ROZDZIAŁ 22. TAJEMNICE, KTÓRE CHCEMY ZAKOPAĆ

Grudzień w Nowym Jorku był typową zimą, a zbliżający okres Bożego Narodzenia dodawał temu miastu prawdziwego magicznego wybrzmienia. Owszem, było zimno i padał śnieg dość często, ale większość ludzi nie odbierała tego za coś negatywnego. Jak mogli, gdy mijali ulicami miasta wszystkie te świąteczne ozdoby, światełka i ubranych na czerwono Mikołajów rozdających cukierki i życzących wesołych świąt? To właśnie to ludzie lubili w tych świętach i mogli czuć prawdziwą magię Bożego Narodzenia. Z drugiej strony, to grudzień był zdecydowanie najbardziej męczącym miesiącem roku, bo ludzie napędzali tempo z powodu świątecznej gorączki zakupów oraz przygotowań. Okres, gdzie dostawy, kurierzy, taksówkarze byli osobami, których twarzy Nowojorczycy oglądali najczęściej.

Jedną z nich była twarz Nate Archibald'a, który od drugiego tygodnia postanowił spróbować swoich sił jako taksówkarz. Chciał robić cokolwiek, aby tylko wyjść z długów, które zaciągnął. Bycie kierowcą, który za zadanie ma po prostu dowieść pasażera z punktu A do punktu B. Nie był mistrzem kierownicy, ale radził sobie w tym fachu.

Nate siedział w swojej taksówce i przeglądał ,New York Times" czytając każdy artykuł ,od deski do deski" zatrzymując się chwilę na rebusach oraz łamigłówkach. To było najbardziej to, co go zainteresowało, bo artykuły nie przyciągały jego wzorku. Tka naprawdę sprawdzał, czy gazety nadal o nim piszą i chcą żyć każdą sensacją na jego temat. Na szczęście nic takiego nie było, a konta a social mediach poza tymi prywatnymi usunął, bo wiedział, że tak będzie lepiej. Nie chciał tylko odciąć się tyko od polityki, ale również od rodziny, która pierwsza postawiła na nim krzyżyk. Cieszył się, że dziadek William był ojcem mamy, a nie jego taty i Nate mógł cieszyć się nazwiskiem, które w żaden sposób go nie łączy z van der Bilt'ami.

Czekając na postoju taksówek był czwarty, więc gdy ktoś wsiadł od jego taksówki, to chciał przekierować swoich klientów do pierwszego taksówkarza, ponieważ taka była niepisana zasada na postojach.

— Idźcie do pierwszego. — powiedział i nawet nie oderwał wzorku od świątecznego rebusu z możliwością wygrania nagród AGD.

— My chcemy ciebie.

Nate poczuł jak po karku przechodzą mu dreszcze. Znał doskonale ten głos. Należał do to był jeden z goryli Victor'a Nolasco. Lichwiarza, od którego pożył znaczną sumę pieniędzy, które i tak finalnie przegrał w kasynie, gdy próbował podwoić swoje szczęście. Archibald nie zapłacił swojego długu, ponieważ nie miał tyle pieniędzy. Dan obiecał mu pomóc, ale nie mógł się na to zdobyć. Nie mógł pozwolić na to, aby jego przyjaciel stracił dach nad głową, tylko dlatego, że to on ma kłopoty. Stąd ten pomysł na taksówkę. Chciał zarobić, a resztę pożyczyć od przyjaciół. Uważał, że lepiej jest mieć dług u nich niż u kogoś, kto z każdym dniem liczy większy procent zwrotu.

— Ładnie się urządziłeś Nate. — pochwalił go Jack, gdy zaczął rozglądać się po jego taksówce.

— Czego ode mnie chcecie? — zapytał patrząc na przerażonym półprzytomnym wzorkiem. — Powiedziałem, że wam zapłacę. Potrzebuję tylko trochę czasu, aby zarobić. Możemy umówić się na transzę? Dzisiaj mam…— zaczął i wyciągnął portfel z kieszeni.

— Spokojnie kolego. — przerwał mu Jack. — Twój dług został spłacony.

— Co masz na myśli?

— To, że masz dobrych przyjaciół, ale jeśli kiedyś będziesz znowu potrzebował gotówki, to wiesz, gdzie się zgłosić. Vic przesyła pozdrowienia. — powiedział i chwycił za klamkę, aby otworzyć drzwi.

— Hej! Jack! — zatrzymał go. — O kim ty mówisz? Jakich przyjaciół?

— Twój przyjaciel Dan Humphrey spłacił twój długi i to z nawiązką, a nawet nie musieliśmy straszyć cię porwaniem twojej ślicznej narzeczonej. No cóż… może przy innym kliencie będę miał więcej rozrywki.

/

Jak to jest z gangsterami? Czy jak wysyłają ci wiadomość, że chcą się z tobą zobaczyć w trybie pilnym, to oznacza, że masz rzucić wszystko to, co robisz aktualnie i biegnąć na spotkanie? Czy może masz nieco więcej czasu od tej wiadomości i zjawić się następnego dnia? Czy są za to jakieś konsekwencje? Dan Humphrey postanowił, że nie będzie sprawdzał tej teorii i gdy tylko dostał wiadomość od Victor'a Nolasco z prośbą o spotkaniu, to rzucił pisanie swojej nowej książki i zamknął laptopa. Wsiadł do pierwszej lepszej taksówki, na która machnął i ruszył do biura wspominanego lichwiarza.

Oficjalnie Nolasco zajmował się komisem samochodowym, a nieoficjalnie był również bukmacherem oraz pożyczał pieniądze na procent. O tym, jak wielki to jest procent przekonał się Nate Archibald, który postanowił grać w kasynie i sukcesywnie wszystko przegrywał. Zapożyczył się u wspominanego brooklyńskiego lichwiarza z nadzieją, że się odbije od dna, ale tak się nie stało. Było na odwrót – został wciśnięty bardziej w podłoże swojego dna. Chociaż Dan wyszedł mu z pomocą i chciał zapłaci jego długi, bo wiedział, że Nate nie ma tyle pieniędzy, to ten i tak odmówił i odmawiał jeszcze bardzo długo. Humphrey jednak nie odpuścił i sam zapłacił dług. Częściowo, ponieważ druga część to było w formach przysług, które miał wykonywać dla Nolasco. Nie wiedział jednak, że Vic tak szybko upomni się o swoje. Dan trochę się stresował, bo nie wiedział, co go tak naprawdę czeka i czego lichwiarz może od niego chcieć.

Taksówka zatrzymała się przed komisem samochodowym i Dan chwalę przystał i przyjrzał się temu miejscu. Z zewnątrz nie wyglądało to podejrzliwie, ale był przekonany o tym, że przez to miejsce przechodziły wszystkie inne nielegalne zyski samego Nolasco. Wszedł do środka i gdy tylko sekretarka go zobaczyła, to oznajmiła mu, że szef na niego czeka. Faktycznie Vic czekał na niego siedząc przy swoim biurku i paląc coś, co przypominało kubańskie cygaro.

— Danielu! Jak miło cię widzieć! — powiedział zadowolony jakby zobaczył swojego przyjaciela. Czego chcesz się napić?

— Nie dziękuję.

— Może cygaro?

— Nie palę.

— Uwierz mi, że ja też nie. Dostałem od klienta.

Ciekawe, co znaczy ,klient". Ktoś, z kim roi interesy? Czy może ktoś, kto wisi mu kasę i już nie ma czym spłacać?

— Chciałeś żebym przyszedł, więc jestem. O co chodzi? — zapytał chłodno Dan.

— Myślałem, że trochę porozmawiamy przed interesami. — twarz Vic'a nieco zmieniła wyraz na nieprzyjemny i coś, co zaczęło przerażać bruneta.

— Wolę mieć to za sobą.

— Źle do tego podchodzisz Danielu. — zaczął spokojnie lichwiarz. — Mam wrażenie, że chcesz pokazać jak bardzo jesteś tutaj za karę, a to to mi się nie podoba. — patrzył na niebo swoimi ciemnymi oczami, a Dan tylko próbował się powstrzymać przed głośnym przełknięciem śliny. — Jesteśmy jak rodzina. Kiedy będziesz potrzebował pomocy, to rodzina pierwsza wyciągnie do ciebie rękę, ale kiedy będziesz chciał stanąć przeciwko rodzinie, to rodzina będzie pierwszą, która ci tą rękę odrąbie.

— Mhm. Zrozumiałem tą delikatną aluzję. — uśmiechnął się blado.

— Cieszę się. To czego się napijesz?

— Może być cola z lodem.

— Przynieść nam dwie butelki zimnej coli. — Vic nacisnął przycisk na swoim telefonie stacjonarnym, który zapewne łączył go ze swoją sekretarką.

Po chwili blondynka przyniosła mi dwie szklanki, dwie szklane butelki coca-coli oraz niewielkie wiaderko z lodem. Postawiła, a Vic zaczął komplementować jej strój. Dan zastanawiał się, czy maja tutaj jakiś dress code. Dziewczyna byłą ładna, nawet bardzo i mogłaby robić karierę w modelingu. Z jakiegoś powodu wybrała jednak spokojniejsza pracę za biurkiem. Czy jednak praca u lichwiarza była spokojna? Czy ta dziewczyna w ogóle wiedziała, kim jest szef? Musiała. Przecież cały Brooklyn to wiedział, a ona jedna była nieświadoma? Danowi trudno było w to uwierzyć.

— Czego ode mnie oczekujesz? — zapytał spokojnie, gdy zostali sami, a Dan nalał sobie coli do szklanki i włożył dwie kostki lodu.

— Mam kuzyna, Fernando. Przez ostatnią kadencję był w Kongresie Stanów Zjednoczonych dzięki mojej skromnej pomocy. Niestety, ale partia straciła większość i mój kuzyn został postawiony stan oskarżenia. Grozi mu dziesięć lat za oszustwa finansowe.

— To dość sporo. Jest winny?

— To nie ma znaczenia. — uśmiechnął się znacząco, a Dan znowu poczuł dziwny zimny dreszcz na plecach. Czemu ten koleś go tak przerażał?

— Oczywiście. — mruknął i napił się łyka coli. Na pewno był winny. Vic pewnie jest niezadowolony, że stracił swoją wtyczkę w amerykańskim parlamencie. Być może to nie jest jedyna jego wtyczka. — Jaka w tym moja rola?

— Nie mogę za bardzo brać w tym udziału, bo wszystko jest zrobione pod ustawkę, aby pomógł Fernando i popełnił jakiś błąd. — wyjaśnił spokojnie i odchylił się na swoim fotelu. — Nie tylko ja, ale również moi ludzie są pod obserwacją, ale ty? Ty jesteś nowy. Nikt cię nie zna. Nadajesz się do tego idealnie.

— Rozumiem. Nikt nie będzie patrzył mi na ręce, ale czego ode mnie oczekujesz Vic? Co mam zrobić, aby pomóc twojemu kuzynowi? Przekazywać mu jakiś paczki do więzienia?

— Nie. Oczywiście, że nie. — Vic zaśmiał się ironicznie, a Dan skojarzył sobie ten śmiech ze śmiechem Jack'a Nicholson'a w ,Lśnieniu". — Masz zastraszyć przysięgłych, aby zagłosowali za uniewinnieniem mojego kuzyna.

— Jak niby mam to zrobić?

— Na pewno coś wymyślisz. — wyciągnął z biurka teczkę, w której był plik papierów. — W teczce masz dane wszystkich przysięgłych. Powinno ci wystarczyć.

— Ale…

— Nie wracaj do mnie, gdy większość nie będzie po naszej stronie, zrozumiałeś? — przerwał mu i wyraz jego twarzy zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni. To chyba był Vic gangster, bo Vic przyjazny biznesmenem gdzieś zniknął. Nie było sensu dyskutować ani prosić o przydzielenie mu innego zadania. Decyzja została podjęta i Humphrey nie miał nic do powiedzenia. — Mam nadzieję, że o wpadkach nie musze mówić?

— Oczywiście, że nie, bo żadnych nie będzie.

— Doskonale.

Dan pożegnał się i wyszedł. Wsiadł do taksówki i z powrotem wrócił do swojego loftu. Usiadł i rzucił teczkę na blat kuchenny. Usiadł i złapał się za brodę próbując wymyśleć, co powinien zrobić. Czy pójście na policje byłoby dobrym wyjściem? Na pewno na chwilę, bo Vic nie wygląda na takiego, który odpuszcza za takie numery. Dan nie był sam, bo miał rodzinę. Blair, Henry, Jenny, Eric, rodzice i przyjaciele. Było sporo osób, w które lichwiarz ml by uderzyć i zrobić im krzywdę, a tego brunet nigdy by sobie nie wybaczył. Miał zwyczajnie przechlapane.

Wyciągnął telefon z kieszeni swojej kurtki i z rejestru ostatnich połączeń wybrał ,Chuck". Młody Bass był jedyną osobą, która mogłaby mu coś poradzić oraz jedyną osobą, która go w to wciągnęła. To on wpadł na ten pomysł, aby Dan pod pozorem chęci pomocy przyjacielowi zaoferował swoje usługi lichwiarzowi Vic'owi. Ten miał się zgodzić i cały misterny plan miał iść dalej swoim torem. Wszystko dlatego, że kiedy Dan rozpoznał w ochroniarzu Nolasco ten sam głos, który spotkał tamtej nocy na cmentarzu, gdzie odwiedzał Harolda i jacyś ludzie przyszli go wykopać. Opowiedział o wszystkim Chuckowi i razem oto uknuli ten oto plan. Być może sprawdziłby się on w filmach, bo w prawdziwym życiu wszystko przypominało scenariusz na idealną katastrofę.

— Halo? — Dan usłyszał w słuchawce dobrze sobie znany chropowaty głos byłego męża Blair.

— Mam dobrą i złą wiadomość.

— Zacznij od dobrej.

— Udało mi się dostać do środka. Dałem pod zastaw mój loft w zamian za spłatę długu Nate. Myślą, że teraz jestem na ich łasce.

— Doskonale. Jaka jest ta zła?

— Dostałem pierwszą przysługę do zrobienia.

— Co to takiego?

— Mam zastraszyć przysięgłych, aby wyrok był na korzyść Vic'a.

— Jak masz to zrobić?

— W tym problem – nie wiem. Dostałem wolną rękę jakby bym jakimś doświadczonym gangsterem!

— Uspokój się Humphrey. Nie ma sytuacji bez wyjścia.

— No i ta też nie jest, bo mogę skończyć w rzece albo poćwiartowany i wrzucony do kanału.

— Dramatyzujesz. — nadal mówił spokojnie. — Dostałeś coś jeszcze?

— Ta… jakąś teczkę z danymi wszystkich przysięgłych.

— Masz w domu skaner?

— Tak. Znaczy nie…. Blair ma.

— To przeskakuj mi to i wyślij. Tylko nie popełnij żadnego błędu i usuń wszystko z drukarki Blair zanim opuścisz jej apartament.

— Wiem. Nie jestem aż tak głupi. — powiedział nieco urażony. — Jak to niby ma mi pomóc? W sensie… co ty chcesz z tym zrobić?

— Po prostu to zrób. — powiedział zirytowany. — Możesz to zrobić?

— Tak.

— Nie jesteś w tym sam Humphrey.

— Łatwo ci mówić to wszystko siedząc sobie spokojnie w Australii.

— Każdy z nas coś ryzykuje. Wiedziałeś, w co się wplątujesz, gdy do mnie przyszedłeś ze swoim odkryciem.

— Wiem… Niczego nie żałuję, ale mam tylko obawy. Boję się o moją rodzinę i przyjaciół. Wystarczy zobaczyć, co się stało z Haroldem, bo nadepnął nieodpowiednim osobą na odcisk i nie mieli litości. Po prostu go zastrzelili. Rozumiesz mnie?

