie chciał nigdzie iść z wujkiem Danem, który okazał się być jego ojcem. To nieprawda! On miał jednego tatę i nazywał się Chuck Bass i to właśnie z nim chciał teraz być.

— Henry! — Dan krzyknął i po raz pierwszy włączył się do tej konwersacji. Podszedł do swojego syna, a na jego twarzy malowało się niezrozumienie. — Nie masz prawa tak zachowywać się w stosunku do matki. Przeproś ją.

— Nie!

— Przeproś ją natychmiast! — Dan podniósł głos, ponieważ ta sytuacja go przerosła.

— Nie! A ty nie masz prawa mi rozkazywać! Nie jesteś moim ojcem i nigdy nim nie będziesz! — Henry też pchnął Dana i udał się w kierunku drzwi.

— Henry! — Blair wstała i znalazła się przy drzwiach, które zamknęła ruchem dłoni. — Co ty robisz?

— Zostaw mnie! Chce iść do mojego prawdziwego taty! Nie do niego ani nie do ciebie! Wypuść mnie!

— Nigdzie nie idziesz. — powiedział stanowczo, a Henry próbował kopać i uderzać w drzwi.

— Tata na mnie czeka! Puść mnie!

— Zadzwonię do Chucka i sprawdzę twoją wersję wydarzeń Tymczasem odejdź od drzwi i usiądź grzecznie na sofie w salonie albo dostaniesz szlaban i do osiemnastego roku życia nie opuścisz tego apartamentu włączając w to urodziny Jamiego w następną sobotę.

Blair była stanowcza, a samo jej spojrzenie mówiło, że nie ma zamiaru odpuścić. Henry tylko zacisnął usta w złości i nadąsał się, ale bez słowa i zarazem posłusznie udał się na sofę, gdzie usiadł. Dan patrzył na całą sytuacje w milczeniu. Nie dość, że czuł się głupio, to jeszcze niepotrzebny jak intruz. Obserwował jak Blair wyciąga telefon i wybiera numer do Bass'a. Po którymś sygnale Dan usłyszał przez głośnik niski i chropowaty głos Chuck'a. Słuchał tego jak Bass właśnie podjeżdża pod apartament Waldorf, bo Henry powiedział, że dzisiaj ma wolny wieczór i czy mogliby spędzić go razem. Chuck się zgodził, bo oczywiście nie wiedział nic o tym, że dzisiaj plany miał Dan. Henry chwilę potem zszedł na dół, a Dan został sam z Blair.

— Nie wierzę, że pozwoliłaś mu wyjść! — krzyknął do niej, bo nie mógł się powstrzymać. — To był mój dzień!

— A co miałam niby zrobić? Nie słuchał mnie i chciał postawić na swoim.

— I to niby ma być argument? Henry robi to, co chce, a ty nie masz prawa głosu. Pozwalasz mu na wszystko.

— Robię to, co uważam za słuszne dla Henrego.

— To, co jest słuszne dla Henrego i przy okazji jest dla Chuck'a?

— A co on ma z tym wspólnego? Słyszałeś sam jak mówił, że o niczym nie wiedział.

— Akurat w to uwierzę. — Humphrey prychnął ironicznie. — Wszystko dla dobra Henrego i przy okazji Chuck ma z tego skorzystać jako nieskazitelny tata. — Dan nadal mówił ironicznie, ale było widać, ze cała ta sytuacja bardzo go boli, a Blair bolało patrzenie na to wszystko z boku i fakt, że była bezradna.

— Posłuchaj Dan. Nikt ci nie robi tego po złości. To nie jest trudna sytuacja tylko dla ciebie. Uważam, że cała nasza trójka potrzebuje czasu, aby to przepracować.

— Czasu? Straciłem wystarczająco dużo czasu, gdy nie mogłem wychowywać mojego syna!

— Przestań mi to wiecznie wypominać! Gdybyś nie oświadczył się Serenie, to nic by się nie stało.

— Oh, to teraz to moja wina? Serena była w ciąży!

Blair chciała coś powiedzieć, ale zawahała się, bo przypomniała sobie swoja ostatnią rozmowę z Sereną i wszystko to, jak przyznawała się do winy. Blondynka wcale nie była w ciąży, a jedynie wykorzystała wyniki Blair, aby wmówić wszystkim dookoła, że spodziewa się dziecka Dan'a. Wszyscy jej uwierzyli, bo dlaczego mieliby nie uwierzyć? Humphrey czując powinność poprosił Serenę o rękę, a jakiś czas później blondynka nieszczęśliwie ,poroniła", ale miała to, co chciała. Serena wyznała prawdę Blair kilka dni temu pokazując jej papiery rozwodowe. Powiedziała jej, ponieważ nie była w stanie zmusić się powiedzieć prawdę swojemu mężowi. To miało należeć do Blair i dzięki temu Dan przerzuciłby całą swoją nienawiść na blondynkę. Brzmiało to jak super plan i skończenie wszystkich problemów Blair i Dana, ale Waldorf nie był w stanie pogrążyć swoją byłą przyjaciółkę i ,wybielać się" jej kosztem. Zrezygnowała z powiedzenia mu prawdy.

— Nie Dan. Nic nie jest twoją winą ani moja. Nie mieliśmy wpływu na to, co się wydarzyło w przeszłości.

— Jakie to wygodne usprawiedliwienie. — prychnął ironicznie.

— Dan, spróbuje porozmawiać z Henrym, gdy wróci do domu. Daj mi czas.

— Miałaś go wystarczająco Blair i nic z tym nie zrobiłaś. Ten chłopak robi to, na co ma ochotę i nie zważa uwagi na nic! To się nazywa wychowanie? Jesteś beznadziejną matką. — powiedział zanim pomyślał i natychmiast tego pożałował.

Blair uderzyła go w twarz, a on tylko złapał się za policzek, który go zapiekł. Poczuł łzy napływające mu do oczu, ale nie były one wynikiem tego, że czuł ból od policzka. To raczej był ból jego duszy oraz serca. Ból, który go przerastał i nawet nie wiedział jak go załagodzić. Chciał być tylko tatą dla swojego syna, ale nie potrafił, bo był niechciany i wszystkim obarczał Blair. Widząc jednak łzy w jej oczach pożałował tego, co powiedział. Blair nie zasługiwała na to wszystko.

— Wyjdź stąd.

— Blair… ja…

— Wyjdź stąd! — podniosła głos niemal przez płacz, a Dan wiedział, że jego obecność tylko pogarsza całą sytuację. Dlatego postanowił odejść.

/

Był piękny dzień i wydawało się, że w życiu Nate'a Archibald'a wszystko w końcu idzie na dobrym kierunku. Owszem, nieco skompromitował rodzinę swoim wystąpieniem w telewizji, ale dzięki temu wszedł w łaski Vanessy i w sumie jej rodziny, którzy nagle stali się dla niego bardzo mili i traktowali go jak bohatera. Jemu osobiście bardzo to się podobało. Nie musiał bawić siew politykę, ale liczył, że pewnego dnia dziadek, mama oraz reszta rodziny mu wybaczą i wszystko będzie w porządku. Próbował się z nimi kontaktową, ale bez większego skutku. Chyba nadal to wszystko trwali i Nate to rozumiał. Sam postanowił skupić się na sobie i zająć się Vanessą. Nadal trudno było mu uwierzyć w to, że będzie tatą. To było takie nowe i zarazem bardzo ekscytujące. Nie mógł jednak żyć tylko tym i każdego dnia zajmował się pracą w redakcji, gdzie starał się był od rana do południa. Dzisiaj jednak był nieco spóźniony, bo Vanessa miała swoje zachcianki najpierw musiał podjechać do marketu.

Gdy wszedł do biura Spectator'a i udał się w kierunku, gdzie pokój miała jego sekretarka oraz on sam, to zauważał dziwne poruszenie pracowników biura. Nie po raz pierwszy tak reagowali, ponieważ widzieli zapewne jego wystąpienie w telewizji podczas wybierania kandydata Demokratów na burmistrza miasta i było o nim głośno. Nie tylko w gazetach, Internecie, ale również wśród ludzi, którzy go znali najlepiej. Gdy się pojawiał, to było słychać ustające szepty. Nate chciałby bardzo, aby ludzie przestali o nim mówić i zajęli się swoim życiem.

— Szefie, pański dziadek William czeka w gabinecie. — zaczepiła go jego sekretarka, gdy tylko pojawił się w progu. Była bardzo zdenerwowana i to trochę obudziło niepokój u młodego Archibald'a. Nie chciał jednak tego pokazywać po sobie i zachował pozorny spokój.

— Mówił, po co przyszedł?

Sekretarka tylko pokręciła przecząco głową, a Nate uśmiechnął się do niej ze zrozumieniem. Obecność dziadka była synonimem kłopotów i poniekąd młody Archibald spodziewał się, że w końcu dziadek przypomni o swojej o osobie, bo w końcu od ostatniego ,wystąpienia" Nate nie zamienił z nim ani słowa. Dzisiaj więc miał być dzień konfrontacji i chociaż blondyn nie był na to gotowy, to poczuł ulgę, że będzie miał to za sobą.

— Naoglądałeś się za dużo filmów gangsterskich? — zapytał wchodząc do swojego gabinetu widząc dziadka Williama siedzącego w jego fotelu.

— Nie przychodzisz punktualnie do pracy. — stwierdził chłodno.

— Jestem szefem. Nie mam sztywnych godzin pracy.

— A nie było czasem tak, że zajmowałeś się zachciankami tej dziewczyny?

— Ta dziewczyna ma imię. To jest Vanessa i chciałbym, abyś się zwracał do niej z szacunkiem.

— Staczasz się przez nią mój drogi.

— Nie, nieprawda. Mówisz tak, bo nie podążam za twoimi marzeniami.

— Moimi? Myślałem, że to są i twoje marzenia.

— Nie, nigdy nie były. Chciałem tylko zasłużyć na wasze uznanie oraz miłość robiąc to, czego ode mnie oczekujecie. Nigdy nie chciałem iść w politykę ani startować z ramienia Demokratów. Prawdę powiedziawszy, to zawsze byłem Republikaninem.

— To nie brzmisz jak ty.

— Właściwe to brzmię jak najprawdziwszy ja i lepiej przywyknij, bo zamierzam mówić to, co myślę. Być szczerym. — Nate powiedział to dumnie i wydawało mu się, że nawet pierś wypiął do przodu. Czuł się jakby dostał przysłowiowego wiatru w skrzydła.

— Siadaj Nate. — dziadek van der Bilt odezwał się niemal zrezygnowanym tonem, co tylko dodawało młodemu Archibaldowi pewności siebie. — Mamy do pogadania.

— Właściwie to siedzisz na moim miejscu.

— To już nie jest twoje miejsce.

— He?

— Mój drogi, nie ma sensu grania w pokera. Odsłaniam swoje karty i postawię sprawę jasno.

— Zabierasz mi redakcję?

— Jeśli mnie przekonasz, to tego nie zrobię.

— Jak? Chcesz żebym wrócił do partii i zaczął kandydować? Wiesz, że po takiej kompromitacji nikt nie weźmie mnie na poważnie.

— Ależ owszem, weźmie.

— Masz plan. — stwierdził Nate patrząc uważnie na swojego dziadka.

— Mam plan. — przytaknął William, a na jego twarzy malował się tajemniczy uśmieszek. — Partia uwierzy, że byłeś w szoku, bo bardzo cierpiałeś po starcie dziecka.

— Czekaj… — przerwał mu i popatrzył na dziadka niezrozumiale. W żaden sposób nie potrafił łączyć kropek. — O czym ty mówisz? Vanessa czuje się dobrze.

William nic nie powiedział. Nadal na twarzy miał ten swój uśmieszek, który zaczynał irytować młodego Archibald'a. Mówił sobie jednak w myślach, aby się uspokoił. Powtarzał niemal jak mantrę: ,przecież dziadek tylko przyszedł, powiedzieć swoje i wyjść. Cokolwiek to będzie, to odmówisz i po sprawie. Żadna jego gra spojrzenia nie robi na tobie wrażenia Nate, więc weź się w garść." William wstał od biurka i sięgnął do swojej skórzanej teczki Gucciego i wyciągnął z niej jakieś papiery oraz ulotki i podał je wnukowi.

— Co to?

— Spójrz na to.

Nate niechętnie rzucił okiem na to, co podał mu dziadek. Było to kilka ulotek napisanych w języku hiszpańskim, którego Nate znał ,piąte przez dziesiąte", czyli wcale. Rozumiał może co piąte słowo, a z obrazków domyślił się, że były to opisy klinik bodajże w Meksyku. Nate przeglądał coraz to kolejną ulotkę z nadzieją, że w końcu zrozumie sens, dlaczego dziadek mu to dał. W końcu jednak się poddał i zamierzał zapytać wprost.

— Nie rozumiem. Po co mi to dajesz?

— To są kliniki medyczne w Meksyku.

— Domyśliłem się, ale po co mi to dajesz? Nie jestem chory. Vanessa też nie. Chyba, że wiesz coś, czego nie wiem ja? — spojrzał na niego z niepokojem i próbował przypomnieć sobie, czy przegapił jakieś oczywiste sygnały, które wysyłała mu jego narzeczona dotyczące jej stanu zdrowia, ale nic takiego nie miało miejsca. — Ty jesteś chory? — zapytał po chwili milczenia.

— Nie. — zaśmiał się. — Co miałeś z hiszpańskiego?

— Czy to ważne? Nie był to przedmiot szkolny moich priorytetów.

— To są ulotki klinik aborcyjnych. — powiedział wprost nieco zniecierpliwiony. — Zabierzesz tam tą dziewczynę, aby pozbyć się problemu.

— Moje dziecko nazywasz problemem?

— Posłuchaj Nate. — przerwał mu. — Zabierzesz tam tą dziewczynę i wrócisz do partii. Wyjaśnisz, że nie byłeś osobą, bo nie radziłeś sobie ze stratą dziecka, ale po terapii czujesz się znacznie lepiej i dlatego prosisz o szansę. Nie dość, że wrócisz, to będziesz miał okazję opowiedzieć łzawiącą historyjkę w gazetach. Dzięki temu zbliżysz się do społeczeństwa. — wyjaśnił bardzo uradowany. —Nikt się nie dowie o waszej małej wycieczce do Meksyku. Tutaj nie będziemy ryzykować. Zła prasa ci nie służy.

— To się nie stanie. Zabieraj te ulotki i zabieraj się z mojego gabinetu.

— Nate, chyba mnie nie zrozumiałeś.

William wyciągnął telefon i wystukiwał na ekranie jakiś numer albo szukał kontaktu. Potem przyłożył go sobie do ucha i czekał aż ktoś po drugiej stronie się odezwie.

