Pewne rzeczy od zawsze kuszą. Hazard, narkotyki, alkohol, inne używki i inne rzeczy, które mają dać nam szybkie szczęście, bogactwo czy fałszywe relacje, które mają być iluzją szczecią. Nie zwracamy na to uwagi, ponieważ te rzeczy są pożądane przez większość społeczeństwa. Można powiedzieć, że podążamy tempo za tłumem, który nie ma nic do zaoferowania. Wpadamy w niebezpieczne sidła nałogu i pożądania, które doprowadzają do naszej zguby. Niektórzy mówią, że należy spaść na samo dno, aby móc się z tego dna odbić i dostać motywacji by stać się lepszym człowiekiem. Czy jednak prawda? Poniekąd pewnie tak. Nie da się wszystkie naprawić czy sprawić, że wszystko będzie dobrze. Nie leżąc na ziemi i oczekując, że nasze życie z dnia na dzień stanie się lepsze. Nie stanie się jeśli nie będziemy walczyć. Musimy wstać sami, sami chcieć się podnieć albo będziemy leżeć i przegrywać swoje życie.
Nate Archibald nie wpadł w żaden nałóg ani nie dążył do tych samych rzeczy, co większość świata. Nie mniej jednak i on miał słabość, która razem była jego największą siłą. Chodziło oczywiście o jego rodzinę, ale nie tą rodzinę, która zrazem była słynnym gangiem Archibald'ów. Od pewnego czasu Nate tworzył rodzinę tylko z jedną osobą - Vanessą i miał nadzieję, że wkrótce ich życie powiększy się o kolejną osobę. Blondyn czuł ogromną odpowiedzialność za swoją rodzinę, ale z drugiej strony nie miał odwagi powiedzieć Vanessie prawdy o tym, co się stało z jego gazetą, mieszkaniem czy kontem bankowym. Udało mu się przekonać ją, że jego mieszkanie zostało zalane i z tego powodu udało mu się zatrzymać u Vaness i jej siostry Ruby do czasu, aż wpadnie na lepszy pomysł niż powiedzenie prawdy. Nadal udawał, że ma pracę, a Vanessa wydawała się nic nie podejrzewać. Plan mistrza.
— Powinieneś iść do domu. — stwierdził Eric i wyciągnął dłonią, aby chwycić pustą szklankę, która stała przed Archibald'em Ten jednak zrobił to samo i przysunął ją bliżej siebie.
Eric westchnął ciężko i wrócił do przecierania szklanek. Dzisiaj miał nocną zmianę w swojej pracy, ale ruch w barze nie był wybitny. W sumie to się nudził, a jego jedynym klientem przy barze był właśnie Nate. Ostatnio bywał tutaj często, gdy on miał zmianę i coś mu mówiło, że był tutaj codziennie.
— W porządku. Po prostu nalej mi więcej. — odburknął.
— Mówił ci ktoś, że problemy się rozwiązuje, a nie przepija?
Nate podniósł wzrok znak szklanki i spojrzał na młodszego kolegę nieco z w miarę pojawiającą się złością. Powodów złości było dwie. Po pierwsze Nate był wściekły, że ktoś zwraca mu uwagę na to jak ma żyć i co robić. Po drugie natomiast Nate wiedział, że Eric miał rację i dlatego go to denerwowało.
— Możesz się wymądrzać, gdy będziesz miał rodzinę na utrzymaniu i zero na koncie. Właściwie to nawet nie masz konta bankowego. Twoja mama i twój dziadek udają ,że nie istniejesz, a twój kuzyn to zwykły kutas. Możesz mi w końcu nalać?! — zirytowany przesunął szklankę w kierunku barmana.
Eric wywrócił oczami, ale posłuchał. Jak to mówią – klient nasz pan. Sięgnął dłonią na drugą półkę nad sobą i wyciągnął z niej otwartą butelkę bourbonu. Nalał mu pełną szklankę i dopisał to do rachunku. Potem tylko podszedł do Archibald'a i ułożył dłonie na blacie. Musiał zastanowić się jak ubrać w słowa to, co chciał mu powiedzieć. Było mu go szkoda, ale to nie powód, aby się tak załamywać.
— Nate, nie tylko ty zostałeś wykluczony z rodziny i spójrz na mnie? Radzę sobie.
— Jesteś barmanem.
— No i? Mam czuć się gorszy, bo nie zostałem kandydatem demokratów na burmistrza miasta?
— Nie to miałem na myśli.
— Myślę, że właśnie to. Może opuściłeś rodzinę Archibald, ale to nigdy nie wyjdzie z ciebie. Zawsze będzie to w tobie. Będziesz czuć się lepszy od innych.
— Przepraszam Eric. — powiedział zawstydzony Nate. — Po prostu… — zawahał się. — Nie wiem, co mam robić.
Blondyn z rodziny van der Woodsen uśmiechnął się ze zrozumieniem. Nie był typem osoby, która długo chowa urazę. Starał się rozumieć swojego starszego kolegę oraz jego sytuację, która była dla niego trudna i taka, do której nie mógł się przyzwyczaić. Nie był jak Eric, który cieszył się z tego, że mógł zamieszkać z Danem i Jenny w ich lofcie, a sam odnalazł spokój w takiej pracy jak ta. Chociaż tak na początku nie myślał.
— Wnioskuję, że nadal nie powiedziałeś Vanessie.
Nate pokręcił przecząco głową.
— Dlaczego? Nie zabije cię.
— Wstydzę się.
— Nie masz czego. Postąpiłeś szlachetnie wybrałeś ją i dziecko zamiast spuścizny Archibald'ów.
— Ale nie chcę jej denerwować. Byłoby jej przykro, gdybym powtórzył to, co mówił dziadek.
— Więc, co zamierzasz robić? Siedzieć tutaj co wieczór i przepijać pozostałe pieniądze. Skąd je w ogóle masz? Ze skarpety? Myślałem, że zostałeś spłukany.
— Wygrałem.
— Wygrałeś?
— Tak, w kasynie. Sprzedałem złote spinki do mankietów, które miałem na sobie i zainwestowałem.
— Granie w kasynie uważasz za inwestycję?
— Znacznie prostszą niż giełda, której nie rozumie. — odparł wzruszając ramionami. —A tu obstawiam czarne czy czerwone. Mam szczęście.
— Szczęście, kiedyś się kończy.
— Pozwolę się wtrącić.
Nate i Eric obrócili głowy na prawo, skąd dobiegał nieznajomy głos. Był to mężczyzna o portorykańskiej karnacji. Miał na sobie biały garnitur, który dobrze komponował się z fioletową koszulą. Na szyi miał zawieszony złoty łańcuch, a na lewej dłoni odbijał się złoty rolex. Eric zmarszczył brwi w niepokoju, a Nate patrzył na niego z wyraźnym zainteresowaniem.
— Twój kolega barman ma rację. Szczęście kiedyś się kończy, ale są inne sposoby na to, aby zdobyć pieniądze.
— Jakie? — Nate wyraźnie się ożywił i zainteresował.
— Pozwól, że się przedstawię. — wyciągnął dłoń, aby się przywitać. — Nazywam się…
— Nie potrzebujemy twojej pomocy, dzięki.
Eric się wtrącił i złapał mężczyznę za ramię. Chciał go odsunąć, ale ten popatrzył na niego przenikliwym wzorkiem. Nie spodobało mu się to. Eric jednak sprawiał wrażenie stanowczego i blondyn z rodziny Archibald po raz pierwszy widział u niego taki wyraz twarzy. Nate obserwując tą scenę nieco się zawahał, ale nie zamierzał ani reagować ani dalej pytać. Wrócił do picia swojego alkoholu i udawał jakby nigdy nic się nie stało.
— Jak chcecie. — mężczyzna znowu się uśmiechnął, a jego głos był radosny.
Popatrzył na jednego, a potem na drugiego, a z jego twarzy nie zniknął uśmiech, który nie wzbudzał żadnej sympatii, a raczej strach i coś niepokojącego. Nate nie wiedział, czy atmosfera w tym barze zawsze taka była czy dopiero za sprawą pojawienie się nieznajomego, który po chwili ich opuścił i wrócił do swojego stolika, przy którym siedzieli mężczyźni wyglądem przypominającym goryli, a miedzy nimi trzy kobiety, które z kolei swoim wyglądem przypominały trzy kurtyzany.
— O co chodziło? — zapytał Nate, gdy był z Ericiem sam.
— Nie chcesz mieć do czynienia z tym kolesiem.
— Czemu?
— Vic to lichwiarz. Szuka takie łatwe ofiary jak ty. Trzymaj się od takich ludzi z daleka.
Nate podniósł dłonie w geście obronnym.
— Okej mamo.
— Mówię poważnie Nate. Tacy jak on są niebezpieczni. Pożyczają kasę na duży procent, którego nie jesteś w stanie spłacić, a potem dobierają się albo do ciebie albo do rodziny. Jak myślisz jak się dorobił na ten złoty rolex?
— To przerażające. Czemu policja się tym nie zajmuje? Nie mają dowodów?
Eric się zaśmiał, ale potem zobaczył, że Nate pyta poważnie.
— Chyba nie jesteś na tyle naiwny, aby myśleć, że policja w tym mieście nie wie, co to jest korupcja?
— Co to za argument? Płacić komuś łapówki to jedno, ale ten koleś nie może być nieuchwytny chociażby nawet przez urząd skarbowy.
— Ma komis samochodowy całkiem niedaleko. Jak każdy porządny obywatel odprowadza podatki i wspomaga budżet państwa. — Eric uśmiechnął się ironicznie.
— Chcesz mi powiedzieć, że serio ma układy? — zapytał przyciszonym głosem jakby bał się, że zostanie usłyszany.
— Jestem tego niemal pewny. — odparł Eric. — Dlatego skończ z kasynem i nie myśl o ludziach typu Vic. Są inne sposoby zarobku, na przykład praca. Coś chyba potrafisz, prawda? Jak chcesz to mogę zapytać szefa czy nie szukają kogoś na poranna zmianę.
— Mógłbyś to zrobić?
— Jasne, czemu nie? Ekipa musi sobie pomagać.
Nate uśmiechnął się z wdzięcznością. Nie widział się w takiej roli jak barman, ale coś musiał robić. Eric miał rację – tak jego życie nie może dalej wyglądać. Vanessa w końcu zacznie zadawać pytania o mieszkanie czy pracę. Może nawet przypadkiem zobaczyć gazetę Spectator'a i zauważyć, że już nie jest redaktorem naczelnym. Musi jej powiedzieć prawdę i musi się wziąć za siebie, bo ma w końcu rodzinę, którą powinien się zaopiekować.
/
Czasami na zewnątrz jesteśmy zapełnienie innymi ludźmi od tych, którzy siedzą w środku nas. Uśmiech, żart i całkiem spora paplanina z naszych ust, nie jest w stanie zatrzymać tego, co robi się w naszej głowie. Jest tylko jakąś zasłoną dymną, która pokazuje, że tak naprawdę wszystko jest tak, jak powinno być. Ludzie nie lubią spotykać się z problemami innych, bo nie wiedzą jak na nie reagować. Nie wiedzą jak pomóc i czasami nawet nie chcą. Często więc sami te problemy stygmatyzujemy albo udajemy, że ich nie ma. Ta zewnętrzna strona nas w tym całkiem sporo pomaga ukrywać tą wewnętrzną stronę. Czasami jednak mamy dość udawania i potrzebujemy się uzewnętrznić, ale nie w taki oczywisty sposób. Czasami potrzebujemy być w miejscu, które pozwoli nam na to, abyśmy mogli zdjąć maskę, bo jesteśmy zmęczeni jej noszeniem.
Dzisiaj tego potrzebował Dan. Dzisiaj potrzebował zdjąć maskę i znaleźć miejsce, w którym może oddawać się swojemu smutkowi dowoli, ale nie mógł, bo życie nadal go obowiązywało. Nadal musiał udawać, że wszystko jest w porządku i nic się nie zmieniło od czasu śmierci Cedric'a. Dlatego gdy wszedł do loftu, to był rozpromieniony jak cholera.
— Cześć Jenny! — zawołał radośnie.
— O hej, Dan. Masz dobry humor?
— Można tak powiedzieć. — przytaknął. — Spotkałem mojego byłego profesora. Wykłada literaturę angielską na tutejszym uniwersytecie. Zaproponował mi posadę asystenta na uczelni.
— Poważnie? Tak po prostu?
— Przeczytał moją książkę i moje opowiadania dla dzieci. Uważa, że powinienem zrobić doktorat.
— Wow… i co ty na to?
— No cóż… — brunet zrobił długą pauzę, a jego kamienny wyraz twarzy nic nie mówił. Po chwili jednak ten ,poker face' zmienił się w szeroki uśmiech. — Zgodziłem się.
— To fantastycznie! Gratuluje Dan!
Jenny wstała i podeszła objąć starszego brata. Przytulając siostrę, Dan spostrzegł, że na lodowce jest nowa pocztówka. Z oddali zobaczył, że fotografia przedstawia krzywą wieżę w Pizie. Włochy kojarzyły mu się z nieudanymi wakacjami, które miał spędzić z Blair kilka lat temu. Jeszcze przed wyjazdem ona pobiegła do Chuck'a. wtedy uznał to za zdradę, a dzisiaj rozumiał jej postępowanie i żałował, że nie dał jej tego wyjaśnić, ale nie było sensu wracać do przeszłości, której nie da się zmienić.
— List od taty i Lily przyszedł? — zapytał.
— Tak.
— Włochy? Nie tracą czasu.
— Napisali, że chcą z nami porozmawiać.
— Gdzie? Mamy lecieć do Włoch? — zakpił ironicznie.
— Nie. — Jenny wywróciła oczami. — W poniedziałek na Skype o godzinie 14:00 naszego czasu.
— Oh, to dziwne. — Dan wyraźne się zmartwił. — Nie pisali o co chodzi?
— Nie. Mam być tylko ty, ja, Eric i Serena, ale ona chyba dostała osobną pocztówkę.
— Szczęściara. — zabrzmiał ironicznie.
Brunet poczuł wibrację telefonu i sięgnął po niego do kieszeni. Zobaczył identyfikator i trochę się zdziwił, że jest to Eric, bo wydawało mu się, że wrócił nad ranem do domu z pracy. Otworzył jednak wiadomość tekstową.
Eric: Możecie być ciszej? Niektórzy próbują tutaj spać.
Dan: Sorry stary. Już będziemy cicho.
Eric: Możesz mi wynagrodzić moje przedwczesne przebudzenie się przed pracą.
Na twarzy Humphrey'a pojawił się delikatny uśmiech. Wiedział, że młodszy brat Sereny ma jakiś interes i próbuje coś utargować.
Dan: Jak?
Eric: Za dwa tygodnie w sobotę w BBQ jest impreza. Typowy wieczór panieński. Problem polega na tym, że tancerz złamał nogę i nie może się pojawić.
Dan: Niech zgadnę… mam ci go zastąpić?
Eric: Tak! Pracuje na uznanie szefa i jakiś awansik stanowiska. Może zostanie kierownikiem baru?
Dan: To świetne ambicje i życzę ci powodzenia w tańcu na rurze dla napalonych pań.
Eric: Oglądasz za dużo filmów dla dorosłych. To będzie spokojne i kulturalne przyjęcie.
Dan: Absolutnie nie ma mowy żebym się na to zgodził.
Eric: No Dan! Proszę! Przecież i tak nie masz pracy, więc co ci szkodzi?
Dan: Właściwie to dostałem pracę. Będę pracować na uczelni.
Eric: Gratuluje! Ale nadal możesz dorabiać na boku. Naprawdę dobrze płacą i są napiwki.
Dan: Dobranoc Eric.
Humphrey schował telefon do kieszeni spodni i podszedł zrobić sobie kawę. Eric próbował jeszcze pisać i go przekonywać, ale brunet to ignorował. Nie zamierzał robić za jakiegoś striptizera. Eric zdecydowanie coraz mniej spał i efekty tego było widać gołym okiem, bo zmęczenie z niego wychodziło. Z drugiej jednak strony, to trochę bawiła go ta propozycja.
Akurat woda była gorąca, bo chwilę wcześniej kawę robiła sobie Jenny. Nalał sobie kawę i usiadł przy blacie kuchennym oddając się rozmyślaniom. Od czasu rozwodu Dan nie rozmawiał z Sereną ani też nie utrzymał z nią kontakt. Uznał, że najlepiej będzie jeśli będą mieć trochę czasu i odpoczynku od siebie. Chociaż wiedział, że to nie będzie trwać wiecznie, bo dzięki Lily i Rufusowi są ponownie połączeni jako rodzina. Nastąpiło to jednak szybciej niż przypuszczał, ale nie zamierzał tego hamować w jakikolwiek sposób. Od początku chciał zgody między nim a Sereną. To ona prowadziła dziwne wojny jakby na siłę chciała zatrzymać to małżeństwo. Od początku to było skazane na porażkę i dobrze, że blondynka w porę to zobaczyła.
— Mama zaprasza nas na święto Dziękczynienia. — odezwała się Jenny siadając obok niego i przy okazji skutecznie wracając Dana z rozmyślań do świata rzeczywistego.
— Oh, serio?
— Też się zdziwiłam. Pewnie chce nadrobić z nami stracony czas. Może zrozumiała, że życie jest zbyt kruche i spotyka każdego w różnym wieku.
Blondynka miała oczywiście na myśli śmierć ich przyjaciela z dzieciństwa, który zmarł na zawał. Jakiś czas temu Dan również miał zawał i okazało się, że ma genetyczną wadę serca po mamie. Jenny rozumiała to w taki sposób, że wszystko sprowadzało się do jednego, że Alison poczuła grozę utraty dzieci, a tak naprawdę nawet nie ma z nimi żadnej zbudowanej relacji.
Jenny uważnie patrzyła na starszego brata, ale ten nawet nie zareagował, tylko popijał łyk za łykiem ze swojego kubka z kawą. Sam miał podobne wnioski, ale nie chciał mówić ich na głos. Kiedyś chciał mieć relację z mamą, ale Alison nigdy nie wykazywała takiej inicjatywy. Po prostu zostawiła rodzinę i zaczęła żyć swoim życiem.