— Tak, Humphrey, rozumiem.

Nastała chwila ciszy, którą przerwał Humphrey.

— Chuck?

— Tak?

— Naprawdę myślisz, że Vic ma coś wspólnego ze sprawą Harolda i tej całej sprawy z Popiołami Feniksa?

— Jestem o tym przekonany.

/

Ktoś kiedyś powiedział, że prawdziwy mężczyzna idzie, a nie depcze. Towarzyszy, a nie idzie na oślep obok. Szanuje, a nie poniża. Chociaż chcemy żyć według pięknych frazesów o byciu dobrym człowiekiem, to popełniamy błędy. Czasami te błędy wynikają nie tylko z tego, że jesteśmy próżni czy tam źli, ale przeważnie są to błędy wynikające z naszej głupoty i zaufaniu nieodpowiednim osobom. Czemu ludzie są naiwni? To pytanie zadawane jest chyba od początku świata. Czasami trudno jest uwierzyć, że ludzie nie są bezinteresowni, tylko zakładają maski. Robią to, aby się do nas zbliżyć i w jakiś sposób zniszczyć. Czy jest w tym ukryty cel czy może zemsta? Powód jest milion i nie zawsze są dobre. Chociaż należy powiedzieć, że one nigdy nie są dobre. Zemsta nigdy nie powinna być kierunkiem. Nie poczujemy się lepiej poprzez „ukaranie kogoś", bo to w żaden sposób nie pomaga i przekonujemy się o tym dopiero po fakcie.

Nate Archibald nigdy nie robił niczego z zemsty. Nawet nigdy jej nie pragnął. Owszem- był skrzywdzony przez wiele osób, ale nigdy im nie życzył źle i nigdy nie chciał się w żaden sposób odgrywać na tych osobach. Potrafił wybaczyć i dać drugą jak i każdą kolejna szansę. Nie oceniał nikogo przez pryzmat starych błędów. Zawsze uważał, że dopóki żyjemy, o zasługujemy na kolejną szansę, bo nigdy nie jest wiadome, ile nam czasu zostało. Szkoda, że tylko on wychodził z takiego założenia, ponieważ jego najbliższa rodzina już nie. Dla nich był skreślony, bo w ich mniemaniu okrył się hańbą. Chociaż bolało go w jaki sposób traktuje go mama i dziadek, to nie chciał o tym mówić na głos, nie chciał się uskarżać. Zwłaszcza przy Vanessie, która i tak czuła się winna tej sytuacji. Wszystko dusił w sobie.

Idąc do loftu, Nate miał nadzieję, że spotka tam Dana i będzie miał okazję zamienić z nim kilka słów na temat tego, co zrobił. To nie tak, że Archibald był niewdzięczny za to, co jego przyjaciel zrobił, bo to nieprawda. Chodziło tylko o jego sprawy honorowe oraz fakt, że znowu spadł na cztery łapy. Oczywiście, że nie chciał ponosić ciężkich konwekcji swojej głupoty oraz zadawaniem się z lichwiarzem, ale bał się, że to jego przyjaciel Dan poniesie te konsekwencje. Tego nie chciał. Nie chciał, aby to ktoś inny płacił za jego błędy. Humphrey 'a jednak nie było w lofcie. Był sam Eric i Nate zaproponował mu wypad na miasto w celu zrobienia szalonych zakupów świątecznych. Głównie prezentów. Nate nie miał zbytnio czym szaleć, ale chciał zrobić drobne i symboliczne prezenty. Dlatego wybrał księgarnię. Z głowy jednak nie mogła mu wyjść poranna rozmowa z jednym z ochroniarzy Vic'a i wszystko to, co zrobił dla niego Dan. Postanowił więc zapytać o to młodszego brata Sereny. W końcu mieszka z Dan'em i ten może się mu zwierza albo coś?

— Czy Dan wspominał ci może coś o tym, że możecie zostać eksmitowani z loftu?

— Nie, dlaczego? — zapytał zaskoczony Eric i spojrzał na swojego kumpla ze zmarszczonymi brwiami.

— No wiesz… — Nate zagryzł wargi i zastanawiał się jak może wybrnąć z tego pytania. Eric nic nie wiedział o tym, że Dan zapłacił dług Archibald'a. — Czy teraz jest z Blair? Nie będą szukać czegoś większego.

— Nie wiem. Nie wspominał o tym. — Eric wzruszył ramionami i otworzył drzwi dość przestronnego sklepu. — Co my właściwie robimy w księgarni?

— Szukam prezentów, a ty robisz mi za doradcę.

— No tak. — Eric pokiwał głową. Był nieco rozkojarzony, bo przecież Archibald powiedział mu o tym zanim tutaj przyszli. — Nie lepiej pójść do galerii handlowej i kupić każdemu kartę do sklepu? Skąd wiesz, co kto lubi czytać?

Młody Archibald wziął koszyk i ruszył jednak na podbój całej księgarni i buszował po tych pólkach jakby wiedział, po co przyszedł. Zapewne tak było, bo nalegał na to, aby przyjść właśnie tutaj. Eric nie ustępował go na krok, a były reprezentant partii republikańskiej był wyraźnie szczęśliwy z powodu tych małych zakupów, które przyszło mu robić. Magia świąt zaczęła działać.

— Zrobiłem mały research. — powiedział dumnie Nate, gdy już trochę ten swój koszyk zakupowy zapełnił jakimiś książkami. Eric nawet nie zwrócił uwagi na to, co Archibald wrzuca.

— I?

— Mniej więcej wiem, co może spodobać się Danowi, Blair i Jenny.

— Mniej więcej? — popatrzył na niego unosząc brew ku górze.

— Tak, bo właśnie od tego mam ciebie. Jak myślisz, co lubią czytać? Dla Jenny mam too… — sięgnął do koszyka, który trzymał w dłoni i wyciągnął książkę z pomarańczową okładką i grubym zielonym paskiem na dole. — Coś o modzie. Może Jenny znajdzie jakieś inspirację dla siebie.

— Dom Gucci? — Eric się zaśmiał. — Stary, to nie jest o modzie. To będzie taka historia, biografia poszczególnych ich członków oraz opis tragedii. — próbował mu wytłumaczyć bez dawania spoilerów.

— Czy Gucci czasem nie był projektantem, który zbudował swój potężny dom mody? — zapytał tonem jakby było to coś oczywistego.

— Tak, ale… — Eric się zawahał. Nate i tak nie wybierze czegoś, gdzie Jenny mogłaby czerpać inspirację, bo blondynka unikała zapożyczeń, a skoro ta książka nie ma w sobie nic takiego o modzie, to może warto ją kupić. Poza tym szybciej stad wyjdą. — Nieważne, stary. Jenny na pewno się spodoba.

— Też tak myślałem. — powiedział z dumą Nate, a wyraz jego twarzy sugerował, że właśnie dostał pochwałę. — Pomożesz mi z Danem i Blair? Kompletnie nie wiem, co mógłbym im kupić, a w tym czasie ja znajdę coś dla siebie.

— Okej. Rozglądnę się i zobaczę, czy będzie tu coś ciekawego.

Nat odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku innych regałów z książkami, a Eric zaczynał się bać pomysłu, co ma dla niego. Chociaż uśmiechał się na samą myśl, co to może być i tego jak Nate był zaangażowany w to wszystko. Pomyślał o tym, że chciałby dostać książkę kucharką i żałował, że nie podsunął mu tego pomysłu, ale cóż – trudno. To w końcu święta i prezent ma być niespodzianką.

Eric ruszył w przeciwną stronę i zatrzymał się na dziale z książkami dla młodzieży. Zobaczył tytuł, który go przyciągnął. Kolejna cześć serii ,Zmierzch". Było to ,Drugie życie Bree Tanner". Przeczytał już trzy pierwsze części i nawet mu się to spodobało. Bella jest zwykłą nastolatką. Tak się przynajmniej wydaje, do momentu, gdy dziewczyna przyjeżdża do Forks. Tam o jej serce walczy wilkołak Jacob oraz wampir Edward. Historia nieco banalna, ale można przy niej mile spędzić czas.

— Eric?

Chłopak zamarł, gdy usłyszał swoje imię, ale odwrócił się i nie odłożył książki na półkę. Tylko trzymał ją nadal w ręce.

— Karen? O hej. Co ty tutaj robisz?

— Małe zakupy przedświąteczne. Jestem jeszcze z tej staroświeckiej epoki, gdzie książką pod choinkę to był dobry pomysł.

Eric zachichotał i popatrzył na to, co brunetka ma w koszyku.

— Harry Potter?

— Dokładnie – pierwsza część dla każdego. Jak inaczej można sprawić, że ktoś zakocha się w tej serii?

— Jesteś optymistką.

— A ty miłośnikiem wampirów.

— Co?

— Książka. — wskazała palcem na kolejną część serii, która Eric miał w dłoni.

— Oh, nie. Ja tylko… — próbował znaleźć sensowne wyjaśnienie i pośpiesznie odłożył na półkę.

— Przeglądałeś z czystej ciekawości?

— Dokładnie tak!

— Jasne… i dlatego bierzesz kolejną część zamiast pierwszej? — spojrzała na niego podejrzliwie. — Daj spokój. Ja też to czytałam i uwielbiam ,Księżyc w nowiu". Nie rozumiem jak Bella nie wybrała Jacoba.

— Oh, ty też tak myślisz? Uwielbiałem ich przyjaźń!

— Ja tak samo! To prawdziwa zbrodnia, że nie skończyli razem. Mam wrażenie, że to psychopatyczni fani Edwarda wywierali presję na autorkę.

Eric zachichotał na tą teorię spiskową. Uwielbiał poczucie humoru Karen. Widział ją w klubie, w którym pracował jeszcze kilka razy i za każdym razem poznawał ją coraz bardziej. Wydawała się być taka szczęśliwa i taka zadowolona z życia, że samemu chciało się przebywać w jej towarzystwie. Uwielbiał też sposób, w jaki traktowała wszystko, co napotykała na swojej drodze życiowej. Brała wszystko za dar albo lekcję, z czego wyciągała cenne doświadczenie. Nie spotykał takich ludzi na swojej drodze, a właściwie nie spotykał ich wcale. Przeszła w życiu wiele, ale jej uśmiech nie zniknął z twarzy. Eric mógłby powiedzieć, że był coraz bardziej promienisty. Nie mógł się napatrzeć na jej uśmiechniętą twarz.

— Ciiii… — położył palec na usta. — Cicho z takimi oskarżeniami, bo fani Edwarda dowiedzą się, gdzie mieszkasz. — zażartował i Karen się ponownie rozpromieniła.

— Ha ha ha. — zabrzmiała ironicznie i musnęła go swoją dłonią za ramię. Zapewne chciała, aby wyglądało to na przypadek, ale oboje wiedzieli, że to nie był przypadek. — Jakieś plany na święta? — zmieniła temat.

— Niestety kolacja rodzinna.

— Niestety? Nie lubisz swojej rodziny?

— Długa historia. Może kiedyś ci opowiem.

— Nie mogę się doczekać. Masz czas w poniedziałek?

Eric był nieco zaskoczony taką bezpośrednią propozycją.

— Eee… nie wiem… są przygotowania do świat i sama wiesz… Takie zabieganie… — próbował się wykręcić. Wolał nie spotykać jej poza klubem w dni, w które nie pracuje, bo jeszcze mogłaby odebrać by to dwuznacznie jak randkę, a przecież o nie spotyka się z dziewczynami, bo jest gejem. Tylko jeszcze nie było okazji o tym powiedzieć.

— Rozumiem. — nieco posmutniała. — Muszę lecieć. Może zgadamy się po świętach.

— Może. — powiedział i pomachał jej na pożegnanie obserwując na odchodzi.

— Okej mam coś dla ciebie, Ruby oraz dzieciaków. Znalazłem nawet coś dla mamy i dziadka, gdyby chcieli zobaczyć mnie na święta. — usłyszał za sobą głos Nate'a i odwrócił się nieco zaskoczony.

— Ja wybrałem coś dla Dana i Blair. — powiedział niemal automatycznie próbując ukryć swoje zaskoczenie jego obecnością dosłownie minutę po tym jak odeszła Karen. Musiał jednak jej nie widzieć. — Zmierz i Księżyc w nowiu. — powiedział i rzucił m udo koszyka po dwa egzemplarze.

— Serio?

— Uwierz mi – na pewno im się spodoba.

— Dzięki. — Nate się uśmiechnął, ale nieco sceptycznie. Cały czas miał wrażenie, że jego kumpel robi sobie z niego żarty.

Archibald wzorkiem odszukał Karen, która stała w kolejce do kasy i coś oglądała. Chwilę się jej przyglądał, a potem spojrzał znacząco na Eric'a. Ten jednak nie dał się sprowokować i nie spojrzał razem za Archibaldem. Nie odwrócił głowy, bo wiedział, że będzie to tylko pretekst do rozmowy, a przecież miał zamiar udawać, że z nikim tutaj nie rozmawiał.

— Co to za dziewczyna?

— Jaka dziewczyna?

— Ta, której znajomości będziesz teraz się wypierał. — Eric spojrzał pytająco na blondyna i doszedł do wniosku, że jednak Nate widział jego i Karen jak rozmawiali.

— To tylko znajoma.

— Każda twoja znajoma na ciebie leci?

— He?

— No nie mów, że nie zauważyłeś. Te spojrzenia i niechcący dotykanie za ramię. Totalnie na ciebie leci. To widać na odległość. Podoba ci się? — zapytał bezpośrednio.

— Jestem gejem.

— To nie jest odpowiedź na moje pytanie. — Nate spojrzał na niego podejrzliwie jakby dochodziły do niego pewne fakt. — Nie powiedziałeś jej, że jesteś gejem, prawda?

— Nie było okazji. Możemy już iść?

— Czekaj… — Nate złapał go za ramię. — Skoro jej nie powiedziałeś, to może nie chcesz, żeby o tym wiedziała? Totalnie ci się podoba. — Archibald się zaśmiał jakby był drugim Krzysztofem Kolumbem i właśnie odkrył Amerykę. — Czemu jej nie zaprosisz na randkę? To fajna laska. — skomentował jej wygląd.

— Powiedziałem ci, że jestem gejem.

— Ok, słuchaj. Z iloma dziewczynami się spotykałeś, że doszedłeś do tego wniosku? — zapytał retorycznie, a gdy van der Woodsen milczał, to pozwolił sobie dopowiedzieć. — No właśnie. Nie spotykałeś się z żadną, wiec skąd wiesz, że jesteś stu procentowanym gejem? Może jesteś biseksualny? Daj sobie szansę. Zaproś ją.

— Czy to nieodpowiednie zapraszać dziewczynę tylko dlatego, aby przekonać się, że jest się stuprocentowym gejem? Czy to nie jest wykorzystywanie?

— To tylko jedna randka. Przecież nie prosisz ją o małżeństwo. Wiesz, ile ja miałem pierwszych randek, z których nic dalej nie było?

— Nie wiem, ale chyba nie powinieneś też wspominać o tym Vanessie. — van der Woodsen zażartował.

— Byłbym trupem. — Nate również się zaśmiał. — Nie zmieniaj tematu. Do dzieła! — popchnął swojego kumpla w kierunku kolejki do kasy, gdzie stała brunetka.

Nate uśmiechnął się i cały czas obserwował swojego kumpla, który niepewnie szedł w kierunku Karen. Co jakiś czas obracał się na Archibalda, a ten na migi pokazywał mu, aby szedł i próbował. Nawet kilka razy pokazywał mu, że trzyma kciuki. Dziwnie się czuł – jakby namawiał Eric'a na coś złego, ale od kiedy jedna randka to coś złego? Przecież to tylko niewinne spotkanie, z którego może cos wyjść, ale nie musi. Odwrócił się plecami, bo miał wrażenie, że jego obecność tylko peszy van der Woodsena.