— Wprowadź go.

Odłożył telefon chowając do kieszenie marynarki, a Nate patrzył na niego bardzo zdezorientowany. Nie minęło jakieś dziesięć sekund i w drzwiach gabinetu Nate'a pojawił się jego kuzyn Tripp. Młody Archibald mimowolnie zaśmiał się widząc kuzyna, który jeszcze tak niedawno był przecież w niełasce rodziny. Nate nawet się z nim nie przywitał. Tripp do tej pory nie przeprosił go za to, co wydarzyło się w przeszłości.

— Co jest grane dziadku? — zapytał odwracając się w kierunku Williama'a. — Wymieniasz mnie na Trippa?

— Po co takie brutalne stwierdzenia? Twój kuzyn Tripp bardzo żałuje tego, co się stało w przeszłości i jak splamił honor rodziny, ale jest gotów wszystko naprawić.

— Może niech zacznie od przeprosi dla Sereny. Jestem pewien, że pamięta dziewczynę, którą zostawił na pewną śmierć, prawda Tripp? — spojrzał na kuzyna, który unikał jego spojrzenia.

— Polityka to poważne sprawy Nate, a nie dramy licealistów. — odparł, a Nate chciał coś powiedzieć, lecz starszy van der Bilt uciszył go ruchem dłoni. — Zrobisz tak jak ci powiedziałem albo redakcja Spectator'a będzie należeć do Trippa.

— Nie możesz tego zrobić! — zaprotestował. — To ja od początku tutaj pracowałem przechodząc przez niższe szczeble! To ja sprawiłem, że zbliżyliśmy się sprzedażowo do New York Times! To ja…

— Mam rozumieć, że przystajesz na moją propozycję?

— Nie, ale…

— W takim razie weź swoje rzeczy. Tripp potrzebuje wolnego biurka. — powiedział stanowczo nawet nie patrząc na swojego najmłodszego wnuka. — Zatrzymaj ulotki, gdy przemyślisz wszystko i zmienisz zdanie.

/

W lofcie Humphrey'ów nie było nikogo oprócz Jenny oraz Eric'a,. Czytali książki, serfowali po social mediach i zerkali na grający telewizor, aby być na bieżąco z wydarzeniami. Zajmowali fotel oraz sofę w pomieszczeniu, które było połączeniem salonu oraz kuchni. Osoby z Manhattan'u nazwały loft Humphrey'ów klitką, ale zarówno Jenny i Dan bardzo lubili swój dom i nawet fakt, że jedyna prywatność mieli w swoich pokojach. Często, gdy odrabiali lekcje i mieli czas dla siebie, to tata wołał ich do salonu i grali razem w scrabble, monopoly, chińczyka albo inne gry planszowe. Spędzali tak cudownie czas i to był jeden z najlepszych okresów w ich życiu, bo ten najlepszy był, kiedy mieszkali wszyscy razem w czworo, gdy jeszcze była z nimi mama. Czasy, które wydają się opisywać życie kogoś zupełnie innego.

Gdy Dan nie skończył jeszcze dwunastu lat, a Jenny miała niecałe dziesięć to mieszkali z rodzicami w małym miasteczku Hudson. To było za czasów, gdy żyła jeszcze babcia rodzeństwa Humphrey – mama Alison. Dan i Jenny byli bardzo zżyci z babcią i zawsze była dla nich trzecim rodzicem, która miała wpływ na ich wychowywanie. To były czasy, gdy ich tata czasami dawał mniejsze koncerty i często nie było go w domu, ale była mama i babcia i to im wystarczyło. To właśnie w Hudson rodzeństwo Humphrey było ze sobą najbliżej. To były czasy, gdy nie mieli przed sobą tajemnic i byli dla siebie najlepszymi przyjaciółmi. To właśnie w Hudson Dan i Jenny zawierali swoje pierwsze przyjaźnie oraz stworzyli swoją pierwszą, prawdziwą paczkę, której byli prawdziwymi liderami. Paczkę przyjaciół, z którymi stworzyli szczególne więzi, których nie potrafili stworzyć już z nikim po przeprowadzce do Nowego Jorku. Dlatego tamten okres był dla nich szczególny i najlepszy.

Jenny popatrzyła na Erica, który ziewał z otwartą buzią tak szeroko, że oczami blondynki groziło to złamaniem szczeki. Jeszcze nie widziała, aby ktoś tak potrafił szeroko otwierać buzie. Sama mimowolnie zaczęła również ziewać, ponieważ było to cholernie zaraźliwe.

— Możesz przestać! — warknęła do niego.

— Co? — spojrzał na nią zdezorientowany, bo nie wiedział, co tym razem źle zrobił. — Masz okres?

Jenny rzuciła go poduszką.

— Ziewać! Bo sama zaczynam to robić.

— Mówiłem ci, że jestem zmęczony po nocce, ale nie chciałem długo spać rano, aby nie tracić dnia. Poza tym powinnaś się cieszyć, że ,od ziewnęłaś" na moje ziewnięcie.

— Niby dlaczego?

— Kiedyś czytałem, że tylko psychopaci nie ziewają, gdy widzą osoby ziewające, bo wiadomo są pozbawione empatii i nie reagują na inne osoby więc ciesz się Jenny, bo nie masz zapędów morderczych, a ja czuję się bezpieczniejszy i nadal mogę tutaj mieszkać.

— To byłaby prawdziwa tragedia, gdybyś zrezygnował z mieszkania tutaj. — powiedziała, a w jej głosie można było dosłyszeć ironię.

— Ha ha ha.

W tym momencie oboje usłyszeli huk zamykanych drzwi i aż podskoczyli. Spojrzeli za kanapy oraz fotela i zobaczyli wściekłego Dan'a, który zaraz po trzaśnięciu drzwi zaczął chodzić w jedną i drugą stronę. Nawet nie zdjął z siebie kurtki. Był wyraźnie czymś zdenerwowany. Gdyby to była kreskówka, to zapewne z jego uszu uchodziłaby para.

— Dan? Co się stało? — zapytała z niepokojem Jenny. — Nie miałeś dzisiaj dnia z Henrym?

— Miałem! Ale ten gówniarz powiedział, że chce do swojego PRAWDZIWEGO taty! Pokłóciłem się z Blair, powiedziałem, że wychowała źle naszego syna, nazwałem ją beznadzieją matką, dostałem w twarz i zostałem wyrzucony za drzwi.

— Sporo tego. — wtrącił się Eric, którego trochę to bawiło, ale zacisnął wargi jakby walczył sam ze sobą, aby nie pojawił się uśmiech na jego twarzy. Gdy zobaczył piorunujące spojrzenie Jenny, to nawet nie musiał zaciskać swoich ust, ponieważ miał wrażenie, że jej spojrzenie zaraz go zabije.

Dan usiadł przy blacie. Na twarzy widział, że był zrezygnowany.

— Wkurzyłem się na zachowanie Henrego i Chuck'a, który pojawił się jak na pstryknięcie palcem i wyżyłem się na Blair. Nie powinienem tak mówić, ale słowa jakoś same wypływały z moich ust. W ogóle, to wiecie co? Czemu to ona ma być ofiara? Przecież to cały czas ja nią jestem. To ja nie znałem mojego syna przez jakieś siedem lat.

— Dan, znam twoją chęć usprawiedliwiania się na siłę jak mało kto, ale nie uważasz, że i tak przesadziłeś? Blair zrobiłaby wszystko dla Henrego i wychowała go najlepiej jak potrafiła. Powinieneś chociaż postawić się na jej miejscu. Przecież jej też jest trudno. Myślisz, że chciała takiej sytuacji? Chciała ci powiedzieć, ale nie chciała wchodzić między ciebie a Serenę. To szlachetne, poniekąd.

— Serio Jenny?

— Jestem tylko obiektywna. Zanim wydasz wyrok, to się zastanów. Ty też nie wchodziłeś między nią a Louis'a, a potem między nią a Chuck'a.

Dan zagryzł wargi jakby trawił słowa swojej młodszej siostry. Może było w tym trochę racji. Kiedy on odkrywał swoje uczucia do Blair, to siedział cicho. Nie chciał niszczyć jej marzeń o byciu księżniczką. Marzył bowiem, że pewnego dnia Blair sama się w nim zakocha i odrzuci Louisa oraz Chuck'a i poniekąd w końcu tak się stało. Zanim jednak to nastąpiło, to Dan czekał cierpliwie i ta cierpliwość się skończyła, bo w końcu powiedział Blair o swoich uczuciach. Może Blair robiła to samo w stosunku do niego i nie chciała psuć jego szczęścia? Tylko nie wiedziała, że Serena i te całe oświadczyny były na siłę, bo blondynka była w ciąży. Wszystko poszło nie po jego myśli, bo tego dnia zamierzał z nią zerwać, a nie oświadczyć. Dopóki Jenny mu tego nie uświadomiła, to Dan nie raczył popatrzyć na wszystko oczami Blair i po raz pierwszy tego dnia poczuł się paskudnie.

— Zachowałem się jak idiota. — odezwał się przerywając cisze i skrzywił się.

— Delikatnie powiedziawszy. — dodał Eric i podszedł do niego. Położył dłoń na jego ramieniu i go poklepał. — Ale nie martw się bro. Zawsze możesz ją przeprosić.

— Chyba tak zrobię jeśli będzie chciała mnie widzieć i ze mną rozmawiać.

— Na pewno i nie martw się Henrym. To tylko dziecko. Jego też spróbuj zrozumieć. Jego rodzice niedawno się rozwiedli. Przez ale życie myślał, że Chuck jest jego tatą, a nagle w jego życiu pojawia się obcy facet twierdzący, że jest jego tatą. To trochę dużo jak na siedmiolatka.

— Niezupełnie jestem dla niego obcy. Zna mnie.

— Ale nigdy cię nie poznał tak dobrze. Wszyscy we troje potrzebujecie czasu, a ty chcesz wszystko zrobić na już. Tak się nie da.

— Blair dziś powiedziała podobnie.

— Więc może jest w tym trochę racji?

— Może… — Humphrey westchnął i włożył dłonie do kieszeni kurtki, którą nadal miał na sobie. W jednej z nich poczuł, że coś tam jest. Wyciągnął kawałek papieru, który okazał się listem od Lily i Rufusa. Odebrał pocztę rano i schował list do kieszeni. Totalnie o tym zapomniał. — Oh, prawie zapomniałem. Rodzice napisali.

— Gdzie teraz są? — zapytał Eric zaglądając zza jego ramienia.

— Przekonajmy się.

Dan otworzył list i wyciągnął z niego kawałek kartki, na której było napisane kilak słów pozdrowienia, jedno wspólne zdjęcie Lily oraz Rufusa oraz pocztówka. Od kilku tygodni Lily i Rufus wybrali się na swoją kolejną podróż poślubną, która właściwie jest podróżną ,przedślubną", ale chcieli spędzić ze sobą czas i nadrobić zaległości, które stracili przez ostatnie kilka lat. Odwiedzali różne kraje w Europie i z każdego wysyłali im pocztówkę, kilka słów na kartce papieru oraz zdjęcie.

— Gran Canaria. — powiedział podając pocztówkę w ręce Erica.

— Nieźle!

— Coraz mniej miejsca na naszej lodówce. — stwierdziła Jenny biorąc kartkę od blondyna i poszła z nią w kierunku wspominanego sprzętu, na którym były same pocztówki przyczepione na magnesach. Dzięki niej pojawiło się jeszcze jedno, które Jenny przyczepiła z dumą. To ona układała pozostałe pocztówki, bo była organizatorką w tym lofcie. — Powinniśmy kupić specjalną tablicę na ścianę. — stwierdziła odwracając się do chłopaków.

— Albo trzymać wszystko z jednej kopercie gdzieś na dnie szuflady z notatkami Dan do jego następnej książki, która i tak nigdy nie powstanie. — dodał Eric.

— Hej! — Dan obruszył się na żarty. Poczuł wibrację w kieszeni swoich spodni i wyciągnął telefon. Zobaczył tylko identyfikator dzwoniącego. — To mama. — powiedział zdziwiony patrząc na Jenny i przyłożył telefon do ucha. Poszedł do swojego pokoju.

— Mamy chyba dzisiaj jakiś zlot rodziców. Brakuje tylko mojego taty mówiącego, że marnuje sobie życie pracując jako barman.

— Nie wywołuj wilka z lasu.

Jenny się uśmiechnęła do blondyna i wróciła na fotel. Była z niego dumna, że postawił na swoim i zrezygnował z czegoś, czego nie lubił. Nawet jeśli praca barmana nie była jego wymarzoną, to nadal próbował i nadal szukał siebie. Pewnego dnia to zrobi, ale bez presji rodziców, że odetną mu dopływ pieniężne. Właściwie to już to zrobili, ale Eric się nie złamał. Nadal szedł po swoje twardo i uparcie. Dlatego była z niego dumna. Nie mówiła mu tego, ale miała nadzieję, że Eric to wiedział.

Po kilku minutach ze swojego pokoju wyszedł Dan. Jenny odwróciła głowę w jego stronę, bo była ciekawa, co chciała mama. Chwilę wcześniej dzwoniła do niej, ale Jenny nie odebrała. Nie miała ochoty z nią rozmawiać i stwierdziła, że oddzwoń później albo wcale. Skoro jednak Alison się nie poddawała i dzwoniła po kolei, to chyba coś musiało się stać i złapał ją niepokój. Miała nadzieję, że niepokój minie w momencie, gdy pojawi się Dan i oznajmi jej powód, dla którego ich mama niepokoi ich telefonami i przy okazji przypomina sobie o tym, że ma dzieci. Dan jednak nie uśpił jej niepokoju, bo gdy wyszedł ze swojego pokoju, to był cały blady. Jenny wiedziała, że coś się stało, bo nigdy nie widziała w takim stanie swojego starszego brata.

— Jezu, Dan wyglądasz jakbyś zobaczył ducha. Co się stało?

— Mama dzwoniła. — oznajmił i patrzył na siostrę, ale Jenny miała wrażenie, że jego spojrzenie jest puste jakby Dan był teraz w bardzo odległym miejscu na ziemi. — Mam dla ciebie bardzo smutną wiadomość Jenny. Cedric nie żyje.