— Dzięki za zaproszenie, ale zostaję w Nowym Jorku. — Dan przerwał milczenie. — Ona może przyjechać do nas jeśli tak bardzo chce.
— Dlaczego?
— Bo nie chce mi się jechać. Chcę zostać. Poza tym tutaj jest Henry i z nim też chciałbym spędzić święto Dziękczynienia. Nie pomyślałaś o tym?
— Dostaliśmy zaproszenie razem z Blair i Henrym. — wyjaśniła
Dan zamilkł i znowu zaczął popijać kawę. Nie miał już argumentów, ale nadal nie chciał jechać. Nie chciał jechać do miejsca, które w każdym kącie będzie mu przypominać o Cedricu oraz o ich przyjaźni. Przyjaźni, która nie przetrwała próby czasu i co jak co, ale była osobistą porażką Dan. Nie chciał tam jechać i nie chciał na nowo wzbudzać w sobie poczucia winy, które i tak co chwilę się pojawiało. Chciałby mieć tylko jeszcze jedną możliwość, aby z nim porozmawiać. Kiedyś robili to codziennie i nie było tematów, których unikali. Jak to dzieci. Jak to przyjaciele. Teraz było za późno i zostały mu tylko wyrzuty.
— To niczego nie zmienia. — odezwał się przerywając milczenie. — Zostaję w Nowym Jorku.
— A może dlatego nie chcesz jechać, ponieważ mama jest w Hudson?
— Do czego pijesz?
— Od czasu powrotu z pogrzebu nie powiedziałeś słowa o Cedricu.
— No i?
— No i uważam, że powinieneś przepracować jego śmierć, a ty tego unikasz.
— Dziękuję za tą wnikliwą analizę doktor Humphrey. — odparł ironicznie i odstawił pusty kubek do zlewu.
— Daj spokój Dan. Mówię poważnie. — spojrzała na niego swoimi dużymi oczami jakby chciała przeszyć go na wylot i poznać wszystkie jego myśli i uczucia, ale to nie było takie proste. Dan był trudny do odczytania.
— Co chcesz żebym powiedział? Żałuję, że dzwoniłem tak rzadko, a raczej wcale. Żałuje, że on dzwonił rzadko, a raczej wcale. A teraz nie żyje. To wszystko.
— Dan jeśli nie chcesz rozmawiać o tym ze mną, to zrozumiem, ale nie unikaj tego. Porozmawiaj z kimś. Myślałeś o jakimś terapeucie?
— Jenny. — stanowczo jej przerwał
Brunet popatrzył na swoją młodszą siostrę swoim ostrym spojrzeniem. Jakby nadal byli nastolatkami, a Jenny zrobiła coś, co rozczarowało jej starszego brata i będzie musiał o wszystkim powiadomić rodziców. Wziął swoją torbę i skierował się do wyjścia. Ostatnie czego sobie życzył to rozmowa z kimś, kogo nie znał i kimś, kto zdecydowanie nie rozumiał jego problemów. Odwrócił się jeszcze, aby ostatni raz popatrzeć na Jenny.
— Naprawdę wszystko jest w porządku. — powiedział według niego dość przekonująco i wyszedł z loftu zatrzaskując za sobą drzwi zapominając przy tym, że obiecał Ericowi spokój.
Zdecydowanie nie było z nim w porządku.
/
Strata. Czym jest i jak można ją identyfikować? Wydaje się, że opłakiwać możemy rodzinę, przyjaciół oraz najbliższych znajomych. Co jednak, gdy pożegnać kogoś, kto kiedyś był nam bliski, a dzisiaj znajdowaliśmy się w dwóch różnych częściach świata? Zapewne ktoś powie, że kontakt zawsze można utrzymywać, ale życie weryfikuje i pokazuje, że jednak utrzymanie znajomości nie zależy od chęci jednej osoby, dwóch, ale jest nieco bardziej skomplikowane. Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli jakiś ludzi nie ma już w naszym życiu, to z jakiegoś powodu. Nie wiemy jakiego, bo zapewne, gdybyśmy to odkryli, to na pewno nie bylibyśmy na tym świecie. Tak samo jak nie potrafimy nadal zrozumieć istoty śmierci i dlaczego zabiera młodych ludzi w kwiecie życia. Takich, którzy mają rodziny i zostawiają tutaj masę osób, którzy cierpią z powodu ich braku. To jest tajemnica życia, której nie potrafimy zgadnąć.
Dan Humphrey znalazł się na Upper East Side w okolicach mieszkania, które bardzo dobrze znał. Jeszcze kilka dni temu był tutaj zrobić aferę Chucko'owi, aby potem wyjść. Znaleźć się z powrotem na Brooklynie w pobliżu cmentarza Green Wood. Po drodze kupił sobie hot dog'a, którego skonsumował przed grobem Harolda Waldorf'a. Pamiętał, że z nim rozmawiał i poczuł suszenie w gardle, ale sprytny Humphrey był zabezpieczony, bo przecież razem z hot dogiem kupił sobie puszkę coli czy tam pepsi. Dla niego to bez różnicy, co to takiego było, ponieważ smakowało to dokładnie tak samo. Potem wydarzyło się coś, co sprawiło, że Dan nigdy nie zapomni tego wieczoru – ktoś zaczął wykopywać grób Harold 'a w poszukiwaniu czegoś, co przysłowiowo mężczyzna mógł zabrać ze sobą do grobu. Nie było jednak tego, czego szukali bandyci ani samego ciała Harold 'a i to chyba było najbardziej szokujące.
Była tylko jedna osoba, z którą Dan mógł podzielić się tą informacją i był to nie kto inny jak Chuck Bass, z którym współpracował w tej sprawie, bo Chuck uważał, że sprawa śmierci Harold 'a i jego byłej kochanki są powiązane. Dan tego nie widział, ale zgodził się pomóc, bo to nieco odciągnęło go od jego problemów z Blair i Henrym. Teraz się zaczynało układać. Przynajmniej ta relacja z Henrym i oczami Dana wszystko szło dobrze. Humphrey przyzwyczaił się do tego, że jeśli coś idzie w miarę dobrze, to inna strona nieco cierpi i była to jego relacja z Blair, bo pomimo całej swojej miłości do niej nie potrafił jej wybaczyć tego, co zrobiła. Przynajmniej ich relacja była w miarę normalna jak w przyjaźni rozwiedzionych rodziców dziecka próbujących się trudzić wspólną opieką. Poniekąd było to prawdziwe porównanie.
Dzisiaj jednak Dan musiał nieco dołożyć rozmyślania nad tym, co będzie z nim i Blair. Musiał skupić się na tym, czego był świadkiem na cmentarzu Green Wood i jedyną osobą, z którą mógł się z tym podzielić był właśnie Chuck. Nie mógł zobaczyć się z nim od razu, ponieważ był na pogrzebie przyjaciela z dzieciństwa.
Zjawił się przed drzwiami mieszkania i chciał zapukać, ale w momencie uderzania pięścią o drzwi zauważył, że były one uchylone. W środku panował półmrok jakby nikt nie był obecny.
— Chuck? — zapytał cicho wchodząc do środka, ale nie było odpowiedzi.
Humphrey odważył się wejść w głąb mieszkania chociaż czuł się bardzo nieswojo oraz dziwny niepokój. W środku było zimno i nieprzyjemnie. Jakby nikt nie ogrzewał tego miejsca od co najmniej kilku dni. Potarł swoje dłonie, ale nie był pewny, czy to był efekt wspominanego zimna czy być może niepokoju. W końcu dostrzegł posturę mężczyzny, który siedział na fotelu i oczami Dana nie wykonywał żadnych ruchów. To był Chuck. Nie żył? Dostał zawału i nikt go nie odratował? Albo popełnił samobójstwo? Czy naprawdę Chuck Bass mógł skończyć jak bohater książki Dana, Charlie?
Humphrey podszedł bliżej i wstrzymał oddech jakby skupiał się na d zrobieniem najbardziej skomplikowanej rzeczy. Następnie wyciągnął wskazujący palec, który wbił w ramię Bass'a.
— Co tu robisz Humphrey? — zapytał swoim chropowatym i bezszelestnym głosem, ale nie poruszył się z miejsca. Nawet nie podniósł głowy.
— Wszystko w porządku? — brunet popatrzył na młodego miliardera i po chwili i zarazem pomału zaczął wypuszczać powietrze ze swojej piersi. To był oddech ulgi.
— Eva i Lilian odeszły.
Dan jeszcze raz rozglądnął się po pomieszczeniu, w którym się znajdował. Pomyślał sobie, że tak właśnie wygląda dom bez miłości, dom otoczony tylko i wyłącznie smutkiem, pretensjami i samotnością? Przestraszył się, że pewnego dnia i tak będzie wyglądać jego dom, gdy Blair powie ,dość" i zacznie układać sobie życie na nowo z kimś innym. To przerażające, ale nadal możliwe. Nikt nie będzie czekać wiecznie na kopciuszka Dana Humphrey'a.
— Dlaczego?
— Scott się pojawił i je zabrał.
Kurwa. Więc to jego wina. Prawie o tym zapomniał. Właściwie to o tym zapomniał. Przecież napisał tego beznadziejnego sms'a do Scott'a, a on tak po prostu wpakował swoje manatki do Chudka i zabrał Eve i swoją małą córeczkę? Cholerna. Nawet nie odpisał, co mogło świadczyć tylko o tym, że Georgina wcale nie miała dobrego numeru telefonu i Dan napisał sms', który poszedł w cyber światoprzestrzeń. Jednak tak nie było. Faktycznie napisał do Scott'a i faktycznie zrujnował Chuck'owi życiu. Nie widział tego jego oczami w momencie, gdy kilka dni temu wściekły opuścił jego mieszkanie. Zobaczył to dopiero teraz. Może wypił za dużo, ale czy to go usprawiedliwia?
— Chuck, bardzo mi przykro. — wydusił po chwili i nieśmiało położył dłoń na ramieniu Chuck'a.
— Dzięki Humphrey.
Czy to był miły głos czy sarkastyczny? Naprawdę mógł nie powiązać jego z tą całą sprawą?
— Wiesz, może to wcale nie jest takie złe?
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Spójrzmy na to realnie – kiedyś musiał się dowiedzieć. Co zamierzałeś robić? Ukrywać je całe życie w tym mieszkaniu? A może, może w ten sposób ty i Eva zyskacie więcej.
— Co niby mamy zyskać?
— Zaczniecie budować ten związek świadomie bez ukrywania się. Zabieranie jej od Scott'a nie było najlepszym pomysłem. Tak się nie robi.
— On ją bił.
— Co?
— Scott ją bił. — powtórzył i po raz pierwszy spojrzał na niego. — Chciałem ją ochronić.
— Oh, wow. Nie wiedziałem. — odparł zaskoczony Dan. Było mu bardzo głupio. — Teraz to wszystko ma sens.
— Nieważne. Nie ma ich. Poniosłem porażkę.
— Słuchaj Chuck, to nie jest twoja wina. — chciał powiedzieć, że jego, ale nie miał na tyle odwagi. — Co planujesz teraz zrobić?
— Nie wiem. — westchnął. — Po co przyszedłeś? — zmienił temat.
— Oh, chodzi o tą całą sprawę z Haroldem.
— Tak?
Dan opowiedział o tym, co wydarzyło się, gdy wyszedł wściekły z jego mieszkania ostatnim razem. Opowiedział o tym, że poszedł na grób Harolda oraz o tym, czego był świadkiem. O rozkopaniu grobu w poszukiwaniu czegoś cennego oraz o tym, że Harolda nie było w grobie. Chuck był tym tak poruszony, że z wrażenia wstał i zaczął się przechadzać po pokoju aż zatrzymał się przy zasłoniętym żaluzjami oknie.
— Jesteś pewien, że nie było o w grobie?
— Tak. Tak przyjaźniej mówili.
— I ten ich przywódca nazywał się Jack, tak? Zapamiętałeś coś jeszcze.
— Niestety nie. Było za ciemno, a mi w uszach dzwoniła jeszcze gorzała. Co robimy Chuck? Zawadniamy kogoś, że Harolda nie ma w grobie?
— To wykluczone. To nasza jedyna przewaga. Rozdmuchamy to niepotrzebnie i cały świat się dowie. Za dużo gapiów, prasy oraz morderców, którzy poznają prawdę.
— A Blair? Powinna wiedzieć.
— Nie możesz jej powiedzieć. Możesz to zrobić?
Dan niechętnie pokiwał głową.
— Mam nadzieję, że tego nie zrobisz. Może grozić jej niebezpieczeństwo.
— Nadal grozi. Nie uważasz, że wiedza może ją chociaż trochę ochronić? — Dan próbował negocjować wtajemniczenie Blair. — Nie wiemy, kto zabił Harolda, dlaczego i czego szukają. Blair jest niczego nieświadoma.
— I niech tak zostanie.
— Źle się z tym czuje. Tajemnice źle działają na nasz związek.
— Związek? — w głosie Chuck'a było słychać wyraźną kpinę. — Nie jesteście razem.
— To trochę skomplikowane.
— Humphrey… dla ciebie skomplikowana może być giełda, a nie związek z kobietą, do której rzekomo wzdychałeś przez siedem lat małżeństwa z Sereną. — odparł i popatrzył na niego. — Weź się w garść zanim ona kogoś znajdzie i ułoży sobie życie bez ciebie.
— Trochę przesadzasz. Ty jesteś za obiegiem. Louis w Monako i z tego, co czytałem, to już ma swoją księżniczkę. Na planszy jestem tylko ja. — odparł dość przesadnie dumnie.
— Naprawdę myślisz, że taka kobieta jak Blair Waldorf będzie próbowała wejść ci w łaski? Zejdź na ziemię Humphrey zanim będzie za późno.
Chuck tylko uśmiechnął się z politowaniem. Dla niego dyskusja Humphrey'em była jak walka z wiatrakami. Spojrzał na zegarek.
— Wybacz, ale muszę zadzwonić do mojego adwokata, a potem do Georginy. Sprawdzę jak twoje rewelacje pokryją się z ostatnimi zajęciami mojego stryja.
— Jasne i tak miałem iść do Henrego. — odparł i pożegnał się.
Dan obrócił się na pięcie i zamierzał wyjść, gdy usłyszał za sobą dobrze chropowaty głos Bass'a.
— Humphrey?
Dan się ponownie odwrócił w kierunku Chuck. Spojrzał na niego, a po jego plecach przeszedł go zimny dreszcz. Jakby przeczuwał to, o co za chwilę miał go zapytać młody biznesmen.
— Tak?
— Nie spełniłeś swojej groźby, prawda?
— Co masz na myśli?
— To nie ty powiadomiłeś Scott'a, gdzie jest Eva i Lilian?
— Oczywiście, że nie. — skłamał i niemalże wybiegł z apartamentu Bass'a jak ostatni tchórz.
/
Jesień nie była ulubioną porą roku Vanessy, a przynajmniej ta późna jesień, która przypominała nic więcej jak okropną chlapę oraz mokre włosy oraz stopy w butach. Trudno było jej się przestawić z kalifornijskiej pogody i tak naprawdę nawet jej szafa się nie przestawiała na jesień na Manhattanie. Nie wiedziała, że zostanie w Nowym Jorku na tak długo, bo jednak powrót zmienił sporo w jej życiu – niemalże upadła kariera reżyserska, skomplikowana i trudna relacja z Nate'em oraz ciąża, której nie planowała, ale zdecydowanie bardzo się z niej cieszyła. Jeszcze kilka lat temu nie widziała się w roli matki i chciała postawić na karierę, ponieważ założenie w tak młodym wieku mogłoby zaszkodzić jej karierze, która nie była też rewelacyjna. Dziecko by zniszczyło wszystko i gdyby zdarzyło się to rok temu z kimś innym, to zdecydowanie postawiłaby na siebie. Przynajmniej tak myślała, że to poczucie tego, że była z Nate'em, którego kochała przekonało ją samą do zmiany. Być może to była prawda, a być może instynkt macierzyński był w niej od zawsze, tylko trudno było jej mówić o tym na głos.
Vanessa znalazła się przed dobrze znanym sobie loftem Humphrey'ów, ale od dawna nie wybierała niekonwencjonalnych metod wchodzenia do ich domu, jak na przykład przed okno w pokoju Dan'a. Od teraz wybierała zawsze drzwi i pomyślała, że oprócz dojrzałości jako przyszła matka również mogła przypisać sobie z dumą zasady survive vivre. Zanim jednak znalazła się przed drzwiami loftu, to była cała mokra. Nie miała parasolki ani nawet kurtki z kapturem, a jej buty – tenisówki z każdym postawionym krokiem były fontanną. To był fatalny pomysł i dość nierozważny zważywszy, że teraz nie dba tylko o siebie, ale również o dziecko.
— Czy na zewnątrz jest tornado? Wyglądasz okropnie. — stwierdziła Jenny otwierając drzwi loftu i zaprosiła ją do środka skinięciem głowy.
— Nie, to tylko nowojorska jesień, o której zapomniałam i której tak bardzo nienawidzę.
— Napijesz się gorącej herbaty? — zapytała stawiając czajnik na kuchence.
— Z przyjemnością. — odparła z uśmiechem i usiadła przy kuchennym blacie, przy którym siadała już milion razy i chyba jeszcze kolejny czeka.
W lofcie Humphrey'ów dość szybko zaczął unosić się zapach parzonej herbaty o smaku owocowym. Pociągnęła nosem i poczuła imbir oraz pomarańczę. Widziała jak Jenny wyciąga z szafy słoik miodu oraz przyprawę kurkumę. Momentalnie poczuła powracające nostalgicznie wspomnienia z czasów, gdy jako nastolatka odwiedzała Dana i właśnie taką herbatę robił im Rufus. Widać, że tradycyjna w tej rodzinie została zachowana, a Vanessa miała miłe wspomnienia, ale powróciła z nich w momencie, gdy poczuła, że nadal ma mokro w butach.
— Nie masz pożyczyć ciepłych skarpetek oraz kapci? Czuję się jak przemoknięta kura.
— I tak też wyglądasz. — zaśmiała się blondynka.