Eric zanim zdecydował się podjeść, jeszcze kilka razy obrócił się na Nate'a, który gestami go zachęcał, ale van der Woodsen czuł się speszony i coraz bardziej miał wrażenie, że to jest bardzo zły pomysł. Chciał zrezygnować, ale Archibald zniknął mu z pola widzenia i przestał się czuć obserwowany. Odetchnął z ulgą – nikt nie będzie na niego patrzył, śmiał się czy komentował jego stylu rozmawiania, gestów czy zachowania się. Dobra był tylko on i Karen przed nim w kolejce.

Podszedł niepewnie i zatrzymał się kilka kroków przed brunetką. Zaplątał swoje dłonie i próbował gorączkowo pomyśleć jak powinien ją zapytać, czy ma czas się spotkać. Przecież to nie musi być od razu zaproszenie na randkę, takie oficjalnie. Nawet nie wiedział, jak się to robi. Nigdy nie pytał o to dziewczyny. Z facetami takie rzeczy wydawały się prostszej, a poza tym, to przeważnie umawiał się online wiec unikał tego całego ewentualnego zawstydzenia, gdyby ktoś odmówił. Twarzą w twarz wydawało się to stresujące.

Eric rozplątał swoje place, wziął kilka głębszych wydechów i odważył się zrobić ten pierwszy krok. Pomyślał sobie, że raz się żyje. Jak odmówi, to trudno. Świat się od tego nie zawali, a on przynajmniej będzie miał to za sobą i przestanie rozmyślać, czy ta dziewczyna mu się podoba. Zresztą stop! Przecież wcale mu się nie podoba. Jest ładna i ma piękny głos, dlatego zwraca na siebie uwagę. Nic poza tym. Dokładnie, więc do dzieła van der Woodsen.

— Hej, Karen! — Eric w końcu krzyknął i podbiegł do dziewczyny.

— O, hej. Już skończyłeś zakupy?

— Nie do końca. — zaśmiał się nerwowo. Nigdy nie zapraszał dziewczyny na randkę. Zresztą, czy to musi być randka? To może być tylko przyjacielskie spotkanie. Tak, to właśnie będzie przyjacielskie spotkanie i nic więcej. Przecież miał takie z Jenny i też między nimi nic nie było, prawda? — Sprawdzałem swój terminarz i chyba jednak znajdę trochę czasu w poniedziałek. Co powiesz na kolację BBQ?

— Zapraszasz mnie na randkę? — zapytała nieco zaskoczona, ale się uśmiechnęła.

— Nie! Znaczy…. — wypalił nieco szybko, a jego policzki pokryły się delikatnym rumieńcem. Poziom abstrakcyjności osiągnął tak niedorzeczną skalę i zaczął się zastanawiać, jak dał się namówić Nate'owi na te idiotyczny pomysł. Miał wrażenie, że jego policzki dosłownie płoną, a on nie ma odwagi spojrzeć w jej oczy. — Gdyby tak było, to zgodziłabyś się? — zdecydował się na retorykę, ale po chwili i tak to zmienił jakby nie chciał stawiać ja przed faktem oczywistym. — Po za tym może być tylko przyjacielskie spotkanie. — dodał pośpiesznie zanim zdążyła odpowiedzieć jakby dał się, tego co może powiedzieć. Nawet jeśli byłaby to tylko retoryka.

— Wolałabym randkę, ale cośkolwiek powiesz. — puściła do niego oczko. — Siedemnasta?

— Jasne. Gdzie mieszkasz? Wpadnę po ciebie.

— To nie będzie konieczne.

— Oh, okej.

— Moi rodzice by od razu chcieli, abym zaprosiła cię do środka, aby cię poznać i zapytać jakie plany masz wobec mnie. Nie chcesz przez to przechodzić. — wyjaśniła i zaśmiała się na samo wyobrażenie tej sceny.

— O nie, nie robią tego.

— Niestety tak. Raz się tak spaliłam ze wstydu, że moja pierwsza randka była przy okazji tą ostatnią. Chłopak spanikował, a miał tylko piętnaście lat! — zaśmiała się na samo wspomnienie swojej pierwszej prawdziwej randki. — Od tamtej pory spotykam się na mieście.

— Jasne, to ma sen. — Eric zachichotał. — Czy siedemnasta ci pasuje?

— Tak, siedemnasta w poniedziałek. Do zobaczenia. — powiedział i pocałowała go w policzek.

/

Chuck i Jenny byli trzeci tydzień w Australii i podczas, gdy Jenny ciężko pracowała nad swoim autorskim pomysłem oraz nową linią, która zamierzała wypromować z pomocą młodego Bass'a, to on Chuck zajmował się tylko szukaniem Evy i Lily. Wydawało mu się, że Sydney jest tym miejscem, gdzie mogą przybywać. W końcu to tutaj po raz pierwszy się spotkali i tutaj cały czas mieszkali. Teraz, wydawało się, że nie ma po nich śladu. Czy to możliwe, że mogli zmienić miejsce zamieszkania? Gdzie ten przeklęty Scott mógł je zabrać? Francja? Paryż? Tak nie było. Przynajmniej według słów Claude Sagnol – wuja Evy, do którego Chuck zadzwonił delikatnie o wszystko wypytał. Nie widział Evy od bardzo dawna. Nie było ich też w Nowym Jorku, więc gdzie mogli być? Telefon Evy nie odpowiadał. Wychodziło na to, że zmieniła numer, a raczej Scott jej zmienił. Chuck był w kropce i nie wiedział, co dalej zrobić.

Kolejny dzień poszukiwań poszedł na marne. Został mu ostatnie dni zanim ponownie wróci do Nowego Jorku i już powoli tracił nadzieje. Wiedział, że zobaczy Lily i Eve na kolacji u Lily, ale tam nie będzie sposobności, aby porozmawiać skoro cały czas będzie przy nich Scott. Cała jego misja pachniała od jakiegoś czasu niepowodzeniem. Z drugiej jednak strony nie chciał się poddawać i odpuszczać. Chociaż tak naprawdę nie wiedział, w jaki sposób może przekonać Eve do tego, aby została z nim. Miał nadzieję, że podczas rozmowy samo wszystko wyjdzie.

Wrócił do apartamentu, który wynajmował razem z Jenny. Wchodząc do pomieszczenia znalazł Jenny tam, gdzie zwykle – w salonie zastawioną przez różne papiery, zniszczone projekty, etc. Cały czas ciężko pracowała nad swoją nową kolekcją i przez te trzy tygodnie nawet nie opuszczała apartamentu. Chuck widział jak się stara i czuł się jeszcze bardziej winny, że to z jego inicjatywy znalazła się w tym miejscu, gdzie jej nazwisko w świecie mody zostało zrujnowane.

— Hej. — przywitał się.

— Hej. — Jenny podniosła głowę na chwilę, a potem wróciła do szkicowania.

— Cały czas pracujesz. — zauważył. — Nie potrzebujesz wytchnienia? Nawet nie pochłonęła cię świąteczna gorączka. — Chuck podszedł i wyciągnął z torby kubek w renifery i wystające porcelanowe rogi. Postawił go przed Jenny. — Wesołych świąt! — powiedział uradowany jakby nie był sobą czyli Chuckiem Bassem.

— Co to za święta, gdy mamy ponad dwadzieścia stopni w cieniu? — zapytała ironicznie patrząc na Bass'a, ale uśmiechnęła się widząc kubek i na chwilę oderwała się od pracy. — Ale dziękuję. Jest przeuroczy.

— Uroki Australii. — uśmiechnął się i usiadł naprzeciwko niej zakładając nogę na nogę.. — Zapomniałaś, że na święta będziemy w Nowym Jorku?

— Nawet mi nie przypominaj. Ta cała kolacja to będzie katastrofa.

— Może nie będzie tak źle.

— Jesteś nieobiektywny w tym temacie.

— Czemu niby?

— Bo nie możesz się doczekać, że zobaczysz Eve. Cała twoja wyprawa tutaj ze mną wcale nie jest dlatego, aby mi pomóc, tylko dlatego, żeby ją znaleźć. — stwierdziła przekonana o prawdziwości swojej teorii. Patrząc na minę Chuck'a wiedziała, że trafiła w samo sedno. — Udało się chociaż?

— Nie. Chyba nie ma ich w Sydney.

— A wiesz, gdzie mogą być?

— Nie. Nie mam pojęcia, gdzie mogą teraz być. — powiedział zgodnie z prawdą. — Sydney było ślepą uliczką. We Francji też ich nie ma, bo uruchomiłem swój kontakt. Zostaje mi poczekać do kolacji wigilijnej w Nowy Jorku. — westchnął ciężko, ponieważ wolał znaleźć Evę i Lily przed świętami, ale najwyraźniej nic z tego nie wyjdzie.

— Gdzie będzie ze Scott'em i ciężko będzie wam porozmawiać.

— To ten minus, którego starałem się uniknąć.

— Może jakoś uda ci się z nią porozmawiać. — Jenny wyciągnęła swój nowy kubek w renifery i skierowała go w kierunku Bass'a. — Chcesz mi zrobić kawę? Najlepiej z piankami. — zmieniła temat, bo wiedziała, że to trudny temat dla bruneta.

— Z przyjemnością. — wziął kubek i skierował się z nim do aneksu kuchennego, aby zrobić kawę.— Jak w ogóle praca?

— Całkiem dobrze. Przydało mi się te parę miesięcy przerwy. Czuję wenę twórczą, inspirację i mam mnóstwo pomysłów.

— To dobrze, a jak z modelami? Próbowałaś już kogoś szukać? Oferować coś?

— Tak. — westchnęła. — To mi nie idzie zbyt dobrze. Nikt nie chcę współpracować z upadłą projektantką.

— Nie mów tak, bo nie jesteś żadną upadłą projektantką. — Chuck włączył ekspres do kawy i podstawił szklankę. Potem przycisnął przycisk, który obrazował wybór kawę latte. — Poza tym ktoś się już znalazł. Jeśli będziesz zainteresowana na taką współpracę. — krzyknął, ponieważ hałas ekspresu nieco zakłócał ich rozmowę.

— Jak to? Zatrudniłeś byłych więźniów?

— Nie. — zaśmiał się. — Ale byłby to dobry pomysł. Na pewno zrobiłabyś szum w mediach i zrobiłabyś uwagę na swoją kolekcję.

— Chyba wolę unikać takiego szumu. — stwierdziła.

— Zadzwoniłem do tutejszej agencji. — powiedział już na poważnie. — Mogą zaoferować nam dwóch modeli. Podobno dopiero zaczynają karierę i nie mają żadnych ofert, a szukają pracy. Nie byłem pewny, czy będziesz zainteresowana zatrudniając nowicjuszy więc powiedziałem, że to przemyślimy i oddzwonimy. .

— Żartujesz sobie?! Biorę w ciemno! — krzyknęła zachwycona na swoich pierwszych modeli. — Nie wiem jak ci się to udało.

— Po prostu są nowi więc chcą zaistnieć. — wzruszył ramionami, bo naprawdę nie czuł się ojcem tego sukcesu. — Nawet nie pamiętam jak mają na imię. Jeden to chyba Charles. — Chuck zmarszczył brwi próbując sobie przypomnieć tego drugiego, ale w głowie miał pustkę i dał sobie spokój z myśleniem, bo w końcu nie było to jakieś ważne. To pierwsze imię zapamiętał z oczywistych powodów.

— To faceci?

— Tak.

— Zawsze coś. Męską linię też mam w planach.

— To zadzwonię do nich i powiem, że się zgadzasz? — zapytał wracając z kubkiem kawy z pianą, na której poukładał pianki w dość amatorski sposób, ale panna Humphrey była zachwycona, że Chuck tak bardzo się postarał i zrobił coś sam bez użycia swojej służby.

— Tak. — powiedziała uradowana i wzięła od Chuck'a kawę. — Gdyby nie droga biznesmena, to mógłbyś zrobić karierę jako barista. Ta kawa wygląda świetnie.

— Bardzo śmieszne. — zaśmiał się i wypił łyk swojej kawy, po której zostały mu wąsy zrobione z piany kawy.

/

Był wieczór, gdy Dan patrzył przez okna swojego loftu na padający śnieg za oknem. Grudzień w tym roku był wyjątkowo zimowy i Humphrey miał nadzieję, że stan zimy zostanie do świąt. Lubił ten klimat. Lubił, gdy przy ozdobionych światełkami czy innymi ozdobami mieście było dodatkowo udekorowane naturalnie padającym śniegiem. Tylko w takich chwilach czuł magię świąt, która zbliżała się do niego wielkimi krokami. W swoim odtwarzaczu na płyty CD cicho puszczał sobie świąteczne piosenki w stylu , Last Christmas" zespołu Wham! Albo nawet MariahCarey i jej ,All I Want For Christmas Is You". Uwielbiał te piosenki, ale tylko w tym okresie, gdzie faktycznie przygotowywał się do świat przy spadającym śniegu.

Dan w lofcie był sam, ponieważ Eric poszedł na nockę i oczekiwał przyjęcia Blair i Henrego. Zaplanował dla nich wieczór z planszówkami oraz jedzeniem, które zamówił, ponieważ nie był mistrzem kulinarni i nie chciał niczego zepsuć. Rzadko, kiedy mieli okazje spędzać czas tylko we trójkę i miał manię zrobić wszystko idealnie.

Siedząc przy parapecie usłyszał pukanie do drzwi. Popatrzył na zegarek na lewej ręce i stwierdził, że jest o godzina za wcześnie od przyjścia jego syna oraz dziewczyny. Ruszył więc w kierunku drzwi loftu, które otworzył i ujrzał w nich swojego przyjaciela. Nie był zaskoczony jego wizytą, ponieważ spodziewał się, że wkrótce go odwiedzi, aby porozmawiać o swoim długu u lichwiarza Victor'a Nolasco. Wiedział, że młody Archibald będzie miał do niego pretensje i był przygotowany na ten wysypy pretensji. Chciał mieć to za sobą i cieszył się, że blondyn postanowił odwiedzić go przed świętami. Nawet powitał go z uśmiechem na twarzy.

— Nate.

— Dan.

— Spodziewałem się, że przyjdziesz. Wejdź. — ruchem głowy zaprosił go do środka. — Napijesz się czegoś?

— Coś ciepłego. Herbata?

— Może być czarna? — zapytał i poszedł do szafki, skąd wyciągnął jedną puszkę herbaty. Nie miał innego rodzaju. Przeważnie każdy życzył sobie kawy.

— Jak najbardziej.

Nate ściągnął swój płaszcz, szalik oraz czapkę i rzucił na miejsce obok, gdzie usiadł przy blacie i obserwował jak Dan zaparza dwie herbaty. W tle leciał jeden z świątecznych hitów autorstwa Mariah Carey i Archibald poczuł prawdziwy klimat świąteczny. Było miło i szkoda było mu przerywać tą atmosferę swoimi pretensjami, ale musiał to zrobić.

— Jesteś sam? — zapytał dla zabicia czasu.

— Tak. Jenny jest w Australii, a Eric ma nockę. — odpowiedział i postawił przed nim kubek herbaty z cytryną. — Potem wpada Blair i Henry.

— O której przychodzą? — Archibald spojrzał na zegarek.

— Za godzinę.

— Zdążę powiedzieć swoje żale.

— Żale?

— Tak, bo prosiłem cię, abyś nie robił niczego z moim długiem u Vic'a, a ty za moimi plecami wszystko spłaciłeś. Skąd w ogóle miałeś tyle pieniędzy?

