44. KSIĄŻKI I PIWO KREMOWE


OGŁOSZENIE PARAFIALNE: W poniedziałek idę do szpitala, więc następny rozdział pojawi się, dopiero kiedy wyjdę. Nie biorę ze sobą laptopa, ale myślę, że będzie to za tydzień, maksymalnie za dwa. Trzymajcie kciuki : )


– Nie!

Czuła się słabo i prawie traciła zmysły przez rozdzierający ból głowy. Pragnęła, aby Harry doń wrócił. Czy odszedł, ponieważ się rozgniewał? Chciała, żeby wszystko było po staremu. Oczywiście, zmierzyłaby się ponownie z oskarżeniami i poczuciem winy, ale mogłaby przynajmniej go zobaczyć…

Ukryła twarz w dłoniach i rozpaczliwie zapłakała. Zanim się zorientowała, poczuła wokół siebie silne, męskie ramiona i ciepłotę drugiego ciała. Mimo że wciąż miała zamknięte oczy, natychmiast rozpoznała znajomy zapach. Wiedziała, że powinna się odsunąć, ale nie dała rady. Nie podniósłszy protestu, pozwoliła na wzmocnienie uścisku i kojące pocieranie po plecach.

– Minerał w pierścieniu jest Kamieniem Wskrzeszenia? – Usłyszała po dłuższej chwili milczenia. Skinęła głową, niezdolna do udzielenia werbalnej odpowiedzi, a ciepła dłoń przeczesała jej włosy. – Użyłaś go przed chwilą? – zapytał Tom, więc ponownie przytaknęła. – Kogo przywołałaś? Rona?

– Nie… – wyszeptała zachrypniętym od płaczu głosem. – Najlepszego przyjaciela. Był dla mnie bratem.

Mimo że była obejmowana i uspokajana, przed oczami wciąż widziała półprzezroczystego Harry'ego. Sekundę później wróciła wspomnieniami do czasów, kiedy żył i wesoło się śmiał. Potem znów był niematerialny i przerażająco smutny. Wstrząsnął nią szloch, gdy ponownie zobaczyła go martwego w Ministerstwie Magii.

Czemu mnie zabiłaś?

– Nie powinnaś była używać Kamienia Wskrzeszenia – powiedział miękko Tom.

Hermiona opuściła ręce i powoli podniosła głowę. Oczy miała opuchnięte od płaczu, a wizję trochę zamazaną, ale szybko zlokalizowała twarz Riddle'a. Zatopiła się we wspomnieniach. Zobaczyła całą masę martwych ciał, okropieństwa wojny i nieskończoną ilość bólu. Jasnoszare, patrzące nań ze współczuciem oczy, mogły stanowić dla niej bezpieczną przystań, bowiem przebijały się przez migawki.

Musiał podtrzymywać przedstawienie, bo przecież nie mógł być szczerze zainteresowany stanem jej zdrowia czy umysłu. Ból głowy uderzył weń ze zdwojoną siłą, zaś policzki miała mokre od łez. Zrobiło jej się niedobrze. Ostatkami sił odepchnęła od siebie chłopaka i upadła na białą, marmurową podłogę, wciąż nie mogąc się pozbierać. Żal, który czuła, przeobraził się w złość. Musiała się wyładować.

– To twoja wina! – syknęła.

Swoim wybuchem zdołała tylko wzmocnić troskę widzianą w jasnoszarych oczach. Nie, nie! To nie mogło być prawdziwe zmartwienie. Wszystko było kłamstwem, ponieważ to ona zawiniła. Otworzyła usta i zagłuszyła ostatnią myśl krzykiem.

– To twoja wina! – powtórzyła.

Musiała stąd wyjść i to natychmiast. Kiedy zamknęła oczy, znów zobaczyła Harry'ego, bladego, półprzezroczystego i smutnego. Dałaby sobie uciąć głowę, że był głęboko nią rozczarowany, jak również miał doń pretensje.

Zacisnąwszy usta, z trudem podniosła się na nogi.

– Chcę stąd wyjść – powiedziała łamiącym się głosem.

Nie wiedziała, czy mówi do siebie, czy też do Toma. Jakby w amoku, spojrzała na leżący na podłodze złoty pierścień z czarnym kamieniem. Chwiejnym krokiem do niego podeszła, a gdy się schyliła, zrozumiała, że nie może go ponownie dotknąć. Co, jeżeli znów wezwie Harry'ego…? Wyprostowała się i bezradnie spojrzała na Riddle'a, który natychmiast się przy niej znalazł, bez słowa podniósł sygnet i schował go do kieszeni swojej szaty. Mimo że znalazła się w mocnych objęciach, wciąż się niemiłosiernie trzęsła, a ból głowy tylko się nasilał. Chciała wyswobodzić się z uścisku, ale zrobiła coś zupełnie przeciwnego – objęła chłopaka ramionami i się do niego przytuliła, chowając twarz w materiale jego koszuli.

– Pokój wspólny… – wyszeptała po chwili, nie mając siły na więcej.

Pragnęła się stąd wydostać, bowiem ta wszechobecna sterylność doprowadzała ją do szaleństwa i skraju wyczerpania. Kiedy poczuła, że jest obejmowana w pasie i przytrzymywana w miejscu, mocniej zacisnęła dłonie na mundurku ślizgona. Ledwo widziała drogę, ponieważ przez cały czas płakała. Nie wiedziała, czy na pewno jest prowadzona do pokoju wspólnego. Może chciał zabarykadować się w jakiejś opustoszałej klasie i ponownie zabawić się w przesłuchanie. Prawdę powiedziawszy, pogodziła się ze swoim losem, gdyż spotkanie z Harrym uświadomiło jej, że zasługiwała na wszystko, co najgorsze.

Kiedy zaczęła drżeć, Tom wzmocnił uścisk, zadowolony, że postanowiła przynajmniej tym razem nań polegać. Nie powinienem był oddawać jej pierścienia, pomyślał, zły na samego siebie. Gdy zażądała sygnetu, wyczuł, że coś kombinowała, ale nie przewidział podobnego rezultatu. Najzwyczajniej w świecie nie wiedział, że minerał, który osadzono w złocie, jest Kamieniem Wskrzeszenia. Zacisnął usta, gdyż powinien był wcześniej zauważyć to powiązanie. Hermiona zawsze poszukiwała Insygniów Śmierci, a potem poprosiła go o oddanie pierścienia Gauntów.

Kiedy wchodzili po schodach, zwrócił szczególną uwagę na ostrożne stawianie kroków, bowiem dziewczyna nadal zaciskała dłonie na jego koszuli, jakby się obawiała, że zaraz się przewróci. Popełnił olbrzymi błąd, rezygnując z rodowego sygnetu.

Dobrze się złożyło, że postanowił za nią podążyć. Niewiele później znalazł ją w Pokoju Życzeń w towarzystwie młodego mężczyzny, który był duchem, albo bytem bardzo doń podobnym. Nie widział twarzy tego chłopaka, ale to wystarczyło, aby uznał sytuację za dziwaczną. W pewnym momencie zjawa zniknęła, a Hermiona zupełnie się rozkleiła. Mimowolnie spojrzał w dół i zobaczył, że wciąż pochlipuje i zadrżał, przypomniawszy sobie, w jakiej znalazła się rozsypce. Już wcześniej widział ją w podobnym stanie. Koniecznie musiał się dowiedzieć, czemu się tak załamała. Kto śmiał ją skrzywdzić?

Niepokój, który dotychczas odczuwał, został zastąpiony przez wściekłość. Jego magia gniewnie zapulsowała, domagając się odnalezienia i ukarania sprawców. Z przyjemnością patrzyłby, jak są rozdzierani na strzępy. Wrogowie musieli pożałować swych czynów i odpokutować bólem winy. Nikomu nie był wolno dręczyć dziewczyny, na której mu zależało. Wszak doń należała. Nikt nie miał pozwolenia, żeby podnosić na nią ręki, dotknąć jej lub nawet się do niej zbliżyć. Wszystkiego dopilnuję, pomyślał, zdeterminowany. Każdy, kto stanie mu na drodze, gorzko pożałuje!

Jesteśmy ze sobą związani!

Nie zdołał się opamiętać na czas i pozwolił swojej magii zawisnąć w powietrzu, dlatego też Hermiona jęknęła cichutko i mocniej się doń przytuliła. Wziął głęboki, uspokajający oddech i spróbował się opanować. Zdecydowanie nie chciał jeszcze bardziej jej martwić, zwłaszcza że już czuł pełzającą po skórze rozpacz – wydawała się z niej wylewać hektolitrami, jakby w poszukiwaniu wskazówek i ujścia. Jej magia była niepohamowana. Tom przyciągnął dziewczynę bliżej i otulił własną mocą, żeby czuła większe wsparcie. Szczerze mówiąc, ulżyło mu, kiedy wreszcie dotarli do pokoju wspólnego Gryffindoru.

– Somalijska ryjówka słoniowa – wypowiedział hasło, a portret natychmiast odsłonił im przejście.

Na szczęście w środku siedziało zaledwie kilku gryfonów, którzy jeszcze ich nie zauważyli, ale wiedział, że była to zaledwie kwestia czasu. W przelocie spojrzał na Hermionę, która nadal była doń przyczepiona i przeklął pod nosem. Wolałby, aby zostali przywitani przez pusty pokój, bo z pewnością nie potrzebowała dodatkowych bodźców w postaci hałaśliwych współdomowników, nagle zainteresowanych stanem jej zdrowia i problemami. Z nadzieją, że dopisze im szczęście, zerknął na schody prowadzące do żeńskiego dormitorium. Wzmocniwszy uścisk na talii dziewczyny, skierował się ku stopniom, ale właśnie wtedy okazało się, że jednak mieli pecha.

– Stój!

Nieznacznie odwrócił głowę i prawie warknął z frustracji, zobaczywszy pędzącego ku nim Longbottoma, purpurowego na twarzy i równie rozwścieczonego.

– Co jej zrobiłeś? – warknął, gdy doń doleciał i rozpoznał, kogo właściwie prowadził.

– Nic – odpowiedział zgodnie z prawdą. Czuł, jak Hermiona mocniej się doń przytula, najprawdopodobniej zaniepokojona krzykiem, dlatego też zaczął masować ją uspokajająco po plecach. – Nie czuje się zbyt dobrze – dodał, słowem wyjaśnienia. – Zaprowadzę ją do dormitorium.

– No oczywiście! – Longbottom był oburzony. – Zostaw ją, potworze! – warknął, po czym chwycił koleżankę za ramię i spróbował odciągnąć.

Tom, słysząc ciche pojękiwanie, prawie stracił nad sobą panowanie. Miał ochotę porządnie przekląć tego idiotę.

– Przestań, Mark.

Zanim zrobił coś, z czego z pewnością musiałby się potem wytłumaczyć, do akcji wkroczył Lupin i powstrzymał przyjaciela.

– Znów robi jej krzywdę! – jęknął w proteście Longbottom.

Amarys pochylił się do przodu i delikatnie odgarnął dziewczynie kręcone włosy, założywszy je za ucho. Tyle dobrego, że przynajmniej jeden z półgłówków postanowił rozeznać się w sytuacji.

– Jesteś gdzieś ranna? – zapytał cicho, a ona lekko potrząsnęła głową. – Co się właściwie stało? – dodał chłodniej, patrząc wymownie na Toma.

Riddle wciąż zmagał się z potrzebą przeklęcia Longbottoma, ale też chciał czym prędzej zabrać stąd Hermionę. Wiedział, że wszczynanie bójki z idiotami do niczego go nie zaprowadzi, więc zagryzł zęby i spróbował opanować nerwy.

– Można powiedzieć, że przeżyła starcie ze swoją przeszłością.

– W porządku. – Lupin wydawał się rozumieć, o co chodzi i skończył z zadawaniem bezsensownych pytań. – Zaprowadź ją do dormitorium.

– Amarysie! – Longbottom znów podniósł głos. – Nie możemy pozwolić mu na samowolkę!

– Skończ, na miłość Merlina, dramatyzować, Mark. Nie zostawimy ich przecież samych. Razem pójdziemy do dormitorium – odparł.

Tom miał ich wszystkich serdecznie dość. Czuł, jak Hermiona drży mu w ramionach, więc nie zważając na towarzystwo, ruszył ku schodom. Stanąwszy przed pierwszymi stopniami, wyciągnął różdżkę i lekko nią machnął, dzięki czemu zneutralizował zabezpieczenia szkoły i bez żadnego problemu mógł wkroczyć na zabroniony mu teren. Gdy dotarł do odpowiednich drzwi, obejrzał się przez ramię.

– Sprawdźcie, czy ktoś jest w środku.

Ci irytujący gryfoni równie dobrze mogli się na coś przydać, jeżeli już zdecydowali się na podążanie jego śladem. O dziwo, Longbottom nie zaprotestował, a wysunął się naprzód, uprzednio rzuciwszy mu skwaśniałe spojrzenie. Sekundę później zapukał do drzwi.

– Jesteś tam, Diano? – krzyknął.

Z sypialni dało się słyszeć szuranie, a potem wrota otworzyły się na oścież. Przywitała ich dziewczyna z długimi ciemnymi włosami, wyglądając na podenerwowaną.

– Co wy tu robicie? – zapytała, zmarszczywszy brwi.

– Hermiona nie czuje się najlepiej – powiedział.

W momencie zmieniła swą postawę. Zamrugała, teraz ewidentnie zaniepokojona i spojrzała na współlokatorkę, która ledwo co stała na własnych nogach.

– Och, nie! Czy mogę w czymś pomóc? – spytała z troską.

– Nie, dziękujemy. Chcielibyśmy jednak zostać na chwilę sami – poprosił blondyn.

– Oczywiście, poczekajcie chwilkę – odparła dziewczyna, po czym odwróciła się na pięcie i zamknęła drzwi.

Z dormitorium dało się słyszeć stłumione rozmowy, a sekundę później wyszła z pokoju razem z gryfonką, którą Tom rozpoznał z incydentu sprzed kilku dni. Momentalnie zawrzała w nim złość, ponieważ rzuciła Hermionie obraźliwie zaciekawione spojrzenie, a potem zerknęła na niego. Uspokoiwszy trochę nerwy, poprawił swój uchwyt i wszedł do żeńskiej sypialni. Zapobiegawczo omiótł pomieszczenie wzrokiem, ale nikogo tu więcej nie było. Odrzuciwszy wahanie, podszedł bezpośrednio do łóżka dziewczyny i odrzucił zarzucony na wierzch czerwony koc.

– Jesteś bezpieczna – powiedział, uprzednio się doń pochyliwszy. – Może się położysz?

Była tak blisko, że po prostu nie mógł się powstrzymać. Czuł ten odurzający, przyjemny zapach bzu, więc poddał się pragnieniu i złożył na jej czole delikatny pocałunek. Ku swojemu przerażeniu zauważył, że zesztywniała mu w ramionach, zaś kątem oka przyuważył, że Longbottom poczerwieniał i ruszył naprzód. Nie chcąc jeszcze bardziej denerwować Hermiony, zluzował uścisk i z żalem pozwolił jej opaść na łóżko. Najgorsze, że ani razu nań nie spojrzała, tylko od razu zwinęła się w kłębek na posłaniu. Westchnął pod nosem, a następnie odwrócił się, podszedł do jej kufra i otworzył wieko.

– Nie zbliżaj się do cudzych rzeczy! – warknął gryfon, ale został zignorowany.