Jenny ruszyła do swojego pokoju, z którego wzięła parę skarpetek oraz kapcie w renifery, które rok temu dostała od mamy w prezencie na święta. Potem poszła do pokoju Erica, który spał po nocce i chodząc na paluszkach zwinęła z krzesła jego bluzę. Jej rozmiar może i przypominał rozmiar Vanessy, ale zdecydowanie przed czasów ciąży, która zaczynała być coraz bardziej widoczna.
Biorąc bluzę niechcący zepchnęła z krzesła książki, które szybko podniosła. Zerknęła na chłopaka, który tylko przewrócił się na drugi bok. Nie obudziła go. Popatrzyła na książkę, którą miała w głowie. Był to ,Zmierzch" autorstwa Stephenie Meyer. Z rozbawieniem wywróciła oczami. Eric od kiedy przestał utożsamiać się ze spuścizną rodziny van der Woodsen, to zdecydowanie zmienił swój styl. Zaczął chodzić w bluzach i szerokich spodniach. Zmienił słuchawki douszne na słuchawki nauszne i z daleka wyglądał jak jakiś raper. A z drugiej strony – czytał książki w stylu ,Zmierzch".
Ostrożnie wyszła z pokoju zamykając drzwi i wróciła do Vanessy.
— Proszę i daj mi te mokre cichy. Zostawię je na kaloryferze. — powiedziała wracając do salonu.
— Dzięki. — odpowiedziała z wdzięcznością i zaczęła się przebierać.
— Więc… — zaczęła Jenny i w tym momencie zaczął piszczeć czajnik, więc stawała i poszła robić im herbatę. — Nie żebym nie lubiła twoich odwiedzin, ale skąd ta niezapowiedziana wizyta? Coś się stało? — zapytała stawiając dwie filiżanki na blacie.
— Potrzebuję twojej pomocy. Mam pewne podejrzenia, co do Nate.
— Co masz na myśli?
— Myślę, że mnie zdradza.
Jenny odstawiła swoją filiżankę na blant dość wdzięcznie i spojrzała na brunetkę z niedowierzaniem. Wiedziała, że kobiety w ciąży maja swoje humorki oraz buzują im hormony, ale Vanessy chyba wyskoczyły ponad skale. Czy to z powodu brak zajęcia wymyślała sobie problemy? O tym też słyszała, ale nie mówiła o tym na głos, bo pewnie V wpadłaby w lekki szał. Dlatego przemilczała swoje myśli.
— Czy to czasem nie on wyznał ci miłość przed całym krajem przy jednoczesnym zdeptaniu swojej kariery wielkiego polityka?
— Tak, ale… — Vanessa westchnęła ciężko. Trudno było jej o tym mówić. — Całe dnie pracuje w tej swojej gazecie, a nocami też znika.
— I nie masz pojęcia, gdzie jest? Może za dużo pracuje?
Vanessa pokręciła przecząco głową.
— Nie. Wraca nad ranem i zaraz wstaje do redakcji.
— To dziwne. — przyznała blondynka i wypiła łyk herbaty. — Pytałaś go o to?
— Tak. Twierdzi, że dużo pracuje i inne bezsensowne wymówki.
— Może tak jest albo może chce zrobić ci jakąś niespodziankę? — Jenny próbowała wymyśleć jakieś alternatywne rozwiązanie ego problemu. Zwyczajnie nie wierzyła, że Nate może robić coś takiego.
— Nie wierzę mu.
Jenny westchnęła ciężko. Miała wrażenie, że Vanessa szuka problemu na siłę.
— Dlaczego?
— Bo wiem, kiedy kłamie i nie każ mi tego tłumaczyć. Po prostu wiem.
Blondynka spojrzała z zaciekawieniem na Vanesse. Było coś w jej wyrazie twarzy, co trochę przekonywało Jenny do próby podjęcia zrozumienia jej racji. Była stanowcza i pewna swojego, ale to nie wszystko. W jej spojrzeń było coś jeszcze. Coś, co przypominało determinację. Bez względu na to, jaka będzie odpowiedź Jenny czy próby przekonywania jej, że być może przesada lub coś w tym rodzaju, to ona i tak uprze się przy swoim. Zapewne w inny sposób będzie chciała dociekać prawdy. Jenny czułaby się winna, gdyby pozwoliła kobiecie w ciąży na dodatkowe i zarazem niepotrzebne stresy. Czy coś jej szkodzi pomóc w tym szalonym planie odkrywania prawdy? Nie, a może zrobić dobry uczynek i potwierdzić swoją teorię, że Nate niczego przed nią nie ukrywa i może być spokojna. Wszystkim wyjdzie to na dobre. Gorzej, gdy to Vanessa ma rację, ale Jenny odrzuciła tą myśl ze swojej głowy w tak samo szybkim tempie jak ta się tam pojawiła.
— Co chcesz żebym zrobiła?
/
W Australii był ciepło. Praktycznie kończyła się wiosna, która miało zastąpić lato. Pierwsze pąki, radośnie ćwierkające ptaki, nadnaturalny przyrost zakochanym par, którzy dali się porwać wiosennej aurze i sprzyjającym tym okolicznością do zakochania się. Pogoda zachęcała do wyjścia i spacerowania. Pogoda zachęcała do okazywania radości bycia szczęśliwym i do czegokolwiek by nie zachęcała, to Eva tego nie czuła. Tak po prostu. Spacerowała po parku i mijała wszystkich tych zadowolonych z życia ludzi i nie miała pojęcia, co ich tak cieszy. Po pewnym czasie zaczynali ją denerwować tym swoim optymizmem. Czy chociaż nie mogła spotkać jednej osoby, która mogłaby się milcząco solidaryzować z jej wewnętrznym cierpieniem? Nie, nie było takiej osoby.
Była jednak taka osoba, która niemalże dosadnie tym razem nie spuszczała blondynki z oka i to był Scott. Chociaż robił to dość nieśmiało i niewinnie, ponieważ kończyły mu się pomysły jak ma zacząć z nią rozmawiać i żeby w ogóle coś z nią zacząć. Chciał tylko, aby było ,jak dawniej". Tylko, że Eva już tego nie chciała, a właściwie nie chciała nigdy, aby było ,jak dawniej". Dla niej to nie były dobre wspomnienia, ponieważ Scott nie był dobrym partnerem i przez cały swój pobyt Nowym Jorku zaczynała dostrzegać coraz więcej wad tego związku niż zalet. De facto – ona wcale nie chciała tego związku, ale jej pobyt tutaj był oczywisty i określało go czteroliterowe słowo – Lily.
Eva pouczyła jak ktoś ją dotyka za ramiennie niemalże ciągnąc ją za sobą, aby się odwróciła. To był nie kto inny jak Scott.
— Śledzisz mnie? — niemal warknęła i odskoczyła jak poparzona czując jego dotyk.
— Spokojnie. — podniósł dłonie w geście obronnym. — Nie chciałem cię przestraszyć.
— Co tutaj robisz? Nie mogę wyjść na spacer bez twojego nadzoru?
Scott zmarszczył brwi. Coś się zmieniło i w sumie nie było to dla niego wielkim zaskoczeniem, ponieważ zauważył to już wcześniej, gdy tylko wrócili do domu. Eva coraz częściej okazywała swoje niezadowolenie. Nie dało się nie zauważyć, że jej pobyt w Nowym Jorku bardzo ją zmienił, co akurat nie było mu na rękę, ale chciał się starać ponownie wejść w jej łaski.
— Czemu tak bardzo się wściekasz? — zapytał wprost, ponieważ czuł się bezradny. — Myślałem, że chcesz tutaj wrócić, bo jesteśmy rodziną, bo chcesz żeby było jak dawniej.
Eva odwróciła się i spojrzała na bruneta.
— Nie Scott, nie chcę żeby było jak dawniej. Dlaczego miałabym chcieć? Traktowałeś mnie jak worek treningowy.
Scott schował ręce do kieszeni, ponieważ nie wiedział, że co z nimi zrobić. Poczuł się zawstydzony, ale Eva miała rację – zbyt często wyładowywał swoje frustracje na niej. Nie tak powinien wyglądać związek, a już na pewno nie ten zdrowy. Gdzieś po drodze zgubił to, kim chciał być albo raczej te przyziemne sprawy wzięły na nad nim kontrolę.
— Nie ma słów, które mógłby wyrazić to, jak mi przykro i jak bardzo tego żałuję. — odezwał się w końcu. — To się więcej nie powtórzy.
— Już to słyszałam. — powiedziała chłodno. Odwróciła głowę od niego i spojrzała w oddal na bawiące się dzieci na placu zabaw nieopodal.
— Teraz będzie inaczej. Twoja… wasza. — poprawił się. — ucieczka bardzo wiele mi uświadomiła. Nie chcę cię stracić. Po raz pierwszy poczułem, że to może się naprawdę wydarzyć. — nieśmiało wyciągnął dłoń, aby chwycić jej w swoją. Tym razem nie protestowała. — Spróbujmy jeszcze raz.
— Właśnie na tym polegał problem. — odparła po chwili nie mogąc powstrzymać łez. — Ja już nie chcę próbować.
Scott puścił jej dłoń i wyraz jego twarzy zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni. Malował się na niej gniew oraz złość. Kurtyna opadła. On sam miał wrażenie, że przez te wszystkie dni, gdy próbował pracować nad Evą oraz nad ich związkiem poszły na marne, ponieważ blondynka jak nigdy postanowiła trwać przy swoim. To już mu się nie podobało i już czas na to, aby on też był stanowczy, skoro bycie miłym i wyrozumiałym nie działało.
— Więc odejdź. — odpowiedział chłodno, co nie umknęło uwadze Evy.
Kobieta spojrzała na niego trochę zdziwiona, ale nie zamierzała go błagać. Wręcz przeciwnie – poczuła ulgę, że Scott w końcu odpuścił. Będą mogli się rozstać i próbować żyć jak przyjaciele. Przecież to możliwe – Chuck i Blair to potrafili i z początku nawet radzili sobie z wychowywaniem syna. Może im również się uda? Eva chociaż nie byłą biologiczną mamą dla Lily, to traktowała ją jak swoją córkę i nie wyobrażała sobie życia bez niej. Liczyła na to, że nadal będzie obecna w życiu dziewczynki. Chociaż to byłą tylko chwilowa nadzieja, ponieważ zaraz Scott sprowadził ją na ziemię.
— Pozwolisz mi widywać się z Lily? — zapytała cicho i nie miała odwagi spojrzeć mu w oczy.
— Nie. — odparł. — To moja córka. Jeśli chcesz mieć swoją, to zrób sobie ją ze swoim kochasiem. — dodał ze złością iż tej frustracji zacisnął pięści.
To ją zabolało do tego stopnia, że spłynęły jej po policzkach łzy. Wiedziała, że życie z Chuckiem jak para było złe, ale nie określała tego w kategoriach błędu. W końcu był jej wielką miłością i tą pierwszą. Kochała go i przekonywała się o tym za każdym razem, gdy dane im było zobaczyć się ponownie. To uczucie w niej po prostu wybuchało jakby przeżywała je na nowo. W istocie tak było, bo za każdym razem zakochiwała się w nim na nowo. Jeśli to nie była miłość, to już nie wiedziała, co nią było.
Ze Scottem było inaczej, ale nie mogła powiedzieć, że nigdy go nie kochała, ponieważ kochała. Na swój sposób i przez jakiś czas. Na początku przecież było świetnie, a ona miała rodzinę, o której zawsze marzyła i której nigdy nie posiadała. Przez pewien czas myślała, że trafiła do bajki, al. Scott szybko obudził ją z tego błogiego snu swoim paskudnym pocałunkiem i tym, jaki był naprawdę. Nawet teraz wiedziała, że te wszystkie jego obietnice oraz zapewnienia są tylko pustymi i nic nie znaczącymi słowami. Nigdy się nie zmieni, ponieważ właśnie taki był, a ona nie miała wyboru jak to zaakceptować i żyć z nim, ponieważ była tylko jedna osoba, która liczyła się dla niej bardziej niż Chuck i życie z nim. Mowa tutaj oczywiście o Lily.
— Z Chuckiem wszystko skończone. — powiedziała skulają głowę.
— Naprawdę? — zapytał tonem jakby niedowierzał.
— Tak. — tym razem to ona wzięła jego dłoń w swoje i pocałowała. — Przecież jestem tutaj z tobą, prawda? Z moją rodziną, która razem tworzymy.
Scott uśmiechnął się delikatnie, ale jednocześnie jak zwycięzca.
— Cieszę się, że tak mówisz.
/
W Nowym Jorku pogoda była… no cóż… listopadowa. Niebo było pochmurne, a w powietrzu unosił się zapach czekolady z pomarańczą i cynamonem. Dan obrócił się i zobaczył, że niedaleko jest stoisko przy którym robiła się kolejka. Obecnie łatwo było poczuć magię świąt. Zwłaszcza, że czas pandemii dobijał wszystkich i chociaż to głupie, ale ludzie tęsknili do innych ludzi. Okres bożonarodzeniowy był idealnym pretekstem do tego oraz do tego, aby okazywać sobie więcej miłości, wdzięczności oraz uprzejmości. Jakby nie można było tego robić przez cały rok, prawda? Ludzie są tak skomplikowanym gatunkiem, że na miłość lubią otwierać się na wiosnę albo na Boże narodzenie. A dobroć oraz wybaczenie wchodzi u nich w grę tylko w tym drugim etapie. W każdym razie - dla Dan'a było nieco za wcześniej, aby zaczynać wpadać w tą świąteczną gorączkę. Poza tym przed nimi było jeszcze święto Dziękczynienia. Dlatego bez większego uczucia minął stoisko z gorącą czekoladą i ruszył dalej w kierunku apartamentu Blair.
Obiecał dzisiaj popilnować Henrego wieczorem, bo na ma… w sumie nie wiedział, co ma. Chyba jakieś ważne spotkanie, ale już nie pamiętał szczegółów tej rozmowy. Uleciało mu wszystko z głowy. Kiedy nie wspomniał Cedrica, to jego głowę zaprzątały myśli związane z brakiem ciała Harolda w grobie i o tym, że Blair o niczym nie wiedziała, a on czuł się źle ukrywając prawdę. Może powinien jej powiedzieć? Byłby hipokrytą, który wypominał jej zatajenia, a sam robił to samo. Teraz mógł nieco zobaczyć wszystko oczami Blair i po swojemu rozumieć, że czasami ukrywanie prawdy jest koniecznie. Poza tym – nie chce ukrywać tego do końca życia. Tylko przez jakiś czas i jeśli kiedyś będzie po wszystkim, to powie jej prawdę.
Nim spostrzegł, to był przed apartamentem, a nadal nie wiedział, co powinien zrobić. Dlatego to zostawił. Może Chuck tym razem ma rację i Blair powinna być od tego z daleka? Wszedł po schodach i zadzwonił dzwonkiem. Drzwi otworzył mu Blair – w szlafroku oraz z czerwono-niebieskim ręcznikiem na głowie w pewnego super bohatera z serii DC oraz wyraźnie zdziwiona jego wizytą. Przynajmniej tak wczesną. Umawiali się dopiero za dwie godziny.
— Humphrey, już jesteś?
— Tak, byłem w okolicy i pomyślałem, że szkoda czasu na kręcenie się bez celu. — odparł, a potem zmierzył ją wzorkiem. — Fajny ręcznik. — skomentował z rozbawieniem jej turban na głowie wskazując palcem. — Fanko Supermana.
— Ha ha ha. — odparła sarkastycznie naśladując śmiech. — Wzięłam to, co było pod ręką. — wywróciła oczami i szerzej otworzyła drzwi zapraszając go do środka. — Wejdź. Henry jest w salonie.
Dan zostawił kurtkę i swoją torbę na ramię zawieszając na wieszaku i wszedł do salonu. Wzorkiem poszukał Henrego, który siedział przy stole i najwyraźniej coś malował, ponieważ używał co raz różnych kredek, a jego wzrok był tak skupiony, że nie dostrzegał tego, co działo się wokół niego. Dan uśmiechnął się delikatnie i pomyślał, że jest dzieckiem z pasją. Stal tak przez chwilę dopóki Henry nie poczuł czyjeś obecności w pokoju. Gdy to zrobił to rzucił kredki i pobiegł się przywitać.
— Hej kolego! — Dan wziął chłopca na ręce i przytulił do siebie. — Coś wydajesz mi się większy. Ile urosłeś?
— Mam cztery stopy. Mama zapisała wynik! — wskazał palcem na framugę drzwi do łazienki, gdzie były zapisywane kreski wzrostu.
— To jest mój chłopak! — Dan popatrzył i uśmiechnął się dumnie. — Co będziemy dzisiaj robić?
— Hmm…. Myślałem o malowaniu. Mam kupiła mi nowe komiksy Supermana!
— Oh zauważyłem, że mama polubiła ostatnio bohatera w rajtuzach. — zażartował. — Ty tu rządzisz kolego. Dzisiaj malujemy. — dodał i postawił chłopca na podłodze.
Dan i Henry przez kolejne półtorej godziny malowali razem komiks Supermana. Właściwie to Henry malował, a Dan tylko podawał mu kredki i był rozbawiony tym jak kreatywny jest jego syn, który zdecydował zmienić barwy głównego bohatera z Kryptonu na czarno-żółte. Potem jednak stwierdził, że są ,beznadziejne" i ponownie powrócił do kolorów niebieskiego i czerwonego.
— W sumie to przyniosłem coś dla ciebie. — odparł i wyciągnął z kieszeni talię kart kolekcjonerskich.
— Co to? — zapytał z zainteresowaniem chłopiec uważnie patrząc na to, co dorosły mężczyzna miał w dłoniach.
— To są karty z Dragon ball'a. Takiej kreskówki, która oglądałem, gdy byłem w twoim wieku. Razem z ciocią Jenny i Cedriciem. Kiedyś takie karty można było zbierać w chipsach.
— Serio? To są twoje, gdy byłeś dzieckiem?
— Nie, nie wszystkie. Z pomocą cioci Jenny udało mi się dokupić wszystkie na aukcjach internetowych, ale mniejsza o to. — chrząknął i przesunął dłoń, w której trzymał karty bliżej swojego syna. — Chciałem, żebyś je miał. Może kiedyś znajdziesz czas, aby obejrzeć ze mną kilka odcinków?