— Kiedyś wydałem bajki dla dzieci. Zostało mi trochę na koncie i stwierdziłem, że ci pomogę. — skłamał.

— Doceniam twoją pomoc, ale nie powinieneś był tego robić. Sam bym sobie poradził.

— Kiedy Nate? Procent z każdym dniem rósł, że za chwilę zatrzymałoby się na milionie. Masz rodzinie. Zapomniałeś?

— Nie, nie zapomniałem.

— Vanessa i dziecko powinny być dla ciebie najważniejsze. Nie wiesz do czego jest zdolny Vic i gdyby przyszło mu żeby się zemścić, to nie uderzy w ciebie tylko w twoich bliskich. Tego chciałeś?

— Nie, oczywiście że nie. — powiedział nieco zawstydzony. Dan miał rację, bo im szybciej spłaciłby dług, to tym lepiej dla niego. Był wolny i powinien być wdzięczny swojemu przyjacielowi. — Wybacz Dan, że się uniosłem. To tylko ta głupia sprawa honoru. Chciałem ci podziękować i zapewnić, że wszystko ci oddam.

— Nie spiesz się. — zapewnił go Humphrey. — Jak święta? Zostajecie w Nowym Jorku?

— Nie. Jedziemy do dziadków Vanessy. Jest cos, co powinienem o nich wiedzieć?

— Pierwszy raz ich zobaczysz?

— Tak.

— Cóż… są nieco… ekstrawaganccy. — Dan zachichotał i schował swój śmiech w kubek herbaty.

— Powinienem pytać dalej?

— Sam się przekonasz, ale są w porządku. Nie masz się czego bać. — zapewnił go. — A co z dziadkiem i mamą?

— Nie odzywają się do mnie ani słowem. Nadal są obrażeni.

— Do bani. Współczuję ci.

— Niepotrzebnie, bo nie przejmuję się tym.

— Naprawdę?

— Tak. Jak sam mówiłeś – mam rodzinę Vanesse i dziecko. Reszta, której nie odpowiada moja narzeczona i moje dziecko nie powinni do niej należeć.

— Brzmisz jak dorosły.

— Jestem dorosły.

Obaj się zaśmiali.

— A co z tobą? Jakie masz plany na święta?

— Rodzinną kolację.

— Z Blair i Henrym?

— Chciałbym. — westchnął. — Z tatą i Lily oraz całą wesołą kampanią – Eric, Jenny, Serena, Chuck nawet Scott.

— Wracają do Nowego Jorku? — Nate się nieco zdziwił. Wydawało mu się, że po tym, jaki numer wywinęła Lily swojemu niedoszłemu mężowi, to nigdy się tu nie pokażą razem z Rufusem.

— Tak.

— Nieźle. To chyba ja ci powinienem współczuć. Chuck i Scott w jednym pomieszczeniu? Brzmi jak przepis na katastrofę.

— Jenny mówi to samo. — Dan się zaśmiał. — Ja zamierzam sobie to umilić. Zapytam dziś Blair czy nie mają ochoty dołączyć i mnie uratować.

— Dobrze się wam układa, prawda? Tobie i Blair?

— Całkiem nieźle. Można powiedzieć, że doszliśmy do porozumienia.

— Więc co dalej?

— Co masz na myśli? — Dan zmarszczył brwi i popatrzył z zaciekawieniem na przyjaciela.

— Jak teraz będzie wyglądać wasze życie? Nie jesteście w liceum. Macie dziecko i Henry ma siedem lat. Chyba potrzebuje stabilizacji, a wędrowanie miedzy Brooklynem a Upper East Side dalekie jest od zachowania równowagi. Chcecie być rodziną czy co?

Humphrey zagryzł wargi. W słowach Nate'a było sporo racji. Obecnie nie byli rodziną. Byli daleko od tego. Owszem, w końcu się dogadali. Trochę poprzez seks i właściwie to ostatnimi czasy tylko to ich łączyło, bo nie odbywali żadnej znaczącej rozmowy. Nie chciał jednak tym dzieli się z Archibaldem ,bo uważał to za dość intymną sprawę, z którą mógł dzielić tylko z Blair. Chociaż było mu dobrze, to wiedział, że wiecznie to trać nie będzie. Byli razem jakieś trzy tygodnie i na razie na nowo upajali się sobą, ale kiedyś ta fascynacja ich związkiem minie i będą musieli stawić czoła prawdziwemu życiu, które nie będzie miało dla nich litości. Unikanie rozmowy na temat ich związku pogarszało tą sprawę jeszcze bardziej.

— Nie wiem Nate. — powiedział szczerze. — Nie poruszaliśmy jeszcze tego tematu. Zajmujemy się Henrym, usypiamy go, a potem uprawiamy seks i idziemy spać. Mało czasu na rozmowę. — powiedział jakby próbował się wytłumaczyć i przy okazji podzielił się tym, co w nim siedziało. Może w jakiś sposób będzie mu lżej.

— Chcesz znać moje zdanie? — Archibald popatrzył z uwagą na bruneta. — Tak długo nie pociągniecie. Musicie sobie wreszcie wszystko wyjaśnić i pomyśleć o przeszłości. Wiem, że to trudne wystawiać kawę na ławę, ale pomyślcie o Henrym. On powinien być na pierwszym miejscu. Potrzebuje rodziny, pełnej rodziny, która wie, czego chce. Nie takiej, która się bawi.

— Wiem, wiem. — przytknął mu z niechęcia, bo nigdy się nie zdarzało, aby to Archibald miał rację w jakiś temacie. — Postaram się dzisiaj poruszyć ten temat.

Nate uśmiechnął się do bruneta ze zrozumieniem. Dan spojrzał na swojego przyjaciela z lekkim podziwem. Nie wiedział, kiedy Nate tak wydoroślał. Bardzo się zmienił i to w pozytywnym znaczeniu. Nie był tym samym Nate'em redaktorem Spectator'a oraz dziedzicem spuścizny van der Biltów. Związek z Vanessą i przyszłe ojcostwo pokazało inną twarz tego młodego mężczyzny. Twarz kogoś, kto potrafi być odpowiedzialny i kogoś, kto potrafi postawić na pierwszym miejscu swoją rodzinę i zawalczyć o nią za wszelką cenę. Chociaż Dan nie przypuszczał, że kiedykolwiek będzie darzył wobec Nate' takie uczucia, ale szczerze go podziwiał.

— Wiem, że to nie ja jestem tą osobą, która powinna to powiedzieć. Wiem też, że nie usłyszysz tego od swojego dziadka czy nawet mamy. — zaczął Dan patrząc w dno swojego kubka. — Ale powinieneś wiedzieć Nate, że jesteś świetnym facetem i będziesz wspaniałym ojcem.

Twarz Archibalda się rozpromieniła. Po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł się doceniony od kogoś, kto nie był jego rodziną. Oczywiście, że na co dzień miał to u Vanessy, ale ona byłą jego narzeczoną i matka jego dziecka. Adorowała go każdego dnia. Kochał ją za to, bo tak naprawdę dzięki niej poczuł, co to jest bezwarunkowa miłość. Nie musiał być przy niej ani bogaty ani nie musiał być ustawiony w jakieś wysokiej pozycji społecznej. Nie musiał być ani kimś ważnym ani politykiem ani nawet kandydatem na burmistrza. Mógł być sobą – Nate'em Archibaldem taksówkarzem na Brooklynie, a ona i tak go kochała.

— Dzięki Dan. Naprawdę to doceniam. — uśmiechnął się szczerze i postanowił zmienić temat. — Hej, wymienimy się prezentami? Wziąłem na wszelki wypadek ze sobą dla was wszystkich.

— Tylko pod warunkiem, że ty i Vanessa otworzycie swoje w święta.

— Słowo honoru harcerza.

— Nie jesteś harcerzem.

— Wiem.

Obaj się roześmiali i wymienili prezentami.

/

Grace Kelly w ,Okno na podwórze" powiedziała takie słowa: ,Jeżeli twoje zdanie jest równie chamskie jak maniery, to nie chce go znać". Prawda jest, że jeżeli człowiek odrzuca nam swoim zachowaniem oraz kultura osobista, a raczej jej brakiem, to nie mamy przyjemności z taką osobą dyskutować. Czasem też nie mamy przyjemności przebywać z nią w jednym pomieszczeniu czy tym samym miejscu. Z trudem takie osoby znosimy zastanawiając się czy warto się tak bardzo temu poświęcać.

Nie bez powodu Blair Waldorf chciała być księżniczką na wzór wspominanej Grace Kelly, ponieważ i dla niej maniery, kultura osobista oraz zachowanie były kluczowe. Zawsze wydawało jej się, że skończy u boku księcia niczym Grace ze swoim Rainier'em. Przez swoje dzieciństwo oraz nastoletnie życie wydawało się, że tym księciem będzie Nate. Sprawy jednak nie poszły po jej myśli i blondyn ogromnie ją zawiódł zdradzając ją z jej najlepsza przyjaciółką. Potem był Chuck i długo wydawało się, że to on będzie tym księciem z manierami. Ta relacja jednak byłą trudna i co tu dużo mówić – ogromnie toksyczna i Blair zdała sobie z tego sprawę dopiero, gdy wybrała sobie prawdziwego księcia – Louis'a. Ten chociaż był księciem Monako, to tak naprawdę ze szlachetnością nie miał nic wspólnego.

Przy wszystkich jej życiowych wyborach była tylko jedna osoba, na która nigdy by nie spojrzała jak na swojego potencjalnego księcia. Nazywał się Dan Humphrey i był wszystkim tym, czym Blair gardziła – zero klasy, pozycji społecznej i te tragiczne maniery. Człowiek z nizin, ale jej najlepszy przyjaciel. Osoba, przy której czuła się silna i bezpieczna. Osoba, która widziała w niej prawdziwą Blair Waldorf, a nie dziewczynę sprzedaną za hotel, a potem kupioną od księcia. Osoba, w której Blair chociaż bardzo nie chciała, to i tak się zakochała. Osoba, która stała się jej księciem.

Blair popatrzyła na zegarek – była godzina czwarta w południe. W myślach odjęła sobie magiczne osiem godzin plus minus, czyli czas, który obowiązywał teraz w Australii. Czy ósma rano to odpowiednia pora na dzwonienie? Oczywiście, że tak i Jenny powinna już wstać. Na pewno tak było, a żeby tylko potwierdzić swoją teorię, Blair włączyła swojego laptopa i uruchomiła aplikacje Skype. Miała jedną wiadomość od Aarona, którą od razu odczytała. Aaron wysłał jej zdjęcie na tle wieży Eiffla na jakimś placu restauracji, która była cała ozdobiona świątecznymi ozdobami – łańcuchy, lampki, bombki, ledowe napisy, dosłownie wszystko. Aaron podpisał zdjęcie: ,U nas już świątecznie! A jak Nowy Jork? Zresztą nie mów! Do zobaczenia na święta". Uśmiechnęła się radośnie i odpisała mu, że nie może się doczekać na spotkanie. To prawda, bo dawno się nie widzieli. Aaron Rose syn Cyrusa prężnie rozwijał swoją karierę w modelingu. Kilkukrotnie był nominowany do nagrody ELLE w kategoriach model orku oraz ikona styl. Wydawało się, że jego kariera zaczyna się i kończy na malarstwie, ale tak nie było. Malarzem był średnim i tak samo średnio odbijały się echem jego wystawy. Dopiero, gdy dał się namówić Blair, aby spróbował swoich sił w modelingu tylko na jeden pokaz. Wtedy wszystko się zmieniło, a on sam poczuł się doceniony i szczęśliwy, bo znalazł swoje miejsce na ziemi.

Blair zamknęła czas i zerknęła na swoją listę kontaktów i zauważyła, że Jenny świeci się ma żółto, co oznacza, że jest dostępna, ale nie jest obecnie przy komputerze. Może poszła zrobić sobie kawę, śniadanie czy cokolwiek innego. W każdym razie – już wstała, więc Blair bez najmniejszych wyrzutów sumienia wybrała połączenie wideo z Jenny. Blondynka odebrała chwilę później i wyglądała dosłownie jak siedem nieszczęść – oczy podkrążone, wczorajszy makijaż i włosy przypominający bardzo nieudany nieład artystyczny.

— Przeszło u ciebie tornado? — zapytała rozbawiona Blair widząc przyjaciółkę w takim stanie.

— Wiesz, która jest godzina?

— Tak! U ciebie ósma. Czy o tej porze nie powinnaś już pracować?

— Wczoraj pracowałam do późna. Chciałam dzisiaj odespać.

— Słyszałaś powiedzenie, kto rano wstaje, temu pan Bóg daje? — zapytała radośnie i nalała sobie do szklanki wody z cytryną.

— Co ma mi niby dać? Podkrążone oczy? Dziękuję Boże! — zawołała ironicznie patrząc w sufit. Blair zachichotała.

— Co u ciebie? Jak Australia?

— Nie uwierzysz, co mi się przydarzyło. — Jenny zawiesiła się trochę, bo nie wiedziała, od czego zacząć. — Niechcący Chuck i ja zatrudniliśmy Jacob'a jako naszego modela.
— Tego Jacob'a? Twój były? Jak to możliwe? — Blair nie mogła ukryć swojego zdumienia.

— Chuck był w agencji modeli i zaoferowali nam dwóch nowych modeli, którzy dopiero zaczynają karierę. Zgodziliśmy się. Jeden nazywał się Charles Irving, a drugi Jacob Irving i myślałam, że to rodzeństwo.

— Zmienił nazwisko? Fałszował swoje dane? Pomylili się w agencji?

— Nie. Wszystko jest legalnie. Wyszedł za mąż.

— Czekaj, czekaj, czekaj… — wtrąciła brunetka i próbowała zrozumieć to, co właśnie przekazała jej Jenny. — Ja kto wyszedł za mąż? Masz na myśli, że się ożenił z siostrą tego drugiego? — wydawało jej się to logiczne wyjaśnienie, ale Jenny i tak zamierzała zrzucić na nią bombę.

— Nie. Charles to jego mąż.

Blair niemal zakrztusiła się szklanką wody, która piła i zaczęła kaszleć próbując się odkrztusić. Jenny siedziała spokojnie, ponieważ wczoraj zareagowała dość podobnie.

— Chyba nie mówisz poważnie. — odezwała się od kaszlując. — Twój Jacob to gej?

— Po pierwsze, to nie mój, a po drugie to chyba tak. Chuck zresztą to potwierdził. Wiedziałaś, że Jacob i Eva są kuzynami?

Brunetka zrobiła duże oczy na kolejną rewelację przekazaną jej przez panną Humphrey i zaczęła kręcić głową z niedowierzaniem.

— Nie miałam o tym pojęcia. — odezwała się cicho. — I co teraz zamierzasz zrobić? Zerwać współpracę?

— Szczerze? Nie mam pojęcia Blair. Tak naprawdę Jacob i jego mąż to nasza jedyna para modelów. Nikt nie chcę współpracować po tej całej aferze, która była winą Jacoba! Nie wierzę, że muszę z nim współpracować! Za jakie grzechy mnie to spotyka! — Jenny się złapała i położyła głowę na rękach opartych na biurku. Chciało jej się płakać.

— Jenny zrezygnuj z jego usług.

— I co wtedy? Zostanę bez modeli. — odezwała się blondynka nie podnosząc głowy z biurka.