/

27 czerwca 2001 roku

Przez całe miasteczko biegnie chłopak ile ma tylko tchu w płucach. Ma jakieś dziesięć lat i jak na swój wiek jest średniego wzrostu. Ma kruczoczarne włosy, które naturalnie mu się kręcą i na głowie ma tak ,mini afro". Biegnie dalej i po drodze mija różnych ludzi. Wszyscy ich zna i każdej z tych osób mówi ,dzień dobry". Dokładnie tak jak nauczyła go babcia, aby każdego, kogo znasz pozdrawiać i być miłym. Tak wiesz robił i z każdą przerwą na złapanie powietrza podczas biegania mówił ,dzień dobry" i wszyscy mu odpowiadali. Biegł dalej, aż znalazł się za winklem. Ulica wydawała się, że się kończy, ponieważ było na niej tylko kilka domów, a za tymi domami pola rolnicze oraz mniejszy lasek położony dosłownie na środku tych pól rolniczych. Dalej natomiast rozciągał się ogromny las państwowy. Chłopiec jednak biegł dalej mijając domy i wbiegając na pola kukurydzy, które minął. Zatrzymał się dopiero przy niewielkim pagórku, na który się wspiął. Na pagórku był mały lasku, który miał nie więcej niż czterdzieści metrów kwadratowych. Zanim wszedł przez drzewa, to zatrzymał się, aby złapać oddech. Ciężko oddychając poszedł dalej ścieżką, która prowadziła do wcześniej wspominanego lasu.

— Hasło? — zabrzmiał dziecięcy głos próbujący naśladować głos dorosłego. Dochodził on zza ogromnego krzaka. Naprzeciwko tego krzaka był kolejny krzak, a miedzy nimi wielka deska, która je łączyła. Gdyby się uważnie przyjrzeć, to można zauważyć, że był to kawałek fragmentu bramy z farmy niedaleko, która robiła za prowizoryczną bramę do bazy, którą w tym małym lasku zbudowało sobie sześcioro dzieci: Dan, Jenny, Cedric, Tom, Alex i jej siostra bliźniaczka Sam.

— Najlepsi wojownicy: Goku, Vegeta i Piccolo. — odpowiedział chłopiec w kręconych włosach i sięgnął dłonią, aby otworzyć bramkę. Wiedział, że hasło jest poprawne, bo przecież był jego współtwórcą.

— Hej, Dan. Czy nie możemy wymyśleć innego hasła? Za każdym razem sprawdzam na kartce czy jest poprawne. — zapytał go chłopak siedzący przy bramce, na którego mówili ochroniarz. Nazywał się jednak Tom.

— Nie. Wymyśliłem je razem z Jenny i Ced'em na samym początku, gdy odkryliśmy to miejsce.

— Co to w ogóle znaczy?

— Nie oglądałeś Dragon Ball? — zdziwił się jedenastoletni Dan.

Tom tylko pokręcił przecząco głową.

— Goku, Vegeta i Piccolo, to bohaterowie bajki Dragon Ball. O takich wojownikach, którzy walczą. Gdy w naszej bazie byłem tylko ja, Jenny i Cedric, to się w to bawiliśmy. Ja jestem Goku, Jenny Vegeta, a Cedric Piccolo.

— Vegeta to żeńska postać?

— Nie, ale znasz Jenny – ona nie lubi damskich postaci, bo są nudne i słabe. — zaśmiał się.

— Muszę to zobaczyć! — zawołał entuzjastycznie Tom.

— Możesz przyjść dzisiaj do nas. Oglądamy z Cedric'em codziennie każdy odcinek razem.

— Ekstra!

— Hej Dan! — brunet odwrócił się, bo usłyszał nad sobą dziewczęcy głos. Była to jego młodsza siostra, która siedziała teraz na pierwszym piętrze domku na drzewie i machała do niego jakąś chustą. Domek miał dwa piętra, ale na to niższe mówili parter, bo było tylko jakieś metr nad ziemią. — Alex zrobiła firanki do naszego domku! Wiedziałeś, że potrafi haftować?!

— Nie, ale to ekstra! — krzyknął do siostry i uśmiechnął się szeroko.

— Zrobiłeś rozeznanie w domu starego Eugene'a? — zapytała.

— Tak trochę.

— Czyli?

— Ma rozwalony płot jak widziałaś, który leży w gąszczu tej wysokiej trawy. Chyba tam nikt nie kosił od kiedy umarł.

— Chyba zapił się na śmierć. — dodał Cedric, który pojawił się dosłownie znikąd. Na twarzy jak zwykle miał szeroki uśmiech.

Wszyscy w mieście znali starego Eugene'a, który był alkoholikiem i pił od rana do nocy. Dzieciaki z bazy znali go tylko w tej wersji, ale ich rodzice czy dziadkowie nie. Pamiętali go bowiem jako porządnego krawca, do którego chodzili niemal wszyscy, gdy potrzebowali przeróbek krawieckich czy innych rzeczy. Eugene jednak załamał się, gdy jego młoda żona nagle zmarła. Od tamtej pory tylko pił i rozpijał się coraz bardziej. Stracił swój dobrze prosperujący zakład krawiecki. Siedział tylko w domu i pił, coraz więcej pił i tak przez jakieś trzydzieści lat. Do momentu, gdy w tamtym roku sam nie zmarł. Teraz jego dom stał pusty, ponieważ nawet jego dzieci się tym nie interesowali. To było przykre, ale dzieciaki jeszcze tego nie rozumieli. Jedyne, co ich interesowało, to zawalony płot ogrodzenia domu starego Eugene'a, ponieważ potrzebowali z tego płotu desek do budowania swojego płotu. Oczywiście ten pomysł podsunęła im Jenny – przewodniczka całej grupy oraz najgłupszych pomysłów.

— Cedric, gdzie byłeś? — zapytał Dan i przybił z nim swoje powitanie. Znali go tylko oni oraz Jenny. Dzieciaki za każdym razem się tak witali. Najpierw przebijali sobie piątki, potem żółwiki, potem robili ,sztamę" przez która przyciągali swoje barki, którymi się zderzali. Potem odwracali się, aby przybić sobie stopy, podskakiwali i na trzy przybijali się swoimi tyłkami. Całość trwała jakąś minutę, ale sprawiała im niezwykła frajdę.

— Byłem w domu. Zabrałem z barku przekąski dla nas. — powiedział dumny z siebie i rozpiął plecak, w którego wyciągał chipsy, czekolady, paluszki oraz inne przekąski.

— Ale Ekstra! Tom pójdzie po wodę i możemy sobie zrobić prawdziwą ucztę.

— To pójdziecie po te deski? — dopytywała się Jenny.

— Nie wiem, czy to dobry pomysł. — powiedział niepewnie Dan i spojrzał na swojego kumpla Cedric'a szukając w nim aprobaty. — Czy to nie jest przypadkiem kradzież? — zapytał niewinnie patrząc na siostrę.

— Jaka kradzież? Przecież stary Eugene nie żyje, a jego płot się rozwalił i leży teraz na ścieżce dla pieszych, czyli ziemi niczyjej. Mamy prawo to wziąć, wiec idziecie z Cedric'iem. — pogoniła ich.

— Dlaczego my?

— Bo ja jestem dziewczyną, a wy chłopakami. Poza tym ktoś tutaj musi być, gdyby mama nas zawołała więc będę grać na zwłokę. — powiedziała pewnym tonem głosu. Była typową przewodniczka całej grupy i nikt nie ośmielił się jej sprzeciwić.

— Niech będzie. — powiedział zrezygnowanym tonem Dan. — Chodź Cedric.

Chłopcy wrócili po jakieś godzinie. Nie mogli iść przez całe miasteczko, ale wybrali drogę przez pola, aby nikt ich nie widział. Dan cały czas obawiał się tego, że jednak popełnili przestępstwo i może jak będą szli przez pola to policja ich nie zobaczy. To była najdłuższa godzina w jego życiu. Cedric natomiast świetnie się bawił i jakby przeczuwał obawy Dana, z którego się śmiał i uważa, że przesadza, bo przecież Jenny ma rację. W duchu Dan wiedział, że jego kumpel jest taki zgodny z Jenny, bo blondynka na pewno mu się podoba. Musiał się zastanowić jak przyjmie ich ewentualny związek. Czy to nie będzie dziwne? Czy poczuje się w tej grupie pominięty? W końcu byli zawsze we trójkę przeciwko całemu światu. Obiecali sobie nawet przyjaźń na zawsze. Kilka lat temu znaleźli największe drzewo świata (przynajmniej tak im się wtedy wydawało) i postanowili to wykorzystać. Nazwali je drzewem przyjaźni, na którym związali sznurek otaczając cały pień drzewa przysięgając sobie przyjaźń po sam grób. Jeśli kiedykolwiek ten sznur się rozwiążę, to ich przyjaźń się skończy.

— Nie uważasz, że jest tu za cicho? — zapytał Cedric, gdy zbliżali się do swojej bazy.

— Hm… nie wiem. Chyba nie. Po prostu chodźmy. — odparł pewnie Dan, ale i jego zaniepokoiło to, że nie było słychać żadnych głosów. Przecież były ich słychać nawet w oddali. Coś chyba było nie tak.

Chłopcy weszli do bazy, ale przy ich prowizorycznej bramce nie siedział Tom ani nawet Sam. Dna i Cedric zostawili zabrane deski z płotu starego Eugene'a przy wejściu i weszli iw głąb ich ,bazy". W środku też nikogo nie było. Zaczęli wołać każdego po imieniu, ale nikt nie odpowiadał. Było tylko słychać chrząkniecie oraz donośny kaszel dorosłej osoby dochodzący zza niewielkiego lasku. Gdy Dan popatrzył w tamtą stronę, to dostrzegł kilka dorosłych osób w tym ich rodziców oraz ich przyjaciół siedzących pomiędzy nimi. Dan pomyślał, że maja kłopoty i nie mylił się.

— Chłopcy, chodźcie tutaj do nas. — powiedział tata Dana i Jenny.

Dan popatrzył niepewnie na swojego kumpla i niepewnie wyszli ze swojej bazy. Całą reszta zgromadzenia była od nich oddalona jakieś pięćdziesiąt metrów. Dzieciaki siedzieli na niewielkim pagórku, a dorośli obok nich.

— Gdzie byliście? — zapytał Rufus, gdy chłopcy się do niego zbliżyli.

— Po wodę.

— Graliśmy w piłkę.

Dan popatrzył na Cedric'a z przerażeniem w oczach. Widział, że jego przyjaciel zrobił to samo. Dan skarcił się za to w duchu, ponieważ mogli chociaż ustalić jedną wersję wydarzeń tak jak uczyła ich Jenny. Kątem oka widział, że jego młodsza siostra tylko wywraca oczami. Co miał powiedzieć? Nigdy nie był takim geniuszem zbrodni jak ona chociaż był od niej jakieś dwa lata starszy.

— To jaka jest prawdziwa wersja wydarzeń?

— Poszliśmy po deski. — powiedział Dan cicho i tylko spuścił głowę, aby nie widzieć gniewu taty w oczach oraz zaoszczędzić sobie wstydu wśród osób, których nie znał.

— Jakie deski?

— Z płotu starego Eugene'a. Jenny powiedziała, że rozwalony płot jest na ziemi niczyjej i możemy sobie wziąć deski do budowy naszego domku. — powiedział nie podnosząc głowy. Kątem oka widział jak jego młodsza siostra uderza otwartą dłonią w czoło i coś komentuje do Alex, Sam i Tom'a. Dan przysiągł, że Jenny mówi cos w stylu ,mój brat to debil".

Rufus cały się trząsł, ponieważ nie mógł powtrzymać się od wybuchnięcia śmiechem. Musiał przecież w takiej sytuacji zachować powagę.

— Siadajcie z resztą. — polecił im, a chłopcy posłusznie to zrobili.

Dan usiadł obok Tom'a, który był na samym skraju, a Cedric usiadł zaraz obok niego. Rufus podszedł w ich kierunku, ale wyminął ich. Stanął przed nimi i wyciągnął aparat na klisze. To był jeden z tych aparatów, które miało tylko jeden mały otwór jak lornetka i trzeba było przybliżyć tam oko zanim zrobiło się zdjęcie, aby uchwycić obraz przed kliknięciem przycisku. Wyglądał tak jakby chciał im zrobić zdjęcie. Dan zmarszczył brwi i wychylił się, aby popatrzeć na Jenny, ale ona miała dokładnie taką samą minę jak on.

— Tato, co ty robisz? Czy to cześć, w której dajesz nam pouczenie za złe uczynki oraz szlaban?

— To potem Danielu. Teraz zrobię wam zdjęcie. — oznajmił nie odrywając aparatu analogicznego ze swojej twarzy. — Dla mnie i waszej mamy oraz rodziców waszych przyjaciół. Dołączą go do listu skierowanego do świętego Mikołaja.

W tym momencie miny wszystkich dzieciaków wyglądały jak mieszanka zażenowania oraz robienia dobrej miny do złej gry. To było ich pierwsze i zarazem ostatnie zdjęcie. Ostatniego dnia sierpnia Jenny oraz Dan razem z rodzicami przeprowadzili się do Nowego Jorku zostawiając swoją paczkę przyjaciół. W latach, gdzie Internet nie był w każdym domu, to ich kontakt był bardzo sporadyczny aż zatarł się na zawsze. Mimo wszystko – pozostawił w pamięci tych dzieciaków same dobre wspomnienia i niektórzy nadal uważają ten etap za najlepszy okres swojego życia, w których królowało beztroska i jedynym problemem był brak desek do budowy domku na drzewie. Trzymając zdjęcie w swoich dłoniach po niemal dwudziestu latach, Dan bardzo chciałby wrócić do tego okresu. Nie na zawsze, ale chociaż na jeden dzień, aby jeszcze raz to wszystko przeżyć i przypomnieć sobie, czym była prawdziwa przyjaźń.

/

18 października 2020 roku, Obecnie

Lekcja utraty bliskiej osoby jest nauczką na całe życie. Taką nauczką, którą w teorii nie możemy naprawić. Oczywiście jeśli tyczy się to jakieś konkretnej osoby. Tak nam się wydaje, ponieważ nic nie jest w stanie sprawić, że ktoś nam bliski nagle znowu wróci do życia czy ożyje jak Łazarz. To jest zwyczajnie niemożliwie. Dlatego część życia, może jego większość lub całość będziemy się winić za to, że co zrobiliśmy źle. Winimy się za to, że spędzaliśmy z tą osobą za mało czasu. Winimy się za tak wiele rozmów czy ostatnie pożegnanie, które nie poszło po naszej myśli.

Poczucie winy jest normalne, bo to tylko pokazuje, że jesteśmy dobrymi ludźmi. Powinno ono jednak nas odpuścić, bo powinniśmy je przekształcić na coś innego – postawienie na inne relacje w naszym życiu albo na zrobienie czegoś po śmierci dla tej osoby. Czasami jest to możliwe zrobić cos dla zmarłego – zająć się jego sprawami, jego dziećmi czy innymi bliskimi albo zupełnie coś innego. To jest pomoc i to duża. Dlatego niektórzy mówią, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Wszędzie jest tą przyczyna i wszędzie jest ten Boski plan. Nawet jeśli go nie dostrzegamy i początkowo odbieramy jako karę. Tylko smutne, przykre czy nieszczęśliwe zdarzenia tak naprawdę coś zmieniają w naszym życiu i paradoksalnie zmieniają na lepsze.

