Victoria powróciła do swojego dormitorium, ledwo powstrzymując łzy – nie tyle smutku, co złości i rozgoryczenia. Pansy i Millicenty nie było jeszcze w łóżkach – siedziały z Blaisem i Draconem w salonie i grały z nimi w szachy. Miała więc kwaterę zupełnie dla siebie – i całe szczęście, bo gdy tylko zjawiła się przy swoim łóżku, wyciągnęła spod kołdry ukrytą tam wcześniej pelerynę, którą wczoraj wieczorem dał jej Snape. Spróbowała rozedrzeć solidny materiał własnymi rękami; łzy spływały już po jej policzkach.
Idź już – wspominała. Za każdym cholernym razem cholerne idź już. Jak gdyby mogła przebywać przy nim tylko wtedy, kiedy on sam sobie tego życzył. A co z jej uczuciami i chęciami? Dlaczego za każdym razem tak łatwo było mu ją odesłać? Dlaczego nigdy nie brał pod uwagę tego, że może chciała zostać? Że może pragnęła kontynuować rozmowę? Że może potrzebowała coś usłyszeć? Że może chciała po prostu posiedzieć z nim w milczeniu? Jego to nigdy nie obchodziło. Zawsze było tylko IDŹ JUŻ. Nawet Tom Marvolo Riddle żegnał ją uprzejmiej. I nigdy nie kazał odchodzić w tak ważnych momentach.
Nie udało jej się roztargać peleryny, a to tylko bardziej ją rozwścieczyło. Ostatecznie wyciągnęła różdżkę i rozdarła materiał na kawałki przy użyciu magii. Kiedy podłogę i łóżko pokrywały już tylko strzępy, padła na dywan, włożyła głowę między kolana i siedziała tak jakiś czas, próbując sobie z tym wszystkim poradzić.
W końcu przełknęła gorzkie łzy i znieruchomiała zupełnie. Uspokoiła się. W ciszy. W samotności. We własnych ramionach.
Jak zawsze.
•*•.•*•
Następnego dnia miała eliksiry. Nie była pewna, czy się na nich pojawi. Męczyła ją wielka pokusa, by odpuścić te zajęcia, ale ostatecznie tego nie zrobiła. Nie pozwoliła samej sobie na taki akt tchórzostwa.
Lekcja przebiegła w taki sposób, jak przypuszczała – Snape udawał, że jej na niej nie ma, a kiedy raz zgłosiła się, by udzielić odpowiedzi na zadane przez niego pytanie, bez patrzenia na nią wyrzekł twardo: „Proszę, panno Malfoy", wypowiadając jej nazwisko o wiele wyraziściej, niż było to potrzebne – zupełnie jakby chciał podkreślić, jak wielkim nieporozumieniem z jego strony było to, że wczorajszego wieczora zwrócił się do niej po imieniu.
Gdy zajęcia dobiegały końca, zadał ostatnie pytanie – o konsekwencje pomyłki podczas warzenia eliksiru, o którym mówili tego dnia.
– Wszystko wybuchnie – odpowiedziała Pansy Parkinson, kiedy Snape nakazał jej odpowiedzieć.
– Z taką wiedzą już jesteś martwa, Parkinson – wyrzekł chłodno. – Kociołek, ten eliksir i zły składnik nie zareagują ze sobą w sposób tak przewidywalny i widowiskowy, jakbyście się spodziewali. Nic nie eksploduje. Nie będzie spektaklu iskier i popiołu. A jednak – dodał, z nutą sarkazmu – czyż nie byłoby to w pewnym sensie satysfakcjonujące? Gwałtowna katastrofa jest przynajmniej uczciwa. Z takiego błędu rodzi się krótki, czysty moment zniszczenia. Szybka ruina to równie szybka możliwość naprawy. O ile rzecz jasna ktoś przeżyje, by się jej podjąć.
Zawiesił głos, niemal z przyjemnością smakując ciszę.