Blair widziała, że przyjaciółka jest bliska płaczu i wcale się nie dziwiła. Miała strasznego pecha w życiu jeśli chodzi o mężczyzn i tak naprawdę żaden kandydat nie był dla niej odpowiedni. Znała osobiście dwóch i mogła stwierdzić, że to były najgorsze wybory, których mogła dokonać blondynka. Najpierw był ten psychopata Tony, a potem ten ukryty gej Jacob, który przy okazji zniszczył jej karierę. Jeden omal nie zniszczył jej zdrowia czy nawet psychiki, a drugi jej zawodowej ścieżki. Wyjazd do Australii był dla niej szansą na obudowanie swojego nazwiska. Miała pomysł na nową linię, ale problem pojawiał się z brakiem modeli. Wtedy Blair dostała powiadomienie, że Aaron jest dostępny. Wtedy ją oświeciło - Przecież syn Cyrusa był modelem! Przecież mogła go poprosić o taką małąprzysługę.

— Mam przyszywanego brata. Syna Cyrusa. Nazywa się Aaron. Jest niespełnionym malarzem, ale we Francji zrobił karierę modela. Mogę do niego zadzwonić i poprosić go o przysługę.

Jeny podniosła głowę.

— Naprawdę jesteś w stanie to zrobić?

— Tak i przepraszam, że dopiero teraz o nim pomyślałam, ale jakoś wyleciał mi ten fakt z głowy. W święta z nim porozmawiam.

— Jesteś najlepsza! — Jenny posłała jej wirtualnego całusa, a jej twarz niemal od razu się rozpromieniła. — A co u ciebie? Jak z Danem?

— Naprawdę dobrze. — powiedziała bez przekonania i westchnęła. Po co kłamała? Jenny była jej przyjaciółką. Jeśli nie jej, to komu miałaby się zwierzyć? — Niezbyt dobrze.

— Dlaczego? Nie powinniście mieć teraz coś w stylu miesiąca miodowego?

— Tak, ale… — zawahała się. Próbowała ogarnąć swoje myśli w jedno, ale było to dość trudne. — Jest dużo seksu ii…

— Okej, słuchaj. — blondynka przerwała jej i wzdrygnęła się jakby zrobiło jej się niedobrze. — Dan to mój brat i daruj mi te intymne szczegóły.

— Przestań nie zamierzałam tego robić. — odparła oburzona na żarty Blair i gdyby Jenny siedziała obok niej, to na pewno by ją szurnęła w ramię. Brakowało jej tego fizycznego kontaktu i cieszyła się, że Jenny niedługo wróci. — Chodzi o to, że prawie nie rozmawiamy, a przynajmniej o tych poważnych sprawach, o naszym związku. Jesteśmy razem? Nie jesteśmy razem? Nie wiem.

— Więc czemu go o to nie zapytasz? — Jenny zapytała tonem jakby było to coś oczywistego.

— Chyba się boję, że wyjdę na desperatkę. Samotna matka szuka ojca dla swojego dzieciaka i zarzuca swoją wędkę.

— Ale Dan jest ojcem Henrego i masz prawo wiedzieć, na czym stoisz. Macie po trzydzieści lat, a Henry już nie jest mały bobasem i też sporo widzi i dużo rzeczy rozumie. Po prostu go zapytaj. Kochasz go, on kocha ciebie. Wszystko będzie dobrze tylko skończcie tą telenowelę Blair i Dan, Dan i Blair. Wszyscy odetchniemy z ulgą.

— Oj weź się zamknij. — Blair rzuciła poduszką w monitor. — To wcale nie jest telenowela.

— Owszem, jest i trwa kilka lat. — Jenny się roześmiała. — Ale cieszę się, że w końcu jesteście tak blisko pojednania i nie ma między wami tajemnic. Chyba, że masz jeszcze jedno dziecko mojego brata.

— Ha ha ha, ale jesteś zabawna. — powiedziała ironicznie Blair i przewróciła oczami. — Tak, ja też się cieszę. Czuję się jakby kamień spadł mi z serca. Plotkara zrobiła jedną dobrą rzecz pokazując Danowi prawdę. Chociaż jestem pewna, że nie taki był jej zamiar.

— Ona nie odpuści, wiesz o tym? — twarz Jenny spoważniała. — Teraz siedzi cicho, bo tak naprawdę obmyśla swój plan zemsty, ale gdy uderzy, to wszyscy to poczujemy.

Blair poczuła dziwny dreszcz na swoich plecach. Wiedziała, że jej przyjaciółka miała rację, bo Plotkara wyjątkowo upodobała sobie uprzykrzanie ich życia i z jakiegoś powodu, to właśnie rodzina Humphrey'ów obrabowała najbardziej, poza oczywiście Sereną, która bardzo długo była gwiazdą plotkarskiego bloga. Dan i Jenny jednak byli takimi samymi ofiarami. Zwłaszcza Dan, który poświęcił wiele przyznając się, że to on był autorem bloga. Wszystko ldatego, aby ona i Chuck mieli swoje szczęśliwe zakończenie. Plotkara jednak z jakiegoś powodu nie chciała, aby Dam wrócił do Nowego Jorku. Dlaczego? Jakie było w tym drugie dni? Blair nie miała pojęcia i coraz bardziej wątpiła, aby kiedykolwiek wszyscy dowiedzieli się prawdy.

— Mam nadzieję, że się mylisz.

/

Blair i Dan leżeli nadzy na łóżku, spleceni ze sobą i przykryci tylko kawałkiem koca. Dookoła paliło się jeszcze tylko kilka świec. Reszta była już pogaszona albo wypalona. To był długi wieczór, który zaczął się kolacja z Henrym, wspólną zabawą oraz usypianiem go, a dopiero potem mieli chwilę czasy dla siebie. To nie był ich pierwszy raz, ale Dan za każdym razem starał się, aby ich wieczory i ich noce były wyjątkowe. Uwielbiała to w nim, że tak bardzo się stara. Wtuliła się w jego tors i próbowała zasnąć. Wiedziała, że powinna zacząć rozmowę, ale nie potrafił się na to zdobyć. Obawiała się, że zniszczy chwilę albo w najgorszym wypadku całą relację. Dan leżał obok niej, a jego głowa skierowana była na sufit. Czuła jak ciężko oddycha. Wiedziała, że czymś się martwi. Czuła jego niepokój i sama zaczynała się denerwować. Chciała wiedzieć, co to takiego. Chciała wiedzieć, co go dręczy, chociaż tak naprawdę to wiedziała doskonale.

— Myślisz tak głośno, że nie mogę zasnąć. — odezwała się w końcu.

— Przepraszam, kochanie. — pocałował ją w czoło. — Tak myślałem, czy to nie jest dobry moment…

— … żebyśmy porozmawiali. — dokończyła za niego. Oparła się na łokciu i położyła głowę na jego torsie. — Też ostatnio o tym myślałam.

— Ty też, co?

— Mhm.

— Chcesz zacząć? — zapytał niepewnie.

— Co my robimy? Znaczy… ty i ja. Czym jesteśmy? Parą? Przyjaciółmi z korzyściami? Rodzicami Henrego? Czy to się skończy za jakiś czas, gdy znowu znajdziesz powód, żeby być na mnie złym?

— A mam taki powód? Jest jeszcze jakieś dziecko, o którym nie mówisz? — próbował zażartować.

— Ty i Jenny macie takie same geny i nie potrzebujecie testów DNA, żeby mieć pewność. — odparła sarkastycznie i przewróciła oczami. Po chwili jednak spoważniała. — Ale nie Dan, nie mam już żadnych tajemnic przed tobą.

— Więc wybaczam ci to wszystko, co było.

— Co? Jak możesz mi wybaczyć?

— Chcę i mogę. Wszystkie te kłamstwa, niedopowiedzenia i to, że ukryłaś przede mną Henrego. Nie chcę już stracić ani jednego dnia z życia mojego syna, ale też nie zamierzam wypominać ci tego do końca życia. Nie chcę żeby to życie tak wyglądało. Możemy zacząć od nowa jeśli chcesz. Jako para z czystą kartą.

— Czysta karta?

— Czysta karta, bez pretensji, bez wypominania przeszłości, bez żadnych więcej tajemnic. — chociaż to ostatnie przeszło mu przez gardło trudno, bo przecież on miał jeszcze jedną tajemnice, którą dzielił z Chuckiem i Georginą.

— Bez żadnych więcej tajemnic. — powtórzyła cicha Blair i pocałowała go w usta. — Kocham cię.

— Ja ciebie też kocham kochanie. — odwzajemnił jej pocałunek. — Ale jest też druga sprawa.

— Mam się bać?

— Tak. Wiesz, że Lily i Rufus robią przygotowania do kolacji świątecznej.

— Tak. Przyjęcie na miarę rodzinny Admasów. — odparła w swoim stylu Blair.

— Ha ha ha. — Dan przewrócił oczami, ale chciałby na głos zgodzić się ze swoją dziewczyną, bo miał dokładnie to samo zdanie.

— W każdym razie… Chciałbym, żebyście razem z Henrym pomogli mi przetrwać ten wieczór. Co powiesz na wspólne święta?

— Oh, chciałabym, ale co roku spędzamy święta z moimi rodzicami. Moja mama i Cyrus przyjeżdżają. Jest nawet Aaron. — odparła nieco zawiedziona. Naprawdę chciała spędzić z nim święta. To też były pierwsze święta bez jej taty i te święta będą trudne. Chciałąby go mieć przy sobie. — Ale ty możesz do nas dołączyć zamiast tracić czas z świętą rodziną van der Humphrey'ów.

— Van der Humphrey'owie? — powtórzył rozbawiony Dan.

— Dobre, prawda? — zaśmiała się melodyjnie brunetka.

— Tak, całkiem zabawne. — przytaknął. — A tak poważnie, to obawiam się, że nie mogę się z tego wymiksować.

— Jesteś pewien, że nie możesz symulować grypy żołądkowej?

— Obawiam się, że nie. — zaśmiał się. — Wtedy wszyscy przenieśliby się od loftu, a tego bym nie chciał. Wystarczy mi sama kolacja.

— Szkoda.

— Za rok spędzimy święta razem jak rodzina.

— Obiecujesz?

— Obiecuję. — odpowiedział i pocałował ją w usta.

Blair padła w jego objęcia z powrotem. Zamknęła powieki i próbowała zasnąć, ale coś nie dawano jej spokoju. Miała dziwne przeczucia i naprawdę wolałaby, aby one nie były prawdziwe. Wiedziała, że Dan jeszcze nie zasnął. Jego oddech nie był równomierny, a serce biło nieco przyspieszone. Czymś się martwił? Może czegoś jej nie powiedział? Czy naprawdę mógł coś ukrywać? Może jej się tylko zdawało. Tego było za dużo w niej – tych emocji, uczuć oraz niepewności. Może przeszkadza. Może jej się wydaje. Może wcale nie jest tak źle, jak myśli. Mimo wszystko – zaryzykowała zapytać.

— Dan? — zapytała po chwili milczenia, ale nie podniosła głowy. Nadal leżała na jego piersi.

— Tak?

— Czy ty… — zawahała się, czy powinna w ogóle o to pytać, ale jak się powiedziało ,A", to powinno się polecieć z całym alfabetem. — Nie masz przede mną żadnych tajemnic, prawda?

— Oczywiście, że nie. — skłamał.

/

W Los Angeles nie było śniegu. Klimat w okresie zimowym był raczej deszczowy i chłodny, ale nie brakowało tutaj też i ciepłych dni. Dzisiaj temperatura byłą niewiele ponad dziesięć stopni, a całe niebo było zachmurzone. Serena na szczęście nie musiała wychodzić na zewnątrz, ponieważ okres zdjęciowy się skończył i wszyscy mieli już przerwę świąteczną do pierwszego tygodnia stycznia. Uwielbiała swoją pracę i tutaj w Los Angeles czuła się naprawdę dobrze. Wyjazd do Nowego Jorku za Danem był błędem i zrozumiała to dopiero po fakcie. Trzymanie się małżeństwa z Danem na siłę również było błędem. Nie dawanie mu rozwodu również było błędem. Stawanie między nim a Blair było takim samym błędem. Używanie wyników ciążowych Blair jako swoich było niewybaczalnym błędem. Wiedziała, że wjedzie tym nie tylko między Blair i Dana, ale również chłopca, który nie miał okazji poznać swojego prawdziwego taty.

Zatraciła się w tym wszystkim. Jakby miała obsesję na punkcie idealnego małżeństwa z Humphrey'em, ale to małżeństwo nie było idealne. Było dalekie od ideału, ale to zrozumiał dopiero, gdy byłą kilkaset mil od Nowego Jorku. Popełniała błędy i przy okazji niszczyła relacje, które były dla niej ważne. Miała nadzieję, że pewnego dnia będzie w stanie chociaż ze wszystkim rozmawiać. Będzie miała okazję sprawdzić się podczas świąt, gdzie będą wszyscy jej bliscy. Wyjazd ją przerażał, mimo że była spakowana od kilku dni, to odwlekała to na ostatnią chwilę. Powrót do domu był dla niej przypomnieniem jej błędów, o których wolałaby nie pamiętać.

Dzisiaj jednak czuła się szczęśliwa oraz spokojna, że mogła większość rzeczy z siebie wyrzucić i powiedzieć prawdę. To było trochę jak oczyszczenie. Nawet jeśli powiedzenie prawdy wymagało od niej nie tylko odwagi, ale również i zniszczenia swojej reputacji. Było warto. Spokój był tego warty.

Serena siedziała i oglądała zmontowane odcinki do ich nowego programu archeologicznego i notowała ewentualne poprawki, które powinny zostać naniesione. Usłyszała tylko huk trzaśniętych drzwi i obejrzała się za siebie. To była Madison – dziewczyna, z którą pracowała przy programie i z którą mieszkała od paru tygodni.

— Mam ich dość! Nienawidzę ich!

— Hej, hej Mad spokojnie. Co się stało? — zmartwiona blondynka zostawiła swoje notatki i podeszła do dziewczyny i próbowała ją uspokoić.

— O moich rodziców!

— Co się stało? Co znowu zrobili?

— Pogodzili się! Rozumiesz?!

— Pogodzili się? Masz na myśli, że rozmawiają ze sobą jak każda normalna para po rozwodzie, bo mają razem dzieci i dobry kontakt miedzy nimi to dobra rzecz, prawda?

— Nie! Pogodzili się i wrócili do siebie!

— Co? Ale jak to? — Serena była lekko zdezorientowana nowinami, które przyniosła jej Madison. — A co z chłopakiem twojej mamy i żoną twojego taty? Przecież w tym roku wzięli ślub…

— No właśnie! I w następnym wezmą rozwód, bo moi starszy stwierdzili, że jednak się kochają i nie mogą bez siebie żyć! — krzyknęła i rozgarnęła się po mieszkaniu. — Gdzie masz wódkę, która dostałaś w prezencie od znajomej z Nowego Jorku? Muszę się napić.

— Hej, hej, hej! — Serena złapała Madison za łokieć i przyciągnęła do siebie. — Nie będziesz pić. Za długo tego nie robiłaś.

Madison popatrzyła na blondynkę swoimi dużymi niebieski oczami, które robiły się coraz bardziej szkliste. Zachwycała swoimi długimi blond włosami, które sięgały jej do pośladków. Perfekcyjna figura modeli sprawiała, że blondynka wygląda jak idealny materiał na lalkę Barbie. Jej idealna figura nie była jednak odzwierciedleniem idealnego życia. Madison była uzależniona o alkoholu, którego nadużywała od momentu, w którym jej ojciec opuścił jej rodzinę i postanowił sobie ułożyć życie z kimś innym. Przeżyła prawdziwą traumę, bo była oczkiem w głowie swojego taty, a gdy tylko on znalazł sobie inną kobietę, to Madison przestała być dla niego ważna.