— Może dzisiaj?
Dan się uśmiechnął promienie.
— Liczyłem na to.
— Bądźcie grzeczni. Wrócę wieczorem.
Obaj podnieśli głowy i zobaczyli Blair, która wyglądała po prostu przepięknie. Dan nie mógł oderwać od niej wzorku i po raz pierwszy od dawna poczuł, że nie trudno mu wydusić słowa. Chociaż miała na sobie sukienkę dość prostą i szykowną i na to założyła czerwony płaszcza. Całkiem podobny do tego, który miała na sobie słynna już Holly Golightly w ,Śniadaniu u Tiffany'ego". Dan jednak czuł, że zaparło mu dech w piersiach.
— Wow. Wyglądasz… — próbował wydusić z siebie jakieś słowa, ale to było za trudne. — … pięknie. — skomentował dość banalnie w jego mniemaniu.
— Dziękuję Humphrey.
— Gdzie idziesz tak w ogóle? — zapytał nieco zawstydzony, że dopiero teraz o to pyta. Obiecał Blair przyjść popilnować Henrego, ale nie zdawał sobie sprawy dlaczego. Czemu go to wcześniej nie zainteresowało?
— Spotkanie biznesowe w Hotelu Plaza.
— Jakie?
— Skoro twój film został przełożony z wiadomych względów, to muszę zająć się firmą, która praktycznie jest na skraju bankructwa. Być może Waldorf Designs dostanie nowy projekt. Dlatego trzymaj kciuki.
— Czy to jest konieczne? — zapytał wskazując palcem na brunetkę.
— Co masz na myśli? — odparła zdezorientowanym tonem.
— To, co masz na sobie. Na każde spotkanie biznesowe ubierasz się jak na randkę? — wypalił bez zastanowienia.
— Nie bądź śmieszny Humphrey swoimi teoriami. — odparł i odwróciła się kierując się do drzwi. — Do wieczora! — oddała na pożegnanie i wyszła, bo nie zamierzała z nim dyskutować.
— Henry… — Dan odezwał się, gdy zostali sami z chłopcem. — Potrafisz ubrać się w minutę?
Chłopiec przytaknął skinięciem głowy.
— Koniec z kolorowankami i kartami. Idziemy z misją na miasto.
— TAK!
/
Krople deszczu spadały na szybę samochodu Ford'a F-Series z roku 2014. Był to dość spory samochód osobowo-dostawczy typu pick-up. Samochód był bowiem wyposażony w miejsca dla pasażerów (łącznie cztery miejsca) oraz dość masywny i duży bagażnik, który przypomina przyczepę. W takich bagażnikach dobrze wozi się jedzenie na wynos. Zwłaszcza w dużej ilości. Cały pick-up był oklejony w logo baru o nazwie ,Bar BBQ". Barwy były zielono-żółte wiec na tle czarnego samochodu nawet dobrze się prezentowały.
Za kierownicą siedział Eric van der Woodsen. Kierowca z cateringu wspominanego baru się rozchorował, bo złapał pierwszą jesienną infekcję. Z tego też powodu, Eric zajął jego miejsce. Na szczęście był dostawcą tylko do jednego miejsca, ponieważ dzisiaj kuchnia była zamknięta dla klientów indywidualnych, gdyż bar podjął się większego zamówienia na jakąś imprezę charytatywną. Do ostatniej chwili Eric nie wiedział, gdzie jedzie, dopóki nie wpisał do GPS w samochodzie adres i wyskoczył mu jakiś kościół. Westchnął ciężko. Nie pamiętał, kiedy ostatnim razem był w takim miejscu i z drugiej strony on jako gej i kościół pasowali do siebie jak Batman do Jokera.
Pomruczał nieco pod nosem, włączył wycieraczki i ruszył na miasto w kierunku kościoła świętego Stanisława Kostki. Kiedy był mały, to pamiętał, że na lekcjach religii mówiono o Stanisławie Kostce jak o świętym i opiekunie dzieci i młodzieży. Wtedy po raz pierwszy czuł, że kto faktycznie może nad nim czuwać. Ktoś o pojęciu metafizycznym. Było to jednak tak odległe wspomnienie, że ledwo je pamiętał.
Zajechał pick'a-up'em na parking kościoła. Był to duży kościół, który zapewne niczym by się nie wyróżniał na tle pozostałych nowojorskich kościołów, ale przy tym zobaczył trzy powiewające flagi: Stanów Zjednoczonych, biało-żółtą oraz flagę Polski. Powiewały sobie nad wejściem do kościoła. Eric zorientował się, że jest w kościele katolickim, gdzie zapewne większość osób przychodzących tutaj utożsamia się z tak zwaną ,polonią amerykańską". Eric zanim wysiadł z auta, to ubrał swoją czarna bluzę sportową, która również miała logo baru, w którym pracował. Założył kaptur, zamknął drzwi i przyciskiem na kluczykach zablokował samochód alarmem. Sam szybko pobiegł do kościoła, aby za bardzo nie zmoknąć. Pogoda była bowiem paskudna.
Wnętrze było dla niego imponujące, ponieważ z daleka odbijały się złote elementy na ołtarzu. Nie wyglądał jednak jak typowy kościół albo raczej ten, który Eric zatrzymał w swoich wspomnieniach. Wszystkie ławki były rozstawione na boki, a na samym przodzie, gdzie powinien znajdować się ten wielki stół, gdzie ksiądz odprawia msze, znajdował się jakiś girls band. Przynajmniej tak to wyglądało z perspektywy młodego van der Woodsena. Oczywiście dziewczyny w niczym nie przypominały typowego zespołu pop czy rock składającego się z samych dziewcząt, ponieważ żadna z nich nie szokowała swoim wyglądem. Żadna nie miała kolczyka w ustach, tatuaży czy zbyt krótkiej spódniczki. Wszystkie miały na sobie białe koszulki z jakimś napisem. Eric z tej odległości nie mógł dostrzec tego, co jest tam napisane. Muzyka, która grały również nie przypominała ani pop'u ani rock'a tylko coś w stylu gospel.
Eric oparł się o ścianę i zakładając dłonie na piersi przyglądał się temu, co ma miejsce na scenie. Spodziewał się jakiegoś chrześcijańskiego wycia, ale to, co właśnie miało miejsce na scenie zrobiło na nim ogromne wrażenie. Główna wokalistka nie tylko grała na gitarze, ale również naprawdę potrafiła śpiewać i nie tylko, bo miała głos jak dzwon, że nawet Eric oderwał się od ściany i postanowił podejść bliżej. Teraz dostrzegł napis na koszulce i wiedział, że go nie rozumie, ponieważ był w innym języku. Wokalistka była brunetka o ciemnych oczach oraz o dość szczupłej posturze i Eric był w szoku, bo zawsze taki donośny i mocy ton głosu kojarzył mu się z dość ,wielkimi" ciemnoskórymi kobietami. Dlatego był pod wrażeniem i całą uwagę skupił na dziewczynie. Po skończonym utworze dziewczyna rozejrzała się po całym kościele aż spotkała spojrzenie z Ericiem i uśmiechnęła się do niego. Co to był za uśmiech – jak milion dolarów i blondyn poczuł, że przeszył go dziwny dreszcz. Sam nie wiedział, dlaczego.
Dziewczyna odłożyła gitarę ściągając ją z paskiem i zeskoczyła z niewielkiego stopnia. Podeszła do blondynka i przywitała się.
— Jesteś z baru BBQ?
— Skąd wiesz? — zapytał zdezorientowany.
— Twoja bluza. — wskazała palcem i się roześmiała. Miał przecież bluzę z logo BBQ.
— Ah, no tak. — blondyn zaśmiał się i uderzył się otwartą dłonią w czoło. — Mam dla was zamówienie w samochodzie. Gdzie je przynieść?
— Możesz położyć tutaj. — wskazała dłonią stół znajdujący się na lewo od nich. — Akurat zgłodniałam.
Eric uśmiechnął się niewinnie i zawrócił do samochodu, skąd zaczął przynosić jedzenie. Łącznie zrobił cztery kursy. Gdy przyniósł ostatnie pakunki, to jeszcze raz rozglądnął się po pomieszczeniu w poszukiwaniu brunetki. Siedziała na niewielkim stopniu, z którego jeszcze kilka minut zeskoczyła i jadła kurczaka z ryżem. Eric zagryzł wargi i nieśmiało podszedł. Dziewczyna podniosła wzrok i spojrzała na niego.
— Pewnie czekasz na zapłatę.
— Nie. — pokręcił głową w zaprzeczeniu. — Miałem zapłacone z góry. Chciałem o coś zapytać.
— Tak?
— Co właściwie masz napisane na koszulce?
— Oh. — spojrzała na swoją koszulkę, a potem na Eric'a i uśmiechnęła się. — Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia. — przetłumaczyła napis. — To po polsku. — wyjaśniła.
— Jesteś Polką?
— Można tak powiedzieć. — przytaknęła. — Moi rodzice są. Ja urodziłam się tutaj, ale język znam dość dobrze.
— Pewnie dlatego twój akcent w niczym nie różni się od mojego. — uśmiechnął się. — A te cyferki? Co znaczą? — nieśmiało wskazał palcem pod napis na bluzce był tam skrót , Flp 4, 12".
— To werset z Biblii. List do Filipian rozdział czwarty, wers dwunasty.
Eric pokiwał głową.
— Nigdy nie byłem dobry w Biblię. — przyznał otwarcie.
Dziewczyna się uśmiechnęła.
— Zaufaj mi – ja też nie. Przynajmniej do pewnego momentu.
— Serio? Trudno w to uwierzyć.
— To długa historia. Może kiedyś ci opowiem.
Chłopak zrozumiał aluzję, aby dalej nie pytać. Zapewne nigdy się tego nie dowie. Nie dlatego, że brunetka była tajemnicza, ale zwyczajnie go nie znała i nie była dziewczyną, która nowo poznanej osobie opowiada całe życie. To było zrozumiałe dla niego, ale nadal czuł jakby coś go ciągnęło w jednym kierunku. Jakby chciał ją zachęcić do opowiedzenia o sobie więcej i więcej. Jakby chciał ją poznać.
— Masz piękny głos. — wypalił po chwili milczenia i poczuł jak policzki mu płoną.
— To miłe, dziękuję.
— Nie wiedziałem, że gospel może być taki…. — zawiesił się w poszukiwaniu odpowiedniego słowa.
— Namiętny?
Eric uśmiechnął się, bo chyba dziewczyna wiedziała, co ma na myśli. Ona natomiast miała dość znajomy błysk w oku. Blondyn miał wrażenie jakby rozumieli się bez słów.
— Tak, coś w tym rodzaju. — odparł nieśmiało i schował ręce do kieszeni.
Nastała chwila niezręcznej cichy i Eric uznał, że to odpowiedni moment, aby odejść. Temat się wyczerpał. Chciał ją jeszcze zapytać o wiele rzeczy, ale dziewczyna chyba niezbyt była chętna do kontynuowania rozmowy.
— Więc… będę już leciał. — skłamał i okręcił się na pięcie, aby udać się w kierunku wyjścia.
— Zaczekaj!
Blondyn odwrócił się. Był nieco zaskoczony jej naglą i wyrywną reakcją. Dziewczyna odłożyła swoje pudełko z jedzeniem na posadzkę i podeszła do Erica. Wyciągnęła do niego dłoń.
— Karen. — wyciągnęła dłoń w jego kierunku.
— Eric. — odwzajemnił uścisk.
Gdy się dotknęli, to poszły prądy i oboje niemal automatycznie oderwali od siebie dłonie pozostając w niezręcznej ciszy.
— Niezbyt polskie imię. — odezwał się pierwszy.
Brunetka wywróciła oczami i znowu się uśmiechnęła.
— Moje pełne imię brzmi Karina i jest jak najbardziej polskie. Zadowolony?
— Oh, Boże. Chyba nigdy tego nie wypowiem. — zaśmiał się.
— Po kilku lekcjach nabierzesz wprawy.
— Jesteś skłonna mi je dać?
— Może.
— Nawet jak będą opornym uczniem?
Czy on właśnie z nią flirtował? Nie, na pewno nie. to były zwyczajne umizgi dla żartu. CO nie zmieniało faktu, że czuł się dość swobodnie w jej towarzystwie, a przecież znali się dopiero jakieś parę minut.
— Na każdego jest sposób. — zaśmiała się melodyjnie. — Pracujesz w sobotę za dwa tygodnie?
— Dlaczego pytasz?
— W bar BBQ będzie wieczór panieński.
— Tak, wiem. — pokiwał głową. — Będziesz tam?
— Oczywiście! Moja przyjaciółka wychodzi za mąż!
— Nie wiedziałem, że katoliczki chodzą po barach. Myślałem, że wieczory spędzacie na siedzenie w fotelach i czytanie gazet kościelnych.
— Ha ha ha. — zaśmiała się ironicznie i szturchnęła go w ramię. — Nie rób z każdej katoliczki dewoty. Poza tym… — zaciągnęła i zagryzła swoją wargę nieco zmniejszając odległość miedzy nimi. — Chyba sam jesteś niezbyt grzeczny skoro pracujesz podczas takich imprez. Twoja dziewczyna nie ma nic przeciwko?
— Nie mam dziewczyny.
,Bo jestem gejem". Pomyślał Eric, ale nie powiedział tego na głos. Zabrzęczał mu telefon, który wyciągnął z kieszeni. Przeczytał tylko powiadomienie na ekranie.
— To mój szef. Muszę jechać. — wyjaśnił chowając telefon do kieszeni, a potem spojrzał na Karen. — Więc do zobaczenia za dwa tygodnie?
— Tak. Zobaczysz, co robią katoliczki w sobotnie wieczory. — puściła do niego oczko i wróciła na swoje miejsce.
/
Dzieci można zaciekawić na wiele sposobów. Można im kupić zabawkę, którą tak bardzo chcą i zajmują się nią przez jakiś czas. Czasami trwa to kilak godzin, a czasami dni. Z dziećmi można się bawić w ich ulubione gry i zabawy albo chodzić na lace zabaw, gdzie wieczorem wracają zmęczone i dość łatwo idzie je położyć spać. Dzieci można zabierać w różne miejsca, które pomagają im budować wyobraźnie. Czasami to nie są tak konwencjonalne miejsca jak chociażby Disneyland, ale takie dość przyziemne jak na przykład przejażdżka metrem i mały Henry był pod wrażeniem swojej pierwszej jazdy podziemnym pociągiem. Zapewne Dan cieszyłby się bardziej tą chwilą z nim, ale jego głowę zaprzątały inne myśli, a właściwie to jedna – z kim do cholery widuje się Dan i dlaczego Chuck Bass jednak miał rację? Blair naprawdę mogła się zacząć z kimś spotykać? Nawet zaczęła do niego ponownie mówić Humphrey. Chyba ani razu nie słyszał od niej swojego imienia. Czy to był zły znak? Jego oczami tak.
Po wyjściu z metra przeszli tylko kilka przecznic zanim znaleźli się przed hotelem, w którym Blair miała mieć swoje ,spotkanie biznesowe". Dan nie chciał wchodzić do środka, bo uważał, że może to wydać ich obecność i zamiast tego wybrał obejście hotelu i zaczajenie się w krzakach od strony restauracji. Jak się okazało, to był dobry i niedobry ruch, ponieważ Dan z tej odległości widział stoliki w restauracji i nawet dostrzegł posturę Blair, ale nadal było to za mało, aby widzieć bardziej. Nawet, gdy mrużył oczy.
— Mama mówi, że nieładnie kopać kogoś pod stołem i zawsze zwraca mi uwagę, ale temu panu nic nie mówi.
— Co? — zapytał zdezorientowany Dan nadal mrużąc oczy i popatrzył na swojego syna, który miał lornetkę. — Skąd to masz? — dodał zdumiony i zarazem dumny z tego, że Henry myśli o wszystkim. Jego oczami był małym geniuszem. Dokładnie jak jego tata.
— Dostałem od wujka Nate'a na urodziny.
— Daj mi to. — odparł i wyrwał chłopcu lornetkę, którą następnie przyłożył do swoich oczu.
Dan musiał przyznać, że jak na rekwizyt, który przypominał zabawkę, to ta lornetka była naprawdę dobra i robiła świetne zbliżenia. Kiedyś pojechał z rodzicami i Jenny na taką rodzinną wycieczkę do wujka Sam'a, który był leśniczym i miał za zdanie pilnować pewien wydzielony teren pól oraz lasów. Wujek Sam miał właśnie taką lornetkę, którą mały Dan i mała Jenny się bawili przez cały pobyt u wujka Sama, a potem dostali taką na pamiątkę. Pamiętał, że była ona w ich domu Hudson, a co się potem z nią stało? Nie pamiętał, ale w każdym razie – bardzo przypominała tą, która miał Henry i przez którą teraz Dan wszystko obserwował.
Przybliżył lornetką obraz i dopiero teraz zrozumiał, co to za ,kopanie" Henry miał na myśli. Ten facet smyrał ją stopą po nogach! Nie widział reakcji Blair, bo stał tyłem do niej, ale chyba do cholery to czuła. Odsunął lornetkę od siebie i zagryzł swoje wargi. Jakby miało mu to pomóc z zahamowaniem złości. Dan czuł, że się cały gotuje i musiał odetchnąć i pomyśleć, co zrobić. Na pewno nie iść i przywalić temu facetowi po mordzie. Przynajmniej nie przy Henrym. Musiał zachowywać pozory rodzica, który nie kieruje się złością oraz agresją w swoim życiu. Dać przykład. Tylko, że w tym przypadku łatwo było powiedzieć, ale zrobić już trudniej. Popatrzył na Henrego i pomyślał, że może jego obecność będzie zbawienna.
Myśl Humphrey, myśl…
Ale nic nie przychodziło mu do głowy. Popatrzył na swojego syna i stwierdził, że to nie jest ani czas ani pora na to, aby zrobić niepotrzebne zamieszanie. Jeśli Blair chciała się z kimś umówić, to miała do tego prawo, czyż nie?