– Ale nie – podjął po chwili. – To nie ten rodzaj pomyłki. Jeśli dodacie zły składnik do eliksiru, którego baza składa się z mieszanki beozaru i asfodelusa, jak w omawianym przypadku, nie zobaczycie żadnych ostrzegawczych oznak. Żadnych ostrych zapachów, żadnych zmian barwy. Eliksir nie będzie się burzył, nie zabulgocze złowieszczo. Nic, zupełna cisza. A jednak, w ciągu godziny, wasze mięśnie powoli, acz nieubłaganie, odmówią posłuszeństwa. Nie będziecie w stanie podnieść ręki, skinąć palcem, wydać choćby szeptu. Będziecie w pełni świadomi, aż do ostatniego momentu, w którym oddech, tak zwykły, tak niedoceniany na co dzień, stanie się czymś poza waszym zasięgiem. Bezwonne toksyny sprawią, że wszystkie wasze mięśnie zupełnie zwiotczeją. Udusicie się, nie wydając przy tym najmniejszego dźwięku.
Uśmiechnął się lekko.
– Niektóre błędy skutkują niewidocznymi gołym okiem tragediami. Czasem konsekwencje naszych działań – naszych, albo tych, którzy nas w swoje błędne decyzje uwikłują – są jak trucizna, która nie zabija od razu, lecz odbiera siły powoli. Czasem wdychamy toksyny, które wytworzyliśmy sami. Właśnie za pośrednictwem własnych błędów. A te toksyny powoli odbierają nam siły, aż w końcu… nie jesteśmy w stanie oddychać i z tego powodu popełniamy kolejne błędy, a te kolejne są gotowe, by dobić nas jeszcze szybciej. – Umilkł na chwilę. – Strzeżcie się. Podejmujcie właściwe, przemyślane, rozsądne decyzje. I podczas eliksirów, i w życiu.
Po jego słowach zadzwonił dzwonek. Wyjątkowo nikt jednak nie poruszył się i nie popatrzył tęsknie w stronę drzwi. Wszyscy siedzieli z oczami utkwionymi w mrocznego profesora, który pierwszy raz, odkąd go poznali, udzielił im dobrej, życiowej rady.
Obrócił się do swojego biurka, a gdy zdał sobie sprawę, że siedmioroczni Ślizgoni i Gryfoni wciąż tkwią w swoich ławkach, popatrzył na nich groźnie.
– Na co czekacie? Wynoście się. Już!
Po niecałej minucie nikogo – poza Snape'em i Victorią, która pakowała się wyjątkowo długo – nie było już w pracowni.
– Rozkaz, by się wynieść, był skierowany do wszystkich, łącznie z tobą – wycedził, siadając za swoim biurkiem i zerkając na nią spode łba, gdy ona wciąż nie opuszczała klasy.
– Co to było? – zapytała, zakładając już torbę na ramię i patrząc na niego. – Co było tym błędem, który powolnie zatruwa panu życie? Bo chyba nie wczorajsze zwrócenie się do mnie po imieniu, prawda?
– Jeżeli naprawdę chcesz uznać, że mówiłem z jakimś podtekstem wymierzonym w twoim kierunku… – zaczął lodowato, porządkując papiery. – Owszem, potencjalnie nie miałem na myśli wczorajszego zwrócenia się do ciebie po imieniu. To nie było przecież nic wielkiego, prawda? Żaden poważny błąd z mojej strony. Masz swoje imię, dlatego każdy może go używać. Istnieje wszakże pewien błąd, uznajmy, że nasz wspólny, który w istocie… potencjalnie… zatruwa mi życie. Możesz się domyślać, co konkretnie mam na myśli.
Poczuła jeszcze większy ból niż wczoraj wieczorem, kiedy kazał jej odejść, bo teraz właściwie wprost dał jej do zrozumienia, że ich pocałunek był czymś, czego naprawdę, naprawdę żałował.
– Ale… – zaczęła, nie wiedząc nawet, co chce powiedzieć. Czy mogła przecież spróbować przekonać go, że nie powinien niczego żałować? Nie miała do tego prawa.
– Co? – Popatrzył na nią ostro. – Myślałaś, że spełniłaś wtedy moje ukryte marzenie? Popełniłaś wielkie głupstwo, Malfoy, i nie będę udawał, że jest inaczej.