Tom sięgnął po drewniane pudełeczko i znalazł w środku kilka szklanych fiolek. Zrobiwszy szybkie rozeznanie, wziął buteleczkę eliksiru uspokajającego i wrócił do dziewczyny. Ostrożnie, aby jej przypadkiem nie przestraszyć, usiadł na łóżku. Longbottom zmrużył gniewnie oczy na tę poufałość, ale zanim zdążył cokolwiek zrobić, został powstrzymany przez rękę Lupina.

– Co ty wyprawiasz? – Gryfon nadal był podejrzliwy.

Riddle spojrzał nań z irytacją. Byłby naprawdę szczęśliwy, gdyby mógł dobyć różdżki i ukarać go za nieustannie okazywaną bezczelność.

– Próbuję jej pomóc – odpowiedział, częściowo poskromiwszy swój temperament. Idiota miał pewne wątpliwości, ale zdołał zamilknąć. Przy akompaniamencie ciszy Tom mógł ponownie skoncentrować się na Hermionie. – Czy możesz to wypić? – zapytał, delikatnie przesunąwszy dłonią po jej trzęsącym się ramieniu. Uśmiechnął się zachęcająco, kiedy bez słowa odebrała od niego podsunięte pod nos fiolki i rzeczywiście wypiła ich zawartość. Sekundę później ponownie zwinęła się w kłębek. Ostrożnie przeczesał kręcone włosy. Zdecydowanie nie mógł zostawić jej w takim stanie.

– W porządku. Myślę, że najwyższy czas się stąd ewakuować. – Usłyszał i podniósł głowę. Zupełnie zapomniał o obecności dwóch gryfonów. Z zadowoleniem jednak zarejestrował fakt, iż Lupin chwycił ramię Longbottoma i zaczął ciągnąć go ku drzwiom wyjściowym.

– Oszalałeś! – krzyknął z oburzeniem blondyn.

– Wręcz przeciwnie. Hermiona potrzebuje teraz odpoczynku.

– Nie, kiedy on jest w pobliżu.

– Uspokój się, Mark, i pomyśl logicznie. Nie jest tak głupi, aby zrobić jej krzywdę, gdy wiemy, że może być odpowiedzialny. – Argumentacja Lubina nie budziła żadnych zastrzeżeń. – Chodźmy – dodał.

Longbottom niechętnie skinął głową, ale posłusznie opuścił dormitorium. Prawdę powiedziawszy, Toma nieszczególnie obchodziło, co będą dalej robić, gdyż był w pełni skupiony na leżącej na łóżku dziewczynie. Miała mocno zaciśnięte oczy, ale widział, że nadal płakała. Gdy dotknął jej ramienia, lekko się wzdrygnęła, ale poza tym nijak zareagowała. Wyglądało na to, że całkowicie zatraciła się w bolesnej przeszłości. Nie wiedział, kim tak naprawdę był ten upiorny mężczyzna, którego przywołała przy pomocy Kamienia Wskrzeszenia, ale miał wystarczająco dużo wiedzy na temat przeszłości Hermiony, aby spróbować zgadnąć. Wcześniej był szczerze przekonany, że historie, które mu opowiadała, były do cna przesiąknięte kłamstwami, ale teraz musiał przyznać, że był w błędzie i najprawdopodobniej rzeczywiście musiała stawić czoła wojnie, podczas której straciła rodzinę i przyjaciół.

Teraz kiedy zatopiła się we wspomnieniach, Tom zdał sobie sprawę, że jest zmartwiony. Odrzuciwszy wahanie, wślizgnął się pod koc i zaciągnął kotary wokół jej łóżka. Nie zareagowała, nawet gdy położył się obok. Umościł się twarzą do niej, po czym przysunął bliżej. Chociaż nadal była zwinięta w kłębek, wyciągnął do nich rękę i z największą ostrożnością otarł jej mokre policzki, ścierając ślady najnowszych łez.

– Wszystko w porządku – powiedział, kiedy drgnęła. – Nie masz powodu do strachu.

Usłyszawszy ciepłe zapewnienie, Hermiona wreszcie uniosła powieki i nań spojrzała. Oczy miała podpuchnięte od płaczu i zaczerwienione, pełne bólu i desperacji. Nie podobał mu się widok, który przedstawiała, dlatego też jego magia zareagowała dość gwałtownie. Zanim się zorientował, szarpnęła się do przodu, pragnąc ukarania winnych. Na szczęście zdołał się w porę pohamować, bo wiedział, że drażnienie dziewczyny nie jest najlepszym pomysłem, zwłaszcza że była teraz bardzo wrażliwa.

– Nie jestem przestraszona… – wyszeptała zachrypniętym od łkania głosem. – To po prostu… – urwała, nie mogąc dokończyć zdania. Zacisnęła usta w wąską linię i znów zapłakała.

Natychmiast pospieszył ze wsparciem. Objął ją ramieniem i mocno przytulił. Nie stawiała żadnego oporu, najprawdopodobniej dlatego, że ponownie zatraciła się w więzieniu wspomnień. Cała drżała.

– To moja wina, że wszyscy zginęli – powiedziała po dłuższej chwili milczenia.

– Już to przerabialiśmy, prawda? – zapytał z wahaniem.

Gdy trochę się uniosła na łokciu i uważnie na niego spojrzała, poczuł przebiegający po kręgosłupie nieprzyjemny dreszcz.

– Skąd możesz wiedzieć…?

– Znam cię, Hermiono. – Uśmiechnął się łagodnie. – Wiem, że nie skrzywdziłabyś swoich przyjaciół – dodał i zamrugał, zaskoczony, kiedy przejechała palcem wskazującym po jego policzku.

– Ciebie skrzywdziłam – odparła pozbawionym emocji głosem.

– Ustaliliśmy też, że nie jestem twoim przyjacielem – stwierdził z lekką drwiną.

Przez chwilę mu się przyglądała.

– Yhym, chyba masz rację. – podsumowała i trochę się rozluźniła, po czym doń przytuliła. Złapała go za materiał koszuli i ukryła twarz w jego piersi. Wyglądało na to, że eliksir wreszcie zaczął działać, bo wyraźnie się uspokoiła i przestała popłakiwać. Zamiast tego po prostu leżała na łóżku i pozwalała, żeby masował ją po plecach. – Czemu to wszystko jest takie popieprzone? – zapytała. – Dlaczego są ze mną same problemy?

Na moment zaprzestał delikatnych pieszczot.

– Jesteś w porządku, Hermiono.

Wybuchnęła śmiechem, który przypominał szloch.

– Jeżeli wszystko ze mną dobrze, to czemu kręcę się wokół ciebie?

To z pewnością nie był żaden komplement, ale usłyszana w jej głosie desperacja podpowiedziała mu, że nie miała na myśli niczego złego, a chciała tylko wylać swe żale i zwerbalizować uczucia. Była po prostu zrozpaczona konfrontacją z przeszłością i tą dziwaczną zjawą. W odpowiedzi wzmocnił swój uścisk i oparł swoją brodę o czubek jej głowy.

– Ciężko stwierdzić, ale cieszę się z twojego towarzystwa.


Powoli wracała do rzeczywistości, wybudzona głośną typowo dziewczęcą paplaniną. Zacisnęła oczy jeszcze mocniej i wtuliła się w poduszkę. Chciała jeszcze trochę pospać. Tutaj, w swoim własnym łóżku, z zaciągniętymi kotarami, czuła się bezpiecznie. Nie chciała wstawać, opuszczać ostoi, a tym bardziej stawiać czoła światu. Niestety, los miał wobec niej inne plany, ponieważ wesołe rozmowy nie ucichły, a przybrały na sile, przez co uniosła powieki, całkowicie rozbudzona. Została przywitana widokiem czerwono-złotych barw Gryffindoru. Westchnąwszy cicho pod nosem, przewróciła się na boczek. Jak się okazało, była w łóżku sama. Tom był tutaj wczoraj, prawda?

Najwyraźniej zdążył się ulotnić.

Przetarła oczy i powoli usiadła. Wczorajsze wydarzenia wydawały jej się po prostu złym snem. Zadrżała, przypomniawszy sobie upiorną postać Harry'ego. Ostatecznie widmo, które przywołała, okazało się, wbrew wszystkim przewidywaniom, ucieleśnieniem jej największych lęków i obaw, uwidocznionych w pustych, pozbawionych emocji oczach i wyrażającej bezbrzeżny smutek twarzy. Zdecydowanie nie chciała go takim pamiętać. Wolała zachować w myślach obraz wesoło śmiejącego się chłopaka o rozczochranych włosach.

Wiem, że nie skrzywdziłabyś swoich przyjaciół, powiedział Tom.

Co może wiedzieć? Rzuciłaś na Harry'ego klątwę zabijającą, odparł ze złośliwością wewnętrzny głos. Hermiona zacisnęła usta w cienką linię i przeczesała dłonią skołtunione włosy, próbując pozbyć się z wnętrza tego nieprzyjemnego chłodu. Nie chciała więcej się nad tym rozwodzić. Wtem zauważyła leżący niewinnie obok niej złoty pierścionek z czarnym oczkiem. Momentalnie zamarła w bezruchu.

Czemu…?

W uszach słyszała szaleńcze bicie własnego serca. Przecież upadł na podłogę w Pokoju Życzeń. Nie mogła go ponownie dotknąć, dlatego też poprosiła Toma o pomoc. Dlaczego teraz leżał na pościeli? Wyciągnęła drżącą rękę i delikatnie wzięła go w dwa palce, uważając, żeby przypadkiem nim nie obrócić. Czy wypadł chłopakowi z kieszeni? Jakby nie patrzeć, pamiętała, że się z nią położył.

Potrząsnęła głową, nie odrywając wzroku od sygnetu. Przez to, że była nieostrożna i dała się przyłapać, Riddle poznał część rodowego dziedzictwa i zrozumiał, że był w posiadaniu jednego z Insygnium Śmierci. To oczywiste, że nie odpuściłby takiemu skarbowi. Czyżby… specjalnie zostawił tutaj pierścień?

Czemu miałby dobrowolnie oddać jej Insygnium? Wcześniej twierdził, że z uwagi na swoje mugolskie pochodzenie nie zasługiwała na coś równie istotnego. Uważał, że jest bezwartościową istotą. Czemu zdecydował się na przekazanie pierścienia? Z nerwów przygryzła dolną wargę. Musiało być jakieś logiczne wytłumaczenie jego dziwacznego zachowania…

Nie, to niemożliwe!

Stanowczo potrząsnęła głową, a następnie zdjęła miedziany naszyjnik, który jej podarował i zawiesiła sygnet na łańcuszku. Gdy ponownie go zapięła na szyi, poczuła dwukrotnie większy ciężar na nagiej piersi. Prawdę powiedziawszy, była cholernie zaniepokojona bliskością Insygnium. Obawiała się, że przypadkowo się obróci i znów przywoła Harry'ego, ale wiedziała, że potrzebowała pierścienia. To był krok we właściwym kierunku. Teraz w sumie pozostało jej czekać, aż Dumbledore zwycięży Grindelwalda. Kiedy osiągnie sukces, zyska Czarną Różdżkę i z pewnością pelerynę niewidkę. Wtedy przejdzie do ostatniej części planu, odbierze mu Insygnia i nareszcie wróci do domu.

Do domu…?

Z trudem przełknęła to gorzkie słowo i rozsunęła kotary łóżka.

– Och, Hermiono. – Uśmiechnęła się na dzień dobry Rose. – Całkiem dobrze spałaś, prawda?

Zamrugała ze zdziwienia, nie spodziewając się podobnej reakcji współlokatorki. Lucia, odziana w czarny szlafrok, podeszła doń i objęła ją we wspierającym geście ramieniem.

– Lepiej się czujesz? – zapytała i wbiła weń wygłodniały wzrok, najprawdopodobniej licząc na pozyskanie nowych informacji.

– Ee, tak – odpowiedziała. – Wybaczcie, miałam wczoraj naprawdę okropny dzień.

– Na pewno wszystko w porządku? – Diana zmarszczyła brwi.

Gdy się odwróciła, zauważyła, że przynajmniej ta dziewczyna jest rzeczywiście zaniepokojona. Uśmiechnęła się z wdzięcznością. Tak bezinteresowna troska o czyjeś dobro zawsze przywodziła jej na myśl dobre serce Harry'ego. Odchrząknęła, aby pozbyć się guli w gardle.

– Tak, nie musisz się martwić – stwierdziła, a koleżanka odwzajemniła uśmiech.

– Pokłóciłaś się z Riddle'em? – zapytała niespodziewanie Rose, siadając na wściekle różowym posłaniu współlokatorki.

Zmarszczyła w niezrozumieniu brwi.

– Co takiego…? Skąd podobne przypuszczenie?

Smith zachichotała, a chwilę później dołączyła doń Lucia.

– Cóż, wszystko ci wynagrodził, prawda? – Uśmiechnęła się Reeves. – Jakby nie patrzeć, zaciągnął cię do łóżka.

Obie dziewczęta wybuchnęły głośnym śmiechem. Hermiona ograniczyła się do uniesienia brwi, a potem na poważnie rozważyła opcję z zignorowaniem tej bezsensownej rozmowy i podreptaniem do łazienki.

– Wiesz, myślę, że nie powinnaś robić takich rzeczy z Riddle'em – powiedziała Rose, kiedy się trochę uspokoiła.

Lucia skinęła głową.

– Nawet jeżeli jest twoim chłopakiem. Legifer twierdzi, że najlepiej jest poczekać do ślubu.

DeCerto się zarumieniła. Naprawdę nie chciała zagłębiać się w tę dyskusję. Nie były nawet dobrymi koleżankami, żeby rozmawiać o miłostkach i wymieniać się doświadczeniami seksualnymi, na litość Merlina! Co więcej, zdecydowanie nie chciała być pouczana przez pryzmat staromodnych przekonań profesor Legifer.

– Tom nie jest moim chłopakiem – powiedziała z naciskiem ze wszystkich rzeczy, które przyszły jej przed momentem do głowy, zupełnie jakby właśnie to było najważniejsze.

Lucii opadła szczęka, zaś Rose obrzuciła ją potępiającym spojrzeniem.

– Co takiego? – Najwyraźniej była oburzona. – Co ty wyprawiasz? Jak możesz twierdzić, że nie jesteście parą, skoro w zeszłym tygodniu nakryłyśmy go w twoim łóżku – nagiego!

Hermiona zbladła. Jakim cudem dał się nakryć dwóm gryfonkom? Och, Morgano, czemu wtedy się z nim przespała? To tylko komplikowało całą sprawę, zwłaszcza że koleżanki z dormitorium patrzyły nań, jakby była co najmniej dziwką. Sfrustrowana, przejechała dłonią po twarzy. Stanowczo odmawiała kontynuowania tej rozmowy.

– Słuchajcie – powiedziała ostrzej, niż poprzednio. – To zdecydowanie nie jest wasza sprawa. Nie chcę o tym rozmawiać – dodała i odwróciła się na pięcie, gotowa do skorzystania z łazienki. Gdy dotknęła ręką klamki, została jednak zatrzymana.

– Ach. – Rose westchnęła, zupełnie jakby w momencie uszło z niej całe napięcie i przestała się gniewać. – Czyli wreszcie przyznałaś, że coś jest między wami na rzeczy. Wygląda na to, że chcesz utrzymać swój związek w tajemnicy.

Wmurowana w podłogę, spojrzała przez ramię. Smith sprawiała wrażenie szalenie poekscytowanej i w przypływie emocji chwyciła Lucię za ramię. Reeves również była zachwycona tą perspektywą.