Dan nie wiedział, ile siedział godzin, ale widział po swoim pokoju, że zrobiło się ciemno. Musiał być wiec już późny wieczór albo środek nocy. Nie potrafił ocenić. Siedział i tępo wpatrywał się w zdjęcie z dzieciństwa, które do tej pory traktował głównie jako zakładkę do książki. Jego wzrok utkwiony był cały czas w chłopaka siedzącego obok niego i nieśmiało chwytającego za ramię. Miał niebieskie oczy i jasne blond włosy. Chociaż wówczas dzieciaki ze zdjęcia nie uważały, że powód zdjęcia jest jednocześnie powodem do uśmiechu, to Dan dostrzegł, że Cedric się uśmiechał tym swoim uśmiechem, który można zobaczyć kilka razy w życiu.

— Dan? — Jenny wychyliła głowę za drzwi. — Wszystko w porządku? Siedzisz tutaj od kilku godzin.

— Nie wiem Jenny. — odparł szczerze zachrypniętym głosem i natychmiast odchrząknął. Przez te kilak godzin nie wypowiedział ani słowa, że aż zachrypnął.

— Mogę wejść?

Dan tylko skinął głową. Poczekał aż siostra usiądzie obok niego. Zrobiła to, ale nie odezwała się. Chyba sama zbierała w sobie zarówno i odwagę jak i odpowiednie słowa. Nic jednak nie przychodziło jej do głowy. Co mogła powiedzieć? Cedric był młody. Był w wieku Dana. Gdy widzieli się z mamą, która nadal mieszkała w Hudson, to często wspominała im o ich przyjacielu z dzieciństwa. Była na bieżąco z jego aktualnymi sprawami. Dzięki temu rodzeństwo Humphrey wiedzieli, że Cedric się ożenił i że miał dziecko oraz drugie w drodze. Taka tragedia, która spotkała jego rodzinę była nie do opisania.

— Nie wiem, co powiedzieć.

— Ja też. Cały czas mam go przed oczami jak bawiliśmy się w Dragon Ball, a on chodził z kartką swoich postaci, bo nigdy nie mógł zapamiętać, kogo ma.

Dan się uśmiechnął na to wspomnienie, a z oczu popłynęły mu łzy, które szybko otarł rękawem bluzy. W którym momencie ich życie pobiegło tak daleko, że ten kontakt się urwał? Wydawało mu się, że będą przyjaciółmi do końca świata i o jeden dzień dłużej. Tak się jednak nie stało. Wyjazd od Nowego Jorku wszystko zespół. Czasami łapał się na tym, co by się wydarzyło, gdyby się w Nowym Jorku nie pojawili i jakby wyglądało ich życie?

— Nie potrafię w to uwierzyć. Czekam tylko na telefon mamy, która powie, że to pomyłka i z Cedric'iem wszystko w porządku. Że jak przyjadę w odwiedziny do mamy, to będę go widział na sąsiednim podwórku jak bawi się ze swoim synem.

— Ja tak samo. — Jenny schowała głowę w dłoniach. — Wiem, że od lat nie mieliśmy z nim kontaktu, ale…

— Też mamy prawo Jenny przeżywać żałobę. — odparł i wziął Jenny za rękę. — Był naszym pierwszym przyjacielem i nic w świecie tego nie zmieni. Czasami nawet myślę, że jedynym.

— Jedynym normalnym.

— Myślisz czasami, co by było…

— Gdybyśmy nie wyjechali z Hudson? — dokończyła i popatrzyła na brata, który tylko skinął głową. — Czasami, ale coś czuję, że teraz będę o tym myśleć codziennie.

— Ja chyba tak samo.

— Gdy przyjechaliśmy do Nowego Jorku, to wydawało mi się, że czeka nas lepsze życie. Większe miasto, lepsze perspektywy, lepsza szkoła, nasi rodzice razem cały czas i tata, który by nie wyjeżdżał, bo miałby pracę na miastu. Wszystko brzmiało idealnie.

— Ale tak nie było.

— To nie ma znaczenia, Dan. Decyzja o wyjeździe nigdy nie była nasza, a my nie mieliśmy prawa decydować za siebie. Byliśmy dziećmi.

— To nie zabija poczucia winy.

— Wiem. — Jenny wyraźnie posmutniała. Dan wiedział, że jego młodszą siostrą targają podobne uczucia, co nim. — Myślisz, że to kiedyś minie?

— Nie wiem Jenny.

Dan niespodziewanie wstał i położył zdjęcie na swoim stoliku nocnym. Zastanawiał się czy nie zabrać tego zdjęcia ze sobą, ale nie chciał go zniszczyć. Poza tym zrobił sobie zdjęcie swoim telefonem komórkowym i ustawił na tapecie. To głupie, ale właśnie tego w tamtej chwili potrzebował. Humphrey ruszył w kierunku drzwi swojego pokoju. Jego zachowanie wyraźnie zaskoczyło blondynkę, co właściwie malowało się na jej twarzy.

— Gdzie idziesz?

— Do kościoła.

— Czekaj… co? W nocy będziesz szedł do kościoła?

— Tak. Zadręczanie się nad przeszłością lub przyszłością, której nigdy nie było nie ma sensu. Tak nic nie zrobię ani nie pomogę Cedric'owi. Mama powiedziała, że jedyne, co może mu pomóc to modlitwa. — powiedział i chwycił za klamkę otwierając drzwi swojej sypialni.

— Poczekaj. — Jenny wstała i podeszła do niego. — Idę z tobą.

/

Henry siedział na podłodze w salonie mieszkaniu Chuck'a i bawił się razem z Lily. Urządzili sobie konkurs rysunku. Henry widział zainteresowanie, które okazywała mała blondynka oraz ilość uczucia, które wkładała w swoje dzieło. On jednak nie potrafił się skupić i tylko pociągał jednym kolorem kredki po całej kartce. Był to kolor czerwony. Kątem oka widział jak jego tata oraz mama Lily siedzą przy stole w pokoju obok i coś czytają. Nie byłoby w tym nic, co by go zainteresowało, ale oboje trzymali się za ręce. Robili to ukradkiem, ale Henry to dostrzegł i nie potrafił oderwać wzorku. Patrzył na Lily, ale ta siedziała do nich tyłem i niczego nie była w stanie zauważyć. W ogóle nie była zaineresowana niczym innym oprócz swojej kartki, gdzie próbowała namalować Else z ,Krainy Lodu". Henry nie wiedział jak zacząć rozmowę więc odważył się zapytać wprost.

— Lily?

— Tak?

— Nie zauważyłaś, że nasi rodzice ze sobą chodzą?

Lily odwróciła głowę i zobaczyła dwoje dorosłych pochłoniętych czytaniem i przy okazji trzymających się za ręce. Odwróciła się z powrotem do swojego kolegi i tylko się uśmiechnęła.

— Jakiś czas. — wzruszyła ramionami jakby to nie była żadna nowość.

— Nie jesteś zła, że twoja mama nie jest już z twoim tatą?

Twarz blondynki wyraźnie posmutniała.

— Nie…

— Dlaczego?

— Mój tata nie zawsze traktował dobrze moją mamę. Nie jest taki jak twój tata.

— To nie jest mój tata.

— Jesteś zły, że jest z moją mamą? Ale nie powinieneś przestać nazywać go tatą. — skarciła go nie tylko tonem, ale i spojrzeniem.

Mały Henry podkulił kolana, a z jego oczu poleciały łzy.

— Nie rozumiesz. To nie jest mój prawdziwy tata.

— Co? Jak to możliwe?

— Mama i ten facet mi powiedzieli prawdę.

— Ten facet? Ten twój prawdziwy tata?

— Tak.

— Gdzie on był przez ten cały czas?

— Nie wiedział, że się urodziłem i że jest moim tatą.

— Myślałam, że cię nie chciał jak moja mama.

Henry spojrzał na niego podnosząc jedną brew do góry.

— O czym ty mówisz? Twoja mama cię nie chciała?

— Moja biologiczna mama uciekła, gdy mnie urodziła.

— Dlaczego? — Henry był w szoku.

Lilian tylko wzruszyła ramionami.

— Nie chciała mnie.

— Przykro mi. — Henry nieśmiało wyciągnął dłoń i chwycił Lilian za rączkę.

— A mi nie. — odparła i odwróciła głowę w kierunku Evy i Chucka siedzących w pokoju obok i nie zdających sobie sprawy, o czym rozmawiają ich dzieci. — Bo mój tata znalazł mi najlepsza mamę na świecie, która mnie kocha i wybrała mnie ze wszystkim dzieci na świecie na swoją córkę. — powiedziała dumnie powtarzając słowa, które kiedyś powiedział jej Chuck. Potem wróciła spojrzeniem na Henrego.

— Ten mój tata nie zostawił mnie jak twoja mama. Jest denerwujący i próbuje spędzać ze mną czas.

— To chyba dobrze?

— Nie. Wolałem jak był wujkiem Danem. — odparł i spuścił wzrok. Zaczął skubać dłońmi wystającą nitkę ze swojej koszuli. — Denerwuje mnie.

— Czym? Że chce być twoim tatą?— spojrzała na niego pytająco swoimi dużymi niebieskimi oczami. — Nie było go przy tobie, ale nie jest jak moja biologiczna mama.

— Nie wiem jaki jest. Może jest taki sam.

— Bo nie chcesz pozwolić mu się poznać. — stwierdziła swoim tonem małej dorosłej. — Może twój tata jest taki jak moja mama albo nie jest. Daj mu szansę pokazać jaki jest.

— Może tak zrobię. Kiedyś lubiłem Dana. Był fajnym wujkiem i moim przyjacielem.

— Myślałam, że twoim przyjacielem jest Jamie.

— Dan też był. Czytał mi bajki, pokazał Harrero Pottera, pozwalał mi odwiedzać dziadka Harolda, gdy nikt inny nie chciał zabierać mnie na cmentarz. Czasami za nim tęsknie.

— Wygląda na fajnego przyjaciela. Tym bardziej nie rozumiem, czemu nie chcesz dać mu szansy. Nie musisz do niego mówić tato jeśli nie chcesz.

— Chyba źle się zachowałem wobec niego. — zawstydził się Henry przypominając sobie sytuacje sprzed kilku godzin.

— To nic. — blondynka z niebieskimi oczami poklepała go po ramieniu. — Jak następnym razem do ciebie przyjdzie, to go przeprosisz.

— Myślisz, że mi wybaczy?

— To twój tata. Rodzice zawsze wybaczają.

/

Trzy dni później, Dan ponownie udał się na dzielnicę Upper East Side, ale już nie skierował swoich kroków w kierunku apartamentu Waldorf. Stał przed mieszkaniem Chuck'a Bass'a. Nie widział się z nim od czasu przyjazdu z Paryża, a ich sprawa poniekąd stanęła trochę w miejscu. Chuck poprosił Dana oraz Georginę o cierpliwość i żeby dalej nic nie robili, bo musi sobie wszystko przemyśleć. Czyli dokładnie co takiego zrobić? Zachowanie Bass'a było co najmniej dziwne, ale Dan miał na głowie swoje własne problemy i dramaty, więc jego głowę nie zachodziły myśli, dlaczego Chuck każe się im wycofać. Teraz jednak te myśli powróciły do jego głowy. Czemu Chuck nie chciał, aby podążyli tropem Scott'a? Był obecnie jedynym łącznikiem między fundacją ,Popioły Feniksa" oraz śmiercią Lucille, która była w ciąży z bratem Humphrey'a. Scott nigdy nie chwalił się tym, że jest tatą. Nigdy ich też nie odwiedziła w Nowym Jorku, ale z drugiej strony – nigdy też nie odstał zaproszenia. Nawet na jego ślub i Sereny. Dan poczuł się głupio, bo naprawdę zapomniał o tym, że ma starszego brata. Nawet było mu głupio za Rufusa oraz Lily, ale na nich nie miał najmniejszego wpływu.

Dan pojawił się przed drzwiami mieszkania Bass'a i zadzwonił dzwonkiem. Może nie chciał rozmawiać z nim o tym, co wydarzyło się w Paryżu, ponieważ to było na dalszym planie. Na pierwszym planie było to, co zrobił Chuck zabierając Henrego w dzień, który miał być dniem ojca i syna. Dan zamierzał mu wszystko wygarnąć i powiedzieć, co o nim myśli. Jeśli Bass chce odzyskać Blair, to nie powinien robić tego w taki sposób. Dan w końcu ma prawo widywać się ze swoim synem, tak? Westchnął ciężko, bo się trochę denerwował. Poczuł w powietrzu zapach gorzały i to chyba pochodzącej z jego ust, bo i owszem – napił się trochę na odwagę, bo dlaczego nie? Cierpliwie poczekał aż drzwi się otworzą i faktycznie się otworzyły, ale Dan nie zobaczył nikogo przed sobą i to wszystko wyglądało jakby drzwi otworzył jakiś duch. Humphrey poczuł się dziwnie.

— Dzień dobry.

Głos dobiegł z dołu i wzór Dana automatycznie podążył za tym odgłosem. Drzwi faktycznie się otworzyły, ale nie stał za nimi duch, ale mała dziewczynka. Jasne, blond włosy oraz piękne i duże niebieskie oczy. Humphrey'owi zaprało dech w piersiach, ponieważ mógłby przysiądź, że widzi mniejszą wersję…

— Lily… — wydusił z siebie, ponieważ miał wrażenie, że ma do czynienia z mamą Sereny z przeszłości.

— Wolę jak mówią do mnie Lilian, ale niech będzie. Skąd wiedziałeś jak mam na imię?

— Nie wiedziałem. Wyglądasz zupełnie jak…

— Lilian! — Dan usłyszał kobiety głos dochodzący za któregoś z pomieszczeń mieszkania. — Mówiłam ci, że nie możesz otwierać obcym!

W drzwiach pojawiła się kobieta o blond włosach i Dan miał wrażenie, że już gdzieś ją widział. Ona też spojrzała na niego w podobny sposób, a Humphrey robił szybką analizę w głowię wszystkich swoich znajomych, ale nie potrafił jej zidentyfikować. Wydawało mu się, że stał tam całą wieczność, gdy zdecydował się odezwać.

— Jestem Dan Humphrey. — powiedział nieśmiało wyciągając dłoń, a potem ją cofnął i zaczął ocierać się ocierać o drugą dłoń. Przypomniał sobie, że nie wypada witać się przez próg. — Nie wiem, czy ja dobrze trafiłem. Jest może Chuck?