— Dan? Henry? Co wy tutaj robicie?
Dan obejrzał się i zobaczył swoją młodszą siostrę.
— Jenny? — odparł pytaniem na pytanie. — My właściwie… — Dan próbował szukać odpowiednich słów.
— Poszliśmy szpiegować mamę. — wypalił Henry.
Dan momentalnie zakrył swoja dłonią usta małego chłopca, aby ten przypadkiem nie powiedział jeszcze więcej. Zaczął się śmiać przy tym głupkowato.
— Nie słuchaj go. Gada jakieś głupoty.— odparł nadal śmiejąc się głupio, ale Jenny patrzyła na niego tylko jak na debila.
Jenny spojrzała za swojego starszego brata i dostrzegła to, co przed chwilą Dan razem z Henrym – Blair siedziała z kimś przy stoliku bardzo zafascynowana rozmową. Jenny jednak zmrużyła oczy, aby dostrzec więcej i po chwili coraz bardziej i bardziej jej źrenice się rozszerzały. Jakby poznała osobę, z którą siedziała jej przyjaciółka.
— O mój Boże! Czy to Gabriel Russo? — wydusiła z siebie. — On jest taki przystojny! — rozpłynęła się.
— Kto? — Dan zignorował dalszą część na temat jego urody.
— Taki projektant mody? Trafił na prestiżową listę Lyst Index jako jedno z odkryć roku.
— Oh, no tak, oczywiście. Zapomniałem. — odparł sarkastycznie, bo przecież wcale modą się interesował i nie miał pojęcia, kim jest cały Gabriel ani o jakiej liście mówiła jego młodsza siostra.
— Co jest Dan? Czyżbyś był zazdrosny? — zapytała blondynka z uwagą patrząc na starszego brata i założyła przy tym ręce na piersi patrząc na niego takim przeszywającym spojrzeniem.
— Oczywiście, że nie. — zaprzeczył sam sobie. — Blair może robić to, co chce.
Dan odwrócił się jeszcze raz za siebie, aby popatrzeć na parę przy stolik. Westchnął ciężko. Blair zawsze wybierała gości, z którymi Dan nie miał szans, czyli tacy, którzy mieli już nazwisko oraz pozycję albo mieli to za chwilę zdobyć i usadzić się jeszcze wyżej. A kim on był? Niedoszłym pisarzem, który skończy jako asystent asystenta na uczelni w Nowym Jorku. Świetlana przyszłość, nie ma co.
— A ty co tutaj robisz? Randka? — zapytał mężczyzna próbując zmienić temat odwracając się do siostry.
— Nie. Uwierz lub nie, ale też jestem z tą samą misja, co wy.
— Szpiegujesz Blair?
— Nie. Nate'a.
Dan zmarszczył brwi. Opuścił dłoń z ust Henerego i powiedział chłopcu, aby poszedł na stoisko obok, gdzie sprzedają watę cukrową. Dał mu banknot, a Henry z dumą ją przyjął, ponieważ to będzie pierwszy raz, gdy kupi coś samodzielnie. Poczuł się wręcz taki dorosły. Dan się uśmiechnął i cały czas obserwował chłopca, który idzie do stoiska z watą cukrową i zaczyna czekać w kolejce. To było jakieś dziesięć metrów od nich, ale dzięki temu Dan mógł spokojnie porozmawiać ze swoją młodszą siostrą.
— Co Nate robi w Hotelu Plaza?
— Tego chcę się dowiedzieć. Widziałam jak wchodził od tyłu. — odparła wskazując palcem na zaplecze hotelu i ruszyła wymijając zarówno Dana.
— Ej, Jenny. Gdzie idziesz? — zapytał łapiąc ją za rękę.
— No jak gdzie? Za Nate'em. — wyjaśniła tonem jakby pytał o najprostszą rzecz na świecie.
— Ale po co? Może ma jakieś swoje sprawy. Co ci do tego? — Dan nie bardzo rozumiał intencji, którymi kierowała się blondynka.
— Vanessa mnie prosiła, żebym go sprawdziła, bo uważała, że Nate ją zdradza.
— To niedorzeczne.
— To samo jej powiedziałam, ale…
— Ale co?
— Wiedziałeś, że Nate stracił Spectator?
— Nie. — Dan był wyraźnie zaskoczony tą informacją.
— Dlaczego nikomu nic nie powiedział? To dziwne.
— Nawet jeśli, to pewnie ma ku temu powodu. Powinniśmy to uszanować i nie wtrącać się w jego życie.
— Tu już nie chodzi tylko o niego, Dan. Chodzi też o Vanesse i ich dziecko. Ona się denerwuje, a to działa na dziecko. Nie pomyślałeś o tym?
Dan zastanowił się przez chwilę. Jego siostra miała trochę racji. Stres oraz nerwy w ciąży nie są wskazane i powinno się tego raczej unikać. Nate natomiast chyba nie daje sobie z tego sprawy. W sumie nawet nie wie, że w jakiś osób denerwuje Vanesse. Przecież według niego doskonale się ukrywa. Gdyby ludzie byli ze sobą bardziej szczerzy, to na pewno nie doszłoby do takich sytuacji, ale cóż… teraz przysłowiowo masz babo placek. Dan stwierdził, że nie było dobrym pomysłem, aby Jenny teraz tam wparowała i oświadczyła Archibaldowi, że wie o jego kłopotach i właściwie jest tutaj dlatego, że Vanessa podejrzewa go o najgorsze. Taka konfrontacja nie skończyłaby się dobrze. Postanowił, że to on zrobi to dość w delikatny sposób. Przynajmniej spróbuje.
— Wiesz co Jenny? Zabierz Henrego do loftu. Ja spróbuje znaleźć Nate i z nim pogadam.
— Jesteś pewny?
— Tak. — wyciągnął z portfela kartę debetową i podał ją siostrze. — Jeśli będziesz czegoś potrzebować dla Henrego, to proszę mu kup.
— Daj spokój. — odmówiła. — To mój chrześniak.
— Tato! Zobacz kupiłem to sam! — krzyknął Henry, który zaczął biec w ich kierunku trzymając w lewej dłoni patyk z watą cukrową.
Humphrey uśmiechnął się szeroko do syna, który zdążył się już ubrudzić watą cukrową na całej twarzy.
— Jestem z ciebie dumny! — pochwalił go Dan, a potem kucnął obok chłopca i popatrzył na niego. — Posłuchaj Henry. Pójdziesz teraz z ciocią Jenny? Muszę coś tutaj załatwić i pewnie nie będzie mnie do wieczora.
Henry trochę posmutniał.
— Hej, mały. — odezwała się Jenny, która również kucnęła przy chłopcu. — Skąd ta mina? Czy mam się obrazić, że nie chcesz spędzać z ciocią czasu? — zrobiła udawaną obrażoną minę.
— Nie ciociu. Wiesz, że cię kocham. — powiedział i przytulił ją mocno, a potem odwrócił się do swojego taty. — Idziesz porozmawiać z mamą? — patrzył patrząc na niego swoimi sarnimi oczami. Dokładnie tymi samymi, które miała jego mama.
— Nie. Dzisiaj nie będę rozmawiał z mamą.
/
Znalezienie Nate'a nie było takie proste jak wydawało się Dan'owi. Owszem, Archibald wszedł od zaplecza do hotelu, ale Dan już nie mógł przejść, ponieważ przy drzwiach stało dwóch dość tęgich ochroniarzy i nie przepuszczali nikogo, kto nie był pracownikiem hotelu. Na tym misja Dan'a się miała skończyć, ale brunet nie chciał poddać się tak łatwo. Po prostu nie mógł wymyśleć sposobności, aby dostać się do środka. Nie miał zbyt wielu pomysłów, które mogłoby się zakończyć sukcesem, za co oczywiście się karcił w myślach. Przecież jako pisarz powinien mieć nieograniczone pokłady weny oraz kreatywności, ale niestety nie raz Dan przekonał się, że tak to nie działa. Poszedł do kiosku i kupił sobie gazetę. Oczywiście Spectator, ponieważ postanowił sprawdzić, czy relacje Jenny były prawdziwe i były. Artykuł o zmianie redaktora naczelnego był gdzieś na środku. Został nim Tripp i Dan bardzo szybko dodał przysłowiowe dwa do dwóch. Zapewne to byłą kara od dziadka Nate za to, że wycofał się z kandydowania o fotel burmistrza tego miasta. Jego rodzina była naprawdę beznadziejna i było mu zwyczajnie i tak po ludzku żal tego, co go spotkało. Nie rozumiał jednak, czemu Nate wszystko ukrywał. Jaki był w tym cel?
Dan usiadł sobie na ławce przy wejściu do jakieś kamienicy, która znajdowała się naprzeciwko tylnego wejścia do hotelu Plaza. Stwierdził, że poczeka do momentu aż Nate sam wyjdzie, bo przecież tak się w końcu stanie. Trwało to kilka godzin do późnego wieczora i Dan odczuwał skutki siedzenia tak długo na zewnątrz bez ciepłego odzienia. Miał bowiem na sobie tylko skórzaną kurtkę, którą ubrał po dość burzliwej rozmowie z Jenny. Brakowało mu ciepłej czapki oraz rękawiczek, ponieważ co kilka minut pocierał swoje dłonie i w nie chuchał zastanawiając się, czy warto jest się tak poświęcać i w końcu jego trud oczekiwania został nagrodzony. Nate się pojawił w drzwiach i wyszedł. Właściwie to został wyrzucony.
— Masz dwa dni na uregulowanie długu! — krzyknął jeden z nich i jeszcze wystawił do niego palec jakby pokazywał ,nono" niegrzecznemu dziecku. — Albo skończy się to dla ciebie marnie. — zatrząsnął za sobą drzwi.
Dan patrzył na to wszystko w lekkim szoku nie wiedząc o co chodzi, ale Nate się nie podnosił z ziemi. Czy wszystko było z nim w porządku? Przerażony podbiegł do swojego przyjaciela i kucnął obok niego i delikatnie nim potrząsnął.
— Hej, Nate? Wszystko w porządku?
Archibald poruszył się i odwrócił do Humphrey'a wyraźnie zaskoczony jego obecnością.
— Dan? Co tutaj robisz?
— Chyba powinienem ciebie o to zapytać. Co się dzieje Nate? Masz kłopoty?
— Nic. Wszystko jest w porządku. — odparł i podniósł się z ziemi.
Blondyn wstał i zaczął iść w nieznanym kierunku. Wszędzie i z daleka od pytań Dan'a.
— Wiem o Spectatorze. — odezwał się brunet, gdy Archibald kilka kroków przed nim. To spowodowało, że się zatrzymał i odwrócił.
— Skąd?
Dan wyciągnął gazetę z torby i rzucił ją w kierunku swojego kumpla.
— Ciekawe artykuł. — skomentował ironicznie. — To wszystko przez twoją rezygnację?
— Tak, a Tripp od razu wykorzystał okazję, aby się wkupić w łaski u dziadka. Zajął moje miejsce w redakcji. Na pewno moje mieszkanie też i konta w banku.
— Czekaj, co? Przecież nie mogą tego zrobić.
Nate spojrzał na swojego przyjaciela z politowaniem.
— Akurat. Nie znasz ich tak dobrze jak ja.
— Może nie. — przytaknął i odwrócił się za siebie. Ktoś wychodził z miejsca, z którego jeszcze chwilę wyrzucono Nate'a. — A tam? — wskazał ruchem głowy. — Co robiłeś?
— Nieważne.
— Nate, możesz mi powiedzieć. Jestem twoim przyjacielem.
Archibald spojrzał na niego nieco sfrustrowany i trochę się zawahał. Znał Dan'a, który lubił osądzać, a opowiedzenie swojej historii w niczym nie pomoże. Będą kolejne oceny oraz umoralniania. Czy aby na pewno tego potrzebował? Zdecydowanie nie. poza tym jeszcze wczoraj rozmawiał z Erickiem i poniekąd ten robił coś podobnego, ponieważ ostrzegał Nate, że nie powinien iść w hazard, bo kiedyś szczęście się skończy i miał rację – skończyło się właśnie dzisiaj. Nie dość, że się skończyło, to jeszcze z długami, które nie miał pojęcia jak spłacić. Jego sytuacja nie była do pozazdroszczenia i rozważał samobójstwo, ale to byłaby łatwa droga ucieczki. Tylko on uszedłby bez konsekwencji, bo co z resztą? Co z Vanessą i dzieckiem? Przecież nie może być takim tchórzem. Tym razem wiedział na pewno, że potrzebuje pomocy.
— Straciłem redakcję, konta w banku i nawet mieszkanie. — zaczął Archibald i skierował kroki w kierunku Dan'a. — Nie mówiłem nic Vanessie, ale u niej mieszkałem pod pretekstem zalanego mieszkania i remontu. Myślałem, że uda mi się gdzieś załapać, coś robić, ale w kręgach na Manhattanie byłem spalony. Za sprawą dziadka.
— I to wszystko przez te wybory?
— Też i ciążę Vanessy. — blondyn westchnął ciężko. — Dziadek kazał mi ,załatwić sprawę".
Dan spojrzał na niego pytająco, a potem domyślił się, co jego kumpel miał na myśli. Chodziło oczywiście o aborcje, ponieważ dziecko z kimś z poza kręgów Manhattanu było jak policzek w twarz. Dan prawie zapomniał jaki rodzaj ludzkości mieszka na Upper East Side. Trudno było mu uwierzyć, że Nate naprawdę był z takimi ludźmi spokrewniony.
— Przykro mi, stary. Vanessa o tym wie?
— Oczywiście, że nie.
Pokiwał głową ze zrozumieniem. Takiej odpowiedzi spodziewał się Humphrey. Na jego miejscu też by nic nie powiedział. Współczuł Archibaldowi tego, jaką ma rodzinę i że ważniejsze jest dla nich status społeczny niż szczęśliwy chłopak, który chce założyć rodzinę. Wydawało mu się, że narzucane związki były w czasach szlacheckich, królów czy książąt, ale jak widać – zdarzały się i obecnie.
— Co było dalej? — poprosił, aby blondyn kontynuował swoją opowieść.
Nate spojrzał nerwowo na miejsce, z którego jeszcze kilka minut temu został wyrzucony.
— Byłem kilka razy w kasynie. — kontynuował. — Udawało mi się wygrywać, ale szczęście się skończyło. Przegrałem wszystko i musiałem znaleźć inne miejsce, aby się odkuć, rozumiesz?
Spojrzał na Dana, a ten tylko pokiwał głową na znak, że rozumie. Starał się postawić na miejscu Archibalda i spojrzeć na wszystko jego oczami.
— Znalazłem to miejsce przez kogoś. Jest taki koleś. Nazywa się Vic. — Nate spuścił wzrok.
— Okej?
— Pożyczyłem od niego pieniądze, żeby wejść tutaj dziś i zagrać.
— Czekaj. — przerwał mu, bo zaczął rozumieć, o czym do niego Nate mówi. — Vic jak Victor Nolasco? Ten lichwiarz z Brooklynu?
Nate smutno przytaknął głową.
— O kurwa. — wyszeptał Dan. Vic na Brooklynie był dość znanym biznesmenem, który dorabiał się poprzez pożyczanie pieniędzy i odzyskiwanie ich od swoich dłużników poprzez ,wykupowaniu" od nich nieruchomości. — Dużo?
— Dwieście tysięcy.
Dan spojrzał na niego z przerażeniem w oczach. Dla niego to byłą niewyobrażalna kwota, której zdecydowanie nie da się uzbierać w dwa dni. Zdawał sobie sprawę z tego, że to nie oznacza nic dobrego, a tylko same kłopoty dla Nate'a. Chociaż może ten miał jakiś plan? Pomysł? Oszczędności, dzięki którym mógłby spłacić dług? Wątpił, ale postanowił go o to zapytać.
— Jezu… — wyszeptał. — Masz tyle?
Nate ponownie tylko pokręcił głową w zaprzeczeniu, a Dan poczuł się zestresowany chociaż jego sytuacja nie dotyczyła. Lęk jednak był ogromny. Doskonale wiedział, że z takimi osobami jak Vic się nie zadziera, a gdy się tak dzieje, to trzeba oddać to, co się ma. Z tego, co mówił wcześniej Nate, to nie miał już nic, bo zabrali mu i redakcję i gazetę.
— Masz z czego oddać? Jakieś zabezpieczenia, oszczędności, akcje i tak dalej?— zapytał wprost, ale nadal szeptem jakby bał się, że ktoś niepożądany może ich usłyszeć.
Archibald nie odpowiedział i nie musiał, bo Dan znał odpowiedź. Włożył ręce do kieszeni, bo było mu zimno, ale dreszcze nie pojawiły się z zimna lecz z przerażenia. Bał się tego, co może się stać. Czuł, że jego przyjaciel miał poważne kłopoty i chyba sam zaczął zdawać sobie z tego sprawę. Dan podszedł do Nate'a i delikatnie złapał go za kark. Nie był dobry w pocieszeni ani dodawaniu otuchy, ale próbował. Chociaż wiedział, że to za mało i w niczym nie ulży. Tutaj była potrzebna realna pomoc.
— Umówisz mnie z Vic'iem. — odezwał się po dłuższej chwili milczenia.
— Co? Po co? — zapytał zaskoczony blondyn.
— Mam loft. Oddam go pod zastaw i jakoś spłacimy twój dług.
— Dan, to miłe, ale nie mogę przyjąć tej oferty.
— Owszem, możesz i zrobisz to.
— Mowy nie ma. — stanowczo zaprzeczył. — Moje problemy nie są twoimi, a loft to nie tylko twój dom, ale Jenny i Eric'a również. Gdzie pójdziecie, gdy coś pójdzie nie tak? Vic może was oszukać. Dziękuję Dan za propozycję pomocy, ale naprawdę nie mogę.
— Może to zrobić. Nie wykluczam tego. — przytaknął mu. — Ale to nie jest ważne. — dodał po chwili.