– Sekretny romans – podsumowała ze szklistymi oczami. – Historia rodem z ksiąg!

– Nie martw się, Hermiono. Nikomu nie powiemy – dodała wesoło Rose. – Uznajmy, że Riddle może cię odwiedzać, kiedy tylko zechce.

DeCerto zmarszczyła brwi, ale zanim zdążyła coś odpowiedzieć, Lucia pisnęła, jakby doznawszy olśnienia.

– Och, drogi Merlinie! Skoro… no wiesz, to może jesteś…

– Nie wiem, do czego właściwie zmierzasz – odparła cierpko.

Reeves gwałtownie się zarumieniła.

– Eee, skoro… spędzacie ze sobą noce… no wiesz, możesz… być w stanie błogosławionym…

Usłyszawszy podobną sugestię, Rose pokiwała głową, a potem spojrzała sugestywnie na brzuch Hermiony, która była po prostu oburzona.

– Nie jestem w ciąży – powiedziała stanowczo, aby uciąć rosnące plotki w zarodku. – Wbrew temu, co się wam wydaje, rodzice odpowiednio wcześnie mnie uświadomili – dodała i zignorowała sceptyczne miny współlokatorek.

Gdy minęła chwila, a Smith nadal gapiła się na jej brzuch, jakby zaraz nagle miał urosnąć, machnęła ręką i się poddała. Wzruszyła ramionami i wreszcie zabarykadowała się w łazience. Kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi, usłyszała podniecone chichoty dziewcząt, sugerujące, jakby właśnie zaczęły dalej spekulować. W niedowierzaniu potrząsnęła głową. Jako najprawdziwszy mól książkowy od podszewki przerobiła magię antykoncepcyjną, skorzystawszy z wiedzy, którą oferowała hogwardzka biblioteka, pod koniec swojego szóstego roku, kiedy to zaczęła się spotykać z Ronem. Co interesujące, pochłonęła wówczas naprawdę kawał olbrzymiej wiedzy, ale całkiem możliwe, że w bardziej konserwatywnych latach czterdziestych dostęp do niej był mocno ograniczony. W momencie wyobraziła sobie scenę, gdzie pochyla się nad rozłożonymi na stoliku książkami i jest przyłapywana przez Legifer. W głowie, niczym na zawołanie, usłyszała pełen oburzenia głos nauczycielki, mówiący „To uwłaczające, panno DeCerto!". Nie mogąc się powstrzymać, również wybuchnęła śmiechem.


– Zjesz więcej tostów? – zapytał Longbottom, ale uśmiechnęła się i potrząsnęła głową. – Może masz ochotę na jabłko albo dodatkową filiżankę kawy?

Odkąd zeszła na śniadanie do Wielkiej Sali, była przytłoczona troską przyjaciela.

– Wszystko w porządku, naprawdę – odpowiedziała po raz setny.

Gdy spojrzał nań, doszukując się oznak słabości, prawie przeklęła pod nosem. Była zła, że przestraszyła przyjaciół i znów narobiła im kłopotów. Lupin i Weasley siedzieli naprzeciwko i również przyglądali jej się z niepokojem.

Westchnęła.

– Słuchajcie. Strasznie was przepraszam za wczoraj, ale dzisiaj czuję się zdecydowanie lepiej. Nie musicie traktować mnie jak jajko, bo wszystko jest dobrze.

– Co się właściwie stało? – zapytał delikatnie Amarys.

Longbottom przysunął się bliżej i we wspierającym geście położył jej dłoń na ramieniu. Uśmiechnęła się z wdzięcznością i spojrzała z powrotem na Lupina.

– Naprawdę nic złego. Po prostu… – urwała na moment, bowiem opowiadanie nawet okrojonej wersji historii było trudne. – Coś przypomniało mi o Harrym. Tym przyjacielu, którego miałam we Francji.

Mark wzmocnił swój uścisk.

– Przykro nam, że musiałaś tyle przejść – powiedział Richard.

– Dziękuję – wyszeptała, a następnie wzięła głęboki, uspokajający oddech i odwróciła głowę, uśmiechnąwszy się do Longbottoma. Nie chciała, aby ta ponura atmosfera ukierunkowała ich na resztę dnia. – Co z kawą, którą mi obiecałeś?

– Natychmiast, droga pani – odparł blondyn i sięgnął po dzbanek.

– Co zamierzacie dziś porabiać? – zapytała, przystawiwszy filiżankę do ust.

Mark odchylił się na krześle.

– Idziemy na trening quidditcha.

Zmarszczyła brwi.

– Byłam przekonana, że ćwiczycie w poniedziałki, a dzisiaj jest sobota.

– Słodka, nieświadoma panienko. – Uśmiechnął się kpiąco. – Mamy dodatkowe treningi. W przyszłym tygodniu gramy przeciwko Ravenclawowi.

– Och.

– Nie wiedziałaś? – Weasley udał zdziwienie.

– Wręcz przeciwnie. – Zrobiła słodką minę. – Tylko się z wami droczyłam – skłamała i zatrzepotała rzęsami.

– Gdzie posiadałaś szkolnego ducha rywalizacji? – Richard, naturalnie, od razu przejrzał próbę oszustwa.

– Obaj macie niezdrową obsesję na punkcie tego sportu – powiedział Lupin, zaś Hermiona się nadąsała. – To jest prawdziwy problem.

Longbottom pochylił się nad stołem.

– Mówiąc o obsesjach, to przypomnij nam, proszę, coś dziś porabiasz – spytał, aż kipiąc fałszywą ignorancją.

Amarys głęboko się zarumienił, a potem wymamrotał coś niezrozumiałego pod nosem. Reszta wyłapała tylko jedno słowo, a mianowicie „Hogsmeade".

Mark zamrugał, udając zaskoczenie.

– Och, więc wybierasz się do wioski? Czyżbyś umówił się z kimś na spotkanie?

Lupin znów coś wymruczał, mocniej się czerwieniąc.

– Wybacz, nie dosłyszałem – kontynuował blondyn. – Mógłbyś powtórzyć?

– Ze Stellą – odparł Amarys, rzuciwszy przelotne spojrzenie na stół krukonów. Lovegood, jakby wyczuła, że się nań patrzył, uśmiechnęła się pogodnie i pomachała mu ręką. Chłopak odwzajemnił gest, tym razem ze szklistymi oczami.

– Musisz się wziąć w garść, człowieku! – stwierdził Longbottom, a potem wybuchnął śmiechem.

– Jakie masz plany na dzisiaj? – zapytał Weasley, zwracając się do Hermiony.

– Jeszcze nie wiem – odparła zgodnie z prawdą. – Może pójdę do biblioteki.

Mark jęknął i objął dziewczynę ramieniem.

– Nie możesz spędzić następnego weekendu w bibliotece! Tak nie wypada. Jestem przekonany, że znajdziesz coś innego, co odwróci twoją uwagę od zakurzonych książek.

Wróciwszy do rzeczywistości, Lupin, znów opanowany, rozejrzał się po Wielkiej Sali.

– Yhym, albo kogoś – powiedział. – Wygląda na to, że Riddle chce z tobą porozmawiać – dodał, gdy uniosła w niemym zapytaniu brwi.

Zesztywniała i odwróciła głowę. Wszystko się zgadzało, ponieważ Tom niestrudzenie maszerował w jej stronę, przywdziawszy na twarz pozbawioną emocji maskę.

– Dzień dobry – przywitał się, kiedy podszedł wystarczająco blisko.

– Dzień dobry – odpowiedziała potulnie.

Stał tuż za nią, przez co musiała powstrzymać dreszcze. Całkiem szybko zarejestrował, że wciąż była obejmowana ramieniem przez Longbottoma i wypuściła wstrzymywany oddech, zrozumiawszy, że powstrzymywał się przed wybuchem. Na szczęście postanowił oszczędzić im jadowitego komentarza, w pełni skupiając na niej swą uwagę.

– Masz chwilę?

Blondyn natychmiast wzmocnił swój uścisk i zmrużył niebezpiecznie oczy. Oczywiście, musiał się wtrącić.

– Wyobraź sobie, Riddle, że nie…

– Nie mówiłeś przed sekundą, że zaraz masz trening quidditcha, Mark? – Sytuację uratował Lupin, który również postanowił interweniować.

Longbottom odwrócił się do przyjaciela, szczerze zbulwersowany, ale jako że Amarys nie wydawał się poruszony jego złością, szybko spokorniał.

– Jasne, rozumiem – burknął kąśliwie i spojrzał badawczo na Hermionę. – Czy na pewno wszystko w porządku?

– Nie musisz się martwić. – Uśmiechnęła się łagodnie.

Mark przez chwilę nań patrzył, jakby w poszukiwaniu oznak kłamstwa, a potem przeciągle westchnął. Odsunął się trochę, a następnie wstał od stołu.

– Chodźmy – rzucił do Richarda, który także się podniósł. Zanim razem wyszli z Wielkiej Sali, po raz ostatni spiorunował Riddle'a wzrokiem.

– Naprawdę mnie nienawidzi, prawda? – Uśmiechnął się Tom, ewidentnie rozbawiony.

– Cóż, szczerze mówiąc, dałeś mu kilka dobrych powodów – podsumował Lupin, uprzednio odłożywszy na talerz serwetkę. Chwilę później również wstał i uśmiechnął się do Hermiony. – Wybacz, mam umówione spotkanie.

– Oczywiście.

– Mam nadzieję, że jeszcze pamiętasz, co wczoraj powiedziałem. – Spojrzał z uwagą na Riddle'a.

Ten uniósł elegancko brew.

– Naturalnie. Zasugerowałeś, że byłbym głupi, gdybym jakkolwiek ją skrzywdził, zwłaszcza że znajduję się w gronie pierwszych podejrzanych.

– Liczę, że to założenie wciąż obowiązuje. – Amarys skinął głową, po czym odszedł w stronę stołu Ravenclawu.

– Wyczuwam w nim następnego fana – parsknął Tom, a potem skupił się na Hermionie. – Czy mogłabyś poświęcić mi chwilę? – zapytał ostrożnie.

– Właściwie to nie – odpowiedziała, wstała i zaczęła się kierować ku wyjściu. Ku jej ogromnej frustracji, chłopak natychmiast za nią podążył.

– To nie zajmie długo – dodał.

Westchnęła, szczerze zirytowana. Naprawdę nie chciała z nim rozmawiać, zwłaszcza sam na sam. To najprawdopodobniej był najgorszy pomysł pod słońcem. Całkiem możliwe, że zażądałby zwrotu pierścienia Marvolo Gaunta.

Skoro dał ci sygnet, to czemu miałby chcieć go z powrotem?, zapytał z ironią wewnętrzny głos.

Mimowolnie się skrzywiła.

– W porządku – powiedziała, żeby udowodnić sobie, że jest w błędzie.


– Co on, kurwa mać, wyprawia? – Avery był zirytowany.

– Kto? – zapytał bez większego zainteresowania Black, nalewając sobie filiżankę herbaty.

– Riddle, oczywiście!

– O czym ty mówisz? – Alba uniósł brwi. Siedział naprzeciwko Ledo.

– To wręcz nieprawdopodobne, że skacze wokół tej brudnej szlamy.

– DeCerto? – spytał Alphard.

Avery zmrużył oczy.

– Owszem.

Wyżej wspomniana dziewczyna wychodziła właśnie z Wielkiej Sali, naturalnie, w towarzystwie uśmiechniętego Riddle'a. Możliwe, że znów starał się ją uwieść.

– Zupełnie nie rozumiem, dlaczego tak się tym denerwujesz – powiedział Alba, również obserwując wychodzącą parę. – Z tego, co pamiętam, to też próbowałeś zaciągnąć szlamę do łóżka.

– Jest cholernie ładna – argumentował. – No dajże spokój. Jaki facet nie chciałby jej przelecieć?

– Skoro tak twierdzisz, to z czym właściwie masz problem? – Black wzruszył ramionami.

– Wszystkich was popieprzyło. – Lestrange przyłączył się do rozmowy. – Zapomnieliście, że ta dziwka jest szlamą? To, co wyprawia Riddle, jest po prostu obrzydliwe.

Malfoy, który również dotąd milczał, uniósł brwi.

– Już wcześniej próbował się do niej zbliżyć – zauważył z chłodem w głosie. – Może wciąż potrzebuje kilku ważnych informacji.

– Cóż, jasna sprawa. – Avery nawet na sekundę nie oderwał wzroku od wychodzącej DeCerto. – Niemniej jednak czy naprawdę musi ją uwodzić? Szczerze mówiąc, to powoli podchodzi pod zboczenie.

– Owszem. – Lestrange skrzywił się z niesmakiem. – Powinien po prostu wydusić z niej potrzebne informacje i nie bawić się w podobne podchody.

– Byłeś obecny przy ostatniej próbie, prawda? – zapytał go chłodno Malfoy. – Nie złamała się nawet przy długotrwałym Cruciatusie. Nie powiedziała nam ani jednego słowa.

– Zawsze można spróbować ponownie. – Ledo potrząsnął głową, sfrustrowany. – Merlin wie, że Riddle poskromi dosłownie każdego – dodał i nieświadomie przesunął palcami po bliźnie na policzku, ot nawyk, który wyrobił sobie niedawno.

– Jesteś zazdrosny, Avery, bo nagle okazało się, że masz konkurencję. – Black przewrócił oczami. – Wnioskuję, że przegrasz w tym starciu.

– Zamknij się!

Alba odchylił się na krześle.

– Może Riddle nie chce żadnych informacji – powiedział z uśmieszkiem na twarzy. – Jeżeli zignorować fakt, że jest szlamą… to rzeczywiście całkiem ładna z niej panna.

– Jeżeli naprawdę potrzebuje dobrego rżnięcia, to dlaczego akurat z nią? – Lestrange powoli tracił nad sobą panowanie. – Mógłby mieć każdą dziewczynę w zamku. Czemu chce się zadowolić brudną szlamą?


– Skąd wiedziałaś, że oczko w moim pierścieniu jest Kamieniem Wskrzeszenia?

Hermiona drgnęła, zaskoczona bezpośredniością pytania. Nawet odsunęła się o krok, aż uderzyła tyłkiem o stolik, stojący w opuszczonej klasie lekcyjnej. Odległość między nimi szybko się zmniejszyła, ponieważ Tom podszedł do przodu.

– Nigdy wcześniej nawet nie dotknęłaś tego pierścienia – zauważył. – Skąd wiedziałaś?

Zacisnęła usta. Chociaż sprawiał wrażenie opanowanego, zdradzał go czerwony błysk w oczach.

– Nie muszę ci się zwierzać – odpowiedziała ze spokojem.

Zesztywniała, gdy karmazyn przybrał na sile. Igrasz z Voldemortem! Nie zdziw się, jeżeli zaraz cię przeklnie, głupia dziewczyno!, podpowiedział jej wewnętrzny głos.

– Mam prawo wiedzieć, bo podstępem wyłudziłaś ode mnie pierścień – stwierdził z groźbą w głosie.

Usłyszawszy nutę urazy, nieświadomie uniosła rękę i ścisnęła zawieszony na szyi wisior z sygnetem. Mimo wszystko pragnął odzyskać swą własność. Jak mogła być tak naiwna i pomyśleć, że naprawdę oddał jej jedno z Insygniów Śmierci? Stłumiwszy osiadającą na żołądku nerwową gulę, spojrzała na Toma.

– Mogłeś od razu powiedzieć, że chcesz go z powrotem.

Uniósł brwi.

– Co takiego? – zapytał i wyraźnie się uspokoił, ponieważ w momencie wrócił do jasnoszarego koloru oczu. – Nic podobnego, przecież ci go podarowałem.