Bardzo długo zajęło jej poukładanie sobie życia i wyście z nałogu, w tym pomogła jej Serena. To ona jej dała motywację do tego, aby postawić na siebie i swoje życie, ponieważ nikt nie ma prawa rujnować jej życia. Serena miała rację i od tamtej pory Madison stawiała na siebie. Ich znajomość nie była długa, ale zdecydowanie bardzo intensywna i obie kobiety mogły na siebie liczyć, ponieważ obie odnalazły w sobie nawzajem bratnią duszę. Osobę, której mogą powiedzieć wszystko o wszystkich. Tak tez powoli Serena otwierała się przed Madison opowiadając o sobie, swojej rodzinie, swoim nieudanym małżeństwie oraz o swoich błędach, które popełniła, aby zatrzymać nie tylko rodzinę przy sobie, ale również i męża. To było trudne, nawet bardzo. Blondynka van der Woodsen poczuła się jednak wolna i oczyszczona.

— Inaczej sobie z tym nie poradzę. — odezwała się cicho powstrzymując płacz. — Sama dobrze wiesz, ile zajęło mi pozbieranie się po tym wszystkim i teraz mam udawać, że wszystko jest w porządku?

— Nie musisz tego robić.

— Nie? Mój ojciec będzie na święta. Moja mama go zaprosiła nie pytając mnie ani moje rodzeństwo o zdanie! Liczy się tylko ona, on i ich pieprzone szczęście!

— Nie musisz tam jechać.

— Mam zostać sama w Los Angeles? Ty jedziesz do rodziny w Nowym Jorku.

Serena wzięła blondynkę za dłonie i splotła je ze swoimi. Nie było mowy, aby pozwoliła jej zostać tutaj samą na święta. Jeśli instytucja świąt ma jakiś sens, to właśnie w takich momentach jak ten. W momentach, w którym ktoś nie ma gdzie pojechać na święta. Momentach, gdy ktoś ma zostać sam i zapadać się w swoim smutku oraz własnej rozpaczy. To jest ten czas, aby wyciągnąć do kogoś dłoń i z całą serdecznością, którą ma się w sercu zaprosić na święta. To zamierza zrobić teraz Serena van der Woodsen. Być może pod wpływem chwili, ale nie zamierzała tego żałować.

— I ty pojedziesz ze mną. Nie zostawię cię tutaj samej.

— To rodzinna uroczystości. — odparła zaskoczona Madison. Serena nie chciała jechać do Nowego Jorku w święto Dziękczynienia. Na święta Bożego Narodzenia została zmuszona, aby jechać na rodzinną kolację. Chociaż bardzo tego nie chciała, bo dopadłaby ją przeszłość, której tak bardzo się wstydziła, a Nowy Jork przypominał jej o tym na każdym kroku. — Jak niby chcesz wytłumaczyć moją obecność tam? Co im powiesz?

— Prawdę.

— Prawdę?

— Tak, że jesteśmy przyjaciółkami i zaprosiłam cię na święta.

/

Był tydzień świąteczny. Ostanie kilka dni przed kolacją wigilijną, a ludzie jak to ludzie podczas świątecznej gorączki dostawali hopla na punkcie biegania po sklepach i dopinania na ostatnią chwilę prezentów świątecznych. Nawet mimo pandemii i stanu zagrożenia epidemiologicznego, ludzie i tak sobie nie odmawiali robienia prezentów, bo jak udowadniają każde badania co roku – społeczeństwo kocha ten okres świąteczny i nawet jak mają wydać więcej, to i tak zrobią. Wszystko w imię tego, aby chociaż na chwile sprawić sobie oraz swoim bliskim trochę przyjemności oraz uśmiechu na twarzy.

Dan obserwował to wszystko z ciemnej alejki, za która stał. Był tutaj po raz pierwszy raz w życiu i to miejsce było dla niego obce. Miał na sobie ciemne ubrania – zaczynać od dresów, w których na co dzień nie chodził, ciemną bluzę z kapturem oraz coś, czego nigdy wcześniej nie założył - czarną kominiarkę. Jego spojrzenie było skierowane na niewielki sklep z prezentami, o dość chwytliwej nazwie ,1001 drobiazgów". Jeśli ktoś chce kupić drobny prezent świąteczny, to na pewno to jest idealne miejsce. Z tej odległości wyglądał jak złodziej, który czeka na odpowiednią okazję, aby uderzyć i obrabować sklep. Złodziejem jednak nie był. Odwrócił głowę na prawo i jego oczom ukazał się niebieski chevrolet, czyli coś, za czym tutaj przyszedł.

Wyciągnął paczkę papierosów z kieszeni, oderwał folię ochronną i otworzył wieczko. Ręce mu się trzęsły wiec trudno było mu wyciągnąć jeden papieros i wsadzić sobie do ust. Z trudem to zrobił i tak samo z trudem odpalił tego papierosa zaciągając się tytoniem. Nie palił jakoś nałogowo, zdarzyło mu się kilka razy zapalić, gdy był młodszy, ale bardziej dlatego, że chciał sprawdzić, co jest w tym takiego pociągającego. Nie było nic specjalnego, ale rozumiał ludzi, którzy palili. Robili to, aby walczyć z innymi nałogami jak alkohol czy nadmierne spożywanie posiłków, taki nałóg zastępczy. Kiedyś przeczytał, że to naprawdę działa, ale jest krótkotrwałe, bo bycie uzależnionym jest uwiązaniem się na całe życie. Niektórzy palili, ponieważ sytuacje stresowe w życiu prywatnym czy tez zawodowym ich do tego zmuszali, a papierosek w jakiś sposób ich uspokajał. To była krótka droga do tego, aby się od tego uzależnić. Była jeszcze trzecia grupa, którzy sięgali po papierosa jednorazowo w sytuacja maksymalnie dla nich stresowych i dzisiaj do tej grupy zaliczał się Dan Humphrey.

W ręku trzymał torbę, w której wyciągnął jeden z kilku kijów baseballowych. Kiedyś podobny dostał od wujka i razem z Cedrikiem i Jenny grali razem w zdobywanie baz na boisku szkolnym. To były dobre wspomnienia, ale dzisiaj miały one zostać zastąpione mroczną kartą jego biografii. Nadal trzymał w dłoni jeden z kijów, na którym sam własnoręcznie wygrawerował napis ,NIEWINNY". Napis był wyryty nożem oraz wyraźnie podkreślony kolorem czarnej farby. Miał takich jeszcze kilka. Zasunął zamek torby i ubrał ją sobie na plecy, a niedopałek papierosa rzucił sobie pod but, aby chwilę później go zdeptać.

— Teraz, albo nigdy. — powiedział do siebie jakby chciał dodać sobie otuchy albo odwagi, a zapewne jednego i drugiego.

Dan wybiegł za uliczki i skierował się do niebieskiego chevrolet 'a z impetem zaczął uderzać kijem w drzwi, maskę, szyby, lusterka, czyli wszystko, co aktualnie było mu pod nosem. Wszystko to, co sprawiło, że zniszczenia samochodu będą ogromne. Trwało to kilak minut i Dan czuł jak zaczyna brakować mu tchu, bo wszystko robił z ogromną siłą oraz poświęcał temu wiele energii.

— Hej, gnoju! Co ty robisz?!

Humphrey usłyszał za sobą krzyki i się przeraził. Zmarł na kilka sekund, ale nie odwrócił się. Zamiast opuścił rączkę kija i złapał go od góry i z całych sił wbił go w frontową szybę w taki sposób, aby napis NIEWINNY rzucił się w oczy kierowcy, który zobaczy swój samochód. Zostawiając kij w szybie zaczął uciekać i biec, ile sił miał w nogach. Cały czas słysząc za sobą oblegi na swój temat. Modlił siew duchu o to, aby nikt go nie złapał, ponieważ takich kijów miał jeszcze kilka i tak samo kilka samochodów do ,udekorowania".

/

Dziadkowie Vanessy mieszkali w Nowym Orleanie w stanie Luizjana. Nate nigdy nie był w tym mieście, a jedyną styczność jaką miał z Nowym Orleanem była za sprawą serialu, który oglądał kilka lat temu. Był to serial o wampirach, który swego czasu był na absolutnym topie i oglądały go niemal wszystkie nastolatki w całym kraju, a może nawet i na świecie. Wstydem jednak było dla młodego nastolatka przyznać się, że ogląda takie tanie romansidło. Chociaż ,Pamiętniki wampirów" nigdy nie było ty, czym ,Zmierzch" i przynosiło zdecydowanie mniejszy obciach. Właściwie, to nigdy nie był obciach, ale Nate na głos nigdy nie komentował swoich upodobań. Z nimi spotkał siew zaciszu swojego pokoju. Wspominany serial nie był kręcony w Nowym Orleanie, ale dopiero jego sequel , The Originals", gdzie mogliśmy podziwiać piękno tego miasta poprzez ukazywanie budynków, zabytków czy uliczek. Zwłaszcza te w części dzielnicy francuskiej. Młody Nate był tym zachwycony i powiedział sobie, że pewnego dnia jego noga postanie w Nowym Orleanie. Chociaż zawsze było coś ważniejsze – jego życie, dziewczyny, randki czy kariera redaktora, a potem polityka. Drobne marzenia gdzieś uciekały, ale w końcu ten dzień nadszedł dzisiaj po kilku latach od tego niewinnego marzenia.

Nate, Vanessa oraz Ruby i jej dzieci – Jason oraz Jennie dostali się do miasta dzięki połączeniu samolotowemu i po jakiś niecałych trzech godzinach lotu byli już na miejscu. Cały lot przeminął dość przyjemnie i gdy Vanessa miała drzemkę, to Nate wykorzystał ten czas na czytanie artykułów, które uprzednio pobrał sobie na telefon. Wszystkie były w stylu: , Kochanie, poznaj moich rodziców! Savoir-vivre podczas pierwszego spotkania ze starszyzną". Mężczyzna bardzo chciał w jakiś sposób zaimponować rodzie swojej narzeczonej, zrobić dobre wrażenie, aby nie pomyśleli, że ich ukochana wnuczka trafiła z deszczu pod rynnę. Młody Archibald bardzo się stresował tym, jak dziadkowie Vanessy, czyli dość starsze pokolenie odbiorą jego osobę. Wydawało mu się, że będą mieli mu za złe, że ich wnuczka jest w ciąży, a nawet nie ma na placu obrączki. W końcu byli z tego pokolenia, które najpierw się żeniło, a dopiero potem zakładano rodzinę. W przypadku Nate'a i Vanessy coś poszło nie tak. Owszem, Nate nazywał Vanessę swoją narzeczoną, a ona jego swoim narzeczonym, ale nigdy nie mieli oficjalnych zaręczyn. Na te trzeba było trochę poczekać.

Chociaż Archibald kilka dni temu dostał w prezencie świątecznym od swojego taty pierścionek swojej babci, czy mamy taty. Howard Archibald mimo, że był daleko podczas swoich podróżny na morzu, to był na bieżąco ze wszystkimi wydarzeniami nie tylko w kraju czy polityce, ale również wszystkimi wydarzeniami, które miały miejsce w jego rodzinie. Nate przy pierścionku dostał również karteczkę z podpisem: , Zajęło mi zbyt dużo lat, aby zrozumieć, że nie bogactwo i pozycja są w życiu najważniejsze. Tobie zajęło znacznie mniej czasu. Dostałem to od swojej mamy, ale nie miałem okazji tego użyć, gdy prosiłem twoją mamę o rękę. Teraz należy do ciebie. Cokolwiek zrobisz i jakąkolwiek podejmiesz decyzję, to wiedz, że jestem z ciebie dumny synu. Wesołych świat!". Nate tęsknił za swoim tatą i chociaż rozumiał jego duszę żeglarza, to odczuwał jego brak dość mocno. Miał nadzieję, że niedługo się zobaczą. Być może nawet w przyszłym roku.

Gdy byli w progu mieszkania dziadków Vanessy, to Ruby i dzieciaki weszli pierwsi, a Archibald walczył z tremą. Jeszcze nigdy wcześniej się tak nie stresował i nie denerwował jak dzisiaj.

— Spokojnie. Będzie dobrze. — szepnęła mu do ucha brunetka zanim weszli i ścisnęła go mocno za rękę.

— Nie śmierdzi mi z buzi? Umyłem zęby na lotniku i włożyłem gumę. Czy mój oddech jest wystarczająco odświeżający? — zapytał nieco zdenerwowany i chuchnął swojej narzeczonej w twarz.

— No przestań! — brunetka zaśmiała się głośno i puknęła mu w czoło. Nate czasami potrafił być taki głupi, ale najzabawniejsze w tym wszystkim to, że on to wszystko robił na poważnie. Za każdym razem poprawiało jej to humor. To była jedna z tych rzeczy, które w nim uwielbiała.

Ruby, Jason i Jennie weszli do środka, gdzie przywitali się ze swoimi dziadkami i pradziadkami. Archibald natomiast zaczął rozglądać się po niewielkim mieszkaniu seniorów rodu Abrams. Wyglądało jak żywcem wycięte z planu filmowego jakiegoś czarno-białego filmu, które kiedyś widział w dzieciństwie. Jasna sofa w kwiatki, stary telewizor, nawet gramofon, na ścianie wsiał ogromny zegar z dużym wahadłem, które zapewne robiło za sekundnik, na stoliku przy sofie stał stary telefon z tarczą i ogromną słuchawką oraz maszynie do pisania. Nate zastanawiał się, czy te rzeczy są w ogóle używane, czy tylko robią za rekwizyty filmowe. Może dziadkowie Vanessy wynajmują ten salon, gdy w Hollywood kręcą film z akcja z ubiegłego wieku? Chciałby mieć okazję ich delikatnie o to zapytać.

Im dłużej przebywał w tym pomieszczeniu, to tym bardziej miał wrażenie, że jest na planie filmu noir. Wtedy te filmy nieco go przerażały, bo miały taką dziwną i przerażającą muzyczkę w tle, ale dzisiaj wywoływały u niego nostalgię i właśnie nostalgie czuł, gdy wszedł do tego domu. Chociaż to było dziwne, bo przecież był tu po raz pierwszy w życiu, a czuł jakby ten dom był przepełniony samymi pozytywnymi uczuciami.

Wiedział, że dziadkowie są rodzicami mamyVanessy, ale sama dziewczyna nigdy zbytnio nie mówiła ani o swojej mamie ani o swoim tacie. Nate o to nie pytał, bo nie chciał wyjść na wścibskiego. Poza tym uważał, że jeśli Vanessa będzie chciała, to sama o wszystkim powiem. Myślał, że zarówno Gabriela jak i Arlo przyjadą na święta do dziadków, ale ani Vanessa ani Ruby o tym nie wspominały. Zastanawiał się dlaczego, ale sam nie miał dobrej relacji z mamą, więc poniekąd rozumiał to, że takie rzeczy mogą się zdarzać. Nie pytał więc o nic z nadzieją, że pewnego dnia jego narzeczona sama mu o wszystkim powie.

— Vanessa! — krzyknęła uradowana starsza kobieta i pobiegła uściskać swoją wnuczkę. Tuż za nią wyłonił się starszy mężczyzna.

— Babciu, dziadku, to jest Nate. — powiedziała dumnie Vanessa.

— Adam, a to moja żona Rachel. — przedstawił ich starszy mężczyzna.

Mimo, że ich całe mieszkanie sprawiało jakby oboje zatrzymali się w czasie, to ich wygląd mówił coś zupełnie innego. Babcia Venessy była ciemnoskórą, starszą kobietą, która miała dredy i co było pierwsze co, na co zwrócił uwagę młody Archibald. Musiała być jakaś super nowoczesna. Kiedyś Vanessa mówiła mu, że jej babcia szaleje na różnych forach internetowych i podpisuje się nickiem ,Babunia 3D". Nie mógł w to uwierzyć, ale dzisiaj śmiało stwierdził, e wszystko to, co wcześniej mówiła Vanessa byłą szczerą prawdą. Nie zdziwiłby się, gdyby maszyna do pisania służyła Rachel Abrams do pisania utworów rapowych. Zdecydowanie wyglądała na taką.