– To niech pan w końcu zdecyduje się na jedno stanowisko – odparła. – Mam wrażenie, że odkąd się to stało, ciągle daje pan sprzeczne sygnały.
– Sprzeczne sygnały? – powtórzył, prawie wypluwając te słowa. – Naprawdę uważasz, że jako twój nauczyciel daję ci jakiekolwiek sygnały?
– Sądziłam, że ustaliliśmy już, iż nie jest pan w moich oczach jedynie nauczycielem – odpowiedziała, czując się trochę jak tonący, który chwyta się brzytwy. I to ostatniej, zanim morskie głębiny zupełnie go pochłoną.
– Za to w moich oczach jesteś jedynie uczennicą – odrzekł dobitnie.
I ją utopił.
•*•.•*•
Wieczorem, kiedy siedziała w salonie Ślizgonów i czytała książkę, poczuła pieczenie na przedramieniu. Czarny Pan wzywał.
Podnosząc się, dostrzegła, że i Draco powstał nagle z sofy, na której siedział z Pansy. Rzucił siostrze znaczące spojrzenie; oznaczało to rzecz jasna, że tym razem nie będzie jej dane zobaczyć Toma, a najniebezpieczniejszego czarnoksiężnikia tych czasów. Udała się więc do dormitorium po szatę śmierciożercy, a potem – z Draconem u boku – ruszyła korytarzem w kierunku wyjścia z zamku. Na schodach natknęli się na Snape'a; wyraźnie na nich czekał. Draco powitał go, a Victoria nie obdarzyła nawet krótkim spojrzeniem, ruszając natychmiast na piętro i nie zatrzymując się.
Kiedy wyszli z zamku, zaskoczyła ich śnieżyca, która dopiero co nadeszła. Snape machnął różdżką i wówczas płatki śniegu zaczęły się od nich odbijać, jednak wciąż odczuwali dotkliwe zimno; ciemność zdawała się głębsza i mroczniejsza niż zwykle.
– Ciekawe, co usłyszymy dzisiaj – rzekł Draco, ale nikt mu nie odpowiedział.
Mroczne Znaki przeniosły ich, jak się spodziewali, na Dwór Malfoyów. Gdy dotarli do budynku, odkryli, że na spotkanie został zwołany niemal cały krąg wewnętrzny. Zajęli miejsca przy stole w jadalni, jak zwykle podczas podobnych zebrań, i oczekiwali na nadejście Czarnego Pana, który niemal zawsze zaszczycał ich swoją obecnością dopiero wtedy, kiedy siedzieli już, w ciszy i oczekiwaniu.
Victoria zajmowała miejsce między swoim ojcem i bratem. Choć może było to dość niedorzeczne w danych okolicznościach, zamartwiała się własnymi włosami, bowiem śnieg zupełnie zasypał jej głowę, kiedy szła spod bramy dworu do domu. Wtedy zaklęcie Snape'a już nie działało, bo zdjęła je teleportacja. Miała więc włosy zupełnie mokre od śniegu i splątane od wiatru. Nie chciała, żeby Czarny Pan zobaczył ją w takiej odsłonie. Żeby… Tom, który przecież wciąż był gdzieś tam w środku, nawet kiedy miała przed sobą straszliwego, wężopodobnego czarnoksiężnika, zobaczył ją w takiej odsłonie.
Wstała więc i pospieszyła w kierunku drzwi. Wyszła na korytarz i wpadła do łazienki na parterze; przed lustrem, z pomocą różdżki, wysuszyła włosy, rozplątała je, po czym spięła w niskiego, eleganckiego koka. Nie zajęło jej to więcej niż minutę. Po tym wróciła na korytarz i kiedy już chciała nacisnąć na klamkę, by wejść do jadalni, ktoś złapał ją za ramię i obrócił gwałtownie twarzą do siebie, aż uderzyła plecami we wrota.