– Oczywiście – parsknęła, zupełnie nieprzekonana. – Już widzę, jak Lord Voldemort rzeczywiście oddaje Insygnium Śmierci pierwszej lepszej mugolaczce.

– Właściwie to tak.

– Czyli to, że jestem mugolaczką nagle przestało mieć znaczenie? – zapytała z niedowierzaniem.

Tom nie odpowiedział, ale to milczenie było wystarczające. Hermiona poczuła, że ma małe problemy z oddychaniem. Czemu się tak spinała? Przecież nie potrzebowała, a nawet nie liczyła na akceptację. Teraz gdy nań spojrzała, zdała sobie sprawę, że to nie do końca prawda i trochę się oszukiwała.

Nie muszę się dobijać, stwierdziła z pewnego rodzaju odrętwieniem. Uczucia, którymi niegdyś go darzyła, zniknęły, gdy się od niej odwrócił. Już go nie kochała. Ta rozmowa nie miała najmniejszego sensu, ale jeżeli chciała zachować twarz, musiała stąd odejść i to zaraz. Z mocnym postanowieniem odepchnęła się od stołu i skierowała ku drzwiom wyjściowym.

– Gdzie idziesz? – zapytał ostrzej.

Zatrzymała się, ale nie odwróciła. Zacisnęła oczy i wzięła głęboki, uspokajający oddech.

– Cóż, do pokoju wspólnego – odpowiedziała zgodnie z prawdą, brzmiąc na obojętną, zupełnie jakby ta cała sytuacja jej nie przeszkadzała.

I nie powinna!, dodał wewnętrzny głos, jednakże z desperacką nutą.

Zesztywniała, kiedy poczuła dłoń na ramieniu.

– Nie możesz tak po prostu odejść.

Chociaż bardzo się starała, wreszcie straciła samokontrolę. Gwałtownie odwróciła się z wściekłym wyrazem twarzy.

– Liczysz, że mnie powstrzymasz? – syknęła.

Tom zamrugał, patrząc na stojącą przed nim czarownicę. Jakim cudem sytuacja tak gwałtownie się zmieniła? Zupełnie tego nie rozumiał.

– Nie chcę cię w żaden sposób pacyfikować, a tym bardziej zatrzymywać – odpowiedział ostrożnie, zaś w powietrzu wyczuł unoszącą się gniewną magię. – Po prostu pomyślałem, że moglibyśmy przedyskutować kilka spraw.

– Och, więc chcesz ze mną porozmawiać – podsumowała z sarkazmem. – Może powinniśmy umówić się na filiżankę herbaty, skoro wielki Lord Voldemort zechciał porozmawiać z mugolaczką. To interesujące, czym zajmuje się w czasie wolnym.

Zacisnął zęby. Wiedział, że jeszcze długo będzie za to obrywał, ale nie spodziewał się wyrzutów przy okazji każdej pogawędki. Oczywiście, niefortunnie się zdarzyło, że Hermiona miała mugolskie korzenie, ale przecież obiecał, że nigdy więcej nie skrzywdzi jej z tego powodu. Czemu nie mogła dojrzeć prawdy? W pewnym sensie to dziedzictwo straciło na znaczeniu. Teraz była kimś znacznie więcej, aniżeli mugolaczką. Hermiona nawet nie wiedziała, jaka była w rzeczywistości wyjątkowa. Nie rozumiała również, że doń należała. Była mu przeznaczona, dlatego też pojmował, że nikt inny nie zdobędzie jej lojalności. Jedyne, co musiał zrobić, to przekonać dziewczynę, iż powinna stać u jego boku.

– Lubię spędzać z tobą czas. – Uśmiechnął się czarująco.

– No oczywiście – parsknęła. – Wybacz, trochę się spieszę – dodała i odwróciła się w stronę drzwi. Niestety, znów została zatrzymana przez rękę na ramieniu.

– Nie wychodź jeszcze – poprosił.

Uwolniła swą magię, a ta gniewnie przypuściła atak. Tom natychmiast ją puścił i zrobił krok wstecz. Nie było sposobu, żeby przemówić Hermionie do rozsądku, kiedy była równie rozwścieczona. Wyglądała na gotową do wybuchu. Musiał się mocniej postarać, aby ją uspokoić. Z największą ostrożnością przysunął się do przodu i wyciągnął rękę, aby dotknąć jej policzka, ale właśnie wtedy zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Gdy zarejestrowała ruch, odskoczyła w bok, zupełnie jakby obawiała się uderzenia w twarz. To sprawiło, że zamarł w bezruchu, zaniepokojony okazaną defensywnością. Może źle ocenił sytuację? Czy naprawdę kierowała się złością? Zamrugał, szczerze zdezorientowany, a potem ponownie rozeznał się w temacie. Skupił się przede wszystkim na jej mimice. Oczywiście, dojrzał wściekłość, ostrożność, nieufność oraz… strach…?

Obawiała się go…?

Nie mógł na to pozwolić.

– Obiecałem, że nie wyrządzę ci żadnej krzywdy – powiedział łagodnie, a potem prawie westchnął z frustracji. Nie wiedział, co znów uczynił, ale ponownie się od niego odsunęła, pełna rezerwy i niedowierzania.

– Nie pozwolę ci na samowolkę, Voldemorcie! – syknęła ze zdeterminowanym błyskiem w oku.

– Wiem.

– Nienawidzę cię! – warknęła, uprzednio rzuciwszy mu jadowite spojrzenie.

Usłyszawszy te słowa, Tom wciągnął gwałtownie powietrze. Coś nieprzyjemnego osiadło mu na żołądku, a w gardle poczuł dziwaczną gulę, ale na potrzeby sytuacji postanowił to zignorować. Zamiast tego, skoncentrował się na wypisanej na twarzy dziewczyny wątpliwości, pomieszanej z wrogością. Odrzuciwszy wahanie i zdecydowawszy postawić wszystko na jedną kartę, zrobił krok naprzód. Zacisnęła dłonie w pięści i uwolniła większą ilość swej magii. Powietrze stało się ciężkie, ale nie zniechęcił się tym zachowaniem i podjętymi środkami ostrożności. Ostrożnie owinął ramię wokół jej talii, na co się spięła, a następnie przyciągnął ją bliżej. Chwycił jej podbródek i uniósł ku górze, aby nań spojrzała. W brązowych oczach dostrzegł gniew, ale również głęboko skrywany strach.

Hermiona była po prostu przerażona. Nie chciała skrzyżować z nim spojrzenia, a tym bardziej być przytłoczona tymi wszystkimi uczuciami, gdyż tliły się pod powierzchnią, grożąc przebiciem. Nie mogła pozwolić, aby kiedykolwiek wróciły i ponownie namieszały jej w głowie. Tom z pewnością skorzystałby z możliwości i wykorzystałby tę słabość dla własnych korzyści.

Musiała go nienawidzić.

– Nie obchodzi mnie, że jesteś mugolaczką – powiedział łagodnie, a potem pochylił się do przodu i złożył na jej ustach delikatny pocałunek.

Oczywiście, nie zareagowała, chociaż przymknęła powieki. W brzuchu zatrzepotały jej motylki, które za wszelką cenę spróbowała stłumić. Riddle kłamał, bowiem z pewnością nie chciał spotykać się z mugolaczką, a ona wolała zachować dystans od czarodzieja jego pokroju. Był mroczną, niebezpieczną bestią, która zawsze będzie potworem.

Był Voldemortem.

Kontynuował czułe pocałunki, zaś Hermiona zaprzeczała temu, iż robiło jej się gorąco. Ciepłe wargi zapraszały do podjęcia gry, kusiły mokrością, jednocześnie rozkazywały i błagały. Musiała to zwalczyć. Nieustannie toczyła bój, głównie z jego nienawiścią i teraz po prostu nie mogła przestać, bo powiedział kilka miłych słów, które wcześniej tak bardzo pragnęła usłyszeć. Chociaż bardzo się starała, czuła, że z sekundy na sekundę traci zapał i przegrywa.

Zadrżała i spróbowała się odsunąć, ale nadaremnie, gdyż jej własne ciało stawiało opór. Wreszcie powoli i niepewnie uniosła ręce, po czym objęła go w pasie. Chłopak na moment zesztywniał, a potem wzmocnił swój uścisk, nawet na chwilę nie zaprzestawszy pocałunków. Nieśmiało zaczęła odpowiadać na pieszczotę. Skończyła z walką i poddała się emocjom. Po kręgosłupie przeszedł jej przyjemny dreszcz, zwłaszcza że przejechał językiem po jej górnej wardze. Chociaż zaplanowała to zupełnie inaczej, otworzyła usta, pozwalając mu wejść do środka i pogłębić pocałunek. Jednocześnie poczuła, że kładzie jej prawą dłoń na karku i przechyla głowę w bok.

Nie wiedziała, jak długo się całowali, ale kiedy przestali, wzięła głęboki oddech, ponownie przymknęła powieki i oparła głowę o jego klatkę piersiową. Obawiała się otworzyć oczy i zobaczyć pogardę na twarzy ślizgona. Odczekawszy moment, zebrała się na odwagę i stawiła czoła nieuniknionemu. Spodziewała się najgorszego – złośliwego uśmieszku, triumfującej miny, a nawet otwartej wrogości. Wiedziała, że się bawił i smakowała goryczy porażki, ponieważ poddała się zdradzieckim uczuciom. To oczywiste, że będzie chciał wykorzystać tę słabość dla swoich celów. Zawsze tak było, czego doświadczyła na własnej skórze.

W jasnoszarych oczach nie zauważyła ani grama kpiny. Zamiast tego Tom przyjaźnie się doń uśmiechał.

– Czy możesz mi teraz zaufać? – zapytał łagodnie.

Zamrugała, szczerze zdezorientowana.

– Nie wiem… – odpowiedziała zgodnie z prawdą.

– To zdecydowanie lepsze niż stanowcza odmowa – stwierdził i się przytulił. Hermiona automatycznie się spięła, wciąż niepewna tak bliskiego kontaktu. Paradoksalnie, nadal go obejmowała, co sprawiało jej przyjemność. Ponownie przymknęła oczy. – Nie skrzywdzę cię – dodał i pocałował ją w czoło.

Po raz ostatni zanurzyła się w kuszącym zapachu, którym zawsze emanował, a potem odsunęła się o krok i hardo spojrzała mu w oczy. Nie wiedziała, co może, lub co powinna w nich zobaczyć. Lekko zmarszczyła brwi. Mimo pozornie dobrych intencji wciąż był niebezpieczną bestią, której nie sposób ujarzmić. Gdzieś w środku czuła, że należy zachować przy nim ostrożność.

Gwałtownie się odwróciła i wyszła z klasy. Oczywiście, została dogoniona, zanim zrobiła przynajmniej kilka kroków. Nie minęło dużo czasu, nim razem dotarli do portretu Grubej Damy. Wymamrotała pod nosem hasło, dzięki czemu mogła wejść do pokoju wspólnego. Zanim przejście zdążyło się zamknąć, zerknęła przez ramię i utwierdziła się w przekonaniu, że nie wie, co wyprawia. Z nerwów przygryzła wargę, a potem podjęła decyzję, która równie dobrze mogła zaważyć na losach wszechświata.

– Będziesz tak stał na korytarzu?

W jasnoszarych oczach mignęła nadzieja. Tom natychmiast potrząsnął głową, po czym podążył jej śladem.

W środku było stosunkowo pusto, ponieważ inni uczniowie korzystali z pięknej pogody i siedzieli z przyjaciółmi na zewnątrz. Hermiona podeszła do jednej z kanap, stojącej pod oknem, dzięki czemu mogła podziwiać tańczące na okolicznych meblach promienie słoneczne. Riddle zajął miejsce obok niej. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu czuła się rozdrażniona jego towarzystwem, chociaż sama go zaprosiła, dlatego też odwróciła głowę i zapatrzyła się na mury i wieżyczki Hogwartu. Mimo że sprawiała wrażenie spokojnej, w głowie desperacko szukała odpowiedniego tematu do rozmowy, ale właśnie wtedy się okazało, że niepotrzebnie, bowiem Tom pochylił się do przodu i otoczył ją ramionami. Sapnęła z zaskoczenia, kiedy wzmocnił uścisk i mocno się do niej przytulił. Przymknęła powieki, ale go nie odtrąciła.

Usłyszawszy otwierane przejście, pospiesznie się odsunęła. Kiedy zerknęła na portret, zobaczyła swoje współlokatorki, Rose i Lucie, bezczelnie się na nań gapiące. Nawet z tej odległości słyszała ich chichoty. Mimo irytacji była szczęśliwa, że postanowiły wpaść do pokoju wspólnego. Riddle zbliżył się do niej zdecydowanie zbyt blisko i nie wiedziała, jak zareagować.

– W sumie mamy weekend w Hogsmeade – powiedział ściszonym głosem. – Moglibyśmy się przejść do wioski. No wiesz, trochę pogawędzić.

Spojrzała na niego uważniej. Spokojna rozmowa z daleka od ciekawskich oczu i uszu wydawała się dobrym pomysłem.

– W porządku.

– W takim razie spotkajmy się za godzinę w holu wejściowym. – Uśmiechnął się czarująco.

W odpowiedzi tylko skinęła głową.


Kiedy wychodziła z pokoju wspólnego, czuła się niesamowicie zdenerwowana. Teraz gdy przemyślała kilka spraw, umówienie się na spotkanie z Tomem i wspólny wypad do Hogsmeade wydawał się głupim pomysłem. Ostatnio często jej się zdarzało podejmować irracjonalne decyzje. Westchnęła, wróciwszy myślami do tego nieszczęsnego pocałunku w opustoszałej klasie. Najwyraźniej miała problemy z panowaniem nad własnymi emocjami. Zacisnęła usta w cienką linię. To właśnie był zasadniczy problem, gdy w grę wchodził ktoś dlań ważny. Odnosiła wrażenie, jakby stała na krawędzi klifu i zaraz miała spaść. Wiedziała, że upadek będzie bolesny, a nawet może ją kosztować życie, a mimo to śmiało podchodziła do przepaści. Ostatnie pieszczoty przechyliły szalę.

Leciała w dół.

Gdy skręciła w boczny korytarz, minęła się z grupką pięciu krukonek, najprawdopodobniej czwarto- lub piątorocznych. Nie zauważyła ich zaciekawionego spojrzenia, dopóki nie wybuchnęły dzikim śmiechem, skręciwszy za następny róg.

– To ona, prawda? – zapytała jedna z nich.

– Owszem, Hermiona DeCerto – odpowiedziała inna.

Zamrugała ze zdziwienia i przystanęła w miejscu, chcąc się trochę przysłuchać tej rozmowie. Oczywiście, dziewczęta również się zatrzymały i zaczęły beztrosko plotkować.

– Naprawdę? – spytała któraś. – Nie wydaje się wam nijaka? To znaczy, wcześniej był z Melanie Nicolls, prawda?

– Ano.

– Rozumiem, o co ci chodzi – dodała jedna z krukonek. – Nicolls jest śliczna. Czemu Riddle miałby z nią zerwać, aby być z kimś równie bezbarwnym?

Hermiona przewróciła oczami i zastanowiła się, czy warto posłać ku nim delikatną wiązkę magii, ot tak dla upomnienia.

– Ciężko stwierdzić. Może i rzeczywiście daleko jej do Nicolls, ale nie jest przecież brzydka. Może Riddle po prostu jest nią zainteresowany?

– Wszystko ci się pomieszało.