Natomiast dziadek Vanessy był starszym, ciemnoskórym mężczyzną o białych włosach i takim samym zaroście. Na uszach natomiast miał złote kolczyki. Nate pamiętał jak tata mu kiedyś opowiadał, że noszenie złotych kolczyków, to stara żeglarska tradycja. Żeglarze nosili złote kolczyki, aby zapłacić za pogrzeb, jeśli zginęli w obcych krajach. Chyba Howard Archibald i Adam Abrams mieliby sporo tematów do dyskutowania, gdyby się spotkali.

— Miło mi państwa poznać. Nate Archibald. — ukłonił się i uścisnął dłoń starszemu mężczyźnie, a potem ucałował dłoń jego małżonki wręczając jej kwiaty.

— To ten, który zmajstrował ci brzuch? — zapytał gniewnie dziadek.

— Ja… — wydusił siebie Nate i poczuł jak stres zaciska mu pętle na gardło. Przypuszczał, że zostanie zaatakowany kwestią ciąży, ale nie sądził, że aż tak szybko.

— Żartuję. — Adam szturchnął go w brzuch. — Co on taki sztywny Vanessa? — zarechotał głośno i zaprosił ich do kuchni, gdzie babcia Vanessy naszykowała już kolację.

— Widzisz? Mówiłam ci, że nie będzie tak źle. Moi dziadkowie są spoko.

— Tak. Chyba aż za bardzo. — zaśmiał się Nate i momentalnie całe ciśnienie z niego zeszło.

/

Dzisiaj był ich ostatni dzień w Sydney. Zza chmury wyjrzało słonce, które padało do apartamentu, w którym mieszkali. Chuck wstał i podszedł do okna, aby zasłonić rolety. Jeszcze chwilę tak stał jakby się nad czymś zastanawiał. Ostatni dzień i wynik jego poszukiwania wyniósł zero. Nie było ani Evy ani Lily, nawet Scott'a. Sydney nie było tym miastem, w którym się znajdowali albo on źle szukał. Nie sprawdzał tylko Sydney, ale wykorzystywał ten czas jeżdżąc po różnych miastach w okolicy. Nic z tego, ani śladu, ślepa uliczka. Chuck westchnął ciężko i rozglądał się po apartamencie. Był sam, bo Jenny chciała wykorzystać ostatni dzień na zrobienie świątecznych prezentów. Domyślił się, że nie wróci do wieczora, a on nie miał pomysłu, co zrobić z wolnym czasem. Na prośbę Jenny załatwił sprawy z agencja modeli i zrezygnował z usług Jacoba i jego męża. Panna Humphrey twierdziła, że w tym temacie pomoże jej Blair i Chuck przytaknął.

Wrócił do biurka i usiadł wygodnie. Odsunął pierwszą szufladę, w której trzymał najpotrzebniejsze rzeczy. Wyciągnął z niej pudełko z patyczkami do uszu. Otworzył je i wziął dwa, które następnie zamoczył w wodzie i zaczął czyścic sobie uszy. Wtedy do jego apartamentu wparował nie kto inny jak Jacob. Młody Bass popatrzył na niego z nieukrywaną pogardą, a kuzyn Evy wyglądał jakby trafił go piorun, dzięki któremu on zyskał jakieś super moce.

— Ostatnio, kiedy sprawdzałem, to te apartament nie należał do ciebie. Wolałbym, abyś zachowywał odrobinę kultury. — skrytykował jego wtargniecie bez zapowiedzi, pukania ani nawet poczekania, gdy ten powie ,proszę". — Czego chcesz?

— Przyszedłem porozmawiać.

— Jestem trochę zajęty.

— Widzę. — odparł ironicznie uważnie obserwując młodego Bass'a. — Dlaczego zrezygnowaliście z naszych usług?

— Bo was nie potrzebujemy. Poza tym używanie obecnego nazwiska, aby zaistnieć w innym miejscu jest mega słabe. Myślałeś, że twoja tożsamość nigdy nie zostanie ujawniona?

— Zaczynam od nowa.

— I zaczynaj dalej, ale bez pomocy mojego czy Jenny nazwiska. — rzucił patyczkami do kosza. — Jak po tym wszystkim masz czelność budować karierę na jej nazwisku?

— Po tym wszystkim? Zapomniałeś, dlaczego w ogóle to zrobiłem?

Nie, Chuck o tym nie zapomniał, ale miał nadzieję, że ta sprawa nigdy nie wypłynie. Przecież to przez niego Jacob został postawiony przed trudnym wyborem – albo zniszczy pokaz Blair i Jenny albo do siebie i do jego ojca wypłynie pewne nagranie, które kilak lat wcześniej trafiło do rąk Chuck'a. Wtedy Bass mu pomógł i to nagranie nie trafiło do ojca Jacob'a – Claude. Reptacja oraz pozycja młodego młoda były bezpieczne, a Chuck zachował nagranie i użył go rok temu na prośbę Sereny. Do dziś tego żałował, ale nie mógł cofnąć czasu. Było za późno.

— PRZEZ CIEBIE I TWÓJ SZANTAŻ! — kontynuował Jacob z podniesionym głosem.

— Wydaje mi się, że jesteśmy kwita. Zrobiłeś swoje, a ja skasowałem nagranie.

— I myślisz, że to wystarczy? — prychnął z pogardą. — Jak zauważyłeś, to już mi nie zależy na tym, aby ktoś odkrył prawdę na temat mojej seksualności. Jestem gejem i jestem z tego dumny!

— Świetnie. Mam ci pogratulować? — zapytał ironicznie Chuck. — Ciekawe, czy Claude ma takie samo zdanie, co ty. Zdaje mi się, że nie. Skoro uciekasz i zmieniasz wiecznie nazwisko.

— Nie obchodzi mnie mój ojciec. Nie potrzebuje ani jego pieniędzy ani jego spadku.

— Więc czego chcesz?

— Mojej kariery i ty mi w tym pomożesz! — wskazał palcem na Chuck'a. — Sam na wszystko zapracuję.

— Zapomnij o tym.

— To nie jest prośba Chuck. Inaczej o wszystkim powiem Jenny. Chyba tego nie chcesz, prawda?

/

Wracając do lofu, Dan czuł się poobijany jakby spuszczono mu łomot na stadionie za kibicowanie nieodpowiedniej drużynie. Czuł, że ma zakwasy niemal w każdym mięśniu. Wiedział, że z rana zauważy jeszcze kilka dodatkowych siniaków. Twarz miał nieco pocięta od pękającego szkła szyb samochodów. Mimo, że miał kominiarkę, to i tak ten cienki materiał łatwo można było przebić i tak było – okruchy szkła raniły jego policzki i wyglądał źle, ale zanim wrócił do domu, to przykleił sobie kilka plastrów z nadzieją, że nikt tego nie zauważy. To były płonne nadzieje, bo wiedział, że ktoś prędzej czy później zwróci na to uwagę, a on musi sobie wymyśleć solidna wymówkę. Nie wiedział jednak, że zostanie zaatakowany od razu, gdy tylko wejdzie do loftu. Od razu zobaczył Erica, który namiętnie oglądał telewizję oraz Georginę? Może dostał kilka razy szkłem w twarz, ale nie miał zwidów. Tak, to byłą Georgina, która siedziała sobie niezwykle znużona. Co ona tutaj robiła?

— Georgina? Co ty tutaj robisz? — wypowiedział na głos swoje myśli, gdy tylko zamknął za sobą drzwi loftu.

— Czekam na ciebie. Długo ci zajęło to buszowanie po ulicach. — odparła ironicznie wstając z kanapy.

— O hej Dan! — zawołał radośnie Eric, a gdy zobaczył swojego przyjaciela, to przez jego twarz przeszedł cień przerażenia. — Jezu… co ci się stało? Ktoś cię zaatakował?

— Oh, nie. — Dan zaśmiał się nerwowo i mimowolnie położył dłoń na swoim policzku. — Pamiętasz tą scenę w Kevinie, gdy Marv na boso wchodzi przez okno domu McCallister'ow i stopami nadeptuje na bombki?

— Tak… — chociaż Eric potwierdził, że kojarzy wspominaną scenę, to jego twarz mówiła, że nie widzi żadnego powiązania miedzy sceną w tym filmie, a twarzą Dan'a.

— Więc tak jakby ja też dostałem od dzieciaka szklaną bombkom, ale nie w stopy tylko w twarz. — powiedział najbardziej żenującą wymówkę, na jaka było go stać, a widząc wywracające oczy Georginy upewnił się, że była beznadziejna.

— Co? Czemu?

— Nie wiem, jakieś durne dzieciaki zamiast śniegiem rzucały się bombkami. — odparł nieco wymijająco i rzucił okiem na telewizor. — Coś oglądacie? — zmienił temat, bo wiedział, że to jest stąpanie po cienkim lodzie i Eric zacznie zadawać zaraz za dużo pytań.

— Oh, tak. — Eric odwrócił głowę na ekran monitora. — Wiadomości. Jakiś idiota biega po mieście z kijami baseballowymi i niszczy samochody.

— Serio? — Dan miał nadzieję, że głos mu nie drżał, gdy to mówił. — Mówili coś jeszcze? Jak wygląda albo coś?

— Nie. Tylko, że kilka osób widziało kogoś średniej postury i z kominiarka na twarzy. — wyjaśnił van der Woodsen z powrotem patrząc na telewizor jakby miał zobaczyć tam przestępcę, a przecież stał on obok niego. — Kto mógłbym zrobić coś takiego i po co?

— No właśnie, kto to mógłby być? — wtrąciła się Georgina ze znaną sobie ironię w głosie patrząc znacząco na Dan'a, który zbyt głośno przełknął ślinę.

— Czekałaś na mnie, prawda? Chcesz pogadać?

— Tak, ale w cztery oczy. — odparła patrząc znacząco na Erica, który był dla niej zbędny.

— Nie krępujcie się. Ja właśnie wychodzę. Umówiłem się. — odezwał się blondyn i ruszył w kierunku wieszaka, gdzie ubrał na siebie kurtkę.

— Serio? To randka? Znam go? — zapytał zaskoczony Dan, bo jego przyjaciel ani słowem nie wspomniał, że się z kimś spotyka.

— Nie, to nie jest żaden on. Umówiłem się z koleżanką na takie przedświąteczne ploteczki.

— Oh, okej.

— Koleżanką? — wtrąciła się brunetka zakładając dłonie na piersi i uważnie przyglądając się van der Woodseenowi. — Nie jesteś za duży na to, aby nie nazywać rzeczy po imieniu? Randka ro randka, a nie spotkanie na ploteczki.

— Do widzenia Georgina. Miłego lotu do Sydney. — pożegnał się kąśliwie Eric i wyszedł zanim ktoś zdążył zauważyć, że się rumieni.

— Więc czego chcesz? Po co przyleciałaś? — zapytał spokojnie Dan, gdy zostali sami.

— Dostałam wiadomość od Chuck'a i oto jestem. — zaprezentowała się dumnie. — I jak widać w samą porę. Parząc na twoje beznadziejne działania, to raz do twoich drzwi zapuka policja.

— Nie wiem, o czym mówisz. — wyminął ją i skierował się do aneksu kuchennego, gdzie zaczął wystawiać szklanki na blat oraz butelkę soku pomarańczowego. — Chcesz się czegoś napić?

— Nie. — Georgina poszła za nim i usiadła naprzeciwko niego. Wyciągnęła z kieszeni telefon i zaczęła czytać coś na głos. — Według relacji naszych świadków młodzieniec miał na sobie czarną bluzę z kapturem, czarne spodnie, sportową torbę z Nike oraz kominiarkę poharataną przez odłamki szkła. Na pewno ma blizny na twarzy. — przestała czytać odkładając i popatrzyła znacząco na Dana. — No patrz. Dokładnie jak ty. Co za zbieg okoliczności, prawda?

— To jedyny pomysł na jaki wpadłem, dobra? — odparł i napił się soku z butelki. Był zdenerwowany i zestresowany. Co jeśli Georgina ma rację i ktoś go rozpozna?

— Wyjątkowo głupi. Zostawiać kije z napisem NIEWINNY? — prychnęła ironicznie. — Co ty sobie myślałeś? Naoglądałeś się za dużo filmów noir?

— Myślałem, że mam za mało czasu anim Vic zacznie się upominać o efekty moich działań. Co miałem zrobić? — próbował się wytłumaczyć.

— Poczekać na Chuck'a. To jedyne, co miałeś zrobić, a tak to tylko nabrudziłeś, jak zwykle Humphrey. — odparła z nieudawaną odrazą. — Ale nie przejmuj się – naprawię to.

— Jak niby zamierzasz to zrobić?

— Liczę na to, że nie zniszczyłeś wszystkich samochodów przysięgłych.

— Nie. Kilka jest na mojej liście.

— Więc ją wyrzuć, a najlepiej spal i pozwól mi działać.

— Co zamierasz zrobić?

— Poprawką – co już zrobiłam. — poprawiła go i ponownie wyciągnęła telefon, ale tym razem ekran pokazała w kierunku Dana. — I co ty na to?

Humphrey zmarszczył brwi i wziął telefon brunetki w dłonie, aby bliżej zobaczyć zdjęcie, które tam było. Przedstawiało kilku mężczyzny, którzy zostali przyłapani (chociaż oni o tym nie wiedzieli, bo zdjęcie było zrobione z ukrycia) w dość dwuznacznej sytuacji erotycznej. Na łóżku podczas dziwnych zabawa między sobą oraz zapewne prostytutką na zmówienie. Doskonale było widać ich twarze i Dan rozpoznał je z teczki, które otrzymał od Vic. Na sam widok zrobiło mu się niedobrze i z odrazą oddał telefonie Georginie.

— To jest obrzydliwe. — skomentował z niesmakiem.

— Wiem, ale sami dali ci powód, aby ich zaszantażować.

— Ska to masz?

— Jak mówiłam – mam swoje sposoby i doskonale znał naturę znudzonych małżeństwem oraz rodzinnym życiem kolesi po pięćdziesiątce. — odparła tajemniczo z zadziornym uśmiechem. — Wysłałam ci to na mail'a. Zrób z tego użytek. — dodała na koniec i wstała kierując się w kierunku wyjścia.

— Georgina… — zawołał za nią Dan czekając aż się odwróci. — Dziękuję.

— Nie robię tego za darmo. Kiedyś odbiorę swoją przysługę, Humphrey.

— Nawet nie pomyślałem, że może być inaczej. — posłał jej najbardziej sztuczny uśmiech na jaki było go stać.

— Wesołych świąt Dan. Pozdrów Blair. — posłała mu całusa na odległość. Oczami Dan'a był najbardziej jadowity jaki mógł dostać.

— Nawzajem.

Georgina zniknęła, a Dan został sam ze swoimi myślami oraz bolącymi mięśniami. Wiedział, że jutrzejszy poranek będzie dla niego ciężki, ale chociaż nie będzie musiał powtarzać tego, co robił dzisiaj wieczorem. Kompromitujące materiały od Georginy powinny być wystarczające, aby użyć ich do szantażu. Wystarczyło to tylko wysłać i po sprawie. Nigdy nie robił takich rzeczy i miał okropne wrażenie, że to jest dopiero początek. Chciałby, aby ta cała sprawa ze śmiercią Harolda się skończyła, ale Chuck miał rację – po raz pierwszy byli blisko całej sprawy i mogli dopaść zabójcę. Musiał się poświęcić i musiał to wytrzymać.