— Humphrey. — odezwał się głos za blondynką, a w drzwiach pojawił się Bass. — Co ty tutaj robisz?

— Możemy pogadać?

— Wejdź.

Kilka minut później Dan siedział w gabinecie Chuck'a, który wyglądał jak gabinet Chuck'a. Był taki schludny, czysty oraz przypominający każde biznesowe pomieszczenie we wszystkich serialach oraz filmach, które brunet miał okazję zobaczyć. Na biurku miał coś, co przypominało piłki antystresowe oraz ramki ze zdjęciami. Ze swojej perspektywy Dan nie wiedział, kto jest na tych zdjęciach, a jedynie mógł się domyślać.

— Po co tutaj przyszedłeś? Chyba ustaliliśmy, że na razie nie będziemy się kontaktować. — zaczął chropowatym głosem Chuck, gdy zostali sami w gabinecie.

— Ta mała dziewczynka? Czy to jest?

— Córka Scott'a, zgadza się. — odpowiedział odgadując jego myśli.

— Jest bardzo podobna do Lily.

— Też to zauważyłem. Chociaż podczas naszego pierwszego spotkania tego nie powiązałem.

— A ta większa blondynka?

— Prowadzisz spis mieszkańców Nowego Jorku, Humphrey?

— Po prostu odpowiedź.

— Eva.

— Pozwól mi zrozumieć… — odparł i nachylił się bliżej układając dłonie na biurku Bass'a. — mieszkasz z Evą, która właściwie jest dziewczyną mojego brata…

— byłą. — przerwał mu i uśmiechnął się.

— Nieważne, ale jest tutaj jeszcze jego córką. — popatrzył na niego jakby właśnie wszystko zrozumiał. — Czy są w tym mieście jakieś dzieci, których nie pozbawiasz ojców?

— Jesteś zły za sytuację z Henrym, rozumiem to. — powiedział spokojnie, bo nie chciał dać się sprowokować. — Ale już tłumaczyłem to Blair – nie miałem z tym nic wspólnego. Henry zadzwonił do mnie i powiedział, że chce spędzić czas u mnie w domu. Zapewnił mnie, że nie ma żadnych planów. Czemu miałem mu nie wierzyć?

— Nie wiem? Może dlatego, że przebywanie z rodziną Bass nauczyło go bycia kłamcą. — powiedział i machną przy tym dłonią, co spowodował, że niefortunnie stracił ramki zdjęć z biurka Chuck'a na podłogę. — Oh, przepraszam. Podniosę to. — dodał i schylił się po ramkę ze zdjęciem, ale stracił równowagę i upadł.

— Co jest z tobą Humphrey? — powiedział zirytowanym tonem Chuck wstając i podchodząc do bruneta. — Piłeś coś?

— Może odrobinę. — powiedział i pokazał palcami minimalną zawartość kieliszka mrużąc przy tym oczy.

— Wstawaj Humphrey i idź do domu. Potrzebujesz snu.— Bass złapał go za ramię i próbował pomóc wstać.

— Nie dotykaj mnie! — Dan się wyrwał i przeturlał metr dalej i sam wstał— I trzymaj się z daleka od mojej rodziny! — wrzasnął do niego grożąc mu palcem. — Mojej czyli odwal się ode mnie, Blair i Henrego i od rodziny mojego brata jego dziewczyny i jego córki. Czy on w ogóle wie, że bawisz się z nimi w dom?

— To nie tak. Nie zagrażam ci, jeśli tego się obawiasz, ale wyjaśnię ci to, gdy wytrzeźwiejesz Humphrey. Idź do domu. — podszedł do niego i ponownie złapał go za ramię, a Dan ponownie mu się wyrwał.

— Nie, nigdzie nie pójdę! Bądź mężczyzną i rozwiążmy to tu i teraz!

— Bądź cicho! Zwrócisz uwagę Evy i Lily. — upomniał go Bass.

— Bo co? Boisz się, że dowiedzą się, kim naprawdę jesteś? — popatrzył na niego spojrzeniem pełnym nienawiści i zbliżył się do niego. — Zwykłym złodziejem dziewczyn i dzieci. — wycedził przez zaciśnięte zęby.

W tym momencie Chuck już nie wytrzymał i uderzył Dana, który polecił kilak metrów dalej wpadając na szufladę przy drzwiach. Złapał się za wargi i poczuł, że leci z niej krew. Tylko zaśmiał się ironicznie jakby wiedział, że uderzył w czuły punkt. Bass zacisnął pięść czując pulsujący ból od zadanego ciosy, ale nie chciał tego pokazywać po sobie, że go boli. Pożałował tego, że dał się sprowokować, ale było już za późno. Patrzyli na siebie przez jakiś czas oddychając coraz ciężej zanim Chuck odważył się odezwać pierwszy.

— Idź do domu Humphrey, pogadamy jak wytrzeźwiejesz.

— Siedem lat temu… — zaczął Dan nie słuchając tego, co miał do powiedzenia gospodarz tego pomieszczenia. — Ukradłeś mi Blair, a parę dni temu zrobiłeś to samo z moim synem. Co próbujesz udowodnić?! Że za każdym razem oni będą wybierać ciebie zamiast mnie, bo jesteś jakimś pieprzonym Chuckiem Bassem?! — wrzasnął i nadal patrzył na niego z nieskrywaną nienawiścią.

Wypuścił powietrze i resztę swojej wypowiedzi kontynuował już spokojniejszym tonem. Poczuł się zmęczony oraz senny. Chyba przesadził z tą gorzałą, bo nie dość, że zaczynał widzieć podwójnie Chuck'a, to jeszcze chciało mu się spać. Chyba powinien iść do domu. Nie wiedział, czy to efekt alkoholu czy tego, że dostał niedawno po mordzie.

— Za każdym razem próbujesz rujnować moje życie, a teraz jeszcze to? — zapytał retorycznie i wskazał na drzwi za sobą. — Wykorzystujesz Eve i jej córeczkę, aby wzbudzić zazdrość w Blair? Pokazać jej, że potrafisz być wzorowym ojcem i mężem?

— Wiesz, że teraz pleciesz głupoty i jutro będziesz tego żałował.

— Nie sądzę. — odparł i wyciągnął telefon, na którym zaczął czegoś gorączkowo szukać.

— Co robisz?

— Zamierzam zadzwonić do Scott'a i powiedzieć mu, gdzie jest jego rodzina. Może jeden z Humphrey'ów nie zostanie okradziony z dziewczyny i dziecka.

— Nawet nie masz jego numeru. — zaśmiał się ironicznie.

— A ty niby skąd to możesz wiedzieć? — popatrzył na niego wielkimi oczami, a potem znowu spojrzeniem wrócił do ekranu swojego telefonu. — I dobrze. Może nie mam. — dodał i schował telefon do kieszeni.

Dan wziął głęboki oddech i poczuł jak w żołądku mu coś bulgocze. Zignorował to, bo wydawało mu się, że to z głodu, ale jego żołądek zrobił to ponownie i ponownie podchodząc coraz bliżej jego przełyku i gardła. Humphrey zacisnął pięści i przyłożył ją sobie do twarzy. Było mu niedobrze i chyba zaraz coś wyjdzie w jego ust.

— Co z tobą? — zapytał Chuck i popatrzył na niego z lekkim niepokojem.

— Nic. Po prostu…. — nie dokończył ponieważ odwrócił się do wazonu stojącego na kredensie obok niego. Wyrzucił z niego kwiaty za siebie i zwymiotował.

— Oh człowieku. — Chuck skrzywił się. Samemu zrobiło mu się niedobrze. Poczekał aż Humphrey skończy i zrobił krok w jego kierunku. — W porządku?

— Nie. Źle się czuję. — powiedział odrywając się od wazonu i podając ją Chuck'owi.

— Co ty właściwie wypiłeś?

— Eeeee… dostałem kiedyś gorzałę w prezencie od Doroty.

— I spróbowałeś?

— Właściwie wypiłem całą. — wyjaśnił i znowu wziął wazon z dłoni Chuck'a, aby do niego zwymiotować.

Chuck się zaśmiał i położył dłoń na jego ramieniu.

— Wracaj do domu Humphrey. Mój kierowca cię odwiezie. Jutro porozmawiamy i pamiętaj – to nie ja jestem twoim wrogiem. Nigdy nim nie byłem.

— Nie. Nie chcę. — Dan pokręcił tylko głową odepchnął Chuck'a. — Nie chcę ciebie ani twojego kierowcy.

Humphrey wstał z trudem podnosząc swoje pośladki. Dłońmi podparł się o blat, aby móc utrzymać równowagę. Potem chwycił za klamkę, która nacisnął i otworzył drzwi gabinetu. Gdy już to zrobił, to spojrzał po raz ostatni na Chuck'a piorunującym spojrzeniem, a przynajmniej w jego wyobrażeniu tak to właśnie wyglądało. Gdy patrzył na Bass'a, to miał wrażenie, że ten się z niego nabija. Zignorował jednak to, ponieważ ledwo stał na nogach i chciało mu się spać. Kiedy indziej rzuci mu przysłowiową białą rękawicę.

— Mówiłem poważnie, abyś trzymał się z daleka od Blair i mojego syna. — miał nadzieję, że zabrzmiał poważnie. — Może teraz nie jestem w stanie ani formie, ale umiem się bić. Oglądałem wszystkie filmy z Brucem Lee. — ostrzegł go wyciągając palec, który dość szybko schował i wyszedł. Nie słyszał jak Chuck był rozbawiony jego słowami.

/

Nate robił zakupy w markecie niedaleko mieszkania Ruby, gdzie była obecnie Vanessa. Ta cała sytuacja z ciążą zaczynała przerastać ich oboje. Tak naprawdę narzeczona Archibald 'a miała swoje humorki, a on swoje. Jego polegały na tym, że nie powiedział jej jeszcze o tym, co stało się w redakcji Specator'a. Było mu wstyd za zachowanie dziadka oraz wstyd z powodu propozycji, którą mu złożył. Ta rodzina była okropna i zaczynał tęsknić za swoim tatą i przy okazji go rozumieć, czemu zdecydował się na rejs dookoła świata czy gdziekolwiek teraz jest. Kapitan na pewno chciał być z dala od tego cyrku i Nate zaczynał go rozumieć. Zdecydowanie był bardziej Archibald niż van der Bilt, co kiedyś powodowało u niego zażenowanie, ale dzisiaj był z tego dumny. Miał nadzieję, że kiedyś jego tata również będzie z niego dumny.

— Odmowa karty. — powiedziała ekspedientka przy kasie.

— To niemożliwe. — odparł zaskoczony. — Proszę spróbować jeszcze raz. — polecił jej, ale tym razem obserwował jak skanuje kartę i nadal wydobywał się z terminalna charakterystyczny pisk oraz czerwony kolor na ekranie.

— Przykro mi, nadal to samo.

— Niech pani spróbuję tą. — odparł nieco zmieszany i podał jej drugą kartę, ale to nic nie dało, ponieważ i drugą karta piszczała na kolor czerwony.

— Przykro mi. Może niech pan skontaktuje się z bankiem? — odparła ekspedientka oddając mu kartę.

— Tak zrobię.

Nate wyszedł z marketu cały zawstydzony, ale też zdenerwowany cała sytuacją, której nie rozumiał. Nigdy nie miał problemu z kartami ani też bank nie wysłała mu żadnej informacji, że planują…. W sumie nie wiedziałem nawet, co takiego mają planować. Przecież prace administracyjne w sieci nie mają nic wspólnego z jego kartami.

Odszedł kilka metrów od marketu i usiadł na ławce w parku. Z tego miejsca widział kamienicę Rudy oraz okno pokoju Vanessy. Rolety w oknie były zasłonięte więc musiała spać. Wyciągnął telefon i spróbował wejść w aplikację banku, ale nie mógł się zalogować. Pomyślał przerażony, że dostał jakieś włamanie i ktoś przejął jego konta w banku. Świetnie się tan tydzień zaczął, nie ma co. Zdenerwowany wybrał numer infolinii banku i od razu powiedział, o co chodzi i jakie ma podejrzani. Poczekał kilka sekund na połączenie z odpowiednim konsultantem, gdzie miał podać wszystkie niezbędne informacje do weryfikacji jego osoby.

— Nie zostało wykryte żadne włamanie na pańskie konto. — usłyszał głos kobiety w słuchawce i odetchnął z ulgą. — Dostaliśmy tylko dyspozycję do zamknięcia konta.

— Co takiego? — z nerwów aż wstał z ławki. — Przez kogo?

— Jakiś problem z bankiem? — Nate usłyszał za sobą odwrócił się. Zobaczył swojego kuzyna Trippa i nagle wszystko nabrało sensu. Oby tylko jego podejrzenia nie były słuszne.

— Tripp. — odpowiedział i od razu rozłączył się z pracownicą banku. — Co tutaj robisz?

Na twarzy kuzyna Nate'a pojawił się złośliwy uśmieszek.

— Sprawdzałem okolicę twojej uroczej narzeczonej. — stwierdził rozglądając się dookoła. — Czy to jej kamienica?

— Nie twoja sprawa. Czego chcesz?

— Brudny Brooklyn pasuje do ciebie. Nie wiem, czemu dziadek na siłę próbuję cię przekonać, abyś nie plamił honoru rodziny.

— Nigdy tego nie zrobiłem jak ty.

Tripp tylko zaśmiał się, a Nate poczuł dreszcz jakby był częścią scenerii w horrorze, a jego kuzyn pasował idealnie na złoczyńcę albo mordercę psychopatę. Nie darzył go sympatią i wyobrażał go w każdej najgorszej i zarazem możliwej roli. Czy oni naprawdę próbują go w taki sposób przekonać? Zabranie mu dostępu do konta bankowego było ciosem poniżej pasa.

— Jesteś zabawny Nate. — stwierdził nie reagując na słowa kuzyna. — Chcesz się bawić w dorosłego i odpowiedzialnego mężczyznę, który potrafi zatroszczyć się o rodzinę? Straciłeś pracę i środki pieniężne.

— Nie macie prawa zamknąć mi konta. To moje pieniądze!

— Nie mamy takiego prawa? A to ciekawe, bo ostatnio jak sprawdzałem, to każdy twój zysk pochodzi albo z funduszu twojej matki albo ze Spectator'a, który nawet nie był twój. Dostałeś od dziadka gotową skarbonkę, z której pobierałeś pieniądze. Nic nie robiłeś sam. Jesteś żałosny i nic nie potrafisz. Po co chcesz to ciągnąć? Aby się bardziej ośmieszyć?