– Co masz na myśli, Evo?

– Och, o niczym nie słyszałaś? – zapytała dziewczyna, a potem ściszyła głos. – Niedawno dowiedziałam się o tym od Sandry z Hufflepuffu. Oczywiście, musiałam obiecać, że o niczym nie powiem, ale chyba mogę wam zaufać, prawda?

– Jasne!

– Cóż, podczas ostatniego spotkania Klubu Ślimaka DeCerto przedobrzyła z alkoholem. Riddle zaprowadził ją do pokoju gościnnego, aby trochę odpoczęła, a kiedy chciał wyjść, spryciula zaczarowała drzwi i… zmusiła go do spędzenia tej nocy wspólnie!

Po korytarzu poniosło się kilka rozemocjonowanych westchnień. Zadowolona z uwagi publiczności, krukonka kontynuowała opowiastkę:

– Słyszałam, że jest w ciąży.

– O, drogi Merlinie. Naprawdę?

– Yhym, a po wszystkim poszła z płaczem do Riddle'a i błagała go, żeby został z nią i dzieckiem.

Hermiona potarła nasadę nosa, czując nadchodzący ból głowy. Najprawdopodobniej wiedziała, kto rozpuścił tę plotkę. Lekko zirytowana najnowszymi rewelacjami, ruszyła naprzód, aczkolwiek wesołe chichoty krukonek towarzyszyły jej jeszcze przez dłuższą chwilę. Ta historia była bujdą, ale i tak czuła się upokorzona. Szybko zbiegła po ruchomych schodach, zauważając, że wielu mijanych uczniów patrzy nań z widocznym zainteresowaniem. Powinnam na poważnie rozważyć przeklęcie współlokatorek!, pomyślała ze złością.

Nienawidziła plotek.

Zwiesiła nisko głowę i niestrudzenie parła naprzód. Już prawie dotarła na parter, kiedy na kogoś wpadła. Gdy spojrzała w górę, zbladła. Nie miała dziś lekko, prawda? Westchnęła wewnętrznie.

– Dokąd się spieszy pani tego słonecznego dnia, panno DeCerto? – zapytała Legifer.

– Do Hogsmeade – odpowiedziała zwięźle.

– Rozumiem. – Nauczycielka spojrzała na jej strój. – Czy jest pani umówiona? – spytała, wielce nieprzekonana.

Zmarszczyła brwi.

– Owszem, z Tomem.

– Z panem Riddle'em? – Legifer zamrugała, szczerze zdziwiona. – Jakże zaskakująco. – Ponownie omiotła dziewczynę spojrzeniem, ale tym razem sprawiała wrażenie raczej usatysfakcjonowanej. – Muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolona, iż wreszcie próbuje się pani poprawić. Nawet popracowała pani nad swoimi wynikami w na moich zajęciach. Oczywiście, jest zaledwie niewiele lepiej, ale zawsze to jakiś początek.

To oświadczenie sprawiło, że Hermiona jeszcze bardziej się zirytowała. Wyglądało na to, że kobieta starała się ubrać słowa w pochwałę, a że nie była osobą, która odmawia aprobacie, zrobiła ugrzecznioną minę.

– Dziękuję, pani profesor.

– Jeżeli pan Riddle wspaniałomyślnie postanowił wznowić zalecanie się, to rozumiem, że wreszcie go pani przeprosiła?

– Nic podobnego, pani profesor – odparła przez zaciśnięte zęby. – Nie popełniłam żadnego błędu, aby musieć przeprosić.

Legifer uniosła brwi.

– Naprawdę powinna pani porzucić swój upór. Jeżeli dalej będzie się pani kierowała bezczelnością, gwarantuję, że nie staniecie razem na ślubnym kobiercu. Skoro postanowił zakończyć ten związek, to oczywiste, że narobiła mu pani masę kłopotów.

– Wręcz przeciwnie – odpowiedziała kurtuazyjnie, bowiem powoli traciła nad sobą panowanie. Już teraz miała niemałe trudności z powstrzymywaniem się od podniesienia głosu.

– Obwinianie innych jest poniżej kobiecej godności – stwierdziła karcącym tonem nauczycielka. – Zamiast szukania winnych, proponuję dobrze wykorzystać drugą szansę. Proszę okazać panu Riddle'owi trochę szacunku, na który wszakże zasługuje. Niech pani pokaże, że się zmieniła.

Hermiona się zapatrzyła. Chyba nie sposób przekonać tej kobiety, że to, co mówi, jest stekiem bzdur. Może powinna rzucić weń ciekawą klątwą?

Z racji tego, że nijak zareagowała, Legifer wznowiła swój wykład.

– Musi pani udowodnić, że może być dobrą i posłuszną żoną; musi pokazać, że jest w stanie zajmować się domem i odpowiedzialnie wychowywać dzieci. Pan Riddle nawet nie rozważy małżeństwa, jeżeli nie będzie miał pewności, że poradzi sobie pani z podstawowymi obowiązkami. Jeśli nie będzie miał nic przeciwko, może podejmie pani pracę na pół etatu – powiedziała ze złośliwością. – Niemniej jednak głównym zadaniem zamężnej kobiety jest stworzenie domu dla rodziny. Zarabianie pieniędzy i utrzymywanie tejże rodziny jest zaś obowiązkiem mężczyzny.

– Na pół etatu…? – zapytała i zmrużyła podejrzliwie oczy. – Jakim cudem więc pracuje pani w pełnym wymiarze godzin? Z tego, co niegdyś mi pani wyznała, wciąż jest mężatką. Co z prowadzeniem domu i wychowywaniem dzieci?

Powinna łapać przestępców, być aurorem, a nie wykładać w Hogwarcie!, dodała w myślach.

Legifer zrobiła rozdrażnioną minę.

– Już spełniłam swój obowiązek, panno DeCerto. Moja córka jest teraz dorosłą kobietą i nie wymaga ode mnie dwudziestoczterogodzinnej uwagi.

– Rozumiem. – Hermiona skinęła głową, mając serdecznie dość tej niedorzecznej rozmowy. W niezbyt grzecznym geście sprawdziła więc zegarek. – Och, jestem odrobinę spóźniona. Byłoby lepiej, gdybym już poszła.

– Owszem, panno DeCerto. – Nauczycielka również przytaknęła. – Lepiej, żeby pan Riddle nie musiał długo czekać.

Zakończywszy pogadankę, poszła w swoją stronę i niedługo później dotarła do holu wejściowego. W okolicy głównych wrót kręciło się całkiem sporo uczniów, najprawdopodobniej także pragnących wybrać się do Hogsmeade. Ignorując zaciekawione spojrzenia kolegów i koleżanek, rozejrzała się wokół w poszukiwaniu Toma. Zobaczyła go stojącego przy drzwiach. Nie miał na sobie szkolnego mundurka, a ciemnoniebieską koszulę i czarne spodnie. Opierał się nonszalancko o ścianę, błądząc po korytarzu władczym spojrzeniem. Wyglądał niczym ucieleśnienie diabła, który przybył tu, aby skraść kilka niewinnych dusz – był szalenie przystojny. Gdy ją zauważył, uśmiechnął się aprobująco.

– Cześć – przywitała się, gdy podeszła bliżej.

– Witaj – odpowiedział łagodnie i wyciągnął doń rękę, którą z wahaniem przyjęła.

Wyszli z zamku przy akompaniamencie ciekawskich spojrzeń, zaś Tom wydawał się nie zwracać nań najmniejszej uwagi. Słońce mocno świeciło na niebie, przenikając nawet do stojących nieopodal powozów. Hermiona czuła się skrępowana, idąc z nim za rękę i w gruncie rzeczy bardzo się ucieszyła, kiedy dotarli do wozów, bowiem wtedy uwolniła swą dłoń. Gdy czekali na wolne miejsca, spojrzała na testrale, których istnienia otaczających ich uczniowie nie byli nawet świadomi.

– Są brzydkie, prawda?

Uśmiechnęła się do Toma.

– Owszem, a mimo to je lubię.

– Są też przerażające – dodał z udawaną grozą.

– Cóż, skoro tak łatwo cię przestraszyć – zadrwiła.

Zaśmiał się i otworzył jej drzwi, gdy podjechał opustoszały powóz. Wsiadła doń bez wahania i zajęła miejsce. Oczywiście, usiadł naprzeciwko i od razu rozpoczął uważną obserwację. Lekko zdenerwowana, zerwała kontakt wzrokowy i wyjrzała przez okno, patrząc na przesuwające się i rozmazujące drzewa Zakazanego Lasu.

– W drodze spotkałam Legifer – zagaiła.

– Naprawdę? Czy nadal jest twoją ulubioną nauczycielką? – zapytał z drwiną w głosie.

Uśmiechnęła się złośliwie i wreszcie nań spojrzała.

– Oczywiście, zwłaszcza że udzieliła mi kilka dobrych rad, żeby zostać idealną żoną. Wystarczy, że pozbędę się wolnej woli i podporządkuję mężowi. Wiedziałeś, że to najlepszy przepis na udane małżeństwo?

– Naturalnie. – Uniósł wyzywająco brew.

Hermiona zmarszczyła brwi.

– Nawet sobie nie wyobrażasz, jak irytująca jest ta dekada – podsumowała.

Tom sprawiał wrażenie szczerze rozbawionego.

– Chcesz mi powiedzieć, że w latach dziewięćdziesiątych nie ma już zaklęć i uroków domowych? – zapytał.

– Nie bądź głuptasem. Oczywiście, że są, ale obowiązują tylko chłopców. – Uśmiechnęła się pogodnie.

Zmarszczył brwi.

– Naprawdę?

Nie mogąc się powstrzymać, wybuchnęła głośnym śmiechem.

– A w życiu.


– Co chcesz najpierw porobić? – spytał, kiedy wysiedli z powozu.

Hermiona omiotła spojrzeniem biegających wokół uczniów. Hogsmeade było dziś przepełnione z powodu wycieczki.

– Księgi i Zwoje? – zaproponowała.

– Wiedziałem, że to powiesz. – Uśmiechnął się, wziął ją za rękę i poprowadził przez tłum.

Prawdę powiedziawszy, miło było mieć go znów u boku. W momencie owładnęło nią źle ulokowane poczucie bycia bezpieczną i chronioną.

Czy na pewno…?

Zmarszczyła brwi w zakłopotaniu. Wciąż pogrążona w myślach, weszła za Tomem do sklepu. Zobaczywszy te wszystkie książki, z przyjemnością wciągnęła do płuc zapach wystawionych na sprzedaż pergaminów i niemal natychmiast zapomniała o swoim zdenerwowaniu i jego powodach. Księgi zawsze działały nań uspokajająco. Skierowała się ku działowi traktującemu o obronie przed czarną magią, chwyciła pierwsze lepsze grube tomiszcze i otworzyła je na spisie treści. Z roztargnieniem zaczęła wertować kartki, podczas gdy Tom zaglądał jej przez ramię.

– Hm, całkiem dobrze opisany urok – mruknął ściszonym głosem. – Czy potrafisz wyczarować cielesnego patronusa? – zapytał, więc skinęła głową, nieznacznie zaniepokojona tą bliskością. – Całkiem zaawansowana magia.

Spojrzała nań z diabelskim błyskiem w oku.

– Czyżbyś miał z nią problemy?

– Oczywiście, że nie. Czemu miałbym mieć trudności? – spytał wyniośle.

Hermiona tylko się uśmiechnęła.

– Cóż, sam powiedziałeś, że to skomplikowane zaklęcie – odparła zadziornie.

– Jaką formę przybiera twój patronus? – zapytał, zupełnie zignorowawszy drwinę i odebrawszy od niej przeglądaną książkę.

– Wydrę.

Zmarszczył brwi.

– Och, naprawdę?

– Owszem. Co jest nie w porządku z wydrą? – spytała z oburzeniem.

– Wszystko jest dobrze – odpowiedział niewinnie, ale wiedziała, że miał coś innego na myśli. – Spodziewałem się jednak znacznie groźniejszego zwierzęcia. – Kontemplacyjnie postukał się palcem po brodzie, a następnie złośliwie się uśmiechnął. – Może jakiegoś rekina?

Hermiona zrobiła protekcjonalną minę.

– Niech zgadnę. Ty wyczarowujesz podstępnego węża, prawda?

Tom się zaśmiał.

– W żadnym wypadku. – Zamknął książkę i odłożył ją z powrotem na półkę. – Czy kiedykolwiek czytałaś może referat Slinkharda na temat wpływu magicznej mocy czarodzieja na formę, jaką przybiera jego patronus?

Zmarszczyła w zamyśleniu brwi.

– W którym roku został wydany?

– W 1941.

– Hm, gdzieś mi mignął, ale nigdy go nie przestudiowałam przez ograniczony dostęp. – Żartobliwie szturchnęła chłopaka w bok. – Sam rozumiesz, był trochę przestarzały. – Rozejrzała się po okolicy, aby sprawdzić, czy przypadkiem nie mają towarzystwa, a potem dodała konspiracyjnym szeptem: – Opublikował niemałą część bzdur.

Tom się zainteresował.

– Czy powinnaś zdradzać mi takie informacje?

– Może tylko wyraziłam własną opinię. – Uśmiechnęła się drażniąco.

Właśnie w ten sposób rozpoczęli dyskusję na temat zaklęcia Patronusa i różnorakich zależności. Co dziwne, czuła się całkiem swobodnie, mogąc podywagować z nim na tematy naukowe. Pogawędki o magii zawsze były dlań ożywcze i fascynujące, a możliwość wymienienia poglądów z kimś równie wykształconym i utalentowanym była niesamowitą szansą. Riddle był naprawdę elokwentnym mówcą, więc cieszyła się, że pozostali w ramach czysto akademickiej rozmowy. Wiedziała, że odgrywa dlań przedstawienie, specjalnie unikając tematu, którego wolała nie poruszać i, prawdę powiedziawszy, była mu za to wdzięczna.

Jakiś czas później zaproponował, żeby poszli do Trzech Mioteł. Zgodziła się, więc po wyjściu z księgarni, skierowali się do pubu. Gdy weszli do środka, okazało się, że nigdzie nie było wolnego stolika. Tom szybko rozwiązał ten problem, rzuciwszy grupie trzeciorocznych ślizgonów piorunujące spojrzenie – chłopcy w mig zrozumieli sugestię i natychmiast się ulotnili. Hermiona nie skomentowała owego zastraszenia i po prostu usiadła na wolnym miejscu. Tym razem siedzieli ramię w ramię, ale nieszczególnie jej to przeszkadzało.

Gdy kelnerka postawiła przed nimi po kuflu piwa kremowego, pociągnęła sporego łyka, nie bardzo wiedząc, w jaki sposób najlepiej przerwać powstałą ciszę. Nie sądziła, aby była gotowa podjąć temat, dla którego tu właściwie przyszli.

– Kiedy po raz pierwszy użyłaś magii? – zapytał chłopak, uprzednio odchyliwszy się wygodniej na krześle.

Spojrzała nań, szczerze zdezorientowana.

– Mówisz o przypadkowej magii?

– Owszem.

Zamrugała.

– Naprawdę chcesz o tym posłuchać? – zapytała z niedowierzaniem.

– Skąd to zdziwienie?

– Cóż, żyłam wówczas w mugolskim świecie – przypomniała mu chłodno.

Tom wziął ją za rękę, a potem się uśmiechnął.

– Naprawdę chciałbym dowiedzieć się o tobie czegoś więcej.

Z trudem przełknęła ślinę.