— Dan…
— Vanessa jest moją przyjaciółką. — przerwał mu. — Po śmierci Cedrica przejmuje miano najstarszej. Jak jej wytłumaczę, że ojciec jej dziecka leży gdzieś na dnie rzeki Hudson? Co twojemu synowi albo córce gdy zapytają mnie, co zrobiłem, aby ci pomóc? Stałem z schowanymi dłońmi w kurtce, bo było mi zimo? — zapytał retoryczno-sarkastycznie i kontynuował dalej. — Poza tym jesteś moim przyjacielem. Może nie zawsze okazywałem ci to należycie, ale teraz chce. Loft to tylko miejsce. Mogę mieszkać gdziekolwiek indziej. Jenny i Eric również. Mogę to stracić, ale nie chcę stracić przyjaciela. Nie znowu.
/
Blair wróciła późno wieczorem zmęczona, ale zadowolona, ponieważ spotkanie poszło zgodnie z planem. Wiedziała to w momencie, gdy Jenny napisała jej wiadomość tekstową na telefon. Sama do końca nie była przekonana, czy to jest dobry pomysł, ale Chuck się uparł, a ona sama stwierdziła, że w sumie czemu nie spróbować w tak prymitywny sposób? Tak naprawdę, to już od dawna nie miała nic do stracenia, a tylko w ten sposób chciałaby wiedzieć na czym stoi w relacji z Dan'em.
Jeszcze nie wiedziała, jaki był finalny efekt tego spotkania, ale liczyła na to, że zaraz się dowie. Przypuszczała, że Dan będzie na nią czekać. Wchodząc do swojego apartamentu musiała się jednak mocno rozczarować, ponieważ nikt na nią nie czekał. Pomyślała, że zbyt późno wróciła i dlatego chłopaki śpią. Zajrzała do pokoju Henrego, ale łóżko było pościelone. Sprawdziła resztę pokoi i ku przerażeniu stwierdziła, że są puste. Wpadła w lekką panikę i z nerwów zaczęła szukać telefonu, aby spróbować zadzwonić do Dan'a, a w jej głowie pojawiały się już najczarniejsze z możliwych scenariuszy i nie wiedziała, co zrobi, gdy ojciec jej dziecka nie odbierze tego cholernego telefonu.
Podchwycając swój telefon do ręki próbowała wykręcić numer, ale zaraz usłyszała trzask kluczy w zamku i zobaczyła przed sobą Humphrey'a, który na pierwszy rzut oka wyglądał na całego i zdrowego. Na chwilę oddaliła swoje najgorsze obawy.
— Miałam do ciebie dzwonić. — odezwała się i jednocześnie odetchnęła z ulgą, że go zobaczyła. Schowała telefon do torebki. — Martwiłam się. Gdzie Henry? — wyraz jej twarzy znowu przybrał odcieniu paniki oraz strachu.
— Spokojnie. Jest w lofcie z Jenny. Usnął i nie chcieliśmy go budzić. — wyjaśnił. — Przyszedłem tylko po jakieś rzeczy dla niego na rano.
— Oh, oczywiście.
Blair poszła na górę do pokoju Henrego i spakowała kilka najpotrzebniejszych rzeczy do plecaka. Miała dziwne odczucie, że Dan był w stosunku do niej chłodny i taki… oficjalny? Sprawiał wrażenie obrażonego czy może jej się wydawało? Westchnęła lekko zasuwając zamek plecaka i zeszła ostrożnie na dół cały czas obserwując Humphrey'a, który tylko stał niczym członek Gwardii Królewskiej Wielkiej Brytanii na warcie na skrzyżowaniu ulic Whitehall i Whitehall Place w Londynie.
— Proszę. — dała mu plecak i delikatnie się uśmiechnęła, ale Dan nawet nie zareagował. Totalny i całkowity poker face. — Okej, Humphrey, o co chodzi? — zapytała wprost.
— O nic.
— Daj spokój. Znam się i wiem, że masz o coś problem. O co chodzi? — zapytała zakładając dłonie na piersi. Chciała wyjść na pewną siebie i zapewne takie wrażenie sprawiała.
— Jak było na randce?
— Jakiej randce? — zapytał wyraźnie zaskoczona tym pytaniem. — Nie byłam na żadnej randce.
— Nie udawaj. Widziałem cię.
— Widziałeś mnie? Ale… Jak?
— Nieważne Blair i właściwie to nic mnie to nie obchodzi, bo możesz robić to, co chcesz, ale nie powinnaś okłamywać mnie w tym temacie. Wracam do domu. — oznajmił na koniec i odwrócił się od wyjścia.
Wtedy Dan poczuł jak coś twarde odbiło się od jego głowy. Mechanicznie złapał dłonią za to miejsce, bo poczuł dość przeszywający ból i tylko zacisnął wargi, aby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Oszołomiony odwrócił się i zobaczył, że Blair zrobiła ruch jak po zamachnięciu, a obok niego leżał jej but.
— Rzuciłaś mnie?!
— Boże jak ja cię nienawidzę!
— Zachowujesz się jak wariatka. Jaki masz problem Blair?
— Chcesz wiedzieć jaki jest mój problem?! — zawołała wzburzona i zaczęła ściągać kolejny bur ze swojej stopy, aby w niego rzucić. — Ty jesteś moim problemem! Robisz mi wyrzuty o to, że się z kimś spotykam, a potem…
— Aha! Przyznałaś to! — krzyknął wymierzając w nią palcem i zmniejszając odległość między nimi. — Spotykasz się z kimś!
— Może tak i co z tego! — wrzasnęła do niego i go odepchnęła. — Przecież cię to nie obchodzi, prawda!?
— Zawsze ktoś musi być, prawda? Jakbyś nie mogła chociaż raz okazywać mi tego, że ci na mnie zależy. Jakbyś nie mogła o mnie walczyć. Czemu to zawsze muszę być ja?! — zapytał z frustracją w głosie. — Jakbyś… to całe moje odchodzenie jest ci na rękę. Już to zrobiłem wyjeżdżając do Włoch, a ty byłaś z Chuckiem. Już raz to zrobiłem wyjeżdżając z Serenado Los Angeles, a ty nadal byłaś z Chuckiem… Nigdy nawet nie pofatygowałaś się na lotnisko, aby mi pomachać. — wyrzucił z siebie wszystkie te żale, które siedziały w nim od kilku lat, a tak naprawdę nigdy nie miał okazji ich wypowiedzieć na głos.
— Nie masz zielonego pojęcia, o czym mówisz Humphrey.
— To może mi wyjaśnij? Co cię zawsze powstrzymywało, żeby o mnie walczyć? Czy ja nie mam prawa czuć się zraniony? Nieszczęśliwy z powodu tego, że nie potrafisz być ze mną szczera i nie mówisz mi wszystkiego? — wyrzucał z siebie co raz kolejne pytanie i czuł, ze do oczu napływają mu oczy, ale tak bardzo nie chciał się przy niej rozpłakać, że wbijał sobie paznokieć w skórę, aby bardziej skupić się na bóli niż goryczy. — Nie znałem mojego syna siedem lat, rozumiesz? — wypowiedział ledwo słyszalnym głosem.
— Ile razy mam za to przepraszać!? PRZEPRASZAM DAN!
Blair z nerwów sięgnęła dłonią na torebkę, która leżała obok i rzuciła nią w niego, ale Dan zrobił unik i Blair trafiła w doniczkę z kwiatkiem, który stracił równowagę i rozbiła się na ziemi. Była to doniczka, która dostała od mamy z Francji. Prawdziwa ceramika, a teraz była w kawałkach. Dan spojrzał na nią z otwartymi ustami i szeroko otwartymi oczami.
— Jesteś szalona. — stwierdził i odwrócił się. — Idę do domu. Baw się dobrze Blair.
— Szalona, bo cię kocham?
Dan zatrzymał się i odwrócił się patrzą na nią swoimi ciemnymi oczami.
— Szalona na tyle, aby nigdy cię nie odpuścić? — kontynuowała.
Zbliżyła się do komody i przekręciła klucz w pierwszej szufladzie. Wysunęła ją, a Dan ukradkiem zobaczył, że jest w niej pełno listów. Blair sięgnęła dłonią i chwyciła kilka zaciskając je w pięści, aby potem wyciągnąć tą dłoń z szuflady i rzucić tymi wszystkimi listami w Dan'a.
— Co ty robisz?! Zwariowałaś?!— zapytał oszołomiony wyciągając prawą dłoń żeby się zakryć, ale Blair nadal tylko rzucała listami.
— Szalona na tyle, żeby pisać do ciebie wszystkie te pieprzone listy przez te wszystkie pieprzone lata?!
— O czym ty mówisz?
— O tym! — ścisnęła w dłoni jeden list. — Przez te wszystkie lata pisałam do ciebie to, czego nie mogłam powiedzieć, ale nigdy ich nie wysłałam, bo się bałam! — tym razem to Blair poleciały łzy po policzkach. — Byłeś jedyną osobą w moim życiu, u której wszystko tak bardzo mnie przerażało! Najpierw przyjaźń z tobą, potem przyznanie się, że to coś więcej. Przerażało mnie powiedzenie, że cię kocham! Jakby każda z tych rzeczy miała oznaczać, że cię stracę…
Dan długo na nią patrzył i nic nie mówił. Po raz pierwszy stwierdził, że odda się impulsowi. Podszedł do niej i namiętnie ją pocałował, przypierając do ściany. Ona chociaż zaskoczona, to to odwzajemniła. Całowali się namiętnie i coraz bardziej łapczywie. Kiedy obojgu zabrakło tchu odsunęli się od siebie trochę, po czym mężczyzna rozpiął jej sukienkę i chwycił ją mocno za pośladki i uniósł ją delikatnie. Przywarł ją do ściany, a ona cicho jęknęła. Dan zaczął całować jej szyję schodząc niżej na jej obojczyk. Blair coraz ciężej oddychała, ale opanowała się i odepchnęła go i Dan wylądował na przeciwnej ścianie. Uśmiechnęła się do niego zadziornie. Podeszła do niego na tyle blisko, że dzieliło ich zaledwie kilka centymetrów. Rozerwała mu koszule i położyła dłonie na jego klatce piersiowej. Zaczynała wbijać paznokcie w jego tors, a na twarzy bruneta pojawił się delikatny grymas, a jego oddech coraz bardziej przyspieszał.
— Chcę ciebie. — powiedział patrząc jej w oczy.
— To na co czekasz?
I chyba tyle wystarczyło. Dan chwycił ja mocno za pośladki i dosłownie rzucił na stół, który znajdował się w salonie. Dłonią rozrzucił wszystko to, co na nim się znajdowało powodując ogromny hałas. Podsunął ją bliżej brzegu stołu i ścisnął rękoma jej pośladki.
Blair wyciągnęła dłonie i rozpięła mu rozporek i pasek od spodni i po chwili trzymała w dłoniach jego penisa, którego objęła. On delikatnie stęknął i zaczął całować ją po szyi, a ona z rozkoszy oddycha lała głowę. Wsunął dłoń pod jej sukienkę od strony ud. Wsunął dłoń pod koronkę majtek i płynnym ruchem zsunął je z jej nóg. Poczuła jak jego delikatne palce muskające jej mokrą cipkę zataczając nimi rytmiczne kółka. Blair oddychała ciężko i chwyciła dłonią, a jego kark przyciągając jego ucho do jej ust.
— Nie baw się ze mną proszę…
Nie musiała dwa razy prosić. Poczuła mocne pchnięcie, na które jęknęła. Zaczął poruszać się w niej powoli przysychając się do gorąca jakie panowało w jej wnętrzu, żeby szybko nie skończyć. Z każdą chwila przyspieszał tempo, że stół ruszał się wraz z jego pchnięciami. Ruchy były coraz silniejsze, głębsze, wbijał się w nią po same jądra. Blair nie mogła się powstrzymać i głośno jęczała z podniecenia. Dostrzegła, że na jego czole pojawił się pot zmęczenia, ale nie przestawał. Uderzał ją mocno, ostro, szybko. Głęboko oddychali, uda zaciskały się na nim coraz bardziej. Blair nadal głośno jęczała, nie oszczędzając swojego gardła. Po kilku mocniejszych pchnięciach poczuła niesamowity skurcz i rozkosz jaką poczuła objawiła się długim i donośnym okrzykiem. Cała drżała, ale on nie przerywał tylko nadal w nią uderzał. Nagle wystąpił ogromny wybuch. Poczuła jego gorącą spermę, która ją wypełniała.
/
Jenny siedziała przy blacie kuchennym w lofcie i tępym wzorkiem obserwowała czajnik wyczekując coraz to większej uchodzącej pary z dziurek. Spać się jej chciało i liczyła na to, że kawa ją obudzi do działania. Dzisiaj miał być dość długi dzień. Zamierzała porobić wstępne zakupy na Święto Dziękczynienia i upolować coś, co będzie przypominać ciasto dyniowe, bo ona sama nie zamierzała się zabierać za pieczenie. Potem wróci do domu i będzie wyczekiwać z resztą połączenia od Lily i Rufusa. Nie rozmawiała z tatą od bardzo dawna. Chyba ostatni raz widziała go, gdy Dan był w szpitalu, a potem? Wymyślili sobie długie wakacje. Chcieli nadrobić stracony czas, ale Jenny wiedziała, że głownie chodzi o to, że woleli się ukrywać nić stawić czoła temu, co tutaj narobili. Typowe w ich wykonaniu, a zwłaszcza w wykonaniu Lily.
Blondynka ze zmęczenie położyła głowę na blacie. Chciała wrócić do łóżka i iść spać. Marzyło jej się na czas tego długiego weekendu pojechać do mamy, która zapewne wszystko by za nich zrobiła, ale Dan się uparł i nie pojedzie. Koniec dyskusji. Pan zdecydował. Westchnęła ciężko, bo wiedziała, że to nie chodzi o jego wybujałe ego, ale o fakt, że nie potrafił pogodzić się ze śmiercią Cedric'a. Jenny wiedziała, co czuł jej starszy brat – złość, pustkę i niedowierzanie, ponieważ ona mierzyła się z tym bardzo długi czas.
Usłyszała dźwięk dzwonka do drzwi i trochę się zdziwiła, ale potem sobie przypomniała, że pewnie Dan wrócił i nie miał kluczy. Miał wrócić wczoraj, ale wieczorem wysłał jej wiadomość, że zostaje na noc u Blair. Nie odpisywała na to, bo to oznaczały tylko dobre wiadomości – musieli się pogodzić, a przynajmniej taką miała nadzieję. Z radością otworzyła drzwi, ale w progu nie stał jej starszy brat. To był ktoś zupełnie inny.
— Chuck? — zapytała zdziwiona widząc Bass'a za bramą loftu. Miał na sobie beżowy płaszcza, z którego można było dostrzec czerwony krawat, a w dłoni trzymał niewielką teczkę, więc ona w swojej piżamie z ,hello kitty" czuła się nieco komicznie.
— Mogę wejść? — zapytał swoim niskim, chropowatym głosem.
— Jasne. — odsunęła się, aby mógł przejść i wejść do środka.
— Jesteś sama? — zapytał, gdy dostrzegł, że w salonie nie ma nikogo poza nimi.
— Eric i Henry śpią. — odparł i zaczęła nalewać sobie kawy do kubka, bo woda się wreszcie ugotowała. — Chcesz?
Chuck pokręcił głową w zaprzeczaniu i tylko zmrużył oczy.
— A Dan?
Jenny uśmiechnęła się niewinnie.
— Napisał mi wczoraj wieczorem, że wróci z Blair rano.
— Z Blair?
— Wydaje mi się, że twój plan z Gabrielem podziałał.
— Mój plan? — zapytał niewinnie mężczyzna, ale przy tym można było dostrzec jego tajemniczy uśmieszek.
— Nie udawaj. — Jenny wywróciła oczami. — Blair mi wszystko powiedziała.
Chuck się delikatnie uśmiechnął, bo prawdą było, że delikatnie zasugerował Blair pomysł, aby wzbudzić w Humphrey'u zazdrość. Mogło to podziałać albo wcale, ale warto było spróbować. Prawda była taka, że Bass nieco był zmęczony problemami, które stwarzali wokół siebie Blair i Dan, którzy nie potrafili ze sobą porozmawiać. Tak naprawdę, to nic ich nie ograniczało, a wydawało się, że oni sami chcą sobie te ograniczenia nakładać. Totalnie bezsensu. On na ich miejscu na pewno tak by nie komplikował swojego życia, ale nie był. Jego miejsce było znacznie skomplikowane.
— Cóż… powiedzmy, że ktoś miał mi oddać przysługę. Najważniejsze, że podziałało i chociaż jedna para może mieć szczęśliwego zakończenie.
— Nie mów hop zanim nie przeskoczysz. — stwierdziła i upiła łyk swojej kawy.
Bass spojrzał na nią i pokiwał głową. Było w tym sporo racji. Zwłaszcza patrząc na poprzednią relację Blair i Dana, ale ogólnie jakiekolwiek innego związku. Nigdy przecież nie jest za łatwo. Chuck jednak miał nadzieję, że oboje będą w stanie sobie wszystko wyjaśnić, rozmawiać i ponownie zaufać, aby zacząć budować to od nowa. Czasami w życiu trzeba zacząć budować coś od zera i nie ma nic złego do wracania do początków. Jeśli tylko obierze się właściwą drogę.
— Mam prośbę. — zaczął Chuck zmieniając i pokazał swoją aktówkę, którą trzymał w dłoni. — Przekażesz to Dan'owi? Za dwie godziny mam samolot.
— Jasne, żaden problem. — wzięła od niego teczkę i położyła na blacie kuchennym. — Wakacje?
— Można tak powiedzieć. — przytaknął. — Jack i Georgina zapraszają mnie na Święto Dziękczynienia.
— Australia? Nieźle. — spojrzała na niego z lekkim zainteresowaniem. — Czy nie ma w tym drugiego dna, aby ,przypadkiem" spotkać pewną blondynkę?
— Może.
Chuck zmienił kierunek swojego spojrzenia i zatrzymał się na czymś, co wisiało na ścianie. Był to jakiś dziwny obraz, który zapewne pochodził z jakieś galerii sztuki. Chuck nigdy nie interesował się malarstwem ani obrazami i w ogóle się na tym nie znał, ale dla niego był oto brzydkie.