Nate zacisnął pięści. Chciał go uderzyć, ale wiedział, że Tripp tylko na to czeka. Tylko czeka na najmniejszy błąd, który może popełnić Archibald. Zapewne zabranie mu redakcji oraz kont w banku to było za mało. Zapewne Tripp byłby szczęśliwszy, gdyby zobaczył swojego kuzyna za kratkami. Tam, gdzie on trafił parę lat temu. Nate nie da mu tej satysfakcji.

— Nieważne. — powiedział i rozluźnił pięści, co na pewno nie uszło uwadze kuzynowi młodego Archibald'a. — Zabierzcie wszystko to, co chcecie. Chcesz mój garnitur? — zapytał i ściągnął marynarkę, którą rzucił w twarz starszego kuzyna. — Weź sobie.

Na twarzy Tripp'a malowało się zdziwienie, ale zaraz zmieniło się w szyderczy uśmiech.

— Przestań się ośmieszać. Przyjmij ofertę dziadka.

— Nigdy. — powiedział przez zaciśniętą zęby.

— No cóż… nie ukrywam, że to mi odpowiada. Liczyłem, że kiedyś dostanę drugą szansę. Nie sądziłem tylko, że tak łatwo cię pokonam. — uśmiechnął się i wyciągnął coś z kieszeni swojej marynarki. Zmniejszył odległość między nimi robiąc kilka kroków w kierunku młodszego kuzyna, a potem podał mu ulotkę, którą trzymał w ręku. Było to ulotka wyrwana ze słupa ogłoszeniowego informująca, że poszukiwana jest osoba do sprzątania. — Proszę. Chyba ci się to przyda. — powiedział szyderczo się uśmiechając. — A ja idę przekazać dziadkowi jakże ,smutną" wiadomość, że nie przyjmujesz oferty. Chociaż… kogo chcesz oszukać Nate? Wrócisz z podkulonym ogonem. — dodał na koniec pełnym satysfakcji głosem wymijając kuzyna i odchodząc.

/

Wychodząc z mieszkania Chuck'a, Dan kierował się w stronę Brooklynu. Chciał wrócić do loftu i iść spać. Nie było mu już niedobrze, a wręcz przeciwnie – poczuł się lekko. Jakby ogromny ciężar spadł mu z żołądka. Nie był pewny, czy to z powodu tego, że zwymiotował praktycznie wszystko, co dzisiaj zjadł czy dlatego, że po raz pierwszy postawił się Bass'owi i powiedział, że zamierza walczyć o swoją rodzinę. Przynajmniej tak teraz widział to oczami swojej wyobraźni, ale też coraz mniej zaczął pamiętać z dzisiejszej wizyty u Bass'a. No cóż – chyba wypicie całej butelki wódki nie było najlepszym pomysłem, ale będzie tego żałował dopiero jutro.

Usiadł na jednej z ławek i postanowił chwilę odpocząć i zebrać myśli. Sięgnął po telefon, który odblokował i zauważył, że ostatnie wyszukiwanie słowa w komórce to było ,Scott". No tak – miał zadzwonić do starszego brata, którego nie widział kilka lat i powiadomić go o tym, że Chuck ukradł mu rodzinę. Problem polegał na tym, że Dan nie miał jego numeru telefonu.

Humphrey napisał do taty z pytaniem, czy ma numer do Scott'a. Nie sądził, że ten mu odpisze. Ledwo ma czas, aby zadzwonić. Szczytem poświęcenia czasu jest wysłanie pocztówki. Poza tym, nie wiedział, gdzie teraz jest jego tata oraz Lily. Pewnie w miejscu, gdzie różni ich spora strefa czasowa. Dan jednak się mylił, ponieważ poczuł wibrację telefonu i zobaczył wiadomość od taty.

Rufus: ,Nie mam numeru do Scott'a. Lily też nie, od kiedy zmieniliśmy numery. Czemu pytasz coś się stało?"

— Ojciec roku. — brunet skomentował na głos i prychnął przy tym ironicznie.

Nie odpisał już, bo jego jedyny trop został sprawdzony i jak się okazało nietrafiony. Gdyby na świecie nadal istniały takie rzeczy jak książki telefonicznie, to pewnie jego problem zostałby rozwiązany. Wtedy wpadła mu do głowy pewna myśl. Może nie istnieje już książka telefoniczna, ale istnieje ktoś taki jak Georgina! Przecież ona zawsze wie wszystko o wszystkich. Wystukał do niej wiadomość z zapytaniem czy ma numer do Scott'a.

Georgina: ,Scott? Jak twój brat Scott?"

Dan: ,Dokładnie ten sam."

Georgina: ,Mam."

Dan: ,Okej? Możesz mi wysłać?"

Georgina: ,Ponieważ?"

Dan: , Ponieważ potrzebuje nadrobić zaległości ze starszym bratem."

Georgina: ,Akurat. Powiedz prawdę Humphrey."

Dan: ,To sprawa osobista. Możesz mi po prostu dać numer?"

Georgina: ,W porządku, ale to jest przysługa."

Dan: ,Nie byłem tak naiwny myśleć, że zrobisz to za damo".

Po chwili Humphrey dostał upragniony numer, który sobie zapisał do książki telefonicznej. Wszedł w opcje wysyłania wiadomości tekstowych i złapał się drugą dłonią za brodę. Zastanawiał się, jak najlepiej napisać wiadomość. Dziwnie i głupio czuł się pisząc od kogoś, z kim tak naprawdę nigdy nie miał kontaktu. Pewnie Scott też nie miał jego numeru, więc w sumie nie musiał się podpisywać i tak też zrobił.

Dan: ,Hej, zastanawiasz się, kto ci zabrał dziewczynę i córkę? Nazywa się Chuck Bass i mieszka w Nowym Jorku."

I wysłał. I pożałował. To było głupie, ale już nie można było tego cofnąć. Schował telefon do kieszeni, wstał z ławki i ruszył dalej. Spacerował sobie po Brooklynie, gdy poczuł zapach unoszącej się gotowanej parówki. Gdzieś tutaj była budka z hot dogami, a jego żołądek domagał się jedzenia. Dan poszedł za zapachem, chociaż nigdy nie był miłośnikiem hot dog'ów ani tym bardziej parówkę, które trudno było nazwać jakimś rodzajem mięsa, ale był głodny i nie potrafił się powstrzymać. Znalazł się przy budce i zamówił jednego dużego hot doga oraz puszkę coli, ponieważ zawsze po jedzeniu chciało mu się pić.

Szedł dalej konsumując swoją dzisiejszą kolację, która o dziwo wyśmienicie mu smakowała i nie zauważył nawet, że znalazł się przy cmentarzu Green Wood. Przystanął na chwilę przed bramą jakby się nad czymś zastanawiał i analizował następną decyzję. Zdecydował się przekroczyć próg cmentarza udając się od razu w miejsce, gdzie został pochowany Harold Waldorf Nietrudno było znaleźć jego nagrobek, na którym widniało również zdjęcie. Dan przystanął przed nim i uważnie mu się przyglądał jakby nie widział go kilka lat i próbował znaleźć zmiany, które zaszły w jego wyglądzie. Nagrobek jednak wyglądał dokładnie tak samo, gdy był tu ostatnim razem. Dan westchnął ciężko, bo było wiele rzeczy, które zmieniły się od czasu śmierci ojca Blair i zapewne ten człowiek wiedziałby sobie jak z tym poradzić. Nie był z Haroldem blisko, ale ostatni dzień, który z nim spędził był wyjątkowy dla Humphrey'a, a sen, który miał, gdy był w śpiączce wydawał mu się tak realistyczny, że przysiągłby, że jest prawdziwy. Westchnął po raz drugi i wziął ostatni kęs hot dog'a żując kilka minut.

— Żałuję, że cię nie ma. — odezwał się i odpowiedziało mu tylko echo. — Nakrzyczałem na Henrego, że mnie nie słucha. Na Blair, że jest beznadziejną matką. Dałam i w twarz, to dzięki niej mam to. — powiedział i wskazał palcem na lekką opuchliznę na swoim policzku. — Mój przyjaciel z dzieciństwa nie żyje, a ja ostatnio nie zamieniłem z nim słowa. Czuję się jak gówno. Przy okazji wkurzyłem też Chuck'a, że chce mi ukraść rodzinę i dzięki jemu mam to. — dodał i ponownie pokazał palcem, ale tym razem na rozciętą swoją wargę. — Nie chcesz mi się czasem przyśnić, aby dać mi jedną ze swoich cennych rad? — zapytał, ale znowu odpowiedziało mu echo, czego się spodziewał. — Na mojego tatę nie mogę liczyć. Jest gdzieś między Europą a Azją. — stwierdził gorzko, ale to była prawda. Rufus i Lily teraz zajmowali się sobą, a nie problemami swoich dzieci. — Szkoda, że teraz nic nie mówisz. Pamiętasz jak dostałem zawału i leżałem w śpiące? Byłeś bardziej wygadany. — zakończył sarkastyczne.

Humphrey sięgnął do kieszeni kurtki, gdzie miał puszkę coli. Zechciało mu się pić. Wyciągając to jednak zrobił to tak niefortunnie, że ona mu wyleciała i zaczęła ,katurlać się" w dół. Dan westchnął z niedowierzenia i przeklną pod nosem, ale ruszył za zbiegającą puszka coli. Podbiegł trochę i dogonił ją, a potem nogami zrobił wślizg jak piłkarz footbolowy na boisku na piłką i zatrzymał puszkę. Musiał posiedzieć kilka minut i złapać oddech, bo zwyczajnie się zmęczył.

Gdy wreszcie zdecydował się wstać i ruszyć znowu do Harolda, zauważył, że ktoś jest przy jego nagrobku. Schował się za pobliskim pniem drzewa i zaczął obserwować. Zauważył, że przy grobie było chyba trzech mężczyzn, ale było na tyle ciemno, że nie mógł dostrzec ich twarzy ani nic szczególnego. Mieli ze sobą łopaty i zaczęli kopać grób. Dan poczuł na plecach dreszcz przerażenia i chociaż paraliżował go strach, to wydobył z siebie odrobinę odwagi, aby podejść bliżej. Gdy był kilka metrów spostrzegł, że jego obawy były słuszne i nieznajomi kopią grób Harolda, ale po co? To było przerażające jakby był statystom w horrorze.

— Ej, Jack czy to na pewno dobry pomysł, aby to robić?

Dan usłyszał głos jednego z ,kopaczy" i wyjrzał, aby dostrzec więcej, ale mimo, że był blisko to nadal nie widział za wiele. Mógł tylko słuchać.

— Słyszałeś szefa. Ma coś cennego, czego nie potrafił znaleźć w jego rzeczach. Musiał zostać pochowany z tym.

Szefa? Który szukał czegoś w rzeczach Harolda? Kim jest ten ich ,szef"? Dan gorączkowo myślał i próbował łączyć fakty, ale miał wrażenie, że jego umysł pracuje ociężalej. Wydawało mu się, że wytrzeźwiał, ale jego myślenie nadal było ciężkie i nie potrafił połączyć faktów, kto chciał wykopać grób Harolda i po co? Czy to musiał być ktoś, kto miał dostęp do jego rzeczy czy był zwykłym złodziejem, który go próbował okraść?

— Ale ten koleś nie żyje od kilku miesięcy. Wiesz, jaki będzie smród i widok, gdy go otworzymy?

— Nie płacą nam za wąchanie ładnych zapachów. — Dan usłyszał splunięcie. — Nie bądź mięczakiem. Otwieraj!

Dan przełkną ślinę, wiec już natrafili na trumnę? Jezu Chryste! Co powinien zrobić? Do kogo zadzwonić po pomoc? Zrobić zdjęcie albo nagrać film jako dowód? Czy świecenie telefonem byłoby dobrym pomysłem? Jak go zauważą, to pewnie go zabiją? Może zdąży uciec? Jakie miał szanse? Nie miał pewności, że jest ich tylko trzech. Może ktoś na nich czeka przy wyjściu?

— Cholera Jack…

— Otwieraj!

Dan usłyszał tylko trzask oraz skrzypnięcie. Chyba zaczęli otwierać trumnę.

— O mój Boże…

Co? Tak źle wygląda? Śmierdzi?

— Nic tu nie ma! Gdzie jest ciało?!— krzyknął głos, który Dan zidentyfikował jako niejakiego Jack'a. Jednego z tych bandytów, którego imię tutaj padło.

Dan odwrócił się i oparł o pień drzewa próbując analizować to, co się właśnie wydarzyło. Był przerażony. Trumna z Haroldem była pusta? Jak ot możliwe? Gdzie to cholery było ciało? Usłyszał hałas i znowu zerknął dyskretnie w miejsce, gdzie był nagrobek Harolda. Trzech nieznajomych mężczyzn zaczęło w pośpiechu zakopywać grób. Z jednej strony, Dan poczuł ulgę, że przestępcy nie dostali tego, po co przyszli. Z drugiej jednak strony czuł niepokój, że tutaj ktoś był i wykopał ciało Harolda, a to było bardziej przerażające.

/

Ktoś kiedyś powiedział, że najtrudniejszą częścią pożegnania się jest robienie tego każdego dnia i powtarzanie wszystkiego jak w ,Dzień świstaka". Pożegnanie jest czymś ostatecznym więc nie lubimy tego robić. Nie chcemy tego robić, ponieważ to jest pewna definicją końca wszystkiego. Dlatego często wypieramy śmierć naszych najbliższych jakby się ona nie wydarzyła, ale ona jest z nami. Przypominamy sobie o tym codziennie w momencie, gdy chcemy zadzwonić do tej osoby, a ona nie odpowiada. Przypominamy sobie w momencie, gdy chcemy ją odwiedzić, ale w jej domu mieszka już ktoś inny albo stoi on pusty. Próbujemy tym zaprzeczaniem stworzyć świat, w którym ta osoba nie umarła, a my udajemy, że ta śmierć się nie wydarzyła. Zaczynamy wierzyć, że zaraz się okaże, że to wszystko jest jakaś pomyłką albo ta osoba zaraz wstanie z tego grobu i wszystko będzie jak dawniej, ale nie będzie. Im dłużej jesteśmy w tym zaprzeczeniu, to tym gorzej dla nas. Niektórzy z nas zostają w tym świecie na zawsze tworząc spiralę labiryntów, z których nie potrafią wyjść.

Jenny miała zaplanowane spotkanie z Blair, ale nie miała ochoty na nie iść. Nie dlatego, że obecność przyjaciółki ją drażniła, ponieważ to nie była prawda. Młoda projektantka nadal nie mogła zaakceptować faktu, że jej przyjaciel z dzieciństwa nie żyje. Cały dzień wpatrywała siew telefon, czy nie ma tam wiadomości od mamy albo połączenia. Marzyło jej się odsłuchać wiadomość na poczcie głosowej, w której mama mówi, że doszło do okropnej pomyłki i Cedric jest cały i zdrowy. Dni mijały. Była nawet wyznaczona data pogrzebu, ale telefon milczał, a status Cedric na facebooku nadal był niedostępny. Prawda stawała się coraz bardziej prawdziwsza oraz bolesna.