– W porządku, niech ci będzie. – Westchnęła przeciągle, nagle czując się nieswojo z powodu tej zażyłości. – Chodziłam wtedy jeszcze do szkoły podstawowej, a dokładniej do trzeciej klasy. Pewnego dnia dziewczynka, którą określałam jako najlepszą przyjaciółkę, przyszła na zajęcia ubrana w różową sukienkę. – Zachichotała, zupełnie zapomniawszy o początkowym zdenerwowaniu. – Cóż, byłam mała i po prostu spodobała mi się ta sukienka. Gdy wróciłam do domu, powiedziałam o niej rodzicom. Z perspektywy czasu wiem, że tata by mi ją kupił, byleby tylko nie musieć dłużej znosić mojej nieustannej paplaniny i nagabywania. Mama była jednak nieustępliwa. Mówiła, że nie powinnam pozwalać, aby przyjaciele mieli na mnie zły wpływ. Cytuję: „Nie pozwolę, żeby twój młody umysł został skażony wyobrażeniami na temat roli płciowej, którą społeczeństwo narzuca swoim obywatelom od setek lat". – Znów się zaśmiała, przypomniawszy sobie całą feministyczną tyradę matki. – Ostatecznie nie dostałam żadnej sukienki i poszłam spać w raczej zrzędliwym humorze. Kiedy mama następnego dnia przyszła mnie obudzić do szkoły, została przywitana przez różowy pokój – zasłony, tapety, pościel, dywan, wszystko było wściekle różowe. Oczywiście, zupełnie nie rozumiała, jak to zrobiłam, a gdy powiedziałam, że nie miałam z tym nic wspólnego, zaczęła nawet podejrzewać tatę o potajemne spiskowanie i wszczynanie buntu – kontynuowała i również się odchyliła na krześle. – Zrozumieliśmy, co się właściwie stało, dopiero kiedy otrzymałam list z Hogwartu i dowiedziałam się, że w rzeczywistości jestem czarownicą.

Wciąż rozbawiona, spojrzała na Toma, który patrzył na nią kontemplacyjnie. Nie powiedziawszy ani słowa, wyciągnął różdżką i dotknął czubkiem spódnicy, którą dziś ubrała. Ciemnoniebieski materiał momentalnie zmieniła swój kolor na różowy.

– Tak ci ładnie – stwierdził z uśmiechem na twarzy.

Hermiona zmarszczyła brwi i skumulowała odrobinę swej magii w prawej dłoni. Zwykłym pstryknięciem palców, uformowała ją w niewielką kuleczkę, która wystrzeliła w powietrze, a następnie poleciała ku chłopakowi. Sekundę później jego ciemnoniebieska koszula również zmieniła kolor na różowy. Nie mogąc się powstrzymać, wybuchnęła głośnym śmiechem. Tom w międzyczasie ze stoickim spokojem poprawił kołnierzyk.

– Tobie też pasuje – wydukała pomiędzy napadami chichotów.

Spojrzał nań sugestywnie, po czym uniósł wyzywająco brew i odchylił się nonszalancko na krześle.

– Cóż, myślę, że we wszystkim wyglądam dobrze – powiedział, uprzednio puściwszy jej oczko. – Wiesz, powinniśmy częściej nosić pasujące do siebie ubrania – dodał i posunął się dalej niż dotychczas, bowiem położył jej dłoń na kolanie, a następnie sięgnął wyżej.

Hermiona zesztywniała i odepchnęła jego rękę, po czym z irytacją przywróciła ich odzieży pierwotny kolor. Tom wciąż się uśmiechał, wyglądając na cholernie z siebie zadowolonego. Aby nie wszczynać awantury, wspaniałomyślnie postanowiła go zignorować i upiła łyk piwa kremowego.

– Kiedy po raz pierwszy użyłeś przypadkowej magii? – zapytała, odbijając pałeczkę.

– Szczerze mówiąc, to nawet nie mam zielonego pojęcia – odparł.

Uniosła w niedowierzaniu brwi.

– Ściemniasz – podsumowała. – Coś takiego zapada w pamięć. I czyni cię wyjątkowym.

– Magia zawsze mi towarzyszyła. – Wzruszył ramionami. – Odkąd byłem mały.

Zmrużyła oczy, sprawiając wrażenie zamyślonej.

– Najprawdopodobniej zetknąłeś się z nią bardzo młodym wieku i właśnie dlatego nie masz związanych z nią pierwszych wspomnień.

– Całkiem możliwe.

– W takim razie powiedz mi, kiedy po raz pierwszy świadomie sobie poczarowałaś – zapytała.

– Zawsze posługiwałem się magią, aczkolwiek pamiętam pewien incydent, kiedy zyskałem większą kontrolę. Nie sądzę, abyś chciała o tym posłuchać – powiedział z wahaniem.

– Jesteś w błędzie.

Tom spojrzał nań złowrogo.

– W porządku. Niemniej jednak pamiętaj, że cię ostrzegałem. – Westchnął przeciągle. – Ciężko stwierdzić, ile miałem wówczas lat, ale nie chodziłem jeszcze do szkoły. Myślę, że była zima, ponieważ na dworze było bardzo chłodno. Siedziałem w bawialni, czymś, co można nazwać naszym pokojem wspólnym i po prostu czytałem książkę.

Hermiona uniosła brwi.

– Czytałeś? Czy przed momentem nie powiedziałeś, że byłeś maluchem?

– Nie wszyscy się wolno rozwijamy – powiedział, uprzednio kładąc jej dłoń na ramieniu. Syknęła ze złości, co sprawiło, że uśmiechnął się wyniośle. – Jeden z chłopców, Eric Whalley, podbiegł do mnie i wyrwał mi lekturę. Oczywiście, próbowałem odebrać książkę, ale był kilka lat starszy, a przez to większy i silniejszy. Najzwyczajniej w świecie popchnął mnie na podłogę. Chwilę później zaczął się nabijać i odszedł, zabrawszy mi lekturę. Z perspektywy czasu muszę przyznać, że naprawdę się wściekłem.

– Yhym – mruknęła, jakby doskonale wiedząc, do czego zmierza ta opowieść.

– Eric wyszedł z bawialni, więc zanim poszedłem. Chciałem się odegrać, ale wiedziałem, że będzie mi bardzo trudno odebrać mu książkę. To jeszcze bardziej mnie zezłościło. Kiedy patrzyłem na jego triumfujący minę, wyobrażałem sobie, że podchodzę do niego i popycham na podłogę. Niemal czułem swoje dłonie na jego ramionach. Miałem nadzieję, że spełnię swoje sny, on straci równowagę i upadnie na oczach wszystkich.

– Co się dalej stało? – Hermiona musiała stłumić dreszcz, zobaczywszy, że był cholernie usatysfakcjonowany. W jasnoszarych oczach pojawił się dziwny błysk.

– Moje wyobrażenia szybko stały się rzeczywistością, o wiele lepszą, aniżeli tą ujrzaną w głowie. – Uśmiechnął się perfidnie i wbił wzrok we własne dłonie. – Chociaż tak naprawdę nawet go nie dotknąłem, czułem pod palcami ludzkie kości i mięśnie. Z początku zupełnie nie rozumiałem, czym było to uczucie, ale szybko pojąłem, że mam nad Erickiem niesamowitą władzę. Wtedy go popchnąłem – kontynuował pozbawionym emocji głosem. – Tak się złożyło, że stał na krawędzi schodów.

Wybałuszyła oczy, wróciwszy wspomnieniami do wąskich i stromych schodów, które widziała w sierocińcu.

– Jak dotąd, nie wspomniałeś o żadnych schodach.

– Wiedziałem, że nie spodoba ci się ta historia. – Sprawiał wrażenie opanowanego, aczkolwiek przez ten chłód przebijało się rozbawienie.

Hermiona wzięła głęboki, uspokajający oddech.

– Co się stało z tym chłopcem?

– Uważam, że miał dużo szczęścia.

– Szczęścia? – Zamrugała, szczerze zdziwiona.

– Cóż, przynajmniej nie skręcił sobie karku – odpowiedział beztrosko, najwyraźniej niezrażony wspomnieniem.

Potrząsnęła w niedowierzaniu, głową i potarła nasadę nosa. Coś czuła, że nie powinna była zagłębiać się w temat.

– Miałeś z tego powodu jakieś nieprzyjemności?

– Na jakiej podstawie? – zapytał ze spokojem. – Stałem w pewnej odległości na korytarzu. Niby jak miałbym go zepchnąć ze schodów? – Uśmiechnął się złośliwie. – Szczerze mówiąc, miało to swoje plusy. Dzięki temu mogłem obejrzeć całe przedstawienie, będąc jedynie postronnym obserwatorem.

– Wiesz, że to chore? – zapytała, uprzednio mu się uważnie przyjrzawszy.

Tom westchnął i wzruszył ramionami.

– Taki właśnie jestem.

– Czy pamiętasz, jak opowiadałeś mi, że grozili ci umieszczeniem w zakładzie dla obłąkanych?

– Owszem. – Uniósł brew.

– Uważam, że ten pomysł miał solidne podstawy.

Chłopak wybuchnął śmiechem.

– To smutne, że tak mnie postrzegasz. Jestem szanowanym prefektem i wzorowym uczniem, najlepszym na roku.

– Yhym. – Machnęła lekceważąco ręką. – Chyba nigdy nie zrozumiem, w jaki sposób zwodzisz wszystkich wokoło.

Uśmiechnął się podstępnie.

– To kwestia praktyki.

Hermiona przewróciła oczami i upiła kolejnego łyka, podczas gdy Tom skinął na kelnerkę, aby podeszła z rachunkiem. Wciąż czuła się dziwnie, nie widząc obsługującej gości Rosmerty, chociaż to całkiem możliwe, że kobieta jeszcze się nie urodziła. Riddle zapłacił za piwa kremowe, przez co mimowolnie się zastanowiła, skąd wytrzasnął pieniądze. Całkiem prawdopodobne, że wyłudził je od któregoś z młodszych ślizgonów. Gdyby dostał od Avery'ego kilka sykli, a nawet galeonów, mogłaby w nocy spać spokojnie.

Gdy wyszli z Trzech Mioteł, ponownie złapał ją za rękę. Tym razem nie pomyślała, aby się wyrwać, ale również nie odwzajemniła uścisku. Paradoksalnie, wciąż robiła uczucie bycia otoczoną opieką.

– Może oddalimy się trochę od tłumu? – zasugerował.

Automatycznie się zdenerwowała, ale przełknęła strach i skinęła głową. Z gulą w żołądku podążyła za Tomem uliczkami Hogsmeade, aż znaleźli się poza granicami wioski. Szybko znaleźli się w otoczeniu małych brzóz.

– Chodźmy na górę.

Zeszli ze ścieżki i wspięli się na niewielkie wzgórze, pokryte miękką trawą. Rozpoznała to miejsce, dopiero kiedy usiedli w cieniu drzew. Za kilkadziesiąt lat miała tu zostać wybudowana Wrzeszcząca Chata.

– To naprawdę dziwne – mruknęła pod nosem.

– Co takiego?

Zamrugała, bo nie zdawała sobie sprawy, że powiedziała to na głos.

– Tam na górze – tu wskazała dłonią szczyt wzgórza – będzie stał dom. – Gdy nie otrzymała żadnej odpowiedzi, ponownie zapatrzyła się na wzniesienie.

– Jakoś wcześniej umknął ci fakt, że odwiedzałaś Hogsmeade.

Wytrzeszczyła oczy, zauważywszy swoją wpadkę. Z trudem przełknęła ślinę i na niego spojrzała. Zadrżała, gdyż była uważnie obserwowana.

– Eee, to ważna czarodziejska osada – bąknęła. – To oczywiste, że byłam tu wcześniej.

– Rozumiem. – Tom uniósł wyczekująco brwi. – Wcześniej nie mówiłaś też, że odwiedzałaś Anglię.

Hermiona rozważyła opcję. W głowie miała pustkę i nie mogła wykombinować żadnego wiarygodnego kłamstwa. Ślizgon uśmiechnął się triumfująco, a następnie oparł na rękach.

– Okropna z ciebie kłamczucha.

– Och, wybacz. – Zgromiła go wzrokiem. – Fakt pozostaje faktem, iż do ciebie mi naprawdę daleko.

– W takim razie, ot dla odmiany, możesz po prostu powiedzieć prawdę – dodał.

– Albo zamilknąć na wieki – odparła kurtuazyjnie.

– Wedle życzenia – mruknął, przez co się skrzywiła.

Aby zatuszować wpadkę, skupiła się na krajobrazie. To naprawdę dziwaczne uczucie, bowiem wszystko wyglądało tak znajomo. Z drugiej strony Wrzeszcząca Chata nadawała temu miejscu wyjątkowe znaczenie, a kiedy jej brakowało, coś się po prostu nie zgadzało.

Przesiedzieli w ciszy kilka minut, a potem Tom znów zabrał głos. Porzucił swój prowokacyjny ton na rzecz ostrożności i delikatności.

– Kim był ten mężczyzna, którego wezwałaś przy pomocy Kamienia Wskrzeszenia?

Z nerwów przygryzła dolną wargę. Zdecydowanie nie chciała rozmawiać o Harrym, ale najwidoczniej nie miała w tej kwestii żadnego wyboru. Postanowiła się więc ograniczyć do minimum.

– Wspaniałym człowiekiem. Mówiłam ci o nim wcześniej. To chłopak, do którego jesteś podobny.

– W kwestii włosów – doprecyzował i przeczesał dłonią czarne kosmyki. – Jedno mnie zastanawia. Jakim cudem zdołałaś go przyzwać, skoro się nie narodził? To przecież oznacza, że jeszcze nie umarł.

Serce Hermiony ścisnęło się boleśnie. Prawdę powiedziawszy, sama nad tym główkowała, ale nie doszła do żadnych satysfakcjonujących wniosków.

– Najwyraźniej zmarli zawsze nam towarzyszą. – Uśmiechnęła się słabo.

Tom skinął głową i spojrzał nań kontemplacyjnie.

– Tęsknisz za swoimi czasami?

Zmarszczyła lekko brwi i postanowiła tym razem powiedzieć prawdę.

– Nieszczególnie.

– Jak to? – mocno się zdziwił.

– Nie ma tam dla mnie żadnej przyszłości – wytłumaczyła ściszonym głosem.

– Z powodu wojny? – zapytał, uprzednio położywszy jej dłoń na ramieniu.

– Yhym.

– Czemu walczyłaś?

– Musiałam. To była właściwa decyzja – odpowiedziała ze smutkiem w głosie. – Wokół działo się tyle nieszczęścia. Nie chciałam pozwolić, aby dalej się rozprzestrzeniało – urwała na moment. – Byłam też potrzebna przyjaciołom.

Zadrżała, wróciwszy wspomnieniami do tych mrocznych czasów. To wręcz groteskowe, że teraz zwierzała się Tomowi z okropności wojny, zwłaszcza że był za nie odpowiedzialny.

Ślizgon uniósł dłoń i przesunął palcami po jej policzku, aż dotarł do odsłoniętego przez bluzkę ramienia. Hermiona zamrugała i spojrzała na chłopaka, w którego oczach dostrzegła dziwaczny błysk.

– Czy możesz mi teraz powiedzieć, skąd je masz?

To pytanie sprawiło, że wreszcie zrozumiała, na czym się skoncentrował. Gdy uniosła rękę i dotknęła swojej skóry, wyczuła pod palcami zgrubienia od blizn. Uśmiechnęła się słabo, zauważywszy, iż wyglądał na zmartwionego, na co wskazywały karmazynowe iskierki.