Dan usłyszał pukanie do drzwi i się zdziwił. Pomyślał, że Georgina wróciła, ale to było trochę nie w jej stylu. Czemu po prostu nie weszła tylko czekała aż jej otworzy? Przez pięć minut nabrała dobrych manier.

— Zapomniałaś o czymś? — zawołał przez drzwi, ale nikt mu nie odpowiedział.

Humphrey podszedł do drzwi i je odtworzył, ale za drzwiami nie było nikogo. Już miał je zamykać, gdy zobaczył, że na ziemi leży małe, zielone pudełeczko. Było zapakowane jak na prezent. Zaintrygowany sięgnął po nie i rozwiązał kokardkę. W środku jednak był tylko niedopalony kawałek papierosa. Dan zmrużył brwi. Nie rozumiał, po co ktoś mógłby to zostawić. Czy to żart? Wziął pudełko ze sobą i zamknął za sobą drzwi loftu. Nadal patrząc do wartości pudełka. Może coś pominął? Może było w tym coś więcej? Po co ktoś miałby mu wysyłać papierosa?

Odpowiedź jednak przyszła chwilę później w wiadomości tekstowej SMS. Dan dostał powiadomienie od nieznajomego numeru. Przesunął palcem po ekranie na ikonkę koperty i otworzył wiadomość. Najpierw pokazało mu się zdjęcie – jego podczas zniszczenia niebieskiego chevrolet'a. Poczuł zimny dreszcz na plecach i żołądek podszedł mu do gardła.. Nie, to nie może być prawda. Oczywiście oprócz zdjęcia był również podpis:

KIJ

POWIEDZIAŁ

MI

ŻE…..

JESTEM NIEWINNY!

Miesiące czekania w tym ponurym mieście nareszcie się opłaciły! Dziękuję za taki piękny prezent. To tylko jedno zdjęcie i pamiętaj, że mam ich więcej. Panom w czarnych koszulach na pewno się spodobają. Wesołych świąt Dan!
XOXO, GOSSIP GIRL

Plotkara! Musiała tutaj być! Dan wybiegł z loftu nie zakładając na siebie ani kurtki ani czapki. Wyskoczył na zaśnieżony chodnik i zaczął się nerwowo rozglądać próbując namierzyć tą osobę, którą zostawiła mu to pudełeczko. Nie mogła odejść za daleko. To musi być ktoś, kogo znał. Nikt obcy by go nie zadręczał i nie śledził.

Odwrócił się na lewo i wtedy go zobaczył. Znajoma twarz. Twarz, o której może by nie pomyślał, ale twarz, która się tutaj znalazła. To nie mógł być przypadek. Zdecydowanie nie. Minęło za krótki okres czasu. To on musiał być Plotkarką. Dan ruszył za nim biegiem i gdy był kilka kroków przed nim, to zrobił wyskok złapał go za kołnierz koszuli i rzucił go z impetem na ziemię. Sam upadł obok niego i założył mu gardę, aby nie mógł się ruszyć i wyrwać.

— Mam cię! — krzyknął zadowolony z siebie. Ta akcja była filmowa i szkoda, że tym razem nikt go nie nagrywał.

— Co ty robisz człowieku? Odbiło ci? — Scott próbował się wyrywać, ale uścisk Dan'a był za mocny.

— Nieładnie tak zostawiać paczki pod drzwiami i uciekać bez słowa.

— Co? O czym ty mówisz?

— Nie udawaj!

— Nie udaję! Weź mnie zostaw!

— Wiem, że to byłeś ty! To ty mi to zostawiłeś! To ty mnie dręczysz od lat! Co innego byś tutaj robił?!

— Tata mnie tu wysłał! — krzyknął mu w twarz i odepchnął na tyle mocno, że uścisk Humphrey'a nieco się rozluźnił. Miałem zapytać się ciebie, czy będzie tu wolne miejsce do spania na święta, ale zrezygnowałem, gdy tylko stanąłem w progu. — powiedział na jednym wydechu i popatrzył na Dan'a jak na kogoś nienormalnego.

— Oh, nie wiedziałem. Przepr…

— Daruj sobie! — przerwał mu i wysunął dłoń jakby próbował go zablokować. — Jesteś kompletnym świrem! Ja i moja rodzina poradzimy sobie sami! — wrzasnął mu w twarz i odszedł.

Scott pobiegł tak szybko, że Dan nawet nie zdążył wstać. Jeszcze dałby sobie rękę uciąć, że słyszał jak krzyczy, że cała to rodzina to dom wariatów. Na pewno o wiele się nie pomylił. Dan zwątpił w siebie i poczuł się zawstydzony z powodu tego jak oskarżył Scott'a o bycie Plotkarą. Nie powiedział tego wprost, a Scott nie wiedział, o czym do niego mówił. Nic dziwnego. Trochę to zepsuł.

Dan westchnął ciężko patrząc przed siebie, ale jego przyrodniego starszego brata już nie było. Chciał przeprosić, ale ten nie chciał słuchać, a teraz był już za daleko. Zresztą, nie chciał za nim biec. Co mógłby mu powiedzieć? Głupio wyszło i tyle. Ojciec powinien go uprzedzić, że wysłała tutaj Scott, ale oczywiście tego nie zrobił, bo pewnie nadal ma się za właściciela loftu i nikogo nie musi pytać o zdanie. Pewnie chciał przy punktować u Scott'a, bo przecież pozoruje się na idealnego ojca. Ciekawe, co zrobiła Lily? Upiekła świąteczne pierniczki? Od kiedy w ogóle Scott mówi na Rufusa tato? Czy on coś przeminął? Rodzinny cyrk trwa, a to dopiero początek.

/

Chwilę później Dan ruszył metrem na Upper East Side. Zamierzał zobaczyć się z Blair, ponieważ to była pierwsza osoba, o której pomyślał. Jeszcze nie wiedział, co jej powinien powiedzieć, bo przecież nie mógł. Chuck by go chyba zabił, gdyby Blair poznała wszystkie szczegóły. Chociaż bardzo chciał ją wtajemniczyć, to wiedział, że Chuck ma rację i wiedza bywa niebezpieczna. Zwłaszcza taka.

Znalazł się przed apartamentem Waldorf i chwilę się zastanowił zanim uderzył dłonią w drzwi. Miał zawahania nie tylko z powodu, czy powinien tutaj przychodzić. Przypuszczał, że drzwi może otworzyć mu ktoś inny niż Blair i zapewne będą zadawać pytania o jego twarz w plastrach. Przecież to zwraca uwagę. Musiałby się tłumaczyć wieloma wymówkami. Na pewno nie powtórzy tej samej, która uraczył Erica. Była za głupia i dziwne, że jego przyjaciel nie zwrócił uwagę na taką głupotę, ale dobra. Miał nadzieję, że van der Woodsen nie wróci do tego tematu.

Zdecydował się w końcu i zapukał. Otworzyła mu Blair – najpierw z promienistym uśmiechem, tylko powoli zmieniał wyraz, gdy patrzyła na twarz Dan'a.. Wiedział, że to zwróci jej uwagę. Może powinien przyjść tu w kominiarce i powiedzieć, że przebrał się za Batmana i świętuje z opóźnieniem Halloween. To wcale nie był głupi pomysł. Szkoda, że wpadł na niego stojąc przed jej drzwiami.

— Co się stało? — spytała przerażona widząc jego twarz. — Chcesz być białą wersją Muhammad Ali?

— Przyjmiesz samotnego wędrowca? — zapytał ignorując jej pytanie. Nie potrafił jej okłamać tak perfidnie w oczy.

Blair otworzył szerzej drzwi i zaprosiła go do środka. Wzięła go za rękę i zaprowadziła w kierunku kuchni, gdzie nie było nikogo, tylko porozstawiane rzeczy na blacie na środku kuchni oraz wszędzie. Generalnie był bałagan oraz wyraźny nieporządek. Widać było, że rodzina Blair na pełnej parze przygotowuje się do świąt.

— Zaczęliście przygotowania do świat? — zapytał wskazując palcem na to wszystko.

— Tak. Od paru lat wszystko robimy sami. Cyrus i Aaron się upierają. — wywróciła oczami i Dan wiedział, że to jej nie pasuje wcale, ale zwyczajnie została przegłosowana. Uśmiechnął się rozbawiony. — Powiesz mi, co się stało?

— Okłamałem cię.

— Okej?

— Jest coś, o czym ci nie powiedziałem. Mam przed tobą tajemnicę.

— Co to takiego? — zapytała zakładając dłonie na piersi.

— W tym rzecz, że nie mogę ci powiedzieć.

— Dan…

— Blair, proszę. — przerwał jej i spojrzał na nią swoimi ciemnymi oczami. — Nie mogę ci powiedzieć, ale zaufaj mi.

— Jak mogę ci zaufać w ciemno nie wiedząc, co robisz? A definitywnie coś robisz. — w jej głosie można było usłyszeć wyraźną irytację. — Powiedz mi, co to jest.

— Nie mogę.

— To po co była nasza rozmowa? Czy nas związek jest na serio?

— Jak możesz mieć wątpliwości? Oczywiście, że jest.

Dan podszedł do niej i chwycił jej twarz w swoje dłonie.

— Kocham cię. — powiedział patrząc w jej oczy. — Nie chodzi o żadną inną kobietę.

— Wiem, że nie chodzi. — odparła i pocałowała go w dłonie, które następnie splotła ze swoimi. — Po prostu się boję, że wpakowałeś się w kłopoty.

— Zaufasz mi? Obiecuję, że o wszystkim ci powiem, gdy będzie po wszystkim.

— Nie wiem Dan…

— Blair…. Proszę…

— Mogę się postarać, ale gdy będzie to dla mnie za dużo, to powiesz mi prawdę, dobrze?

Dan smutno pokiwał głową i przytulił ją do siebie. Chyba nie miał wyboru. Chuck go zabije za to, ale może najpierw wcześniej przygotowuje go na taką ewentualność? Blair powinna wiedzieć. Chodziło o jej tatę. Tak, porozmawia z Chuckiem i przekona go do tego, aby wtajemniczyć Blair. Skoro jest ktoś taki jak Georgina, to czemu nie Blair?

— Danielu?

Humphrey odwrócił się i zobaczył za sobą mamę Blair – Eleonor. Uśmiechnął się do niej serdecznie i poszedł się przywitać.

— Pani Rose miłą panią widzieć.

— Boże. Co ci się stało w twarz?

— Zaciąłem się przy goleniu. — odparł bez zastanowienia i chociaż Blair stała za nim, to dałby sobie rękę uciąć, że wywróciła teraz oczami. — Dawno państwo przyjechali? — zmienił temat.

— Wczoraj, a dzisiaj rano przyjechał Aaron i od razu zaczęliśmy przygotowania do świat.

— Tak, zauważyłem. — zaśmiał się rozglądając po kuchni.

— Wpadniesz do nas na święta?

— Chciałbym bardzo, ale nie mogę. Mój tata i Lily organizują nam święta. Obecność obowiązkowa. — westchnął i zerknął na Blair, która podeszła i wzięła go za rękę.

— Ale w drugi dzień możesz nas odwiedzić, prawda? Jestem pewna, że Mikołaj zostawił coś tobie pod choinką. — popatrzyła na niego znacząco i puściła mu oczko.

— Skoro tak, to chyba mam usprawiedliwienie.

— Dziękuję mamo. — odezwała się Blair. — Zrobiłaś coś w pięć minut, co ja próbowałam zrobić w cały wieczór. — popatrzyła na niego znacząco. — A wystarczyło tylko powiedzieć, że Mikołaj przyniesie prezent. — zaśmiała się.

— Daj spokój. — Dan wywrócił oczami.

— Zostaniesz na noc? — zwróciła się do swojego chłopaka.

— Tak, myślę że mogę.

— Ok, to w takim razie idę się wykąpać. — pocałowała go i odeszła. — Dołącz do mnie.

Dan został sam z Eleonor. Poczuł się trochę zawstydzony, ale przecież zarówno on jaki Blair byli dorośli.

— A jak inne sprawy? — zapytała, gdy zostali sami.

— Inne sprawy? — powtórzył i popatrzył na nią jakby próbował sobie o czymś przypomnieć.

— Blair opowiedziała mi o twoim przyjacielu. Cedric, tak? — popatrzyła na niego. — Straszna historia.

— Tak, mój przyjaciel z dzieciństwa.

— Jak się czujesz?

— Staram się do tego przyzwyczaić, ale…

— … nie ma dnia, w którym byś o nim nie myślał? — weszła mu w słowo i dokończyła za niego. Sama w końcu straciła swoją przyjaciółkę Lucy. Z tą różnicą, że Eleonor i Lucy miały ze sobą kontakt, a Dan i Cedric nie. Oczami Humphrey 'a była to zupełnie inna sytuacja, ale mama Blair sprawiała wrażenie, że widzi w tym podobieństwo.

— Tak. — przytaknął.

— Chcesz usłyszeć radę, od kogoś kto stracił przyjaciela? — usiadła przy blacie kuchennym i dłonią zachęciła go, aby zrobił to samo.

— Pewnie. — Dan niepewnie usiadł na przeciwko mamy Blair. Czuł się trochę dziwnie, ale tak naprawdę to byłą pierwsza osoba, z która mógł porozmawiać o stracie. Miał wrażenie, że ona doskonale go zrozumie.

— Nigdy się do tego nie przyzwyczaisz.

— Nigdy nie będzie lepiej?

— Ból, który czujesz z czasem będzie mniejszy, ale żal zostanie z tobą na bardzo, bardzo długo. Będziesz wracał do przeszłości, wspomniał, rozważał i zastanawiał się, czy mogłeś coś zrobić lepiej, aby ta relacja pod koniec wyglądała lepiej.

— Mówi pani o sobie i Lucy, prawda?

— Można tak powiedzieć.

— W tym rzecz… — zaczął niepewnie. — Pani i Lucy byłyście przyjaciółkami, gdy faktycznie ta tragedia się stała. Rozmawiałyście często, spotykałyście się na kawie, dawaliście sobie prezenty na święta i tak dalej. A ja i Cedric? Nie rozmawiałem z nim od lat. Mam wrażenie, że nie mam prawa za nim tęsknić.

Eleonor chwyciła go za rękę i popatrzyła na niego spojrzeniem, które mówiło, że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że wie jakie emocje targają teraz tego młodego człowieka.

— Nie mów tak. — odparła i popatrzyła mu w oczy. — Masz do tego prawo. Masz do tego stuprocentowe prawo. Każdy, kto stracił swojego przyjaciela ma do tego prawo. Nieważne, czy ostatnio byłeś z nim blisko czy nie. Cedric był częścią ciebie. Nawet jak było to dzieciństwo, to miał w twoim życiu swoje miejsce. Masz prawo za nim tęsknić i masz prawo za nim płakać. Nie walcz z tymi emocjami.

Dan nieśmiało otarł łzy z policzka. Chyba tego potrzebował. Czegoś w rodzaju oczyszczenia i zapewnienia, że ma prawo tęsknić za kimś, z kim nie rozmawiał od lat. A tak było – brakowało mu Cedrica i z każdym dniem pojawiała się w nim taka żałość za to, że ich znajomość po prostu się skończyła. Gdyby mógł cofnąć czas, to zdecydowanie zrobiłby wszystko inaczej. Gdyby mógł cofnąć czas, to cofnąłby się do dzieciństwa, aby przeżyć je na nowo i bardziej intensywniej, aby mieć z niego zapamiętanych więcej wspomnień.

— Dziękuję.

— Nie masz za co Danielu. — powiedziała radośnie i wstała od stołu. — Czy teraz jest wszystko w porządku?

— Myślę, że tak.

— Ale jeśli by nie było, to wiesz, że możesz do mnie przyjść?

— Teraz już wiem, że tak.

/