— Jesteś dzisiaj jakaś nieobecna. — stwierdziła Blair odkładając swój kubek z kawką i patrząc na przyjaciółkę.

— Przepraszam. — odparła nieco zawstydzona Jenny. — Mam sporo na głowie.

— Co się stało?

— Cedric nie żyje.

Blair zmrużyła oczy i uważnie przyglądała się blondynce. Była tylko jedna osoba, która Jenny określała takim skrótem od imienia. Historia miłosna Blair nie była zbytnio imponująca i praktycznie każdy z jej bliskich czy dalszych znajomych ją doskonale znał. Nate, Chuck, Nate, Chuck, książę, Dan, Chuck i bycie singielką. Z Jenny było inaczej, chociaż Blair znała jej czterech partnerów – jeden ukrywający swój homoseksualizm, drugi był jednorazową przygodową i nazywał się Chuck. Trzeci to oczywiście Tony psychopata, który uwięził je w piwnicy domu Jenny i jak na ironię to ten etap był momentem, w którym zaczęły się przyjaźnić. Czwarty i zarazem ostatni był koleś, który zniszczył firmę rodzinę Waldorf – Jacob.

Kiedyś Jeny opowiedziała jej o przyjacielu z dzieciństwa, za którym tęskniła i który był jak dotąd najprawdziwszym przyjacielem. Oprócz niej, oczywiście. Nawet jeśli Cedric był tylko miłym wspomnieniem z czasów beztroskiego dzieciństwa, to na zawsze pozostawił po sobie ślad. Wiedziała to w momencie, gdy połączyła fakt, że Dan nazwał tak swoją maskotkę. Nigdy go nie pytała o genezę tego imienia, ale gdy Jenny nieco opowiedziała jej o swoim dzieciństwie, to nie musiała pytać. Wiedziała.

— Cedric jak Cedric twój pierwszy crush? — zapytała z nadzieją, ze to nie może być ten sam koleś. Jenny jedynie skinęła głową i posmutniała. — O Boże… Jak to możliwe? Przecież on był w wieku moim i Dana? Był na coś chory? Miał wypadek? — Blair zasypywała ją pytaniami.

— Nie. — Jenny ciężko westchnęła. — Miał rozległy zawał serca.

— Zawał? W tak młodym wieku?

— Lekarz powiedział, że w tym wieku większość ma się jeden zawał, ale za to konkretny.

— Okropne. On miał żonę, prawda?

— I dziecko i drugie w drodze.

— To straszne…

— Wiem.

Zapadła cisza. Każda z nich zajęła się swoimi myślami. Blair zaczęła ponownie być wdzięczna za to, że Dan przeżył zawał, a przecież mógł skończyć jak Cedric. Wszystkie ich kłótnie stały się w jej oczach tak głupie, że aż bezsensowne. Pożałowała ich ostatniej sprzeczki i tego, że go spoliczkowała. Natomiast Jenny ponownie zaczęła wspominać swoje dzieciństwo w Hudson. Zaczęła sobie wszystko przypominać i doszła do wniosku, że to był szczęśliwy okres w jej życiu. Czy nadal byłaby szczęśliwa, gdyby nie wyjechali czy byłą ot tylko utopia albo nostalgia pochodząca z jej serca?

— Jak Dan sobie radzi? — zapytała nieśmiało Blair przerywając ciszę. Wiedziała, że to był jego najlepszy przyjaciel.

— Ciężko. Nie powie tego, ale wini się za to, że ich kontakt tak szybko poszedł na straty.

— A ty? Nie winisz się?

— Trochę. — przyznała blondynka. — Czasami zastanawiam się, co by było, gdyby, wiesz? Gdybyśmy z Danem nie wyjechali i jak wyglądałoby nasze życie. Może byłoby inne. Może byłabym lepsza. Nigdy bym nie spała z Chukiem i nigdy bym nie została wygnana z Nowego Jorku w ramach krucjaty. Nie byłabym Jenny szmatą Humphrey. — próbowała się zaśmiać.

— To prawda. — uśmiechnęła się Blair i tym samym jej przytaknęła. — Ale też gdybyście tu nie przyjechali, to nie mogłabym nakryć cię z Chuckiem i nie wygnać z miasta. Ty byś nie zdecydowała się na studiowanie mody i nie byłabyś Jenny najbardziej obiecująca projektantka Humphrey. — wzięła ją za rękę i mocno ścisnęła. — Przyjazd tutaj jest częścią tego, kim teraz jesteś Jenny, ale Cedricrównież jest tego częścią. Jeśli istnieje ktoś, kto stworzył cię tak denerwująco pewną siebie, mającą swoje zdanie i idącą po swoje, to zrobił to on. Bądź za to wdzięczna i nigdy o tym nie zapominaj ani o mnie.

— Dziękuję Blair.

Jenny tylko wytarła łzy spływające jej z policzków, a Blair ja przytuliła i pozwoliła się wypłakać, bo wiedziała, że tego potrzebuje i potrzebowała.

/

Dzieci mają swój świat oraz swoją własną wyobraźnię. Świat, który tworzą mają dostęp tylko oni oraz ci, których do tego świata zaproszą. W taki sposób tworzą się pierwsze przyjaźnie, ponieważ dzieci nie mają i ograniczeń i tajemnic, czyli nie wstydzą się tego, o czym marzą oraz tego, co tworzy ich głowa. Po prostu się tym dzielą z innymi i razem dobudowują sobie cała resztę. To niezwykłe, bo przecież każdy z nas przechodzi przez etap dzieciństwa, ale niewielu z nas potrafi być brutalnie szczerym przez resztę życia. Gdzieś tą umiejętność gubimy po drodze albo ktoś nas uczy jak ją wyplewić z własnego organizmu. My natomiast bez słowa to robimy i pozbywamy się szczerości, która w dorosłym świecie nie jest ani wadą ani zaletą. Jest po prostu niewygodna. Dlatego ją odrzucamy i zamiast tego nasze usta kreują tylko ładne i miłe słowa zamiast szczerości.

Czasami i u dzieci szczerość nie zawsze jest dobrym rozwiązaniem. Minęło kilka dni, od kiedy Henry widział się z Dan'em, a właściwie od momentu, w którym na niego nakrzyczał, że nie jest jego tatą, bo on ma tylko jednego i nazywa się Chuck. Nie pamiętał nic więcej poza tym, że chwilę potem był po niego jego tata i razem pojechali do jego mieszkania. Nie wiedział, co powiedział do niego Dan. Czy w ogóle coś mówił? Wtedy Henrego to nie interesowało, a teraz zaczynało zastanawiać. Czy obraził się za to i postanowił już go nie odwiedzać? Zrezygnował z chęci poznania go? Jeszcze kilka dni wcześniej bardzo chciał, aby tak się stało. Chciał, aby jego biologiczny tata zwyczajnie dał mu spokój i zniknął z jego życia, bo przecież on miał już swojego tatę. Teraz jednak było mu nadzwyczajnie smutno.

Mały chłopiec zszedł schodami do salonu, gdzie zobaczył swoją mamę, która czytała książkę. Stał tak chwilę i powtarzał sobie po cichu to, o co chce ją zapytać. Złączył swoje dłonie i mocno nimi pocierał aż stały się mokre. Denerwował się, bo bał się odpowiedzi, którą może usłyszeć. Mimo wszystko – zdecydował się zrobić krok.

— Mamo? — zapytał cicho oraz niepewnie, gdy podszedł do mamy.

— Tak kochanie? — zapytała i nie odrywała spojrzenia od książki. Miała przecież podzielną uwagę.

— Czy Dan się obraził za ostatni raz i dlatego nie przychodzi do was?

Blair odłożyła książkę i spojrzała z uwagą na syna. Wyciągnęła do niego rękę i tym samym zawołała go na sofę. Poczekała aż usiądzie i objęła do ramieniem. Henry miał tylko siedem lat, a już musiał mierzyć się z kolejną śmiercią nawiedzającą jego życie. Czasami wydawało jej się, że nie wie jak z nim rozmawiać, aby to zrozumiał. Był przecież tylko dzieckiem i kochała go najbardziej na świecie. Chciała go chronić przed złem oraz wszelkimi nieszczęściami tego świata. tego świata. Jednak, z drugiej strony te wszystkie rzeczy są częścią ludzkiego życia, ale Blair naiwnie wierzyła, że uda jej się obronić syna przed tym wszystkim albo żeby chociaż spotkała go to dopiero, gdy będzie dorosły i samodzielny.

— Nie, Dan się nie obraził. Wyjechał teraz do Hudson.

— Po co? Nie ma teraz wakacji.

— Na pogrzeb.

— Taki jak miał dziadek Harold?

— Tak.

— Kto umarł?

— Jego przyjaciel z dzieciństwa.

— Też będzie tak smutno jak u dziadka Harolda?

— Myślę, że tak.

— To czemu pojechał sam?

— Nie będzie tam sam. Jest ciocia Jenny.

— Ale nie ma ciebie. Jest zły na ciebie za moje zachowanie?

— Nie, kochanie. Nie martw się. — odparła i pocałowała go w czoło. — Dan nie jest zły ani na ciebie ani na mnie. Jest mu tylko bardzo smutno, bo stracił przyjaciela. Pan Cedric był dla niego kimś takim jak dla ciebie jest Jamie.

— Rozumiem, że jest mu smutno. — odparł wstając i ruszył schodami do swojego pokoju.

Blair odprowadziła wzorkiem syna i po chwili wróciła do czytania książki. Nie potrafiła jednak ukryć uśmiechu. Może to nie była dobra sytuacja, bo śmierć nigdy nie jest dobrym powodem, ale po raz pierwszy Blair zobaczyła w zachowaniu Henrego pewną zmianę. Sam zapytał się o Dan jakby liczył na to, że będzie miał okazję się z nim zobaczyć. Nie do końca wiedziała, skąd to nagłe zainteresowanie. Czy to robota Chucka? Może rozmawiał z Henrym na ten temat? Powinna mu podziękować? Musi się tego dowiedzieć.

Brunetka sięgnęła dłonią po telefon, który leżał na stoliku i zaczęła szukać numeru Chuck'a. Wtedy ze schodów zszedł Henry. Odsunęła telefon z twarzy i zauważył, że jej syn ubrany jest w garnitur. Przynajmniej próbował się ubrać sam. Guziki od marynarki nie miał zapiętych równo, koszula nie była schowana do spodni i wyglądała niedbale, a krawat trzymał w ręce. Zapewne chciał, aby Blair mu go zawiązała.

— Jestem gotowy mamo.

— Gotowy na co? — zapytała zdumiona.

— Ba pogrzeb.

— Kochanie, nie musimy jechać. Nie znaliśmy pana Cedric'a.

— Wiem, ale czy możemy pojechać? Dan stracił przyjaciela i Dan potrzebuje przyjaciela. Chcę tam być jak on był dla mnie po śmierci dziadka Harolda.

Przez chwilę Blair nie wiedziała, co powiedzieć. Zwyczajnie ją zatkało, ponieważ nie spodziewała się takiego zachowania ze strony swojego syna. Nie tylko była zdumiona czy zaskoczona, ale również wzruszona. Otarła łzę spływającą z policzka i uśmiechnęła się smutno do chłopca. Była z niego taka dumna. Nawet jeśli wiedziała, że wyjazd do Hudson to nie był najlepszy pomysł, to nie potrafiła mu odmówić.

/

Pożegnania są trudną częścią naszego życia i niestety nie jesteśmy w stanie tego uniknąć. Z każdym rokiem jesteśmy starsi i przybliżamy się do pewnego końca naszej podróży, albo chociaż jej części. Z każdym rokiem inni, których kochamy również zbliżają się do pewnego końca. Nie jest nam powiedziane, kto i ile będzie w naszym życiu. Nie jest powiedziane, ile nasza podróż na ziemi będzie trwała oraz naszych najbliższych. Zdarzają się sytuacje, że strata przychodzi nagle i jest bardzo niezrozumiała. To trudne stracić ludzi, o których sądziliśmy, że nigdy nie odejdą. Chociaż w takich momentach trudno nam w to uwierzyć, ale będzie z nami dobrze, ponieważ nie mamy innego wyboru. Kiedy tracimy ludzi, których kochamy, musimy znaleźć sposób, aby po prostu ,iść dalej" ze swoim życiem dla ludzi, których nadal mamy. To wcale nie oznacza, że powinniśmy zapominać o tych, którzy już odeszli. Powinniśmy o nich pamiętać zawsze. Zachować o nich chociaż jedno wspomnienie, które będzie z wami w naszym sercu.

Jest jeszcze ta trudniejsza część. Ta, w której zdajemy pytania i szukamy odpowiedzi. Często obwiniamy tego, którego uważamy za odpowiedzialnego tego nieszczęścia i nie rozumiemy tego jak może zabierać kochane osoby, jak może dawać im na koniec jeszcze tak wiele cierpienia. Gdzie jest w tym sens? Nie ma, a szukanie odpowiedzi na to często zajmuje lata, całe życie, a być może znajdujemy ją dopiero w tym innym życiu, które na nas czeka. Przynajmniej chcemy wierzyć, że tak jest.

Dan siedział sam w kaplicy na cmentarzu w Hudson. Pogrzeb skończył się kilka godzin temu. Jenny oraz ich mama wróciły do domu Alison. Dan potrzebował czasu dla siebie i nawet nie zauważył, że zaczyna robić cię ciemno. Cały czas myślał, a raczej parzył się w jeden punkt i zastanawiał się, jak to możliwe, że jego przyjaciel nie żyje. Nadal w to nie wierzył, a przez cały pogrzeb próbował w to uwierzyć. Widział trumnę tylko raz na samym początku mszy świętej. Na trumnie było zdjęcie jego przyjaciela i wtedy coś w niego uderzyło – rozpłakał się i wyszedł z kaplicy na zewnątrz. Resztę mszy świętej spędził już na zewnątrz patrząc się tępo w jeden punkt i próbując o tym zapomnieć, ale nie potrafił. Ten oraz cały czas miał przed oczami i obawiał się, że nigdy go nie wyrzuci z głowy.

— Przepraszam? — Dan usłyszał głos za sobą. Odwrócił się i zobaczył mężczyznę w podeszłym wieku z siwymi włosami na głowie oraz w czarnej koszuli z koloratką. Był to ksiądz. — Przykro mi, ale zamykamy na noc.

— Oh, przepraszam. Nie wiedziałem, że jest tak późno. — odparł patrząc na zegarek.