– Walczyłam i oberwałam, nic nadzwyczajnego – odparła zgodnie z prawdą. – Czasem się zdarzało nie uskoczyć przed nadlatującym zaklęciem.

– Z kim walczyłaś?

– Co takiego?

– Z całą pewnością nie toczyłaś wojny przeciwko Gellertowi Grindelwaldowi – stwierdził rezolutnie. – Skoro w przyszłości wybuchł jakiś konflikt, musiał być inny przeciwnik – wytłumaczył. – Z kim się zmierzyłaś?

– Nie myślisz chyba, że zdradzę ci wszystkie tajemnice? – spytała, uprzednio się trochę odsunąwszy.

– To, o czym opowiadasz, nie wydarzy się przez przynajmniej pięćdziesiąt lat – argumentował. – Jestem przekonany, że możesz coś powiedzieć bez drastycznej zmiany przyszłości.

– Wolałabym nie podejmować podobnego ryzyka – odparła po dłuższej chwili milczenia.

Zacisnął usta, zirytowany odmową i wrócił do oględzin jej naramiennych blizn. W powietrzu unosiły się gniewne iskierki magii, a w jasnym świetle dnia widziała nawet otaczającą go ciemną poświatę.

– Ktokolwiek cię skrzywdził, z przyjemnością potraktowałbym go kilkoma ciekawymi klątwami – syknął jadowicie.

Hermiona zamrugała, wyłapawszy tę drobną złośliwość. Następnie uśmiechnęła się ze smutkiem. Gdyby tylko wiedział…

– Szczerze wątpię.

– Wiem, że nie jestem w stanie, bo pochodzą z przyszłości – powiedział, sfrustrowany do granic możliwości. – Niemniej jednak chętnie uciąłbym sobie z nimi małą pogawędkę.

Ciężko uwierzyć, parsknęła w myślach, ale tym razem powstrzymała się od głośnego komentarza. Wciąż niezadowolony, Tom skrzyżował ramiona i spojrzał w błękitne niebo.

– Wygrałaś? – zapytał, nadal zdenerwowany.

– Nikt nie wychodzi zwycięsko z wojny – odparła, a potem westchnęła przeciągle.

– Jestem tylko ciekawy, czy…

– Czy możemy porozmawiać o czymś innym, aniżeli o przyszłości? – zapytała łagodnie.

Riddle usłuchał prośby i przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Hermiona spożytkowała ten czas na bawieniu się źdźbłem trawy, trochę zaniepokojona bliskością chłopaka. Czuła, że się jej przygląda, a to zaś wywoływało ciarki na plecach, nie do końca nieprzyjemne.

– Czy mogłabyś do mnie wrócić? – spytał ni stąd, ni zowąd.

Powoli odwróciła głowę i nań spojrzała. Szczerze mówiąc, była bardzo zaskoczona. Oczywiście, spodziewała się wypłynięcia tego tematu, ale i tak była na niego zupełnie nieprzygotowana.

– Wiem, że popełniłem sporo błędów – kontynuował, gdy nie otrzymał żadnej odpowiedzi. – Cholernie cię potrzebuję.

Wzięła głęboki, uspokajający oddech. Niestety, nie opanowała swoich nerwów.

– To naprawdę trudne, Tom. Oboje popełniliśmy wiele błędów – urwała na moment, aby zebrać myśli. – Wzajemnie napsuliśmy sobie kilka hektolitrów krwi i spapraliśmy całkiem dobrze rozwijającą się relację. Naprawdę myślisz, że możemy sobie wybaczyć i zacząć od nowa?

– Owszem – odparł z przekonaniem w głosie.

Zaśmiała się bez humoru.

– Interesujące – podsumowała. – Ostatnio niczego nie jestem pewna.

– Nie sądzę, abyśmy napotkali większe trudności, aniżeli dotychczas – powiedział po dłuższej chwili milczenia. – Co do mnie właściwie czujesz? – zapytał i pochylił się naprzód.

Hermiona się zagapiła, zaskoczona stanowczością, którą okazał. Zadawała sobie to pytanie od dłuższego czasu, ale nie wiedziała, czy znalazła rozwiązanie swojego problemu.

– Ciężko stwierdzić, bo nie mam wiedzy na temat twoich uczuć – stwierdziła defensywnie.

– Już ci powiedziałem, co naprawdę czuję. – Uśmiechnął się, niezrażony usłyszaną uszczypliwością. – Jestem poważny. Uwierz, że nic się nie zmieniło.

Przymknęła na moment powieki i wzięła głęboki oddech. Otworzyła oczy, dopiero kiedy poczuła ciepłą dłoń na ramieniu, jakby dodającą wsparcia.

– Pozwól, że nakreślę ci obraz sytuacji, w której się znaleźliśmy, ot dla jasności. – Znów się uśmiechnął, tym razem o wiele łagodniej. – Skończyłaś grozić mi wydaleniem ze szkoły, ponownie zaczęłaś ze mną rozmawiać, siedzimy blisko siebie, a nawet okazjonalnie ze sobą sypiamy. Co więcej, zgodziłaś mi się towarzyszyć w Hogsmeade, a więc poszłaś ze mną na randkę – wyliczył. – Cokolwiek powiesz, wszystko wskazuje na to, że jednak nie jestem ci obojętny.

Hermiona się zawahała.

– Całkiem możliwe – odparła, przyznawszy się do uśpionych uczuć, zaś Tom ewidentnie zatriumfował. – Co, jednak jeżeli to nie wystarczy?

– Uwierz, że jesteśmy w stanie odbudować nasz związek.

Ze smutkiem potrząsnęła głową.

– Zwyczajnie się mylisz. Za pierwszym razem nasze uczucia nie wystarczyły – powiedziała beznamiętnie, przez co również zmarkotniał. – Zdradziłam ci jeden mały szczegół z mojego życia i nagle... całkowicie się ode mnie odwróciłeś. W momencie przestało ci zależeć i zacząłeś traktować mnie gorzej, aniżeli trędowatą. Ostatecznie rzuciłeś mnie z niezłym hukiem, a moje uczucia okazały się gówno warte. – Zadrżała i na chwilę zamilkła. – Było mi naprawdę ciężko.

– Żałuję tego, jak cię potraktowałem, Hermiono – przeprosił natychmiast. – Bardzo się myliłem.

Szczerość, z jaką powiedział to zdanie, sprawiła, że wstrzymała na moment oddech. Nie wiedziała, co robić.

– Ten rasizm… otaczał mnie w mniejszym lub większym stopniu, odkąd wkroczyłam do czarodziejskiego świata. Z czasem nauczyłam się z nim żyć, ale… jak mam sobie poradzić z myślą, że moi najbliżsi wierzą w te bzdury? – wyszeptała i rzuciła mu zbolałe spojrzenie. W jasnoszarych oczach dostrzegła miękkość i delikatność. – Wiem, że nienawidzisz mnie z powodu pochodzenia – dodała naprędce. – Jak mam przejść z tym do porządku dziennego?

– Zupełnie nie pamiętasz, co ci wcześniej powiedziałem. – Uśmiechnął się z przekonaniem. – Nie nienawidzę cię. Niemniej jednak zasadnicze pytanie brzmi, czy czujesz do mnie to samo.

Hermiona odchrząknęła.

– Nie nienawidzę cię – stwierdziła, zaskoczona prawdziwością swoich słów. – Mimo to jestem i nadal będę mugolaczką – dodała, chcąc ostudzić zapał ślizgona.

– To nieistotne – odparł.

– Wręcz przeciwnie! – krzyknęła rozpaczliwie. – Moi rodzice byli mugolami i strasznie ich kochałam. – Odwróciła wzrok. – Nie mogę zaakceptować faktu, iż ktoś patrzy na nich z góry tylko dlatego, że nie posiadali magicznych zdolności, zwłaszcza mój… chłopak. – Zacisnęła z niesmakiem usta. – Jak zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, powiedziałeś mi, że możesz „tolerować" tę część mnie. To nie wystarcza.

Tom położył dłoń na jej policzku i sprawił, aby na niego spojrzała. Zadrżała, zatopiwszy się w jasnoszarych, pełnych łagodności oczach. Czuła się niczym w potrzasku, w który dobrowolnie weszła.

– Nie myślę źle o twoich rodzicach – argumentował poważnym głosem. – Jeżeli już, to jest przeciwnie. Jestem im cholernie wdzięczny, że w przyszłości się spotkają, założą rodzinę i wychowają równie wspaniałą córkę. To nieistotne, czy byli mugolami, czarodziejami, czy nawet charłakami – jestem im bardzo wdzięczny.

Hermiona wzięła głęboki, uspokajający oddech. Nie mogła powstrzymać drżenia z emocji. Nie wiedziała, co powinna właściwie zrobić. Miała świadomość, iż Tom Riddle jest, był i będzie czarnoksiężnikiem. Na własnej skórze doświadczyła mroków jego serca, a także miała do czynienia z osobą, którą się stanie. Kiedy się rozstali, strasznie ją skrzywdził. Był niebezpieczną bestią, niemożliwą do okiełznania.

– Wróć do mnie – wyszeptał uwodzicielsko.

Wciąż jej dotykał, przez co ledwo mogła oddychać. Tonęła w jego oczach, czując olbrzymią gulę w gardle, szalenie trudną do przełknięcia. W momencie zrozumiała, że nawet gdyby były czerwone, wciąż nie mogłaby oderwać od nich wzroku.

Czy chciała z nim być? Nie sposób zaprzeczyć, że mimo wielu, wielu obaw, czuła doń niemalże magnetyczne przyciąganie. Westchnęła z wahaniem. Tom Riddle był Lordem Voldemortem – byli jedną i tą samą osobą. Nie mogła jednemu przytaknąć, a drugiemu odmówić. Czy dałaby radę znów czuć się przy nim bezpiecznie…?

Przesunął dłoń z jej policzka na brodę, a potem pochylił się do przodu. Nie zerwał kontaktu wzrokowego, a wręcz przeciwnie, tylko go pogłębił. Czarna magia tańczyła w powietrzu, a jej pasma lizały i drażniły skórę.

– Proszę – wymruczał kusząco. – Wróć do mnie.

Najwyższy czas, aby podjąć decyzję. W głębi duszy wiedziała, że już dawno temu dokonała wyboru. Teraz potrzebowała tylko odwagi, żeby go zaakceptować.

Wciąż patrząc w jasnoszare oczy, powoli skinęła głową.

Gdy wyraziła zgodę, pasma, które dotąd zaledwie pieściły jej skórę, przybrały na sile i owinęły się wokół niej ciasno. Czy właśnie przypieczętowała swój los? Czy została pokonana przez Voldemorta? Co dziwne, nie czuła się zniewolona lub jakby cokolwiek straciła. Tom znów przemieścił swą dłoń, tym razem na jej policzek, niezmiernie zadowolony z udzielonej odpowiedzi. Chwilę później pochylił się do przodu, ale zanim zdążył ją pocałować, podniosła rękę i położyła mu palec wskazujący na ustach.

– Jeżeli kiedykolwiek mnie zawiedziesz, nie dam się ponownie przekonać – oświadczyła chłodnym głosem.

– Obiecuję, że cię nie zawiodę – odparł pospiesznie, chociaż przez chwilę sprawiał wrażenie smutnego. Sekundę później się otrząsnął, objął ją w talii i przyciągnął bliżej siebie.

Hermiona nie zaprotestowała, mimo że wciąż czuła się trochę spięta tą nagłą bliskością. Serce waliło jej niczym młotem, zwłaszcza że wyczuwała unoszącą się w powietrzu mroczną magię. Z wahaniem przysnęła się jeszcze bliżej, a potem wtuliła w zapraszające ramiona. Gdy dotknęła policzkiem miękkiego materiału jego koszuli, pozwoliła sobie na przymknięcie oczu i poddanie się delikatnej pieszczocie. Jej moc z podekscytowaniem otoczyła ich oboje, jakby wyrażając przyzwolenie na dalsze działanie. Jedyne, czego teraz pragnęła, to być jak najbliżej.

Uśmiechnęła się i zupełnie odprężyła.

Straciła poczucie czasu, ale w pewnym momencie Tom z czułością złożył pocałunek na jej czole. Automatycznie uniosła głowę. Jasnoszare oczy aż migotały od pokładów namiętności, dlatego też z przyjemnością zatopiła się w tym spojrzeniu. Powoli uniósł rękę, przeczesał jej włosy i przytrzymał kark. Zamknęła oczy, świadoma tego, co zaraz nastąpi. Gdy złączyli swe usta w żarliwym pocałunku, praktycznie nie mogła złapać tchu. Automatycznie uniosła ręce i objęła go za szyję. Z miejsca odrzucili wahanie i skrępowanie. Kiedy poczuła, że naciska na jej wargi językiem, nie miała innego wyboru, jak tylko się podporządkować. Tom pogłębił pieszczotę, błądząc rękoma po jej odsłoniętych ramionach. Hermiona zupełnie się zatraciła.

Tak bardzo za tym tęskniła.


Melanie walczyła z mdłościami i płonącą nienawiścią. Jednocześnie była tak smutna, że najchętniej zwinęłaby się w ciemnym miejscu w kłębek i umarłaby z żalu. To niesprawiedliwe i złe na wiele sposobów. Zacisnęła dłonie w pięści, patrząc na idącą w stronę zamku parę.

Tom wyglądał niesamowicie. Promienie słoneczne oświetlały mu kruczoczarne włosy, przez co pięknie się mieniły i kontrastowały z bladą skórą. Był anielsko przystojny, również dzięki przepięknym jasnoszarym oczom, które potrafiły przejrzeć nawet czyjąś duszę. Nigdy wcześniej nie widziała równie wspaniałego odcienia. Miał cudowne usta, jakby stworzone do całowania – kiedy się uśmiechał, rozkochiwał w sobie wszystkie panny w okolicy, czy tego chciał, czy też nie. Natura obdarzyła go także szerokimi ramionami i wspaniale wyrzeźbioną klatką piersiową, obecnie zakrytą ciemnoniebieską koszulą, idealnie przylegającą do ciała, dopasowaną co do oczka. Prawdę powiedziawszy, gdy na niego tak patrzyła, Melanie miała ochotę zerwać zeń ubranie. Tak, Tom Riddle był po prostu idealny. Nawet gdyby próbowała, nie znalazłaby w nim najmniejszej wady, czy też skazy.

Westchnęła pod nosem i skupiła się na dłoni, którą zaciskał na innej. To odrażające, podsumowała, wykrzywiwszy usta w niesmaku. Oto on, wspaniały anioł, zesłany przez niebiosa na ziemię, zbezczeszczony przez brudną szlamę. Czemu dobrowolnie się krzywdził i plugawił? Nie powinien nawet zerkać w stronę dziewcząt tego pokroju.

Poddała się gniewowi, kiedy zobaczyła, że DeCerto sprawiała wrażenie prawdziwie szczęśliwej i zwalczyła potrzebę sięgnięcia po różdżkę. Coś tak paskudnego, jak ona, nie zasługiwało, aby oddychać tym samym powietrzem, a co dopiero bezwstydnie dotykać dar niebios.

Tom Riddle został skażony przez tę obrzydliwą ladacznicę.

Melanie potrząsnęła głową. Musiała to powstrzymać i go uratować ze szponów szlamy. Cokolwiek ta dziewczyna mu zrobiła, powinna zostać obnażona ze swoimi kłamstwami i manipulacjami. Zdecydowanie zostanie sprowadzona do parteru.