— Liczę, że niedługo do mnie dołączysz. — ponownie zmienił temat. Nie zamierzał rozmawiać o swoich relacjach z Evą, która zniknęła ze Scott'em. Liczył na to, że są w Australii. Musiał chociaż spróbować ją odszukać.
— Pewnie tak.
— Powiedziałaś już rodzinie?
— Jeszcze nie. Zrobię to po Święcie Dziękczynienia.
— Liczę na to, że mnie nie wystawisz.
— Żartujesz? Moja kariera projektantki po ostatnim zniszczonym pokazie wisi na włosku, więc skoro film Nate'a nie powstanie albo odkłada się w czasie, to współpraca Bass jest jakby moją jedyną deską ratunku.
Jakiś czas temu Chuck zaoferował Blair i Jenny możliwość odbudowania firmy poprzez fuzję z jego Bass Industries. Oczywiście nie miał za bardzo pomysłu, bo moda nie była jego działką, ale tą część zostawił dziewczyną. Jenny wpadła na pomysł, aby zrobić kolekcję ubrań, a serie pokazów wypromować hasłem ,zero to nie jest rozmiar". Odważny pomysł i ryzykowany, ponieważ mógł się dobrze nie przyjąć, ale taki, który mógł im pomóc. Bass lubił ryzyko, więc od razu się zdecydował. Bass Industries miało zostać sponsorem, ale Chuck wybrał Australie do pracy, ponieważ uznał, ze Nowy Jork jak i całe Stany Zjednoczone nie jest dobrym pomysłem, aby właśnie tutaj zaczynać pokazy. Uznał, że najpierw muszą się one przyjąć na pozornie nieznanym dla nich gruncie, gdzie nikt nie będzie im wypominać tej fatalnej ostatniej kolekcji, za która czuł się odpowiedzialny, ale nie miał na tyle odwagi, aby powiedzieć im prawdę. Australia była strzałem w dziesiątkę, a potem kurs mogą obrać na Europę, gdzie mogą zdobyć rozpoznawalność i rozgłos, który już sam dotrze do Nowego Jorku. To był dobry plan.
— Przykro mi z powodu tamtego pokazu. — odezwał się przypominając sobie wydarzenia sprzed niemalże roku, a wyraz jego twarzy naprawdę wyrażał zawstydzenie. — Jeszcze cię za to nie przeprosiłem.
— Daj spokój. Przecież to nie twoja wina.
To nie do końca była prawda.
/
Jenny siedziała przed laptopem i układała pasjansa z nudów i ramach oczekiwania. Tą namiętną rozgrywkę przegryzała chipsami, ponieważ musiała coś robić. Wiedziała, że nie powinna tego jeść, ale nie mogła się powstrzymać. Co chwilę zerkała na pasek zadań, gdzie wyświetlał jej się zegar. Była dokładnie godzina 14:10 i Lily oraz Rufus powinni już dawno zadzwonić. Miała obok włączona aplikację Skype, ale nie byli dostępni. Jenny zastanawiała się, czy może coś się stało z siecią albo mieli inny problem, bo generalnie nie byli jakoś bardzo uzdolnienie technicznie. Pomyślała o tym, że można do ich zadzwonić, ale nie chciała tego robić. Właściwie to nawet nie chciało jej się odbywać tej rozmowy, bo miała wrażenie, że Lily i Rufus będą próbować ich wszystkich umoralniać, a tego nie mogła znieść. Gdyby tak się stało, to miała już gotowe odpowiedzi na wszystko, które wcześniej przygotowała sobie w głowie. Zarówno mama Erica jak i ojciec Jenny ostatnio mieli sporo za uszami. Jeśli wytknie im się niedoszły ślub Lily i Willliama, ponieważ zwyczajnie z niego zwiała razem z Rufusem. Afera na całe miasto, ale ta rodzina powinna być do tego przyzwyczajona.
Nagle usłyszała znajomy dźwięk połączenia z aplikacji Skype i z boku paska zadań ukazało jej się przychodzące powiadomienie z zieloną słuchawką oraz ikonka Lily van Der Woodsen z Rufusem. Nie była pewna czy Lily dzwoni ze swojego konta czy może to tata, ponieważ oboje ustawili sobie takie same zdjęcia. Nudziarze.
Jenny wspomniała w końcu Ericowi i swojemu bratu, że po święcie Dziękczynienia wyjeżdża do Australii pracować nad nowym projektem, bo to już odpowiedni moment na to, aby nie tylko ratować firmę Waldorf, ale również i samą siebie. Chociaż żaden z nich nie był zadowolony z tego pomysłu, to jednak musieli to zaakceptować, ponieważ Jenny chciała tylko ścigać się za swoim marzeniem. Poza tym – nie będą widzieć się tylko miesiąc, bo wróci na przerwę świąteczną. Później już te rozłąki będą nieco dłużej.
— Dan, Eric starzy dzwonią! — zawołała chłopaków i wróciła do konsumowania chipsów oblizując przy tym dłonie.
Gdy Eric i Dan usiedli obok niej – kolejno po prawej i po lewej stronie, to nacisnęła przyciskiem myszki zielona słuchawkę i zdobyła się na najbardziej sztuczny uśmiech, na jaki była w stanie. Kątem oka widziała, że Eric zrobił to samo. Znała niema każdy jego wyraz twarzy i ten, który miał teraz to był mega sztuczny. Wiedziała, że ,cieszył się" z tej rozmowy tak samo jak ona. Nie musiała zerkać na Dan'a, bo wiedziała, że on nie obdarzy ani Lily ani Rufusa sztucznością – zawsze starał się być szczery, taki prawdziwy.
— Cześć dzieciaki!
— Nie widzę was. — odezwała się Jenny. — Mamy ciemny ekran.
— Lily włączyłaś to?
To był głos Rufusa, ale nigdzie nie można był zobaczyć twarzy jego ani też Lily. Nie potrafili włączyć kamery.
— Musicie włączyć kamerę. — odezwała się Jenny próbując ukryć rozbawienie.
— To ten znak kamery na skype? Ma nie być przekreślony?
— Tak, tak.
— To nie jest i nadal nas nie widzicie?
— Nie.
— A może macie zakrytą kamerę na laptopie? — odezwał się Eric.
— O faktycznie! — zawołał Rufus i zaczął się śmiać. Palcem przesunął po matrycy ekranu laptopa i po chwili się już widzieli. — Teraz?
— Tak, tak.
Cała trójka przytaknęła zgonie.
— Poczekajcie chwilę, dodamy Serenę do rozmowy.
Jenny cierpliwie czekała patrząc siew monitor oraz miny skupienia Rufusa oraz Lily, którzy próbowali dodać kolejną osobę do rozmowy i przy tym żywiołowo dyskutując. Blondynka zauważyła, że zanim zadzwonili to próbowali to testować i dlatego się teraz spierali ,bo jak mówiła Lily: ,Źle to robisz. Wcześniej to się inaczej naciskało". Jenny nawet chciała zaproponować, że to ona może dodać Serenę, ale nie chciała wychodzić z żadna inicjatywą. Niech się męczą. Dan zdawał się nie zwracać na nic uwagi, bo nagle był zafascynowany swoimi paznokciami, a Eric rozłożył się na krześle i ubrał kaptur na głowę. Jenny pomyślała, że śpi.
— O udało się!— krzyknął zadowolony Rufus. — Widzisz? Mówiłem ci. — skierował te słowa do Lily i uśmiechnął się dumnie.
— Część ludzie! — przywitała się radośnie Serena i pomachała im przed ekranem.
— Cześć.
Chórem odezwała się cała trójka, ale już nie tak żywiołowo jak blondynka. Nawet nie chciało im się podnieść ręki, aby jej odmachać. Nastąpiła niezręczna cisza dopóki nie odezwała się Lily.
— Zdecydowaliśmy z Rufusem, że nie wrócimy na Święto Dziękczynienia.
— I dlatego dzwonicie? Nie mogliście wysłać nam tej informacji w pocztówce jak macie w zwyczaju? — Eric zapytał z ironią w głosie.
— Ciebie też miło widzieć Eric. — Lily odpowiedziała mu z taką samą ironią. — Zadzwoniliśmy, bo chcieliśmy was poinformować, że mimo braku naszej nieobecności podczas Świąt Dziękczynienia, będziemy starać się nadrobić podczas świąt Bożego Narodzenia.
— I co to znaczy? Będziecie wysyłać nam prezenty z różnych krajów Europy? — nadal przemawiał tylko Eric.
— Nie. — odpowiedziała spokojnie jego mama i zdawała się nie zwracać uwagi na jego wredny ton głosu. — Przyjedziemy do Nowego Jorku i zorganizujemy pierwsze święta razem jak prawdziwa rodzina.
Cała trójka spojrzała po sobie z lekkim zakłopotaniem, ale nic nie powiedzieli. Serena nawet nie zdawała się na to reagować, tylko sprawiała wrażenie jakby była zainteresowana klawiszami na swoim laptopie, bo dość namiętnie je oglądała. Ona też nie chciała tego komentować, bo zwyczajnie wiedziała, że to jest zły pomysł. To nie wypali i już.
— Halo dzieci? Jesteście tam? — zapytał rozbawiony Rufus, który najwyraźniej zobaczył dość zrzedłe miny swoich i Lily dzieci.
— Czy to dobry pomysł mamo, abyś urządzała tutaj wigilię z facetem, z którym uciekłaś sprzed ołtarza? Tata nadal mieszka w Nowym Jorku. — zauważyła Serena. — Po prostu... będzie niezręcznie.
— Mówisz tak jakbyś miała jakiś wybór. Czy ojciec wyszedł do ciebie z jakąś inicjatywą? — zapytała Lily.
— Nie, ale…
— Zaprosił cię na święta?
— Jest jeszcze ponad miesiąc.
— Nie chodzi mi o święta Bożego Narodzenia tylko te, które będą w tym tygodniu.
Serena skuliła głowę i wyraźne posmutniała. Pokręciła tylko w zaprzeczeniu głową.
— To, co będziesz robić w Święta Dziękczynienia? Nie przyjeżdżasz do Nowego Jorku? — zapytał zmartwiony Rufus i popatrzył w okienko, gdzie pokazywały mu się jego dzieci i jakby w myślach chciał im przekazać, że mają zaprosić Serene do ciebie. Dan i Jenny unikali tego spojrzenia.
— Nie. Dostałam zaproszenie od przyjaciółki.
Dan i Jenny odetchnęli iż ulgą.
— Oh, znamy ją? — zainteresował się najstarszy Humphrey.
— Nie. Pracuję z nią na planie naszej najnowszej produkcji.
— Co teraz robicie?
— Taki dokument archeologiczny.
— Będziemy rozmawiać o sukcesyjnej karierze Sereny w Los Angeles? — zagrzmiał z ironią w głosie Eric.
— Zawsze możemy porozmawiać o twojej prawniczej. — zauważył Lily.
— Rzuciłem studia. To nie dla mnie.
— Wiem. Jestem bardzo rozczarowana twoją decyzją, której na pewno do końca nie przemyślałeś, ale jestem przekona, że po roku mieszkania na Brooklynie i pracy jako osoba fizyczna, to zmienisz zdanie.
— Co to niby ma znaczyć? — wtrącił się Dan, który był wyraźnie wzburzony słowami swojej macochy. — Brooklyn to najgorsze miejsce na świecie?
— Nie, naturalnie, że nie. Nie chciałam cię urazić Danielu.
— Oczywiście. — Dan nie uwierzył w ani jedno jej słowo, ale nie chciał się kłócić.
— Więc… — zacząć Rufus, aby ponownie przerwać niezręczną ciszę. — Mamy ustalone wspólne święta? Razem z Lily chcielibyśmy zaprosić Chuck'a, bo jest adopcyjnym synem Lily oraz Scott'a z rodziną. Uważam, że…
— Co?!
Cała trójka zawołała chorem, bo wyraźnie byli zszokowani tym pomysłem, który wyciągnęli chyba z kapelusza. Serena również była zaskoczona tą decyzją. Przecież Scott nigdy ich nie odwiedzał ani oni jego. Nigdy ich nie zapraszał ani oni jego. Nigdy nie spędzał z nimi urodzin, większych imprez ani żadnych świat. Czemu nagle teraz ma się to zmienić?
— Czy, aby na pewno dobrym pomysłem jest zapraszanie Chuck'a i Scott'a do jednego pomieszczenia? — zapytała Jenny i popatrzyła na tatę oraz jego partnerkę z niedowierzaniem. Czy oni o niczym nie mieli pojęcia?
— Wiem, że zaszły między nimi pewne zaszłości… — zacząć Rufus. — Ale to są święta! Wierzę, że będą w stanie się pogodzić.
— Jasne. Zwłaszcza jeśli posadzisz miedzy nimi Eve. — zauważyła ironicznie Jenny.
— Może mi ktoś wyjaśnić, co mówicie między wierszami? Chyba jestem nie w temacie. — wtrąciła się Serena.
— Chuck był z Evą. — wyjaśniła Jenny.
— Wiem, ale czemu mówisz był? Już nie jest?
— No nie… okazało się, że jej córka jest też córką Scott'a, a oni byli tak jakby zaręczeni…I Scott jakoś dowiedział się o tym, gdzie jest teraz Eva. Wpadł do Nowego Jorku i zabrał ją i małą Lily.
— Oh, wow. To dopiero zwrot akcji. plot twist. — Serena w pierwszej chwili była nieco zszokowana tymi rewelacjami. — Więc wy dwoje… — wskazała na ekran na okienko z Lily i Rufusem. — Chcecie, aby Chuck i Scott się pogodzili? Przecież wiecie, że to niemożliwe. Co wy kombinujecie? — spojrzała na mamę podejrzliwie.
— Scott to nasz syn i jest częścią tej rodziny. — powiedział stanowczo najstarszy z Humphrey'ów jakby nie chciał dłużej dyskutować na ten temat.
— I przypomniałeś sobie o tym, gdy facet ma ponad trzydzieści lat? — zapytał sarkastycznie Dan.
— Nie będę teraz z tobą omawiał szczegóły bycia rodzicem, Dan. Chyba sam najlepiej wiesz, jak to jest nie być w życiu swojego syna od jego narodzin.
Auć. To zabolało młodszego z Humphrey'ów i dlatego chciał mu się odgryźć.
— Mama zaprosiła nas na Święto Dziękczynienia. — wypalił nagle jakby chciał odbić piłeczkę. — I jedziemy.
Jenny odwróciła się do brata i była zaskoczona. Zmienił zdanie teraz czy wcześniej? Chyba pod wpływem chwili, aby dopiec ojcu, z którym miał coraz gorsze relacje. Jenny nie odezwała się, tylko uśmiechnęła się niewinnie, gdy tata na nią spojrzał. Nie chciała wkopać brata, że jeszcze dwa dni temu miał pasywne nastawienie do tego pomysłu.
— O, wow. — Rufus był wyraźnie zaskoczony tą informacją. — Alison? Nie spodziewałem się.
— Tak i zaprosiła też Blair i Henrego. Pokochała swojego wnuka i nie może się doczekać aż go zobaczy. — kontynuował Dan. — Tak przy okazji poznali się na pogrzebie Cedrica. Miło, że wysłałeś kwiaty na jego pożegnanie. — zakończył sarkastycznie, bo oczywiście Rufus nie wysłał żadnych kwiatów, a to, że nie zjawił się na pogrzebie było oczywiste.
— Przykro mi Dan.
— Znałeś jego rodziców. Był naszym sąsiadem. Jak mogłeś się nie pojawić? Albo chociaż złożyć kondolencję? Czy to było za wiele?
Rufus był wyraźnie zakłopotany pretensjami swojego syna, których oczywiście się nie spodziewał. Próbował jakoś sensownie wyjaśnić swoją nieobecność oraz brak jakiegoś gestu wsparcia, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Tak naprawdę razem z Lily byli zajęci sami sobą. Chcieli nadrabiać stracony czas i nie myśleć zbytnio o dramatach, które tutaj zostawili. Nie wiedział, że swoim zachowaniem mogą kogoś urazić.
— Nie miałem jak się zjawić. Byliśmy z Lily wtedy w….— popatrzył na swoją partnerkę jakby szukał u niej podpowiedzi.
— Gran Canaria. — odezwał się Eric.
Rufus i Lily spojrzeli na Erica i uśmiechnęli się delikatnie, ale on tego nie odwzajemnił. W tym temacie popierał zdanie Dan – Rufus powinien się pojawić, bo wakacje można przerwać na taki moment. To jednak nie była jego sprawa i się nie wtrącał. Lily i Rufus byli dorośli, ale z wiekiem zachowywali się coraz gorzej. Przynajmniej w jego odczuciu.
— Tak, właśnie. — odparł z wdzięcznością Rufus. — Więc… musimy już kończyć. Już późno, bo już jest 21:00. — zmienił temat zachowując się dość wymijająco. — Przyjedziemy w grudniu i wtedy zaplanujemy szczegółowo nasze Bożenarodzeniowe wakacje Szczęśliwego Święta Dziękczynienia dzieciaki! Kochamy was!
Przerwali połączenie i ich okienko było czarne. Na łączu została już tylko Serena, która wspomniała, że też będzie kończyć, ale ma nadzieję, że uda im się wszystkim spotkać podczas świąt Bożego Narodzenia. Chociaż jak sama przyznała – jej też się ten pomysł nie podobał. Nie wyobrażała sobie, że nagle Scott ma zostać jej super bratem. Tak naprawdę nikt nie wiedział, co kombinowali rodzice, ale na to trzeba było poczekać do grudnia.
No to czekamy.
/
Czasami na zewnątrz jesteśmy zapełnienie innymi ludźmi od tych, którzy siedzą w środku nas. Uśmiech, żart i całkiem spora paplanina z naszych ust, nie jest w stanie zatrzymać tego, co robi się w naszej głowie. Jest tylko jakąś zasłoną dymną, która pokazuje, że tak naprawdę wszystko jest tak, jak powinno być. Ludzie nie lubią spotykać się z problemami innych, bo nie wiedzą jak na nie reagować. Nie wiedzą jak pomóc i czasami nawet nie chcą. Często więc sami te problemy stygmatyzujemy albo udajemy, że ich nie ma. Ta zewnętrzna strona nas w tym całkiem sporo pomaga ukrywać tą wewnętrzną stronę. Czasami jednak mamy dość udawania i potrzebujemy się uzewnętrznić, ale nie w taki oczywisty sposób. Czasami potrzebujemy być w miejscu, które pozwoli nam na to, abyśmy mogli zdjąć maskę, bo jesteśmy zmęczeni jej noszeniem.