— Codziennie o szóstej po południu odprawiamy mszę. Jeśli chcesz, to możesz przyjść.

— Właściwie to nie jestem stąd. Znaczy… byłem, ale od kilku lat mieszkam w Nowym Jorku.

— Więc co tutaj robisz?

— Dzisiaj był tutaj pogrzeb. Mojego przyjaciela…. Właściwie to przyjaciela z dzieciństwa.

Ksiądz popatrzył na niego uważnie jakby zaczął łączyć fakty i bez usiadł w ławce obok Dana.

— Cedric Hops? Odprawiałem tą mszę żałobną.

— Wiem. Pamiętam księdza.

— Młody chłopak. Okropna tragedia dla rodziny.

— Dziwne, że akurat ksiądz to mówi.

— Co chcesz powiedzieć?

— Mam na myśli, czy to nie ten moment, w którym próbuje ksiądz wyjaśnić dlaczego tacy ludzie umierają? Wspomnieć coś o boskim planie albo coś?

Mężczyzna się zaśmiał. Dan popatrzył na niego zdziwiony.

— Wyraź, co czujesz.

— Jestem zły. Właściwie to jestem wściekły.

— Na Niego? — zapytał wskazując palcem ku górze.

— Niego, siebie, na życie i niesprawiedliwość, która panuje. — odparł Dan patrząc na ołtarz. — Myślałem, że po pogrzebie będę się czuł inaczej, że się z tym pogodzę, ale tak nie jest. Czuję się winny, że nasz kontakt nie był taki jak w dzieciństwie i czuje się winny, że żyje, a on nie. — zrobił krótką pauzę. — Też mam chore serce. Też miałem zawał, ale przeżyłem. On nie. On miał żonę, dziecko i drugie w drodze, a ja…. — zawahał się i westchnął ciężko. — Mam syna, który mnie nienawidzi, bo nie wiedziałem o jego istnieniu dopóki nie skończył siedem lat. Cedric był lepszym tatą, mężem czy nawet człowiekiem niż ja. Zasługiwał na to życie bardziej ode mnie, ale nawet mu o tym nie powiedziałem, nie zdążyłem, nie zamierzałem. — zrobił pauzę i zaczął skubać wystającą nitkę ze swojej koszuli. — Jak Bóg może pozwalać komuś takiemu jak ja żyć, a dobrym ludziom odchodzić?

— Rozumiem. — starszy mężczyzna westchnął i oparł się o ławkę skupiając wzrok jak Dan – na ołtarzu. Nie odzywał się przez kilka minut cały czas patrząc na ołtarz. Wtedy o czymś pomyślał. — Jak masz na imię?

— Daniel.

— Wiesz pod czyim wezwaniem jest ten kościół Danielu?

— Nie bardzo. — Humphrey wzruszył ramionami zaskoczony tym pytaniem, bo nie tego spodziewał się zaczął się bardziej przyglądać się wnętrzu tego miejsca. — Zgaduje, że jakiś święty.

— Święty Paweł z Tarasu.

— Aha. — przytaknął, ale nic mu to nie mówiło. Znowu zerknął na ołtarz i stwierdził, że każdy święty wygląda tak samo albo podobnie. Zresztą, co to pytanie miało do rzeczy? Ten ksiądz był dziwny.

— W swoim liście do Efezjan napisał, żebyśmy sobie przebaczali, podobnie jak Bóg przebaczył nam. Każdy z nas ma zdolność przebaczania i ty również Danielu. Masz zdolność przebaczania przede wszystkim sobie.

— To łatwo powiedzieć. Bogowie chyba łatwiej było wybaczać ludziom. Nie musiał cierpieć i patrzeć jak umierają jego bliscy. Takie rzeczy mu się nie zdarzają.

— Jak Jezus przyszedł na ziemie, to wciąż były choroby, wypadki, ludzie wciąż umierali.

— Tak, wiem, ale…

— Jezus nie powiedział ,o teraz ja będę z wami, to wasze życie teraz będzie zajebiste i nikt nie umrze".

Dan uśmiechnął się mimowolnie, gdy usłyszał słownictwo księdza. Wydawało mu się, że oni raczej starają się używać nieco bardziej wyszukanych słów, ale nadal z uwagą patrzył na starszego mężczyznę i po prostu go słuchał. Nie przypuszczał, że kiedykolwiek będzie mu dobrze się rozmawiać, ponieważ wydawało mu się, że wszyscy mają po prostu wyuczone regułki, a tymczasem wydawało mu się, że ten mówi tylko do niego.

— Powtarzał, że jego przyjście wcale nie oznacza brak problemów. — ksiądz kontynuował. — Wcale nie oznacza, że przestaniemy tracić ludzi, których kochamy. Powiedział, że on będzie z nami pomimo problemów. On przyszedł, aby przeprowadzić nas przez to życie. Chrześcijaństwo nie daje nam gwarancji bezproblemowego życia. Nie daje bezpieczeństwa w formie długie życia i spokojnej śmierci dla każdego, kto w niego wierzy. Chrześcijaństwo daję nam siłę, mądrość czy rozwiązania. Daje nam możliwość przejść przez te wszystkie trudności zwycięsko i możliwość, aby najlepiej przeżyć to życie. Daje nam jednak nadzieję na to, że pewnego dnia pójdziemy tam, gdzie spotkamy tych, których straciliśmy tutaj – zbyt szybko, zbyt boleśnie i zbyt niesprawiedliwie.

Dan poczuł jak oczy napełniają mu się łzami i wszystko podchodzi mu do gardła, ale nie chciał się teraz rozpłakać i wyjść na kogoś zbyt wrażliwego. Zacisnął wargi i zaczął je zagryzać jakby chciał bardziej skupić się na bólu niż na wzruszeniu. Zrobiłby wszystko, aby tylko jego emocje nie puściły górę. Nie teraz. Powtarzał sobie, że zaraz kaplica zostanie zamknięta i będzie mógł w samotności sobie popłakać.

— Dziękuję. — powiedział drążącym głosem. Tylko na tyle było go stać w obecnej chwili.

— Twój przyjaciel Cedric chce żebyś sobie wybaczył i żył pełnią życia. Od ciebie zależy, czy z tego skorzystasz. — dodał na koniec, a potem wstał z ławki i zrobił krok, aby wyjść z rzędu. — I być może jest w tym jakiś boski plan, który ani ty ani ja nie rozumiemy. — dodał na koniec zanim skierował się do wyjścia.

— Myślałem, że zamierza ksiądz zamknąć kaplicę na noc. — powiedział zaskoczony Humphrey.

— Nic się nie stanie, gdy jeszcze przez chwilę będzie otwarta. — odpowiedział i uśmiechnął się do niego.

Dan poczuł jak łzy spływają mu po policzkach, których nawet nie próbował powstrzymać. Ksiądz położył dłoń na jego ramieniu, aby dodać mu otuchy i przekazać wsparcie. Wcześniej czuł na plecach ogromny ciężar, który go blokował nie tylko przez oddychaniem, ale również przed życiem. Teraz poczuł jak ten ciężar powoli ustępuje miejsca. Może tego akurat potrzebował? Może potrzebował odpuścić wszystkie emocje i zwyczajnie rozpłakać się jak dziecko? Tak, zdecydowanie tego potrzebował. Ciągle miał przed oczami to zdjęcie na trumnie i zwyczajnie nie mógł pogodzić się z myślą, że jego przyjaciel odszedł.

W pewnym momencie brunet poczuł na swoim ramieniu czyjąś dłoń i wydawało mu się, że ksiądz wrócił, ale tak nie było. Dłoń była znacznie lżejsza i zdecydowanie mniejsza. Jakby to była… dłoń dziecka. Zdezorientowany odwrócił się i zobaczył za sobą Henrego i obok trzymającą go za rękę Blair.

— Henry? Blair? — zapytał zdziwiony ich obecnością i szybko dłonią wytarł policzki mokre od łez. — Ale jak… co wy… jak wy…? — nie potrafił złożyć sensownego zdania.

— Nie płacz tato. Już jestem przy tobie. — powiedział chłopiec i go przytulił.

/

Blair oraz Henry nie wyjechali od razu z Hudson. Po tym jak znaleźli Dana w kaplicy zostali na noc w domu Alison – mamy Jenny i Dan'a. Młodsza siostra Humphrey'a również zdecydowała się zostać i nie ukrywała zdziwienia, że Blair i Henry przyjechali tutaj za Dan'em, a właściwie to Henry bardzo na to naciskał. Ucieszyła się widząc swojego chrześniaka i była zadowolona z powodu swojego brata, bo jak widać jego relacje z synem zaczynały wyglądać poprawnie, a henry z jakiegoś powodu postanowił dać szansę Dan'owi ku uciesze wszystkich.

Był wieczór, gdy Jenny, Dan oraz henry grali w grę planszową monopoly. Tradycyjne monopoly z papierowymi banknotami oraz planszą, która nie byłą stylizowana w żadne uniwersum. Gra niemal dobiegała końca, a właściwie to trwało już jakiś czas, bo zarówno Dan jak i Henry nie mieli już swoich pieniędzy i zaciągali się na pożyczki w banku. To Jenny była dzisiaj zwycięzcą, ku niezadowoleniu obu Humphrey'ów.

— I TAK! Właśnie stanąłeś na moim wybudowanym hotelu, ha! — krzyknęła usatysfakcjonowana Jenny. — Zaraz sprawdzimy, ile musisz mi zapłacić… — zaciągnęła się i zaczęła szukać karty.

— Nawet nie szukaj, bo nie mam z czego ci zapłacić. Mam jakieś …. — Dan popatrzył na swoje papierowe banknoty, które zaczął przeliczać. — Może 100 dolców będzie.

— Zgłaszasz bankructwo? Czy zaciągasz kredyt?

— Tato, mam poważne podejrzenia, że ciocia Jenny oszukuje. — odezwał się Henry bacznie przyglądając się swojej cioci. — Nie powinna być bankiem.

— To nieprawda! — zaprotestowała niemal od razu blondynka. — Po prostu, to wy nie macie zamysłu biznesowego jak ja. — dodała tonem przekonanej o własnej wartości.

Zarówno Dan jak i Henry popatrzyli na nią spod byka, a potem znacząco na siebie.

— Ta… akurat. — powiedzieli w tym samym czasie.

— Wiesz co Jenny? Niedawno rozmieniałem w banku pięćset dolców i jak widzę – nie ma tego banknotu, ale jest u ciebie. — odparł i popatrzył na nią podejrzliwe, a potem zrobił minę jakby właśnie zrozumiał wszystkie tajemnice świata. — OSZUKUJESZ! PODBIERASZ PIENIĄDZE! — powiedział i uderzył otwartą dłonią w blat.

— Wiedziałem! — krzyknął zadowolony Henry.

— No nieprawda! Skumaliście się przeciwko mnie, bo obaj jesteście bankrutami i nie potraficie przegrywać!

Blair stała obok oparta o framugę drzwi domu Alison i obserwowała całą scenę z rozbawieniem. Nie chciała zostać zauważona i po chwili odsunęła się i zniknęła w pokoju, a potem ostrożnie zamknęła drzwi. Jeszcze kilka dni temu nawet nie marzyła o tym, że podobna scena będzie kiedykolwiek miała miejsce. Teraz cała trójka była jak rodzina. Oczywiście, że nie chciała zapeszać, ale czuła, że wszystko jest na dobrej drodze.

Usiadła na łóżku, na którym nadal leżała jej torba z najpotrzebniejszymi rzeczami. Nie rozpakowała się, bo wiedziała, że jutro już wracają do Nowego Jorku. Poza tym – nie chciała zostać tutaj dłużej. Nie miała żadnych relacji z mamą Dana, a gdy ta dowiedziała się, że ma wnuka, to o mały włos zabrakło, aby została kolejną osobą z zawałem.

Tak niewiele potrzeba, aby stracić człowieka. Wystarczy tylko sekunda. O mały włos ona nie straciła w taki sposób Dan'a. Nie każdy jednak miał tyle szczęście, bo żona Cedrica straciła go w sekundę. Tyle potrzeba, aby człowiek, aby człowiek odszedł – sekunda. Tyle potrzeba, aby stracić przyjaciela – sekunda. Na tle tego, co się dzieje albo tego, co może się stać, to te wszystkie kłótnie wydają się bez sensu. Życie jest krótkie, a człowiek potrafi kłócić się o głupoty. Człowiek potrafi nuć intrygi i się mścić. Czy warto? Dan i Jenny nigdy nie powiedzieli swojemu przyjacielowi przykrych słów, ale i tak mają żal do siebie oraz czasu. A Blair? Nie raz powiedziała za dużo niepotrzebnych słów lub zrobiła tyle samo czynów. Wiele razy powtarzała sobie, że na wszystko jest czas i kiedyś przyjdzie odpowiednia pora na pojednanie. A co jeśli, to nieprawda? Nasz czas tutaj jest ograniczony, a zwlekanie z czymś zaczyna być naszym przekleństwem. Nie chciała żyć z takim żalem.

Wyciągnęła telefon i wybrała aplikację kontaktów zaczynając szukać tego jednego konkretnego. Zanim nacisnęła przy numerze słuchawkę, aby zadzwonić, to jeszcze chwilę się zastanawiała, ale tylko chwilę. Wiedziała, że im dłużej będzie zwlekać i się zastanawiać, to w końcu odłoży tą rozmowę ,na inny dzień" aż ten dzień nigdy nie nadejdzie. Nacisnęła słuchawkę przy numerze i przyłożyła telefon do ucha wsłuchując się w sygnał.

— Halo? — usłyszała zdziwiony głos w słuchawce.

— Hej Serena. Dzwonię tylko po to, aby zapytać co u ciebie? Jak Los Angeles?
/

Przepraszam wszystkich za wstawkę o Cedric'u – przyjacielu z dzieciństwa Dana oraz Jenny. Zapewne wydaje się wam ona niepotrzebną oraz zbędną sentymentalną podróżą do przeszłości. Jest ona moją osobistą oraz sentymentalną podróżą do przeszłości i przy okazji próbują pożegnania się i stawienia temu czoła. Sam rozdział chcę zadedykować mojemu przyjacielowi z dzieciństwa. Mojemu Cedric'owi, z którym musieliśmy się pożegnać się zbyt szybko, zbyt wcześnie i zbyt nieoczekiwanie. Ktoś mi kiedyś powiedział, że odchodzimy, gdy nie możemy być już lepsi i wierzę, że jest on w miejscu, w którym lepszy już być nie może. Dziękuję ci C. za wszystko – za bycie częścią mojej życiowej podróży, za wspaniałe dzieciństwo i za bycie moim pierwszym prawdziwym przyjacielem. Nigdy cię nie zapomnę.