Oczywiście, Tom powinien zostać u władzy, bo przecież stworzył ślizgońską elitę. Zadowolona ze swoich poszukiwań, omiotła uważnym spojrzeniem grupę chłopców. Wśród nich stali Lestrange, Black, Alba, a nawet Malfoy. Uśmiechnęła się triumfalnie, wypatrzywszy Ledo Avery'ego. Zaraz po Riddle'u był najbardziej wpływowym uczniem w Slytherinie. Kapitan szkolnej drużyny i jeden z najbliższych kompanów księcia budzi strach wśród młodszych roczników, jest szanowany przez kolegów z roku, a nawet starszych współdomowników oraz cieszył się olbrzymią popularnością wśród dobrze urodzonych dziewcząt. Tak naprawdę miał nad sobą wyłącznie Toma.

Zdeterminowana, podeszła bliżej.

– Witajcie – przywitała się z uśmiechem, a potem prawie parsknęła, zobaczywszy, iż w ich oczach błysnęła natychmiastowa podejrzliwość. Wzruszyła ramionami, mając to gdzieś i spojrzała wprost na Avery'ego. – Muszę z tobą porozmawiać, Ledo.

Chłopak uniósł brwi i odchylił się na krześle. Sprawiał wrażenie znudzonego.

– Czemu mielibyśmy uciąć sobie pogawędkę? – zapytał, a koledzy poparli go szyderczymi uśmieszkami.

Oczywiście, nie dała się łatwo zastraszyć.

– Myślę, że chcesz usłyszeć to, co mam do powiedzenia – powiedziała arogancko, a potem zmierzyła chłopców sugestywnym wzrokiem. – Na osobności.

Avery westchnął, ale dobrze wiedziała, że zdołała wzbudzić jego ciekawość.

– W porządku, skoro to ważne – odparł, po czym wstał z krzesła i podszedł za nią do wolnego, odosobnionego stolika. Gdy usiedli, uniósł pytająco brwi. – Czego chcesz?

– Cóż, doszły mnie słuchy o tym niefortunnym nieporozumieniu, w jakie wdałeś się z Tomem – zagaiła, a twarz chłopaka w momencie pociemniała. – To znaczy, wszyscy w Slytherinie wiedzą, że próbowałeś usadzić Hermionę DeCerto w miejscu, ale zawiodłeś. Wielka szkoda, naprawdę. – Westchnęła przeciągle i z zadowoleniem odnotowała, że zacisnął dłonie w pięści, najprawdopodobniej rozgniewany. – To wstyd i podwójne rozczarowanie, ponieważ zostałeś powstrzymany przez osobę, której się zupełnie nie spodziewałeś – kontynuowała, przybrawszy współczujący wyraz twarzy. – Nie sądzisz, że to… dość dziwne, że Tom jest tak zaabsorbowany przez tę szlamę?

Avery zmrużył oczy, teraz ewidentnie zirytowany.

– Czemu to twój problem? – syknął.

– Och, to nasz wspólny problem, dotyczący wszystkich ślizgonów. – Uśmiechnęła się chłodno.

– Co przez to rozumiesz? – warknął z ledwo tłumioną wściekłością.

Zaśmiała się pod nosem.

– Tom Riddle otwarcie zaleca się do małej, brudnej szlamy, a ty naprawdę pytasz, w czym tkwi zasadniczy problem? – Odchyliła się na krześle i spojrzała nań z pogardliwym niedowierzaniem. – Nie masz nic przeciwko tej sytuacji? – zapytała, a chłopak zacisnął ze złości zęby. – Nie widzisz problemu, że twój dobry przyjaciel chodzi za rękę ze szlamą?

– Owszem, to obrzydliwe, ale nie sądzę, abyś powinna się tym przejmować – wycedził.

Stłumiwszy niecny uśmieszek, dalej brnęła w kłamstwo.

– Wybacz, po prostu jestem trochę zmartwiona. Nie mogę się przestać zastanawiać, w jakim to podąży kierunku. Za niedługo wszyscy możemy paradować po szkole w czerwono–złotych strojach, a każdą szlamę możemy witać wystawną ucztą. – Potrząsnęła głową. – Co, jeżeli w pewnym momencie zaczniemy urządzać dnie otwarte dla mugoli?

Ledo paskudnie się skrzywił.

– Czego właściwie chcesz? – powtórzył.

– Och, niczego – odparła, udając niewiniątko. – Chciałam się tylko komuś zwierzyć i opowiedzieć o moich najgorszych obawach.

– Okej. Dlaczego akurat mnie? – Uniósł brew.

– Cóż, tylko ty jedyny jesteś w stanie przemówić Tomowi do rozsądku – wytłumaczyła z udawanym zaskoczeniem. – Wiem, że w najgorszym wypadku dasz radę siłą zmusić go do posłuchu – dodała i ze stoickim spokojem obserwowała, jak chłopak przechodzi z gniewu do próżności. – Ktoś musi ocalić honor Slytherinu – wyszeptała.

– Honor Slythernu… – powtórzył, jakby do siebie.

Skinęła głową.

– Jeżeli dobrze rozegrałbyś sprawę, mógłbyś dać DeCerto odpowiednią nauczkę – wymruczała kuszącym tonem. – Gdy przekonasz Toma, że został omotany i zapomniał o naszych powinnościach, ta dziewczyna będzie twoja. Jestem szczerze przekonana, że będziesz mógł z nią zrobić, co tylko zechcesz – dodała i prawie się zdemaskowała, zmarszczywszy nos z obrzydzenia.

Avery wyglądał na owładniętego pożądaniem. Czemu wszystkim nagle zależało na jednej szlamie…? Była przecież tylko bezwartościowym śmieciem. Chociaż była zdegustowana postawą i myślami Ledo, wyglądało na to, że go przekonała.

Cholernie chciała się uśmiechnąć.

To oczywiste, że Avery nigdy nie zdetronizuje Toma, który był zbyt inteligentny, żeby dać się przekonać swoim podwładnym, ale rozniecenie konfliktu, sprowokowanie walki o władzę i tymczasowa utrata wpływów przez Riddle'a będzie dlań wystarczającą nauczką na przyszłość – dzięki temu w okamgnieniu zrozumie, że został złapany w pajęczą sieć i szybko się z niej wydostanie. Gdy Avery przynajmniej na moment założy na głowę koronę, DeCerto straci zainteresowanie Tomem i spróbuje uczepić się nowego króla Slytherinu. To raz na zawsze rozwiąże problem, ponieważ wszyscy na własne oczy zobaczą, jaką w rzeczywistości była podstępną i chciwą suką. Naturalnie, Melanie będzie stała z boku i obserwowała, jak świat płonie. Kiedy osiągnie cel, wkroczy na zgliszcza, zaoferuje Tomowi pocieszenie i pomoże przetrwać tę tragedię. Gdy wreszcie wydostanie się spod sukkubowego ogona, bez żadnego wątpienia będzie jej szalenie wdzięczny za pomoc.


Hermiona z radością oddawała pocałunki, poddawszy się przyjemności. Tom raz za razem przeczesywał jej jedną dłonią włosy, zaś drugą nieustannie błądził po bluzką, pieszcząc nagą skórę pleców. Miała zamknięte oczy i cieszyła się bliskością. To uczucie było wzmacniane przez otaczającą ich pożądliwą i stęsknioną magię. Była cholernie szczęśliwa z kierunku, w którym razem podążyli. Nie zamierzała kwestionować tego, co właśnie wyprawiali, bo najzwyczajniej w świecie podjęła decyzję. Oczywiście, nie sposób teraz przewidzieć, czy słuszną, ale postanowiła się tym nie martwić.

W pewnym momencie Tom pogłębił pocałunek, więc otworzyła z pragnieniem usta i zaprosiła go do środka. Napędzana pożądaniem, przesunęła mu ręką po klatce piersiową, zahaczywszy o odznakę prefekta. Warknął w odpowiedzi i naparł nań mocniej. Sekundę później zaczął skubać jej szyję, a potem wziął w posiadanie płatek ucha.

– Nie masz pojęcia, jak bardzo za tobą tęskniłem – wychrypiał, przez co mimowolnie zadrżała. Uniosła powieki i zobaczyła, że patrzy nań niespokojnie. – Już nigdy nie pozwolę ci odejść – dodał z uśmiechem na twarzy.

– To jest decyzja, panie Riddle, której nie możesz podjąć samodzielnie – odpowiedziała drażniąco i wróciła do przerwanej czynności. Z pasją wpiła się w te zaczerwienione i lekko opuchnięte usta, po czym ponownie objęła go ramionami. Straciła poczucie czasu, więc nie wiedziała, ile minut lub godzin w ten sposób przesiedzieli, ale było jej naprawdę dobrze. To cudowne, że znów mogła wdychać przyjemny zapach i poddawać się pieszczotom jego palców. Szczerze mówiąc, była oszołomiona powrotem swoich uczuć.

Gdy usłyszała zbliżające się kroki, zamrugała ze zdziwienia i uniosła głowę. Jak dotąd, biblioteka była opustoszała i stanowiła dlań bezpieczną, odizolowaną od świata przystań. Trochę zdenerwowana, odsunęła się od Toma i zauważyła nadchodzących z naprzeciwka przyjaciół. Longbottom, kiedy tylko się zorientował, w czyim towarzystwie przebywała, natychmiast się zjeżył.

– Chcesz, żebym sobie poszedł? – zapytał ślizgon.

– Nie, w porządku – odpowiedziała, tylko przez chwilę rozważając tę opcję.

Tom uśmiechnął się aprobująco, a następnie odchylił się wygodnie na krześle. Chłopcy usiedli przy stole i rzucili mu podejrzliwe spojrzenie. Mark z sekundy na sekundę bardziej purpurowiał, aż wreszcie stracił całą samokontrolę.

– Czemu ciągle dręczysz Hermionę? – warknął.

Riddle uśmiechnął się złośliwie i otworzył usta, żeby najprawdopodobniej powiedzieć coś niemiłego, ale jakby przemyślał sprawę i zerknął na dziewczynę, niemo pytając o przyzwolenie.

– Słuchajcie, nie jestem dręczona – odparła, zanim miał możliwość rzucenia jakąś uszczypliwością.

– Czyli lubisz być prześladowana – podsumował ze złością, czym sprawił, że zamilkła. – Naprawdę chcesz mu wybaczyć po tym wszystkim, co ci zrobił? – dodał z niedowierzaniem.

– Tak… – odpowiedziała, patrząc nań z zakłopotaniem.

Zgodnie z przewidywaniami Mark rzucił jej pełne oburzenia spojrzenie. Zupełnie nie wiedziała, jak wyjaśnić tę kwestię, zanim wyciągnie przynajmniej kilka wniosków.

– Czy to znaczy, że znów jesteście razem? – Lupin przyszedł jej z pomocą.

– Owszem – odparła z większym przekonaniem i z ulgą odnotowała, że Amarys nie wydawał się zaskoczony nowiną. Chociaż w jednym z chłopców mogła zawsze znaleźć oparcie.

– Słucham? – Longbottom podniósł głos. – Chyba nie mówisz poważnie!

– Uwierz, że tak. – Uśmiechnął się protekcjonalnie Tom, który wreszcie postanowił przyłączyć się do rozmowy.

Mark przez moment mordował go wzrokiem, a potem ponownie skupił się na Hermionie. Chwilę mu zajęło odzyskanie nad sobą panowania, ale gdy się odezwał, brzmiał zaskakująco łagodnie.

– Wszystko mu przebaczyłaś…? Nawet to, że traktował cię niczym… że cię spoliczkował…?

– Nie zapomnę tego – odpowiedziała, a siedzący obok ślizgon natychmiast zesztywniał. – Niemniej jednak wybaczyłam mu, bo przeprosił za złe zachowanie i żałuje popełnionych błędów – kontynuowała, słowem wyjaśnienia. – Wciąż borykamy się z kilkoma problemami i, szczerze mówiąc, nie wiem, jak się nam ułożył. Proszę was jednak, żebyście pozwolili nam uporać się z nimi samodzielnie – dodała, gdyż Longbottom nie wydawał się przekonany.

– Jesteś tego pewna? – Weasley zmarszczył brwi.

– Owszem. – Uśmiechnęła się uspokajająco.

– To niedorzeczne! – podsumował Mark, a Hermiona przygryzła wargę. Zdecydowanie nie chciała go ponownie stracić. Jakby wyczuwając jej napięcie, sięgnął ponad stół i wziął ją za obie ręce. – Jeszcze raz to przemyśl, proszę. Wiesz, że jest oślizgłym wężem – powiedział, rzuciwszy Tomowi mroczne spojrzenie. – Uwierz, że się nie zmieni. Sprawi tylko, że ostatecznie będziesz nieszczęśliwa.

Z trudem przełknęła ślinę, dobrze wiedząc, że obawy przyjaciela nie są bezpodstawne. Czy Voldemort jest w stanie się zmienić? Czy mogła oczekiwać, że, przynajmniej po części, zrewolucjonizuje swój światopogląd, zredefiniuje swoje ambicje i plany na przyszłość? Wzięła głęboki, uspokajający oddech i spojrzała w zatroskane oczy przyjaciela.

– To nie jest sprawa podlegająca dyskusji. Już postanowiłam, że spróbuję z Tomem jeszcze raz i nic, co powiesz, nie zmieni mojego zdania – powiedziała stanowczo, uprzednio ścisnąwszy jego dłonie. – Chciałabym, żebyś zaakceptował tę decyzję.

Chłopak potrząsnął głową.

– Popełniasz ogromny błąd – stwierdził, puściwszy jej ręce. – Wiem, co próbujesz osiągnąć – syknął, patrząc gniewnie na ślizgona. – Obiecuję, że jeżeli ponownie będzie przez ciebie płakała, gorzko pożałujesz swoich czynów.

W odpowiedzi Tom tylko uniósł kpiąco brew. Przy stoliku zapadła nieprzyjemna cisza, a ciężką atmosferę postanowił rozładować Lupin.

– Jak ci poszedł egzamin z historii magii, Hermiono? – zapytał grzecznie.

– Ciężko powiedzieć – podsumowała, uprzednio rzuciwszy mu pełne wdzięczności spojrzenie. – Właściwie to jestem przekonana, że oblałam – dodała ze zmarszczonymi brwiami i najprawdziwszym niepokojem w głosie. – Chyba się pomyliłam w czwartym pytaniu i coś pomieszałam przy trzecim…

– Nie znowu! – jęknął Weasley, szybko wczuwając się w klimat rozmowy. – Zawsze upierasz się, że coś sknociłaś, a potem dostajesz Powyżej Oczekiwań. – Uśmiechnął się zadziornie. – Czemu nas zawsze wkręcasz?

– Tym razem mówię poważnie.

– Yhym. Uważaj, bo uwierzę.

Hermiona się zaśmiała, po czym zaczęła omawiać cały egzamin, zagadnienie po zagadnieniu. Jedynym przyjacielem, który z radością się doń przyłączył i zaczął porównywać odpowiedzi, był, naturalnie, Lupin. Richard w międzyczasie wyciągnął z torby magazyn traktujący o quidditchu i zagłębił się w lekturze, podczas gdy Longbottom poświęcił całą swą uwagę na piorunowaniu Toma wzrokiem. Mimo że siedzieli we czwórkę w bibliotece, Riddle milczał, nie biorąc udziału w toczonej rozmowie. Sprawiał wrażenie niewzruszonego, a nawet znudzonego. Zanim minęło jednak kilka minut, sięgnął pod stołem i złapał ją za rękę. Z wdzięczną odwzajemniła uścisk.