Nate stał chwilę przed wejściem do mieszkania Vanessy, a właściwie Ruby, bo Vanessa u niej pomieszkiwała i Nate od paru tygodni również. Zapewne ich denerwował swoja obecnością, ale one tylko liczyły dni, kiedy blondyn może się wyprowadzić, bo remont jego mieszkania się skończy. Nie wiedziały, że nie ma żadnego remontu mieszkania, a Nate zwyczajnie nie ma gdzie mieszkać, ale dzisiaj miał być dzień, w którym kłamstwa się skończą. Przynajmniej cześć z nich. Zamierzał powiedzieć Vanessie prawdę o redakcji, jego relacjach z rodziną i przy okazji mieszkaniu. Najwyżej go wyrzuci, to wtedy zapyta Dan'a czy ma miejsce w piwnicy. To zawsze jakieś wyjście z sytuacji.
Nieśmiało otworzył drzwi. W mieszkaniu siedziała tylko Vanessa, która rozwiązywała krzyżówki. Nie było nikogo więcej. Nate odetchnął z ulgą, bo będą mieli możliwość porozmawiać na osobności. Gdy wszedł do środka, Vanessa tylko podniosła głowę patrząc, że przyszedł. Nie potrafił wyczytać z jej wyrazu twarzy nic więcej poza tym, że jest mega zła, ale spodziewał się tego. W końcu nie wrócił na noc, bo przez ten czas próbował wymyśleć sposób na odzyskanie pieniędzy, ale nic mu nie przychodziło do głowy.
— Masz mi coś do powiedzenia?
— Jesteś sama? — zapytał jakby chciał się upewni, czy na pewno są sami. — Nie ma Ruby i dzieciaków?
Vanessa uderzyła otwartymi dłońmi w stół.
— Do cholery Nate! — emocje puściły, bo już nie potrafiła trzymać tego na wodzy. Poczuła się przegrana. — Ruby pojechała z dziećmi do rodziny James'a na święto Dziękczynienia. Mówiliśmy o tym w tamtym tygodniu. Czym jesteś tak zajęty, że nas nie słuchasz?! Od kilku tygodni jesteś obecny tylko ciałem, bo na pewno nie duchem! Co się dzieję?
— Przepraszam… — wymamrotał nieco zakłopotany oraz zawstydzony. — Chciałem z tobą porozmawiać. — powiedział już nieco odważniej i podszedł od niej bliżej stając za stołem.
— Nareszcie. — odparła i również wstała patrząc mu w oczy. — Kim ona jest? To Serena?
— Co? — zapytał wyraźnie zbity z tropu.
—Wiem, że się z kimś spotykasz.
— Nie spotykam się z nikim. Zwariowałaś? — zaśmiał się nerwowo.
— Nie okłamuj mnie! — krzyknęła i ze stołu wzięła gazetę, która w niego rzuciła. — Czytaj!
Nate nieco zaskoczony wziął gazetę, w której na pierwszej stronie było zdjęcie Sereny, a przed nią plecami do obiektywu stała pewna postać. Archibald wytężył wzrok, ale nie potrafił poznać postury tej postaci. Serena w dość czuły sposób obejmowała tą osobę ramieniem. Nate zerknął na nagłówek, który brzmiał: ,Serena van der Woodsen pracuje nad nowym filmem. Czy na planie filmowym poznała nową miłość?"
— I co myślisz, że to ja? — zaśmiał się odkładając gazetę.
— Jeśli chodzi o Serenę i ciebie, to nic mnie już nie zdziwi.
— To przeszłość. Nie masz o co się martwić. — zapewnił ją, ale brunetka nie potrafiła mu uwierzyć. Chciał jej zarzucić brak zaufania, ale z drugiej strony wiedział, że ostatnim czasy nie dał jej zbyt wielu powodów do zaufania. Sam sobie naważył tego piwa. — Vanessa, proszę daj mi wszystko wyjaśnić.
— Masz pięć minut. — założyła ręce na piersi, ponieważ nie wierzyła, że to nie chodzi o inną kobietę.
— To będzie trwało trochę dłużej niż pięć minut.
— To lepiej już zacznij. — nie ustępowała. Chciała pokazać się jako stanowcza oraz groźna, ale w głębi duszy była przestraszona i czuła, że w każdej chwili może się rozpłakać.
— Nie mam żadnego romansu.
— To, gdzie znikasz na całe dnie i noce? Tylko nie mów, że chodzi o pracę, bo nie uwierzę.
— Poniekąd chodzi. Próbowałem jakąś znaleźć, do której będę się nadawał, ale okazało się, że nie mam zbyt wielu umiejętności poza nazywaniem się Archibald, ale to już za mało.
— Nie rozumiem…
— Nie jestem już redaktorem Spectator'a.
— Dlaczego?
— Mój dziadek mnie wyrzucił. Moje miejsce zajął Tripp. Moje mieszkanie pewnie też, bo tak – wcale nie miałem go zalanego. Po prostu mnie stamtąd wyrzucili. Moje konta bankowa też pewnie ma mój kochany kuzyn.
Mina Vanessy nieco złagodniała. Takiej wersji wydarzeń się nie spodziewała, ale domyślała się, dlaczego taki splot wydarzeń miał miejsce – z jej powodu. Wiedziała, że rodzina Nate'a nie jest zachwycona jego ostatnimi decyzjami, ale nie sądziła, że potraktują go w taki sposób i to dlaczego? Ponieważ ona była w ciąży i pochodziła z nizin społecznych? Nie potrafiła uwierzyć w to, co słyszy. Zrobiła krok w jego kierunku i mocno go objęła.
— Tak mi przykro. — wyszeptała. — Dlaczego mi nie powiedziałeś wcześniej?
— Wstydziłem się.
— Czego? Przecież nie zrobiłeś nic złego.
— Wstydziłem się tego, że jestem taki beznadziejny i nic nie potrafię. Bez rodziny i nazwiska nic nie znaczę.
— Mylisz się. — zaprotestowała. — Znaczysz wszystko. Dla mnie i naszego dziecka jesteś wszystkim, rozumiesz? — położyła dłonie na jego policzki i popatrzyła mu w oczy. — Kocham cię.
— Ja ciebie też kocham.
— Zobaczysz, że sobie poradzimy i twój dziadek, twoja mama i nawet ten cholerny Tripp pożałują, że postawili na tobie krzyżyk. Jesteś świetnym facetem Nate i jesteś stworzony do wielkich rzeczy.
Blondyn uśmiechnął się nieśmiało do swojej dziewczyny i pocałował ją w usta, a potem przytulił do siebie. Nie powiedział jej nic więcej o kasynie, długu oraz Vic'u. Uznał, że ten temat pominie, aby jej nie martwić bardziej. Nie chciał narażać jej zdrowia i zdrowia dziecka przez jego głupie decyzje. Będzie musiał coś wymyśleć, ale jeszcze nie wiedział co.
/
Scarlett O'Hara z ,Przeminęło z wiatrem" mówiła: ,pomyśle o tym jutro. Mimo wszystko życie się dzisiaj nie kończy". De facto nie wiemy, czy nasze życie nie skończy się za sekundę, ale mimo wszystko lepiej stawiać sobie krótkotrwałe cele niż wiecznie coś odkładać. Pomimo tego, że od ukazania się tej słynnej powieści mięło prawie dziewięćdziesiąt lat, to nadal takie słowa są aktualne. Zbyt bardzo skupiamy się na odległej przeszłości, która może nigdy nie nadejść. Odkładamy sprawy na potem i czasami nigdy do nich nie podchodzi. Życie jest zaskakujące, ale nie tylko pozytywnie, bo negatywnie również. Życie sprawia nam tyle samo radości, co smutku. Ze smutkiem nie zawsze radzimy sobie najlepiej, ale powinniśmy próbować.
Chociaż to będzie ciężkie doświadczenie, to Dan zdecydował się pojechać na Święta Dziękczynienia do mamy do miejsca, które tak dobrze znał i które już zawsze będzie przypominać mu jego zmarłego przyjaciela. Przyjaciela, z którym nie miał okazji się pożegnać, bo nie utrzymywał z nim stałego kontaktu i to go bolało najbardziej i do siebie miał największe pretensje, ale nie mógł cofnąć czasu. Musiał żyć dalej, ale jeszcze nie wiedział, czy kiedykolwiek sobie to wybaczy. Pewnie nie.
Siedział przy blacie kuchennym i popił resztki kawy, która miał w kubku. Obok niego stała jego walizka na kółkach oraz plecak podróżny, w którym miał podręczne rzeczy. Cały czas czekał na Jenny, która jak typowa kobieta nie potrafiła się spakować tak, aby wszystko zmieścić. Dotknął palcem ekranu telefonu i wyświetliła się godzina.
— Jenny pośpiesz się! Musimy jeszcze pojechać po Blair i Henrego, a są korki! — krzyknął próbując ją ponaglić.
— Już idę! — blondynka krzyknęła ze swojego pokoju i po minucie wyciągnęła swoja walizkę, a potem jeszcze drugą i trzecią, które były nieco mniejsze od tej pierwszej.
Dan patrzył na to i delikatnie uniósł brew ku górze.
— Trzy walizki? Czy nie przesadzasz? Nie będzie nas tylko przez długi weekend.
— Nigdy nie wiesz, co się wydarzy i zawsze wato mieć kilka wersji ubrań oraz urządzeń, które mogą ci się przydać.
Dan wywrócił oczami i nic nie powiedział. Uznał, że komentowanie tego nie ma sensu, bo dyskusja jest zbędna. Zamiast tego chwycił swój kubek i odstawił go do zlewu, a następnie umył. Nie lubił zostawiać brudnych naczyń, gdy jechali w jakaś dłuższą podróż. Lubił mieć porządek, bo poniekąd był trochę pedantyczny.
— Gdzie Eric? — zapytała Jenny, ponieważ zauważyła, że obok walizki Dan'a nie ma nic więcej.
— Chyba siedzi w pokoju. Nie wychodził z niego. Może usnął od czekania na ciebie. — zażartował brunet.
— Ha ha ha. — odparła ironicznie Jenny. — Idę po niego.
Po chwili Jenny znalazła się przed drzwiami do dawnej sypialni swojego ojca, a obecnie Erica i zapukała, ale nikt nie odpowiadał. Zrobiła więc coś, co robiła zawsze Ericowi, aby go wkurzyć, czyli weszła bez zaproszenia. Chłopak od van der Woodsen'ów leżała na łóżku w swojej bluzie z pracy i ze słuchawkami na uszach. Gdy zobaczył Jenny gotową o wyjazd w płaszczu, to natychmiast je zdjął.
— Jesteś już gotowa?
— Tak, a ty jeszcze nie? — zapytała zdziwiona.
— Do czego mam być gotowy?
— No do wyjazdu.
— Przecież nigdzie się nie wybieram. Na pewno nie do ojca ani tym bardziej do szczęśliwej rodzinki naszych rodziców, gdzieś pomiędzy morzem kaspijski ma śródziemnym. — zakpił, ponieważ miał dość swoich rodziców. — Do Sereny też się nie wybieram. Ona ma swoje plany. — dodał po chwili. Ostatnie, czego chciał to narzucać się swoje starszej siostrze.
Jenny przekręciła głowę na bok i popatrzyła na niego z niedowierzaniem. Popatrzyła po jego pokoju i zauważyła, że Eric nawet się nie spakował. Zamierzał tutaj siedzieć. Czy on naprawdę myślał, że zostawią go samego na święta? Wydawało jej się oczywiste, że jeśli jadą do Alison, to nie tylko Blair i Henry mają zaproszenie, ale Eric również.
— Nie mówiłam o twoich rodzicach, ale o nas. Chyba nie sądziłeś, że cię tutaj zostawimy?
— Ale…
— Nie ma żadnego ale. Jesteś naszą rodziną. Jesteś moim bratem, więc rusz te śmierdzące dupsko z łóżka i zacznij się pakować. Ja zadzwonię do Blair, że trochę się spóźnimy.
Rodzina to nie tylko członkowie, którzy są połączeni ze sobą więzami krwi, DNA czy pewnymi podobieństwami charaktery czy osobowości. Na szczęście rodzina, to nie tylko pokrewieństwo, bo rodzinę można stworzyć samemu. Niekoniecznie z facetem i kobietą tworząc gromadkę dzieci, ale przede wszystkim można stworzyć ją z totalnie obcych ludzi, których łączy wzajemny szacunek, miłość, empatia, przyjaźń, lojalność oraz oddanie. Taka rodzina jest najważniejsza i taką rodzinę stworzyli w tym lofcie Dan, Jenny i Eric.
/
Za co możemy być wdzięczni w tym roku? Dziękujemy za różne rzeczy, ale najważniejsze to zawsze będą skupione wokół przyjaźni, miłości i rodzinie.
Są różne typy przyjaźni, ale nieważne jaka ona by była zawsze maja ten jeden element stały – przyjaciele są wierni, oddani i służą nam pomocą czy rękawem, abyśmy mogli się wypłakać. Jesteśmy im za to wdzięczni, ponieważ są bezcenni. Przyjaciele są naszym fundamentem i osobami, do których możemy przyjść z sukcesami jak i z porażkami. Nie powinni nas oceniać, zniechęcać czy krytykować. Powinni być mimo wszystko – nawet gdy ich zawiedziemy, to nadal są, ponieważ nas rozumieją i nas wspierają. Takie osoby w naszym życiu to prawdziwe skarby.
Każdy za swój sposób obchodził Święto Dziękczynienia. Jedni spakowali się, aby odwiedzać rodziny. Drudzy spakowali się, aby swoją rodzinę poszukać i odzyskać. Trzeci spakowali się, aby odwiedzać miejsca, które kiedyś były tak bliskie, a dzisiaj stały się kompletnie obce. Każdy jednak był za coś wdzięczny i za coś dziękował.
Nate: Jestem wdzięczny za błogosławieństwa rodziny, która sami tworzymy – ty i ja, a za rok nasze dziecko. Jestem wdzięczny za prawdziwych przyjaciół, ale przede wszystkim jestem wdzięczny za miłości, która mnie spotkała w tym roku. Dziękuję za to, że zawsze staramy się być razem, nawet gdy życie nas rozdziela, nawet gdy nie wszystko układa się po naszej myśli. Dziękuję za twoją miłość oraz troskę, które są ze mną niezależnie od okoliczności.
Vanessa: Jestem wdzięczna za ciebie. Chciałabym ci podziękować za wszystko, co robisz. Dziękuję za twoje wsparcie i ciepło, które zawsze mnie otacza. Dziękuję, że jesteś w moim życiu. Życzę Ci, abyś w każdej chwili życia czuł się otoczony miłością, szczęściem i spokojem, bo naprawdę zasługujesz na wszystko, co najlepsze i mam nadzieję, że zawsze będę tą osobą, która ci to da. Wspólnie, jako rodzina, przeżywamy każdy dzień, niezależnie od tego, jak trudny on by nie był.
Jenny: Jestem wdzięczna za te wszystkie wspólne wspomnienia, za wspólne śmiechy, ale i za te trudniejsze chwile, w których potrafiliśmy się zjednoczyć i wspierać nawzajem. Dziękuję wam za to, że tworzymy razem coś, co jest naprawdę nieocenione – rodzinę, która daje siłę, daje poczucie bezpieczeństwa i która sprawia, że każdy dzień staje się coraz lepszy. Będzie mi tego brakować w Australii, ale najbardziej będzie mi brakować was.
Dan: Jest coś w tej chwili, co sprawia, że czuję tęsknotę za tymi, których już z nami nie ma – za tymi, którzy kiedyś siedzieli z nami przy stole, dzielili się tymi samymi śmiechami, a teraz pozostali tylko w naszych wspomnieniach. Dziękuję za to, że mimo ich nieobecności wciąż mamy siebie. Czasami ta pustka jest tak duża, że trudno ją znieść, ale wiem, że jesteście ze mną – nie tylko w chwilach radości, ale także wtedy, gdy serce jest pełne smutku. Jestem wdzięczny wam wszystkim za to, że że budujemy razem rodzinę, która jest oparciem, siłą i miłością. Osobiście chciałbym przelać moją wdzięczność na osoby w moim życiu, które w tym roku odnalazłem. Ciebie Blair za to, że jesteś moim partnerem, moim najlepszym przyjacielem, a przede wszystkim moją miłością. Każdy dzień, który spędzamy razem, jest dla mnie wyjątkowy i dla mojego syna Henrego, który tak wiele radości przynosi do mojego życia. Pamiętaj, że zawsze będę obok ciebie, gotów wesprzeć cię w każdej sytuacji, zrozumieć, pomóc – niezależnie od tego, co przyniesie przyszłość, bo jestem twoim tatą i cię kocham.
Blair: Życie nie zawsze jest łatwe, ale mając was, czuję, że nic nie jest niemożliwe. Jestem wdzięczna, że pomimo ilości błędów, które popełniłam nadal mam was – przyjaciół, rodzinę, ale przede wszystkim za mojego syna oraz moją miłość. W tym roku doświadczyłam straty, ale i radości. Byliście obecnie w każdej tej sytuacji. Dzisiaj jestem wdzięczna za wartość, którą ma nasza rodzina i jak nieocenionym darem jest to, że mamy siebie nawzajem.
Eric: Jestem wdzięczny za rodzinę, którą dostałem w tym roku. Za to, że zawsze mogę liczyć na was, że tworzymy razem miejsce pełne zabawy, ale również ciepła i zrozumienia. Dziękuję za każdą wspólną chwilę, bo dzięki wam czuję się kochany i bezpieczny. Czuję, że znalazłem swoje miejsce na ziemi.
Chuck: Byśmy w chwilach smutku potrafili odnaleźć promyk światła, który przypomni nam, jak wielką wartością jest rodzina. Zwłaszcza, gdy sami jej nie mamy i próbujemy znaleźć.