Zobaczyła przed sobą jego. Był w swojej zwyczajnej postaci. Czerwone, wzbudzające strach oczy wpatrywały się w nią czujnie. I gdy z przerażenia zaczęła wstrzymywać powietrze, on przemienił się nagle w ciemnowłosego, wysokiego mężczyznę. W Toma.
W korytarzu panowała prawie ciemność, rozpraszana jedynie przez światło kilku świec, jednak gdyby ktoś ze znajdujących się w jadalni śmierciożerców postanowił nagle otworzyć drzwi, ona – która opierała się o nie plecami – z pewnością wpadłaby do środka, a wszyscy zgromadzeni zauważyliby wówczas stojącego w progu nieznajomego człowieka, który w rzeczywistości był ich wodzem.
Czarny Pan chyba odgadł, o czym myślała, bo uśmiechnął się ironicznie.
– Ekscytujące, prawda? – szepnął. – Ekscytujące, że oni wszyscy nie wiedzą, co dzieje się kilka kroków od nich.
Odwzajemniła słabo uśmiech. Ją nie do końca to ekscytowało, a raczej przepełniało obawą. Nie wiedziała, jak miałaby wytłumaczyć Snape'owi czy własnym rodzicom, że potajemnie spotyka się od jakiegoś czasu z Czarnym Panem, który wciągnął ją w przedziwną relację i – z tej okazji – przemienia się w przystojnego mężczyznę podczas ich prywatnych spotkań, by ją do siebie jak najbardziej przekonać.
– Ładnie upięłaś te włosy – powiedział cicho, po czym wyciągnął dłoń, by przełożyć jeden zbłąkany kosmyk za jej ucho. – Wyglądasz bardzo dostojnie. Te czarne, ciężkie szaty śmierciożercy zupełnie ci nie pasują, ale rozumiem, że dzisiaj musiałaś je przywdziać. Pamiętaj jednak, by ich nie zakładać na nasze prywatne spotkania. Nie są wtedy potrzebne.
Kiwnęła głową.
– Dzisiaj ci się jednak przydadzą – stwierdził po chwili. – Maska też. Masz ją ze sobą? – Znów kiwnęła głową, więc kontynuował: – W porządku. Wybacz, Victorio, że cię na to skażę, ale jest to konieczne. To dla wzmocnienia twego charakteru. Każdy śmierciożerca musi się nieustannie rozwijać i wzmacniać. Ty również, mimo że jesteś dla mnie kimś więcej niż tylko poddaną. – Kiedy to wymówił, w uszach zadźwięczały jej słowa Snape'a z poranka: „Za to w moich oczach jesteś jedynie uczennicą". Odepchnęła jednak to wspomnienie. To nie był dobry moment na porównania.
Nie miała pojęcia, o czym mówił, ale nie brzmiało to dobrze. Miała przeczucie, że Czarny Pan zamierzał zlecić zebranym – włącznie z nią – jakąś straszną misję, która z pewnością nie mogła być niczym łatwym ani przyjemnym. Słyszała wiele o misjach śmierciożerców. Dotychczas na żadnej nie była, ale te opowieści jej wystarczyły, by wiedzieć, że nigdy nie chciałaby wziąć udziału chociażby w tej na pozór najprostszej. A jednak – to prawdopodobnie właśnie nadchodziło – i to w tę śnieżną, mroczną noc.
Nagle położyła obie swoje dłonie na jego klatce piersiowej i delikatnie ścisnęła materiał białej koszuli, którą miał na sobie.
– Nie mogę rozwinąć się w jakiś inny sposób? – zapytała.
Pochylił głowę, by popatrzeć na jej palce zaciskające jego ubranie. Potem przeniósł spojrzenie na jej twarz.
– Nawet nie wiesz jeszcze, co zaplanowałem, a już próbujesz się wykręcić. Nieładnie, Victorio.
– Bo wolę spędzić czas z tobą.
Prychnął cicho i uśmiechnął się.
– Nie martw się. Będziesz miała jeszcze mnóstwo okazji, by spędzić ze mną czas.
Po tych słowach przemienił się z powrotem w Lorda Voldemorta, a ona wtedy nie miała już ani krzty odwagi, by mu się sprzeciwić.
